Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Lato 1890 roku. Tuż po przyjęciu do szczecińskiej loży masońskiej Heini Flemming znika bez śladu, a prasa oskarża go o porwanie młodego księcia, syna potężnego przemysłowca. Wszystko wskazuje, że Heini jest winien: trefny interes, kompromitujący romans, świadkowie.
Tylko Ida wierzy, że brat został wrobiony. Gdy odkrywa, że książę próbował przekazać jej zakodowaną wiadomość, rozpoczyna desperackie śledztwo. Trop prowadzi przez zrujnowany kościół, dom spirytystki i podmiejskie dwory, gdzie w cieniu rodowych herbów rodzi się zbrodnia.
Wyścig z czasem trwa, a stawką jest życie księcia i honor całej rodziny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 393
Data ważności licencji: 6/3/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Małgorzata Burakiewicz
Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Jędrzej Szulga
© by Leszek Herman
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-4128-7
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Z reguły im bardziej niezwykłym coś się zdaje, tym mniej tajemniczym okazuje się w rzeczywistości.
ARTHUR CONAN DOYLE ZWIĄZEK RUDOWŁOSYCH
Szczecin 17 lipca roku 1849
Dochodziła druga w nocy, gdy ostatnie zabudowania Dolnego Wiku minęła niewielka kawalkada powozów i kilku jeźdźców. Na rozstaju dróg nad Odrą, obok wielkiego słupa ogłoszeniowego, za którym przy Nabrzeżu Parowców widać było kołyszące się na tle nocnego nieba maszty, wjechała w ciemną czeluść Nowej Bramy Panieńskiej. Długie cienie, które skradały się za wolno jadącymi końmi i złowrogimi, ciemnymi pudłami powozów, zniknęły i pojawiły się z powrotem dopiero u wylotu bramy. Po lewej stronie, obok drogi, wyrósł nagle las drewnianych masztów, które w świetle księżyca wyglądały niczym krzyże pokutne albo zgoła pole szubienic, a były jedynie wielkim placem suszenia bielizny. Zaraz potem była kolejna brama, wbijająca się tunelem pod rawelin Fortu Leopolda, który strzegł Szczecina od północy. W końcu kawalkada wjechała do miasta. Minęła zabudowania Arsenału, nad którego dachami wznosiła się ogromna, ciemna bryła nieużywanego i zamienionego na magazyn kościoła cysterek, i ruszyła ulicą Panieńską.
Nad dachami kamieniczek po prawej stronie drogi wznosiła się bryła zamku. Dawna siedziba książąt pogrążona była teraz w mroku i tylko w narożnej wieży, w najwyżej położonych oknach migotało światło. Jeźdźcy ruszyli przodem i skręcili w boczną uliczkę, wspinającą się kocimi łbami pod górę, w kierunku Wieży Więziennej, za którą był wjazd na główny dziedziniec.
Chwilę później dwa powozy minęły bramę i przy akompaniamencie stukotu kopyt po kamiennym bruku wjechały na zamek. Na dziedzińcu paliły się gazowe latarnie, które rzucały długie cienie na ściany budynku. W półmroku, jaki tutaj panował, nie było widać stojących przy południowym i północnym skrzydle rusztowań ani zrujnowanych i częściowo rozebranych krużganków. Sprawiły to lata zaniedbań, do których przyczyniła się szwedzka i pruska administracja. Zamieniały dawną siedzibę Gryfitów w arsenał, koszary, a później w siedzibę miejskich biur i urzędów.
Z powozów wysiadła grupa ubranych na czarno kobiet i mężczyzn i stanęła z boku, przypatrując się jak z ostatniego z wozów – większego niż pozostałe i przykrytego czarnym suknem – pomocnicy wyciągają dużą, drewnianą skrzynię.
Po chwili niewielki orszak ruszył w milczeniu za tragarzami. W ciszy, jaka tutaj panowała, rozległ się, głośny zgrzyt otwieranych wrót i na kamiennej posadzce przed wejściem rozlała się plama jasnego światła. Chwilę później cała grupa zniknęła we wnętrzu kościoła zamkowego, a wrota zamknęły się za nimi z łoskotem. W samą porę, gdyż na dziedziniec spadły pierwsze krople deszczu.
W kościele zamkowym zachowało się chyba najwięcej wspomnień po dawnych dobrych czasach. Tak jakby trzy kondygnacje renesansowych empor, które otaczały wąską nawę dawnej kaplicy Gryfitów, przechowały pamięć po ślubach, pożegnaniach i wielkich wydarzeniach mających tu miejsce. W półcieniu arkad majaczyły jeszcze duchy dawnych Pomorzan, przypatrujące się tej dziwnej, skromnej, ale i podniosłej uroczystości, która właśnie się tu odbywała.
We wnętrzu na przyjezdnych czekała już grupa najwierniejszych przyjaciół zmarłej, przedstawiciele władz i Kościoła. Był komendant twierdzy szczecińskiej, generał Konstantin von Zepelin, był generał Karl von Canitz und Dallwitz gubernator Szczecina, który specjalnie przyjechał tutaj z Frankfurtu, i była też odziana w czerń staruszka, wierna przyjaciółka zmarłej, Zofia Augusta von Tielebein. Przybyły także z Berlina damy dworu żegnanej właśnie księżnej oraz jej krewni.
Gdy pomocnicy wnieśli trumnę i postawili ją na postumencie przed ołtarzem, w kaplicy rozbrzmiewały jeszcze przyciszone głosy i szepty, zlewające się z szelestem długich sukien, stukiem obcasów na kamiennej posadzce i towarzyszącym temu echem, które gubiło się pomiędzy arkadami. Wszystkie one przycichły, bo gdzieś w górze rozległ się odgłos otwieranych drzwi, a gdy na boczną emporę nad ołtarzem wszedł ubrany w galowy mundur mężczyzna, zapadła całkowita cisza. Przerwały ją po dłuższej chwili kroki pastora, a zaraz potem pierwsze, przyciszone dźwięki organów.
Z zewnątrz dobiegał łoskot coraz większej ulewy, chwilę później wysokie okna kaplicy rozjaśniła błyskawica, a zaraz potem rozległ się grzmot odległej jeszcze, ale zbliżającej się burzy.
Berlin Rok później
Czarna berlina toczyła się szeroką Aleją pod Lipami. Wśród wielu podobnych powozów zmierzających w kierunku Placu Paryskiego lub w drugą stronę, do ogrodów zamkowych nad Sprewą, nie prezentowała się jakoś wyjątkowo ani szczególnie reprezentacyjnie. Najlepszą ulicę Berlina przemierzało wszak mnóstwo modnych otwartych bryk, pięknych land, a i nawet można było spotkać angielskiego clarense’a. Siedzący na koźle stangret pękał jednak z dumy. W końcu nie każdy z powozów zmierzał do Zamku Królewskiego. A możliwe, że nawet żaden.
Dwa gniade konie, doskonale dobrane w maścistym i sprzęgłym cugu1, rytmicznie stukały o bruk podkutymi kopytami, a stangret pilnował tylko, by utrzymywały równy krok, nie rozpraszały się i nie rzucały łbami na boki jak głupie. Miały wjechać na zamek jak na paradzie, niech sobie Berlińczycy nie myślą.
Stangret Rajmund, odświętnie ubrany w błękitną liberię ze złotymi guzikami, na których wygrawerowano stojącego na dwóch łapach wilka – herb Flemmingów – nadal nie mógł wprost uwierzyć, że to jemu akurat przypadł w udziale ten wyjątkowy obowiązek zawiezienia młodego pana Kaspara na audiencję do Jego Wysokości. Taki zaszczyt nie spotkał wszak ani ojca młodego dziedzica, ani jego dziada. Jeździli oczywiście Flemmingowie co chwila do stolicy, pradziad młodego pana nawet piastował w Landtagu ważne stanowisko, a i inni Flemmingowie blisko przy dworze siedzieli, ale taki zaszczyt, żeby na osobistą audiencję być proszonym, dawno już rodziny nie spotkał.
Gdy gruchnęła wiadomość, że herold przywiózł do dworu zaproszenie od Jego Królewskiej Wysokości Fryderyka Wilhelma, to w całej wsi, a bez mała w powiecie nawet, ludzie o tym gadali bez ustanku. Wprawdzie heroldów pruscy królowie nie wysyłali po zamkach od dziesiątków lat, ale ludzie nadal gadali jak kiedyś. Pieczęcie królewskie podpatrzone przez służbę swoje zrobiły.
No i siedział teraz Rajmund na koźle i kraśniał z dumy, że to jego właśnie młody pan dziedzic w tę podróż zabrał. Mógł przecież jechać tą nową koleją żelazną, która ze Szczecina do Berlina od dobrych dziesięciu lat kursowała, ale kto to widział, żeby do samego króla pociągiem jechać.
Flemmingowie mieli od lat dom w Berlinie, było się więc gdzie zatrzymać i gdzie konie zostawić.
Rajmund ściągnął delikatnie lejce i minął toczącą się właśnie w przeciwnym kierunku landarę, której fiakier bezczelnie samym środkiem alei jechał. Stangret obrzucił go spojrzeniem pełnym wyższości, a berlina potoczyła się dalej wzdłuż szpaleru lip.
Kaspar Ernest Wilhelm von Flemming, jedyny syn pana na Buku i Benicach, i mnóstwa mniejszych i większych majątków i folwarków niedaleko Kamienia i Goleniowa, takiego dobrego nastroju jak jego stangret już nie miał. Zaproszenie od – powiedzmy, że miłościwie – panującego Wilhelma IV napełniało go od początku niepokojem. W przeciwieństwie do służby i ludzi po wsiach w domu wywołało ono raczej konsternację. Wszak Kaspar był dziedzicem dopiero, a prawdziwym panem nadal był jego ojciec. Skąd więc ten nagły zaszczyt dla niego? Zwłaszcza że to ojciec od lat zabiegał o utworzenie ze swoich ziem klucza alodium, co wiązałoby się z uwolnieniem majątków z obciążeń i ograniczeń feudalnych i potwierdzeniem przez króla tytułu hrabiowskiego, który Flemmingowie na Pomorze z Saksonii i Drezna przywieźli. A czas po temu nie był za dobry. Ani teraz właściwie, ani od dobrych kilku lat.
Ojciec Wilhelma IV nie ukrywał swoich liberalnych poglądów i chęci ograniczenia władzy junkrów, ale umarł, a zaraz potem wybuchła, przywleczona do Niemiec z Francji, rewolucja marcowa. Młody król lawirował, jak mógł, pomiędzy żądaniami liberałów, patrycjatu i robotników, a szantażem junkrów i arystokracji. Rewolucja rozlała się po niemieckich księstwach protestami, demonstracjami, a nawet barykadami na ulicach. Nie miała jednak jednolitego oblicza. Liberałowie, patrycjat miejski, kręgi uniwersyteckie chciały ustanowienia konstytucji i parlamentaryzmu, robotnicy zaś żądali po prostu poprawy warunków pracy i życia. A przeciwko nim stała nie tylko przywiązana do autokratycznych rządów arystokracja, lecz także i kręgi wojskowe.
Kaspara i ojca Wiosna Ludów poróżniła. Ojciec należał do starego osiadłego z dziada pradziada na Pomorzu ziemiaństwa, które od średniowiecza było przywiązane do tradycyjnej roli wszystkich klas i strzegącego tego stanu rzeczy Kościoła, on był zaś liberałem, liczącym na pewne zmiany tego skostniałego układu. Na Pomorze wszakże rewolucja nie dotarła. W Szczecinie, mieście garnizonowym, twierdzy pod rządami komendanta generała von Zepelina, nikomu w głowie by nie postało, żeby wychodzić na ulicę z jakimiś protestami, za to Berlin opanowały prawdziwe zamieszki, w których zginęło kilkuset ludzi. Gdzieś z Badenii czy Nadrenii przybyła pieśń Książęta, precz z kraju!2, którą śpiewały tłumy maszerujące przed pałacem królewskim, a potem na ulicach wokół zamku powstały barykady i w mieście rozpętały się prawdziwe walki.
Jakby dla zilustrowania myśli, które kłębiły się w głowie Kaspara, powóz minął właśnie pałac królewski, który od czasów zamieszek stał pusty. Król rezydował kilkaset metrów dalej, w starym, lepiej umocnionym zamku. Kaspar pamiętał, że to na fasadzie tego pałacu właśnie rewolucjoniści czerwoną farbą namalowali ogromny napis „Własność całego narodu”, który zamalowano dopiero kilka miesięcy później.
Króla, po śmierci ojca zajętego porządkowaniem kraju po wojnach napoleońskich, początkowo rewolucjoniści przerazili. Gdy u stóp pałacu królewskiego zebrał się ogromny tłum, przerażony Wilhelm IV uległ wszystkim żądaniom, obiecując zwołanie wyborów parlamentarnych, konstytucję i wolność prasy. Dla zrobienia dobrego wrażenia od razu następnego dnia uwolnił wszystkich więźniów politycznych, w tym Polaków, a ofiary zamieszek kazał uroczyście złożyć na placu przed zamkiem, a następnie z honorami pochować na miejskim cmentarzu.
Berlina minęła operę i powoli zbliżała się do Mostu Zamkowego. Przez okna karety widać już było ogromną bryłę zamku wyłaniającą się zza zabudowań na brzegu. Król rezydował w najstarszej, jeszcze średniowiecznej części.
Im bliżej byli celu podróży, tym bardziej Kaspar był zdenerwowany. Pozwalał więc dla uspokojenia płynąć swobodnie myślom, inspirowanym mijanymi budynkami i wydarzeniami, które dopiero co tutaj się rozegrały.
Rewolucja marcowa zakończyła się fiaskiem. Zwołane w kwietniu, a zaraz potem po raz kolejny w maju Zgromadzenie Narodowe ugrzęzło w kłótniach, sporach i czysto akademickich dywagacjach, gdyż znakomita większość wybranych posłów była profesorami. Jedyny tam robotnik to był Polak, dlatego też ani on, ani postulaty jego klasy nie były brane przez nikogo poważnie. Jednak siły lewicowe zdołały głośno artykułować swoje oczekiwania, posuwając się nawet do żądań zniesienia wszelkich przywilejów szlachty, tytułów z tym związanych, a nawet żądań likwidacji korony. To już było dla króla za wiele. Rozwiązał parlament, a następnie z pomocą armii pod dowództwem generała von Wrangla przedstawił własną konstytucję, zachowującą przywileje szlachty i najwyższą władzę króla. Powstały wówczas parlament składał się z Izby Panów, w której dożywotnio zasiadała szlachta, i Izby Reprezentantów, wybieranej przez mężczyzn, którzy ukończyli dwudziesty piąty rok życia. Rok później Zgromadzenie Narodowe ofiarowało królowi koronę cesarską, której przyjęcia Wilhelm IV odmówił, zasłaniając się tradycją, że koronę może ofiarować jedynie monarchia. Później zaś rozeszła się plotka, że w liście do krewnego napisał z odrazą, jak głęboko poczuł się urażony koroną ofiarowaną mu przez lud, przesiąkniętą smrodem rewolucji, jakby wyciągniętą z rynsztoka i ubabraną w brudzie i błocie.
Kareta wjechała na dziedziniec przed zamkiem. Przez krótką chwilę, dopóki powóz nie zbliżył się do fasady budynku, widać było jeszcze niebotyczną konstrukcję drewnianych rusztowań, wznoszących się nad skrzydłem zachodnim, gdzie budowano właśnie gigantyczną kopułę nad nową zamkową kaplicą.
Kaspar odprowadził jeszcze zachwyconym wzrokiem niedawno postawione przed zamkiem ogromne posągi Poskramiaczy Koni i wreszcie, ze stukiem kopyt po kamiennym bruku, berlina wjechała na dziedziniec zamkowy i zatrzymała się u stóp sześciu korynckich kolumn, dźwigających posągi antycznych bogów, za którymi kryło się wejście do oficjalnych sal audiencyjnych i prywatnych komnat króla Fryderyka Wilhelma IV.
Kaspar, przekazywany kolejnym marszałkom dworu i szambelanom, trafiał do coraz bardziej reprezentacyjnych komnat recepcyjnych, gdzie czekał na coraz wyższych w hierarchii urzędników dworskich. Tym sposobem znalazł się w końcu w holu przed salą audiencyjną. Gdzieś tam, za tymi marmurowymi ścianami i wysokimi drzwiami, których strzegła gwardia szwajcarska, mieścił się prywatny gabinet Wilhelma IV, który stał się już w Berlinie legendarny. Urządzono go bowiem w najwyższej części średniowiecznej Kaplicy Świętego Erazma. To tam król spędzał najwięcej czasu, zajmując się sprawami urzędowymi i planami nowych wspaniałych budowli. Tę pracę lubił najbardziej. Tutaj także niekiedy przyjmował niektórych gości…
Drzwi prowadzące do sali audiencyjnej nagle się otworzyły, wyrywając Kaspara z rozmyślań, i stanął w nich kolejny urzędnik dworu, tym razem najbliższy królowi, szambelan adiutant.
– Witam pana, panie hrabio. – Szambelan ukłonił się przed Kasparem, a ten poderwał się z krzesła pod ścianą, na którym przed kwadransem go posadzono, i skłonił głowę przed urzędnikiem. – Zapraszam. – Mężczyzna wskazał wielkie, dwuskrzydłowe drzwi prowadzące w głąb zamku. – Jego Wysokość za chwilę pana przyjmie.
To powiedziawszy, szambelan ukłonił się ponownie, cofnął i zamknął drzwi, pozostawiając Kaspara samego w sali audiencyjnej.
Kaspar, czując na plecach spojrzenie stojących przy drzwiach i wyprostowanych jak struny gwardzistów, podszedł do jednego z okien. Sala przylegała do starego, niewielkiego dziedzińca, ciemnego i mrocznego, jakby wciąż pogrążonego we wspomnieniach średniowiecza. Ten wirydarz przywiódł mu niespodziewanie na myśl podobnie ciemny, chociaż o wiele mniejszy, nawet od tego tutaj, dziedziniec ich starego dworu w Buku. Niezbyt dobra była ku temu chwila, ale to z kolei przypomniało mu wszystkie spory z ojcem, które niczym węzeł gordyjski coraz ciaśniej ich obu oplatały.
Przede wszystkim ojciec ścierpieć nie mógł jego wyjątkowej smykałki do handlu i interesów. W głowie starego junkra nie mieściło się, żeby potomek Flemmingów zajmował się czymś, co od wieków było domeną Żydów lub mieszczan, a nawet – o zgrozo – wzbogaconego chłopstwa. Kaspar zaś traktował to jako finansowe zabezpieczenie. Widział przecież, co się stało z wieloma majątkami po wojnach napoleońskich, jak upadały jeden po drugim. Sama ziemia nie była w stanie wyciągnąć ich z zapaści, zwłaszcza że zbiedniała korona nie kwapiła się z pomocą. Flemmingowie wprawdzie sobie poradzili, tak jak i inne największe pomorskie klany, ale całe rzesze drobnych szlachciurów poszły z torbami. Gdy więc ojciec jednego z jego druhów ze Szczecina, prowadzący niewielki zakład szkutniczy, szukał wspólników do poszerzenia działalności, Kaspar postanowił spróbować. Miał odłożonych trochę pieniędzy, więc jego wkład był całkiem cenny dla małego zakładu, ale prawdziwym punktem zwrotnym okazało się zamówienie na produkcję kilku kanonierek dla pruskiej marynarki, które otrzymali – nomen omen – dzięki jego nazwisku.
Ojciec pomstował tygodniami. Posunął się nawet do argumentu, że Kaspar daje fatalny przykład swojemu młodocianemu synowi, a żeby jakoś dodatkowo wejść mu na ambicję, ojciec coraz częściej prosił o pomoc swojego bratanka. A nie syna. I tak kuzyn Kaspara zaczął pętać się coraz częściej po ich dworze, a syn Kaspara, Wilhelm, coraz bardziej ulegał dziadkowi.
Kaspar przy swoim nowoczesnym podejściu do interesów ku zaskoczeniu ojca ustatkował się jednak całkiem tradycyjnie i bardzo młodo. W wieku dwudziestu czterech lat – ku wielkiemu szczęściu obu rodzin – ożenił się z Borkówną, córką reskiego landrata. Amelia umarła jednak rok później przy porodzie. I tak Kaspar został sam z wiecznie niezadowolonym z niego ojcem, obwiniającymi go o śmierć córki Borkami i malutkim Wilhelmem, którym opiekowała się młoda niania – Polka, emigrantka z Wielkopolski.
Prawdziwym jednak policzkiem dla ojca było kupienie przez Kaspara ziemi pod Szczecinem i rozpoczęcie budowy domu. Nie mógł wybaczyć swojemu, było nie było, jedynakowi, że zamiast wiązać swoją przyszłość z ziemią i domem swoich przodków, miał czelność budować jakąś chałupę. Ojciec oczywiście, mimo że wszystko opierało się na jego urażonej dumie i ambicji, starał się używać jednak argumentów racjonalnych. Skoro Kaspar musi już zarabiać na tych żydowskich interesach, to zyski powinien jednak przeznaczyć na wsparcie swojej przyszłości – ziemi oraz majątku, który od setek lat był w rękach Flemmingów.
Dla Kaspara najbardziej irytujące było jednak to, że choć tak naprawdę radził sobie z gospodarką całkiem dobrze, to metody, które stosował, nie znajdowały u ojca zrozumienia. Kaspar wyrzucił na przykład kilku dzierżawców, którzy całkiem serca do ziemi nie mieli, a właściwie dorabiali się także gdzie indziej, ciągnąc tylko z folwarków dochód. Zamiast tych młodych utracjuszy z sąsiedztwa, z dobrymi nazwiskami, osadził tam ambitnych gospodarzy, którzy w szybkim czasie potroili zyski. Nie spotkało się to oczywiście z uznaniem ojca, który pomstował, że syn chłopstwo na ziemię Flemmingów ściąga.
A teraz nagle i nieoczekiwanie przyszło to zaproszenie do Berlina. Dla Kaspara!
Po latach starań ojca o ustanowienie z majątków alodium, po tych wszystkich pismach słanych przez niego do kancelarii dworu, i tych wszystkich grzecznych, ale wymijających i pozbawionych konkretów odpowiedziach, które formułowali urzędnicy królewscy, a których król nawet nie czytał, przychodzi oto zaproszenie od samego króla. Dla Kaspara!
Oficjalne pismo, z królewskiej kancelarii, z wielkimi pieczęciami króla i jego zamaszystym podpisem. Tylko nic tam nie było na temat tego, jaki jest cel tego zaproszenia. Czego mógł chcieć Fryderyk Wilhelm IV od młodego dziedzica Flemmingów, z pominięciem jego odznaczonego pruskimi orderami ojca?
Kaspar westchnął i spojrzał w kierunku drzwi do królewskich gabinetów, obok których cały czas wyprostowani jak struny stali gwardziści. Ileż może to trwać, pomyślał ze zniecierpliwieniem. Czy król każdego swojego gościa w ten sposób zmiękcza? Każe mu czekać w nieskończoność i się denerwować? Po cóż jednak miałby stosować takie wyrafinowane metody wobec jakiegoś tam Flemminga z Pomorza? Owszem, król zabiegał o junkrów, to na nich wszak oparł swoje działania przeciwko rewolucjonistom i to tylko dzięki junkrom mógł zdusić rewoltę, dając liberałom tylko namiastkę tego, co chcieli. Ale co on miałby z tym wspólnego? To raczej ojciec – marszałek szlachty powiatu – byłby królowi bardziej przydatny. To przecież niedorzeczne.
To stwierdzenie przywołało Kasparowi na myśl jeszcze jeden aspekt tej sprawy, którego nie brał do tej pory pod uwagę.
O królu krążyły bowiem od jakiegoś czasu plotki. Konkretnie na temat jego zdrowia. Oczywiście było to wszystko objęte klauzulą tajności, ale nie ma wszak takiej siły, która utrzymałaby na dworze cokolwiek w tajemnicy przez dłuższy czas. Ciągle przewijało się wszak przez niego setki służących, pokojówek, szambelanów, odźwiernych. W Berlinie plotkowano więc na potęgę o tym, że król coraz częściej wykazywał niepokojące symptomy choroby psychicznej. Mówiło się, że ma objawy tak zwanego zmiękczenia mózgu…
Kaspar nie zdążył jednak dłużej się zastanowić nad tą niepokojącą kwestią, bo nagle rozległ się odgłos otwieranych drzwi i stanął w nich sam król Fryderyk Wilhelm IV we własnej osobie.
Berlin 16 czerwca roku 1890
Maks wysiadł z dorożki na Placu Generała Dönhoffa i szybkim krokiem ruszył w kierunku redakcji „Berliner Tageblatt”. Centrum placu zajmował wypielęgnowany skwer, w samym jego środku znajdowała się okazała fontanna, a dookoła wznosiły się wyjątkowo reprezentacyjne gmachy. Trudno doprawdy byłoby określić inaczej stojące tutaj budynki. Dokładnie na osi fontanny widniał bowiem dawny pałac kanclerza, księcia Karla von Hardenberga, będący obecnie siedzibą Landtagu3. Tuż obok wznosił się natomiast nieco skromniejszy, ale równie elegancki pałacyk, w którym mieściła się kancelaria królewska.
Miłościwie nam panujący Wilhelm II jeszcze chyba ani razu w niej nie był. Możliwe zresztą, że nawet nie miał pojęcia o jego istnieniu, pomyślał zgryźliwie Maks, mijając ekskluzywny Hotel Londyn.
Z Placu Dönhoffa do siedziby gazety było jeszcze kilka przecznic, ale Maks, ilekroć przyjeżdżał do redakcji, wysiadał właśnie tutaj. Za każdym razem czerpał masochistyczną wręcz przyjemność z przechodzenia obok gmachu parlamentu, bowiem obradowali w nim ludzie, którymi pogardzał, i mijania wyjątkowo luksusowego hotelu, bowiem gościli tu ludzie, którymi pogardzał jeszcze bardziej.
Maksymilian za rok kończył trzydzieści lat i ten fakt uznał za doskonały moment do przewartościowania, po raz kolejny zresztą, swoich dotychczasowych poglądów.
Urodził się w Berlinie, w rodzinie zamożnego żydowskiego kupca polskiego pochodzenia, więc niczego mu nie brakowało. Ojciec, widząc, że nie ma co liczyć na wciągnięcie syna do kupieckiego fachu, posłał go do gimnazjum i dla świętego spokoju sfinansował nawet absurdalne według niego marzenia chłopaka, aby zostać aktorem. Zaraz potem zresztą Maks spełnił to marzenie i uciekł z domu z wędrowną trupą teatralną. Gdy po dwóch latach dotarło do niego, że nie było to jednak takie życie, jakie sobie wymarzył, wrócił do Berlina i stwierdził, że lepiej o teatrze pisać, oczywiście pogardliwie i sarkastycznie, niż jeździć po małych miasteczkach i w nędznych remizach grać dla plebsu jakieś chałtury, klepiąc przy tym biedę. W wieku dwudziestu pięciu lat zaczął więc karierę krytyka literackiego. Z czasem doszedł do przekonania, że skoro wyszydzanie i krytykowanie berlińskich premier teatralnych jakoś mu idzie, to równie dobrze może zajmować się pozostałymi rodzajami sztuki. Zaczął więc pisać długie i barokowo kwieciste teksty o nowo objawionych w Berlinie talentach, felietony o otwieranych wystawach i galeriach, a czasem tylko wzmianki o wszelkich wydarzeniach artystycznych. Wreszcie krótko przed trzydziestką zainteresowała go także polityka.
W międzyczasie przeszedł na protestantyzm, ożenił się (po raz pierwszy) i zmienił nazwisko na germańsko brzmiące Stiffer, które miało także symbolizować jego nowo odkrytą polityczną bezkompromisowość. Początkowo Ernest Topolsky, obecnie Maksymilian Stiffer, był monarchistą. Teraz jednak, w swojej nowej, dojrzalszej wersji, powoli zaczął się przesuwać ku liberałom, a nawet przypatrywać się życzliwie poglądom bardziej skrajnym. Jedyne, co pozostawało cały czas niezmienne, to wysokie mniemanie o sobie i pogarda dla wszystkich wokół.
Szedł teraz szybkim krokiem wzdłuż ulicy Jerozolimskiej i zastanawiał się jednocześnie, jaki to ciekawy temat, którym miałby się zająć, wymyślił naczelny „Berliner Tageblatt”. Maks był wolnym strzelcem, pisywał do różnych gazet i periodyków, ale tempo pracy w dzienniku zaczęło mu odpowiadać coraz bardziej. Gazeta wypuszczała dwa wydania, poranne i wieczorne, przy czym lubiła podgrzewać atmosferę, drukując sensacyjne i kontrowersyjne artykuły, o których potem rozmawiano w kawiarniach lub wykłócano się w domach i biurach. Często także atakowała członków Landtagu i rodzinę królewską, co bardzo Maksowi odpowiadało. Było to coś kompletnie innego od tych długich i wyrafinowanych (z założenia) tekstów na temat kultury, które czytelnicy lubili studiować powoli, często przez dwa dni nawet, egzaltując się przy tym swoim obyciem.
W spokojny nurt myśli Maksa wbiły się nagle czyjeś głośne krzyki.
Po przeciwnej stronie ulicy biegł właśnie, przepychając się pomiędzy ludźmi, chłopak w czapce z daszkiem, wrzeszcząc coś i wymachując gazetą.
– Sensacyjne porwanie w Szczecinie! Syn znanego saksońskiego przemysłowca porwany! – darł się, podając raz po raz gazetę kolejnym przechodniom i inkasując od nich monety. – Książę Lambert von Tasso-Lunzenau porwany!
Maks przeszedł szybko przez ulicę i dogonił gazeciarza. Wyciągnął z kieszeni drobne, rzucił chłopakowi i wyrwał mu gazetę. Przemknął wzrokiem po artykule na pierwszej stronie i ze zdumienia szeroko otworzył oczy.
A to dopiero, pomyślał. Jedyny syn całkiem niedawno nagrodzonego tytułem książęcym przemysłowca! W tle zatem musiały być pieniądze. I to niemałe.
Maks przeczytał krótką wzmiankę do końca, zwinął gazetę w rulon, przebiegł przez jezdnię między jadącymi powozami i ruszył szybkim krokiem w kierunku kamienicy stojącej na narożniku ulicy Jerozolimskiej.
Arthur Levysohn, redaktor naczelny „Berliner Tageblatt”, trafił do Berlina z Wiednia. Pochodził ze Śląska, z zamożnej, żydowskiej rodziny, która posiadała także sieć księgarni i niewielkich lokalnych wydawnictw. Dorastanie w takiej atmosferze w rodzinnym Głogowie musiało ukierunkować młodego chłopaka, gdyż po skończeniu szkoły zdecydował się na karierę dziennikarską i wyjechał najpierw do Paryża, a potem do Wiednia. Tuż przed tym, gdy wylądował w berlińskiej gazecie codziennej, miał za sobą kilka poważnych dziennikarskich batalii, z których najgorszą w skutkach okazał się konflikt z austriackim ministrem Eduardem Taaffe, w wyniku którego został pozbawiony pracy i wydalony z Austrii. W taki sposób trafił właśnie do Berlina. Pierwsze lata tutaj też nie były łatwe. Na samym wstępie naraził się władzom i za artykuły, w których atakował kanclerza Bismarcka, spędził dziewięćdziesiąt dziewięć dni w więzieniu. W berlińskiej gazecie codziennej o największym już wówczas nakładzie takie doświadczenie okazało się oczywiście bezcenne.
Levysohn nie znosił Stiffera. Uważał go za snoba i pyszałka przekonanego o własnej nieomylności. Cała „Berliner Tageblatt” była w zasadzie firmą rodzinną, w której dziewięćdziesiąt procent pracowników było w dodatku wyznania mojżeszowego. Stiffer, który nie dość, że zmienił nazwisko, to jeszcze wyznanie, naraził się od razu na kpiny i na to, że mało kto go tutaj lubił. Ale Levysohn doceniał jedną zaletę Stiffera. To, że przy całej swojej wkurzającej pyszałkowatości miał naturę psa gończego, a gdy dorwał się do tematu, który go poniósł, nie dawał za wygraną, dopóki nie przegryzł gardła, komu trzeba.
I właśnie miał temat dla Stiffera wprost doskonały.
Jakby na potwierdzenie tej oczywistości na korytarzu rozległy się kroki i głos Arthura, który w swoim przekonaniu zabawnie przekomarzał się właśnie z sekretarką Levysohna, a chwilę później stanął w drzwiach. Ingrid posłała szefowi porozumiewawcze spojrzenie i wznosząc oczy do nieba, zamknęła za Stifferem drzwi.
– Siadaj, Ernest. – Naczelny wskazał Maksowi krzesło i sięgnął po plik kartek. – Mam coś dla ciebie – dodał.
Maks, krzywiąc się w duchu, że woła się go starym imieniem, bo usiłował się od niego odzwyczaić, opadł na krzesło i sięgnął po odręczne notatki, które podał mu naczelny. Szybko przebiegł po nich wzrokiem. Na samym końcu było kilka zdjęć. A na nich, sam lub w towarzystwie starszego mężczyzny, na różnych malowniczych tłach prezentował się młody chłopak.
– Ten gówniarz to książę von Tasso-Lunzenau. – Naczelny skinął głową w kierunku zdjęcia, któremu przypatrywał się właśnie Maks.
– To jego porwali? – spytał.
– Widzę, że czytałeś już naszą wzmiankę. – Levysohn spojrzał na Maksa z uznaniem. – Dobry tekst na poranek, ale nie nasz, niestety. Napisał o tym wczoraj w porannym dodatku niedzielnym „Dziennik Szczeciński”… – Skrzywił się. – Tamtejszy brukowiec.
– Kiedy go porwali? – Maks podniósł głowę. – Postawili jakieś żądania?
Naczelny pokręcił głową.
– Rodzina, a właściwie kuzyn – naczelny wychylił się przez biurko i spojrzał w notatki – niejaki Hans Ludwig von Treuen zawiadomił policję w niedzielę rano. Chłopak rzekomo zniknął w nocy z soboty na niedzielę. Od tamtej pory nie ma o nim żadnych wieści.
Maks pokiwał głową i spojrzał ponownie na fotografię młodego chłopaka.
Baronostwo von Tasso-Lunzenau, a od dziesięciu lat książęta dziedziczni Prus, to był wpływowy saksońsko-śląski ród magnatów ziemskich i przemysłowych. Maks oczywiście kojarzył, że ojciec Lamberta miał całą kolekcję kopalni na Śląsku i od cholery papierni, celulozowni i hut żelaza.
– Majątek Herberta von Tasso-Lunzenaua, ojca tego porwanego gówniarza – rzucił Levysohn, stukając palcem w jedną z fotografii, na której młody książę stał w towarzystwie ojca – jest szacowany na jakieś dwieście milionów marek – dokończył, rzucając Maksowi znaczące spojrzenie.
Stiffer gwizdnął przeciągle.
– To lada dzień należy się spodziewać żądań okupu.
– Najpewniej. – Levysohn skinął głową. – Szczeniak zniknął w niedzielę nad ranem. W ciągu dwóch, trzech dni rodzina powinna dostać jakieś ultimatum.
– O ile to w ogóle porwanie – dodał z namysłem Maks.
– Tak twierdzi ten jego kuzyn – powiedział z ironią naczelny. – Gówniarz zniknął. Rzekomo był jakiś świadek, ale nic więcej nie mamy. Policja w Szczecinie z jakichś powodów nabrała wody w usta i nie informuje o niczym.
– A może on się po prostu urwał? Chciał się poszwendać po mieście incognito. To w końcu młody chłopak. Ile on w ogóle ma lat?
– Dwadzieścia – odparł Levysohn.
– No właśnie. – Maks pokiwał głową i spojrzał na leżące na stole fotografie. – Cholernie nieaktualne te wszystkie zdjęcia – stwierdził. – Książątko to już prawie dorosły mężczyzna.
– To teraz najmniej istotne – warknął z niezadowoleniem Levysohn. – Książę jest nieletni, więc nic dziwnego, że ten cały Treuen, pod którego kuratelą był, panikuje. Poza tym to już drugi dzień. Dwa dni by się szwendał po Szczecinie? Tam specjalnie nie ma co oglądać.
Maks pokiwał głową.
– A Hans von Treuen? – spytał po chwili. – Dlaczego właściwie ten królewicz przyjechał z nim do Szczecina?
– Treuen to syn starszej siostry ojca Lamberta. Według naszych informacji obaj byli w drodze do Królewca, gdzie Herbert von Tasso-Lunzenau ma majątek ziemski. Stary wyjechał tam podobno dla podreperowania zdrowia. Według niepotwierdzonych plotek jest umierający. Treuen rzekomo odwoził do niego młodego, a przez Szczecin jechał specjalnie po to, żeby dopiąć transakcji sprzedaży jakiegoś towarzystwa żeglugowego. – Przerwał i spojrzał w notatki. – Marina-Spectre – przeczytał na głos, podnosząc wzrok. – W każdym razie…
– A z kim miał dopiąć tę transakcję? – spytał czujnie Maks.
– Tego wszystkiego masz się właśnie dowiedzieć – oświadczył Levysohn. – Jakbyśmy wszystko wiedzieli, to nie byłoby powodu cię tam wysyłać.
– Wysyłać? – Maks uniósł brwi. – Ja mam się tym zająć? Ale…
– Nie przerywaj mi, do kroćset! – zirytował się Levysohn. – Jedziesz do Szczecina i koniec. Musimy mieć kogoś na miejscu, jeśli porywacz albo porywacze postawią w końcu jakieś żądania. Poza tym pogadasz tam, z kim się da. Porwanie syna jednego z najzamożniejszych przemysłowców to przecież skandal nad skandale. To my powinniśmy o tym pisać, a nie jakiś gówniany brukowiec ze Szczecina.
– Miałem się przyjrzeć podejrzanym przyjaźniom naszego cesarza – jęknął Maks. – To o wiele bardziej interesujący temat. Może lepiej najpierw poszukać czegoś na miejscu? Ten von Tasso-Lunzenau ma przecież jakiś pałacyk w Berlinie…
– Nikt tam nie chciał z nami gadać. – Naczelny zdecydowanie pokręcił głową. – Już to sprawdzaliśmy. Pewnie błyskawicznie dostali od rodziny odpowiednie instrukcje.
– Ale szefie… – jęknął Maks, po czym ściszył głos. – À propos cesarza. Wiesz, co mówią o tych jego koleżkach? Ta cała kamaryla ma coraz większy wpływ na niego, a to przecież także młody gówniarz. A jeśli choroba jego dziada jest dziedziczna? – spytał, a widząc pytające spojrzenie naczelnego, kontynuował: – Podobno na długo przed śmiercią Fryderyk Wilhelm Czwarty zaczął okazywać oznaki pomieszania zmysłów. Dwór to ukrywał, jak mógł, ale cały Berlin wtedy plotkował.
– Ernest… – westchnął Levysohn. – Na pierwszym miejscu jest teraz sprawa porwania pętaka! Cesarz potem! Nasz główny cel to w tej chwili Lambert von Tasso-Lunzenau! – dodał z naciskiem. – Jeśli jego stary, a może ten jego wuj, wplątał się w jakieś gówniane interesy, podpadł jakiejś mafii, wpadł w długi karciane, zastawił kopalnie w kasynie albo w burdelu, albo cokolwiek, to musimy o tym wiedzieć pierwsi. Dlatego pojedziesz tam jutro i wygrzebiesz, co tylko się da.
– Szczecin to straszna dziura – jęknął Stiffer. – Garnizon, fort na forcie…
– Masz nieaktualne informacje. – Naczelny pokręcił głową i uśmiechnął się z ironią. – Władze wojskowe podjęły decyzję o likwidacji twierdzy jeszcze w siedemdziesiątym trzecim. Teraz połowy fortyfikacji już nie ma. Pojedziesz tam i postarasz się dowiedzieć jak najwięcej!
– Ale do jutra to ja nie zdążę – znowu jęknął Maks.
– Żadne takie! – warknął naczelny. – Pojedziesz tam jutro z samego rana! Ciesz się, że ci od razu w pociąg nie każę wsiadać!
– Ale szefie! – Maks spojrzał na naczelnego z niedowierzaniem.
– Żadnego ale! Lada dzień porywacze mogą przysłać list z żądaniami. Musisz być na miejscu. Masz pociąg o ósmej rano! – dodał, nie dopuszczając Stiffera do głosu. – Zatrzymasz się w tym samym hotelu, z którego porwali tego gówniarza.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
1 Cug maścisty i sprzęgły – termin dla określenia doskonale dobranego pod względem budowy ciała i ruchu, a także maści, odcienia grzyw i ogonów koni w reprezentacyjnym zaprzęgu (wszystkie przypisy pochodzą od autora). [wróć]
2 Fürsten zum Land Hinaus! – pieśń powstała na Zamku Hambach w Nadrenii, w czasie tradycyjnego święta Hambacher Fest. Po raz pierwszy użyto wówczas czarno-czerwono-złotej flagi, która później stała się sztandarem Niemiec. Obok niej zaś wisiała polska flaga jako symbol solidarności z polskimi powstańcami. [wróć]
3 Landtag – Parlament Królestwa Prus. [wróć]
