39,90 zł
O klątwach, obsesji i cenie odkrywania przeszłości…
Listopad 1829 roku. Żaglowiec Mary Ann wyrusza z Edynburga do Królewca z trzema tajemniczymi skrzyniami przeznaczonym dla pewnego kolekcjonera. Eskortujący transport porucznik Hamilton ma rozkaz, żeby pod żadnym pozorem nie otwierać ładunku.
Kiedy statek na Bałtyku wpada w sztorm, a na pokładzie dochodzi do śmierci wartownika, załoga zaczyna wierzyć, że przewożony ładunek jest przeklęty. Wśród marynarzy narasta paranoja.
Współcześnie. Członkowie grupy Sedinum Exploration przygotowują śmiały plan włamania do zamku w Windsorze podczas uroczystości nobilitacji ich przyjaciela Johanna. Celem jest stara szkocka kamizelka, w której – według legendy – zaszyto cenne szafiry.
W tym samym czasie w szkockim zamku Dunskey wychodzą na jaw sekrety rodziny Blairów, które rzucają nowe światło na dotychczasową wiedzę o dawnych ekspedycjach, o poszukiwaniu zaginionych klejnotów i tajemniczego medalionu.
Trop prowadzi przez zamki, portowe tawerny i skute lodem wody Bałtyku, łącząc współczesne śledztwo z wydarzeniami sprzed niemal dwóch stuleci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 405
Data ważności licencji: 10/28/2031
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Małgorzata Burakiewicz
Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Zuzanna Pasikowska, Anna Sośnicka (Lingventa)
© by Leszek Herman
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.
ISBN 978-83-287-4272-7
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
– fragment –
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Najstarszą i najsilniejszą emocją ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym.
H.P. LOVECRAFT, The Call of Cthulhu
Dziennik podróży porucznika Angusa Hamiltona
Leith, Szkocja, 22 października 1829 roku
Leith o świcie zawsze przywodziło na myśl melancholijne pejzaże Williama Turnera, z tą różnicą, że było o wiele bardziej depresyjne. Dziesiątki masztów wyłaniało się z szarej, dżdżystej mgły, przez którą przebijały tylko niewyraźne światła w oknach stojących w porcie budynków. Po piątej, gdy przybyliśmy na miejsce, niebo było jeszcze całkiem czarne. Słońce miało wzejść dopiero za jakąś godzinę, ale już teraz było wiadomo, że nie będzie żadnego słońca, tylko szarobure niebo i szarobura woda uderzająca o burty żaglowców i nabrzeże.
Zrobiło się także bardzo zimno. Gdy jechałem z Edynburga pustymi drogami, a później przedzierałem się przez jeszcze uśpione portowe miasteczko, widziałem, jak wszystko zaczyna wręcz kostnieć z zimna. Mróz jeszcze się nie pojawił, ale było przez to nawet znacznie gorzej. Wisząca w powietrzu wilgoć przenikała przez każdą warstwę odzieży i miałem wrażenie, że oplata mnie swoimi wstrętnymi, lodowatymi mackami.
Powóz przetoczył się wzdłuż nabrzeża, na którym niczym upiory wyłaniali się z mgły przemarznięci cumownicy i dokerzy. Paliły się jeszcze latarnie, ale ich światło wyglądało tak, jakby pochodziło z dna jakiegoś stawu. Za nami jechał zaprzężony w dwa konie wóz, na którym, osłonięte płachtami z bydlęcej skóry, kryły się trzy wielkie, drewniane skrzynie okute stalowymi pasami i zamknięte ciężkimi kłódkami. Kopyta koni wystukiwały ponury rytm, wbijający się w dźwięki otoczenia – skrzypienie portowych dźwigów, jęk przetaczających się po stalowych prowadnicach łańcuchów i łomot pierwszych opadających w dół ładowni beczek i kufrów.
Brygantyna, która miała nas zabrać, cumowała niedaleko starej kamiennej wieży sygnałowej, jednej z najstarszych budowli w Leith. Z jej dachu nadawano sygnały flagowe o głębokości wody na mieliznach przed wejściem do portu. Wieża, zbudowana w połowie siedemnastego wieku, była niegdyś wiatrakiem, a dopiero całkiem niedawno, bo tuż przed wojnami z Napoleonem, przydzielono jej tę praktyczną funkcję.
Gdy nasze dwa wozy zbliżały się do żaglowca, ta stojąca obok wieża wyłaniała się z wolna z mgły niczym jakaś starożytna, zwieńczona blankami arturiańska baszta. Z mgły wyłoniła się także czekająca na nas brygantyna. Na jej burcie wymalowana była nazwa Mary Ann.
Na pokładzie stało kilku marynarzy i obserwowało, jak się zbliżamy.
Wiozący nas powóz zatrzymał się bliżej trapu, a wóz z ładunkiem podjechał nieco dalej, tuż pod czekający na nabrzeżu żuraw. Chwilę później z pokładu zbiegło dwóch majtków, a pod żurawiem pojawili się sztauerzy portowi. Wielkie ramię dźwigu zaskrzypiało i z wolna obróciło się nad wóz ze skrzyniami. Zaraz potem ze zgrzytem spadły na dół ciężkie łańcuchy.
Niecały tydzień wcześniej, bo tylko tyle miałem czasu do namysłu i do dobrania sobie dwóch pomocników, przyjechał do mnie mój brat Callum. Specjalnie przybył do Edynburga, do Królewskiego Północnobrytyjskiego Pułku Dragonów, w którym pełniłem służbę, aby w imieniu pewnego naszego znajomego dżentelmena złożyć mi propozycję konwojowania szczególnego ładunku. Związane z tym były oczywiście pewne niedogodności. Łączyły się przede wszystkim z porą roku, ale także i z tym, że musiałem porzucić swój pułk akurat przed zbliżającą się porą zimową i świętami. Nie miałem pewności, czy z uwagi na trudy podróży zdołam wrócić do Szkocji. Wynagrodzenie za tę dziwaczną misję było jednak na tyle przekonujące, że tydzień później, wraz z dwoma dragonami z mojego pułku, stawiłem się w leżącym nieco na uboczu ogromnym, starym domu w Edynburgu, skąd następnego dnia rano wyruszyliśmy w drogę do Leith.
I tym sposobem ja, Angus Hamilton, porucznik regimentu Szarych Szkotów, rozpocząłem tę podróż na pokładzie Mary Ann.
Jedna z trzech skrzyń z pomocą asekurujących ją marynarzy powoli zsunęła się do ładowni statku. Zwolnione łańcuchy zagrzechotały, uderzając o siebie nawzajem, załomotały o brzegi furty ładowni i chwilę później poszybowały w górę. Żuraw powoli obrócił się nad nasz wóz, a zaraz potem kolejna skrzynia została umocowana i powoli dźwignęła się na napiętych łańcuchach.
Stałem na pokładzie obok jednego z oficerów i obserwowałem, jak ładunek powoli przemieszcza się nad pokładem Mary Ann. Skrzynia minęła burtę statku i zawisła nad ładownią.
– Bardziej w lewo – krzyknął jeden ze sztauerów, wychylając się przez burtę.
Kilku mężczyzn obsługujących ogromne koła zamachowe napięło mięśnie i ramię żurawia powoli przesunęło się nad otwartą furtą.
– Co jest właściwie w tych skrzyniach, panie poruczniku? – spytał mnie młody oficer, pocierając dłonią nos.
– Nie wiem i to nie moja sprawa – oświadczyłem i pokręciłem głową. – Dostałem polecenie, żeby eskortować je do Królewca, i to jest moje zadanie.
Młody oficer wachtowy przytaknął bez przekonania. Domyśliłem się, że mi nie uwierzył, ale ja nie chciałem za dużo mówić o naszym ładunku. Uznałem, że lepiej, żeby załoga nadmiernie się nim nie interesowała.
Skrzynia tymczasem była powoli opuszczana nad otwarty luk ładowni. Gdy znalazła się jakieś dwa metry nad pokładem, pilnujący jej sztauerzy wyciągnęli ręce, żeby naprowadzić ją na otwartą furtę. Łańcuchy zaterkotały i wielka drewniana paka znalazła się na wysokości ramion obu mężczyzn.
Czy to nagły podmuch wiatru, który uderzył niespodziewanie w Mary Ann, czy też operator na nabrzeżu pchnął za mocno ramię żurawia, dość, że skrzynia głośno stęknęła, ponownie zaterkotały łańcuchy i nagle przesunęła się gwałtownie w jedną stronę.
Rozległ się głośny krzyk jednego ze sztauerów, którego palce dostały się pomiędzy łańcuch a jej drewnianą ścianę.
Z boku natychmiast podbiegło dwóch marynarzy i razem z drugim sztauerem chwycili skrzynię i odsunęli ją w bok. Ponownie zazgrzytały łańcuchy.
Uwolniony sztauer, trzymając się za dłoń, odskoczył gwałtownie, miotając pod nosem przekleństwa.
Tymczasem skrzynia, asekurowana przez marynarzy i drugiego sztauera, powoli zjechała do ładowni, gdzie pomocnicy ustawili ją obok pierwszej.
Dwadzieścia minut później znalazłem się w kajucie kapitana, żeby podpisać protokół załadowania skrzyń na pokład i omówić z nim kilka spraw dotyczących podróży.
Kapitan Samuel Graham okazał się zwalistym Szkotem z jasnymi włosami i rudawą brodą. Był jednym z kilku kapitanów, których zatrudniało towarzystwo żeglugowe, i to z nim mój zleceniodawca dobił targu. A na ile się zorientowałem, łatwe to nie było i wymagało sporej dopłaty z uwagi na kończący się sezon rejsów po północnych morzach.
– Mam nadzieję, że sztauerowi nic się nie stało – upewniłem się u kapitana, podpisując protokół.
– Taka robota – odrzekł i tylko wzruszył ramionami. – W porcie mają punkt sanitarny. Ktoś go opatrzy. O ile w ogóle będzie to potrzebne – dodał. – Z tego, co mi przekazano, to zaledwie otarcie.
– Oby – powiedziałem, wręczając mu protokół. – Kiedy wypływamy?
– Jak najszybciej – odparł kapitan. – Pan Murray pokaże panu pańską kajutę. Pana dwóch dragonów umieścimy razem z załogą na dolnym pokładzie. Chyba nie ma pan nic przeciwko temu?
Pokręciłem głową, nie bardzo wiedząc, co mogłoby być w tym niewłaściwego, i już miałem o to zapytać, gdy do drzwi kabiny kapitana ktoś zastukał.
– Wejść! – zawołał głośno kapitan i po chwili w progu stanął bosman MacLoad, którego zdążyłem poznać na pokładzie podczas załadunku.
– Panie kapitanie – mruknął nieco zakłopotany. – Słyszałem, że wychodzimy jeszcze dzisiaj? Prawda to?
– Tak jest, MacLoad – odparł kapitan.
– Załoga już się o tym dowiedziała i zaczynają gadać.
– Co takiego?
– Jest czwartek – odrzekł bosman.
– I co z tego, do diabła?! – warknął kapitan, ale widziałem, że z jakiegoś nieznanego mi powodu był zdenerwowany.
– Gadają, że nie powinniśmy kusić losu – wyjaśnił bosman. – To zły omen. A my płyniemy przecież na Bałtyk. W dodatku w porze, gdy już zaczynają zamykać porty.
– Jeśli nie wypłyniemy dzisiaj, to jutro tym bardziej! – warknął kapitan Graham. – A jak znam tych bęcwałów, to chcą pewno, żebyśmy czekali aż do niedzieli.
– To byłoby najlepsze wyjście – przytaknął bosman.
– Najlepsze wyjście!? – huknął kapitan. – Trzy dodatkowe dni opłat portowych!
Bosman MacLoad chciał coś dodać, ale tylko ciężko westchnął.
– Przekaż im, że jeżeli zgodzą się na potrącenie opłat portowych z ich zarobków, to możemy tu zostać nawet do przyszłej niedzieli!
MacLoad westchnął ponownie, zdjął czapkę, podrapał się po głowie, jakby się jeszcze nad czymś zastanawiał, ale w końcu nic nie powiedział i wyszedł.
Dwie godziny później marynarze wciągnęli trap, dokerzy na nabrzeżu odwiązali cumy i rzucili je na pokład.
Mary Ann odbiła od brzegu i skierowała się do wyjścia z portu.
Dunskey, Szkocja
początek kwietnia, obecnie
Keanan Blair, jak zwykle zirytowany, odczekał, aż wielka, stara brama otworzy się na oścież, po czym wjechał w długą aleję, która meandrowała pomiędzy drzewami i wiodła do zamku jego rodziny.
Mijając ogromne stare drzewa, zastanawiał się, ileż razy już tędy jeździł, ileż czekało tutaj na niego wspomnień. Na niektórych pniach były jeszcze ślady wycinanych przez niego i brata liter i cyfr – tajemnych kodów ich szczęśliwego dzieciństwa.
Samochód wyjechał w końcu na otwartą przestrzeń i skręcił na podjazd wielkiego edwardiańskiego zamczyska – przez kilka dobrych wieków siedziby jego rodziny, a od kilkudziesięciu już lat ekskluzywnego hotelu. Rodzice i dziadek użytkowali tylko boczne skrzydło, wydzielone od reszty dziedzińców kamiennym murem i dyskretnymi tabliczkami z napisem „private”.
Stary, ale za to bardzo praktyczny na wąskich drogach i pastwiskach Galloway Land Rover wjechał na ów zamknięty boczny dziedziniec i zatrzymał się obok ciemnozielonego Jaguara, równie starego, ale o wiele bardziej szacownego. Keanan wyskoczył, żeby otworzyć drzwi swojej towarzyszce, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Ralph zawsze pojawia się w holu, żeby otworzyć drzwi dziadkowi i rodzicom, a jemu nie otwiera nigdy. Ciekaw był, czy Ralph miał do niego pretensje, że wybrał medycynę, a nie karierę zarządzającego hotelem i całym tym interesem, i że zrzucił wszystko na barki młodszego brata, czy też był jakiś inny ważki powód. Najbardziej zaś go irytowało, że wszystkie te przemyślenia miały jedną przyczynę…
Otworzył drzwi od strony pasażera i z samochodu wysiadła szczupła, długonoga blondynka – Olivia Lamont.
Poznali się przypadkowo, to znaczy nie przez Tindera czy żaden inny podobny portal, chociaż – jeśli się dobrze zastanowić – w zasadzie także raczej w sposób mało tradycyjny. Po prostu pod wpływem impulsu napisał jakiś komentarz pod jednym ze zdjęć na jej Instagramie. Jego zdaniem był zabawny, chociaż liczba hejtujących go reakcji świadczyła o czymś wręcz przeciwnym. O dziwo jednak to do niego się odezwała, a po trzech tygodniach flirtu na swoich socialach umówili się w realu.
Olivia Lamont prowadziła konto o nazwie „Wróżka z Galloway”, na którym dzieliła się różnymi swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat życia na prowincji. Sama nazwa, a także sporo aluzji, które umieszczała w swoim kontencie, nawiązywały do miejscowych legend i baśni. W jej relacjach sporo było filmów i zdjęć prowokacyjnie związanych z tą tematyką, a jednocześnie poruszających problemy miejscowych młodych ludzi.
Nie było to nic ani bardziej, ani mniej oryginalnego od tysięcy tego typu kont zalewających Instagrama i TikToka głupio-mądrymi radami na temat życia, zdrowia czy relacji, ale z niewiadomych przyczyn chwyciło, a „Wróżka z Galloway” zdobyła ponad dwieście tysięcy obserwujących, co było nie lada wyczynem. Konto ponadto bardzo pomagało jej rodzinie, która prowadziła ekofarmę w Galloway. Niektórzy twierdzili nawet, że ogromne zasięgi kupił dla Olivii jej ojciec.
– Wiesz, że już u ciebie nocowałam? – spytała Olivia, posyłając Keananowi wieloznaczny uśmieszek.
– Co takiego? – Keanan zamarł na moment. Pierwsze, o czym pomyślał, to brat, ale przypomniał sobie w porę burzliwe zeszłoroczne wakacje. Nie żeby mu to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, ale nie mógł się po prostu przyzwyczaić, że jego brat okazał się gejem. W dodatku wyszło to na jaw w bardzo spektakularnych okolicznościach, które do dzisiaj ciągnęły się za nimi w postaci różnych równie spektakularnych okoliczności.
– W hotelu, głuptasie… – Olivia uśmiechnęła się pobłażliwie. – Kręciłam tu kiedyś relację z jesiennych ognisk na plaży Morar.
– Nie mieszkam tutaj od jakiegoś czasu. – Keanan wzruszył ramionami. – Pewnie dlatego nic o tym nie wiedziałem.
– Czemu właściwie tutaj przyjechaliśmy?
– Zabrać moje rzeczy na nasz wyjazd – przypomniał Keanan. – Nie trzymam u siebie SUP-a ani deski. Nie mam tam miejsca, jak wiesz.
– Czyli nie zostaniemy na kolacji u twoich rodziców? – Olivia odruchowo sięgnęła po telefon i rzuciła okiem na wyświetlacz. – Przy świecach, w komnacie wielkości boiska do krykieta? – dodała ironicznie, rzucając okiem na fasadę z piaskowca.
– Moi rodzice są w Londynie. – Keanan otworzył przed dziewczyną drzwi i znaleźli się w bocznym holu.
Keanan rozejrzał się dyskretnie wokoło i spojrzał w kierunku imponujących schodów prowadzących na piętro.
– Przemkniemy jakoś do mojego dawnego pokoju i może, jeśli będziemy mieli szczęście, nie natkniemy się na Ralpha ani nikogo z pracowników – powiedział cicho, popychając lekko dziewczynę w kierunku schodów.
– Czy ty się mnie wstydzisz? – Olivia rozglądała się ciekawie po ogromnym wnętrzu. – Czyżbym nie pasowała do tych bogolskich komnat? – spytała lekko zgryźliwie.
– Twój ojciec wyciąga chyba większą kasę ze swojej farmy niż moi starzy z tego hotelu – żachnął się Keanan.
– A cóż to za przemiła wizyta? – rozległ się nagle z dołu tubalny, zaprawiony sporą dawką sarkazmu głos. – Nie przypominam sobie takiej sceny od jakichś piętnastu lat. Ostatni raz wprowadzałeś damę do swojego pokoju w ten sposób w szkole średniej.
Keanan zatrzymał się w połowie schodów, westchnął i wzniósł wzrok ku niebu.
– Dziadek – mruknął cicho do Olivii wyglądającej ciekawie przez balustradę.
Gdy Ralph postawił na stoliku w bibliotece tacę z herbatą, filiżankami i jakimiś ciasteczkami, Keanan dyskretnie i z lekkim niepokojem obserwował dziadka. Charles Oswald Blair natomiast równie dyskretnie, ale z ledwie widocznym pobłażliwym uśmieszkiem, wpatrywał się w Olivię.
Keanan wiedział, że nie było niestety innej rady, jak tylko przyjąć zaproszenie na herbatę i wysłuchać kilku na poły żartobliwych połajań za nieuprzedzenie o wizycie. Naiwnością także było sądzić, że komuś umknie to, jakim starym gratem tutaj przyjechał. Żeby nikt ich nie zauważył, musieliby chyba przedzierać się piechotą przez okoliczne chaszcze.
– Więc czym się zajmujesz, moja droga? – zapytał dziadek zgodnie z obawami Keanana.
Olivia, która uśmiechała się do tej pory to do jednego, to do drugiego, odparła:
– Jestem influencerką.
– To ktoś, kto zamieszcza różne… – Charles Blair zawahał się na moment. – …niepokojące treści w internecie? – dokończył.
– Powiedzmy, że niepokojące. – Olivia spuściła oczy z wystudiowaną skromnością. – Staram się w swoich relacjach pokazać, że na prowincji też jest normalne życie – powiedziała i parsknęła śmiechem. – I że może wyglądać całkiem zajmująco, nawet dla mieszczuchów z Londynu czy Edynburga.
– Tak… – Dziadek Keanana z nieodgadnionym wyrazem twarzy pokiwał głową.
– A pan czym się zajmował? – spytała Olivia pozornie niewinnie, ale w głowie Keanana, który znał ją już trochę, od razu zapaliły się lampki alarmowe.
– Gdy byłem w twoim wieku, wydawałem pieniądze rodziców – odparł jego dziadek, dając do zrozumienia, że nie z nim takie klasowe gierki. – W międzyczasie zaś studiowałem na Oxfordzie, ale już w latach sześćdziesiątych było jasne, że wielkie szkockie majątki nie utrzymają się z ziemi jak niegdyś, zmieniłem więc kierunek z historii na prawo. Jeszcze dziesięć lat temu prowadziłem kancelarię.
– Ja nie zdecydowałam się na studia – oświadczyła Olivia. – Dzisiaj to strata czasu. Teraz pewnie miałabym jakieś praktyki albo robiłabym specjalizację i zarabiała nędzne grosze. Po co to komu?
– Tak… – przytaknął Charles Blair ponownie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Napijesz się jeszcze herbaty? – Keanan sięgnął po porcelanowy imbryk, chcąc skończyć temat, a najlepiej całą oficjalną część wizyty w cholernym rodzinnym zamku.
– A co tam u tej pięknej dziennikarki? – spytał nagle Charles Blair. – Utrzymujesz z nią jeszcze kontakt?
Keanan, który odstawiał właśnie imbryk i jadł jednocześnie owsiane ciasteczko, zakrztusił się i kaszląc, szybko sięgnął po filiżankę z herbatą.
– Jakiej dziennikarki? – spytała Olivia, unosząc wysoko brwi. – W dodatku pięknej? – dodała i posłała czujne spojrzenie Keananowi.
Zanim zdążył odpowiedzieć, jego dziadek zdecydował się dolać jeszcze oliwy do ognia.
– Pamiętasz w ogóle o tym, że dziesiątego kwietnia jest uroczystość inwestytury Carleya? – spytał.
– Jakiego Carleya? – Olivia spojrzała z nagłym zainteresowaniem na Keanana. – Nie mówicie chyba o Johannie Carleyu. – Uśmiechnęła się z niedowierzaniem.
– Oczywiście, że pamiętam. – Keanan spojrzał na dziadka z wyrzutem. – Ale nie wiem, czy się wybiorę.
– Zaraz, zaraz… – Olivia podniosła dłoń, żeby dojść do głosu. – Chcesz powiedzieć, że znasz Johanna Carleya? – zapytała czujnie i wbiła wzrok w Keanana.
– Oczywiście – odparł, doskonale się bawiąc, Blair senior. – Przecież jego firma eksploracyjna prowadziła tutaj badania. Keanan wszedł z nimi w bardzo dobrą komitywę.
– Bez przesady… – Keanan uśmiechnął się lekceważąco.
– Inwestytura? – Olivia spojrzała na dziadka Keanana, po czym zmarszczyła brwi. – Inwestytura… To chodzi chyba o tę uroczystość nadania tytułu Carleyowi? W Windsorze, prawda? Tak? – zapytała czujnie i spojrzała na Keanana, szukając u niego potwierdzenia.
– Interesujesz się takimi rzeczami, moje dziecko? – spytał z niedowierzaniem Charles Blair.
– Przecież wszędzie o tym pisali – odparła Olivia, sięgając po swój smartfon. – Jestem influencerką, a nie analfabetką – dodała i posłała dziadkowi Keanana urażone, ale i protekcjonalne spojrzenie, po czym zwróciła się do chłopaka: – Nie mogę uwierzyć, że znasz Johanna Carleya. Nic nie wspominałeś.
Keanan, korzystając z tego, że Olivia sięgnęła po telefon – chociaż to także było niepokojące, miał nadzieję, że w swoich mediach społecznościowych nie ogłosi tego, czego się właśnie dowiedziała – posłał dziadkowi marsowe spojrzenie.
– Tak, moja droga – odparł tymczasem dziadek. – To ta wielka feta, którą familia Sachsen-Coburg und Gotha1 chce przykryć liczne skandale swoich chłopaków. Zwłaszcza jednego.
– A dziennikarka? – przypomniała sobie Olivia i spojrzała pytająco na Keanana.
– Towarzyszyła właśnie ekipie Carleya – pośpieszył z wyjaśnieniem dziadek. – Pisała artykuł na temat zaginionego parowca Albion, który…
– Polka! Przyjaciółka przyjaciela Carleya! – huknął Keanan, żeby położyć kres lawinie sensacyjnych informacji przekazywanych Olivii radośnie i bezrefleksyjnie przez dziadka. – Nie mamy żadnego kontaktu!
– Nie mogę uwierzyć, że ani słowem nie wspomniałeś o znajomości z Johannem Carleyem. – Olivia nie mogła tymczasem pogodzić się z tym, co przed chwilą usłyszała. – Przecież to teraz celebryta. Wiesz, jak skoczyłyby mi zasięgi, gdybym się pochwaliła, że aktualnie spotykam się z jego przyjacielem.
– Nie jestem jego przyjacielem – warknął Keanan, któremu nie umknęło oczywiście słowo „aktualnie”.
– Ziomkiem, znajomkiem, jak zwał, tak zwał. – Olivia machnęła tylko ręką. – Wszystko jedno, ale…
– Nie możesz o tym pisać! – Keanan zdecydowanie pokręcił głową.
– Niby dlaczego? – wtrącił się dziadek, który porzucił jakiekolwiek pretensje do arystokratycznej powściągliwości i przestał ukrywać, że wyśmienicie się bawi. – Skoro ta piękna Polka mogła, to dlaczego nie nasza rodaczka?
– Właśnie! – Olivia pokiwała energicznie głową. – Ona rzeczywiście była taka piękna? – zapytała nerwowo i spojrzała na Keanana. – Masz jej Insta? TikToka? Pokaż mi ją!
– Kwestia gustu. – Keanan rzucił mordercze spojrzenie dziadkowi. – Nie mam TikToka.
– Jak to? – Olivia zamarła. – Jak możesz nie mieć TikToka? Dobra, nieważne… – Westchnęła i machnęła ręką. – A w ogóle to jak się poznaliście z Carleyem? W Londynie? On pracuje w mediach i prowadzi chyba jakąś firmę wydobywczą, prawda?
– Eksploracyjną – wtrącił się ponownie dziadek. – Pamiętasz, moje dziecko, tę aferę z potworem z Portpatrick?
– Oczywiście – przytaknęła Olivia. – Wszyscy pisali o tym wybuchu. Spowodował go rzekomo ten potwór. Ale takie bzdury piszą u nas w każde wakacje i nad każdym jeziorem.
– Wszystko zostało oczywiście utajnione – powiedział z rozbawieniem dziadek Keanana. – Ale wówczas u brzegów Portpatrick prace poszukiwawcze prowadziła właśnie ta firma Carleya. Szukali legendarnej kolekcji największych na świecie szafirów.
– Co takiego?! – Olivia zamarła z szeroko otwartymi ustami, a Keanan za jej plecami posłał dziadkowi jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie i przejechał palcami po gardle.
– Niczego nie znaleźli. – Dziadek uśmiechnął się lekceważąco. – Stare dyrdymały, na które wcześniej już inni się nabierali. Z takim samym skutkiem.
– A ta dziennikarka? – Olivia nie rezygnowała.
– Pisała artykuł na temat samych poszukiwań i na temat Portpatrick – odpowiedział Keanan, uprzedzając dziadka. – A tak naprawdę robiła im reklamę, bo to bliska przyjaciółka Carleya. A poznaliśmy się dlatego, że skręciła kolano i trafiła do mnie do kliniki. Nie ma o czym mówić. I chyba powinniśmy już iść do siebie…
– Ale czekaj, czekaj… – Olivia spojrzała na Blaira seniora. – Pan Charles chyba nas jeszcze nie wygania?
Dziadek Keanana przecząco pokręcił głową.
– Ależ skądże, moja droga. Zaraz poprosimy Ralpha o więcej herbaty i ciasteczek.
– No właśnie! – Olivia się rozpromieniła. – A ja chciałabym się dowiedzieć czegoś na temat tych szafirów. Dlaczego wcześniej nie słyszałam o takiej legendzie?
– Bo to nie jest legenda… – zaczął Charles Blair, ale Keanan wpadł mu w słowo.
– Bo to nie jest żadna miejscowa legenda – powiedział. – Rzekomo na parowcu, który płynął z Liverpoolu do Szczecina i zatonął u brzegów Portpatrick, znajdowała się kolekcja szafirów pochodzących z polskiego skarbca królewskiego. Jakaś amerykańska milionerka ofiarowała ją na wspomożenie powstania listopadowego. Parowiec zatonął, a szafirów nikt nigdy już później nie widział.
– Powstania? – zdziwiła się niepomiernie Olivia. – Czyli to było w czasie ostatniej wojny?
– Tak – wtrącił szybko dziadek Keanana. – Ostatniej z Napoleonem.
– I co? – Olivia wpatrywała się z fascynacją w Keanana. – Carley ich nie znalazł?
– Nurkowali do tego statku. Ale że leżał akurat w sąsiedztwie Rowu Beauforta, w pobliżu składowiska broni z czasów wojny, w wyniku naruszenia jakiegoś starego pocisku wrak wyleciał w powietrze. Na szczęście nic nikomu się nie stało. Ot i cała historia.
– Boże… – Olivia zatrzepotała rzęsami. – I ja nic o tym nie słyszałam. Ale co? Twój ojciec kazał to wyciszyć? Potem ludzie, owszem, gadali o potworze, ale że szukali tam skarbów? Pierwsze słyszę.
Ojciec Keanana, zgodnie ze starą tradycją Blairów, od lat pełnił funkcję burmistrza Portpatrick, niewielkiego nadmorskiego miasteczka, które leżało o rzut beretem od zamku w Dunskey. Keanan wolał nie wdawać się w rozmowy na temat jego poczynań. Cała historia została rzeczywiście wyciszona, ale głównie ze względu na obawy, że sfory miejscowych i turystów rzucą się na poszukiwanie szafirów. A w Rowie Beauforta, wielkiej rozpadlinie w dnie Kanału Północnego, rzeczywiście znajdowało się cmentarzysko broni zatopionej tam przez wojsko zaraz po drugiej wojnie światowej.
Na szczęście dla Keanana nagle odezwał się smartfon Olivii. Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz i gwałtownie się poderwała.
– Przepraszam was bardzo, to mój producent. Muszę, po prostu muszę odebrać! – powiedziała i pospiesznie wyszła z biblioteki.
Keanan, jak tylko zniknęła za drzwiami, gwałtownie pochylił się do dziadka.
– Czy ty już kompletnie zwariowałeś? Po co jej takie rzeczy opowiadasz? Cholera wie, co ona później powie o tym w tych swoich socialach.
– Bardzo miła dziewczyna. I śliczna… – Blair senior pokiwał głową z uznaniem. – Choć nie tak wprawdzie jak ta polska dziennikarka…
– Powiedz jeszcze słowo o tej całej Paulinie! – syknął ostrzegawczo Keanan. – A namówię ojca, żeby zaczął tu urządzać wesela!
– Edward raczej nie byłby zachwycony, że spotykasz się z jakąś influencerką – stwierdził Blair senior.
– Ojciec nie ma nic do powiedzenia na temat tego, z kim się spotykam – mruknął Keanan.
– Spotykasz się z nią, ale widzę, że jakoś jej nie ufasz. I słusznie. – Dziadek zachichotał. – Pięknym kobietom nie należy ufać.
– Nie o to chodzi, do diabła! – warknął Keanan. – Olivia będzie mi teraz suszyła głowę o to, żebym ją poznał z tym cholernym Carleyem! Pewnie już sobie wymyśliła wywiad z nim dla swojego kanału.
– A czym ty się tak przejmujesz? – zapytał niewinnie dziadek. – O firmie eksploracyjnej Carleya pisały już wszystkie angielskie dzienniki, magazyny i szmatławce. To żadna tajemnica. Szafirów nie znaleźli. Okazało się przecież, że nigdy ich nie było na pokładzie parowca. Po prostu zabierz ją na tę całą inwestyturę i niech się dziewczyna zabawi.
Keanan otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale właśnie skrzypnęły drzwi i do biblioteki weszła zaaferowana Olivia.
– Wyobraźcie sobie, że dostaliśmy zgodę na nakręcenie materiału u Stairsów w Lochinch – powiedziała z przejęciem. – Będę pierwszą influencerką, która się tam pojawi.
Keanan z ulgą przyjął zmianę tematu. Słuchając szczebiotu swojej dziewczyny, pogratulował sobie w duchu, że nie wtajemniczył dziadka we wszystkie sprawy dotyczące poszukiwania szafirów, a zwłaszcza w projekt odzyskania czerwonej kamizelki.
Koniec darmowego fragmentu książki.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
1.W lipcu 1917 roku z powodu antyniemieckich nastrojów w Wielkiej Brytanii panująca rodzina królewska Sachsen-Coburg und Gotha (z dynastii Wettynów) zmieniła nazwisko na Windsor, od nazwy słynnego zamku (wszystkie przypisy pochodzą od autora).[wróć]
