Miasto - Andrzej Strumnik - ebook

Miasto ebook

Andrzej Strumnik

0,0

Opis

W powieści Miasto autor dotyka najczulszych strun życia społecznego, próbując nie tylko dokonać swoistego rozrachunku z establishmentem polityczno-biznesowym, ale również odmitologizować społeczne tabu, jakim jest władza kościelna. Obnażenie wszelkich wad świata władzy dokonane na szczęście zostało z pewną frywolnością, przez co ironia ma trochę mniejszą, bardziej stonowaną siłę rażenia.
    Miasto to satyra polityczno-obyczajowa, podkreślająca purnonsens poczynań możnych tego świata, którzy dla profitów i zaszczytów zdolni są do sprzeniewierzenia się wszelkim ideałom. Mamy tu więc, mówiąc mniej elegancko, typowy wyścig szczurów, należycie spointowany w finalnej części Miasta. Walorem książki są niewątpliwie dialogi, które (na tle bezprecedensowej historii) podkreślają nie tylko absurdalność zamysłów rządzących, ale przede wszystkim obnażają wszelkie niedociągnięcia ludzkiej natury. Tematyka powieści, okraszona komediowymi sytuacjami, stanowi doskonały pretekst, aby ukazać pazerność ośrodków decydenckich, ich dążenie do rządzenia za wszelką cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Andrzej Strumnik
Miasto
* darmowy fragment *
© Copyright by Andrzej Strumnik 2012Korekta: Magdalena Bojas
ISBN 978-83-7564-359-6
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Motto

Motto:

Ziemia ma granice, ale głupota ludzka jest bezgraniczna.

Gustaw Flaubert

Część IOczekiwanie na wizytę

Gwar na deptaku, zwanym przez miejscowych chińską dzielnicą, pobudził wyobraźnię ludzi przechodzących głównym traktem. Przechodnie stawiający w pośpiechu komiczne kroki co i rusz łypali w stronę zaułka, jakby jakiś cyrk rozłożył tam swe miniaturowe namioty. Nienaturalny w tym miejscu harmider nie był jednak wynikiem rozrywkowego rozprężenia, ale pokłosiem konstruktywnej dyskusji, która niebezpiecznie zmierzała w rejony jakże odległe od dobrych manier.

– Mejer, co ty mi tu pieprzysz, przecież wiesz, że oni mają zupełnie inne priorytety niż my. Myślisz, że zwrócą uwagę na ten jarmarczny wystrój? Ich technika interesuje, człowieku, a nie jakieś kokardki i przedwojenne falbanki.

– Już ja swoje wiem. Trochę artystycznych akcentów nie zawadzi. A poza tym, skąd wiesz, że oni są tacy nowocześni? To, że ktoś na co dzień posługuje się wysoką techniką, nie znaczy wcale, że nie lubi tradycji.

– Tradycji, tradycji. Też mi coś. Dzisiaj liczy się nowoczesność, a nie głupie sentymenty.

– Wiesz co, Płocki, gdybym cię nie znał, to bym pomyślał, że spiknąłeś się z naszym burmistrzem. On też tylko by ciągle coś unowocześniał. A to nie w tym rzecz. Przecież oni tej nowoczesności mają już po dziurki w nosie.

– Chciałeś chyba powiedzieć, że po macki albo antenki – zadrwił Płocki. – Myślisz, że oni wyglądają tak jak my? Chłopie, Mars to nie Ziemia. Tam jest inaczej.

– To znaczy jak? Marsjanie kopulują czułkami?

– Oj, Mejer, Mejer. A może oni są podobni do ciebie?

– Nie może być, żeby byli tacy brzydcy – zaśmiał się Kulesza, zarażając przysłuchującą się grupkę gapiów podobną reakcją.

Mejer spojrzał z wyrzutem na Płockiego, mimo iż to nie on zamknął dyskusję zgrabną pointą. Zdenerwowany odwrócił się i zniknął we wnętrzu swego sklepiku, pozostawiając rechocący tłumek na pastwę losu. Postanowił w ciszy własnego azylu przemyśleć sprawę powitania delegacji z Marsa. A warto było się postarać. Kto wie, czy od zielonych ludzików nie będzie zależała jego przyszłość? Może Marsjanie okażą się lepszymi klientami niż ci niewdzięczni Ziemianie?

* * *

Wody Rzeczki trwały w błogim letargu, utrudniając stojącym na mostku spacerowiczom rozeznanie co do kierunku jej nurtu. Jedni twierdzili, że Rzeczka wypływa z Jeziora, drudzy – wręcz przeciwnie. Rację chyba mieli ci, którzy z sarkazmem prawili, że ten ściek płynie, jak wiatr zawieje. Tymczasem najstarsi mieszkańcy Miasta pamiętali jeszcze, jak ich babki i dziadkowie wspominali coś o planach połączenia Rzeczki z wielką Rzeką, że niby ten ściek, jak go nazywają złośliwi współcześni mieszczanie, miał stanowić część drożnego kanału, po którym coś miało pływać. Cóż to miałoby być, nikt już nie wiedział, bo przecież nawet dziecko widzi, że w tak wąskim rowie nie zmieściłaby się nawet tratwa. Co tam jednak historia. Żyć trzeba teraz, tym bardziej że doniosłość wydarzeń może wprowadzić Miasto do panteonu wielkich i znaczących miejscowości, przyśpieszając jego rozkwit i sławę aż po wieki.

Od Jeziora wiało niemiłosiernie. Burzyły się czupryny długowłosych wyrostków i snobistyczne fryzury dam. Mimo letniej pory czuło się dotyk ostrych wietrznych jęzorów, jakby nieoczekiwane natarcie tego żywiołu spowodowane było ruchem wielkich turbin marsjańskiego statku kosmicznego. Wieści szybko rozeszły się po okolicy. Kto żyw uprzątał obejście, aby obca cywilizacja nie doznała jakiegoś niesmaku. Lądowanie, a raczej wodowanie, miało się odbyć na Jeziorze, bo to jedyna płaska i duża powierzchnia w Mieście. Nikt jednak nie pomyślał, że taki kosmiczny kontakt może sprokurować jakąś groźną infekcję. Nawet zwykle upierdliwe panie z sanepidu nie wyczuły bluesa. Nie nastawiły się na obfity połów mającego przylecieć z kosmosu świństwa, tylko dalej tropiły bakterie w słabo radzących sobie pod względem ekonomicznym sklepikach. Tymczasem takie marsjańskie bakterie mogą niejednemu skrócić chodzenie po tym łez padole, chociaż rzeczone kurczliwe czepianie się tego durnego żywota do najprzyjemniejszych rozrywek nie należy. Ba, to życie jest nawet, jak mawiał poeta, podobne do niemowlęcej koszulki, czyli przykrótkie i obsrane. Bez względu jednak na to, co można byłoby powiedzieć o naszym życiu, jedno nasuwało się bezspornie. Sterylny czy wręcz nafaszerowany złośliwymi bakteriami Marsjanin może dać naszej lokalnej gospodarce solidnego kopa, przekwalifikowując Miasto w turystyczną mekkę, bo rzecz jasna na przemysłowe zagłębie, nawet z pomocą przybyszów z kosmosu, liczyć już raczej się nie da.

Od rana w magistracie trwał wzmożony ruch. Kwiat administracji biegał po korytarzach, śląc w eter polecenia do niższego personelu.

– Drogie panie, tylko postarajcie się – krzyczeli kierownicy działów. – Biurka mają być wypucowane, papiery poukładane, a pochowany po szafach sprzęt wystawiony na publiczny widok.

Drogie panie w mig natarły na parapety, ścierając kurz i podlewając kwiatki tudzież wynosząc do gospodarczego pomieszczenia wszelkie szkło w postaci szklanek, literatek, a nawet walających się – przywleczonych pewnie przez niechlujne sprzątaczki – buteleczek po antidotum na biurową chandrę. Problem był jednak w tych wszystkich faksach, komputerach i innych elektronicznych zestawach, bo instrukcje do nich już dawno powędrowały na makulaturę. Ale od czego zatrudniony w magistracie informatyk? Jak gość szanuje swą posadę, to niech się zabiera do roboty! Jednym słowem, miejska administracja postanowiła jak nigdy zewrzeć szyki i stanąć na wysokości zadania. A zadanie tym razem było wielkie. Wszak nie co dzień szacowne mury magistratu mają gościć Marsjan.

* * *

Bazyli Mirski rozszerzył siłą woli sklejone powieki i wyprostował kościste nogi. Zanim się zwlókł z mało estetycznego wyra, rozejrzał się trwożliwie po pokoju i w duchu zaklął: „Cóż za niesprawiedliwość. Że też człowiek musi zaiwaniać jak koń! Chromolę taki świat, który nie daje mi się wyspać”.

Chcąc nie chcąc odrzucił na bok kołdrę i wygramolił się z posłania, pokracznie siadając na skraju wersalki. Zastygł przez chwilę w dziwacznej pozie, próbując przypomnieć sobie wczorajszy dzień. Delikatne mrowienie w piętach, jakie w jego przypadku było dowodem na powstawanie pod czaszką procesów myślowych, dało mu do zrozumienia, że wczoraj musiało zajść coś ważnego. Inaczej pewnie powlókłby się do łazienki, jak to miał w zwyczaju czynić rano od prawie czterdziestu lat. Tym razem postanowił jednak, że potrzeby fizjologiczne muszą poczekać. Jeśli intuicja go nie myli, jest coś ważniejszego niż trywialne oddawanie moczu. Gdy po kilku minutach intensywnego rozmyślania ogarnął wreszcie swą sytuację, rzucił okiem na stojącą obok wersalki ławę, na której trwała w swej odwiecznej pozycji wypełniona po brzegi papierosowymi kipami popielniczka i uśmiechały się przybrudzone literatki z niedopitą podejrzaną miksturą. Z pozoru nic nie wzbudziło jego zainteresowania, więc chwycił leżącą obok gazetę i z miną konesera prześledził nagłówki. Nie widząc niczego ciekawego, posłał periodyk w kąt pokoju. Gdy już miał udać się do swej ustronnej świątyni, poczuł jakieś ukłucie, jakby ktoś próbował dać mu stosowny do okoliczności sygnał. Zaintrygowany obejrzał się i wykonał trzy leniwe kroki, aby podnieść z podłogi wzgardzony przed chwilą egzemplarz „gadzinówki”, jak prześmiewczo nazywał najpopularniejszy w mieście tygodnik. Jeszcze raz spojrzał na tytułową stronę i prześledził najbardziej rzucający się w oczy tytuł: Marsjańska wizyta na naszejziemi.

Bazyli zamknął oczy i w myślach próbował odgonić natrętną halucynację, co to czepia się go akurat dzień po przepiciu. Gdy ponownie otworzył oczy, idiotyczny tytuł dalej drwił sobie w najlepsze, próbując przetestować poczucie humoru czytającego.

Te pismaki zdurniały już do końca – przebiegło przez myśl Bazylego, który w tym samym momencie zgniótł ze złością lokalny brukowiec, formując go w zgrabną kulę. Odrzuciwszy w ten sam kąt pogniecioną gazetę, udał się do łazienki, by po powrocie rzucić się na legowisko. Postanowił, że dziś zrobi sobie wolne. Wszak robota nie zając.

* * *

Dość pokaźnych rozmiarów tłum zafalował przed magistratem, wznosząc niecenzuralne okrzyki. Biało-czerwone flagi i opatrzone prowokacyjnymi tekstami transparenty unosiły się nad głowami protestujących. Na szczęście dla władzy zgrabny szyk funkcjonariuszy straży miejskiej dość skutecznie bronił dostępu do budynku. Protestujący nie mieli jednak zamiaru szturmować wielkich stylowych drzwi urzędu. Ich celem było raczej zaakcentowanie własnego zdania na temat zbliżającej się epokowej wizyty niż wywracanie do góry nogami istniejącego ładu prawnego.

– O co im chodzi? – szepnął jeden ze strażników.

– Nie wiem, chyba nie lubią zielonych – odezwał się stojący obok kolega po fachu.

– Skąd wiesz?

– No to przeczytaj.

– „Precz z zielonymi” – przesylabizował pierwszy strażnik.

– A czytaj to: „Nie chcemy ufoludków” – zawtórował kolega.

– Rasiści – rzucił od niechcenia stojący nieopodal młody stażem stróż miejskiego porządku. – Gdyby przylecieli czerwoni, to pewnie zrobiliby jakąś procesję.

– Słuchajcie, panowie, jak to jest? Skoro Mars jest czerwony, to czemu ludziki stamtąd są zielone? – zdziwił się pierwszy strażnik.

– A jakie mają być? Zamiast krwi mają chlorofil, to są zielone – wymądrzał się najmłodszy.

– E, mądrala, jak ci dam rewir do przejścia, to zaraz przestaniesz filozofować – zmitygował go najstarszy rangą strażnik.

– Panie Kupka, a co ja takiego powiedziałem? – zaprotestował młody. – Przecież to było na biologii w gimnazjum. Chlorofil to podstawowy budulec…

– Zamknij się, młody, jak cię szef prosi. Nie każdy jest taki uczony jak ty. Chrolofol, czy jak to się nazywa, czy inne świństwo, nie ma znaczenia. My jesteśmy od pilnowania porządku, a te łajzy porządek zakłócają. Więc co, mamy pozwolić im na rozróbę?

– Ale oni nic złego na razie nie robią. Może poczekajmy? Trochę pokrzyczą i pójdą do domów.

– Tak się tylko mówi – rzekł zastępca komendanta straży miejskiej. – Na razie tylko krzyczą, a za chwilę ruszą do ataku.

Do szturmu na matecznik władzy oczywiście nie doszło, bo tłum, po opróżnieniu balastu w postaci zalegającej frustracji, dosłownie się rozpłynął. Na placu boju pozostały tylko wbite w grunt transparenty i kilka szturmówek, które miały podkreślać patriotycznego ducha w narodzie.

* * *

Burmistrz siedział zamyślony przy stole prezydialnym, bębniąc bezwiednie w jego blat. Sytuacja, przed którą stanął, zupełnie go przerastała. Wizyta Marsjan w Mieście miała być bezprecedensowa. Goście nie życzyli sobie żadnych oficjeli spoza miejsca, w którym wylądują. „Ma być tylko lokalna władza i delegacje mieszkańców”. Ultimatum było dość ostre, jednak nie do odrzucenia. „Jeśli rządzący miejscowością nie wyrażą na takie dictum zgody, to odlecimy na spotkanie innej cywilizacji” – kłuła w oczy przetłumaczona na ziemski język informacja.

Coraz głośniejsze dyskusje przybyłych do magistratu różnych oficjeli przywróciły na szczęście włodarza miasta do rzeczywistości.

– To co, drodzy państwo, proponujecie? – zagadnął burmistrz.

– Po pierwsze, nie zgadzamy się, aby jakiś kosmiczny złom wylądował na Jeziorze i wytruł nam wszystkie ryby – odezwał się przewodniczący koła wędkarskiego.

– A my protestujemy w kwestii formalnej. Nie chcemy, aby już na samym wstępie szykanowano innych. Jako przewodnicząca Związku Ochrony Praw Człowieka absolutnie nie zgadzam się z takim traktowaniem Marsjan – zagrzmiała tęgawa pani po pięćdziesiątce.

– Pani Matyldo – wtrącił burmistrz – chciałbym zauważyć, że Marsjanie to nie ludzie. Jeśli chce pani być skuteczna, to trzeba założyć Związek Ochrony Praw Marsjan.

Przez salę przetoczyła się salwa śmiechu, jednak sarkastyczny ton burmistrza nie zbił z tropu pani Matyldy.

– A co to za różnica, człowiek czy Marsjanin? A co, zielony to nie człowiek?

– No właśnie o to chodzi, że nie! – wszedł w słowo kierownik miejskiej zieleni. – Marsjanin to Marsjanin, a człowiek to Ziemianin.

– A referent ogrodniczo-warzywny to pan! – odcięła się wzburzona pani Matylda.

– À propos – ciągnął dalej kierownik zieleni miejskiej, Stanisław Ziemniak – skoro jestem już przy głosie, to chciałbym zauważyć, że ja również protestuję. Niech sobie ten latający talerz wyląduje, gdzie chce, byle nie na naszych trawnikach. Przy dzisiejszej skali zadymienia i zanieczyszczenia powietrza zielone płuca miasta powinny być wzięte pod szczególną ochronę.

– Pijesz pan do mnie? – skontrował kierownik wielkiej miejskiej kotłowni, Jan Węgielski. – Jak za bardzo dymimy, to proszę bardzo. Zaraz mogę zadzwonić do chłopaków, aby wyłączyli piec. Zobaczymy, co powiecie, jak przyjdzie zima i zaczną wam marznąć dupy.

Śmiechy i docinki zgromadzonej publiki zaczęły przybierać na sile, toteż burmistrz z lekką prośbą w głosie przemówił do mikrofonu:

– Drodzy państwo, proszę o ciszę i bardziej merytoryczną dyskusję. Inaczej nie porozumiemy się do rana.

– W takim razie może ja coś zaproponuję – odezwał się siedzący dotąd w milczeniu przedsiębiorca budowlany Jurecki. – Jak się nie zgadzacie, aby marsjański statek wylądował w mieście, to może niech usiądzie poza miastem.

– Ha, ha, ha, ale filozoficzna myśl – zaśmiał się kierownik zieleni miejskiej. – To niby gdzie mają lądować? W lesie?

– A nie w lesie, tylko nad Rzeką, na łąkach.

– Protestuję – wyskoczył ponownie z gotowym konceptem przewodniczący koła wędkarskiego Gumiak. – Jak marsjański złom zapaskudzi Rzekę, to ich świństwo wytruje wszystkie ryby stąd aż do Bałtyku.

– Panie Józefie, przestań pan, za przeproszeniem, truć. Tu nie chodzi o ryby tylko o żwir – wszedł w słowo konkurent Jureckiego, też z branży budowlanej. – Wszyscy wiemy, że taki latający talerz trochę ziemi powyrywa i zamiast pięknej łączki zostanie gotowy do eksploatacji teren. Sprytne, panie Jurecki, ale ten numer nie przejdzie.

– Panie, przepraszam, zapomniałem nazwiska – wszedł w słowo burmistrz.

– Bernacik – odezwał się budowlaniec. – Walerian Bernacik.

– Panie Bernacik, nie można rzucać bezpodstawnych oskarżeń. Skąd pan wie, że w ogóle jest tam jakiś żwir?

– Wiem, bo też mam tam łąkę, i to niedaleko pana Jureckiego.

– No tak, to zmienia postać rzeczy. To co pan na to, panie Jurecki? – zdziwił się burmistrz.

– Ależ panie burmistrzu, to jakieś bzdury. Bernacik się wścieka, bo przegrywa wszystkie przetargi. Zazdrości, że moja firma się rozwija, a on ciągle dołuje.

– Panowie, dość tego! Zakazuję wam prywatnych dyskusji. Chciałbym przypomnieć, że zebraliśmy się tu w celu przedyskutowania sprawy lądowania Marsjan.

– To może na jakichś nieużytkach? – nieśmiało zauważył właściciel największej w mieście firmy śmieciarskiej.

– Panie Piegus, pan to jak coś wymyśli, to… A może chodzi panu o nieużytki w Kalińsku? Miałby pan przy okazji ubite wszystkie śmieci. Nie musiałby pan ciągnąć na wysypisko kosztownego sprzętu, co? – zadrwił Bernacik i popatrzył z dumą na zebranych.

Jan Piegus skurczył się na krześle, jakby przed chwilą przyłapany został na podglądaniu w szatni własnej firmy zatrudnionej na czarno pracownicy. Gdy po paru sekundach lekko ochłonął, odciął się oponentowi w dość zręczny sposób.

– Panie Bernacik, proponowałbym, aby własne frustracje skierował pan w inną stronę. A jest gdzie kierować.

– Chyba nie myśli pan o mnie – Jurecki wybałuszył oczy na Piegusa.

– Ależ nie, panie Jurecki, mówię tak ogólnie.

– To jak pan mówisz ogólnie, to z łaski swojej patrz się pan w inną stronę. Mam wrażenie, że zaczynacie się mnie czepiać.

– Panowie przedsiębiorcy, dość! – Głośne napomknięcie burmistrza momentalnie uspokoiło adwersarzy. – Proponuję inne rozwiązanie, bo – powiem metaforycznie – nieużytków, poza miejskim wysypiskiem śmieci, u nas ci niedostatek. Chyba nie chcecie, aby turbiny statku kosmicznego porwały w powietrze to wszystko, co tam nazwoziliśmy?

– Panie burmistrzu, to może ja coś powiem – odezwała się milcząca cały czas starsza pani, obok której siedziały jeszcze dwie równie nadobne matrony. – Może się przedstawię. Nazywam się Leontyna Kopyć i jestem aktywistką kościelną przy naszym kole parafialnym. A te oto siedzące obok panie są moimi asystentkami w trudnej walce z rozprzestrzeniającym się po całym świecie ateizmem. Otóż chciałabym złożyć stosowne oświadczenie.

Starsza pani rozejrzała się po zastygłej w oczekiwaniu publice i charakterystycznie chrząknęła, jakby za chwilę miała zamiar wygłosić orędzie życia. Potrzymała jeszcze wszystkich przez chwilę w napięciu, rozłożyła złożoną na cztery części kartkę i zaczęła swój wywód.

– Szanowni państwo! My, wyznający jedynie prawdziwą wiarę katolicy, oświadczamy. Nie dajmy się zwieść fałszywym prorokom. Nie wierzmy w insynuacje, które zaprowadzą nas do bram piekieł. Marsjanie to fikcja! Bóg stworzył człowieka na własny obraz i podobieństwo, a nie jakieś zielone stwory! Protestujemy przeciwko takim niecnym praktykom. Dopóki oficjalnie nie zostanie zdementowana ta wstrętna plotka, dopóty my, katoliczki zrzeszone w naszym kole parafialnym, będziemy trwać na posterunku. Ogłaszamy od tej chwili strajk głodowy aż do skutku!

Na dowód własnej determinacji kobieta dała znak siedzącym obok „siostrom w wierze”, aby te pokazały wszystkim zebranym, że ich protest nie jest żadną dziecinadą, tylko jak najbardziej poważnym ratowaniem ludzkości przed piekielnym ogniem. Pomagierki aktywistki kościelnej wstały z krzeseł jak na komendę i uniosły ręce. W ich dłoniach ukazał się dość solidnych rozmiarów łańcuch, którego końce oplatały trzy zajmowane przez nie krzesła. Na dany przez Leontynę znak asystentki wyćwiczonymi ruchami oplotły się łańcuchami i zatrzasnęły na ostatnich ogniwach potężną kłódkę. Po chwili usiadły na swych krzesłach i zatopiły się w medytacjach. Przez następną minutę na sali zalegała grobowa cisza. Zgromadzeni usiłowali nawet nie oddychać, bojąc się, że ten upiorny sen nagle może się okazać realny. Złowrogą ciszę przerwał jak zwykle trzymający rękę na pulsie burmistrz. Wstał i dramatycznym głosem krzyknął:

– Nie, ja zwariuję! To istny dom wariatów! Proszę w tej chwili opuścić budynek urzędu!

Kobiety dalej siedziały w milczeniu, poruszając wargami i przesuwając palcami kolejne koraliki różańca. Apel burmistrza nie zrobił na nich żadnego wrażenia. Jego słowa przeleciały gdzieś obok, odbijając się od przeciwległej ściany i spadając pod nogi pilnujących porządku strażników miejskich. Najważniejszy urzędnik w magistracie skinął dyskretnie w kierunku stojącego w drzwiach komendanta straży miejskiej i zrezygnowany usiadł na ozdobnym krześle. Wykonujący polecenie komendanta strażnicy stanęli przed aktywistkami, próbując zdjąć krępujący je łańcuch. Jeden z nich, widząc fachową przeplatankę, szepnął do przełożonego:

– Szefie, to nic nie da. Trzeba przepiłować kłódkę.

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Motto

Część I Oczekiwanie na wizytę