Miłosne menu - Elizabeth Bevarly - ebook
Opis

Hogan zostaje dziedzicem ogromnej fortuny. Majątek to jego szansa na odzyskanie Anabel, dawnej miłości, z którą rozdzieliła go różnica statusu społecznego. By zwrócić na siebie jej uwagę eleganckimi przyjęciami, zatrudnia w swej rezydencji Chloe, ekstrawagancką mistrzynię kulinarną. W ten sposób sam siebie wystawia na pokusę. Zaczyna pragnąć Chloe...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth Bevarly

Miłosne menu

Tłumaczenie:

PROLOG

Hogan Dempsey niczego tak nie kochał jak metalicznego zapachu i dźwięków warsztatu samochodowego ojca. No dobrze, swojego warsztatu, bo ojciec od trzech lat nie żył. Mimo to Hogan wciąż myślał o tym miejscu jako o warsztacie ojca i nawet gdyby komuś go przekazał, niczego by to nie zmieniło. Co prawda nie planował tego, w każdym razie w najbliższej przyszłości.

Skończył dopiero trzydzieści trzy lata i nie miał komu zostawić warsztatu – matka nie żyła już od dawna, a w życiu Hogana nie pojawiła się kobieta, z którą planowałby wspólną przyszłość od chwili… Właściwie nigdy.

Warsztat Dempseya był po prostu świetnym warsztatem, i tyle. Najlepszym w Queens, to na pewno, i pewnie najlepszym w stanie Nowy Jork. Klienci przyjeżdżali tu nawet z tak odległych miejsc jak Buffalo.

Hogan leżał właśnie pod jednym z samochodów z Buffalo, smukłym czarnym pontiakiem Trans Am z 1976 roku, wspaniałym dziełem amerykańskiej fachowości. Gdyby spędził resztę życia w zatłuszczonym kombinezonie, z rękami po łokcie w bebechach silnika, umarłby jako szczęśliwy człowiek.

– Pan Dempsey? – dobiegł go głos z góry.

Męski, ale nieznany. Hogan spojrzał w prawo i zobaczył nogi w spodniach w prążki i wyjściowych eleganckich butach, które pewnie kosztowały więcej, niż Hogan zarabiał przez miesiąc.

– To ja – odparł, nie przerywając pracy.

– Nazywam się Gus Fiver – przedstawił się mężczyzna w prążkowanych spodniach. – Jestem prawnikiem z kancelarii Tarrant, Fiver i Twigg. Możemy tu gdzieś porozmawiać na osobności?

Prawnik? Hogan się zdziwił. Czego chce od niego prawnik? Prowadził uczciwy interes, wszystkie sprawy miał w porządku.

– Możemy tu porozmawiać – odparł. – Niech pan wyciągnie leżankę monterską.

Ku jego zdumieniu Gus Fiver z Tarrant, Fiver i Twigg wiedział, co zrobić. Większość ludzi nie miałaby pojęcia, że leżanka monterska to rodzaj deskorolki, na której kładą się mechanicy, by dostać się pod podwozie samochodu. Co więcej, położył się na niej w tych swoich spodniach w prążki i eleganckich butach. Potem wjechał pod samochód. Od szyi w górę nie wyglądał na gościa w prążkowanych spodniach. Wyglądał jak koleś, z którym po robocie wypiłoby się piwo na Astoria Boulevard. Miał co prawda jaśniejsze włosy i był przystojniejszy niż większość takich kolesi, mimo to miał w sobie tę aurę klasy pracującej, której nie da się całkiem ukryć.

Hogan to wiedział. Kiedy był nastolatkiem, starał się ukrywać swoje pochodzenie pod rozmaitymi przebraniami, co skończyło się tylko tym, że więcej niż raz przypomniano mu, że nie da się uciec od korzeni.

– Cud maszyna – rzekł Fiver. – Czterysta pięćdziesiąt pięć CUs. Silnik V-8. Trans Am z siedemdziesiątego szóstego był najlepszym samochodem typu pony car, jaki Pontiac kiedykolwiek wyprodukował.

– Poza GTO z sześćdziesiątego czwartego – zauważył Hogan.

– Taa, zgoda, ma pan rację.

Obaj mężczyźni uczcili chwilą ciszy świętą ziemię Detroit, która wydała takie cuda, po czym Fiver podjął:

– Panie Dempsey, czy coś panu mówi nazwisko Amherst? Philip Amherst?

Hogan zajął się znów samochodem.

– Proszę mi mówić Hogan. Nie, nic mi nie mówi. A powinno?

– Tak się nazywał pański dziadek – odparł Fiver.

Okej, Gus Fiver pomylił go z jakimś innym Hoganem Dempseyem. Ledwie pamiętał dziadków, gdyż rak zrobił spustoszenie w jego rodzinie. Ale żaden z dziadków nie nazywał się Philip Amherst. Na szczęście Hogan nie odziedziczył choroby nękającej jego bliskich, ponieważ został adoptowany zaraz po urodzeniu i…

I tu się zatrzymał. Jak każde adoptowane dziecko był ciekaw, kim było dwoje ludzi, których połączonemu DNA zawdzięczał swoje istnienie. Ale Bobby i Carol Dempseyowie okazali się wymarzonymi rodzicami, a myśl o tym, że ktoś inny mógłby pełnić tę rolę, nigdy mu się nie podobała. Nigdy nie pragnął odnaleźć swoich krewnych, nawet po stracie adopcyjnej rodziny.

Spojrzał na prawnika w milczeniu. Philip Amherst musi być jednym z jego biologicznych dziadków. Jeśli Gus Fiver szukał Hogana, to mogło znaczyć tylko jedno – dziadek chce go znaleźć. Hogan nie wiedział, co o tym myśleć. Potrzebował chwili, żeby…

– Niestety pański dziadek niedawno zmarł – podjął Fiver. – Jego żona Irene i córka Susan, która była jego jedynym dzieckiem i pańską biologiczną matką, odeszły wcześniej niż on. Susan nie wyszła za mąż i nie miała więcej dzieci, więc pański dziadek nie miał bezpośrednich spadkobierców. Po śmierci córki w zeszłym roku zmienił testament. Cały majątek przepisał na pana.

Hogan nie musiał już myśleć o drugiej rodzinie, którą mógłby poznać, bo wszyscy nie żyli. Jaką jeszcze niemiłą niespodziankę zaserwuje mu Gus Fiver?

Natychmiast uzyskał odpowiedź.

– Majątek pana Amhersta jest dość znaczny – ciągnął Fiver. – Zwykle w takiej chwili proszę spadkobiercę, żeby usiadł, ale w tych okolicznościach może wolałby pan wstać?

Nie musiał go dwa razy prosić. Hogan jednym pchnięciem wysunął się spod samochodu i zaczął krążyć. Dość znaczny. Tak Fiver określił majątek dziadka. Ale dość znaczny to jedna z tych fraz, która może oznaczać wiele różnych rzeczy. To może być sto tysięcy dolarów. Albo, jasna cholera, nawet milion.

Fiver też wstał, otworzył teczkę i wyjął dokumenty.

– Pański dziadek był bankierem i finansistą, który mądrze inwestował. Nie zostawił długów, za to mnóstwo aktywów. Jego główna rezydencja mieści się w Nowym Jorku na Upper East Side, ale był także właścicielem domów w Santa Fe, Palm Beach i Paryżu.

Hogan był wstrząśnięty. Chociaż słowa prawnika do niego docierały, miał wrażenie, że natychmiast mu się wymykają.

– Chodzi o Paryż w stanie Teksas, prawda?

Fiver się uśmiechnął.

– Nie, Paryż we Francji. Trocadéro, mówiąc dokładnie, w Szesnastej Dzielnicy.

– Nie wiem, co to znaczy. – Do diabła, Hogan nic z tego nie pojmował.

– To znaczy, że pański dziadek był bardzo zamożnym człowiekiem, panie Dempsey. A teraz, dzięki testamentowi i pokrewieństwu, pan także jest bogaty.

Potem wymienił taką sumę, że Hogan cofnął się o krok, jakby chciał się przed tym ustrzec. Nikt nie może mieć tyle pieniędzy. Zwłaszcza ktoś taki jak on. Ale właśnie wszedł w ich posiadanie. W ciągu kolejnych trzydziestu minut Fiver dał mu to jasno do zrozumienia. Na koniec oznajmił, że odbędą jeszcze kilka spotkań i dodał:

– Hogan, jestem pewien, że słyszał pan opowieści o ludziach, którzy wygrali na loterii, a potem ich życie się rozpadło, bo nie radzili sobie z odpowiedzialnością związaną z posiadaniem dużych pieniędzy. Radzę panu przemyśleć to wszystko, zanim podejmie pan jakieś ważne decyzje. I proszę się nie spieszyć.

– Tak zrobię – zapewnił go Hogan. – Dziwna rzecz, bo już nieraz myślałem, co bym zrobił, gdybym wygrał w totolotka. Gram od szkoły średniej.

Fiver był zaskoczony.

– Nie wygląda pan na hazardzistę.

– Mam swoje powody.

– I na co zamierzał pan przeznaczyć wygraną?

– Trzy rzeczy. – Hogan uniósł lewą rękę i wyciągnął palec wskazujący. – Po pierwsze na Shelby Daytona Cobra z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego. – Dołączył palec środkowy do wskazującego. – Po drugie na dom w Ocean City w stanie New Jersey. – Do dwóch palców dodał trzeci. Serdeczny, bardzo ważny. – Po trzecie… – uśmiechnął się – na Anabel Carlisle. Z Park Avenue.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Pani jest moją nową kucharką?

Hogan przyglądał się podejrzliwie młodej kobiecie stojącej w jego kuchni z biało-niebieskimi włoskimi kaflami, tak ogromnej, że zajęłaby dwie zatoczki w jego warsztacie. Chloe Merlin nie wydawała się dość dorosła, by użyć nożyczek o ostrych czubkach, a co dopiero mówić o nożu. Miała co najwyżej sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, i to w czerwonych chodakach, czyli była około trzydziestu centymetrów od niego niższa. Miała na sobie za dużą białą bluzę szefa kuchni i zbyt luźne spodnie poplamione czerwoną papryką.

To te jej gigantyczne okulary, stwierdził Hogan. W czarnych oprawach i zdecydowanie męskim stylu. Zdominowały jej twarz, sprawiając, że zielone oczy zdawały się olbrzymie. A może to niestaranny sposób, w jaki na czubku głowy związała niemal białe włosy. A może czerwona szminka. Nie miała innego makijażu, jakby wykradła szminkę z kosmetyczki mamy, by z nią poeksperymentować. Wyglądała po prostu… tak cholernie…

Och, do diabła. Uroczo. Wyglądała uroczo. Hogan nie chciał nawet o tym myśleć.

Chloe Merlin miała być jego sekretną bronią, która pomoże mu zdobyć Anabel Carlisle z Carlisle’ów z Park Avenue. Widząc ją teraz, zastanowił się, czy byłaby w stanie pomóc mu wygrać choćby w bingo w hotelu Queensboro Elks. Jedną ręką trzymała worek marynarski, pod ramieniem drugiej usiłowała utrzymać coś, co wyglądało na zwinięte posłanie, chociaż było za cienkie na śpiwór. Na kuchennej wyspie obok niej stała skrzynka wypełniona roślinami różnej wielkości i kształtu. Zgadywał, że to zioła, choć nie miał pojęcia jakie. Wszystkie te wyżej wymienione rzeczy kompletnie nie pasowały do jej drobnej figurki. Jakby ją tam ściągnięto z innego wymiaru i wciąż usiłowała przystosować się do nowych praw fizyki.

– Ile ma pani lat? – spytał, zanim ugryzł się w język.

– Czemu pan o to pyta? – odparowała. – To niezgodne z prawem traktować wiek jako warunek przy zatrudnieniu. Mamy równe szanse w dziedzinie zatrudnienia. To nie najlepszy początek pierwszego dnia pracy.

Już miał jej powiedzieć, że to może być również ostatni dzień jej pracy, jeśli będzie się tak zachowywała, ale chyba zdała sobie sprawę, o czym myślał i go uprzedziła.

– Jeśli mnie pan teraz wyrzuci, po takim pytaniu mogę pana pozwać. Prawo będzie po mojej stronie.

No, no. Charakterna jak na taką kruszynę.

– Jestem po prostu ciekaw – odrzekł, co zresztą było prawdą. Miała w sobie coś takiego, że budziła ciekawość.

Jej ogromne okulary zsunęły się na czubek nosa, więc musiała je poprawić.

– Mam dwadzieścia osiem lat – oznajmiła. – Chociaż to nie pańska sprawa.

Chloe Merlin musiała być fantastyczną kucharką, bo na pewno nie została najbardziej poszukiwanym szefem kuchni na Park Avenue dzięki urokowi osobistemu. W nowym środowisku Hogana była ekskluzywnym symbolem statusu.

Kiedy tamtego dnia w warsztacie wymienił Gusowi Fiverowi powody, dla których chciał „zdobyć” Anabel, prawnik przekazał mu pewne pomocne informacje. Gus znał rodzinę Carlisle’ów i wiedział, że Anabel zatrudnia właśnie Chloe Merlin, kucharkę sławnych i bogatych. Tak świetną, że odkąd przed pięciu laty przyjechała do Nowego Jorku, była stale zatrudniana przez zamożnych pracodawców, a przy każdej zmianie miejsca pracy otrzymywała znaczącą podwyżkę.

Zwerbowanie Chloe, czyli ukradnięcie jej zatrudniającej ją w danej chwili osobie, stało się ulubioną rozrywką bogaczy z Park Avenue, powiedział Gus. Anabel Carlisle była ostatnią zwyciężczynią w tej grze. Skoro Hogan zamierzał szukać kucharki, zatrudniając Chloe, czyli odbierając ją Anabel, zdobędzie uwagę tej ostatniej i znów pojawi się w jej życiu.

Patrząc teraz na Chloe, Hogan zaczął się jednak zastanawiać, czy ulubionym zajęciem mieszkańców Park Avenue nie było irytowanie nowego członka ich społeczności i czy to nie Gus Fiver był obecnym beneficjentem tej gry. Zatrudnienie Chloe kosztowało go fortunę, a niektóre ze stawianych przez nią warunków były idiotyczne. Nie wspominając o tym, że wyglądała dość… ekscentrycznie. Hogan nie znosił dziwaków.

– Jeśli chce pan coś zjeść dziś wieczorem, powinien mi pan pokazać mój pokój – powiedziała do niego tym samym chłodnym tonem. – Pańska kuchnia mnie zadowala, ale muszę zabrać się do pracy. Croque monsieur sam się nie zrobi.

Croque monsieur, powtórzył w myśli Hogan, choć ze złym akcentem. Co to, do diabła, jest? Czy będzie jej płacił horrendalne pieniądze za gotowanie czegoś, czego nawet nie lubi? Wystarczyłaby mu kanapka z szynką i serem.

Potem przypomniał sobie inną część jej wypowiedzi. Kuchnia ją zadowala? Poważnie? W tej kuchni mogłaby nakarmić księcia Liechtensteinu. Do diabła, książę mógłby jeść z podłogi jego kuchni. Mogłaby w jednym piecu przygotować suflet wielkości Szwajcarii, a w drugim jednocześnie upiec całego miecznika. Hogan ledwie ją tu znalazł, kiedy pani Hennessey, odziedziczona po dziadku gospodyni, powiedziała, że nowa kucharka czeka.

Zadowala!

– Pani pokój jest…

Dom dziadka był dość duży, by uchodzić za niepodległe państwo, a Hogan wprowadził się tu dopiero wczoraj. Ledwie wiedział, gdzie jest jego pokój. Pani Hennessey przed zakończeniem pracy pokazała mu nawet pokój dla kucharki, a on uznał, że jest naprawdę zadowalający. Ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, czy to było na trzecim, czy na czwartym piętrze.

– Pani pokój jest na górze – oznajmił w końcu. Kiedy wejdą na górę, chyba go rozpozna. – Proszę za mną.

O dziwo, ruszyła bez wahania, zostawiając coś, co wyglądało na zwinięte posłanie i skrzynkę z roślinami – te ostatnie chciała pewnie postawić pod dużymi oknami w kuchni. Wyszli z mieszczącej się na pierwszym piętrze kuchni do galerii ze zdjęciami i portretami ludzi, którzy, jak zgadywał Hogan, byli jego krewnymi. Za galerią znajdowała się jadalnia, której jeszcze nie widział.

Prowadził Chloe szerokimi półkolistymi schodami. W domu była też winda, ale schody wydały mu się mniej kłopotliwe, dopóki nie weszli na drugie piętro, a potem trzecie, gdzie, był prawie pewien, mieścił się jego pokój. Tak, trzecie piętro należy do niego. Rozpoznał mahoniową boazerię. Potem weszli na czwarte i ostatnie piętro, gdzie znajdowała się spora przestrzeń do wypoczynku i dwie sypialnie, każda z łazienką większą niż salon w jego mieszkaniu nad warsztatem.

– To jest pani pokój. – Wskazał na prawo, przypominając sobie, że to ten pokój pokazywała mu pani Hennessey, mówiąc mu, że jest większy i ma kominek.

Otworzył drzwi dość szeroko, by Chloe mogła wejść do środka. W pokoju dominowały granat i złoto, meble były z drewna czereśniowego, ściany zdobiły nieszkodliwe olejne pejzaże. Hogan uznał, że to pokój gościnny, więc raczej neutralny, jeśli chodzi o dekoracje, choć w jego mniemaniu bardziej męski. Mimo to przypadł do gustu Chloe.

– Jest łazienka en suite? – spytała.

– Jeśli pyta pani, czy przy pokoju jest łazienka, to tak – odparł i wskazał na drzwi obok. – Tam. – Tak sądzę, dodał w myśli. Bo równie dobrze mogła tam być garderoba.

– I drzwi zamykają się na klucz?

Domyślał się, że dla kobiety to ważne, choć byłoby miło, gdyby nie zadała pytania tonem, którym mogłaby kogoś oskarżyć o ciężkie przestępstwo.

– Tak – powiedział. – Ślusarz właśnie wyszedł, jedyny klucz jest w górnej szufladzie komody. Może się pani zamknąć też na zasuwę od wewnątrz, tak ja sobie pani życzyła w umowie.

Kiedy wszystko zostało ustalone, położyła swój worek na łóżku i nie patrząc na Hogana, powiedziała:

– Pokój jest do przyjęcia. Rozpakuję się i zamelduję się w kuchni, żeby sprawdzić zapasy. Dziś po południu udam się na zakupy. Kolacja będzie o wpół do ósmej. Codziennie. Śniadanie o siódmej. Jeśli będzie pan w domu w porze lunchu, mogę przygotować lekki posiłek i zostawić panu w lodówce, ale generalnie przedpołudnia i wczesne popołudnia spędzam, planując menu i robiąc zakupy. Robię zakupy codziennie, żeby mieć pewność, że mam najświeższe składniki, wszystkie ekologiczne. Niedziele i poniedziałki mam wolne, chyba że będzie mnie pan potrzebował na specjalne okazje, w takim wypadku płaci mi pan za te dni podwójną stawkę. I…

– I dostaje pani dodatkowy wolny dzień w kolejnym tygodniu – dokończył za nią. – Czytałem i podpisałem umowę. Ma pani wolną Wigilię, Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia, pełnopłatne, bez wyjątków – zacytował. – Oraz trzy tygodnie wakacji w sierpniu, także z pełnym wynagrodzeniem.

– Jeśli jeszcze tu będę – wtrąciła. – To dopiero za dziesięć miesięcy – dodała bez cienia próżności. Najwyraźniej wiedziała o grze mieszkańców Park Avenue.

– Och, będzie pani – odparł. Ponieważ do sierpnia, jeśli dobrze to rozegra, zamieszka z nim Anabel, a jego ślubnym prezentem będzie dożywotni kontrakt z jej ulubioną osobistą szefową kuchni, Chloe Merlin.

Chloe jednak nie wyglądała na przekonaną.

Nieważne. On był tego pewien. Nie przejmował się wymaganiami i warunkami Chloe – od osobnego rachunku na wydatki związane z kuchnią, na którym każdego tygodnia zdeponuje określoną sumę i do którego tylko ona będzie miała kartę, do tego, że to ona będzie decydowała o menu. Tak, płacił jej sporo, by gotowała, co chce, pięć dni w tygodniu, i pozwolił jej mieszkać za darmo w jednym z najlepszych miejsc w Nowym Jorku.

Za to Anabel nie będzie miała wyboru, będzie musiała zwrócić na niego uwagę. A wtedy szybko zostaną parą. Więc ostatecznie wydatki na Chloe się opłacały. Poza tym i tak nie wiedział, co zrobić z pieniędzmi, które zostawił mu dziadek. Było tego dość, by wykarmić całe księstwo Liechtenstein. Hogan miał tylko nadzieję, że będzie mu smakował ten… jak mu tam… croque monsieur. Cokolwiek to jest.

Chloe Merlin w milczeniu przyglądała się nowemu pracodawcy, żałując, że uległa pokusie zarobienia dużych pieniędzy. Hogan Dempsey nie przypominał ludzi, którzy zwykle ją zatrudniali. Wszyscy byli uprzejmi, ale też generalnie lekkomyślni, więc łatwo było nie zwracać na nich uwagi, co pozwalało Chloe skupić się na jedynej rzeczy, która się dla niej liczyła – na gotowaniu. Hogan Dempsey wydawał się bystry i prostolinijny, i coś jej mówiło, że nie da o sobie zapomnieć.

Nigdy nie spotkała nikogo o bardziej dominującej prezencji. Chociaż stał co najmniej półtora metra od niej, czuła, jakby na niej leżał. Był od niej ze trzydzieści centymetrów wyższy, włosy miał w kolorze pszenicy, oczy ciemne jak ziarna kawy. Chloe zawsze podobali się blondyni o brązowych oczach, a ten mógłby być ich królem. Na dodatek miał na sobie znoszone dżinsy, stare robocze buty i bluzę w kolorze owsianki, która widziała lepsze czasy. Był zbyt atrakcyjny, co stanowiło pewien problem. Raczej dla niej niż dla niego.

Uniosła rękę i przekręciła górny guzik białej bluzy. Ten gest miał jej przypomnieć o rzeczach, o których normalnie nie trzeba jej było przypominać. A jednak tym razem nie pomógł. Hogan wciąż był atrakcyjny. Dominujący. Jej okulary zaczęły się zsuwać, więc pchnęła je grzbietem dłoni. To był nerwowy gest, który towarzyszył jej od dzieciństwa, nie tylko dlatego, że czarne oprawki były na nią za duże.

– Więc… jak ma się Anabel? – spytał Hogan.

Ze wszystkich pytań, jakich mogła się spodziewać, to nie należało do pierwszej dziesiątki. Chociaż nie zrobił na niej wrażenia smakosza i już wypełnił kwestionariusz, który przygotowała dla pracodawców na temat ich kulinarnych oczekiwań, sądziłaby, że chciałby porozmawiać o jej pozycji w jego domu.

Wiedziała od Anabel, że łączyła ją z Hoganem jakaś dawna historia. Anabel próbowała nawet wyperswadować jej przyjęcie tej pracy, wspominając dawne zachowanie Hogana jako dowód jego mało wyrafinowanego podniebienia. Ale Chloe ta historia nie obchodziła. Liczyło się tylko gotowanie. Źle funkcjonowała, jeśli nie mogła mu poświęcić absolutnie całej uwagi.

– Anabel ma się dobrze – odparła.

– Miałem na myśli, jak się ma po rozwodzie – sprecyzował. – Rozumiem, że zaczęła pani dla niej pracować, kiedy mąż zostawił ją dla jednej z jej najlepszych przyjaciółek.

– To nie mój interes – oznajmiła. – I pański też nie. Nie zajmuję się plotkami, panie Dempsey.

– Hogan – poprawił ją natychmiast. – I nie proszę o plotki, ja tylko…

Uniósł jedno ramię i opuścił je w jakiś ujmujący sposób, a potem niemal wzruszająco westchnął. A niech go. Ona nie ma czasu na wzruszenia.

– Chcę tylko wiedzieć, czy u niej wszystko w porządku – dodał. – Kiedyś byliśmy… przyjaciółmi. Dawno. Jakiś czas jej nie widziałem. Niektórzy ciężko przeżywają rozwód, więc chciałem tylko wiedzieć, czy u niej wszystko w porządku – powtórzył.

O Boże. On za nią tęsknił, pomyślała Chloe. Z jaką tęsknotą powiedział: „przyjaciółmi”. Tęsknił za Anabel Carlisle, która była dość przyzwoitym pracodawcą i dość miłym, lecz strasznie powierzchownym człowiekiem.

– Przypuszczam, że radzi sobie dobrze, biorąc pod uwagę… okoliczności – powiedziała głównie po to, by Hogan nie był taki nieszczęśliwy.

Właściwie nie znała Anabel zbyt dobrze, choć pracowała dla niej niemal pół roku, dłużej niż dla kogokolwiek innego. Teraz, kiedy o tym pomyślała, doszła do wniosku, że Anabel radzi sobie lepiej niż dobrze. Nie spotkała szczęśliwszej rozwódki.

– Naprawdę? – spytał Hogan z nadzieją i żarliwością siódmoklasisty.

– Naprawdę.

– Spotyka się z kimś?

Za chwilę ją poprosi, by przekazała Anabel jakiś list.

– Nie wiem. Tylko dla niej gotowałam.

To go chyba pocieszyło.

– A teraz, proszę wybaczyć… – Chciała znów powiedzieć „Panie Dempsey”, kiedy sobie przypomniała, że prosił, by zwracała się do niego po imieniu. Dotąd nie miała problemu ze zwracaniem się do pracodawców po imieniu, nawet jeśli wolałaby tego nie robić. Tym razem postanowiła tego unikać. – Chcę zabrać się do pracy.

Musiała wziąć się do pracy. To wielka różnica. Choć bardzo lubiła gotować, jeszcze bardziej tego potrzebowała. Miała nadzieję, że przekazała mu to dość jasno.

– Okej. – Nie krył niechęci. Pewnie chciał z niej wyciągnąć więcej informacji na temat Anabel, ale jeżeli jego pytania nie dotyczyłyby tego, jak bardzo Anabel lubi jej pistacjowe babeczki, powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia.

– Gdyby pani jeszcze czegoś potrzebowała – podjął – albo miała pytania, będę…

Po raz pierwszy wydawał się niepewny siebie, a nawet zagubiony. Musiała się powstrzymać, by do niego nie podejść i nie wyciągnąć ręki. Wiedziała, jak to jest czuć się zagubionym. Nikomu tego nie życzyła. Ale świadomość, że Hogan Dempsey czuje się zagubiony, była dla niej jeszcze bardziej przykra.

Och, niedobrze.

– W domu – dokończył wreszcie. – Będę u siebie.

Kiwnęła głową. Wolała milczeć, bo nie ufała swoim słowom – ani rękom, dopóki nie zamieni się znów w maszynę gotującą, która kieruje się wyłącznie dwoma zmysłami: smaku i zapachu. Ponieważ wszystkie inne, słuch i wzrok, a już na pewno dotyk, były po prostu zakazane.

Kanapka z szynką i serem.

Hogan podejrzewał, że to, co Chloe przed nim postawiła, zanim zniknęła znów bez słowa w kuchni, to kanapka. Był prawie pewien, że to dwie złożone kromki pieczywa z czymś na wierzchu, co prawdopodobnie też było serem. Już pierwszy kęs to potwierdził. Przygotowała mu kanapkę z szynką i serem. Może to nie była szynka firmy Oscar Mayer, którą kupował, zanim stał się obrzydliwie bogaty, a ser nie był tym serem w owiniętych folią plasterkach, mimo to croque monsieur była zdecydowanie francuską wersją kanapki z szynką i serem.

Pyszną wersją tej kanapki.

Do tego dostał coś, co wyglądało jak frytki – choć niezupełnie – i coś jeszcze, co przypominało surówkę z białej kapusty – choć nie do końca. Obie te rzeczy były bardzo smaczne. Kolacja, którą przygotowała dla niego Chloe, z niby-kanapką z szynką i serem, niby-frytkami i niby-surówką z białej kapusty, była najlepszą kolacją, jaką dotąd jadł. Och, do diabła. Może zatrudnienie Chloe opłaci mu się nie tylko dlatego, że dzięki temu odzyska miłość życia. A w każdym razie swoją nastoletnią miłość.

Do kolacji Chloe podała piwo, które było zaskakująco dobre, chociaż założyłby się, że nie było warzone w Milwaukee. Spodziewałby się po niej raczej wina, sądził, że na tym zna się lepiej, i pewnie tak jest, ale dobrze wiedzieć, że się do tego nie ogranicza. Płacił jej tyle, że nie byłby zdziwiony, gdyby się okazało, że Chloe ma też pojęcie o astrofizyce i egzystencjalizmie.

Do kolacji dobrała też muzykę, i chociaż nigdy nie przepadał za jazzem, aksamitne tony saksofonu i pianina pasowały tu idealnie.

Ta kolacja znacząco różniła się od kolacji, do jakich przywykł – jedzenia z pojemnika na wynos albo z mikrofali, popijanego piwem z butelki, a do tego jakiś sport w telewizji. Gdyby miesiąc temu ktoś mu powiedział, że będzie jadł kolację w jadalni przy stole na dwanaście osób, z widokiem na drzewa i domy zamiast na neon Taco Taberny po drugiej stronie ulicy, poradziłby tej osobie, by udała się do lekarza, bo cierpi na halucynacje. Wciąż nie wierzył, że tak teraz wygląda jego życie. I podejrzewał, że może nigdy nie uwierzyć.

W chwili gdy odłożył widelec, Chloe zabrała talerz i postawiła przed nim filiżankę kawy. Nim znowu uciekła – nie wiedzieć czemu wydawało mu się, że próbowała od niego uciec – zatrzymał ją.

– Było pyszne – oznajmił. – Dziękuję.

Kiedy odwróciła się do niego twarzą, wyglądała na zdziwioną.

– Oczywiście, że było pyszne. Na tym polega moja praca, żeby było pyszne. – Potem dodała, jakby po namyśle: – Nie ma za co.

Kiedy znów chciała odejść, Hogan po raz kolejny ją powstrzymał.

– Już wiem, że croque monsieur to kanapka z szynką i serem, ale jak się nazywa to z ziemniaków?

Kiedy tym razem się odwróciła, jej mina niczego nie zdradzała. Przez minutę patrzyła na niego w milczeniu – minutę, w której ze zdumieniem odkrył, że umiera z ciekawości, o czym ona myśli. W końcu odparła:

– Pommes frites.

– A to zielone?

– Salade de chou.

– Fantazyjnie – odparł. – A czy to nie była po prostu kanapka z szynką i serem, frytki i coleslaw?

Lekko zacisnęła muśnięte czerwoną szminką wargi.

– Dla pana? Tak. A teraz, jeśli pan pozwoli, deser…

– Może poczekać – dokończył. – Proszę usiąść. Powinniśmy porozmawiać.

Nie odwróciła się do drzwi. Ale też nie usiadła. Patrzyła na niego przez zmrużone oczy sponad okularów, po czym przesunęła je na miejsce grzbietem dłoni. Pamiętał, że już to robiła. Może za pieniądze, jakie jej płacił, stać ją będzie na nowe okulary, które będą pasowały. Albo nawet osiemdziesiąt par okularów.

– Proszę usiąść. Proszę.

– Czy był jakiś problem z kolacją?

Pokręcił głową.

– To była cholernie smaczna kanapka z szynką i serem.

Pomyślał, że poczuje się obrażona, iż zdegradował jej dzieło do czegoś tak zwyczajnego, co kupował w narożnych delikatesach. Zamiast tego odparła:

– Chcę stopniowo zmieniać pana nawyki żywieniowe. Jutro przygotuję panu pot au feu.

– Co to jest?

– Dla pana? Duszona wołowina.

– Kiepsko pani ocenia mnie i moje podniebienie, prawda?

– Nie oceniam ani jednego, ani drugiego, panie Dempsey.

– Hogan – poprawił ją.

– Mam zwyczaj dowiadywać się paru rzeczy o moim nowym pracodawcy, zanim zaczynam dla niego pracować – ciągnęła. – To pomaga zaplanować menu. Kwestionariusz, o którego wypełnienie prosiłam, okazał się, powiedzmy, niezbyt pomocny w tym zakresie.

– Czy to nie ja powinienem to zrobić? – spytał. – Zdobyć jak najwięcej informacji o moim potencjalnym pracowniku, zanim zaproponuję mu pracę?

– A zrobił pan to?

Pewnie powinien był to zrobić. Zadowolił się rekomendacją Gusa Fivera. No i tym, że kradnąc Chloe Anabel, zwróci na siebie uwagę.

– No…

Westchnęła z rezygnacją, a potem wyciągnęła krzesło i usiadła, stawiając przed sobą jego pusty talerz.

– Wiem, że dorastał pan w robotniczej dzielnicy w Astorii – zaczęła. – I że jest pan od bardzo niedawna bogaty, i to tak bogaty, że służby powinny się upewnić, czy nie drukuje pan banknotów. Wiem, że nie podróżował pan dalej na północ jak do New Bedford w Massachusetts w odwiedziny do dziadków ani dalej na południe jak do Ocean City w New Jersey, gdzie każdego lata spędzał pan z rodzicami tydzień w motelu Coral Sands. Wiem, że w szkole średniej był pan świetnym hokeistą i piłkarzem i że nie dostał pan stypendium sportowego, choć niewiele brakowało, więc nie poszedł pan do college’u. Wiem też, że pana ulubionym daniem jest – tu powściągnęła grymas – wołowy klops z taco, a jedynym alkoholem, jaki pan pije, jest krajowe piwo. Nigdy nie przygotuję panu klopsa z taco.

Za skarby świata. To paskudztwo. Ale zapytał tylko:

– Skąd pani to wszystko wie? Pewnie niektóre z tych informacji można znaleźć w sieci, ale nie te o dziadkach czy Coral Sands.

– Nigdy nie szukałabym prywatnych informacji w internecie ani nigdzie indziej – odparła szczerze urażona, że mógł tak pomyśleć.

– Więc jak…

– Anabel mi to powiedziała, kiedy wręczyłam jej dwutygodniowe wymówienie. O nic nie pytałam – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Kiedy dowiedziała się, że to pan mnie zatrudnia i zdała sobie sprawę, że nie stać jej na to, żeby zapłacić mi więcej, trochę się zdenerwowała.

Hogan się uśmiechnął. Anabel nigdy nie lubiła, kiedy coś działo się nie po jej myśli.

– I uznała, że mówiąc pani, jaki ze mnie głupek, przekona panią, żeby pani dla mnie nie pracowała, tak?

– Głupek? – Chloe wyglądała na zmieszaną.

Zaśmiał się.

– Nieważne.

Zamiast obrazić się na Anabel, Hogan się ucieszył, ponieważ to oznaczało, że go pamiętała. Nigdy nie kryła swojej opinii, że podziały społeczne istnieją nie bez przyczyny i nie powinno się przekraczać pewnych granic – nawet jeśli ona przekroczyła je dziesiątki razy, by z nim być, kiedy byli młodsi. Tak ją wychowano, takie poglądy jej wpojono, tak jak Hoganowi wpojono miłość do podrasowanych samochodów.

Jej rodzice, zwłaszcza ojciec, uparli się, by poślubiła mężczyznę, który dorówna jej statusem i majątkiem. Gdyby ich nie posłuchała, grozili, że ją wydziedziczą. To była jedyna rzecz, która mogła ich rozłączyć. Anabel dała mu to jasno to zrozumienia. A kiedy pojechała do college’u i zaczęła się spotykać z synem senatora, cóż… Hogan wiedział, że między nimi koniec, nie musiała mu tego mówić.

Tyle że ona nigdy mu tego nie powiedziała i wciąż od czasu do czasu, kiedy bywała w domu, spotykali się niezależnie od syna senatora. Jednak przez kilka kolejnych lat powoli się od siebie oddalali.

Ale nigdy nie powiedziała, że to koniec.

Właśnie dlatego, choć wyszła za mąż za syna senatora, nie stracił nadziei, że pewnego dnia będą razem. Teraz syn senatora zniknął z horyzontu, a ich nie dzielił już majątek ani status. W jego żyłach płynęła równie błękitna krew jak w jej, a pieniądze, które odziedziczył, były równie stare i zatęchłe jak jej. Może dalej uczył się poruszać w świecie, który był dla niego nowy, ale nie był już outsiderem. Do diabła, właśnie wypił piwo ze szklanki, nie z butelki. To poważna zmiana. Niedługo…

– Chwileczkę – rzekł. – Skąd Anabel wie, że piję tylko krajowe piwo? Kiedy się spotykaliśmy, byłem za młody, żeby pić.

– Tego akurat sama się domyśliłam.

– Teraz warzy się u nas kilka naprawdę dobrych gatunków piwa, wie pani?

– Owszem. Ale to, które pan dzisiaj pił, było belgijskie. Dobre, prawda?

Tak, dobre. W weekendy i tak będzie kupował Sama Adamsa.

– Czy gotuje pani tylko francuskie dania? – Nie był pewien, czemu przeciąga tę rozmowę, na którą żadne z nich nie miało ochoty.

– Wciąż myślimy o klopsie, tak? – spytała.

– Lubię też pizzę.

Wzdrygnęła się, ale milczała.

– I potrawkę z kurczaka – dodał.

Westchnęła zniecierpliwiona.

– Dobrze, mogę wprowadzić zmiany do mojego menu. Drobne zmiany – powiedziała.

Hogan się uśmiechnął. Zdobył przewagę. Był ciekaw, jak długo ją utrzyma.

– A odpowiadając na pańskie pytanie, tak, gotuję tylko francuskie potrawy. – Wyglądała, jakby chciała coś dodać, ale tego nie zrobiła.

A zatem Hogan spróbował z innej strony.

– Pochodzi pani z Nowego Jorku?

– Urodziłam się i wychowałam w New Albany, w stanie Indiana – odparła. Czuła, że będzie pytał o inne rzeczy, więc dodała z oczywistą niechęcią: – Wychowała mnie babka, bo rodzice… nie byli w stanie wychować mnie samodzielnie. Mémée przybyła tu po drugiej wojnie światowej, bo poślubiła Amerykanina, jej rodzice byli właścicielami bistra w Cherbourgu. To ona nauczyła mnie gotować. Zrobiłam dyplom ze sztuki kulinarnej na Sullivan University w Louisville, które jest świetnym miastem, ale jeśli chodzi o restauracje, panuje tam ogromna konkurencja, a ja chciałam otworzyć własną restaurację.

– Więc przyjechała pani do Nowego Jorku, gdzie nie ma w tej dziedzinie konkurencji, co? – Uśmiechnął się, ale nie odpowiedziała mu uśmiechem.

Czekał, by mu powiedziała, jak znalazła się w Nowym Jorku, ale widocznie uznała, że skończyła swoją opowieść, ponieważ niczego więcej nie usłyszał. Choć wciąż miał mnóstwo pytań.

– Czyli chciała pani otworzyć restaurację, ale tymczasem gotuje pani w prywatnych domach. Jak długo?

Spojrzała mu w oczy.

– Pięć lat.

Zastanawiał się, czy dlatego tak wysoko ceniła swoje usługi i upierała się, by mieszkać w miejscu pracy, bo oszczędza na własną restaurację.

– Czemu do tej pory nie otworzyła pani restauracji?

Wahała się przez krótką wymowną chwilę.

– Zmieniłam zdanie. – Wstała i wzięła jego talerz. – Muszę zająć się pana deserem.

Miał jeszcze w zanadrzu wiele pytań, ale jej postawa mówiła, że rozmowa dobiegła końca. A zatem spytał tylko:

– Co dostanę?

– Glissade.

– Co to jest? Dla mnie? – dodał, nim ona to zrobiła.

– Pudding czekoladowy.

Po tych słowach wyszła. Odprowadzał ją wzrokiem, widział, jak szła galerią do kuchni. Czekał, czy się obejrzy, czy chociaż odwróci głowę w bok. Nie, patrzyła przed siebie i szła, nie zwalniając.

Zaczął się zastanawiać, czy w jej życiu jest jeszcze coś – lub ktoś – poza gotowaniem.

Tytuł oryginału: A Beauty for the Billionaire

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2017

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2017 by Elizabeth Bevarly

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3679-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.