Miłosne przypadki czterdziestolatki - Wolańska Joanna - ebook + książka

Miłosne przypadki czterdziestolatki ebook

Wolańska Joanna

0,0

Opis

Miłosne przypadki czterdziestolatki” to powieść obyczajowa dla kobiet po czterdziestce, która łączy dojrzałą miłość, emocjonalną głębię oraz kobiecą siłę.

 

Intymny pamiętnik bohaterki pokazuje realistyczne relacje damsko-męskie, pełne zauroczeń, namiętności i rozczarowań. Historia uczy samoświadomości oraz budowania poczucia własnej wartości, jednocześnie angażując czytelniczki w prawdziwe emocje i doświadczenia.

 

Joanna Wolańska wyróżnia się autentycznością, humorem i uniwersalnymi refleksjami. Dzięki temu tytuł przyciąga kobiety poszukujące inspiracji w dojrzałych relacjach.

 

To książka, którą dystrybutorzy mogą wprowadzić do sprzedaży z dużym potencjałem. Sprzedaje się w segmencie literatury kobiecej dla dojrzałych kobiet i wyróżnia na rynku dzięki połączeniu emocji, refleksji i marketingowego potencjału.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 261

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Ewa Tadrowska

Korekta

Słowa na warsztatAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Joanna Wolańska© Copyright by Borgis 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68768-21-3ISBN (e-book) 978-83-68768-22-0

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Wydrukowano w Polsce

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Spis treści

Wstęp

Rozdział I. Podstarzały donżuan

Landmarks

Table of Contents

Cover

Wstęp

Tak to już jest, że wraz z rozwojem po drodze rozstajemy się z różnymi autorytetami i zaczynamy weryfikować wszystko i wszystkich, przepuszczając to przez własną intuicyjną mądrość, od czasu do czasu stającą jeszcze w szranki z przekonaniami, wzorcami czy zwykłą karmą. Im więcej jednak nagromadzonego balastu zrzucamy, tym wyraźniej widzimy wskazówki na naszej ziemskiej drodze i spokojniej przyjmujemy kolejne wyzwania, bez potrzeby ich konsultowania ze światem zewnętrznym. Nie znaczy to, że spojrzenie na siebie z innej perspektywy nie jest czasem cenne i inspirujące. Widzę jednak, jak zmienia się funkcja czy też pozycja tego spojrzenia wraz z naszym dojrzewaniem. Nie chodzi tu bynajmniej o zbytnie wywyższanie siebie ani niechęć do konfrontacji. Poglądy każdego podyktowane są własnym doświadczeniem i nagromadzonymi wraz z nim obciążeniami, więc nigdy nie będą one bezstronne czy jednoznaczne. Mimo to mam w swoim otoczeniu kilka osób, które cenię i których chętnie słucham, traktując to jako punkt odniesienia do własnych przemyśleń.

Jedna z nich, z której opiniami w całości się zgadzam i które rzetelnie zawsze analizuję pod kątem własnych przeżyć, powiedziała między innymi, że relację karmiczną zawsze się stosunkowo intensywnie odczuwa jako swoiste przyciąganie, z którego zazwyczaj trudno jest się uwolnić do czasu jej przepracowania. Bo też na tym to polega, że wzorce ciągną do siebie dwie powiązane osoby, aby dopełnić to, co między nimi niezakończone. Często mamy więc wtedy poczucie czegoś znajomego, pewnej więzi, nieświadomie traktowanej jako coś wspaniałego i niezwykłego do czasu, kiedy wzorzec się nie uruchomi, pociągając za sobą wszystkie jego konsekwencje. Mam tu na myśli związki toksyczne, które choć są spotkaniem dawnego znajomego, to już charakter wynikających z nich stosunków bywa mniej lub bardziej tragiczny co najmniej dla jednej ze stron.

Wspomniana przeze mnie coacherka doradza – w momencie pojawienia się owego odczucia tajemniczej bliskości i przyciągania – dużą ostrożność i powściągliwość przed wchodzeniem w takie relacje, które zazwyczaj są konsekwencją wcześniejszych, nieuregulowanych stosunków i wzajemnego odgrywania się z wcielenia na wcielenie. Rozwiązaniem w takim przypadku nie będzie ucieczka, i tak trudna do wykonania, gdyż niedokończona relacja będzie nas tak czy inaczej prześladowała pod różnymi postaciami aż do swojego wypełnienia. Jedynym wyjściem jest więc, po zdiagnozowaniu owego przypadku, po prostu przepracowanie go z całą świadomością, czym jest, aby raz na zawsze ugodowo – co wbrew pozorom jest bardzo ważne – wreszcie go zakończyć. Kilka takich związków było i moim udziałem, dając mi ciężką, choć – mam nadzieję – skuteczną lekcję. Ale zdarzają się i takie karmiczne przypadki, gdy dobieramy się bez szczególnych więzi osobistych i emocjonalnych, by przepracować w sobie słabsze elementy. I każde takie spotkanie w pewnym momencie ma przyciąganie, które znika, gdy tylko przerobienie czegoś było jego sensem. Niekiedy żałuję, choć zapewne niesłusznie, że niektóre moje lekcje pochłonęły zbyt wiele czasu. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny i zawsze zdarza się to, co powinno. W związku z tym bezcelowe są dywagacje, czy mogłam coś pominąć lub skrócić.

Nie chcę też dawać rad, bo i tak każdy musi przejść poszczególne etapy samodzielnie, jeśli oczywiście czuje potrzebę zabrania się za te ciemniejsze strony swojego ja. Być może jednak moje historie, oprócz wywołania czasem uśmiechu, a czasem grozy, natchną do pewnych przemyśleń. Choć – jak radzą buddyści – dobrze jest się z myśli oczyszczać, to zanim to nastąpi, ta jedna kołacząca się po głowie może okazać się kluczem do bramy uwolnienia.

Zastanawiałam się też, od czego zacząć i czy wszystko tu opisać. Chyba jednak zatrzymam coś dla siebie i osób mi najbliższych, a zacznę najlepiej od pierwszej realnej historii miłosnej, a co za tym idzie – i erotycznej, która miała początek jeszcze przed moją czterdziestką. Wcześniejsze zauroczenia platoniczne zostawię w sferze młodzieńczych marzeń będących cieniem tego, co dużo później miało stać się moim udziałem.

Zostaje pytanie, na jakim etapie będę, z kim i gdzie…

Rozdział I

Podstarzały donżuan

Nie skłamię, jeśli powiem, że życie uczuciowo-karmiczne zaczęłam z grubej rury, choć wbrew pozorom wielkość penisa akurat nie miała tu nic do rzeczy i z tym stwierdzeniem nie należy jej, a raczej go w żadnym razie kojarzyć. Był to jednak przypadek jeden z najcięższych w moim życiu, jeśli nie najcięższy, zarówno pod względem długości zmagania się z nim, jak i ilości wypłakanych łez, dramatyczności akcji, ogromu mojej naiwności i wieku mojego wybranka. A wszystko to – teraz tak o tym myślę – wzięło się niestety z niskiego poziomu mojej świadomości siebie, samooceny i braku wcześniejszych doświadczeń w tym zakresie. W pewnym sensie ilość mojej karmy z panem Jędrzejem też miała tu znaczenie niebagatelne. Na tamten czas byłam faktycznie błądzącą, wstydliwą i pod względem doświadczeń erotycznych niewinną duszyczką wyczekującą na tego jedynego, ukochanego mężczyznę, która wpadła jak śliwka w kompot – prosto w pazury pożeracza kobiecych serc.

Jeszcze wtedy bardziej marzyłam, niż rzeczywiście liczyłam na to, że mogłabym się komuś spodobać, nie mówiąc o czymś więcej. Dobiegałam trzydziestki, a nadal nie wzbudzałam wśród mężczyzn większego zainteresowania, nie doświadczając w związku z tym nawet tak zwanego podrywu. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy dojrzały, dwadzieścia lat starszy ode mnie mężczyzna, w dodatku mój profesor, pełen czaru i elegancji, zaczął okazywać mi coraz większą atencję. O zbliżonej do Cyrano de Bergerac facjacie, z wdziękiem i spojrzeniem Alaina Delona, robił wrażenie swoją postawną, wówczas jeszcze szczupłą, choć nie lichą sylwetką, kilkudniowym, lekko szpakowatym zarostem i stosunkowo luzackim ubiorem. Czar ten nie pryskał nawet wobec jego białych, stukających chodaków czy bladoróżowych jeansów sugerujących bardziej profesję plastyczną niż aktorską.

Tak więc krok po kroku, subtelnie, ze swoim szelmowskim uśmiechem osaczał mnie czarującymi komplementami i drobnymi gestami, jak posadzenie sobie mnie na kolanach na uczelnianym spektaklu czy wyjechanie po mnie, kiedy nie umiałam trafić na grupowe spotkanie w kawiarni. Z czasem zaczął wysyłać mi dwuznaczne, poetycko-romantyczne wiadomości, raczej w przenośni sugerując kierunek swego mną zainteresowania. Oczywiście na początku nie brałam tego wszystkiego całkiem na poważnie ani nie ośmieliłam się tak tego traktować. Teraz myślę, że ten mój dystans i pozorny opór, wynikające głównie właśnie z nieśmiałości, były dla niego dodatkową atrakcją i zachętą do upolowania naiwnego dziewczęcia. Wtedy pan Jędrzej nie wiedział o moim całkowitym braku doświadczenia w stosunkach damsko-męskich, co zrodziło i dla niego pewne niekoniecznie pozytywne konsekwencje. Ja zaś wówczas nie byłam zorientowana w jego barwnej romansowej przeszłości. Kiedy zaczęły do mnie docierać jakieś wiadomości na ten temat, byłam już zbyt zaangażowana, by nie wybronić z nich i nie usprawiedliwić swego wybranka. Tymczasem jego zabiegi nie ustawały, przybierając na sile, a ja powoli zaczynałam ulegać pod naporem pierwszych w moim życiu miłosnych podchodów. Na jego szczęście zbiegło się to z moim kolejnym platonicznym i tradycyjnie niespełnionym zauroczeniem, wobec czego zranione nieco serce zaczęło tym chętniej topnieć pod profesorskimi czułościami.

W końcu pan Jędrzej poczuł się na tyle pewnie w swych umizgach, że któregoś dnia odwiózł mnie do domu i pozwolił sobie na pożegnalny pocałunek. Niespodziewanie przybrało to formę rozciągniętej nieco w czasie, głębokiej wzajemnej penetracji organoleptycznej, jakże dla mnie odkrywczej. W zasadzie pierwszy raz tak zaawansowanie, choć – jak się okazało – nadzwyczaj profesjonalnie eksplorowałam kogoś ustami.

To też niewątpliwie po części wyjaśnia gwałtowność, a raczej siłę moich ówczesnych odczuć. W wieku dwudziestu siedmiu lat miałam w zasadzie za sobą jedynie dwa, bez porównania marniejsze i zdecydowanie bardziej powierzchowne, tego typu przypadki. Jednym z nich był uroczy turecki chłopaczek poznany w niemieckiej szkole językowej, można powiedzieć taki pierwiosnek moich przyszłych zagranicznych upodobań. Z racji swojej nieśmiałości musiałam kombinować, zwłaszcza jak nawinął się zacny obiekt miłosnych fascynacji. Udając któregoś dnia, że nie mam kluczy, podstępem skusiłam go na romantyczny spacer. Tak upragniony pocałunek, w zamkowym otoczeniu, był jednak zaledwie przelotnym muśnięciem, nierodzącym, ku mojemu zawiedzeniu, szczególnych następstw.

Drugi pocałunek, a raczej coś na jego kształt, zaliczyłam z sąsiadem mojego kuzynostwa, które zazwyczaj odwiedzałam w czasie wakacji. Zauroczenie to było nawet trochę nielegalne ze względu na niesnaski pomiędzy wujostwem a jego rodziną, jak to na peryferiach małych miasteczek się utarło. Tak czy inaczej, co lato wypatrywałam za nim oczy, zwłaszcza że wpisywał się w typ, który zawsze był moim ulubionym – smagły i ciemnowłosy. Wrażenie czegoś wilgotnego, acz niezbyt przyjemnego, wywołane dotknięciem jego ust na dobre zakończyło amory, może i zapobiegając wojnie podwórkowej. Na szczęście nie odcisnęło to na mnie żadnego piętna i kwestia ewentualnego rozsmakowania się w pocałunkach pozostawała otwarta.

Biorąc te doświadczenia pod uwagę, nic dziwnego, że zostałam tak wessana, gdy pierwszy raz zakosztowałam ust dojrzałego, doświadczonego partnera, który nie tylko na tamten czas robił na mnie wrażenie i spełniał fizyczne oczekiwania, lecz także posiadał niezgorsze w tym względzie umiejętności. Wraz z tym prysły też wszystkie moje obawy co do techniki, jaką sądziłam, że nie dysponuję. Być może z braku doświadczenia od jakiegoś czasu bowiem zastanawiało mnie, czy będę umiała się całować i czy nie jest to coś, co powinnam wcześniej sama opanować. Oczywiście dzieliłam się tymi rozterkami z przyjaciółkami, które dzielnie mnie wspierając, zachęcały do praktykowania na przedmiotach martwych, jak piłka czy pomarańcza.

Ku mojemu zaskoczeniu to pierwsze poważne i długotrwałe całowanie wyszło mi nad wyraz sprawnie. Albo więc miałam naturalne predyspozycje, albo nie było to tak skomplikowane. Z perspektywy obecnego doświadczenia bardziej prawdopodobne wydaje mi się to pierwsze.

Tak czy inaczej, od tego mniej więcej momentu zaczęły się nasze spotkania tête-à-tête, na początku dosyć nieśmiałe w kawiarniach, aż po te nieco bardziej zaawansowane, ale jak na razie tylko samochodowe obmacywanie i całowanie. Któregoś razu zaparkowaliśmy wieczorową porą w okolicach parku. Rozochoceni rzuciliśmy się na siebie na tylnym siedzeniu. Kiedy z zanurzoną w mojej rozpiętej bluzce twarzą pana Jędrzeja po raz pierwszy miałam oznaki zbliżającego się orgazmu, ocuciło nas niespodziewanie bynajmniej nie nasze pukanie. Za szybą stali policjanci, którzy akurat kontrolowali ten teren. Wylegitymowali mojego nieco speszonego amanta, tym samym pozbawiając mnie jakże wyczekiwanego finału.

Innym ciekawym przypadkiem czy incydentem z początkowej fazy naszego romansu był moment spotkania z nim, czyli pierwszym żywym i namacalnym penisem w moim życiu. Było to wyzwanie zdecydowanie większe nawet od pocałunku, biorąc pod uwagę nie tyle moje braki techniczne, co strach przed obcym obiektem penetrującym moje wnętrze. Z dwojga złego po raz pierwszy wybrałam się do ginekologa, sądząc, że moje dziewicze rejony kontakt z fallusem znieść mogą gorzej. Pozostała kwestia oswojenia się z tym męskim orężem, którego jednak nadal nie postrzegałam po przyjacielsku. Okazja do większej intymności nadarzyła się po jakimś czasie u mnie, po wyekspediowaniu na ten czas babci, z którą mieszkałam. Miłe było móc wreszcie ułożyć się wygodnie na łóżku z ukochanym, do momentu, w którym on przystąpił do rozbierania.

– Mam prośbę, czy on mógłby sobie na razie spokojnie leżeć, bez stawania? Chciałabym się z nim oswoić – wypaliłam spanikowana, kiedy pan Jędrzej powoli odsłaniał swoje wdzięki.

– Ależ oczywiście, kochanie – odparł rozanielony, grzecznie trzymając podniecenie na wodzy.

Wynikiem tego pan Jędrzej kolejnym razem, kiedy już po obmacywaniach zgodziłam się na bezpośrednie zaatakowanie mojej jamki, zwyczajnie się zawiesił, nie mogąc ruszyć swoim działem. Ponieważ kolejne próby nic nie dawały, powędrowaliśmy na miniterapię z problemem, który nieświadomie sama wywołałam. O dziwo, zalecona przez psychologa wstrzemięźliwość natychmiast pana Jędrzeja odblokowała i ku swojej uciesze mógł przystąpić wreszcie do konsumowania naszej coraz bujniej rozkwitającej relacji. Okazji jednak do takiego intymnego spotykania się nie było mimo wszystko za wiele, bynajmniej nie z braku chęci, ale lokalu. Mój amant nie wykazywał się zresztą specjalną troską czy inicjatywą, poprzestając na powszechnie dostępnych mu miejscach, jak samochód, pokoje na uczelni czy leśne knieje. Zdarzyło się, że kochaliśmy się w wysokiej trawie, która wraz z nim wchodziła we mnie gdzieniegdzie, przegonieni na końcu ulewnym deszczem. Czasem z kolei ja załatwiałam mieszkanie u zapoznanych z naszym romansem znajomych, którzy mijani na schodach, nawet specjalnie go nie stresowali.

Oczywiście w międzyczasie, oprócz czułych i namiętnych spotkań, pan Jędrzej szturmował mnie codziennie różnorakimi wiadomościami, podsycając ogień namiętności i uczucia, które nazywał wielkimi słowami, snując fałszywe wizje naszego przyszłego wspólnego życia. Byłam tym wszystkim oszołomiona i podniecona, nie zauważając, że oprócz tych słów, kilku kwiatów, książek i perfum w zasadzie nic szczególnego z tego ukrywanego związku nie miałam.

Na tamtym etapie byłam tak spragniona bliskości i kochania, że zadowalała mnie każda, najmniejsza obecność ukochanego, każdy jego dotyk i okazywane zainteresowanie. Nie przeszkadzały mi jego palenie, nie zawsze odświeżone ciało, niezrozumiała sytuacja z żoną ani brak orgazmów. Cieszyłam się, że rozmiarowo pan Jędrzej pozostawał w średniej krajowej, nie rozpychając się w mojej dziurce za bardzo swym wężem. Jego wślizgiwania się więc były w miarę znośne, choć pozbawione jakichkolwiek doznań erotycznych, nie mówiąc o grande finale. Mentalnie samo posiadanie go było dla mnie spełnieniem, całkowicie przesłaniając potrzebę odnalezienia w tym jakiejkolwiek jakości czy przyjemności dla siebie. Tymczasem jego figlarne wiadomości lub przysyłane mi zdjęcia, na przykład „gagatka” w kąpieli, stymulowały wyobraźnię, nakręcając na kolejne spotkania. Generalnie mój ukochany należał do dosyć czułych osobników, choć nie przesadzał z ilością czasu poświęcanego na wstępne zabawy, raczej skupiając się na w miarę szybkim zaspokojeniu własnych chuci, co w zderzeniu z wiekiem w sumie nie powinno być takie zaskakujące.

W międzyczasie ze stanu zauroczenia i niedowierzania temu, co się działo, przeszłam któregoś wieczoru w etap prawdziwego zakochania. Pamiętam dokładnie moment, kiedy odwoził mnie do domu, a ja wyszłam z samochodu, odwracając się jeszcze na moment w jego stronę. Nagle, patrząc na tego człowieka, poczułam zalewające mnie uczucie miłości. Myślę, że to był właśnie ten moment, kiedy straciłam dla niego całkiem głowę i nie było odtąd ważniejszej osoby w moim życiu.

Siła tego uczucia i karma, jaka nas łączyła, niewątpliwie przełożyły się na moje dramatyczne losy, kiedy już po jakimś czasie panu Jędrzejowi się znudziłam i zaczął mnie odstawiać na boczny tor. Nie pomnę dokładnie, ale zaczęło się to chyba po około dwóch latach idyllicznej miłości. W pewnym momencie ukochany zaczął się wycofywać, ograniczając nie tylko nasze spotkania, ale też odzywanie się. Wraz ze słabnięciem jego zainteresowania i coraz rzadziej poświęcanym mi czasem moje zaangażowanie wzbierało tym bardziej, jakbym codziennym zabieganiem o niego mogła jakimś cudem nadrobić te straty. W takim miejscu zazwyczaj zaczyna się niezauważalnie niebezpieczny etap, kiedy jesteśmy w stanie zrobić wszystko dla chwili z ukochanym, lecz wciąż jest nam za mało. Im bardziej wzrasta nasza w tym względzie zachłanność, tym bardziej naciskamy na drugą stronę, odpychając ją w dwójnasób.

Naturalnie nie znaczy to, że gdyby nie moje zachowanie, sielanka trwałaby dalej. Sądzę, że nasze drogi jedynie szybciej by się rozeszły, z mniejszym bólem dla mnie. Na tym jednak polegał nasz toksyczny układ, abym wymęczona i podeptana odzyskała tym samym wiarę w siebie. Bez tego silnego, karmicznego zapatrzenia w niego nie byłoby całej dramatycznej dla mnie lekcji i powstania niczym feniks z popiołów mojego złamanego serca. Gdyby nie mój wzorzec odrzucenia, prawdopodobnie w ogóle bym pana Jędrzeja nie przyciągnęła, a też raczej nie zwróciłabym uwagi na tego podstarzałego donżuana, nie mówiąc o usilnym i tak rozpaczliwym za nim później gonieniu. Byłam jednak wówczas na początku drogi do siebie, w okresie kiedy mój wpływ na to, co się działo, w zasadzie był żaden. To jednak między innymi dzięki temu doświadczeniu zaczęłam pracę nad sobą i poszukiwanie potrzebnych do tego narzędzi, biorąc przeżycia z panem Jędrzejem jako pierwsze do przerobienia.

W międzyczasie, zanim nastąpił dla mnie ten bardziej ponury okres, zaliczyłam z nim wspólny wyjazd, którym cieszyłam się jak dziecko. Było to przy okazji jego weekendowego kursu aktorskiego w Krynicy. Pojechaliśmy tam razem, jak para świeżych kochanków. Wynajęliśmy w pobliżu kwaterę, do której mój amant wymykał się po zajęciach. Już wtedy jednak zdarzały mi się naburmuszenia i pretensje za przedłużone powroty czy ślęczenie przed telewizorem w wolnych chwilach. Choć złapałam wówczas „wilka”, wypatrując go w strugach deszczu, on zaś w zamian przy śniadaniu złamał na bułce ząb, była to wyprawa moich marzeń, którą w swej romantycznej duszy długo wspominałam. W czasie wakacji z kolei mieliśmy zawsze prawie miesięczną rozłąkę, kiedy wyjeżdżał w te same pomorskie, leśne rejony. Pocieszałam się wówczas, że jeździ tam sam i śle mi za każdym razem codzienne wiadomości. Z pierwszego takiego wyjazdu, gdy nasza znajomość dopiero rozkwitała, napisał do mnie coś w rodzaju pamiętnika z każdego spędzonego tam dnia, nierzadko przywołując mnie w swoich myślach.

Nieco później nadarzył się nam jeszcze jeden wspólny wyjazd, mniej już jednak szczęśliwy, kiedy powoli jego zauroczenie mną chyliło się ku końcowi. Był to kolejny kurs, w którym i ja oficjalnie uczestniczyłam. Tym razem mieliśmy osobne sypialnie, choć naturalnie co noc wymykałam się ze swojej kwatery do jego hotelu i skoro świt wracałam do siebie, żeby nikt mnie nie zobaczył. Mimo że należało być jeszcze bardziej ostrożnym, starałam się uskuteczniać nasze schadzki również w ciągu dnia, pan Jędrzej jednak już wtedy zaczynał się ode mnie opędzać i z nieskrywaną niechęcią, przyparty do muru przelatywał mnie w akcie łaski w poobiedniej przerwie. Czując to znudzenie raniące mi serce, mimo wszystko nie odpuszczałam, chcąc go zatrzymać swoim oddaniem.

To rodziło frustrację po obu stronach, doprowadzając do coraz częstszych kłótni, które potem u mnie wywoływały poczucie winy i przerażenie, że go stracę. Jakże obca mi jest teraz owa desperacja, kiedy ciągle zastanawiasz się, co on robi, dlaczego nie odpisuje, czy się spotka, tak mocno wżerająca się w codzienność i niedająca chwili wytchnienia. Próba zrozumienia za wszelką cenę, dlaczego ukochany tak nagle się ode mnie oddala. Upraszanie spotkań na siłę tylko po to, by doświadczać coraz większej obojętności i chłodu, które – miałam wrażenie – rozmyślnie wobec mnie stosował. Choć było to tak bolesne i przykre, wciąż miałam naiwną nadzieję na wspólne życie, która nie pozwalała mi się poddać i zrezygnować z tej jedynej, wielkiej miłości. Wiele lat musiało upłynąć, nim odwykłam od takich zachowań, które wówczas były dla mnie normą.

W końcu pan Jędrzej pod naporem mojego permanentnego żebrania o spotkanie, przeplatanego z wymówkami o ilość czasu poświęcanego naszej relacji, porzucił mnie po raz pierwszy. Nastąpiły dni, a później tygodnie załamania, błagań i całej tej bezdennej rozpaczy, wypłakiwanej w końcu na sesjach.

W międzyczasie odkryłam również, że mój wybranek przerzucił już swoje zainteresowanie na inną, młodszą kandydatkę, co potwierdzało wcześniejsze plotki na jego temat. Pamiętam, że zauważyłam jego zawoalowane komentarze w mediach społecznościowych i zdjęcie jednej z uczennic w jego charakterystycznej kamizelce. Pewnego dnia doszło też do bezpośredniej konfrontacji z domniemaną konkurentką. Przy okazji zakupów w centrum handlowym moje przyjaciółki zauważyły bowiem w jednym ze sklepów pana Jędrzeja skaczącego usłużnie wokół podejrzanie młodej dzierlatki. Wykonały do mnie szybki telefon, a ja na skrzydłach wiatru pognałam przyłapać kochasia na gorącym uczynku. Z podniesioną głową i sercem chcącym wyskoczyć z piersi minęłam zajętą sobą parkę, rzucając zdrajcy jednoznaczne spojrzenie. Chwilę potem bezsilna rzuciłam się w ramiona czekających na mnie przyjaciółek, wylewając swe żale, zaś kątem tego mniej zapłakanego oka śledziłam dalsze kroki profesora z jego nową zdobyczą.

Jakimś sposobem po pewnym czasie udało mi się uprosić ukochanego, aby do mnie wrócił, choć oczywiście sielanka bezpowrotnie minęła. Nasze sporadyczne spotkania odbywały się wyłącznie na jego warunkach, ku mojemu ciągłemu niezaspokojeniu zarówno pod względem poświęcanego mi czasu, jak i uwagi, bo co do erotycznego dawno się poddałam. Najsmutniejsze chyba były pośpieszne schadzki na uczelni, gdzie na stojąco lub na twardej podłodze, jak ze średniowiecznej opowieści grozy, mój amant zaliczał mnie machinalnie, pozostawiając po sobie ból w sercu i plecach.

Nasze zejście się nie trwało zresztą specjalnie długo, bo katowicki donżuan miał inne obiekty w zasięgu swoich myśli i ręki, a ja jedynie uprzykrzałam mu codzienność swoim biadoleniem. Tak więc po raz kolejny zostałam porzucona, choć zdążyłam jeszcze zaliczyć dwie noce w tym niby naszym wymarzonym domu, nie dla nas jednak w końcu kupionym.

Długo zbierałam się po tych wydarzeniach, być może dlatego, że wówczas dopiero zaczynałam odkrywać siebie i odgrzebywać cały ten karmiczny balast, z którym należało zrobić porządek.

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, lecz czy nie jest ona już inna, przecież ciągle płynie? Może więc, jeśli któreś z nas się zmieni, warto zanurzyć na moment nogę w dawnej opowieści? Przez jakiś czas te nasze powroty być może pozornie nie miały sensu, choć niewidzialnie szlifowały moje oryginalne wnętrze, pomagając ostatecznie zmierzyć się ze wszystkimi złudzeniami. To ostatnie wejście do „naszej wspólnej rzeki” – choć akurat w tym przypadku nie dosłowne – miało mnie chyba upewnić w tym, że jesteśmy dawno minioną historią. Mając niebagatelne znaczenie, pan Jędrzej stracił dla mnie całkiem swą wartość uczuciową i został w końcu usunięty w cień bez żadnego żalu.

Pojawił się ponownie i jakże niespodziewanie w moim życiu prawie po dziesięciu latach. Mieszkałam już sama, on akurat stracił prawo jazdy i leczył kręgosłup, który nie bez powodu mu siadał. Nawet nie pamiętam, czy się gdzieś spotkaliśmy przypadkowo, czy on do mnie napisał, choć to drugie wydaje się bardziej prawdopodobne. Zdarzało się wcześniej, że zapraszał mnie na kawę, chyba z sentymentu, a ja jeszcze wtedy miałam ochotę zobaczyć dawną miłość, wciąż nosząc w sercu nadzieję. Kiedyś jeden z bioenergoterapeutów, po jakich wówczas biegałam, wywróżył mi, że po dziesięciu latach wreszcie się z panem Jędrzejem na zawsze zejdziemy. Od tego czasu miałam to z tyłu głowy, nadając sens czekaniu na niego, zwłaszcza w obliczu braku innych chętnych kandydatów.

Tak więc, kiedy po raz kolejny zaproponował spotkanie, tym razem wkomponowane w podwiezienie go na egzamin z prawa jazdy, specjalnie się nie opierałam. Zaskoczyło mnie jedynie, że zapowiedział potem wizytę u mnie, co oczywiście miało niedwuznaczne znaczenie. Po obejrzeniu mieszkania, w którym był po raz pierwszy, przyciągnął mnie do siebie, lecz miałam wrażenie, że bez dawnej werwy. Będąc po tylu latach w jego ramionach, i ja nie czułam żadnego zaangażowania, usiłując w jego pocałunkach znaleźć szczęście, na które przecież czekałam. Kilka chwil później, kiedy tak leżałam koło tego niezbyt urokliwie pachnącego potem starszego mężczyzny, z nieco wiszącym brzuchem i niestającym na wysokości zadania orężem, zaczęłam się poważnie zastanawiać, co ja z nim w ogóle robię. Nie chodziło bynajmniej o to, że w danym momencie musiałam wziąć seks dosłownie w swoje ręce, z marnym zresztą skutkiem. Chyba dotarło do mnie tak dobitnie, że on po raz kolejny przyszedł się tylko zaspokoić, a we mnie była już pustka odarta ze wszelkich złudzeń na jego temat. W pewnym sensie wiedziałam, że to ostatni raz, choć wówczas uznawałam to jeszcze, siłą przyzwyczajenia, za nasze ponowne zejście się. Jak mocne to było, może świadczyć fakt, że kiedy w międzyczasie poznałam kolejnego, tym razem młodszego partnera, to podczas pierwszych randek, a zwłaszcza po pierwszym seksie, targały mną wyrzuty sumienia względem pana Jędrzeja. Zastanawiałam się nawet, jak mu powiem, że go zdradzam i że chcę go opuścić. Na szczęście wraz z uczuciem do niego przeminęły i te rozterki i cały on wyparował z mojej głowy jako partner idealny, kończąc tym samym, mam nadzieję, naszą karmę.