Kontrakt z Bogiem - Juan Gómez-Jurado - ebook
NOWOŚĆ

Kontrakt z Bogiem ebook

Juan Gómez-Jurado

0,0

Opis

WCIĄGAJĄCY THRILLER O ŻĄDZY WŁADZY I TAJEMNICACH STAROŻYTNEGO ŚWIATA

Po pięćdziesięciu latach życia w ukryciu nazistowski zbrodniarz wojenny znany jako Rzeźnik ze Spiegelgrundu zostaje wytropiony przez ojca Anthony’ego Fowlera, agenta CIA i członka watykańskich służb specjalnych. Fowler chce odzyskać od niego przedmiot, który wiele lat wcześniej został skradziony pewnej żydowskiej rodzinie.

Wkrótce Fowler zostaje wciągnięty w ekspedycję do Jordanii, sfinansowaną przez stroniącego od ludzi miliardera, Raymonda Kayna. Celem grupy jest odnalezienie i wydobycie biblijnej Arki Przymierza. Jednak w trakcie wyprawy okazuje się, że nie wszyscy mają wspólny cel.

Kontrakt z Bogiem autora bestsellerów, Juana Gómeza-Jurado, to porywający thriller o wyścigu po najświętszą relikwię ludzkości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 426

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla moich rodziców,

którzy pod stołem chronili się przed bombami

Kreacja wroga

Rozpocznij od białego płótna.

Naszkicuj na nim sylwetki mężczyzn, kobiet i dzieci.

Zanurz pędzel w studni swojej ciemności.

Wyrysuj na twarzy twojego wroga chciwość, nienawiść i okrucieństwo,

których nie ważysz się uznać za własne.

Ukryj wszelkie oznaki życzliwości na jego twarzy.

Wymaż pozostałości miłosnych spojrzeń, nadziei i strachu,

które tkwią w kalejdoskopie jego bezmiernego serca.

Zniekształć jego uśmiech w okrutny grymas.

Zedrzyj mięso z jego kości,

aż pozostanie abstrakcyjny szkielet śmierci.

Wyolbrzym każdą ludzką cechę, aż przeobrazi go

w bestię, zwierzę, robaka.

Wypełnij tło płótna demonami i złymi duchami,

które się żywią naszymi odwiecznymi koszmarami.

Gdy twój obraz będzie już gotowy, możesz zabić ich bez winy i rozszarpać bez poczucia wstydu.

To, co zniszczyłeś, jest po prostu wrogiem twojego Boga.

Faces of the Enemy,

SAM KEEN

Prolog

Klinika dziecięca Am Spiegelgrund

Wiedeń, luty 1943

Przechodząc pod powiewającą nad drzwiami szpitala wielką flagą ze swastyką, kobieta nie zdołała opanować drżenia. Jej towarzysz błędnie zinterpretował targające nią emocje. Przyciągnął kobietę do siebie, żeby ją ogrzać. Cienki płaszcz, który miała na sobie, ledwo chronił ją przed przenikliwym popołudniowym wiatrem zapowiadającym śnieżycę.

– Załóż moją kurtkę, Odilio – powiedział, próbując zmarzniętymi palcami rozpiąć okrycie.

Wyrwała się z jego objęć i jeszcze mocniej przytuliła do piersi paczkę. Dziesięć kilometrów brodzenia w śniegu zupełnie ją przymroziło i wyczerpało. Trzy lata wcześniej przemierzyłaby tę drogę otulona futrem z norek, siedząc wygodnie w swoim daimlerze z szoferem. Jej samochód woził obecnie jakiegoś brigadeführera, a futro wieczorami w teatralnej loży okrywało wypudrowaną nazistowską prukwę.

Trzykrotnie nacisnęła mocno na dzwonek, zanim rzekła:

– Josefie, nie drżę z zimna. Zostało nam niewiele czasu. Jeżeli nie zdążymy wrócić w porę…

Mąż nie zdążył odpowiedzieć, gdyż uśmiechnięta pielęgniarka otworzyła drzwi szpitala. Mina jej zrzedła, kiedy przyjrzała się uważnie przybyłym. Przez tyle lat życia w nazistowskim reżimie nauczyła się bezbłędnie rozpoznawać Żydów.

– Czego chcą?

Kobieta zmusiła się, by przywołać uśmiech na swą zgorzkniałą twarz. Przyszło jej to z ogromnym trudem.

– Przyszliśmy do doktora Grausa.

– Są umówieni?

– Doktor powiedział, że nas przyjmie.

– Nazwisko?

– Josef i Odilia Cohen.

Pielęgniarka zrobiła krok do tyłu, gdy nazwisko potwierdziło jej podejrzenia.

– Robią sobie ze mnie żarty? Nie są umówieni. Niech stąd odejdą. Niech wracają do nory, z której wypełzli. Wiedzą przecież, że nie mogą tutaj przebywać.

– Proszę. Mój syn jest tam, w środku. Błagam.

Jej słowa odbiły się od drzwi, które pielęgniarka zatrzasnęła im przed nosem.

Josef i jego żona spojrzeli z rozpaczą na fasadę szpitala, który stał się dla nich twierdzą nie do zdobycia. Kobieta zachwiała się z wyczerpania i bezsilności, a on przytrzymał ją, aby nie runęła na ziemię.

– Chodź, spróbujemy znaleźć inne wejście.

Poszli wzdłuż budynku, za rogiem Josef przyciągnął żonę do siebie. Właśnie ktoś otworzył jedne z drzwi – odziany w gruby płaszcz mężczyzna z trudem pchał wózek pełen śmieci. Przyklejeni do ściany Josef i Odilia prześliznęli się ku uchylonym drzwiom, podczas gdy mężczyzna oddalał się od szpitala.

W środku zorientowali się, że trafili na przejście służbowe prowadzące do labiryntu korytarzy i schodów. Po drodze docierał do nich stłumiony szloch, pochodzący jakby nie z tego świata. Kobieta na próżno nastawiła uszu, nasłuchując płaczu syna. Obeszli cały szpital, nie spotkawszy żywego ducha. Josef przyśpieszył kroku, żeby nadążyć za żoną, która wiedziona instynktem przemierzała bez wahania kolejne korytarze, zwalniając jedynie na zakrętach.

Dotarli do mrocznego skrzydła w kształcie litery L pełnego leżących na łóżkach dzieci. Wiele z nich, przywiązanych do wezgłowi pasami, zanosiło się płaczem. Cierpki zapach unosił się w nagrzanym powietrzu. Kobieta zaczęła się pocić; na skutek rozgrzewającego jej ciało ciepła przeszył ją ból. Nie zwracała na to uwagi. Od łóżka do łóżka, od twarzy do twarzy wodziła wzrokiem, ze strachem wypatrując rysów syna.

– Doktorze Graus, tutaj jest karta informacyjna.

Słysząc nazwisko lekarza, Josef z żoną wymienili porozumiewawcze spojrzenia. To od tego człowieka zależało życie ich syna. Szybkim krokiem przemierzyli korytarz. Za rogiem grupa ludzi skupiła się wokół jednej z prycz. Na brzegu łóżka około dziewięcioletniej dziewczynki siedział przystojny młody blondyn w fartuchu. Towarzyszyli mu starsza pielęgniarka trzymająca tacę z narzędziami oraz lekarz w średnim wieku, który ze znudzeniem robił zapiski.

Zdobywając się na odwagę, Odilia podeszła bliżej.

– Doktorze Graus…

Młodzieniec, nie odwracając od zajęcia wzroku, z irytacją machnął dłonią w kierunku pielęgniarki.

– Nie teraz!

Pielęgniarka i drugi lekarz zaskoczeni spojrzeli w milczeniu na Cohenów.

Odilia zerknęła na łóżko i z trudem powstrzymała się od krzyku. Dziewczynka wyglądała na nieprzytomną i była blada jak ściana. Graus przytrzymywał jej rękę nad metalowym naczyniem, w skupieniu nacinał skalpelem poranioną skórę. Krew sączyła się powoli, wypełniając podstawione naczynie. W końcu głowa dziewczynki opadła na bok. Graus beznamiętnie przyłożył jej do szyi dwa długie, smukłe palce.

– Dobrze. Puls nie jest wyczuwalny. Która godzina, doktorze Stroebel?

– Szósta trzydzieści siedem.

– Prawie dziewięćdziesiąt trzy minuty. Wspaniale! Pomimo niskiego poziomu świadomości wytrzymała zadziwiająco długo. Na dodatek bez jakichkolwiek oznak bólu zachowała przytomność. Stroebel, mieszanka laudanum i stramonium bez wątpienia jest najlepsza z tego, cośmy do tej pory wypróbowali. Gratulacje! Proszę przygotować denatkę do sekcji.

– Dziękuję, herr doktor. Już się robi.

Dopiero wtedy lekarz odwrócił się do Josefa i Odilii. W jego oczach widniała mieszanka zdenerwowania i odrazy.

– Kim państwo są?

Kobieta zrobiła krok naprzód i stanęła przy łóżku, starając się nie patrzeć na to, co się na nim znajdowało.

– Doktorze Graus, nazywam się Odilia Cohen. Jestem matką Konrada Cohena.

Lekarz chłodno spojrzał najpierw na nią, potem na pielęgniarkę.

– Fräulein Ulrike, proszę wyprowadzić stąd tych Żydów.

Pielęgniarka stanęła pomiędzy Odilią a doktorem, chwyciła ją za łokieć i brutalnie popchnęła. Josef rzucił się żonie z pomocą i zaczął się siłować z grubą kobietą. Przez chwilę tworzyli dziwne, tańczące trio, popychające się w różnych kierunkach, lecz nieprzesuwające się w żadnym. Twarz fräulein Ulrike poczerwieniała od wysiłku.

– Panie doktorze, jestem pewna, że to pomyłka – wystękała Odilia, próbując oswobodzić szyję z grubych ramion pielęgniarki. – Mój syn nie cierpi na żadną chorobę psychiczną.

Wyrwała się w końcu z uścisku kobiety i podeszła do lekarza.

– To prawda, że odkąd straciliśmy nasz dom, prawie się nie odzywa, ale on nie oszalał. Znalazł się tutaj przez pomyłkę. Proszę. Jeżeli pan go stąd wypisze, ja… Pozwoli pan, że mu ofiaruję ostatnią rzecz, która nam została.

Położyła paczkę na łóżku, ostrożnie, żeby nie dotknąć zwłok, i rozwinęła gazety, w które była owinięta. W półmroku słabo oświetlonego pomieszczenia złoty blask rozświetlił ściany.

– Doktorze Graus, od pokoleń jest w rodzinie mojego męża. Wolałabym umrzeć, niż się z nią rozstać. Ale mój syn, mój syn…

Rozpłakała się i padła na kolana. Młody lekarz jakby tego nie zauważył, zapatrzył się bowiem w leżący na pościeli przedmiot. Niemniej otworzył usta i wypowiedział kilka słów, które rozwiały wszelkie nadzieje Cohenów:

– Państwa syn nie żyje. Proszę stąd odejść.

Gdy na ulicy owiało ją mroźne powietrze, kobieta oprzytomniała. Przytuliła się do męża i zaczęła iść szybkim marszem, świadoma bardziej niż kiedykolwiek tego, co jej pozostało. Myślała jedynie o tym, aby wrócić na czas do swojego drugiego synka czekającego na nich na drugim krańcu miasta.

– Szybciej, Josefie. Szybciej.

Szli coraz prędzej, zostawiając na śniegu ślady stóp.

W swoim szpitalnym gabinecie doktor Graus z nieobecnym wyrazem twarzy, gładząc palcami aparat telefoniczny, odwiesił słuchawkę. Nawet nie wyjrzał przez okno, gdy kilka minut później dotarł do jego uszu dźwięk syren samochodów SS. Jego asystent mówił coś o zbiegłych Żydach, ale on nie zwrócił na to uwagi.

Całkowicie pochłaniało go obmyślanie przebiegu operacji młodego Cohena.

Dramatis personae

Duchowni

Anthony Fowler, podwójny agent, CIA oraz Świętego Przymierza. Amerykanin.

Ojciec Albert, były haker. Analityk systemów CIA oraz łącznik z dyplomacją watykańską. Amerykanin.

Zakonnicy

Brat Cezary, dominikanin. Konserwator Krypty Relikwii w Watykanie. Włoch.

KORPUS STRAŻY PAŃSTWA MIASTA WATYKAŃSKIEGO (Corpo di Vigilanza dello Stato della Città del Vaticano)

Camilo Cirin, inspektor generalny. Potajemnie jest głową Świętego Przymierza, służby szpiegowskiej Watykanu.

Cywile

Andrea Otero, redaktorka „El Globo”. Hiszpanka.

Raymond Kayn, miliarder, właściciel holdingu. Narodowość nieznana.

Jacob Russell, dyrektor wykonawczy w Kayn Industries. Brytyjczyk.

Orville Watson, konsultant do spraw terroryzmu, właściciel GlobalInfo. Amerykanin.

Doktor Heinrich Graus, nazistowski ludobójca. Austriak.

Załoga Ekspedycji Mojżesz

Cecyl Forrester, archeolog biblijny. Amerykanin.

David Pappas, Gordon Durwin, Kyra Larsen, Stowe Erling i Ezra Levine, asystenci Cecyla Forrestera.

Mogens Dekker, szef ochrony ekspedycji. Południowoafrykańczyk.

Aldis Gottlieb, Alrik Gottlieb, Tewi Waaka, Paco Torres, Louis Maloney i Marla Jackson, grupa Dekkera.

Doktor Harel, lekarka ekipy. Izraelka.

Tommy Eichberg, kierowca.

Terroryści

Nazim i Kharouf z komórki w Waszyngtonie.

O., D. i W. z komórek w Syrii i Jordanii.

Huqan (Strzykawka), przywódca wszystkich trzech komórek.

Rezydencja Heinricha Grausa

Steinfeldstraβe 6

Krieglach, Austria

Czwartek, 15 grudnia 2005 roku, godz. 11.42

Zakonnik starannie wytarł buty w wycieraczkę, po czym zapukał do drzwi potwora. Poszukiwał go przez prawie cztery miesiące. Następne dwa tygodnie spędził na obserwowaniu jego kryjówki. Teraz pewny był jego tożsamości i nadszedł moment, aby stawić mu czoła.

Cierpliwie czekał przez upływające niemiłosiernie wolno minuty. Graus zawsze ociągał się z otwieraniem drzwi w południe. Prawdopodobnie ucinał sobie krótką drzemkę. O tej porze zwykle nie było nikogo na wąskiej uliczce. Życzliwi sąsiedzi ze Steinfeldstraβe byli w pracy, nieświadomi, że pod numerem szóstym, w małym domku z niebieskimi zasłonami, ludobójca uciął sobie drzemkę przed telewizorem.

W końcu zgrzytnęły zasuwy. Zza uchylonych drzwi wyjrzała głowa staruszka żywo przypominającego dziadka z reklamy cukierków.

– Tak?

– Dzień dobry, herr doktor.

Starzec zmierzył wzrokiem rozmówcę. Był to ksiądz w wieku około pięćdziesięciu lat, wysoki i szczupły, łysy, w czarnej sutanniei czarnym płaszczu. Z powagą stał na progu, wpatrując się w niego oczami w kolorze głębokiej butelkowej zieleni.

– Chyba ksiądz się pomylił. Byłem hydraulikiem, a teraz jestem na emeryturze. Poza tym już przekazałem datek na parafię, proszę mi zatem wybaczyć…

– Przypadkiem nie jest pan Heinrichem Grausem, wybitnym niemieckim neurochirurgiem?

Starzec na moment wstrzymał oddech. Oprócz tego nie dał niczego po sobie poznać. Ale duchownemu to wystarczyło. Miał ostateczny dowód.

– Proszę księdza, nazywam się Handwurz.

– To nieprawda i obaj o tym wiemy. A teraz, jeżeli pozwoli mi pan wejść, pokażę panu, co przyniosłem – powiedział, podnosząc lewą rękę, w której trzymał czarną aktówkę.

W odpowiedzi drzwi uchyliły się, a starzec powoli pokuśtykał do kuchni. Skrzypiące deski podłogi odpowiadały jego krokom. Ksiądz podążył za nim, nie zwracając nadmiernej uwagi na otoczenie. Trzykrotnie zaglądał do mieszkania przez okno, dzięki czemu miał w małym palcu plan rozmieszczenia tanich mebli. Wolał skupić wzrok na barkach starego nazisty. Wiedział, że pomimo chwiejnego kroku, jakby chodzenie sprawiało mu kolosalną trudność, w ogrodowej szopie podnosi worki z węglem z taką łatwością, że o pięćdziesiąt lat młodszy mężczyzna mógłby mu pozazdrościć krzepy. Heinrich Graus w dalszym ciągu był niebezpieczny.

Mała kuchnia była ciemnym pomieszczeniem, w którym dominował zapach golonki. Wyposażenie składało się z kuchenki gazowej, kuchennego blatu zaśmieconego zeschniętą cebulą, okrągłego stołu i dwóch zdezelowanych krzeseł. Graus eleganckim gestem wskazał jedno z nich. Poszperał w szafkach i zanim usiadł, na stole postawił dwie szklanki z wodą. Stały nietknięte na sosnowym blacie, nieporuszone, tak jak obydwaj mężczyźni przyglądający się sobie przez ponad minutę.

Starzec miał na sobie flanelowy czerwony szlafrok, bawełnianą koszulę i znoszone spodnie. Zaczął łysieć jakieś dwadzieścia lat temu, a przerzedzone włosy, które mu pozostały, były całkowicie białe. Duże, okrągłe okulary jeszcze przed upadkiem komunizmu wyszły z mody. Opadająca dolna warga sprawiała fałszywe wrażenie poczciwości.

Żadna z tych rzeczy nie zmyliła duchownego.

Nieśmiałe grudniowe promienie słońca tworzyły pomiędzy oknem a stołem korytarz światła, w którym widać było tysiące drobinek kurzu. Jedna osiadła na rękawie eleganckiego płaszcza kapłana. Ten strzepnął ją, nie patrząc.

Oczom nazisty nie umknął ten naznaczony pewnością siebie gest. Zdążył już dojść do siebie, toteż ponownie skrył się za maską obojętności.

– Niczego się ksiądz nie napije?

– Doktorze Graus, nie chce mi się pić.

– A więc nadal się ksiądz upiera tak mnie nazywać. Handwurz. Nazywam się Balthasar Handwurz.

Ksiądz nie zwracał na niego uwagi.

– Muszę przyznać, że był pan bardzo sprytny. Gdy uzyskał pan paszport, żeby uciec do Argentyny, nikt nie przypuszczał, że kilka miesięcy później wróci pan do Wiednia. Oczywiście było to ostatnie z miejsc, w których pana szukałem. Zaledwie siedemdziesiąt kilometrów od Spiegelgrundu. I chociaż Wiesenthal latami poszukiwał pana w Argentynie, nie zdawał sobie sprawy, że jest pan o rzut beretem od jego biura. Nie wydaje się to panu ironiczne?

– Wydaje mi się to śmieszne. Jest pan Amerykaninem, prawda? Bardzo dobrze mówi pan po niemiecku, ale zdradza pana akcent.

Nie odrywając wzroku od starca, duchowny położył aktówkę na stole i wyciągnął z niej wymiętą teczkę. Na samym wierzchu leżała w niej fotografia młodego Grausa wykonana podczas wojny w szpitalu Spiegelgrund. Pod nią znajdowała się przeróbka zdjęcia uzyskana dzięki specjalnemu programowi komputerowemu, przedstawiająca lekarza kilkadziesiąt lat później.

– Nie sądzi pan, że nowe technologie są czymś wspaniałym, herr doktor?

– To niczego nie dowodzi. Każdy mógłby to zrobić. Wie ksiądz, oglądam telewizję – odparł gospodarz, lecz ton jego głosu mówił co innego.

– Ma pan rację, to niczego nie dowodzi. Ale to już tak.

Położył na stole pożółkłą kartkę papieru, do której przypięto czarno-białą fotografię. Litery w kolorze sepii tworzyły napis: Testimonianza Fornita, widniał tam również stempel Państwa Watykańskiego.

– Balthasar Handwurz. Włosy blond, oczy kasztanowe, silna budowa ciała. Znaki szczególne: tatuaż na lewym przedramieniu z numerem dwa pięć sześć cztery cztery jeden. Zrobiony przez nazistów podczas pobytu w obozie koncentracyjnym w Mauthausen; w miejscu, w którym pan oczywiście nigdy nie postawił nogi. Numer był fałszywy. Tatuator wymyślił go w trakcie pracy, jednak to nieważne, najważniejsze, że zadziałał.

Starzec przez flanelowy szlafrok pogłaskał się po lewym przedramieniu. Z furii i ze strachu posiniał jak trup.

– Psiakrew, kim pan jest, do licha?

– Nazywam się Anthony Fowler i chcę panu coś zaproponować.

– Proszę się wynosić z mojego domu. Wynocha!

– Może nie wyraziłem się jasno. Przez sześć lat był pan jednym z dwóch zwierzchników Kliniki Dziecięcej Am Spiegelgrund. Było to interesujące miejsce. Prawie wszyscy pacjenci byli Żydami i mieli choroby psychiczne. „Istoty niegodne życia”. Nie tak ich pan nazywał?

– Nie mam pojęcia, o czym ksiądz mówi!

– Nikt nie podejrzewał, co pan tam wyprawiał. Eksperymenty. Sekcje na żywych. Siedemset czternaścioro dzieci, doktorze Graus. Własnymi rękami zabił pan siedemset czternaście istot ludzkich.

– Powiedziałem już, że ja…

– Przechowywał pan ich mózgi w słojach!

Fowler uderzył pięścią w stół tak mocno, że obydwie szklanki przewróciły się, a ich zawartość ściekała na podłogę. Przez dwie długie sekundy słychać było jedynie odgłos kapiącej na kafelki wody. Fowler powoli oddychał, próbując się uspokoić.

Lekarz unikał spojrzenia zielonych oczu, które zdawały się przenikać go na wylot.

– Jest ksiądz po stronie Żydów?

– Nie, Graus. Pan doskonale wie, że nie. Gdybym był po ich stronie, dyndałby pan teraz na szubienicy w Tel Awiwie. Moje… zrzeszenie jest z tymi, którzy w czterdziestym szóstym umożliwili panu ucieczkę.

Lekarz pohamował dreszcz.

– Święte Przymierze – wymamrotał.

Fowler nie odpowiedział.

– Czego Przymierze ode mnie chce po tylu latach?

– Czegoś, co jest w pana posiadaniu.

Nazista wskazał pomieszczenie.

– Przecież ksiądz widzi, że nie żyję w bogactwie. Nie mam już pieniędzy.

– Gdybym chciał pieniędzy, wydałbym pana prokuraturze w Stuttgarcie. W dalszym ciągu za schwytanie pana płacą sto trzydzieści tysięcy euro. Chcę świecę.

Nazista spojrzał na niego, udając zdziwienie.

– Jaką świecę?

– Niech pan nie będzie śmieszny, doktorze Graus. Świecę, którą sześćdziesiąt dwa lata temu skradł pan rodzinie Cohenów. Ciężką gromnicę bez knota, pokrytą złotym filigranem. Chcę ją, i to teraz.

– Niech pan gdzie indziej opowiada swoje brednie. Nie mam żadnej świecy.

Fowler westchnął, skrzywił się z niezadowoleniem, poprawił w krześle i wskazał na wywrócone puste szklanki.

– Ma pan coś mocniejszego?

– Tam, za księdzem – powiedział Graus, wskazując kuchenną półkę.

Duchowny odwrócił się i sięgnął po średniej wielkości butelkę. Postawił szklanki i nalał na dwa palce bursztynowego połyskującego płynu. Wychylili je jednym haustem. Żaden nie wzniósł toastu.

Fowler nalał drugą kolejkę i mówiąc, sączył trunek powoli.

– Weizenkorn. Wódka kukurydziana. Od dawna nie miałem jej w ustach.

– Z pewnością ksiądz za nią nie tęskni.

– Zupełnie. Ale jest tania, prawda?

W odpowiedzi Graus wzruszył ramionami. Ksiądz wycelował w niego palcem.

– Taki człowiek jak pan, Graus, błyskotliwy, próżny… I wybrał pan coś takiego. Trucie się powoli w brudnej, śmierdzącej szczynami dziurze. Ale wie pan co? Rozumiem to.

– Co ksiądz może rozumieć?

– Godne podziwu. Nadal pamięta pan techniki stosowane w Trzeciej Rzeszy. Regulamin oficerski, punkt trzeci: „W przypadku schwytania przez wroga zaprzeczaj wszystkiemu i dawaj tylko krótkie odpowiedzi, które nie wystawią cię na niebezpieczeństwo”. No cóż, informuję, Graus, że siedzisz w bagnie po samą szyję.

Starzec skrzywił się i nalał sobie resztę trunku. Fowler mówiąc, uważnie przyglądał się językowi jego ciała. Obserwował, jak powoli słabnie opór potwora. Przypominał malarza, który po kilkunastu pociągnięciach pędzla robi krok do tyłu, aby się przyjrzeć powstającemu na płótnie obrazowi, zanim nie zdecyduje o wyborze kolejnego koloru.

Postanowił zanurzyć pędzel w prawdzie.

– Doktorze, proszę spojrzeć na moje dłonie – powiedział, kładąc je na stole.

Były szorstkie, o długich palcach. Nie byłoby w nich niczego szczególnego, gdyby nie jeden drobiazg. Na pierwszej kostce każdego palca, tuż przy knykciu, widniała cieniutka, biaława, przebiegająca wzdłuż obydwóch rąk bardzo równa linia.

– Brzydka blizna. Ile miał ksiądz lat, gdy sobie to zrobił? Dziesięć, jedenaście?

– Dwanaście. Ćwiczyłem na pianinie. Preludium Opus 28 Szopena. Ojciec podszedł do mnie i bez ostrzeżenia z całej siły zamknął klapę Steinwaya. Cudem nie straciłem palców, ale już nigdy więcej nie mogłem grać.

Nim zaczął dalej mówić, chwycił swoją szklankę i utkwił wzrok w jej zawartości. Nigdy wcześniej nie zdobył się na odwagę, żeby komukolwiek o tym powiedzieć.

– Mój ojciec… od dziewiątego roku życia wielokrotnie mnie gwałcił. Tamtego dnia zagroziłem mu, że jeżeli jeszcze raz to zrobi, to komuś o tym powiem. Nic mi nie odpowiedział. Po prostu bez uprzedzenia zmiażdżył mi dłonie. Później płakał, prosił o przebaczenie i sprowadził najlepszych lekarzy, na jakich było go stać. Ajajaj! Nawet niech pan o tym nie myśli.

Graus wsunął rękę pod stół, próbując dosięgnąć szuflady na sztućce. Natychmiast zrezygnował z zamiaru.

– Dlatego pana rozumiem, doktorze. Mój ojciec był potworem, którego wina przekraczała własną zdolność do przebaczenia. Niewątpliwie był od pana odważniejszy. Przyśpieszył na bardzo ostrym zakręcie, zabierając ze sobą moją matkę.

– Poruszająca historia, ojcze – powiedział Graus sarkastycznym tonem.

– Skoro pan tak mówi… Przez te wszystkie lata żył pan, uciekając od własnych przestępstw. A teraz one same pana odnalazły. Ja dam panu to, czego mój ojciec nie miał: szansę.

– Słucham.

– Proszę dać mi świecę. W zamian otrzyma pan teczkę ze wszystkimi obciążającymi pana dokumentami. I będzie pan mógł nadal się tutaj ukrywać do końca swych dni.

– Tylko tyle? – zdziwił się starzec.

– Jeżeli chodzi o mnie, tak.

Graus potrząsnął głową, a potem wstał, chichocząc. Otworzył jedną z szafek i wyciągnął z niej potężny szklany pojemnik pełen ryżu.

– Nigdy nie lubiłem ryżu. Mam po nim zgagę.

Wysypał zawartość pojemnika na stół. Kaskada ziaren, chmura skrobi i suchy dźwięk. Na wpół ukryta w ryżu paczka.

Fowler pochylił się w jej kierunku, ale koścista ręka Grausa chwyciła go za nadgarstek. Duchowny spojrzał na niego.

– Mam księdza słowo, prawda? – zapytał gorączkowo starzec.

– A ma dla pana jakąś wartość?

– Tak.

– Wobec tego daję słowo.

Lekarz puścił Fowlera, który pochylił się nad stołem. Powoli odsunął ryż, podniósł paczkę owiniętą w ciemny materiał. Obwiązana była sznurkiem. Pewną ręką rozwiązał delikatnie supły.

Dłonie starego drżały.

Fowler zdjął materiał. W delikatnych promieniach zimowego słońca obskurną kuchnię rozświetlił blask złota. Metaliczny glans nie pasował do tego miejsca tak, jak brudnoszary odcień wosku leżącej na stole świecy. Kiedyś cała jej powierzchnia pokryta była cienką warstwą złota z misternie wygrawerowanymi obrazkami. Drogocenny metal prawie znikł, zostały tylko odciśnięte na wosku jego ślady. Brakowało dwóch trzecich złota.

Graus zaśmiał się ponuro.

– No cóż, nareszcie wzbogacił się lombard.

Fowler nic nie powiedział. Z kieszeni spodni wyciągnął zapalniczkę i zapalił. Postawił świecę, zbliżył płomień do górnej krawędzi. Chociaż nie było knota, ciepło ognia zaczęło powoli topić wosk, który wydzielał mdlący zapach, a szare krople spływały na stół. Graus, przyglądając się temu, mamrotał gorzko pod nosem, jakby się cieszył, że po tylu latach może powiedzieć komuś o swojej prawdziwej tożsamości.

– Właściwie to zabawne. Żyd w lombardzie przez lata skupował żydowskie kawałki złota, żeby dumny obywatel Rzeszy miał na utrzymanie. A teraz ksiądz ogląda efekt bezużytecznych poszukiwań.

– Pozory mylą, Graus. Złoto tej świecy nie jest skarbem, którego szukam. Złoto miało odwrócić uwagę głupców.

Płomień ostrzegawczo trzaskał w dłoniach duchownego. Na materiale utworzyła się kałuża wosku, a w górnej części świecy pokazał się spory otwór. Spod kolejnej warstwy spływającej woskowej lawy wyjrzał zielonkawy brzeg jakiegoś metalowego przedmiotu.

– W porządku, jest – powiedział duchowny. – Czyli mogę już iść.

Wstał i z powrotem zawinął świecę w materiał, uważając, żeby się nie poparzyć. Nazista przypatrywał mu się ze zdumieniem. Już się nie śmiał.

– Zaraz, zaraz! Co to jest? Co było w środku?

– Nie pańska sprawa.

Starzec podniósł się i sięgnął do szuflady, z której wyjął kuchenny nóż. Niepewnym krokiem obszedł stół i zbliżył się do duchownego przyglądającego mu się w bezruchu. W oczach nazisty w dalszym ciągu żarzył się płomień obsesji, z jaką całymi nocami przyglądał się owemu przedmiotowi.

– Muszę wiedzieć.

– Nie, Graus. Zawarliśmy układ: świeca za teczkę. I nic więcej.

Starzec wyciągnął rękę, w której trzymał nóż, lecz to, co zobaczył w twarzy kłopotliwego gościa, spowodowało, że szybko ją opuścił. Fowler kiwnął głową i cisnął teczkę na stół. Z zawiniątkiem w jednej ręce i aktówką w drugiej powoli wycofywał się do drzwi kuchni, nie odrywając wzroku od nazisty. Ten chwycił teczkę.

– Nie ma kopii, prawda?

– Jest. Mają ją dwaj Żydzi czekający na zewnątrz.

Grausowi oczy omal nie wyszły z orbit. Chwycił za nóż i rzucił się na księdza.

– Ksiądz mnie oszukał! Powiedział, że da mi szansę!

Fowler po raz ostatni spojrzał na niego obojętnie.

– Bóg mi wybaczy. Myśli pan, że panu też to będzie dane?

I zniknął w korytarzu.

Duchowny wyszedł na ulicę i zaczął oddalać się szybko z przyciśniętym do piersi cennym zawiniątkiem. Kilka metrów od wejścia odziani w szare płaszcze dwaj mężczyźni czekali, stojąc na baczność. Mijając ich, Fowler poinformował:

– Ma nóż.

Wyższy z mężczyzn mocno zacisnął pięści, aż trzasnęły stawy, i uśmiechnął się lekko.

– Tym lepiej.

Contrato con Dios

Copyright © Juan Gómez-Jurado, 2007

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Copyright © for the translation by Danuta Kałuża-Freyre

Redakcja – Kornelia Dąbrowska

Korekta – Julia Młodzińska, Katarzyna Myszkorowska

Projekt typograficzny i skład – Paulina Soból-Hara

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Zdjęcie na okładce – Getty Images / porpeller

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2025

ISBN epub: 9788383306223

ISBN mobi: 9788383306216

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.sqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Kreacja wroga

Prolog

Dramatis personae

Rezydencja Heinricha Grausa

Reklamy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover