Miłość i odwaga - Aneta Krasińska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Miłość i odwaga ebook

Aneta Krasińska

0,0

Opis

Poznań 1918–1919 

Młoda Felicja Wolińska dorasta w zaborze pruskim w tradycyjnej polskiej rodzinie, w której kobieta ma przyporządkowaną odpowiednią rolę społeczną. Tej zasady szczególnie mocno przestrzega matka, niechętnie patrząca na emancypację kobiet, a zwłaszcza swoich córek, dodatkowo głęboko zraniona z powodu śmierci najstarszego syna na froncie. 

I wojna światowa powoli dobiega końca, jednak w Wielkopolsce wrze. Felicja obserwuje sytuację w kraju i zaczyna wierzyć w możliwość odzyskania niepodległości przez ojczyznę. Bez zgody nadopiekuńczej matki pomaga powracającym z wojny żołnierzom. Jako wolontariuszka pracuje w jadłodajni dworcowej, zbiera dla nich żywność od Poznaniaków i słucha o ich przeżyciach.  

Dziewczyna jednak pragnie zrobić coś więcej dla ojczyzny. Z polecenia trafia do grupy zajmującej się renowacją broni mającej posłużyć przyszłym powstańcom. Tak zaczyna się jej przygoda niepodległościowa. 

 

Czy Felicja poradzi sobie z nowymi obowiązkami? Czy uda się jej sprostać zadaniom zwiadowczym? Czy na drodze do wolności można spotkać miłość? 

 

***

Aneta Krasińska  

Autorka należy do nowej fali polskich pisarek. Odważnie sięga po trudne, choć życiowe tematy. Szczególnie bliskie są jej problemy kobiet szukających dla siebie miejsca na ziemi. Umiejętnie łączy elementy powieści obyczajowej z sensacyjnymi i dramatycznymi na tle wydarzeń historycznych. Nie unika głębszej analizy, ale w jej książkach nie czuć patosu czy moralizatorstwa, przeciwnie – swoimi słowami skłania do refleksji, nie dając gotowych odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytania. Zadebiutowała w 2015 roku powieścią Finezja uczuć ukazującą skomplikowane relacje małżeńskie. Dotychczas wydała kilkadziesiąt powieści. 

Więcej informacji o twórczości na stronie: www.anetakrasinska.blogspot.com 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 338

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Miłość i odwaga

© Copyright by Aneta Krasińska, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redakcja: Joanna Wysłowska

Korekta: Anna Jeziorska

Skład i łamanie: Sylwia Rogowska-Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz

Projekt okładki oraz ilustracje: Magda Palej

Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-773-2

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

Dopóki będzie istnieć polska kobieta,

istnieć będzie problem polski.

OTTO VON BISMARCK,PREMIER PRUS

PROLOG

Wielka wojna wyszarpała matkom ukochane dzieci. Ojców pozbawiła prawowitych spadkobierców. Żonom z objęć wydarła mężów, a siostrom odebrała braci.

Każdego dnia drwiła z ludzkiego życia, mając je za nic. Pluła w twarz rannym i śmiała się, gdy żołnierzy dziesiątkowała hiszpanka. Do nikogo nie wyciągnęła ręki, karmiąc się łzami, bólem i krwią ludzkości pogrążonej w chaosie.

A gdy na horyzoncie pojawiła się wizja pokoju, nie zamierzała oddać tego, co zdobyła.

ROZDZIAŁ I

Listopadowy chłód pozostał na zewnątrz zatłoczonego Kościoła Świętego Marcina w samym sercu Poznania, miasta od ponad wieku zwanego przez Niemców Posen. I choć jedna z naw wciąż jeszcze nie została odbudowana po zniszczeniach dokonanych w połowie XVIII wieku przez Moskali i Prusaków, to zgromadzonym na niedzielnej sumie katolikom wystarczył skromny wystrój, jaki stanowiły witraże wypełniające wysmukłe ramy okienne okalające ołtarz, na którym w blasku chybotliwych płomieni świec lśnił malowany na desce obraz Matki Boskiej tulącej w ramionach Dziecię.

Panującą w świątyni ciszę przerwało skrzypienie desek uginających się pod wchodzącym na ambonę proboszczem Kazimierzem, który jak co tydzień głosił słowo Boże dla wiernych nie tylko z własnej parafii, ale dla wszystkich chętnych. A że liczni cenili trafne aluzje do aktualnej sytuacji okraszone szczyptą biblijnych odniesień, to skupiali się blisko ołtarza, by dokładnie wszystko słyszeć.

Ksiądz odchrząknął i przenikliwym wzrokiem powiódł po zgromadzonych, a widząc na ich twarzach wyczekiwanie, rozpoczął homilię. Jak zwykle nie miał notatek. Przyzwyczaił parafian, że mówił z głębi serca kryjącego się w postawnej sylwetce.

– My, dzieci Boże, nigdy nie możemy zapomnieć o matce, która karmiła, wychowywała, doradzała, gdy tego potrzebowaliśmy, i wspierała dobrą radą, gdy poddawaliśmy się niemocy oraz złości na rzeczywistość – powiedział, powoli cedząc słowa, by godnie rozbrzmiały w murach gotyckiej świątyni. – Tylko matka dba o każde swoje dziecko, nawet to błądzące we mgle i bez celu – zaznaczył i na chwilę zamilkł, dając czas swym słuchaczom na zrozumienie metafory. Potem oblizał usta, zrobił głęboki wdech i kontynuował równie głośno: – Dzięki niej jesteśmy silniejsi, bardziej rozumni i zdeterminowani, by znaleźć w sobie ducha odwagi! – zapewnił bez wahania. – Myśmy winni matce oddanie, nawet gdyby wiązało się to z cierpieniem, poświęceniem własnego życia i zdrowia! – zagrzmiał, a jego głos poniósł się ponad głowami zasłuchanych wiernych.

Młodziutka Felicja Wolińska w otoczeniu najbliższej rodziny stała jak zahipnotyzowana, wpatrując się w księdza i wsłuchując w jego słowa. Uwielbiała te kazania, w których każde zdanie miało ukryty sens, ale prawdziwy patriota potrafił go błyskawicznie wychwycić. Od chwili, gdy po raz pierwszy zawędrowała na mszę do Kościoła Świętego Marcina, a było to ponad cztery lata temu, tuż przed wybuchem wielkiej wojny, stała się gorącą zwolenniczką idei wygłaszanych przez proboszcza parafii, do której nawet nie należała.

Początkowo ani rodzice, ani dwie siostry i najmłodszy, obecnie dwunastoletni brat nie chcieli nadkładać drogi, by minąć bazylikę kolegiacką położoną nieopodal ulicy Mostowej, gdzie mieszkali, i iść do oddalonego kościoła. Ale Felicja nie traciła nadziei i nie ustawała w namawianiu bliskich. Ostatecznie pomógł jej w tym pogrzeb najstarszego z braci poległego na froncie zachodnioeuropejskim.

Śmierć Teofila stanowiła olbrzymi cios dla Wolińskich, którzy wiedli spokojny żywot kochającej się rodziny. Kiedy odebrali z dworca kolejowego szczątki poległego, chcieli doprowadzić do jak najszybszego pochówku. Niestety, wraz z Teosiem przybyło kilkadziesiąt innych zwłok żołnierzy, których wcielono do wojsk cesarza Wilhelma, by przelewali krew za Niemców. Duchowni nie nadążali odprawiać mszy, a wysoka temperatura letnich dni nie sprzyjała przetrzymywaniu zabitych w domach. Szczęśliwie Felicji udało się wybłagać u księdza Kazimierza, by późnym wieczorem na cmentarzu odprawił krótkie nabożeństwo nad trumną brata. Wystarczyło kilka trafnych zdań, by Wolińscy, ich krewni i przyjaciele poczuli, że grzebią prawdziwego bohatera, który choć walczył w pruskiej armii, to reprezentował sprawę Polski żyjącej w sercach wszystkich rodaków.

– Dobrze prawi – szepnął stojący nieopodal Felicji starszy mężczyzna w lichej kapocie, mnąc czapkę w dłoniach. – Ach, żeby tak nasza matuchna Polska odzyskała swe dziatki, rozproszone przez tych trzech łapserdaków...

Felicja na znak zgody pokiwała głową i znów dała się ponieść barwnym metaforom ułożonym przez proboszcza, dla którego wolna ojczyzna stanowiła najwyższą wartość.

– Tymczasem od morza nadchodzi powiew chłodnej, wciąż jeszcze niepewnej bryzy zapowiadającej zmiany1. Módlmy się o to, by wiatr się wzmógł i przyjął rozmiary wichury, która rozhuśta łajbę z łupieżcami, a tym samym da nam upragnioną wolność.

Szmer nadziei przemknął pomiędzy słuchaczami, którzy oczyma wyobraźni widzieli, jaki los powinna zgotować natura zaborcy dręczącemu naród polski poprzez dogłębną, masową i bezustanną germanizację. Pozbawienie kraju jego ziem czy odbieranie możliwości decydowania o własnym losie z każdym rokiem bolało coraz mocniej. Nie wszystkie przewinienia mogły zostać rozgrzeszone, o czym mieszkańcy Wielkopolski doskonale wiedzieli.

Felicja zapatrzona w pochłoniętego płomienną przemową kapłana w pewnej chwili poczuła szturchnięcie. Obejrzawszy się, dostrzegła leżącą na podłodze młodą dziewczynę. Znała ją z widzenia. Pewnie widywały się na mszach. Kilku chłopaków ruszyło, by wynieść omdlałą ze świątyni. Felicja odsunęła się pod ścianę, by nie przeszkadzać, ale kątem oka wciąż obserwowała wydarzenia. Nawet ksiądz zamilkł, czekając na spokój. W pewnym momencie wzrok panny Wolińskiej spoczął na przeciskającym się w stronę delikwentki szczupłym, wysokim kawalerze z ciemnymi, krótko przystrzyżonymi włosami oraz z wąsami idealnie sięgającymi linii ust. Mijając wiernych, młodzian omiatał ich długim wojskowym płaszczem. Swoją wyprostowaną postawą oraz zdecydowanym spojrzeniem przyciągnął wzrok Felicji, dlatego z zainteresowaniem mu się przyglądała, dopóki nie zniknął w tłumie.

Później potrzebowała chwili, by znów skoncentrować się na słowach proboszcza. Czuła jednak jakieś wewnętrzne rozedrganie i uświadomiła sobie, że nie ma ono nic wspólnego z kazaniem. Co pewien czas spoglądała w stronę drzwi i choć nie dało się ich dostrzec, to miała nadzieję, że po wyjściu z kościoła spotka młodziana w żołnierskim płaszczu. Wiedziała, że wielu takie nosi, służąc w wojsku cesarskim. Nawet w niedzielę czy po służbie nie zdejmowali ciepłego palta, oszczędzając na zakupie okrycia dla siebie.

Reszta mszy minęła na powtarzaniu łacińskich formułek stanowiących odpowiedzi na wezwanie kapłana. Raz czy dwa Felicja się pomyliła i dopiero krytyczne spojrzenie starszej siostry zmusiło ją do skupienia się na chwili obecnej.

Z rozczarowaniem rozglądała się po placu przykościelnym, gdy opuściła budynek. Po dziarskim młodziku z modnie przystrzyżonym wąsem nie było śladu.

Niedzielny obiad w domu Wolińskich zgromadził trzy pokolenia. Oprócz małżeństwa Klementyny i Wacława oraz ich czworga z sześciorga dzieci przy stole zasiedli także rodzice Wacława, mieszkający w suterenie tej samej kamienicy. Jeszcze jednego członka rodziny brakowało przy posiłku. Brat bliźniak Felicji od półtora roku walczył w armii pruskiej, a od lata nie dawał znaku życia. Dlatego też każdy niedzielny obiad rozpoczynano od wspólnej modlitwy za poległego Teofila oraz nieobecnego Ignasia.

Wacław uczynił znak krzyża, a potem zainicjował pacierz. Osiem głów pochyliło się nad talerzami ręcznie malowanymi w polne kwiaty. Przestronny pokój, pośrodku którego ustawiono dębowy stół z grubymi nogami, musiał dodatkowo pomieścić małżeńskie łoże, trzydrzwiową szafę, komodę oraz stolik z maszyną do szycia terkoczącą od rana do nocy, za wyjątkiem niedziel. Teraz urządzenie dające pracę wszystkim kobietom w domu odpoczywało pod oknem ustrojonym w szydełkowe firany, podarowane przez wdzięczną klientkę obsłużoną w ekspresowym tempie.

Po modlitwie Felicja wraz z siostrami zajęła się donoszeniem z kuchni głębokich talerzy z parującym rosołem z uprzednio zastygniętą i pokrojoną w równą kostkę kaszą manną. Najmłodszy Filip, który w tym roku znacznie urósł i teraz zrównał się wzrostem z matką, spojrzał na danie i jak zwykle się skrzywił.

– Lepiej zamilcz – strofowała brata najstarsza Wala, stawiając przed nim jego porcję. – Nie było czasu zagnieść ciasta na makaron przed mszą – przypomniała i odrzuciła na plecy złocisty warkocz.

– To nie mogła któraś z was zwlec się z łóżka wcześniej? – narzekał Filip, doskonale znając odpowiedź.

– Cały tydzień wstajemy przed kurami, żeby nadążyć z robotą, to i w niedzielę nie dasz nam pospać? – obruszyła się najmłodsza z dziewcząt, Melania, zazwyczaj upinająca długie włosy w kok na czubku głowy. – A może sam byś tak zlazł z wyra po pierwszych dzwonach w bazylice i klusków narobił? – zaproponowała poirytowana.

– A co ja baba jestem, żeby w garach siedzieć?! – żachnął się chłopak i z nadzieją na zrozumienie zerknął w stronę pykającego fajkę dziadka Romana.

– Tu mój wnuk ma świętą rację – przyznał senior rodu Wolińskich, po czym zaciągnął się dymem tytoniowym, a po chwili wypuścił kilka białych chmurek w kształcie pochylonej ósemki. – Nam do kuchni pchać się nie wypada.

– Jak nie wypada stać przy garach, to tym bardziej nie przystoi grymasić na to, co inni podetkną pod nos – podsumowała babka Pelagia i z wyrzutem spojrzała najpierw na męża, a potem na jedynego wnuka, który pozostał w domu. Często pobłażała temu chłopcu, bo pojawił się w rodzinie, gdy reszta potomstwa Wacława wyrosła z pieluch, ale niekiedy miała dość jego marudzenia i wykorzystywania swego wieku, by coś wymusić na rodzeństwie lub rodzicach. – Znamy swe obowiązki i nie trza nam o nich prawić. Jak świat światem to do nas należało gotowanie, pranie i sprzątanie – przypomniała, poprawiając wysunięty z nisko upiętego koka kosmyk długich, siwych włosów. – A i wiele innych naszych obowiązków wam by się nie spodobało.

Filip zmełł przekleństwo w ustach w obawie przed burą babki i spuścił nos na kwintę, wiedząc, że tym razem niczego więcej nie osiągnie.

– Toć tego brakowało, żeby my się w domu plątali, a kobity szły na uniwersytety albo na wojnę. – Roman zachichotał i zgasił resztkę tytoniu nabitego do fajki, potem położył ją przed sobą i chwycił łyżkę.

– A może kiedyś tak się zdarzy, że i my pokażemy, że nie tylko w domu potrafimy sobie doskonale radzić – wtrąciła Felicja buńczucznie, co od czasu do czasu czyniła, by nieco ożywić rodzinne dyskusje.

– Nie pleć bzdur! – ostrzegła ją matka, wychylając się z kuchni. – Lepiej się pospiesz, bo zimny rosół nie jest smaczny.

Felicja głośno westchnęła, ale nic więcej nie rzekła, wiedząc, że jej zdanie pod tym dachem nie znajdzie poklasku. Co innego w przypadku Tereski Wojnarowskiej, z którą znały się od gimnazjum i kochały niczym siostry, ba, nawet bardziej, bo z młodszą o dwa lata Melanią i o tyleż samo starszą Walentyną często się spierały o to, która na niedzielną mszę włoży jedną z dwóch chustek na głowę, dla której ojciec przyniósł wstążki do włosów albo jak długo każda może nosić sznur korali podarowany im przez babkę.

W końcu i dziewczęta zasiadły przy stole.

Smakując aromatyczny rosół z kupionej na targu kury, Felicja rozmyślała o tym, którą z części mięsa warto wybrać na drugie danie. Wiadomym było, że serce i żołądek powędrują do Filipa, dziadek z ojcem podzielą się udkami, a dla reszty pozostanie suche mięso z piersi albo skrzydełka. Wybór niewielki, ale już dawno nauczyła się, że nie ma co grymasić, bo w tygodniu jedli dorodne pyry2 z puszystym gzikiem3, rzadkie pyrki gotowane na wywarze warzywnym, szare kluski ze skwarkami ze słoniny czy smażone na smalcu plyndze4 ze startych surowych ziemniaków z dodatkiem mąki pszennej, jajek i soli.

– Nasz księżulo znów chwycił swe owieczki za serducha – zaczął Wacław, szybko wiosłując w rosole, by w pierwszej kolejności wyłowić jak największe kawałki kaszy.

– Mądry i poczciwy z niego Polak – przyznała Klementyna i wierzchem dłoni wytarła brodę.

– Oby tylko ta rewolucja u Prusaków dała nam szansę – zauważył Roman, siorbiąc rosół z łyżki.

– A my żebyśmy zdołali jak najlepiej ten czas wykorzystać. Bez biadolenia, ociągania się i uników – podkreślił jego syn.

– Jednakowoż z rozsądkiem i spokojem, z którego Wielkopolanie słyną od wieków – zaakcentował Roman i powiódł wzrokiem po domownikach.

Rytmiczne potakiwania siedmiu głów sprawiły, że powrócił do siorbania rosołu, nie mogąc się doczekać postawienia na bialutkim obrusie półmiska z mięsiwem i miski z gorącymi pyrami pachnącymi minionym latem, kiedy to mimo swych sześćdziesięciu ośmiu lat pomagał w majątku państwa Hanców, którym pod nieobecność wysłanego na front teścia i męża zarządzała pani Małgorzata. Blisko trzydziestoletnia słomiana wdowa z korzeniami ziemiańskimi umiejętnie zawiadywała gospodarstwem, zamiast pieniędzy oferując parobkom metr zboża albo tyleż samo ziemniaków na zimę. Roman nie grymasił i zapłatę przyjął, a jego pracowitość została dostrzeżona przez Hancową, dlatego zaproponowała, aby przychodził dwa razy w tygodniu i doglądał dwóch źrebnych klaczy i kilku jałówek mających się cielić wiosną.

Przy wtórze rozmów o kazaniu proboszcza rodzina Wolińskich dokończyła obiad, a gdy dziewczęta pozbierały naczynia, przyszedł czas na obowiązkowy element niedzielnych spotkań.

– Dzisiaj to Filip zaczyna – przekomarzała się Melania, sadowiąc się pomiędzy siostrami na słomianym sienniku przykrytym kolorową kapą.

Felicja założyła za ucho niesforny kosmyk rozwichrzonych włosów i czekała na cotygodniowe występy najmłodszego rodzeństwa.

– Dlaczego znów ja? – obruszył się piegowaty, rudawy wyrostek. – Wyście też szkoły pokończyły.

– Ale ty wciąż biegasz na tajne lekcje, to może czego nowego się nauczyłeś – upierała się Melania.

– Nie chce mi się strzępić ozora – burknął, nachylając się nad dzisiejszym wydaniem „Kuriera Poznańskiego”, w którym na pierwszej stronie zamieszczono artykuł o zrzeczeniu się przez Wilhelma II praw do tronu i proklamowaniu republiki.

– To tak się knajder5 wyraża o swojej mowie ojczystej? – podchwyciła babka i odebrała wnukowi gazetę, a potem zwinąwszy ją w rulon, pacnęła nią chłopca w głowę. – To dlatego, żebyście nigdy nie zapomnieli ani o tym, kim jesteście, ani o waszej historii, Aniela Tułodziecka6 zorganizowała tajne nauczanie, by krzewić polskość wśród najmłodszych. Wiele ryzykowała, a jednak zdołała osiągnąć cel, więc nie masz prawa marudzić, tylko polskim słowem zgrabnie kreślonym przez naszych wieszczów dziękować za to, co otrzymałeś na dobry początek.

Filip, widząc, że dłużej nie zdoła się migać, wstał, wyprostował się i poprawił nieco wystającą ze spodni koszulę. Następnie przełknął ślinę i począł recytować poetycki opis tęsknoty za ojczyzną podróżującego do Ziemi Świętej Słowackiego7.

Rodzina Wolińskich zasłuchana w głos chłopca z równie dużą ciekawością łowiła kolejne wiersze pisane przez światłych Polaków, których tekstów nie sposób było poznać w szkolnej ławie.

Felicja doskonale pamiętała wiersze Mickiewicza, Norwida czy Słowackiego, wyrażające udrękę tych, co mogli jedynie tęsknie wzdychać do ojczyzny, głęboko wierząc, że kiedyś znowu z wdzięcznością powrócą na jej łono. Wiele z tych utworów poznała na tajnych lekcjach organizowanych w prywatnych domach przez zdeterminowane, oczytane i chętne do dzielenia się wiedzą Wielkopolanki.

Kiedy Filip opadł na ławę mocno zmęczony, pałeczkę przejęli dziadkowie i rodzice, którzy to na zmianę wygłaszali z pamięci fragmenty mickiewiczowskiej epopei.

Wisienką na torcie było śpiewanie zakazanych przez zaborcę piosenek. I chociaż Felicja uważała, że słoń nadepnął jej na ucho, przez co bardziej przeszkadza siostrom, niż pomaga, to nie pozwalano jej na wykręty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

1 Bunt marynarzy w Kilonii, tzw. Kieler Matrosenaufstand, który rozpoczął się 3 listopada 1918 r. i zapoczątkował rewolucję w Niemczech, co ostatecznie doprowadziło do upadku monarchii [wszystkie przypisy pochodzą od autorki]. ↩

2 Pyry – ziemniaki [z gwary poznańskiej]. ↩

3 Gzik – rozdrobniony biały ser, wymieszany ze śmietaną lub mlekiem, doprawiony solą i pieprzem, czasami z cebulą, szczypiorkiem czy koperkiem [z gwary poznańskiej]. ↩

4 Plyndze – placki ziemniaczane [z gwary poznańskiej]. ↩

5 Knajder – malec, niedorostek [z gwary poznańskiej]. ↩

6 Aniela Tułodziecka – założycielka Towarzystwa Przyjaciół Wzajemnego Pouczania się oraz Opieki nad Dziećmi „Warta” w 1894 r. ↩

7 Juliusz Słowacki – Hymn [Smutno mi, Boże...]. ↩