43,99 zł
Aiden Valentine, prowadzący Heartstrings, program radiowy z poradami na temat związków, już dawno przestał wierzyć w miłość. Jednak gdy pewna dziewczynka dzwoni po radę dla swojej mamy, Lucie Stone, wszystko zaczyna się zmieniać – rozmowa staje się hitem, a Heartstrings jest na ustach całego miasta.
Chcąc wykorzystać ten sukces, stacja proponuje Lucie, by razem z Aidenem prowadziła audycję. Społeczność Heartstrings ma jej pomóc znaleźć miłość. Całe Baltimore zaczyna śledzić jej sercowe rozterki, a słuchacze błyskawicznie wyczuwają rosnące napięcie na linii Aiden–Lucy…
I choć wszyscy pragną dla Lucy szczęśliwego zakończenia, rzeczywistość okazuje się dużo trudniejsza niż radiowa bajka.
Bestsellerowa opowieść o miłości, odwadze i wychodzeniu ze strefy komfortu, inspirowana kultową komedią Bezsenność w Seattle.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 489
Data ważności licencji: 4/22/2030
Tytuł oryginału: First-Time Caller
Copyright © 2025 by B.K. Borison
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790)
This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Aleksandra Żak
Opieka wydawnicza: Julita Gębska
Opieka redakcyjna: Anna Małocha
Projekt graficzny książki i ilustracje: Daniel Brount
Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz
Przyjęcie tłumaczenia, adiustacja, korekta: Pracownia 12A
Promocja i marketing: Gaja Grochocka
Cover design by Lila Selle
Cover illustration by Myriam Strasbourg
Photo © Marlayna Demond
Adaptacja okładki na potrzeby wydania: Agnieszka Kazanecka
ISBN 978-83-8399-549-6
www.uniesienia.pl
www.otwarte.eu
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków
Wydanie I, 2026
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla niepoprawnych romantyków. I dla romantyków mimo woli.
Rozdział 1
MIŁOŚĆ TO KŁAMSTWO.
Tak w każdym razie głosi napis nad drzwiami. Duże litery wyglądają jak wykaligrafowane. Brzegi upstrzone małymi serduszkami, w lewym dolnym rogu – ślad całusa. Wygląda to jak coś, co powinno wisieć przekrzywione w licealnym korytarzu, a nie śmiało deklarować upadek ludzkości podczas porannych godzin szczytu w kawiarni.
Są też serpentyny. Czerwone i białe, wystające z wiszących koszów przy oknie. Wirują gwałtownie to w jedną, to w drugą stronę za każdym razem, kiedy wchodzi ktoś z ulicy, i znów nieruchomieją w formie smutnych zwiędłych spiralek, gdy drzwi się zamykają.
Marszczę brwi, patrząc na czerwony balon ze znakiem X namalowanym pisakiem, drapię się po zaroście, czekając, aż do stolika wróci Jackson. Kobieta z torbą rozmiaru małego państwa trafia mnie w tył głowy, a ja krzyżuję ręce na piersi, wysuwając nogi do połowy przejścia, żeby chronić swoją przestrzeń. Jeśli Jackson zaraz nie wróci, to chyba zjem solniczkę. Zażyczyłem sobie croissanta, dwa bajgle i kawę wielką jak moja głowa, gdy tylko usiedliśmy. To zapłata za to, że wyciągnął mnie z łóżka o tej nieludzkiej porze.
Zwykle jestem zbyt zmęczony po nocnej zmianie, żeby odkleić się od poduszki przed dziesiątą. Ale Jackson się uparł, a kiedy upór nie wystarczał, zaczął mi grozić. Za bardzo mnie zaskoczyło to, jakich słów użył, żeby wymyślić odpowiednią wymówkę. W ciągu czterech lat wspólnej pracy w radiostacji nigdy nie słyszałem, by podniósł głos, a co dopiero by groził fizyczną przemocą, jeśli nie zgodzę się na spotkanie z nim w małej księgarnio-kawiarni dwie przecznice od jego domu.
„Przyjdź do Hochsztaplerki o ósmej” – powiedział. „Albo cię dorwę”.
Tak mnie rozproszyła ta niejasna groźba, że nawet nie spytałem, co to w ogóle za nazwa – Hochsztaplerka. Dobra dla pirackiego statku. Ale dla kawiarni?
Jackson przepycha się łokciami wśród tłoczących się przy blacie ludzi i siada na krześle naprzeciwko, na jednej ręce utrzymując tacę. Włożył szary sweter na koszulę w kratę, rękawy podwinął do łokci. Jest wymuskany i ogarnięty, każdy włos na swoim miejscu. Pewnie wstał o piątej, skończył trening przed szóstą, przed siódmą wypił swoją hipsterską kawkę. A ja mam na sobie bluzę, którą znalazłem przewieszoną przez barierkę łóżka. Chyba poplamioną sosem do spaghetti.
Gdy tylko przyszliśmy, udało nam się usiąść w boksie, chociaż napuchnięte fotele na wyższym poziomie wyglądają kusząco w otoczeniu półek wypełnionych od podłogi do sufitu używanymi książkami. Hochsztaplerka to nie tylko miejsce, gdzie ogłasza się uroczyście upadek miłości, ale też dom bogatej kolekcji literatury i najlepszych cruffinów w mieście. Czymkolwiek one są.
Jackson podaje mi kubek z kawą, minę ma pełną entuzjazmu.
– Widziałeś ten szyld?
– Nie da się go przeoczyć. – Podnoszę znów wzrok na napis nad drzwiami i kołyszące się wokół niego dekoracje. – Kupidynki bez głów to niezły akcent.
Jackson zestawia z tacy resztę naczyń.
– Co roku świętują tu antywalentynki. Pomyślałem, że ci się spodoba.
„Spodoba” to mocne słowo, gdy chodzi o zwisające z sufitu demoniczne amorki. Nie mogę oderwać wzroku od tego, który jest najbliżej nas. Jakoś udało mu się nie stracić głowy w tej masakrze i wciąż mnie obserwuje.
– Czy ludziom się podoba… coś takiego?
– Sądziłem, że to pasuje do twojego nastroju. – Unosi obie brwi i poprawia pięścią okulary na nosie. – No wiesz, twojego gównianego nastroju.
Kiedy Jackson zaczynał pracę w 101,6 LITE FM, nie użyłby nigdy słowa „gówniany” w swobodnej rozmowie. Chyba trzy lata spędzania ze mną każdego wieczoru wywarły na niego trwały wpływ.
– Subtelnie – mamroczę. Sięgam po bajgla, a potem zmieniam zdanie i jednak biorę croissanta. – To po to tutaj jestem? Chcesz mi wygłosić pogadankę o nastawieniu?
– A o czym innym niby miałaby być ta rozmowa?
– Sam nie wiem. – Dźgam palcem trzymany w dłoni wypiek. – Myślałem, że chcesz razem zjeść śniadanie. Zapytać, co u mnie słychać. Zrobić to, co robią razem przyjaciele.
– Ciekawe, że przypominasz sobie o naszej przyjaźni akurat wtedy, kiedy próbujesz się z czegoś wykręcić.
– Nie wykręcam się – mamroczę naburmuszony.
– No jasne, że się wykręcasz. Poza tym chciałem zjeść cruffina, ale wyprzedali je godzinę temu.
Następuje brzemienna cisza. Sugestia, że gdybyśmy spotkali się o siódmej trzydzieści, jak sugerował, to z radością jadłby teraz wymarzony wypiek. Odchrząkuję i przedzieram croissanta na pół.
– Wybacz straconego cruffina.
– Wybaczam. – Jackson chwyta odłożoną połówkę rogalika. – A teraz pogadajmy o tym, dlaczego co wieczór od szóstej do północy brzmisz tak, jakby odsysało ci duszę, kiedy masz udzielać porad miłosnych. Przez ciebie moje prognozy tracą słuchaczy.
– Twoje prognozy dobrze sobie radzą. – Nie mam wątpliwości, że codzienny raport Jacksona o pogodzie i ruchu drogowym to najpopularniejsza część naszego programu. – Poza tym co ja ci mam powiedzieć? Skończyły mi się rady. – Jestem pocztą głosową w ludzkiej skórze. Samoświadomą maszynką do wysłuchiwania żalów. Po sześciu latach prowadzenia Heartstrings, programu o miłości z telefonami od słuchaczy w Baltimore, odkryłem, że ludzie nie chcą, żeby im mówić, jak naprawić życie albo jak wziąć za nie odpowiedzialność. Chcą po prostu posłuchać własnego głosu i uzasadnić własny narcyzm.
Chcą też przez dwadzieścia sześć minut i trzydzieści dwie sekundy narzekać na to, że mąż źle ładuje zmywarkę.
Wzdycham.
– Martwi cię to, że moje nastawienie odbija się na programie.
Jackson się marszczy. Po obu stronach jego ust pojawiają się świeże bruzdy. Jedna rozmowa ze mną i jest starszy o dziesięć lat.
– To już nawet nie o to chodzi, stary. Wiem, że się odbija na programie. Rozmawiamy o tobie, Aiden. To podstawa tej całej przyjaźni, do której lubisz nawiązywać, ale którą rzadko praktykujesz. – Milknie i drapie się po brodzie. – Maggie mówiła też, że jeśli wszyscy będą dalej chodzić na paluszkach wokół ciebie i twoich delikatnych uczuć, to sama skopie ci tyłek.
Maggie, nasza szefowa w radiu, zawsze wali prosto z mostu.
– I oto cała prawda – rzucam zrezygnowany.
– Aiden – Jackson pochyla się do przodu, kąciki jego oczu i ust kierują się w dół pod wpływem grymasu – nazwałeś kogoś pieprzonym gnojem w środku audycji na żywo.
– Bo ten facet był pieprzonym gnojem. – Zanurzam croissanta w kawie. Trochę wylewa się z poobijanego kubka na wytarty blat stołu. Czuję większą więź emocjonalną z tą rozlaną kawą niż z jakąkolwiek osobą, która dzwoniła do radia w ciągu ostatnich trzech miesięcy. – Porównał kobiety do bydła, Jack.
Twarz Jacksona drga.
– No wiem. Ale już dzwonili do ciebie tacy słuchacze.
Krzywię się, a on wyrzuca do góry ręce w uniwersalnym geście mówiącym: „Stary, do cholery, daj spokój”.
– Nie mówię, że miał rację. To kompletna łajza, ale ty zawsze radziłeś sobie z takimi ludźmi, a nie… – Jackson przysuwa się bliżej, zerka mi przez ramię na otaczający nas tłum. Zniża głos: – A nie zaczynałeś bardzo pomysłową i obrazową tyradę o tym, co może zrobić ze swoją opinią. Maggie czeka na telefon od Federalnej Komisji Łączności. Myśli, że ujdzie nam to na sucho tylko dlatego, że to było po dziesiątej wieczorem, a ja przerwałem w połowie pilną informacją pogodową.
„Przerwałem” to eufemistyczny opis tego, jak dopadł pulpitu, wyrwał mi mikrofon i zaczął gadać o niżu atmosferycznym.
Pocieram twarz ręką.
– Mówiłeś, że zbliżają się burze. Nie było żadnych burz.
– Bo skłamałem! – krzyczy szeptem. – Zmusiłeś mnie do kłamstwa o pogodzie,Aiden.
Z trudem powstrzymuję śmiech. Wiem, jak poważnie Jackson traktuje swoją robotę. Chciał pracować w krajowym instytucie meteorologicznym, ale musiał rzucić studia, żeby zaopiekować się młodszymi siostrami, kiedy jego mama postanowiła dołączyć do objazdowego zespołu harmonijkowego. Został dla dziewczynek. Powiedział, że zasługują na to, by choć jedna rzecz w ich życiu była stała.
Jackson się we mnie wpatruje.
– Co się z tobą dzieje?
Wciąż zanurzam croissanta w kawie. Nie potrafię przestać.
– Nie wiem.
– Masz ostatnio krótki lont.
– Tak.
– Jesteś rozdrażniony.
– No.
– Warczysz na ludzi i chodzisz naburmuszony.
– Chyba trochę koloryzujesz, ale niech będzie.
Jackson unosi brew, jakby chciał powiedzieć: „Nazwałeś kogoś pieprzonym gnojkiem, a potem cisnąłeś kubkiem z kawą przez studio jak jakiś olimpijczyk”.
– Z rodziną wszystko w porządku? – pyta ostrożnie. – Czy twoja mama…
– Nic jej nie jest – przerywam mu. – Ma się dobrze. Rak w całkowitej remisji. Wszyscy mają się dobrze.
„Dobrze” zdawało się niemożliwością jeszcze pół roku temu. „Dobrze” zdaje się za małym słowem, by opisać ten balon napompowany ulgą, unoszący się pod moimi żebrami za każdym razem, gdy myślę o tym, że o mało co nie straciłem mamy. Znowu. O tym, jak do dupy było patrzeć na jej zmagania z chorobą. Znowu.
Wciskam kłykcie w skroń i próbuję wymazać obraz jej drobnego ciała na szpitalnym łóżku, z kablami podpiętymi do rąk i drgającym na ustach uśmiechem.
„Aiden, skarbie, wszystko w porządku. Nic mi nie jest”.
Potrząsam głową. Rak się cofnął. Lekarze są dobrej myśli. Raka już niema. Odchrząkam i zerkam na Jacksona.
– Rodzice są na objazdówce, żeby to uczcić. Wzdłuż wybrzeża. Planowali to, kiedy się leczyła, i teraz spełniają marzenie.
Ciągle wysyłają mi swoje zdjęcia przy znakach z nazwami różnych stanów. Rozpromienieni na plaży w Delaware, otuleni kurtkami. Identyczne wytarte czapki z daszkiem w Nowym Jorku. Mama tuląca do piersi torebkę z żelkami dżdżownicami przed wygiętym znakiem w New Jersey, w szydełkowanej czapce na włosach, które właśnie zaczęły odrastać. Zmarszczki na ich twarzach pogłębia nieposkromiona radość.
– Smutno ci, że cię to omija? Czy to dlatego jesteś takim dupkiem?
Potrząsam głową.
– Nie. Cieszę się ich szczęściem.
– No to o co chodzi? – pyta Jackson. – Co się z tobą dzieje?
Zataczam koło kubkiem do kawy. Jestem w rozsypce. Jestem takim uparciuchem, za jakiego uważa mnie Jackson. Trudno mi wyjaśnić przerażenie, które czuję za każdym razem, kiedy siadam przed pulpitem w studiu. Ten ciężar, który opada na mnie jak kamień zawsze, gdy wciskam czerwony migający przycisk, łączący mnie ze słuchaczami. To taki ból. Taki brak. Sam nie wiem. Moi rodzice są uosobieniem radości, a ja – obrazem egzystencjalnego lęku. Kiedyś uwielbiałem rozmawiać z ludźmi. Słuchać ich historii, dzielić się swoimi. Czułem dzięki temu więź.
Ale teraz jestem po prostu… wyczerpany.
– Sam nie wiem – mamroczę. – Jest…
Jest mi trudno – myślę, ale boję się to powiedzieć na głos. Boję się to urealnić. Jest mi trudno i nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Jeśli w ogóle da się z tym coś zrobić. Chyba już nie kocham miłości, wypaliłem się po zbyt wielu pozbawionych życia rozmowach. Wypaliły mnie też gówniane okoliczności, w jakich znalazła się moja rodzina. Mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy zaczynam liczyć, że wydarzy się coś dobrego, dopada mnie rzeczywistość. Już nie umiem być kimś, kto ma nadzieję.
Łatwiej kimś takim nie być.
Odrywam róg croissanta.
– Może powinienem pomyśleć o zmianie zawodu.
Między brwiami Jacksona pojawia się bruzda.
– Chyba sam w to nie wierzysz.
Wzruszam ramionami.
– Szczerze, stary? Trochę wierzę. – Opieram łokcie na stole. – Słyszałeś, co mówi Maggie na zebraniach. Program kiepsko wypada w statystykach. Sponsorzy nie chcą już tyle inwestować. Dzwoni do nas o połowę mniej słuchaczy niż dawniej, a każdy jest…
– Wymagający? – podsuwa Jackson.
– Nieszczęśliwy – mówię. Prowadzimy program o sprawach sercowych, w którym nie ma miłości.
Odchyla się na krześle.
– Wiem, ale… Maggie ma pomysły. Zaproponowała mnóstwo obiecujących nowych segmentów. Do tego publikuje program jako podcast, więc ludzie mogą słuchać, kiedy chcą.
– Podcast ma czternastu obserwujących – mówię. – Wśród nich moją mamę.
Parska śmiechem.
– I moje trzy siostry.
Heartstrings od miesięcy nie przyciąga przyzwoitej liczby słuchaczy. Naprawdę ledwie się trzymamy.
Drzwi do kawiarni otwierają się z hukiem, między stolikami przetacza się chłodny podmuch wiatru. Jesteśmy tak blisko portu, że można się poczuć jak w środku wiru polarnego. Ludzie najbliżej wejścia narzekają chórem, a drzwi znowu trzaskają, dzwonki wydzwaniają skargę. Kupidynek z demonicznym spojrzeniem wpatruje się we mnie wściekle, dziko się kołysząc. Strzałę w naciągniętym łuku ma wycelowaną między moje brwi.
Jakie to poetyckie.
– Nigdy nie planowałem zostać w radiu na dłużej – mówię powoli. – Może w ten sposób wszechświat nakłania mnie do zmiany.
Jackson wyciąga rękę i zabiera resztkę mojego croissanta. Pozwalam mu na to.
– Że co? Zacząłeś wierzyć w znaki od wszechświata? Ty, który parskałeś śmiechem, kiedy Maggie sugerowała, żebyś zrobił segment z horoskopami?
– No bo horoskopy to bzdura.
Jackson przewraca oczami.
– Typowy Byk.
Ignoruję go.
– Coś się musi zmienić. – Chyba ja.
Ktoś przepycha się za mną, żeby dostać się do lady, dostaję łokciem między łopatki. Warczę i przesuwam się głębiej w boksie.
– Czy to koniec zleconego przez Maggie przesłuchania? Mogę zamówić drugiego croissanta?
Usta Jacksona zmieniają się w prostą linię.
– Pewnie. Powiem jej, że nie wiesz, co się dzieje, nie wiesz, czy zostaniesz w programie, ani nie wiesz, czy w ogóle jeszcze lubisz ludzi, mimo że prowadzisz najpopularniejszy wieczorny program radiowy w Baltimore.
– Kiedyś najpopularniejszy – odcinam się, kołysząc na boki do połowy pustym kubkiem z kawą i licząc, że za sprawą magii sam się napełni. – Teraz jesteśmy chyba za tym programem radia publicznego. Tym o kotach.
– Kociaki w szczycie?
– Właśnie.
Wydaje się zbity z tropu.
– On naprawdę jest o kotach?
Zerkam na niego z ukosa.
– A o czym niby miałby być, Jack?
– „W szczycie” brzmi trochę dwuznacznie – rzuca obronnie. – Poza tym to audycja wieczorna. Przestań tak na mnie patrzeć.
Parskam w prawie pusty kubek. Kociaki w szczycie to program, podczas którego odtwarzane są piosenki zawierające w tekście słowo „kot”. Reszta audycji poświęcona jest porównaniom kociego żwirku i poradom, gdzie znaleźć najlepszą kocimiętkę w Baltimore i okolicach. To dziwnie kojące.
Widziałem ich statystyki. Mają trzy razy więcej słuchaczy niż my.
Wzdycham i opadam z powrotem na oparcie, ledwie unikając torebki, która przeleciała za moją głową. Od naszego przybycia tłok w tej małej kawiarni wcale nie zmalał, coraz więcej osób ciśnie się przy ladzie, żeby uciec przed ciężkimi chmurami napływającymi znad wody. Antresola nad schodami też pęka w szwach, ludzie siadają nawet na podłodze z otwartymi na kolanach książkami.
– Możesz uznać, że dopełniłeś obowiązku – mamroczę, patrząc, jak niebo za oknem nabiera stalowego koloru. Luty to ponury miesiąc w Baltimore, a bezgłowe kupidynki chyba nikomu nie poprawiają nastroju. – Zostałem odpowiednio skarcony. I tak dalej, i tak dalej.
– Nie o to chodziło w tej rozmowie.
Wiem, że nie o to, ale cień wstydu próbuje mnie przekonać, że tak. Nie miałem pojęcia, że ktoś oprócz mnie zauważył mój słabnący entuzjazm, chociaż wyładowanie frustracji poprzez ciśnięcie kubkiem z kawą przez studio nie było subtelnym sygnałem.
– Wiem – mówię. Jackson to mój przyjaciel, pewnie sam zaproponował, że wybada, co się dzieje, bo mu na mnie zależy. „Ta cała przyjaźń”, jak to ładnie ujął. – Postaram się poprawić. Masz rację. Może podcast nam posłuży. Zastanowię się, postaram się wymyślić coś nowego.
– A nie spróbowałbyś medytacji? – podpowiada. – Mam aplikację, możesz wypróbować.
Otwiera usta, żeby coś jeszcze dodać, ale przed szczegółami dotyczącymi jego rytuału medytacyjnego ratuje mnie nagły przeszywający dźwięk syreny okrętowej. Połowa ludzi w kawiarni się krzywi, druga połowa wydaje radosne okrzyki. Nasz stolik jest w tej kwestii podzielony.
– Co to jest, do cholery?! – przekrzykuję hałas, zasłaniając dłońmi uszy.
– Jeśli muszą zawołać kogoś po odbiór zamówienia więcej niż dwa razy, to włączają syrenę. – Jackson dalej miesza herbatę, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Jakby irytująca syrena była czymś całkiem zwyczajnym. Może i jest. – Skoro jest już cicho, to baristka pewnie znowu wywoła klienta po imieniu.
Po drugiej stronie lady pojawia się blondynka. Jej twarz wykrzywia radość z własnej irytacji, w dłoni trzyma dużą mrożoną kawę. Podnosi ją wysoko, ledwie omijając łysą głowę klienta z nosem w książce.
– Brooks Robinson – woła niemal równie głośno jak syrena. – Mam kawę z mlekiem dla Brooksa Robinsona.
Tłum się rozstępuje, porusza. Ludzie czający się na antresoli wyglądają za balustradę. Słychać szmer zaciekawienia. Brooks Robinson to w Baltimore ważna osobistość.
– Myślisz, że to naprawdę on? – pyta Jackson. Przekręca się w boksie, żeby się lepiej przyjrzeć.
– Wątpię, żeby najlepszy trzeciobazowy wszech czasów pił sobie kawę z mlekiem we wtorkowy poranek w kawiarni, w której świętuje się antywalentynki.
Mój przyjaciel wzrusza ramionami.
– Nidy nie wiadomo.
Krzyżuję ręce na piersi.
– Jeśli tak, to spytajmy go, czy chce wystąpić w kiedyś najpopularniejszym wieczornym programie radiowym.
Jackson odwraca się do mnie z uśmiechem.
– I to jest nastawienie. Odrobina pozytywnego myślenia i zawrócimy ten statek.
Nie odpowiadam. O ile mi wiadomo, ten statek już leży na dnie oceanu.
AIDEN VALENTINE: Zastanawiasz się czasem, jaki jest sens tego wszystkiego?
SŁUCHACZ: … Co?
AIDEN VALENTINE: Jaki jest sens tego wszystkiego? Co my robimy? Czy tylko bujamy się po świecie bez celu? Liczymy, że jakoś to będzie?
[cisza]
SŁUCHACZ: Pytałem, czy powinienem częściej dawać dziewczynie kwiaty.
AIDEN VALENTINE: Kwiaty więdną i umierają. Wszystko umiera.
SŁUCHACZ: Myślałem, że to audycja dla zakochanych.
Rozdział 2
Coś jest w korytarzu.
Słyszę jakiś szmer czy szept albo… coś jakby ubrania obracające się w suszarce z garścią drobniaków, które Maya jakimś cudem zawsze zostawia w kieszeniach. Cichy szmer, a potem głuche łupnięcie.
Nie wiem, co to, kurde, jest.
Opuszczam książkę na pierś i siadam w łóżku. Za każdym razem, gdy myślę, że mi się zdawało, słyszę to znowu. Ale w pokoju Mayi jest ciemno, a jedyną rzeczą po tej stronie korytarza jest szafa na pościel, której nie zdołałam nigdy otworzyć szerzej niż na pięć centymetrów. Trzymamy w niej ręczniki do rąk. Pudełka z chusteczkami, których nie udaje nam się wydobyć. Inne drobne przedmioty, które można wyciągnąć przez małą szparkę.
O Boże… Czy nasza szafa jest nawiedzona? Czy mieszka w niej jakiś złośliwy duch, zirytowany tym, że nie umiem złożyć prześcieradła z gumką? Jeśli w tym domu straszy, to spalę je na popiół. Razem z Mayą przeprowadzimy się do kawiarni naprzeciwko. Nasze ubrania będą pachnieć jak bajgle z posypką z ziaren i zabójczo mocna kawa, ale będziemy wolne od duchów.
Wysuwam się z łóżka i biorę pusty kubek po herbacie, dzierżąc go jak broń. Nie mam pojęcia, co z nim zrobię, jeśli pojawi się przede mną mglista sylwetka wiktoriańskiej kobiety płynąca przez korytarz, ale dzięki niemu mam poczucie, że panuję nad sytuacją. Leciutkie.
Wychylam się zza drzwi, zerkając w dół schodów na drzwi wejściowe, żeby się upewnić, że dalej są zamknięte na wszystkie zamki. Złote światło ulicznej latarni przed budynkiem przesącza się przez witraże po obu stronach drzwi, rozświetlając nasz mały hol kalejdoskopem przytłumionych barw.
Wszystko jest na swoim miejscu. Buty równiutko poustawiane pod rzędem haczyków na ścianie. Moja torba do pracy obok plecaka Mayi.
Nie ma tam nic złowieszczego, żadnej zjawy.
Znowu słyszę ten odgłos, bliżej niż potencjalnie nawiedzona szafa na pościel. Odwracam gwałtownie głowę w stronę pokoju Mayi. Coś zostało wepchnięte w szparę między podłogą a drzwiami. Granatowe, jak kołdra z jej łóżka. Kolejny odgłos niesie się po drewnie. Tym razem śmiech. Brzmi dokładnie jak śmiech mojej dwunastoletniej córki. Mojej dwunastoletniej córki, która powinna spać w swoim łóżku pod kołdrą, a nie z kimś rozmawiać albo chichotać.
Na paluszkach zbliżam się do drzwi jej pokoju i przyciskam do nich ucho. Pomalowałyśmy je na blady róż z brokatowymi gwiazdkami, kiedy miała osiem lat, ale gdy miała jedenaście, stwierdziła, że są okropne. Próbowałam zedrzeć gwiazdki, jednak te najbardziej uparte wciąż tkwią w górnym rogu, gdzie nie dosięga żadna z nas, ich zblakłe koniuszki się podwijają.
– Nie wiem – rozlega się za drzwiami przyciszony głos Mayi. – Moja mama chyba nie byłaby zadowolona. – Nastaje długa cisza. – Nie no, wiesz… Masz rację. Teraz jej tu nie ma. A my zaszliśmy aż tutaj.
Kto to „my”? I w czym zaszli aż tutaj? Żołądek mi się ściska, panika chwyta mnie za gardło. Nagle przemykają mi przez głowę wszystkie potworne historie o nastolatkach, jakie czytałam w internecie. Sięgam do drzwi, jestem już tylko serią wywołanych strachem reakcji chemicznych. Mentosem wrzuconym do butelki z colą, wznoszącą się pianą czegoś potwornego. Otwieram gwałtownie drzwi, unosząc się gdzieś ponad ciałem w chmurze lęku. Mój kubek jakimś cudem trafia na drugi koniec pokoju, na miękki, zapadający się fotel, w którym lubi czytać Maya. Moje serce poleciało chyba razem z nim.
Maya krzyczy wniebogłosy w reakcji na moje wtargnięcie, koc, pod którym jest skulona, wije się wokół jej chudego ciała. Próbuje ukryć pod nim telefon, ale ja zrywam z niej koc i rzucam w tym samym kierunku co kubek. Właśnie stałam się bardziej przerażająca niż duch w szafie na pościel.
– Z kim rozmawiasz?! – wrzeszczę, czując, jak niepokój ściska mi gardło, jak od środka kłuje mnie strach. Wykorzystuję w tym momencie mniej więcej zero procent wiedzy z książek o empatycznym wychowaniu, które nałogowo wypożyczałam z biblioteki, kiedy młoda miała sześć lat, ale nic mnie to nie obchodzi.
Moja córka szepcze do telefonu w środku nocy, i w dodatku to ukrywa. Tak się zaczynają reportaże kryminalne.
Maya przecież niczego nie ukrywa. Każdą myślą, jaka wpadnie do jej ślicznej główki, od razu się ze mną dzieli. Nawet kiedy bardzo tego nie chcę. Okłamała mnie tylko raz: gdy była w trzeciej klasie i wszystkie jej pieniądze na lunch znikały w tajemniczych okolicznościach. Okazało się, że kupowała całej klasie precle. Codziennie. Nazywała to preclową imprezą. Powiedziałam jej, że musi przestać, a ona prawie dwa kolejne tygodnie cicho przez to płakała przy kolacji.
To dobre dziecko. O miękkim sercu. Odrabia lekcje. Pomaga w domu. Znosi moje czasami nieludzkie godziny pracy i nie prowadzi potajemnie rozmów ściszonym głosem z obcymi ludźmi w środku nocy.
Sięgam po jej telefon, a ona odsuwa go znów poza mój zasięg, tuląc do piersi. Oczy w kolorze mchu – dokładnie takie jak moje – otwierają się szerzej ze strachu.
– Nie – szepcze. – Nie możesz.
Słyszę niski głos po drugiej stronie, w tonie wznoszącym na końcu, jakby właśnie zadał pytanie. To ktoś o niskim głosie. Męski głos.
Męski głos rozmawia z moją nieletnią córką przez jej komórkę w środku nocy.
– Maya. – Próbuję wziąć wdech przez nos, wypuścić powietrze przez usta. – Daj mi telefon.
Jej palce zaciskają się na obudowie.
– To nie tak, jak myślisz – szepcze.
– Nie masz pojęcia, co teraz myślę.
– Właśnie, że mam. Masz minę jak wtedy, kiedy naoglądasz się programów kryminalnych. Pewnie myślisz, że powinnaś bardziej pilnować, ile korzystam z internetu, ale ja ci mówię, że to nie tak, jak myślisz.
Powoli podnosi telefon do ucha, nie odrywając ode mnie wzroku. Czuję się jak w punkcie kulminacyjnym jednego z tych pełnych przemocy filmów, które zawsze włączał mój tata, kiedy byłam mała. Czarny charakter trzyma uroczego puchatego pieska za oknem najwyższego piętra wieżowca. Nie wiem, czy ja jestem czarnym charakterem, czy pieskiem.
– Daj mi chwilę – mówi Maya do męskiego głosu po drugiej stronie.
Oko mi drga. Jestem czarnym charakterem. Tak, jestem czarnym charakterem, a to jest moment, w którym wkraczam do akcji.
– Nie masz żadnej chwili. Daj telefon – mówię tak spokojnie, jak tylko mogę, czyli nie dość spokojnie, bo Maya krzywi się, zerkając na mnie. Kiwa głową, a potem potrząsa, a potem znowu kiwa.
– Dobrze – mamrocze do siebie, wciąż kiwając. – Idzie to trochę szybciej, niż chciałam, ale dam sobie z tym radę.
– Z czym dasz radę? – warczę.
– Z tą rozmową – mówi Maya, potrząsając uniesionym telefonem. Rozmowa trwa od około dziesięciu minut, moje serce znowu zaczyna wywijać spanikowane fikołki. Ona rozmawiała z kimś dziesięćminut, podczas gdy ja leżałam w łóżku i rozważałam prawdopodobieństwo istnienia duchów z szafy. – To do ciebie.
– Co?
– Ten telefon. Jest do ciebie – powtarza spokojnie.
Liczba osób, z którymi rozmawiam, wynosi dokładnie cztery, a jedna z nich jest teraz ze mną.
– Świetnie. To mi go podaj.
– Tylko… – Zaciska usta. – Daj temu szansę, dobrze? Zachowaj otwarty umysł.
Mój umysł będzie bardzo otwarty, kiedy głowa mi eksploduje w samym środku tej sypialni.
– Daj telefon.
– Dobrze. – Przysuwa się na krawędź łóżka i podaje urządzenie. Jak specjalistka od rozbrajania bomb. – Spoko. Dzięki, mamo. Jesteś super.
– Nie podlizuj się – rzucam przez zaciśnięte zęby.
Wyciąga w górę drżący kciuk.
Podnoszę telefon do ucha. Dyszę jak smoczyca. Albo seryjna morderczyni. Smocza seryjna morderczyni. Wciąż biorę głębokie, głośne wdechy, próbując uspokoić bicie serca, ale to chyba nie działa.
– Kto… – Oblizuję usta i próbuję odchrząknąć. Chcę, by w moim głosie było słychać siłę. Chcę, by był przerażający. – Kto mówi, do cholery?
Cisza w słuchawce. A potem stłumiony dźwięk. Może kaszel. Albo śmiech.
Cały mój strach staje się malutką kulką, aż zmieniam się w uosobienie wściekłości.
– Powiedziałam coś śmiesznego?
– Na pewno za chwilę zrozumie pani moje rozbawienie – mówi nieznajomy po drugiej stronie. Nie wydaje się szczególnie zaskoczony, że miejsce dziewczynki, z którą rozmawiał, nagle zajmuje ziejąca ogniem kobieta. – Dobry wieczór. Nazywam się Aiden.
– Dobrze, Aiden. – Zerkam na córkę, siedzącą z podwiniętymi nogami, otuloną kocem w syrenkowy wzór. Mrugam i widzę ją jako czterolatkę, z nierównymi kucykami i bosymi stopami wiszącymi nad podłogą. Znów mrugam i ma swoje naście lat, przygląda mi się czujnie. – Dlaczego rozmawiał pan z moją córką o dziesiątej czterdzieści dwie wieczorem?
Znów cisza.
– Uwierzy pani, że to ona do mnie zadzwoniła?
– Nie obchodzi mnie to. – Zaczynam tracić nad sobą panowanie. – Nie obchodzi mnie, czy jest pan tajnym agentem i negocjuje z porywaczem. Ona ma dwanaście lat.
Maya z plaśnięciem zasłania dłońmi oczy, prycha i opada na łóżko.
– Nie podoba mi się to, co pani insynuuje – mówi on.
– A mnie się nie podoba to, co pan robi.
– Chwileczkę. Proszę mi pozwolić wyjaśnić…
– Czy ma pan w zwyczaju prowadzić późnonocne rozmowy z nieletnimi dziewczynkami?
– Nie mam w zwyczaju czegokolwiek z nieletnimi dziewczynkami – rzuca.
Bardzo mnie cieszy to, że głos mu się załamał. Aiden nie jest już rozbawiony. I dobrze.
– Nie jestem… – prycha, parska, wydaje z siebie serię innych odgłosów frustracji. – Chyba powinniśmy zacząć od nowa.
– Nie, dziękuję. Już dość długo pozwalam ciągnąć tę rozmowę. Rozłączam się.
– Proszę chwilę zaczekać.
– Na co?
– Na wyjaśnienie.
– Na pewno jest świetne, ale mnie nie interesuje.
Znowu wydaje z siebie burknięcie.
– To proszę spytać Mayi.
– O co?
– Skoro raczej nie uwierzy pani w to, co ja powiem, to proszę spytać Mayi, dlaczego rozmawia ze mną o dziesiątej czterdzieści trzy – mówi niskim głosem. Ochrypłym. Jak burza, która pojawia się nagle nad portem i zostaje, grzmoty dudnią jeden za drugim, aż powietrze zaczyna wibrować w kościach.
A może to mój gniew. Sama nie wiem. Mrużę oczy i odsuwam telefon od ust, zasłaniając mikrofon dłonią.
– Dołączyłaś do sekty? – pytam córkę. On gada jak sekciarz. A przynajmniej jak ktoś, kto należy do piramidy finansowej.
W milczeniu potrząsa głową.
– Czy to wołanie o pomoc?
Po jej ustach błąka się uśmiech, ma jednak dość rozumu, by go spacyfikować.
– Nie dla mnie – mamrocze.
– Co to ma znaczyć?
– Ma na myśli panią – wtrąca się Aiden. Ten głos mógłby może zadziałać na niczego niepodejrzewającą niewinną duszyczkę, jaką chciałby zwabić do swojego imperium olejków eterycznych, ale na mnie nie robi wrażenia. – To wołanie o pomoc, ale dla pani. Dlatego zadzwoniła.
– Pomoc w czym? – rzucam, zirytowana tym, że najwyraźniej nas słyszał.
Mam dziką ochotę się rozłączyć i wrzucić telefon do rozdrabniacza odpadków w kuchni. Cierpliwość mi się skończyła. Wyparowała. Rozniosła się w pył. Tkwi w tyciej szafie na pościel razem z ręcznikami i samochodzikami z pudełek po zapałkach, które wcisnęła tam Maya, kiedy miała sześć lat, i które zostaną tam po wsze czasy.
– Jestem gospodarzem audycji radiowej – mówi spokojnie Aiden. – Maya zadzwoniła z prośbą o poradę miłosną.
Dłoń zaciska mi się na telefonie.
– Poradę miłosną? Ona ma dwanaście lat.
– Nie zadzwoniła w swojej sprawie. Chodzi o panią. – Parska cicho z rozbawieniem. – Nazywam się Aiden Valentine, jest pani na antenie Heartstrings, lokalnej audycji o miłości.
AIDEN VALENTINE: Witam w Heartstrings. Jesteś na antenie.
SŁUCHACZKA: Naprawdę? Teraz?
AIDEN VALENTINE: Tak. Właśnie w tej chwili.
SŁUCHACZKA: Super.
AIDEN VALENTINE: Brzmisz bardzo… młodo.
SŁUCHACZKA: Nie jestem aż taka młoda.
AIDEN VALENTINE: Młodsza od przeciętnego słuchacza.
SŁUCHACZKA: Przeciętna słuchaczka to pewnie pani imieniem Charlene, która myśli, że dodzwoniła się do chińskiej restauracji.
AIDEN VALENTINE: Coś w tym jest. Jak się nazywasz?
SŁUCHACZKA: Maya, ale nie dzwonię w swojej sprawie. Chodzi o moją mamę.
Rozdział 3
Cisza wypełnia fale radiowe.
Nie ma w tej reakcji nic dziwnego. Mama Mayi na pewno nie spodziewała się przyłapać córki na późnonocnej rozmowie w gospodarzem programu radiowego. Nie wiem, czy Maya myślała, że nie zostanie przyłapana, czy może tak to zaplanowała, ale jasne jest, że jej mama nie uczestniczyła w podjęciu tej decyzji.
Patrzę, jak sekundy przesuwają się na dużym zegarze, który wisi nad drzwiami.
Dwadzieścia sekund martwej ciszy, a i tak jest to najbardziej ekscytująca audycja, jaka nam się zdarzyła od roku. Zerkam na czerwoną lampkę sygnalizującą połączenie telefoniczne, żeby się upewnić, że nie zostało zerwane. Powiedziałem w tym tygodniu Jacksonowi, że będę się bardziej starał cieszyć programem, i oto… staram się.
Chociaż przyznam, że dzisiaj mój entuzjazm czy zainteresowanie wcale nie są wymuszone. Pierwszym, co powiedziała Maya, kiedy odebrałem od niej telefon, było: „Proszę posłuchać. Moja mama może mnie za to zabić, ale jest, jak jest”.
„Jest, jak jest”, czyli tak, że można się nasłuchać o pozbawionym blasku życiu miłosnym jej matki, zostać oskarżonym o sekciarstwo oraz – zerkam na zegarek – spodziewać się całej minuty ciszy.
Od miesięcy się tak nie bawiłem przed mikrofonem. Inne dzisiejsze rozmowy to był nasz standardowy koszmarek. Dzwoniła kobieta, by poskarżyć się, że mąż nie docenia jej zapiekanki ziemniaczanej, a inny słuchacz zadzwonił, by wymienić błędy merytoryczne w romansie historycznym, który przypadkiem kupił na bibliotecznej wyprzedaży. Jeden z telefonów to była pomyłka – dzwoniący chciał zamówić taksówkę.
Ponuro.
Chętnie dam mamie Mayi tyle czasu, ile potrzebuje.
Nie mamy przecież nic lepszego do roboty.
– Lucie? Jest pani tam?
Po drugiej stronie słychać stłumiony odgłos, jakby przycisnęła dłoń do telefonu.
– Powiedziałaś mu, jak mam na imię? – słyszę w słuchawkach.
Maya wiele mi powiedziała. Jak mama ma na imię, jakie wino lubi pić, kiedy siedzi sama na kanapie i ogląda odcinek za odcinkiem Najniebezpieczniejszego zawodu świata. Jak płacze, kiedy kraby nie mogą się wydostać z garnka.
Wiem wiele o Lucie.
– Tak – odpowiadam. – Powiedziała mi też, że odkąd pamięta, nigdy nie miała pani poważnego partnera. Ma pani coś przeciw związkom, Lucie?
Gdzieś po drugiej stronie rozlega się jej zbolały jęk.
– To rozmowa na żywo?
Kiwam głową.
– Mhmm.
– Jestem w tej chwili na antenie?
– To mi mówi migająca czerwona lampka.
– No świetnie. – Lucie jest chyba zdyszana. – A już się bałam, że będzie wstyd.
Uśmiecham się do panelu sterowania.
– A czego tu się wstydzić?
– Ma pan rację. Kto by się wstydził tego, że jego córka zadzwoniła do radia, żeby rozmawiać o jego życiu miłosnym?
– O braku życia miłosnego – poprawia Maya.
Pauza, stłumiony odgłos rzuconej przez pokój poduszki, a potem radosny śmiech.
Czuję pod żebrami ukłucie jakiejś tęsknoty. Myślę o mamie, o tym, jak przyciskała do piersi torebkę z żelkami. Takie same wkładała mi, kiedy byłem mały, do brązowej papierowej torebki z drugim śniadaniem, na której zawsze coś dla mnie pisała.
– Córka bardzo panią kocha – zaczynam ostrożnie, wiedząc, że pewnie po drugiej stronie odbywa się właśnie milcząca, ale intensywna wymiana zdań. Chcę, by Lucie została na linii. Chcę odmiany. Znużyły mnie już skargi o zapiekankach. Po raz pierwszy od dawna chcę się dowiedzieć, co będzie dalej.
– To ma być miłość, panie ekspercie? Kiedy córka potajemnie dzwoni do audycji na żywo i zdradza moje tajemnice? – pyta Lucie ze śmiechem. Ma aksamitny głos. Jak miód w kubku gorącej herbaty. Jak świeże powietrze wpadające przez uchylone okno. – Bo ja mam raczej wrażenie, że to publiczne upokorzenie.
– Uznajmy, że to w siedemdziesięciu procentach miłość, a w dwudziestu nastoletni bunt, może być?
Lucie się śmieje, moja dłoń zaciśnięta na kubku z kawą drga.
– A co z pozostałymi dziesięcioma?
– To troska – odpowiadam. – Maya powiedziała mi, że martwi się, że może jest pani samotna. Miała nadzieję, że pomogę.
Lucie znów milknie. Tym razem cisza jest cięższa.
– Myślisz, że jestem samotna? – pyta nieco miększym głosem. Słychać szelest tkaniny, a później szept: „Tak, mamo”. Lucie wzdycha.
Cisza się ciągnie.
– To może tak. – Podnoszę wzrok na zegar nad drzwiami. – Zrobimy przerwę na reklamy, a pani w tym czasie zdecyduje, czy chce pani zostać na linii i ze mną porozmawiać. Odpowiem na wszelkie pani pytania i zobaczymy, co dalej, dobrze?
Przez chwilę się waha.
– W skali od jednego do dziesięciu: jak wielki to będzie wstyd?
– To zależy. A jaką notę wystawia pani teraz?
– Chyba siódemkę. Zbliżam się do ósemki.
– Trudno określić. Będzie pani musiała ze mną porozmawiać, żeby się przekonać. – Odpycham się do tyłu w fotelu i obracam się, żeby ustawić coś w oprogramowaniu, w czym wciąż jestem fatalny, chociaż pracuję tu prawie od sześciu lat. – No dobrze, Baltimore. Zostańcie ze mną. Wrócimy po reklamach naszych sponsorów.
– Byćmożewrócimy po reklamach jego sponsorów – dorzuca Lucie ponurym, ale zrezygnowanym głosem.
– Jedno z nas na pewno wróci po reklamach sponsorów. – Wciskam kilka guzików i odtwarzam spoty.
– Hej – mówię, wciąż połączony przez słuchawki z Lucie i Mayą, gdy w tle rozlega się reklama szkółki drzew. – Przepraszam za tę zasadzkę.
– No, słyszę ten żal w głosie – rzuca pod nosem Lucie. Z jednego ucha do drugiego przepływa westchnienie wzmocnione przez słuchawki. Stawianie czoła przeciwnościom w wersji stereo. – To chyba nie pan powinien przepraszać.
– Mimo wszystko. – Rozglądam się wokół, szukając dzbanka z kawą. Znajduję go, dolewam sobie i siorbię głośno, póki jeszcze mogę. – I co pani na to?
– Na co? Na wyznanie obcemu facetowi swoich tajemnic, gdy słuchają nas inni obcy? Średnio mnie to zachwyca, Aidenie Valentine.
– Jakich tajemnic? – odzywa się w tle Maya. Kolejny głuchy odgłos, tym razem cichszy, i zmęczony śmiech. – Serio, mamo. To nic takiego.
– „Nic takiego”, mówi dziewczyna, która zadzwoniła do radia, żeby wyciągać moje brudy.
– Pytam raz jeszcze: jakiebrudy?
– Jeśli to panią pocieszy – wtrącam – słucha nas jakieś dwanaście osób. – Odchylam się na fotelu, aż oparcie jęczy. Wszystko w tym studiu jest posklejane taśmą, trzyma się na słowo honoru. – I pewnie zalicza się do nich moja mama.
– Nie wiem, czy to poprawia sytuację. – Lucie ciężko wzdycha. Czekam, gdy ona rozważa swoje opcje. – Jakie pan ma kwalifikacje? Jest pan psychologiem czy coś?
– Nie.
– Psychiatrą?
– Nie.
– Nigdy nie pamiętam, czym się różni jeden od drugiego – mówi w zamyśleniu.
– Chyba chodzi o przepisywanie leków.
– Ciekawe. – Brzmi tak, jakby jej to w ogóle nie ciekawiło. – No to kim w takim razie pan jest? Szamanem? Miłosnym guru? Wróży pan z dłoni?
Co za kobieta.
– Nie. Nie wróżę ludziom z dłoni przez radio. Nie jestem też przywódcą sekty.
– Słyszał pan, co?
– Niesamowite, ile można usłyszeć, kiedy ktoś coś mówi prosto do słuchawki.
W tle słychać szelest tkaniny, poszum przesuwanych koców i poduszek. Znów popijam z kubka i czekam.
– Czyli jeśli nie jest pan nikim takim, to… dlaczego niby miałby mi pan doradzać?
Uśmiecham się.
– Nagle ktoś tu chce, żeby mu doradzić.
– Po prostu pytam. Tak hipotetycznie. Jeśli się zgodzę.
– To dość proste. Pani mówi, a ja słucham.
– I wszystko pan naprawia? – Wydaje lekko lekceważący odgłos. – Tak po prostu?
– Nie ma czego naprawiać, Lucie. – Uśmiech spływa z mojej twarzy, wbijam wzrok w wyszczerbienie na krawędzi kubka. Przesuwam po nim palcem. – Pani nie jest tosterem. Ani wadliwym okablowaniem. A ja nie jestem guru, wróżem ani… specjalistą… w żadnym znaczeniu tego słowa. Jestem po prostu człowiekiem. Człowiekiem, który lubi rozmawiać z innymi ludźmi. I od czasu do czasu może udzielić jakiejś przeciętnej rady. Jest pani bezpieczna ze mną i ze słuchaczami. Obiecuję. Jeśli nie spodoba się pani kierunek, w jakim zmierza rozmowa, wystarczy, że pani mi o tym powie. Pożegnamy się i będzie pani mogła zarządzić w domu szlaban na telewizję do odwołania.
W tle słychać protestacyjne prychnięcie Mayi. Lucie parska.
– Ale ja nie… Nie próbuję niczego w pani życiu naprawić. Będę po prostu słuchał, tak? Porozmawiamy i zobaczymy, co się stanie.
– Zobaczymy, co się stanie – powtarza po mnie.
Zerkam na zegar.
– Tak. Zobaczymy, co się stanie. Ale ma pani jakąś minutę, żeby się zdecydować.
– Proszę, mamo – szepcze Maya. – Myślę, że to pomoże.
Lucie mruczy pod nosem i się zastanawia.
– W sumie to w każdej chwili mogę się rozłączyć.
– Oczywiście – mówię, choć mam nadzieję, że tego nie zrobi. Zostało mi jeszcze kilka godzin do końca audycji i nie chcę ich spędzić, próbując trafić mieszadełkami do kawy do kosza na śmieci po drugiej stronie studia. Robi się tu zbyt cicho, kiedy jestem sam, a w ciszy mam za dużo przestrzeni, by myśleć.
– Na pewno nie kieruje pan sektą? – pyta.
– Aktualnie nie, ale chyba mógłbym rozważyć taką karierę, jeśli praca w radiu się posypie. – Rozlegają się ostatnie przeszywające tony reklamy materaców, coś o „wodospadzie wygody niosącym do krainy snów”, cokolwiek miałoby to oznaczać. – Pani decyduje, Lucie. Zrobimy tak, jak pani chce. Ale zaraz wracamy na antenę.
– Z dwunastoma słuchaczami.
– Jest już późno, więc raczej z dziewięcioma.
– Co za ulga.
Uśmiecham się do mikrofonu i wciskam odpowiednie guziki.
– Gotowa?
Wzdycha.
– Chyba bardziej już nie będę.
Maya w tle wydaje okrzyk radości, a ja podkręcam głośność, guzik podskakuje jak zawsze.
– Hej, Baltimore, witajcie z powrotem. Rozmawiamy z Mayą i Lucie. Maya zadzwoniła w imieniu mamy, ma nadzieję, że coś jej doradzimy w sprawach sercowych. – Po drugiej stronie szkła widzę Jacksona przechodzącego do klitki, którą nazywa gabinetem. Nie wydaje mi się, żeby musiał tu przychodzić o tej porze na prognozę pogody, ale lubi swoją rutynę, a ja czasem lubię towarzystwo. Podnoszę rękę na przywitanie, a on mi odmachuje, po czym zatrzymuje się i mi przygląda, kiedy dostrzega moją twarz.
– Nie powiedziałabym, że zadzwoniła w moimimieniu – mówi Lucie, przyciągając znów moją uwagę. Jej głos to dziwna kombinacja cierpkości i słodyczy. Pali jak łyk dobrej whiskey. – Zadzwoniła mi na przekór.
Śmieję się, a Jackson po drugiej stronie szkła robi oczy jak spodki. Przyciska twarz do szyby, nos ma rozpłaszczony, rękami osłania oczy, żeby lepiej widzieć.
„No co?” – pytam bezgłośnie, gdy Maya i Lucie przekomarzają się co do prawdziwej przyczyny telefonu.
Jackson przykleja do twarzy uśmiech i wskazuje na niego. Wygląda jak klaun z demencją. Taki mechaniczny, koło targu staroci na Broadwayu, popsuty i połamany, z rozciągniętym w nieskończoność uśmiechem w łuszczącej się czerwonej farbie. Przerażające.
„Przestań” – strofuję go bezgłośnie.
Powoli odchodzi od okna i idzie dalej korytarzem, co kilka kroków oglądając się przez ramię. Wpada na automat z napojami, poprawia trajektorię i znika, rzucając mi ostatnie zdziwione spojrzenie.
Marszczę się i poprawiam słuchawki.
– Moja mama dosłownie od dekady nie miała chłopaka – wyrzuca z siebie szybko Maya. Jakby nie wiedziała, na ile mama będzie gotowa jej pozwolić, więc stara się powiedzieć wszystko naraz. – Chodzi do pracy, wraca do domu. Czasami idzie do sąsiadki, Patty, na wino. Przyjaźni się z nią. Z Patty. I tylkoz nią. Nigdy nie wychodzi tak naprawdę, wiesz? Zawsze jest tutaj.
– Przepraszam bardzo – mówi Lucie – że przebywam ciągle w swoim domu. Który jest moją własnością.
– Mamo.
– No co? – Śmieje się. – Myślałam, że lubisz, jak tu jestem.
– Lubię – broni się Maya. – Naprawdę lubię, jak tu jesteś. Ale czasami mam wyrzuty sumienia, kiedy ja wychodzę z przyjaciółmi, a ty zostajesz sama.
Lucie już się nie śmieje.
– Lubię mieć czas dla siebie – mówi cicho. – Przecież wiesz.
– No tak, ale przecież nie całyczas.
Przesuwam ręką po szczęce, sięgam palcami karku.
– Myślisz, że gdyby mama miała chłopaka, ten problem by zniknął?
– Sama nie wiem – mówi Maya. – Może by ją to uszczęśliwiło.
– Jak pani myśli? – pytam Lucie. – Uszczęśliwiłoby to panią?
– Nigdy w życiu – odpowiada bez cienia wahania.
Wyrywa mi się śmiech.
– Co za pasja.
– Zadam panu pytanie, panie Valentine.
– Proszę, mów mi Aiden – mamroczę. Celowo obniżam ton, tak jak wtedy, kiedy na studiach próbowałem sobie wyrobić „radiowy głos”.
Wydaje odgłos rozbawienia. Coś pomiędzy śmiechem a kaszlnięciem.
– No dobrze, Aiden. Masz dziewczynę?
Wpatruję się w ścianę studia zaskoczony. Lucie wciąż robi uniki i kieruje rozmowę nie tam, gdzie się spodziewam, a ja biegnę gdzieś za nią, usiłując nadążyć.
– Nie mam.
– Chodzisz na randki?
– Od czasu do czasu.
– Jak ci się podoba?
Ostatnią randkę miałem chyba jakieś cztery miesiące temu, skończyła się krótkimi, ale miłymi odwiedzinami w łóżku nowej znajomej. Po drodze do domu od niej zatrzymałem się po cannoli w małej włoskiej piekarni. Od tamtej pory z nią nie rozmawiałem.
Ogólnie rzecz biorąc, randki wydają się kompletną stratą czasu. Ale ta audycja nie jest o mnie.
– Bardziej mnie interesuje, co ty myślisz o randkach – odbijam piłeczkę.
– Moim zdaniem są do dupy.
Śmieję się i pocieram dłonią czoło, poprawiając słuchawki. W lewym uchu słyszę nagle szum, więc znów je poprawiam, popychając całość trochę do tyłu.
– Dlaczego są do dupy?
– Nie znoszę ich. Jakby wszyscy tańczyli jakiś taniec, do którego ja nie znam kroków. Nie mam o tym bladego pojęcia, i to nie jest żadna wymówka. Naprawdę nie mam. Nie rozumiem tego… wszystkiego, przez co trzeba się przedrzeć, zanim będzie można być sobą. – Wzdycha. – Kojarzysz taki sen, w którym człowiek idzie korytarzem w samych majtkach?
– Chyba nie tak powinien czuć się człowiek w czasie randek.
– Wypowiadasz się jako ekspert?
– Tak. – Śmieję się. – Owszem, jako ekspert.
– Przez dwa tygodnie próbowałam szczęścia w aplikacji randkowej – wyznaje Lucie. – To były najbardziej żenujące dwa tygodnie mojego życia.
– Dla ciebie? Czy dla twoich potencjalnych…
– Ofiar? – pyta.
– Miałem powiedzieć „partnerów”, ale nazywaj ich, jak chcesz.
Znów wymyka jej się odgłos, jakby się zamyślała, zwleka z odpowiedzią.
– Jak zaprezentować się tak, by wydać się atrakcyjnym? – pyta cicho. – To chyba powinien być dla mnie pierwszy sygnał. Strasznie trudno mi było odpowiedzieć na te pytania, stworzyć profil. Musiała mi w tym pomóc przyjaciółka.
– Patty?
– Tak. – Lucie się śmieje. – Moja rzekomo jedyna przyjaciółka.
– Może nie postrzegasz siebie dość jasno.
– Może nikt nie widzi siebie dość jasno. Już nie. Przez cały czas na tej aplikacji czułam się jak przerysowana wersja siebie. Jakbym… robiła ze swojego serca jakąś grę, i to mi się wcale nie podobało. Świetnie, że wielu ludziom udało się w ten sposób znaleźć partnerów, ale ja nigdy nie potrafiłam stwierdzić, czy robię to jak należy. To nie było dla mnie, i wielka szkoda. Czułam, że może… może nie jestem kimś, kto się do tego nadaje.
– Do randek?
Tym razem jej śmiech jest ostry. Tak naprawdę to nie śmiech.
– Do tego wszystkiego. Może do miłości. Sama nie wiem.
Zaciskam usta w wąską kreskę.
– Poszłaś na jakieś randki?
– Mhmm – mruczy. – Poszłam. Chyba na dwie. A potem uznałam, że aplikacja nie jest dla mnie, i spróbowałam czegoś innego. Znajoma znajomej miała kolegę i umówiła mnie z nim. One wszystkie, to znaczy randki, były całkiem w porządku. Przyzwoite. Ale sama nie wiem… Nie poczułam, że to coś, czego chcę dalej próbować.
– Nie zaiskrzyło – zgaduję. – Nie robiło ci to różnicy.
– Czułam się przez to nieważna. Jakbym nie miała więzi ze światem. Jakbyśmy… wszyscy w tym wielkim, pędzącym świecie tylko odbijali się jedno od drugiego, a ja nie miałam nikogo, kto chciałby się mnie trzymać. Nie czułam się sobą, nie czułam też, że inni są przy mnie sobą. – Wypuszcza ciche, drżące westchnienie. Czuję, jak po drugiej stronie wraca do rzeczywistości. – Zresztą… to wszystko kompletnie bez sensu. Gadam od rzeczy.
– Nie – mówię, wbijając wzrok w ślad po kubku na biurku. Jest szczera. Bardziej szczera niż ktokolwiek z moich dotychczasowych rozmówców na antenie. – Nie, to ma sens.
Jak często zdarzało mi się czuć, że po prostu dryfuję z miejsca na miejsce? Jak trudno było mi wykrzesać z siebie entuzjazm wobec… czegokolwiek? Tkwię we mgle i nie jestem w stanie się z niej wydobyć.
Czuję się nieważny. Jakbym nie miał więzi ze światem. Dobrze wiem, jak ona się czuje.
– Więc już nie próbuję chodzić na randki. Mam w życiu tyle miłości, że chyba więcej mi nie trzeba. Nie chcę… nie chcę godzić się na byle co, żeby tylko to mieć. W każdym razie tak to sobie tłumaczyłam, no a teraz jesteśmy tutaj. – Śmieje się z samej siebie. – Jestem żałosna do kwadratu. Moje dziecko zadzwoniło do radia, bo się martwi, że siedzę sama w domu na kanapie.
– Chyba nie tym się martwi. – Wyciągam nogi pod biurkiem. – Czy ona zniknęła? Nie słychać jej.
– Zasnęła – mówi czule Lucie.
Siedzę w swoim skrzypiącym, pokiereszowanym fotelu i nasłuchuję odgłosów w ciszy. Malujących przede mną obrazy. Stopy w skarpetach na kołdrze. Przejeżdżający za oknem samochód. Wiatr tłukący o okna i skrzypiąca deska w podłodze.
Przez sekundę słyszę kształt jej uśmiechu. Półksiężyc w ciemności.
– Myślisz, że spróbujesz jeszcze randek? Skoro wiesz, że Maya by tego chciała.
– Sama nie wiem – odpowiada Lucie. – To nie od niej zależy. Nawet jeśli ma dobre intencje, to nie jestem pewna, czy chcę otwierać tę część siebie.
– A czego chcesz? – pytam. – Czy w idealnym świecie zostałabyś na kanapie? Oglądałabyś Najniebezpieczniejszy zawód świata?
– Pewnie tak – odpowiada uśmiechniętym głosem. – Ale może… może ktoś siedziałby tu ze mną. – Milknie na chwilę, a ja wstrzymuję oddech. – Może i jestem samotna.
Nie chodzi o to, co mówi, ale o to, jak mówi. Cicho. Ze wstydem. Jakby to była jej wina, że jeszcze nie znalazła tego, czego szuka.
Mruczę:
– Chyba wszyscy jesteśmy trochę samotni.
– Ty też? – pyta od razu. – Jesteś samotny?
Przekrzywiam głowę i kręcę się tam i z powrotem w fotelu. Kiedy parę dni temu Jackson zostawił mnie w kawiarni, siedziałem przy stoliku jeszcze przez godzinę, patrzyłem, jak ludzie wchodzą i wychodzą. Nie miałem dokąd pójść, a miło było słyszeć wokół siebie gwar rozmów, czuć ciepło. Wołanie baristki zza baru, zapach kawy, książek.
– Tak – odzywam się ochryple, wpatrując się w kubek z kawą. Opieram policzek na pięści. – Tak, czasem chyba dokucza mi samotność.
Puls, trochę za szybki, łomocze mi w uszach. Drapię się po potylicy i odchrząkam. Muszę poprowadzić tę rozmowę na inne tory. Takie, gdzie nie będę się czuł, jakby ktoś mi wciskał palec w siniaka.
– Co mogłoby sprawić, że podjęłabyś ten wysiłek? Że poszłabyś na randkę.
Prycha krótko po drugiej stronie.
– Właściwie to nie chcę go podejmować.
Mój uśmiech z rozpędu zmienia się w ochrypły śmiech. Przysięgam, że czuję się, jakbym zapomniał, jak to się robi.
– To nic – mówię jej, wciąż szczerząc się jak idiota, choć jestem sam w studiu. – Nie musisz niczego robić, jeśli tego nie chcesz.
– Nie, nie o to mi chodzi. Ja nie chcę się wysilać. Ciągle się tylko wysilam. Staram się całymi dniami i jestem strasznie zmęczona. Dlaczego to nie może być ta jedna rzecz, o którą nie muszę się starać? Dlaczego to nie może być coś, co się po prostu… wydarzy? Nie chcę… nie chcę myśleć o tym, co powinnam powiedzieć, jak się zachować, albo… mieć listy tematów w notatkach w telefonie na kolacji w restauracji, której nawet nie lubię. Chcę coś czuć, kiedy nawiązuję z kimś więź. Chcę, żeby iskrzyło. Tak dobrze iskrzyło. Chcę się śmiać, i to szczerze. Chcę gęsiej skórki. Chcę się zastanawiać, o czym myśli ta druga osoba, i mieć nadzieję, że o mnie. Chcę… Chcę magii.
– Magii? – Próbuję znaleźć jakiś okruch siebie, który nie będzie tak cholernie poruszony każdym słowem tej kobiety. – A, jesteś jedną z takich, co?
– Z jakich?
– Romantycznych – mówię. – Iskrzenie. Bratnie dusze. I żyli długo i szczęśliwie. Zjednoczenie dwóch serc.
Lucie parska.
– Prowadzisz program o związkach i mówisz mi, że nie jesteś romantykiem?
– Sam nie wiem – odpowiadam szczerze. Kiedyś chyba nim byłem, ale mam poczucie, że ta część mnie jest poobijana. Chwiejna. Zniszczona przez tysiąc i jednego rozmówcę, który się odkochał. Który nawet nigdy nie był zakochany. Miłość i romans zdają się teraz bajką, czymś, co opowiadamy dzieciom, żeby lepiej spały w nocy. Czymś, co opowiadamy samym sobie.
– No cóż, kimkolwiek jesteś, nie śmiej się z tego, kim jestem ja – burczy.
Prostuję się na krześle.
– Nie śmieję się – odpowiadam. – Przysięgam. Nie zrobiłbym tego.
Wypuszcza powietrze, a ja się rozluźniam. Błądzę wzrokiem ku małemu okienku pod sufitem studia, z którego jest widok na Baltimore. Budynki górują nade mną jak śpiące giganty w ciemności. W porcie migoczą małe kropki światła. Po drugiej stronie miasta mruga i ożywa wieża miejscowego browaru Natty Boh, ciepły czerwony poblask nad dachami.
Gdzieś tam Lucie siedzi na łóżku swojego dziecka. Rozmawia ze mną.
– Nie szkodzi, jeśli myślisz, że jestem odklejona. Nie ty pierwszy – mówi zmęczonym głosem. – Kiedy cały świat mówi ci, że to głupie chcieć tego, czego chcesz, zaczynasz mu wierzyć. Zaczynasz myśleć, że nie jesteś tego wart. Że jeśli to, na co czekasz, rzeczywiście istnieje, to nie dla kogoś takiego jak ty. – Wzdycha cicho, bez nadziei, jej oddech wiruje w moich słuchawkach. – Ale co jest złego w byciu romantyczką? Mogę być pewną siebie, niezależną kobietą, a i tak chcieć, żeby ktoś mnie trzymał za rękę. Żeby zapytał, jak mi minął dzień. To dobrze, jeśli chce się namiętności, ekscytacji, troski. Uwagi i czułości. Nie chcę się zgadzać na mniej. Chyba właśnie do mnie dotarło… chyba dlatego przesiadywałam na kanapie. Dlatego nie wychodzę z domu. Bo jestem zmęczona. Zmęczona tymi ciągłymi staraniami o coś, co wszystkim innym przychodzi tak łatwo. Przestałam chodzić na randki, bo to się nie sprawdzało, i chyba liczyłam, że może pojawi się jakaś inna opcja. Nic w moim życiu nie ułożyło się tak, jak to planowałam. I nie szkodzi. Ale nie chcę, żeby związek był czymś, co odhaczę z listy, albo czymś, w co wejdę, bo będę czuła, że muszę. Nie chcę z kimś być, jeśli nie dostanę od niego czegoś, czego sama nie mam. Nie chcę tracić czasu na coś, jeśli nie będę czuła, że to właśnie wszystko, czego zawsze dla siebie pragnęłam.
– Chcesz gwarancji.
– Nie – mówi cicho. – Chcę gęsiej skórki. Chcę, żeby ktoś mnie chciał. Tyle czasu, a ja… nie poddałam się. Chyba po prostu czekam, aż to mnie znajdzie.
Przełykam ślinę, oplatam palcami kubek i ściskam.
– Może to ty powinnaś tu pracować – wyrzucam w końcu z siebie przez ściśnięte gardło.
Lucie śmieje się odważnie i pogodnie. Mam ochotę odpiąć kabel słuchawek, żeby studio wypełniło się tym dźwiękiem.
– Może i tak – mówi.
Nie chcę, żeby się rozłączała. Chcę, żeby to uczucie trwało jeszcze chwilę. Ale wtedy ona wydaje stłumiony odgłos, który może być ziewnięciem, a ja zerkam na zegar, zaskoczony, kiedy widzę, ile czasu minęło. Od godziny nie puściłem ani jednej piosenki.
Ani reklamy.
– Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz, Lucie. Życzę ci tego.
– Tak. – Wzdycha. Słychać szelest pościeli i wyobrażam sobie, że gdzieś w tym wielkim mieście Lucie się uśmiecha. Przynajmniej w tę jedną noc oboje jesteśmy odrobinę mniej samotni. – Ja też mam taką nadzieję.
LUCIE STONE: Znów włączyłeś reklamę?
AIDEN VALENTINE: Tak. Ostatnia seria dzisiaj. Dziękuję, że zostałaś na antenie.
LUCIE STONE: A, no. Nie ma sprawy. Mam nadzieję, że nie powiedziałam nic zbyt żenującego.
AIDEN VALENTINE: Nie wydaje mi się.
[cisza]
LUCIE STONE: No dobra. Będę kończyć.
AIDEN VALENTINE: Tak, tak. Oczywiście.
LUCIE STONE: Dobranoc, Aidenie Valentine.
[sygnał przerwanego połączenia]
AIDEN VALENTINE: Dobranoc, Lucie.
Rozdział 4
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 5
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 6
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 7
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 8
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 9
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 10
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 11
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 12
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 13
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 14
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 15
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 16
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 17
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 18
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 19
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 20
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 21
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 22
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 23
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 24
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 25
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 26
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 27
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 28
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 29
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 30
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 31
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział 32
Dostępne w wersji pełnej
Epilog
Dostępne w wersji pełnej
PODZIĘKOWANIA
Dostępne w wersji pełnej
