Erotyczna więź - Elizabeth Bevarly - ebook
Opis

Po ogłoszeniu testamentu Brenta życie Clary bardzo się zmienia. Okazuje się, że beztroski hipis z plaży, ojciec jej synka, zapisał małemu Hankowi swój majątek. Teraz Clara spędza urlop w Nowym Jorku, gdzie poznaje brata byłego kochanka. Grant w niczym nie przypomina Brenta. Całe dnie spędza w pracy, nie ma w jego życiu miejsca na spontaniczność, radość. A mimo to Clara czuje, że łączy ich coraz silniejsza Erotyczna więź...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth Bevarly

Erotyczna więź

Tłumaczenie:

PROLOG

Clara Easton kończyła ozdabiać świąteczne ciasto jagódkami z lukru, kiedy usłyszała dzwonek nad drzwiami do cukierni „Bread & Buttercream” na Tybee Island. Miała nadzieję, że słyszy dzwonek po raz ostatni tego dnia. Oczywiście to dobrze, że nie musi się uskarżać na brak klientów, ale ponieważ dopiero co było Święto Dziękczynienia, a już za miesiąc nadejdzie Boże Narodzenie, w firmie panował nieustanny ruch.

Poza tym trzeba odebrać Hanka od opiekunki już za… Zerknęła na zegarek. Ojej! Za pół godziny. Czy to możliwe, że czas tak szybko leci?

Pół biedy, jeśli to klientka, która w ostatniej chwili przypomniała sobie, że potrzebuje deseru na przyjęcie w weekend i zadowoli się byle jakim ciastem z gablotki.

Ale to nie kobieta ani żaden klient, jak ekspedientka Tilly powiedziała Clarze, wchodząc do kuchni. To mężczyzna, który pyta o panią Easton. Mężczyzna z teczką ubrany w garnitur.

Dziwne, bo mieszkańcy wyspy mówili do niej po imieniu, a chyba nie miała klientów wśród biznesmenów czy w ogóle mężczyzn. Główną klientelę cukierni „Bread & Buttercream” stanowiły gospodynie domowe i panny młode. Clara była tak zaintrygowana, że wyszła z zaplecza, nie zdejmując nawet fartucha.

Zdążyła tylko wetknąć za ucho kilka niesfornych loków, które wyśliznęły się spod jej białej chustki zawiązanej jak u pirata.

Przystojny mężczyzna, który z wyglądu nie ustępował urodą wysportowanym miłośnikom surfingu, z pewnością nie należał do tubylców. Był ubrany w dobrze skrojony garnitur, miał nienaganną fryzurę i wśród białych stolików z kutego żelaza i tortów namalowanych na ścianach wyglądał dość dziwacznie.

– Cześć – odezwała się. – W czym mogę pomóc?

– Panna Easton?

– Clara – poprawiła go. „Panna Easton” skojarzyła się jej z wiktoriańską starą panną prowadzącą pensjonat dla młodych dam, które powinny być najpóźniej o dziewiątej w domu, by nie stracić dobrej reputacji.

– Panna Easton? – powtórzył. – Nazywam się August Fiver. Pracuję w kancelarii prawnej Tarrant, Fiver i Twigg.

Podał jej wizytówkę ze swoim nazwiskiem i stanowiskiem: starszy wiceprezes w dziale spadkowym.

– Dział spadkowy?

Skinął głową.

– Moja firma zajmuje się odszukiwaniem spadkobierców poważnych fortun.

To niczego nie wyjaśnia. Z tego, co Clara wiedziała na temat swych rodziców, mogli zostawić jej w spadku tylko coś, co zostało skradzione lub wyłudzone w podstępny sposób. Wolała nawet o nich nie pamiętać.

August Fiver zauważył jej zmieszanie.

– Chodzi o pani syna, Henry’ego. Występuję w imieniu jego babci ze strony ojca, Franceski Dunbarton. – Uśmiechnął się lekko. – Mówię o Dunbartonach z Park Avenue.

Clara otworzyła usta ze zdumienia. Cztery lata temu spotykała się przez miesiąc z ojcem Hanka, kiedy pracowała jako ekspedientka w cukierni. Brent był czarujący, słodki i zabawny, miał rozmarzone oczy poety, boskie usta i sylwetkę godną pędzla włoskiego mistrza renesansu. Mieszkał w namiocie, grał na gitarze i czytał jej na głos przy ognisku. Któregoś ranka zniknął równie nagle, jak kiedyś się pojawił.

Clara zbytnio się tym nie przejęła. Nie kochała go i nie wiązała z nim żadnych planów. Specjalnie nie podawali sobie nazwisk, wiedząc, że to tylko przelotny romans. Świetnie bawili się przez miesiąc, ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.

Tylko że to nie był koniec. Kiedy Clara dowiedziała się, że jest w ciąży, czuła się w obowiązku zawiadomić Brenta, skoro miała jego numer telefonu. Jednak nie dostała odpowiedzi na żaden z esemesów, a potem jego numer został wyłączony.

Niełatwo było wychowywać samotnie dziecko, ale jakoś sobie poradziła. Miała synka i była z tego bardzo zadowolona.

– Nie wiedziałam, że Brent pochodzi z bogatej rodziny. Nie rozmawialiśmy na ten temat. Jestem zaskoczona, że w ogóle powiedział matce o Hanku. Przykro mi, że pani Dunbarton zmarła, nie poznawszy nawet wnuka.

August Fiver spoważniał.

– Pani Dunbarton ma się bardzo dobrze. Niestety nie mogę tego powiedzieć o Brencie.

Clara zaniemówiła ze zdumienia. Nie była pewna, jakie wrażenie zrobiła na niej ta wiadomość. Tak dawno nie widziała Brenta.

– Ponieważ pani syn jest jedynym spadkobiercą Brenta Dunbartona, cały jego majątek należy teraz do Henry’ego. To niemała suma.

Niemała suma? Co to może oznaczać?

– Sto czterdzieści dwa miliony.

Żołądek jej się ścisnął. Na pewno się przesłyszała. August Fiver miał chyba na myśli sto czterdzieści dwa miliony klocków lego albo pokemonów. Te stwory potrafią szybko się rozmnażać. Na pewno nie mówił o stu czterdziestu dwóch milionach…

– …dolarów – dokończył Fiver. – Majątek pana Dunbartona, który otrzymał w spadku pani syn, jest wart ponad sto czterdzieści dwa miliony dolarów. Babcia dziecka pragnie was poznać. Także brat Brenta, Grant. Otrzymałem polecenie, żeby przywieźć was oboje jak najszybciej do Nowego Jorku. Czy może pani jechać jutro?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Clara jeszcze nie była w Nowym Jorku. Znała to miasto tylko z filmów i telewizji, więc zaskoczył ją widok drapaczy chmur ginących w obłokach i ulice zatłoczone do granic możliwości samochodami i ludźmi. Mimo to gdy auto, które wiozło ją, Hanka oraz Gusa – bo tak kazał mówić do siebie August Fiver – skręciło w Park Avenue, była już zachwycona nowo poznaną metropolią.

Minęły cztery dni, zanim mogła wyjechać z Tybee Island. Samo spakowanie walizki synka trwało cały dzień, a poza tym podczas weekendu Clara miała zamówienie na przyjęcie urodzinowe, wieczór dla przyszłych mam, spotkanie miłośników gry w kości i musiała upiec weselny tort. Poza tym trzeba było załatwić sprawy związane z przyjęciem Hanka do przedszkola i znaleźć zastępstwo do cukierni.

Na szczęście po Święcie Dziękczynienia była chwila oddechu, więc mogła wyjechać, zanim rozpocznie się gorączka związana z Bożym Narodzeniem.

Spoglądając przez okno, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Co za niesamowite miasto!

– Mamo, tu jest fantastycznie!

Uśmiechnęła się do synka. Dla trzylatka wszystko było fantastyczne. Hank wbił wzrok w szybę, chłonąc podniecające widoki. Tak jak ona miał kręcone czarne włosy i zielone oczy, ale na tym kończyło się ich podobieństwo, bo z twarzy przypominał Brenta.

Charakter także miał podobny do ojca. Był wesoły, lubił się śmiać, wszystko go ciekawiło i nigdy się nie smucił.

To jednak dobrze, że nie jest poważny tak jak ona, kiedy była dzieckiem. Rzadko się bawiła i nauczyła się, że nie należy zadawać pytań, by nie sprawiać kłopotów opiekunom. Tak wyglądało jej życie w Georgii, kiedy przerzucano ją z jednej rodziny zastępczej do drugiej.

Już dawno temu postanowiła, że jej syn będzie miał spokojne życie i miała nadzieję, że spadek odziedziczony po Brencie nie przekreśli jej planów.

Samochód zatrzymał się przed jedenastopiętrowym budynkiem przyozdobionym złotymi wieńcami bożonarodzeniowymi. Rząd białych świateł prowadził z ulicy do fazowanych okien z szybkami w ołowianych ramkach i przeszklonych drzwi, gdzie portier w czerwonej liberii pilnował wejścia. To było takie miejsce, w jakim powinni mieszkać właściciele imperium przemysłowego istniejącego od dwustu lat.

Gus powiedział Clarze, że Dunbartonowie pochodzą z Anglii i są spokrewnieni z księciem, więc Hank mógłby nawet zostać królem, gdyby nagle zapanowała epidemia dżumy i wymarłoby kilka tysięcy osób mających większe prawa do tronu niż on.

Lobby było równie imponujące jak budynek z zewnątrz: błyszczące marmury i mahoniowe meble przyozdobione czerwonymi aksamitnymi wstęgami.

Kiedy wjechali windą na najwyższe piętro, Clara zobaczyła hol udekorowany kwiatami jak rajski ogród. Przytuliła mocno synka i pochyliła się, by zawiązać mu sznurowadło. Gus chyba wyczuł jej zdenerwowanie, bo uśmiechnął się, naciskając dzwonek.

– Pan Fiver – odezwał się oficjalnym tonem kamerdyner.

– Pan Dunbarton – odpowiedział Gus.

O, a więc to nie kamerdyner, tylko brat Brenta. Nie pamiętała jego głosu, ale na pewno nie był tak poważny.

Wyprostowała się, by się przywitać, i zaparło jej dech w piersi. Ojciec Hanka wstał z grobu i obserwował ich z uwagą.

A może to nie on. Clara przyjrzała się dokładniej. Spojrzenie niebieskich oczu i krótko obcięte ciemne włosy nie przypominały w niczym Brenta. Oczy Brenta były roześmiane, a jego włosy powiewały na wietrze. Wystające kości policzkowe, mocno zarysowana szczęka i zgrabny nos były takie same, ale bardzo blade, nawet nie muśnięte słońcem. A usta… Och, usta Brenta zawsze uśmiechały się zuchwale, przyprawiając kobiety o szybsze bicie serca.

Te usta były obojętne i surowe. Brent zawsze nosił T-shirty i spodnie z obniżonym krokiem, a ten mężczyzna był ubrany w ciemnoszare spodnie, śnieżnobiałą koszulę, czarną kamizelkę i brunatny krawat.

A więc to nie duch Brenta, tylko jego jak najbardziej żywy brat bliźniak. Z rysów twarzy wyglądający identycznie jak mężczyzna, który pewnego lata dał Clarze mnóstwo szczęścia i zostawił jej prezent w postaci ukochanego synka.

To brat bliźniak zupełnie niepodobny do jej dawnego kochanka.

Nie wyglądała wcale tak, jak się spodziewał.

Ale Grant Dunbarton sam nie był pewien, jak wyobraża sobie matkę swojego bratanka. Brent był zupełnie bezkrytyczny, jeśli chodzi o kobiety. W ogóle był bezkrytyczny. Także w kwestii ubrań czy samochodów, przyjaciół, rodziny, obietnic, obowiązków, odpowiedzialności.

Wszystko interesowało go tylko chwilę. Potem zajmował się już czymś innym. Był uosobieniem Piotrusia Pana, który nigdy nie dorasta.

Właściwie miał jedno kryterium, jeśli chodzi o kobiety. Wszystkie były uderzająco piękne. Clara Easton nie była tu wyjątkiem. Burza czarnych loków, zmysłowe czerwone usta i zielone oczy. Była wysoka, w butach na obcasach mogła mieć metr osiemdziesiąt wzrostu.

Choć wyglądała wspaniale, bardzo niepewnie obejmowała synka. Nic dziwnego, nie co dzień kobieta pochodząca z marginesu, córka przestępców, dowiaduje się, że jej syn to mały książę.

Bo Dunbartonowie z Park Avenue – a przedtem Dunbartonowie z Rittenhouse Square, a jeszcze wcześniej Dunbartonowie z Beacon Hill – to był ród, który od czasów rewolucji był wymieniany obok Hancocków, Astorów, Vanderbiltów i Rockefellerów. Ale Grant był pełen podziwu, że przy całym swoim pochodzeniu Clara Easton wyglądała nawet słodko.

No i ten chłopiec. To będzie problem. Oprócz włosów i zielonych oczu, które odziedziczył po matce, wyglądał tak jak jego ojciec w tym wieku. Grant miał nadzieję, że jego matka spokojnie zniesie widok Henry’ego Eastona.

Przeżyła wielki wstrząs na wiadomość, że jej syn utonął wiosną na Sri Lance. Dopiero miesiąc temu była w stanie uporządkować jego rzeczy. Kiedy przypadkiem znalazła testament i dowiedziała się, że zostawił syna, była wstrząśnięta jeszcze bardziej.

Tym razem jednak pojawiła się iskierka radości. Gdzieś w świecie, w Georgii, żyje dziecko Brenta. Grant obawiał się, że trzeba będzie przeprowadzić testy, by potwierdzić, że Henry Easton jest naprawdę synem Brenta Dunbartona. Jednak niezwykłe podobieństwo dziecka do Brenta – a także do samego Granta – sprawiało, że nie wydawało się to konieczne.

– Pani Easton – powiedział Grant, siląc się na serdeczny ton – cieszę się, że mogę panią poznać. Ciebie także – dodał, zwracając się do chłopca.

– Ja też się cieszę, panie Dunbarton – odparła Clara niskim, zmysłowym głosem.

Jej lekki południowy akcent nie rozczarował Granta, lecz go podniecił.

Szturchnęła lekko synka.

– Prawda, Hank? Przywitaj się z panem Dunbartonem.

– Dzień dobry, panie Dunbarton – odparł posłusznie chłopiec.

Grant wysilił się na uśmiech.

– Nie musisz mnie nazywać panem Dunbartonem. Mów do mnie…

Chciał powiedzieć „wujku Grancie”, ale słowo wujek nie chciało mu przejść przez gardło. Wujek to był ktoś miły i serdeczny, kto lubi żartować i opowiadać dowcipy. Wujek chodzi w rozciągniętych swetrach i przynosi sześciopaki piwa na świąteczny obiad. Wujek uczy bratanków tego, czego nie dowiedzieliby się od ojców, na przykład gdzie chować „Playboye” i jak podrobić dowód osobisty. Nie, Grant z pewnością nie nadaje się na wujka.

– Mów do mnie Grant – powiedział więc i przeniósł wzrok na Clarę Easton. – Ty też – dodał.

– Dziękuję, Grant – odparła jeszcze bardziej zmysłowym tonem.

Spojrzała na synka, ale Henry milczał, wpatrując się zdumiewająco zielonymi oczami w Granta.

– Chodźmy.

Clara zawahała się, trzymając rękę na ramieniu chłopca.

– Proszę. – Grant wskazał wnętrze domu. – Wejdźcie do środka.

Clara stała nieruchomo, ale Henry zrobił krok naprzód, nie spuszczając wzroku z Granta.

– Moja matka na was czeka. Czy coś się stało, Claro?

Spojrzała na synka, a potem na Granta. Przez chwilę zdawało mu się, że ma ochotę uciec. Jednak potem zrobiła krok naprzód.

Hmm. Dlaczego poczuł się tak, jakby miał ochotę jej bronić? Z tego, co o niej wiedział, potrafi sobie sama świetnie radzić. Zresztą prawie jej nie znał. I nie pragnął lepiej poznać.

Oczywiście ich drogi jeszcze nieraz się przetną, bo matka będzie chciała widywać Henry’ego jak najczęściej, więc Clara będzie im towarzyszyć, ale Grant nie miał czasu ani ochoty występować jako wujek.

Ten chłopczyk może jest do niego podobny z wyglądu, ale poza tym wszystko ich od siebie różni. Brent był zawsze uroczy i czarujący, natomiast Grant zwykle cichy i ponury. Brent przyjaźnił się ze wszystkimi, Grant zaś prawie nie miał przyjaciół. Brent traktował życie jak zabawę, dla Granta to było pasmo obowiązków. Brent kochał wszystkich. Grant jeszcze nigdy…

Clara Easton go minęła. Poczuł delikatny zapach czegoś słodkiego i pikantnego. Imbir i cynamon. Clara pachniała jak święta Bożego Narodzenia. Ale nie te święta, które przeżywał w dorosłym wieku i które były po prostu dniami wolnymi od pracy. Pachniała jak Boże Narodzenie z czasów jego dzieciństwa, kiedy żył jeszcze ojciec i Dunbartonowie byli szczęśliwi.

Tak. Dawno nie wspominał czasów, które już nie wrócą. Był wtedy szczęśliwy i miał nadzieję, że…

Wszystkie marzenia się rozwiały. Wolał o tym nie pamiętać. Mimo to nie był zły, że Clara Easton przypomniała mu zapach ciasta z cynamonem i imbirem. Żałował tylko, że nie umie być czarujący i wesoły i nie zawiera łatwo przyjaźni. Że nie traktuje życia jak zabawy i nie kocha wszystkich ludzi.

Że nie potrafi sprawić, by Clara Easton przestała się bać i potrafiła mu zaufać.

Clara wchodziła do mieszkania Dunbartonów, wiedząc, że nie powinna tak się bać. To tylko apartament, choć ogromny i wspaniały, na jednej z najdroższych ulic świata, pełen antyków i dzieł sztuki o wartości przekraczającej zapewne dochód narodowy brutto wielu krajów świata.

Nie była koneserką sztuki, ale mogłaby zaryzykować twierdzenie, że apartament miał wartość wielu milionów dolarów.

Pomyślała o swoim dwupokojowym mieszkaniu nad cukiernią. Jej meble też były stare, ale nie tak szykowne, a obrazy wyszły spod pędzla przedszkolaka.

– Jak długo tu mieszkacie? – zapytała, kiedy nikt się nie odzywał.

– Brent i ja wychowaliśmy się w tym domu. Należy do nas od trzech pokoleń.

– Ojej! Ja wychowałam się w Macon. Ale od ukończenia studiów mieszkam na Tybee Island.

– Tak, wiem. Skończyłaś ze świetnymi wynikami szkołę średnią w Carson i trzyletnie studia w zakresie zarządzania biznesem na uniwersytecie w Georgii. Niezły wynik, zwłaszcza że przez cały czas pracowałaś w trzech miejscach.

– Widzę, że zebrałeś informacje na mój temat.

– Tak – przyznał bez cienia skruchy. – Chyba to rozumiesz.

Oczywiście. Rodzinę trzeba chronić. Gdyby August Fiver nie podał jej miliona informacji o Dunbartonach, Clara też sprawdziłaby wszystko sama, zanim pozwoliłaby im zbliżyć się do własnego dziecka.

– Szkoła średnia dobrze przygotowała mnie do studiów.

– Podobnie jak upór i ciężka praca.

No tak. Na pewno.

Grant zaprowadził ich do niewielkiego gabinetu w jasnej żółto-turkusowej tonacji z pięknymi pejzażami w stylu Marii Antoniny. Clara zdążyła pomyśleć, że to wygląda na kobiecy buduar, kiedy drugimi drzwiami do salonu weszła matka Granta.

Francesca była po pięćdziesiątce, miała krótkie ciemne włosy przyprószone siwizną i niebieskie oczy jak jej syn. Była niemal tak wysoka jak Clara, ale szczuplejsza, ubrana w luźne spodnie i tunikę w ciemnoniebieskim kolorze. W uszach miała brylantowe kolczyki, a na obu rękach srebrne bransoletki.

Zatrzymała się na widok gości, uśmiechnęła się do Clary, a kiedy spojrzała na Hanka, jej oczy wypełniły się łzami.

Potem jednak uśmiechnęła się i rozłożyła szeroko ramiona. Zatrzymała się w pół kroku, bo Hank cofnął się, przyciskając się do Clary tak mocno, że omal nie upadła. Kiedy Grant podtrzymał ją, przez sekundę miała wrażenie, że to Brent jej dotyka. Miała ochotę odwrócić się i pocałować go w podzięce.

Czy tak będzie przez cały czas jej pobytu tutaj? Czy wciąż będzie jej się zdawało, że jest z Brentem, a nie z Grantem? Jeśli tak, to będzie bardzo długi tydzień.

– Dziękuję – szepnęła przez ramię, mając nadzieję, że nie zauważył jej zmieszania.

Grant się uśmiechnął.

– Gdzie są moje maniery? – powiedział, trzymając wciąż rękę na jej ramieniu. – Już dawno temu powinienem był pomóc ci zdjąć płaszcz.

Clara automatycznie wyciągnęła rękę, lecz nagle powstrzymała się, bo miała wrażenie, że zdejmuje z siebie ubranie, by kochać się z Brentem.

Ojej! To naprawdę będzie długi tydzień. Może powinna wracać jutro z Hankiem do domu. Albo jeszcze dzisiaj. Przed kolacją. Albo przed lunchem.

Zaczęła szybko rozpinać płaszcz, zanim Grant zdążył coś zauważyć. Miała na sobie krótką czarną sukienkę i czerwono-czarne rajstopy w kropki, które wyglądały zabawnie, gdy je wkładała, ale w eleganckim domu Dunbartonów wydawały się nie na miejscu.

Ona i Hank powinni zdecydowanie wyjechać przed lunchem.

Ale Francesca miała zupełnie inne plany.

– Tak się cieszę, że tu jesteście – powiedziała z uśmiechem, zatrzymując się przed Hankiem. – Dziękuję, że zgodziliście się przyjechać. Poprosiłam Timmermana, żeby przyniósł wasze bagaże. Ty na pewno jesteś Clara – dodała, wyciągając rękę.

Clara uścisnęła jej dłoń.

– Tak mi przykro z powodu Brenta, pani Dunbarton. To był wspaniały mężczyzna.

Francesca uśmiechnęła się z żalem.

– O tak. Proszę, mów mi po imieniu. – Splotła ręce, spoglądając na Hanka. – A ty oczywiście jesteś Henry. Witaj, młody człowieku.

Hank nie odzywał się przez chwilę, przyglądając się uważnie babci.

– Dzień dobry – powiedział wreszcie. – Mam na imię Henry, ale wszyscy mówią do mnie Hank.

Francesca pokiwała głową z uśmiechem.

– W takim razie ja też będę tak mówić. A jak ty będziesz mówić do mnie, Hank?

Chłopczyk spojrzał na Clarę, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. Przed wyjazdem do Nowego Jorku rozmawiali o śmierci jego ojca i o tym, że odnalazła się jego babcia i wujek, ale wyjaśnienie małemu dziecku wszystkich szczegółów nie było łatwe.

Clara nie była pewna, ile Hank zrozumiał. Kiedy chłopiec spytał, czy to znaczy, że będą teraz spędzać wszystkie święta, takie jak Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie, z nową rodziną i czy będą mogli przyjeżdżać na Tybee Island na jego urodziny, Clara uświadomiła sobie, jak wielka zmiana zajdzie w życiu syna.

W jej życiu także. Przez ponad trzy lata żyli tylko we dwójkę. Myślała, że tak będzie jeszcze przez wiele lat, dopóki Hank nie założy własnej rodziny. Nie spodziewała się, że tak szybko będzie musiała się nim dzielić, i to z całkiem obcymi ludźmi.

To nawet nie byli obcy, tylko rodzina, w każdym razie Hank jest z nimi spokrewniony. Clara musiała zaakceptować fakt, że jej syn ma już teraz nie tylko ją. Ale w dalszym ciągu jest – i zawsze będzie – jej dzieckiem.

– Hank, kochanie, to twoja babcia. Musicie razem ustalić, jak będziesz się do niej zwracać.

Francesca ze splecionymi dłońmi znów zerknęła na Hanka. Clara była jej wdzięczna, że rozumie, iż tak małe dziecko potrzebuje więcej czasu niż dorosły człowiek, by przystosować się do nowej sytuacji.

– Czy wiesz, jak twój tata i wujek Grant nazywali swoją babcię? – spytała starsza pani.

– Nie, proszę pani. Jak?

Francesca uśmiechnęła się. „Nie, proszę pani” dzieci mówiły teraz rzadko, ale tak przyjęło się na południu Stanów i dlatego Clara nauczyła Hanka tak mówić.

– Mówili do niej Grammy – wyjaśniła Hankowi Francesca. – Czy chcesz mnie tak nazywać?

Hank wyraźnie się odprężył.

– Chyba tak, jeśli tak będzie dobrze.

W oczach babci zakręciły się łzy.

– Myślę, że tak będzie fantastycznie – odparła z uśmiechem. – Czy chciałbyś zobaczyć teraz dawny pokój twojego ojca? Wygląda tak jak wtedy, kiedy twój tata był niewiele starszy od ciebie.

Hank spojrzał na matkę pytająco.

– Tak, kochanie – powiedziała Clara. – Ja też chciałabym zobaczyć pokój twojego taty. Jeśli można – dodała, zwracając się do Franceski.

– Oczywiście. Może wujek Grant z nami pójdzie? Pan też, panie Fiver, jeśli ma pan ochotę.

Clara spodziewała się, że obaj mężczyźni wymówią się nadmiarem obowiązków. Ku jej zaskoczeniu Grant wpatrywał się w nią tak intensywnie, że zrobiło się jej gorąco. Patrzył na nią zupełnie jak Brent, kiedy ogarniał go frywolny nastrój.

Nagle ona też poczuła się frywolnie.

To nie Brent, skarciła siebie w duchu. Grant wygląda jak Brent, ma jego głos i ruchy, ale nie jest czarującym uwodzicielem, który nauczył ją kiedyś śmiać się i szaleć, a potem dał jej największy prezent w postaci syna.

Grant starał się być miły, ale nigdy nie będzie taki jak jego brat. Tego Clara była pewna. To nie znaczy, że jest zły. Jest po prostu kimś innym. Kimś, kto nie powinien sprawiać, by czuła się frywolnie. Ani trochę.

– Dziękuję, pani Dunbarton – powiedział Gus – ale muszę wracać do biura. Chyba że będę jeszcze potrzebny Clarze.

Clara pokręciła głową. Gus potrzebny był rano, by stopić lody, ale Francesca okazała się miła i serdeczna, a Grant starał się być miły i serdeczny…

– Możesz jechać, Gus – powiedziała. – Dziękuję ci za pomoc.

Gus pożegnał się i wyszedł. Clara czekała, że Grant też się pożegna, ale on wpatrywał się w nią z uporem, tak jakby nie zamierzał nigdzie iść.

Chyba że ona pójdzie z nim.

To nie jest Brent, powtórzyła sobie w duchu. To nie Brent. I powinna wreszcie w to uwierzyć.

Tytuł oryginału: A CEO in Her Stocking

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2015

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2015 by Elizabeth Bevarly

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2480-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.