Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 54
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Мої жінки
Copyright © by Julia Ilucha
Copyright © by Katarzyna Fiszer
Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2025
Przekład: Katarzyna Fiszer
Redakcja: Magdalena Jankowska
Korekta: Patrycjusz Pilawski
Okładka i ilustracje: Lidiia Holosko
Skład: Daniel Malak, Jędrzej Malak
Opracowanie wydania elektronicznego:
Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė
This book has been published with the support of the Translate Ukraine Translation Program.
Wydanie książki zostało dofinansowane w ramach programu Translate Ukraine.
ISBN
Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu
ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice
Bez ustanku zadajemy sobie pytanie: jak powinno się pisać o wojnie? W jaki ton uderzyć, jak go utrzymać bez potknięć, bez załamania głosu, bez fałszu, bez sprawiania bólu własnym uszom?
Jakie słowa dobierać? Które tematy podlegają dyskusji, a które przeistoczyły się w wieczne tabu? O ile byłoby łatwiej, gdyby ktoś postronny udzielił odpowiedzi, wystawił upoważnienie albo wydał tymczasowy dekret: tak, masz prawo. Tak, zasługujesz. Pisz, biedactwo…
Ja dokonałam wyboru, ale to wyłącznie moje, głęboko subiektywne przekonanie. A brzmi ono: milcz. Milcz do ostatka, zachowuj reżim ciszy, wpuszczaj wszystkich, nie wypuszczaj nikogo, absorbuj, chłoń, traw do momentu, kiedy nie będziesz już mogła się powstrzymać przed pisaniem, kiedy zdania będą się wyrywały na zewnątrz przez połamane żebra, kiedy postradasz resztki snu.
Może wtedy osiągniesz taki efekt jak autorka niniejszego zbioru, charkowska pisarka Julia Ilucha. Zdołasz odkroić wszystko, co drugorzędne, i zostawisz tylko portal w piersi, tunel, z którego najpierw ze świstem wyfrunie twoje: czarne, gorzkie, najskrytsze. Potem przyjdą cienie innych, innych kobiet, moich kobiet, jej i naszych kobiet, żywych i martwych kobiet. Otoczą cię kręgiem i przemówią przez ciebie żywymi i martwymi ustami, z nienagannym rytmem i perfekcyjną semantyką. Przemówią precyzyjnie, tak precyzyjnie, jak operuje snajper karabinem, na który złożyło się całe miasto.
W Moich kobietach tragedia i doświadczenia jednostek siłą literackiego uogólnienia oraz talentu autorki wznoszą się na wyższy, artystyczny poziom i osiągają wymiar dziedzictwa całego pokolenia.
Bardzo trudno czyta się te nowele, ale jeszcze trudniej odwrócić od nich wzrok, przerwać lekturę. Są równie bolesne, co gniewne, a zarazem przesiąknięte wielką mocą. W ich bohaterkach zobaczycie nie upodlone, zgnębione ofiary, lecz skoncentrowaną wściekłość i żądzę zemsty.
Nie wiemy, jakie kwiaty wyrosną na tym popiele. Pewnych rzeczy wolałoby się nigdy nie dowiedzieć, a tym bardziej nie zobaczyć na własne oczy. Ale nie mieliśmy wyboru, nie my rozpętaliśmy tę wojnę. W naszej mocy leży za to nie ulegać aż do zwycięstwa, do końca nie odrywać spojrzenia, wytrwać, a potem – dopisywać nowe rozdziały tej strasznej książki, pisać niezmordowanie, dopóki wewnętrzny głos nie powie: już, wystarczy. Sprawiedliwości stało się zadość.
Tamara Duda
Na początku marca 2022 roku nie mogłam spać. Nocami leżałam na rozkładanej kanapie moich rodziców w podcharkowskiej wsi i śledziłam wiadomości. Towarzyszyli mi dziewięcioletni syn i dwa ewakuowane koty. Mąż został w Charkowie, bez namysłu zaciągnął się do wojska. Okna w domu rodziców zasłoniliśmy czarnym materiałem, który babcia kupiła sobie „na śmierć”. Babcia zmarła rok przed wielką wojną, a tkanina niosła nam teraz ratunek. Charków był pod niegasnącym ostrzałem, w ciemności nad miastem wisiała karmazynowa łuna. Nikt nie wiedział, co się wydarzy jutro.
9 marca 2022 nie zapomnę do końca życia. Tego dnia wróciłam do Charkowa z torbą leków dla żołnierzy z pododdziału męża. Zobaczyłam zdewastowane centrum, okaleczoną Sałtiwkę – i po raz pierwszy normalnie zasnęłam. Kilka dni później opublikowałam na Facebooku post: „Wierzę w SZU – śpię bez majtek!”.
Przypomniałam sobie o nim po paru miesiącach, jesienią, kiedy poczułam wewnętrzną potrzebę, by opowiedzieć o wojnie poprzez historie kobiet. Pierwsza przedstawiała właśnie kobietę, która bała się umrzeć bez majtek. Po niej przyszły kolejne. Bezimienne kobiety, które przeżywały wojnę, żyły nią i uchodziły z życiem. Opowieści o nikim konkretnym, a jednocześnie o nas wszystkich.
Moje kobiety mówią prozaicznie i upiornie. Moje kobiety dzielą się bólem i rozpaczą. Moje kobiety wierzą i czekają. Moje kobiety płyną, choć ledwo utrzymują się na powierzchni. Moje kobiety znają cenę każdego dnia. Moje kobiety chcą, by cały świat je usłyszał i ich wysłuchał. Moje kobiety na przekór wszystkiemu usiłują żyć dalej.
Moje kobiety…
Teraz również wasze.
kobieta, którą pewnego razu alarm przeciwlotniczy zastał w wannie, najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami.
bała się, że ratownicy, którzy będą wydobywać ją z gruzów, zobaczą jej białe (kilka lat bez wakacji nad morzem przez tę piekielną robotę) ciało z wyraźnym cellulitem na udach i wiotkim, obwisłym brzuchem – nauczyła się go napinać pod bielizną korygującą – i pomyślą: „kto się szykuje do śmierci w taki sposób, mogła chociaż schudnąć, pochodzić na siłownię parę miesięcy”.
bała się, że sąsiedzi, którzy cudem przeżyją, będą stać nad ruinami i dyskutować odpryśnięty lakier na jej paznokciach i siwe odrosty. a staruszka – ta, co zawsze zjadliwie obmawiała za plecami, kiedy kobieta, szczęśliwa i lekko pijana, wyskakiwała z dużego czarnego samochodu, subtelnie machając kierowcy na pożegnanie – powie: „nie mogła się zawczasu zastanowić, jak będzie wyglądać na tamtym świecie? moja Iroczka nigdy by sobie nie pozwoliła na taką bezmyślność, świeć, panie, nad jej duszą”.
kobieta rozpaczliwie bała się śmierci, dlatego przed każdym wyjściem z domu wkładała najdroższą, najmisterniejszą koronkową bieliznę i najszykowniejszy strój. ale kąpać się w ubraniach byłoby co najmniej głupio. wanna jawiła jej się teraz niedosiężnym luksusem. szybki, dwuminutowy prysznic. gorący, chwała bojlerowi. tylko co można zrobić w dwie minuty? ciało nie zdąży nawet odtajać, a co dopiero się rozgrzać.
tego dnia, kiedy po raz pierwszy się poddała i weszła do wanny pełnej piany o zapachu oceanu, owoców tropikalnych i wszystkich spierdolonych urlopów, jej nienawiść wylała się na podłogę i pociekła do sąsiadów z dołu, przeżerając kafelki i beton.
a kobieta, która zawsze najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami, miała to gdzieś.
bo już niczego się nie bała.
kobieta, która szarego lutowego poranka opuściła dom z sennym synem, kotem i dwiema parami majtek w plecaku, codziennie na śniadanie, obiad i kolację zjadała samą siebie.
odkrawała kawałeczek siebie i dodawała do barszczu wraz z ziemniakami i kapustą z niemieckiego supermarketu oraz samotną cebulą z tureckiego sklepiku. pomidorowej piramidki Czumak nie sposób było tutaj dostać, więc w zamian kobieta używała włoskiego sosu. barszczu nie soliła – i tak za dużo płakała.
odkrawała kawałeczek siebie i gotowała zupę z klopsikami z ekologicznego mięsa europejskich indyków, ale zupa nigdy nie wychodziła taka jak w domu. bo kobieta nie miała domu.
odkrawała kawałeczek siebie i doprawiała nim spaghetti carbonara. i nieustannie wspominała smak makaronu z taniej budki przy metrze.
połowa – po sześciu miesiącach z kobiety zostało tylko tyle.
codziennie zjadała się za to, że postanowiła wyjechać.
po drugiej stronie granicy inna kobieta codziennie zjadała się za to, że postanowiła zostać.
