Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wyjaśnijmy sobie jedno.
Nie nazywam się Eva Ramos. Ty będziesz mnie tak nazywać.
Za bardzo szanuję twoją inteligencję, by karmić cię tanimi zmyśleniami – a może to po prostu strach przed bliską śmiercią zmusza mnie do szczerości. Moją pracą jest kłamanie, ale ciebie nie będę okłamywać. Jednak lojalnie ostrzegam: choć deklaruję prawdę, zobaczysz, jak bez mrugnięcia okiem zwodzę każdą inną osobę na swojej drodze.
Podobno wybór jest największym oszustwem i nic nie jest do końca pewne. Nawet to, co właśnie czytasz, może być tylko kolejną warstwą mojej gry. Poznaj tę historię i spróbuj samodzielnie zdecydować, gdzie kończy się fakt, a zaczyna moje kłamstwo – o ile w ogóle potrafisz odróżnić jedno od drugiego.
WĄTPIENIE WE WSZYSTKO JESZCZE NIGDY NIE BYŁO TAK UZALEŻNIAJĄCE.
JEDEN Z NAJPOPULARNIEJSZYCH AUTORÓW HISZPAŃSKOJĘZYCZNYCH POWRACA Z NOWĄ POWIEŚCIĄ POZA UNIWERSUM REINA ROJA.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 615
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Henar i Mariny, dziękuję za użyczenie imienia.
Dla Manuela, bo pamiętanie jest wszystkim.
Ta powieść nie należy do Uniwersum Reina Roja stworzonego przez Juana Gómeza-Jurado, a więc nie pojawia się w niej żadna z postaci, żadne z miejsc ani żaden z wątków tamtej serii. Mentira może być czytana całkowicie niezależnie, również przez czytelników, którzy nie znają żadnej z poprzednich książek autora.
Moją pracą jest kłamanie, ale ciebie nie będę okłamywać.
Za bardzo szanuję twoją inteligencję.
A może to strach przed rychłą śmiercią zmusza mnie do powiedzenia prawdy.
Otwieram oczy. Krew na moim czole zamarza niemal natychmiast. Czuję ją niczym twardy strup, który ciągnie mi skórę, gdy próbuję zmarszczyć brwi. Mrugam, żeby wyostrzyć wzrok. Świat jest białym płótnem pokrytym jedną jedyną czarną plamą: wypożyczonym BMW przewróconym jakieś dziesięć metrów dalej, z kołami kręcącymi się jeszcze w próżni niczym odnóża leżącego na grzbiecie chrząszcza.
Próbuję się ruszyć i przeszywa mnie ból.
Złamane co najmniej jedno żebro.
Moje palce już nie reagują, kiedy staram się zacisnąć dłoń w pięść. Niedobrze. Drętwienie wspina się po moich kończynach jak trujący bluszcz. Śmierć z powodu hipotermii zaczyna się tak: najpierw tracisz czucie, potem ruchliwość, a na końcu przytomność. Niemal przyjemny sposób umierania, o ile taki w ogóle istnieje.
– Rusz się, Eva.
Mój głos jest przytłumiony, brzmi obco w tym bawełnianym śmiertelnym krajobrazie. Czołgam się po śniegu, odpychając się łokciami. Każdy centymetr to batalia z moim ciałem, które pragnie się tylko poddać, zwinąć i dać się ponieść temu zwodniczemu ciepłu, które poprzedza koniec.
Samochód zdaje się oddalać wraz z każdym wysiłkiem, na jaki się zdobywam, by się do niego zbliżyć. Okrutny żart losu albo mojej uszkodzonej świadomości. Nie mogę zawieść. Nie teraz.
To, co jest w tym samochodzie, jest dla mnie wszystkim. Moja ostatnia szansa. Moje zbawienie albo mój wyrok. Jedyne, o co warto walczyć z tą zabójczą bielą dookoła.
Moje nogi już nie istnieją. To bezużyteczne kikuty, które wlokę niczym balast. Moje ręce są niezdarnymi pazurami. Ale przemieszczam się dalej, warcząc, podczas gdy śnieg za mną zabarwia się na czerwono.
Wbijam wzrok w okno.
Bogart, Bogart ze Skarbu Sierra Madre, przyszedł mnie pocieszyć, jak wiele razy wcześniej. Szepnąć mi na ucho.
„Wiesz co? Najgorsze wcale nie jest takie złe, kiedy już się wydarza. Nawet w połowie nie jest takie złe, jak sobie wyobrażasz”.
Zamknij się, Bogart. Gówno wiesz.
Metal przewróconego samochodu wydaje się gorący w porównaniu ze śniegiem. Zatrzymuję się na chwilę, sapiąc, i przyglądam się, jak mój oddech tworzy małe chmurki, które znikają zbyt szybko.
Muszę się do niego dostać. Za wszelką cenę.
W BMW jest Pablo, mój brat. Nieruchomy. Z przekrzywioną na kierownicy głową i strużką krwi wypływającą kącikiem ust. Nieprzytomny albo martwy.
Błagam Boga, Diabła, kogokolwiek, kto mnie słyszy, żeby było to pierwsze.
Bo jeśli to drugie, to nie istnieje dla mnie wystarczająco gorące piekło.
– Pablo!
Chcę krzyknąć, ale nic z tego. Mój głos ledwie przebija się przez wyjący wiatr. Walę w szybę zdrętwiałymi rękami. Nic. Nawet nie czuję uderzenia.
Nie licząc dziury po kuli, okno jest nienaruszone, drwi sobie z mojej desperacji. Ta szyba, ta pieprzona szyba, to jedyne, co mnie od niego oddziela. Patrzę na niego przez lodowatą powierzchnię, zniekształconego niczym w koszmarze. Blada twarz, ciemna krew w kontraście ze skórą. Zamknięte powieki.
Odbijający się od śniegu kierunkowskaz samochodu oświetla mu twarz.
Wydaje się jeszcze mniejszy i bardziej bezbronny niż kiedykolwiek. Jak dziecko, którym niedawno przestał być.
Po omacku szukam wokół siebie czegoś, czym mogłabym zbić szybę. Śnieg pochłonął wszystko, co wyleciało z samochodu. Moje palce grzebią jak oszalałe, wykopując małe dołki, które wiatr zasypuje z powrotem niemal od razu.
Drapię białą powierzchnię.
Palcami natrafiam na coś twardego. Kluczyk do samochodu. Chwytam go, jakby był skarbem, ściskam palcami, które ledwie czuję. Znowu czołgam się w stronę szyby.
Uderzam w okno najszerszą częścią, gdzie kluczyk łączy się z brelokiem. Raz, drugi, trzeci. Nawet nie powstaje wgniecenie. Moje ręce drżą od wysiłku i zimna. Każde uderzenie kosztuje mnie niewyobrażalnie dużo.
Szczękam zębami.
Zmieniam taktykę. Każdy gram siły skupiam na metalowym końcu kluczyka i celuję w róg szyby, gdzie przeszła kula. Moje zmarznięte palce drżą, gdy naciskam w dół coraz mocniej i mocniej, aż moje mięśnie krzyczą. Szyba wydaje okropny chrzęst, ale nie chce – uparta, szydercza – ustąpić.
Krew na ustach Pabla wydaje się teraz ciemniejsza. Czy to tylko moja wyobraźnia? Nie mogę go stracić. Nie tak. Nie z mojej winy.
Moja wina. A co nią nie jest?
Walę ponownie, tym razem z czystą desperacją. Ostry dźwięk pękającego szkła. Małe zwycięstwo. Dalej uderzam w tym samym miejscu, powiększając pęknięcie milimetr po milimetrze.
Uderzam ostatni raz i pęknięcie rozchodzi się jak pajęczyna. Powinnam czuć się zwyciężczynią, ale ledwie mogę się skupić. Dziwne dzwonienie wypełnia mi uszy, a czarne plamy tańczą na krawędziach widzenia.
– Nie… nie teraz – mamroczę, potrząsając głową, żeby odgonić ciemność.
Całe moje ciało drży, ale już nie tylko z powodu zimna. To mój system się wyłącza, komórka po komórce. Krew tworzy szkarłatny ślad na śniegu – straciłam jej zbyt dużo, żeby móc dłużej walczyć.
Mocno mrugam powiekami. Obraz Pabla się zniekształca, oddala, powraca. Jakbym patrzyła na niego przez zwężający się tunel. Próbuję jeszcze raz uderzyć w szybę, ale moja ręka opada ciężko na bok. Bezużyteczna. Cała jestem bezużyteczna.
– Pablo… – Jego imię ledwie wychodzi z moich popękanych ust. Czerń przemieszcza się z krawędzi pola widzenia, pochłaniając biały krajobraz.
Co za głupota. Co za absolutna głupota. Powinnam była posłuchać ostrzeżeń przed śnieżycą. Powinnam była spróbować innej drogi ucieczki. Ale nie, Eva Ramos zawsze się spieszy, zawsze uważa, że wie wszystko, zawsze myśli, że swoimi kłamstwami może oszukać nawet naturę.
Moje bezużyteczne palce drżą na śniegu. Nie czuję już zimna ani bólu. Jedynie ciężar, który przygniata mnie do dołu, jakby sama ziemia mnie ciągnęła i chciała pochłonąć.
Czy tak będzie wyglądał sąd Boga? Czy on tam będzie, po drugiej stronie ciemności, która postępuje nieubłaganie?
Zastanawiam się, jaką minę zrobi Stwórca, analizując moje życie. Tyle kłamstw. Tyle oszustw. A teraz moja największa porażka: nie mogę uratować jedynej osoby, na której mi zależy.
Czerń zyskuje przewagę. Twarz Pabla widzę już tylko przez mały krąg światła, który zwęża się z sekundy na sekundę. Walczę z omdleniem, rozpaczliwie drapię krawędzie świadomości, ale to tak, jakby chcieć złapać dym.
– Proszę – błagam, nie wiedząc kogo. – Jeszcze tylko minutę.
Nowe perfumy, pachniesz łajdaczką.
Sąd Boży cofnie się w czasie jeszcze bardziej, aż do mojego grzechu pierworodnego. Ale ja nie mam tego luksusu. Muszę uzyskać twój werdykt znacznie wcześniej.
Pamiętasz, powiedziałam, że ciebie nie będę okłamywać, prawda?
Ale zobaczysz, jak okłamuję inne osoby.
Zapewniam cię, że nigdy nie widziałeś czegoś podobnego.
Cofnijmy się w czasie.
Wystarczy o piętnaście godzin.
Nie będzie jeszcze krwi ani zimna, jedynie niepewność i zadanie do wykonania.
Poprawiam się na siedzeniu.
Kusi mnie, żeby wysiąść i rozprostować nogi, ale to zbyt duże ryzyko. Zadowalam się opuszczeniem szyby i wyciągnięciem ręki.
Obracam nią szybko parę razy, zanim deszcz przemoczy kurtkę, i sięgam po lornetkę.
Port w Gijón rozpościera się przed okularem lornetki jak metalowe Lego. Pięćdziesięciokrotne powiększenie pozwala odczytać tablice rejestracyjne dźwigów, które poruszają się powoli. Ciężarówek, które odjeżdżają załadowane kontenerami w wyblakłych kolorach. A nawet ogromnych frachtowców.
Powietrze cuchnie mieszanką soli i oleju napędowego. Ten charakterystyczny zapach w dzieciństwie nazywaliśmy marón.
Wciska się wszędzie. Przenika ubrania, skórę, pamięć.
Zawsze mi przypomina, że jestem zbyt blisko swojej przeszłości.
Napełniam płuca. Nie cierpię pracować tak blisko domu.
Ulice Gijón przechowują zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele tu twarzy, które mogłyby mnie rozpoznać, nawet po dwóch dekadach. Twarze ludzi, którzy widzieli, jak dorastam, którzy schlebiali mojemu ojcu, zanim więzienie sprawiło, że wszystkie szyje się odwracały, gdy przechodziliśmy obok.
Ale Barón nalegał.
– Tylko ty możesz to zrobić, Evo Ramos – powiedział mi z uśmiechem, który nigdy nie sięga jego oczu, z tym wyrachowanym grymasem przypominającym mi Edwarda G. Robinsona w Koralowej wyspie.
Nie nazywam się Eva Ramos.
Ty będziesz mnie tak nazywać.
Dlaczego?
Ponieważ tak wyglądałaby moja nieistniejąca wizytówka:
EVA RAMOS
Zawodowa kłamczyni
Nie proś mnie o referencje
Eva Ramos to moja ulubiona tożsamość.
Jednak dziś nie mogę nią być.
Dziś muszę wymyślić sobie inną.
Opuszczam lornetkę i przyglądam się swojemu odbiciu w lusterku wstecznym. Czas poćwiczyć. Moja twarz to czyste płótno, które jest gotowe stać się tym, kim potrzebuję być.
– Dzień dobry, jestem Martínez z ochrony portu – mówię niskim głosem, utwardzając spółgłoski i napinając szczękę, jakbym od lat wydawała rozkazy.
Nie, zbyt sztywno. Zmieniam ton, wygładzam krawędzie.
– Dzień dobry, Martínez, ochrona portu. – Tym razem mówię łagodniej, uwydatniając mój asturyjski akcent. Zwykle jest ledwie wyczuwalny, niczym północny wietrzyk, ale teraz sprawiam, że wieje mocniej. – Muszę sprawdzić dokumentację.
Lepiej, ale jeszcze nie jestem przekonana. Postać nie do końca do mnie pasuje.
Zbyt apodyktyczna?
Najpierw muszę emanować pewnością siebie, żeby potem, kiedy mnie nakryją, wiarygodnie się załamać. Muszę ponieść porażkę, ale w dobrym stylu. Żeby szybko mnie nakryli i żebym przyznała, że jestem tu, aby ułatwić wymianę towarów.
Wiem, co sobie myślisz. Ja też tak uważam.
Próbuję raz jeszcze, teraz zmieniając akcent na andaluzyjski, którego używałam w czasie tamtego zadania w Maladze, kiedy musiałam się dostać do tamtego magazynu.
– Dobry, mają panowie zezwolenie na tę strefę? – Uśmiecham się lekko, ćwicząc minę fałszywej uprzejmości, która mówi: „Mogę być twoją przyjaciółką albo twoim największym koszmarem”.
Potrząsam głową. Z funkcjonariuszem portu to nie przejdzie. Nazbyt oczywiste, nawet jak na tych prostaków, którzy mi się dziś trafili. Zmieniam strategię, koryguję postawę.
– Carolina Vega z Logistyki Atlantyku – mówię profesjonalnym tonem, modulując głos, aby brzmiał trochę nosowo, jak te dyrektorki przeniesione z Madrytu, wiecznie przeziębione. – Chodzi o transport 7756177H.
Ta wersja podoba mi się bardziej. Pasuje do mnie jak ulał. Przyjmuję inną pozę, ćwicząc, jak będę trzymała wyimaginowaną teczkę z tą udawaną pewnością siebie kogoś, kto posługuje się danymi, których nie rozumie. Jak zmarszczę brwi wobec nieprawidłowości w papierach – ten gest irytującej skuteczności. Jak po nieuniknionej konfrontacji przyznam się z udawaną nerwowością.
Odległy ryk syreny sprawia, że się wzdrygam.
Patrzę na zegarek.
To tani żółty Casio. Mam go od lat. Ostatni prezent od ojca. Zdejmuję go tylko wtedy, kiedy to konieczne. Mam etui z innymi zegarkami, które zakładam w zależności od postaci, jaką odgrywam. Dyrektorka bez wyobraźni: platynowy Rolex Datejust. Nieśmiała, biedna nauczycielka: kwarcowy Viceroy z paskiem ze skóry syntetycznej.
Carolina Vega pracuje w porcie, więc mogę zostawić żółty Casio, który wskazuje, że zostało mi jeszcze pół godziny.
Trzydzieści minut, żeby dopracować Carolinę Vegę, żeby zapamiętać każdy szczegół z jej wymyślonego życia, każdą modulację głosu. To strzelanie z armaty do muchy, bo potrzebuję tej postaci ledwie na chwilę, ale nigdy nie lubiłam pozostawiać niczego przypadkowi.
Dreszcz przebiega mi po plecach.
Nie z powodu pogody.
To przez Gijón.
To przez to, że jestem tak blisko dzielnicy, w której dorastałam, gdzie mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie do kina Robledo, które już zamknęli. Gdzie moja matka wciąż mieszka z Pablem.
Pablo. Mój brat. Tak blisko, a tak daleko.
„Skup się, Eva. Nie jesteś tu po to, żeby się roztkliwiać. Prezentem za porażkę jest kulka w łeb”.
Znowu podnoszę lornetkę. W porcie dalej trwa bezwzględna rutyna. Ja dalej ćwiczę, powtarzając każdy gest, każdą modulację, każde kłamstwo, które może uratować mi życie.
W doku numer sześć panuje zwodniczy spokój. Przez ostatnią godzinę wjechały tam trzy białe furgonetki, dwie wyjechały. Żadna nie jest tą, na którą czekam.
Poprawiam ostrość lornetki, żeby lepiej widzieć. Grupa dokerów wyładowuje skrzynie z małego frachtowca, a brygadzista sprawdza dokumenty. Nic szczególnego. Oprócz…
Spinam się. Wśród pracowników doku rozpoznaję Ramira, kuzyna sąsiadki z szóstego piętra.
Kiedyś podpisał mi się na szkolnym segregatorze, o którym ci wcześniej wspominałam. Umieścił swoje imię i uśmiechniętą buźkę obok zdjęcia Kirka Camerona wyciętego z „Súper Pop”. Później się tego wstydził, więc pod spodem dorysował kutasa – tak dla równowagi.
Nie jest nikim ważnym, jedynie twarzą z przeszłości, której nie powinno tu być, nie teraz. Przesuwam lornetkę. Między kontenerami pojawia się Domingo, dawny kolega mojego ojca. Nie mogą mnie widzieć, lecz sama ich obecność powoduje, że ściska mnie w gardle.
Opuszczam lornetkę i zapadam się w fotel. Ja pierdolę. To tak, jakby cała dzielnica postanowiła stawić się na moje dzisiejsze zadanie. Ten zbieg okoliczności sprawia, że robi mi się niedobrze.
Obliczam odległość. Będę musiała przejść pięćdziesiąt metrów do wejścia do doku numer sześć. Oni będą w odległości osiemdziesięciu metrów.
Nie ma mowy, żeby mnie rozpoznali.
Ale… A jeśli…?
Czuję narastający ucisk w piersi, jakby ktoś przygniótł mnie betonową płytą. Oddycham głęboko, próbuję się uspokoić. Zamykam na chwilę oczy i myślę o Ingrid Bergman całującej Cary’ego Granta w piwnicy willi w Osławionej. Zawsze uśmiecham się na myśl, jak Grant fatalnie całował.
Brrrrrrr.
W kieszeni marynarki wibruje telefon.
Uporczywe brzęczenie, które ucina moje myśli jak nożem. Ignoruję je. Wibruje znowu. Nabieram powietrza, starając się utrzymać koncentrację na porcie, na misji, na Carolinie Vedze i jej nosowym akcencie, na tym, jak nauczyłabym Cary’ego Granta całować, gdybym miała taką okazję.
Kolejne wibracje.
– Szlag – mamroczę. – Nigdy nie odpuszcza.
Kładę telefon na siedzeniu ekranem do dołu, żeby nie widzieć twarzy, która towarzyszy imieniu.
Na niewiele się to zdaje.
Jeśli nie odbiorę, poczucie winy będzie mnie dręczyć przez wiele godzin. Pablowi mogło się pogorszyć. To może być coś pilnego.
Port wciąż żyje swoim życiem, nieświadomy mojego dylematu. Kontenery poruszają się niczym pionki na gigantycznej planszy. Operacja jest w toku. Carolina Vega czeka cierpliwie, aż się w nią wcielę.
– Nie teraz – szepczę.
Przesuwam palcem po ekranie i odrzucam połączenie. Cisza powraca do samochodu niczym błogosławieństwo.
Chowam telefon z większą siłą niż to konieczne. Poprawiam sobie kurtkę, prostując ramiona. Znowu jestem Evą Ramos, profesjonalistką, kłamczynią, tą, która obserwuje port, czekając na odpowiedni moment, żeby stać się inną osobą.
Telefon wydaje kolejne brzęczenie, tym razem krótki podwójny dźwięk. Esemes. Ignoruję go.
Ponownie podnoszę lornetkę. Port kontynuuje swój mechaniczny taniec, nieświadomy moich małych dramatów. Telefon kolejny raz wibruje w kieszeni, uporczywie niczym zduszony krzyk. Wzdycham. Marisol nie podda się tak łatwo.
Gwałtownym ruchem wyjmuję telefon i na niego patrzę. Trzy nieodebrane połączenia i teraz czwarte przychodzące. Na zdjęciu matka wpatruje się we mnie tym oskarżycielskim spojrzeniem, które doprowadziła do perfekcji po śmierci taty.
– Nie teraz – mamroczę ponownie, lecz mój palec zdradza moją determinację i przesuwa się po ekranie.
– Eva? Dlaczego, do cholery, nie odbierasz? – Głos matki brzmi ochryple, jakby właśnie krzyczała.
Przyciskam telefon do ucha i zamykam oczy. Jedna część mnie chce zapytać o Pabla, dowiedzieć się, czy dobrze się czuje, czy czegoś mu potrzeba. Druga część, ta profesjonalna, wie, że nie mogę sobie pozwolić na takie roztargnienie.
– Jestem w pracy – odpowiadam oschle. – Co się stało?
– Ty zawsze jesteś w pracy – odparowuje tym tonem, w którym pogarda miesza się z potrzebą. – Twój brat…
Nie jestem w stanie usłyszeć, co się dzieje z Pablem. Moje oczy wychwytują ruch w doku numer sześć. Czarna furgonetka, nie biała. Zatrzymuje się tuż przy magazynie siedemdziesiąt jeden.
– Muszę kończyć – przerywam jej.
– Ani mi się waż! Pablo jest…!
Przerywam połączenie. Wyrzuty sumienia przez chwilę gryzą mi żołądek, ale spycham je na dół, w miejsce, gdzie przechowuję wszystkie winy, między śledzioną a wątrobą. Jak mówił Bogart w Sokole maltańskim: „Nieważne, po której stronie prawa stoisz, liczy się to, czy możesz wykonać zadanie”.
„Dzięki, Bogart. Ty zawsze wiesz, co powiedzieć”.
Wyłączam telefon. Czegokolwiek Pablo potrzebuje, to będzie musiało zaczekać. Teraz najważniejsze to wcielić się w Carolinę Vegę i upewnić, że mnie nie zabiją.
– Przykro mi, mały – szepczę w przestrzeń, myśląc o bracie. – Później się tobą zajmę.
Znowu skupiam się na porcie. Czarna furgonetka nadal stoi przy magazynie, intruz w morzu białych i szarych pojazdów. Wysiadają z niej dwaj mężczyźni i rozglądają się z naturalnością uczestnika programu „First Dates”. Ten wyższy ma na sobie kurtkę, która ledwie zasłania broń. Ten drugi, niziutki i zdenerwowany, ciągle zerka na zegarek.
Poprawiam ostrość lornetki, żeby przyjrzeć się ich twarzom.
Rozpoznaję Gato Delgado. Wiedziałam, że tu będzie, chociaż nie powinien tu być. To robota dla pionków, a nie dla szefów. Coś w jego zachowaniu mnie niepokoi. Nie jest to mieszanka ostrożności i arogancji. Tę widziałam u niego setki razy.
Chodzi o coś więcej.
Coś, co mnie przeraża.
Dreszcz przebiega mi po plecach. Nie z powodu zimna ani wiatru wciskających się przez opuszczoną nieco szybę. To coś innego. To takie uczucie, które pnie ci się po karku, kiedy wiesz, że coś jest nie tak, tylko nie wiesz co.
Mężczyźni zamieniają kilka słów. Ten niziutki wskazuje w kierunku rogu magazynu, ale nie mogę dojrzeć tego miejsca. Mój żołądek się kurczy. To powinna być prosta operacja: obserwować, zidentyfikować uczestników, a później podejść jako Carolina Vega, żeby ułatwić wymianę.
Rutyna.
„Ha”.
Zdaje się, jakby cały port wstrzymywał oddech. Mewy milczą. Nawet odgłos fal uderzających o doki jest przytłumiony. To wszystko fatalnie wróży.
Pocieram skronie, starając się odgonić złe myśli. Intuicja to cenne narzędzie w mojej pracy, ale może być także pułapką. Strach skutkuje błędami, a błędy skutkują trupami.
Wkładam lornetkę do pokrowca i pokrywa zamyka się z głuchym trzaskiem. Dźwięk sprawia, że się wzdrygam, jakby to był wystrzał, który rozpoczyna bieg w stronę katastrofy.
Oto i oni. Kolejna furgonetka nadjeżdża z lewej do doku numer sześć, poruszając się irytująco powoli. Jest biała z wyblakłym logo przedsiębiorstwa przetwórstwa rybnego, które od czasu powstania nie sprzedało ani jednej soli.
– Do dzieła – mamroczę.
Ostatni raz patrzę na siebie w lusterku wstecznym. Nie jestem już Evą Ramos. W moich oczach jest teraz ten błysk skuteczności, moje usta zaciskają się w profesjonalną linię. Carolina Vega przejęła kontrolę.
Poprawiam bluzkę, zapinam czarną kurtkę i sprawdzam, czy z klapy zwisa fałszywy identyfikator. Idealny. Tak idealny, że sama uwierzyłabym w jego autentyczność.
Barón zawsze dba o takie szczegóły.
Furgonetka zatrzymuje się przy magazynie, kilka metrów od tej czarnej. Dwaj faceci, których obserwowałam, spinają się jak psy, które zwąchują obcego na swoim terenie. Z pojazdu wysiadają trzy osoby: dwaj korpulentni mężczyźni i szczupła kobieta ze związanymi włosami i w zielonym dresie Adindasa. Tak, dobrze napisałam.
Marga Sánchez. Kolejna szefowa. Kolejny problem.
To też sygnał dla mnie. Oddycham głęboko i liczę do trzech, jak nauczył mnie ojciec.
„Nigdy nie pozwól, żeby zobaczyli twój strach, mała. Nigdy”.
Z siedzenia pasażera biorę podkładkę z klipsem (z fałszywymi zezwoleniami na transport) i trzymam ją niczym tarczę. Przeglądam się w lusterku wstecznym. Makijaż trochę mnie oszpeca i dodaje mi parę lat do trzydziestu, które mam. Wszystko w porządku.
Wysiadam z samochodu z tą udawaną pewnością siebie, którą doskonaliłam całymi latami.
Przestało padać.
Marón atakuje moje nozdrza. Sól i olej napędowy z nutami zagrożenia. Moje kroki w butach roboczych odbijają się echem od mokrego popękanego asfaltu, kiedy zmierzam w stronę doku numer sześć, gdzie pięć nieznanych osób czeka na szóstą, która nie istnieje.
Z tych sześciu tylko dwie wyjdą z tego żywe.
Mentira
Copyright © Juan Gomez-Jurado 2026, reprezentowany przez Antonia Kerrigan Literary Agency
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Copyright © for the translation by Barbara Bardadyn 2026
Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia
Redakcja – Kornelia Dąbrowska
Korekta – Katarzyna Myszkorowska, Aneta Wieczorek
Opracowanie typograficzne i skład – Paulina Soból-Hara
Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja na okładce – Vero Navarro
Mapa – Marcin Karaś
Przygotowanie e-booka – Paulina Soból-Hara
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384065464
ISBN mobi: 9788384065457
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.sqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
