Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bo koniec świata to dopiero początek przygody.
Świat, który znali jego mieszkańcy, dawno przestał istnieć. Po wielkiej katastrofie pozostały jedynie Ziemie Spalone – kraina pełna ruin, skażenia, wygasającej magii oraz zmutowanych stworzeń, dla których człowiek jest łatwą zdobyczą.
W samym sercu tego nieprzyjaznego świata budzi się Peregrinus. Nie pamięta swojego imienia, przeszłości ani powodów, dla których znalazł się pośród pustkowi. Wie tylko, że musi ruszyć przed siebie. Każdy kolejny krok przybliża go do prawdy, ale jednocześnie odsłania tajemnice, które być może powinny na zawsze pozostać pogrzebane.
Na swojej drodze spotka krasnoludzkich wojowników, tajemniczego elfa i mieszkańców osad walczących o każdy kolejny dzień. Razem przemierzą krainy pełne dwugłowych wilków, skażonych feniksów, smoków oraz śladów cywilizacji, która sama doprowadziła się do upadku.
W świecie, w którym magia powoli umiera, a jej miejsce zajmują stal, nauka i brutalna siła, nadciąga kolejne zagrożenie. Tym razem może nie pozostać już nic, co dałoby się ocalić.
„Magikalipsa: Kroniki Ziem Spalonych” to postapokaliptyczna powieść dark fantasy o poszukiwaniu własnej tożsamości, przyjaźni, poświęceniu i nadziei, która potrafi narodzić się nawet pośród popiołów.
W tej historii znajdziesz:
postapokaliptyczny świat połączony z klasycznym fantasy,
tajemniczego bohatera pozbawionego pamięci,
krasnoludy, elfy, dżiny i pozostałości dawnej magii,
zmutowane bestie i niebezpieczne pustkowia,
wielkie bitwy, dramatyczne wybory i trudne poświęcenia,
tajemnice przeszłości, od których zależy przyszłość świata,
mroczny klimat przełamany chwilami humoru i prawdziwej przyjaźni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 388
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla tych małych istot,
które marzą, czytając książki pod kołdrą
do trzeciej nad ranem.
Nie przestawajcie.
Jam jest czas – wielki niszczyciel światów.
W słowach tych pobrzmiewa coś więcej niż groźba. Jest w nich chłód nieuniknionego losu, ciężar przemijania i prawda, od której ludzkość od wieków próbuje odwracać wzrok. Czas nie zatrzymuje się dla nikogo. Nie pyta, czy jesteśmy gotowi. Nie ogląda sięza siebie. Przemierza nasze życie z obojętną siłą, krusząc imperia, zamieniając wielkie cywilizacje w pył, a najpotężniejsze marzeniaw ledwie słyszalne echo. Wobec niego wszyscy jesteśmy mali.
A jednak to nie czas jest jedynym bohaterem naszej historii.
Bo choć przemijanie zdaje się nieubłagane, człowiek wciąż posiada coś, czego nie wolno lekceważyć: wybór.
To właśnie wybory – codzienne, ciche, z pozoru nieistotne – wyznaczają kierunek, w którym podążamy jako jednostki i jako świat. To one decydują, czy wzmacniamy to, co dobre, czy karmimy to, co niszczy. Często wydaje nam się, że pojedynczy człowiek nie ma znaczenia wobec ogromu problemów, wobec machin historii, wojen, katastrof, kryzysów i błędów całych społeczeństw. Łatwo uwierzyć, że jesteśmy jedynie pyłem niesionym przez wiatr. Łatwo uznać, że nasze małe decyzje giną w hałasie wielkich wydarzeń.
A przecież świat nie zmienia się wyłącznie przez wielkie rewolucje i wielkie bitwy. Świat zmienia się także przez to, co robimy wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Przez to, co uznajemy za dopuszczalne.
Przez to, obok czego przechodzimy obojętnie.
Przez to, na co się godzimy.
Przez to, czemu się sprzeciwiamy.
Przez to, czy wybieramy wygodę, czy odpowiedzialność.
Przez to, czy mamy odwagę zrobić krok, choć wydaje się zbyt mały, by cokolwiek zmienić.
Żyjemy w epoce, w której łatwo poczuć bezradność. Każdego dnia słyszymy o kryzysach, wojnach, zatrutych rzekach, płonących lasach, umierających gatunkach i decyzjach podejmowanych ponad naszymi głowami. Widzimy, jak ludzie potrafią niszczyć to,co miało im służyć. Widzimy pychę, chciwość i krótkowzroczność, które każą wierzyć, że zasoby są niewyczerpane, że ziemia wszystko zniesie, że natura zawsze się odrodzi, a przyszłość jakoś sama sięo siebie zatroszczy.
W takim świecie łatwo stracić wiarę w sens działania.
Łatwo pomyśleć: co zmieni jedna osoba?
Co zmieni jeden głos?
Jeden gest?
Jedna odmowa?
Jedna odważna decyzja?
Właśnie temu pytaniu poświęcona jest ta książka. To opowieść o człowieku znikąd – o kimś zagubionym, wyrwanym z własnej rzeczywistości, pozbawionym pewności, pamięci, oparcia i prostych odpowiedzi. O kimś, kto nie jest herosem wykutym z legend,nie rodzi się z koroną na głowie ani z przeznaczeniem wypisanym na czole. To człowiek rzucony w świat pęknięty, poraniony i chory. W świat, który dawno temu utracił równowagę i od tamtej chwili próbuje jedynie przetrwać własny upadek.
A jednak to właśnie taki człowiek – samotny, przestraszony, niepewny, czasami słaby, czasami gniewny, zagubiony – staje się osią wydarzeń większych od niego samego.
Nie dlatego, że jest najpotężniejszy, lecz dlatego, że decyduje się iść dalej. To jest historia o świecie, który został zniszczony przez pychę, błędne decyzje, lęk i niezrozumienie. O świecie, w którym granica między bohaterstwem a rozpaczą bywa bardzo cienka,a dobro nie zawsze ma jasną twarz. O świecie, gdzie nawet najwspanialsze rasy i najstarsze królestwa nie potrafiły ocalić siebie przed konsekwencjami własnych czynów.
Ale przede wszystkim jest to historia o sprawczości.
O tym, że nawet w najbardziej mrocznych okolicznościach jedna osoba może stać się początkiem zmiany.
Nie zmieni wszystkiego od razu. Nie naprawi jednym gestem całego świata. Nie sprawi, że zło zniknie jak mgła o poranku.To nie jest opowieść o łatwych zwycięstwach ani o prostych morałach. To opowieść o odpowiedzialności, która przychodzi często w najmniej dogodnym momencie. O ciężarze, którego nikt rozsądny nie chciałby dźwigać. O cenie odwagi. O stracie. O pamięci. O tym, że czasem trzeba wejść w ciemność nie dlatego, że wierzy się w sukces, lecz dlatego, że nie można już dłużej stać bezczynnie.
Znajdziesz w tej historii bohaterów poranionych, niejednoznacznych, pełnych gniewu, winy, lojalności i tęsknoty. Takich, którzy walczą nie dlatego, że się nie boją, ale dlatego, że lęk przestał być wystarczającym powodem, by się zatrzymać. Takich, którzy niosą w sobie własne rany i mimo to potrafią stanąć po stronie czegoś większego niż oni sami. Ich droga nie będzie łatwa. Ich wybory nie będą czyste. Ich zwycięstwa nie będą wolne od ceny.
Bo taka jest prawda o prawdziwej przemianie: rodzi się z bólu, z wysiłku i z odwagi, by powiedzieć „nie” temu, co wydaje się nieuniknione.
Ta książka powstała również z potrzeby zadania pytania Tobie, Drogi Czytelniku.
Nie tylko o to, co zrobiliby bohaterowie.
Nie tylko o to, co wydarzy się dalej.
Lecz o to, co Ty zrobisz ze swoim własnym światem.
Jakie decyzje podejmujesz każdego dnia?
Na co się godzisz?
Co ignorujesz?
Co chronisz?
Co współtworzysz?
Być może nigdy nie przyjdzie Ci stanąć z włócznią w dłoni przeciwko ciemności nad pękającym światem. Być może nie usłyszysz głosu pradawnych bogów ani nie wkroczysz do królestw wykutych pod górami. A jednak każdego dnia uczestniczysz w czymś równie realnym: w tworzeniu przyszłości. Swojej własnej i tej wspólnej. Przez słowa, które wypowiadasz. Przez wybory, które podejmujesz. Przez obojętność albo zaangażowanie. Przez odwagę albo wygodę.
Każdy z nas zostawia ślad.
Nie zawsze wielki. Nie zawsze widoczny od razu. Czasem jest to ślad cichy, ledwie zauważalny, ale właśnie z takich śladów składa się droga całych pokoleń. Świat nie zmienia się wyłącznie przez tych, którzy stoją na jego szczycie. Często zmieniają go ci, których nikt nie brał pod uwagę. Ci, którzy mieli być zbyt mali, zbyt słabi, zbyt zwyczajni, by coś znaczyć.
A jednak znaczą.
Ty również znaczysz.
Nie jako abstrakcyjna „jednostka”.
Nie jako element statystyki.
Nie jako ktoś zamienny.
Lecz jako człowiek, którego decyzje mają ciężar.
Być może właśnie dlatego najbardziej fascynują mnie opowieści o nieznajomych. O tych, którzy nie przychodzą z gotową legendą, lecz muszą ją dopiero stworzyć. O tych, których nikt nie oczekuje, a mimo to stają się oni odpowiedzią na pytanie, którego świat sam nie umiał zadać. Nieznajomy niesie w sobie coś, co zarazem przeraża i pociąga: możliwość, że jeszcze nie wszystko zostało przesądzone.
W tej książce zapraszam Cię właśnie do takiej podróży.
Do świata niezwykłego, fantastycznego, a jednocześnie boleśnie bliskiego naszym własnym lękom i błędom. Do krainy, w której magia miesza się z ruiną, nadzieja ze stratą, a heroizm z ceną, któ-rej nie da się odzyskać. Do opowieści o losie, który nie spada z nieba jako łaska, lecz rodzi się z wyborów dokonywanych mimo strachu.
Zapraszam Cię do historii o Nieznajomym.
O człowieku, który nie wie, kim jest, ale musi odpowiedziećna pytanie, kim chce się stać.
O świecie, który został złamany, lecz nie przestał walczyćo sens.
O bohaterach, którzy odkrywają, że nawet w ruinach można odnaleźć godność, lojalność i odwagę.
O pamięci, która bywa groźniejsza niż broń.
O nadziei, która nie jest naiwnością, lecz aktem buntu przeciwko rozpaczy.
Wejdź więc ze mną na tę ścieżkę.
Przejdź przez pustkowia, ruiny, ciemne lasy i głębokie komory wykute w sercu gór. Posłuchaj pieśni tych, którzy zostali zapomniani. Spójrz na tych, którzy walczą, choć nie wierzą już w łatwe ocalenie. Zobacz, jak jeden człowiek może wpłynąć na los świata nie dlatego, że jest wolny od słabości, lecz dlatego, że mimo słabości wybiera działanie.
A kiedy zamkniesz tę książkę, mam nadzieję, że zostaniesz nie tylko z pamięcią o tej opowieści, ale i z pytaniem, którego nie da się łatwo uciszyć:
Co możesz zmienić już dziś, zanim czas znów upomni sięo swój dług?
Zapraszam Cię w podróż z Nieznajomym.
Przez rozdroża tego niezwykłego świata.
Przez mrok i ogień.
Przez stratę i wybór.
Przez pamięć i odpowiedzialność.
Być może odnajdziesz w niej więcej niż historię.
Być może odnajdziesz w niej także siebie.
Autor
Otworzyłem oczy i od razu uderzył mnie blask słońca. Oślepiający blask. Natychmiast ukryłem twarz w dłoniach. Chwilę potrwało, zanim choć trochę przyzwyczaiłem się do światła. Uchyliłem ponownie powieki i rozejrzałem się naokoło. Leżałem oparty o niewielką skałę, obok której rosły drzewa.
– O fuck. To nie drzewa! – krzyknąłem. I faktycznie. To, co stało obok głazu, może kiedyś drzewami było, ale teraz to po prostu wykute z kamienia kłody. Bez liści i życia.
– Gdzie do diabła jestem?! – krzyknąłem sam do siebie. Gdzieś czytałem, że takie werbalne wyrzucenie uczuć pomaga. Mnie nie pomogło. Głowa pulsowała w niemiłosiernym bólu. Coś jak połączenie kaca po kilkudniowym piciu i upadku z trzeciego piętra. Musiałem się ogarnąć.
Co się ze mną dzieje… Ostatnie, co pamiętałem to… pustka. Nie miałem pojęcia, skąd się tu wziąłem. Oczy coraz bardziej przyzwyczajały się do intensywności światła. Mogłem się przyjrzeć otoczeniu. Z trudem się podniosłem. Okazało się, że nie tylko głowa mnie bolała. Kolana miałem zdarte do krwi, choć ta już zaschła. Bolały mnie uda i łydki. W sumie, to bolało mnie całe ciało. Co za dziwne uczucie. Niczym grypa. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie pamiętałem swego imienia. Słowo, które kiedyś do mnie należało, rozmyło się gdzieś między pulsującym bólem a tym cieniem pamięci, który pozostał po pustce. Próbowałem sięgnąć do wspomnień niczym po jakąś niewidzialną gałąź, ale ręka zgarniała tylko kurz. Potrafiłem przypomnieć sobie zdolność do paniki i bezradności, ale imię… imię było puste.
Przez chwilę siedziałem bez ruchu, wpatrzony w bezkres, który rozciągał się wokół – niskie ruiny wystawały jak zęby roztrzaskanego zwierciadła, kamienne kikuty drzew sterczały pod kątem, bez listowia. Wstałem, a pod nogami skrzypiały niskie, cierniowe krzaki, pył tańczył w powietrzu, osiadając na skórze i włosach. Ciszę przerywał jedynie daleki metaliczny szelest – może wiatru, a może to umysł płatał mi figle.
Nagle, jakby wyrosły spod ziemi, pojawiły się przy skale dwie postacie. Były niskie, zgarbione, o zwartych sylwetkach. Ubrane w grube, skórzane zbroje z małymi metalowymi płytkami, które pomimo że całe pokryte rdzą, dalej odbijały blask słońca. Na głowach miały hełmy ozdobione parami krótko ściętych rogów. Z twarzy wystawało im coś na kształt masek przeciwgazowych – półprzyłbice z rurami, które biegły w dół i znikały w metalowych plecakach. Nagle jakbym znalazł się w środku sesji RPG. Niepomni mego oszołomienia, mężczyźni stanęli stanowczo obok mniei omietli wzrokiem małe zagłębienie, w którym się obudziłem. Usiadłem jakby pod naporem ich metalicznego wzroku. Masakra – pomyślałem, a oni zbliżyli się jeszcze bardziej. No to pozamiatane. Zginę w jakiejś norze zabity przez dwóch obszarpańców, którzy urwali się z piwnicy mamy. Serce podeszło mi do gardła. Pomimo, że czułem strach… a i chyba lekko się posikałem, wykrztusiłem z siebie:
– Kim… kim jesteście?
Jeden z nich uniósł rękę, jego druga ręka spoczęła na toporku zatkniętym za pas. Głos, którym przemówił, był niski, suchy, z wyraźnym chrapliwym akcentem, który pasował do jego wyglądu. Lecz, o dziwo, również przyjacielski.
– Spokojnie, nie obawiaj się. Nie jesteśmy tu po to, by cię skrzywdzić – powiedział.
Przez kilka sekund obserwowali mnie uważnie, ich oczodoły wydawały się puste za metalowymi okularami masek. Wtedy drugi z nich odsunął ramię od plecaka i zaczął powoli odczepiać ruręod frontu maski. Robił to powoli, ogniwo po ogniwie. Pierwszydo niego dołączył. Metalowe zatrzaski stuknęły i obie maski zostały ściągnięte.
Pod nimi nie było potwornych łbów, nie było bezlitosnych mechanizmów – twarze, które wyłoniły się spod przyłbic, były… ludzkie, choć o surowych rysach. Krótsze niż u zwykłych ludzi, z grubymi karkami. Ich brody były splątane, włosy przycięte krótko. Skóra miała odcień ziemi, oczy błyszczały przenikliwie. Wyglądali na osoby, które wiele przeżyły, wykuwane przez ciężkość tego dziwnego świata, w którym się obudziłem.
– Hej, przybyszu! – odezwał się pierwszy ze ściągniętą maską, a jego ton zmiękł. – Nie panikuj, bracie. Jesteśmy Rugar i Ragur. Ktoś tu ewidentnie na nasz widok się wystraszył. – Obaj się roześmiali. – I troszkę posikał – dodał drugi, wskazując na moje spodnie.
– A my… my szukamy tylko przyzwoitej rozmowy, a nie kolejnych trupów.
– To jeszcze raz, tak jak należy. Jestem Rugar – przedstawił się, stukając pięścią o swoją pierś.
– A ja Ragur – dodał drugi, robiąc ten sam gest. – Krasnoludy, jeśli pytasz.
W sumie to nie zapytałem, ale miło wiedzieć, że posikałem się przed dwójką niskorosłych– pomyślałem.
– Po wyrazie twej twarzy widać, że chyba nam nie wierzysz. Faktycznie jesteśmy dosyć wysocy w porównaniu do naszych pobratymców. – Spojrzeli po sobie. – Lecz zapewniam. Jesteśmy prawdziwymi synami Turuka1.
Przez moment milczałem, badając ich spojrzenia. W odpowiedzi na moje milczenie Rugar przechylił się nieco, jakby chciał sprawdzić, co się ze mną dzieje.
– Co cię tu przywiodło, nieznajomy? – spytał łagodnie. – Jak się nazywasz?
Pustka w mojej głowie rozlała się jak mętne jezioro. Oczy powróciły do ruin, do cierniowych krzewów, do nieba pełnego kurzu. Imienia nie było. Odpowiedź wyschła mi w ustach jak wodana słońcu.
– Nie wiem – wyznałem w końcu, głosem, który zabrzmiał obco nawet dla mnie. – Nie pamiętam… nic poza bólem.
Rugar i Ragur spojrzeli po sobie krótko, a potem na ustach Rugara pojawił się uśmiech, który miał w sobie wiele ciepła, co było niesamowitym kontrastem z jego niebezpiecznym wyglądem.
– W takim razie, póki pamięć nie wróci, będziemy cię nazywać „Peregrinus”, co w naszej mowie znaczy „nieznajomy bez imienia” – mruknął Ragur. – Usiądź bliżej. Mamy w plecakach coś do picia i opatrunki. A potem opowiemy ci troszkę o tym miejscu. Nazywa się Zahlung.
– Czyli jesteście krasnoludami jak u Tolkiena albo Pratchetta? – zapytałem.
– Kim jest Tol-kien? – zapytał Rugar.
– Kim jest Prattttt-et? – dodał Ragur.
– Tolkien. Pratchett. Dobra, nieważne. Chodziło mi o to, że krasnoludy pojawiają się w ich opowieściach.
– Aaaa. – Obaj pokiwali głowami ze zrozumieniem. – Mówisz o dawnych skrybach ze swych stron opisujących wyczyny naszych pobratymców. Nasz lud zawsze trafiał na strony ksiąg w przeszłości.
– A teraz? Nie trafiacie? – zapytałem. Choć nie wiem, czy chciałem usłyszeć odpowiedź.
Rugar spojrzał na Ragura. Położył mu dłoń na ramieniu, a w kąciku oka pojawiła się łza.
– Teraz, Peregrinusie, nie ma już skrybów ani ksiąg. Teraz liczy się tylko przetrwanie. – Po tych słowach padli sobie w ramiona i obaj zapłakali.
Cóż za abstrakcyjna scena – pomyślałem. Dwóch krasnoludów ubranych od stóp do głów w coś, co można by opisać jako połączenie zbroi z ubraniem stalkera, obejmuje się i płacze z powodu braku osób, które mogłyby opisać wyczyny ich ludu. W sumie. Całkiem krasnoludzkie. No może poza płaczem.
– Słuchajcie. Przecież musi być ktoś, kto pamięta, jak łączyć litery albo runy, aby opisać wasze wielkie czyny. – Nie do końca wiedziałem, czy są jakieś czyny do opisania, ale uznałem, że w tym momencie lepiej ich dalej nie rozckliwiać.
– Niestety – odpowiedział Rugar, ocierając łzy. – Nawet gdyby ktoś taki się ostał. To Wielki Król Arab-za Gul…
– Niech Turuk zawsze czuwa nad jego brodą – wtrącił Ragur.
– …zakazał spisywania jakichkolwiek czynów. Gdyż przestaliśmy być godni – dokończył pierwszy z krasnoludów.
– Godni? Jak możecie nie być godni? Nie rozumiem.
– To długa i nużąca opowieść. Nasz upadek jako rasy. Nie jest teraz czas ani miejsce na takie rozmowy – odpowiedział Rugar.
– Bracie. Spójrz. – Ragur poklepał swego kompana po hełmiei wskazał palcem w dal. Obaj wytężyliśmy wzrok, aby przebić się przez blask słońca i dojrzeć to, na co wskazywał Ragur. W oddali widać było kłęby piasku unoszące się wysoko pod nieboskłon.
– Dżiny wywołały burzę piaskową. Musimy szybko znaleźć schronienie albo nas pożrą! – wykrzyknął krasnolud. Nagle, jakby ktoś wydał magiczny rozkaz, zaczęliśmy biec w stronę niewielkiej jaskini, która znajdowała się obok skały, przy której mnie znaleźli. Pomimo bólu w każdej części ciała uznałem, że wolę cierpieć w ten sposób niż być pożartym przez Dżiny, które tak naprawdę nie istniały, ale nie był to dzień, aby to udowadniać. W ostatniej chwili oddech gorącego, suchego powietrza wessał nas do wnętrza, zanim zasłona piasku i wrzasków opadła za naszymi plecami. Nisza, która z zewnątrz wyglądała na płytką wnękę, okazała się pionową szczeliną prowadzącą w dół – w chłód i ciemność. Upadliśmy na kolana i łapaliśmy powietrze, które smakowało jak metal. Z zewnątrz dochodził nie tylko ryk wiatru; nad nami zawisł chór torturowanych dźwięków – krzyki, śmiech i jęki splecione w jedno. To nie był zwykły wiatr. To była burza złożona z cierpienia. Mózg mi wirował.
– To szaleństwo! – krzyknąłem.
Rugar odłożył maskę. Jego twarz w półmroku była blada i surowa.
– Zahlung – zaczął twardo – to kiedyś nie była tylko pustynia kamieni. Kiedyś…
Przerwał mu bulgoczący warkot, który nie dochodził z zewnątrz, lecz wypełzł z głębi tunelu za naszymi plecami. Zapach uderzył mnie fizycznie, zmuszając do odruchu wymiotnego – słodkawa woń zgniłego mięsa zmieszana z ostrym, zwierzęcym potem i stęchłą sierścią. To był zapach… śmierci.
Z ciemności, z głównego korytarza jaskini, wyłoniły się najpierw dwa żółte punkty. Nie odbijały światła – same je emitowały, fosforyzujące i nienaturalnie wytrzeszczone. Potem kolejna para, nieco niżej i bliżej siebie. Wreszcie sylwetka, która wypełniła wejście do naszej niszy. Wilk. Ale to słowo nie oddawało sprawiedliwości tej istocie. Był wielki jak niedźwiedź, jego grzbiet musnął niski strop, strącając deszcz pyłu i odłamków. Jego sierść nie była jednolita – płaty czarnego, zmatowiałego futra sąsiadowały z łysinami skóry pokrytej strupami i lśniącymi, różowymi bliznami. Miał dwie głowy osadzone na potwornie grubych, umięśnionych szyjach.
Lewa głowa była zdeformowana. Jej pysk był skrzywiony, jakby ktoś raz ją zmiażdżył i źle złożył. Jedno oko było półzamknięte, przesłonięte białą, mętną blizną. Ślina, gęsta i ciągnąca się jak śluz, sączyła się z kącika pyska, skapując na kamień z cichym sykiem, jakby była żrąca. Prawa głowa wyglądała na o wiele groźniejszą. Jej oczy płonęły nieludzką, żółtą furią. Śledziła nas, analizowała. Jej kły, długie i żółte, były odsłonięte w cichym warkocie, który wibrował w powietrzu. Na szyjach obu głów, tam gdzie futro się urywało, widać było grube, zniekształcone i zesztywniałe kawałki skóry i metalu – ślady po łańcuchach? Po obroży?
– Za Turuka! – ryknęli Rugar i Ragur niemal w jednym momencie. Ich głosy, zwykle tak różne, teraz zlały się w jeden basowy pomruk, który przeciął wrzawę burzy i bulgot bestii. To nie był okrzyk bojowy – to była deklaracja. Zaprzeczenie strachowi.
Potwór ruszył. Nie był niezgrabny. Mimo swej masy poruszał się z przerażającą szybkością. Jego łapy, zakończone pazurami długimi jak moja dłoń, zadudniły po kamieniu.
Rugar i Ragur nie czekali. Działali jak dwie połówki tego samego mechanizmu. Ragur skoczył w lewo, w stronę zwalonego filaru, Rugar w prawo, za ostrogę skalną. Rozdzielili się, zmuszając bestię do wyboru celu. Przez sekundę dwugłowy potwór zawahał się – lewa głowa, tępa i gnijąca, zwróciła się za Rugarem ukrytym za ostrogą, podczas gdy prawa, bystra, śledziła Ragura.
To zamieszanie trwało ułamek sekundy, ale krasnoludom wystarczyło. Ragur, ten od ognia w oczach, wysunął się z ukrycia. Pobiegł wzdłuż ściany, a jego niskie, muskularne ciało było niesamowicie sprężyste. Wilk, zaskoczony tym ruchem, odwrócił prawą głowę, by go ścigać wzrokiem, odsłaniając na moment bok.
Rugar wykorzystał to bez namysłu. Wykonał krótki, potężny zamach i cisnął swój topór w prawą przednią łapę potwora. Broń nie poleciała jak włócznia – Rugar rzucił ją z bliska, z okrętu, nadając jej straszliwą rotację. Topór warknął w powietrzu i z ogłuszającym trzaskiem wbił się w staw łapy.
Rozległ się dźwięk łamanego drewna i miażdżonych kości jednocześnie. Bestia zawyła – a był to dźwięk tak potworny, że poczułem, jak pęka coś wewnątrz mnie. To nie był ryk zwierzęcia.W tym wyciu była nie tylko wściekłość, ale i niewyobrażalny ból,i coś jeszcze… coś jakby skarga. Prawa łapa załamała się pod ciężarem uderzenia, palce z pazurami zgrzytnęły o kamień. Potwór zatoczył się, tracąc równowagę.
Ale to była dopiero pierwsza krew. Krasnoludy nie świętowały. Ragur był już w ruchu. Podczas gdy bestia skupiała się na złamanej kończynie i na Rugarze, który teraz, uzbrojony tylko w krótki, szeroki tasak, czekał w gotowości, Ragur wspiął się po zwalonym filarze jak po drabinie i skoczył.
Nie na grzbiet. To byłoby samobójstwo. Skoczył w bok, na krótką szyję lewej, zdeformowanej głowy. Jego topór, lżejszy i smuklejszy od topora Rugara, błysnął. Cios był zadany z chirurgiczna precyzją. Ostrze wbiło się w podstawę czaszki tam, gdzie szyja łączyła się z łopatką. Ragur nie ciął – wbił i szarpnął, odrywając się od bestii, i wylądował w kucki kilka kroków dalej.
Lewa głowa wydała z siebie bulgoczący, zduszony skowyt.Jej żółte oko zaszło krwią. Mięśnie szyi drgnęły spazmatycznie,a cała głowa opadła bezwładnie na pierś, ciągle przyczepiona,ale już martwa. Bezużyteczny ciężar.
Śmierć jednej głowy nie zabiła bestii. Prawa, teraz jedyna świadoma, zawyła z czystą, niepohamowaną furią. Jej żółte oczy rozbłysły jak małe słońca. Zapomniała o złamanej łapie, o bólu. Całą swoją nienawiść skierowała na Ragura, który był teraz najbliżej.
Rzuciła się na niego. Masa ciała, choć rannego, nadal była przytłaczająca. Ragur próbował uciec, ale potknął się o wystającą skałę. Potwór runął na niego, a jego zdrowa przednia łapa uderzyła jak młot kowalski. Pazury rozerwały skórzany napierśnik Ragura i wbiły się w mięśnie klatki piersiowej. Krasnolud wydał z siebie zduszony, chrapliwy jęk, a krew, ciemna i gęsta, buchnęła spod pazurów.
– Bracie! – ryknął Rugar.
Zapomniał o ostrożności, o taktyce. Poruszony widokiem rannego Ragura, ruszył do frontalnego ataku. Jego broń, mizerna w porównaniu z bestią, błysnęła. Rugar nie ciął w pysk czy oczy – rzucił się pod bestię i z całą siłą wbił ostrze w brzuch wilkołaka.
To nie był czysty cios. Brzuch bestii był twardy, pełen zgrubiałej skóry i blizn. Ostrze wbiło się głęboko, ale utknęło. Rugar szarpnął, by je uwolnić. Wnętrzności wypłynęły, tworząc groteskowy obraz. Potwór, choć śmiertelnie ranny, miał jeszcze resztki życia. Zdrowa łapa uderzyła z góry niczym cep. Pazury wpiły się w plecy Rugara, rozerwały płaszcz i skórę, sięgając mięśni. Rugar krzyknął z bólu i odskoczył, pozostawiając broń wbitą w bestię. Krew trysnęła z rany na jej brzuchu strumieniem – czarna, lepka, śmierdząca siarką i zgnilizną.
Bestia zachwiała się. Krew z brzucha i z rany po toporze w łapie tworzyła pod nią kałużę. Ragur, dysząc i przyciskając dłoń do rany na piersi, poderwał się. Jego twarz była blada, ale oczy płonęły. Podniósł swój topór, który upuścił podczas upadku.
Wilkołak stał teraz na trzech łapach, dygocąc. Jego żywa głowa opadła nisko, ślina kapała z pyska na ziemię, mieszając się z krwią. Żółte oczy, choć wciąż pełne nienawiści, mgliły się. Śmierć nadchodziła.
Rugar, zlany krwią z własnej rany na plecach, dołączył do brata. Stanęli ramię w ramię, choć obaj ledwo trzymali się na nogach.
– Teraz! – warknął Rugar, choć w jego głosie nie było gniewu.
Ruszyli razem. Nie sprintem, ale pewnym, ciężkim krokiem kata. Bestia próbowała się cofnąć, ale ze złamaną łapą nie dała rady. Uniosła głowę, by kąsać, ale jej ruchy były już słabe i spowolnione.
Ragur z prawej, Rugar z lewej – mimo ran poruszali się w perfekcyjnej synchronizacji. Topór Ragura opisał łuk w powietrzu, błyskając w fosforyzującym półmroku. Ostrze trafiło w szyję żywej głowy z góry, tuż za czaszką. Rozległ się suchy, miażdżący trzask kręgosłupa.
W tej samej chwili Rugar, choć bez swego głównego oręża, znalazł inny. Podniósł z ziemi ostry, długi odłamek skały, który oderwał się ze stropu. Nie był to topór, ale w dłoniach krasnoluda stał się śmiertelną bronią. Skoczył i z całej siły, z okrzykiem, wbił kamienny sztylet w bok szyi bestii, tuż obok rany od topora Ragura.
Dwa ciosy. Dwa stłumione odgłosy cięcia i miażdżenia. Prawa głowa potwora zakończyła swój wściekły skowyt nagle, urwanym charkotem. Oczy zgasły. Obie głowy opadły bezwładnie. Kolosalne ciało zadrgało, nogi się poddały i bestia runęła na bok z hukiem, który wstrząsnął podłogą jaskini. Drgania, konwulsje, potem spokój. Tylko krew wciąż sączyła się z wielu ran, wsiąkając w chłonny piach wyściełający jaskinię.
Cisza, która zapadła, była „głośniejsza” niż ryk burzy. Tylko ciężki, świszczący oddech rannych krasnoludów i mój własny, szybki jak u schwytanego ptaka, wypełniał przestrzeń.
Rugar pierwszy się poruszył. Potoczył się do Ragura, który osunął się na kolana, wciąż przyciskając pierś.
– Żyjesz? – charknął Rugar, szukając rany pod rozdarciem zbroi.
– Trochę dziabnięty… – wykrztusił Ragur, uśmiechając się krzywo przez ból. – Ale… z nim jest… gorzej. – Powiódł wzrokiem na truchło wilkołaka.
Patrzyli na siebie przez chwilę. Dwóch rannych wojownikóww morzu krwi i potworności, i w tym spojrzeniu była cała historia ich braterstwa – strach o drugiego, ulga i zmęczenie.
I wtedy, gdy ich oddechy nieco się uspokoiły, stało się coś, co wyrwało mnie z odrętwienia. Ciało wilkołaka… zaczęło się zmieniać. Nie rozpuściło się, nie zamieniło w pył. To była powolna, makabryczna metamorfoza. Futro zaczęło wsiąkać w skórę, jakby było z cieczy. Potężne łapy kurczyły się, kości trzeszczały i przemieszczały się z odgłosami, od których zakręciło mi się w żołądku. Dwie szyje wciągnęły się w tułów, a potworne głowy… zmniejszały się, traciły zwierzęce kształty.
Tam gdzie jeszcze sekundy temu leżało monstrum, było teraz… ciało człowieka. Nagiego, pokrytego strasznymi ranami – śladami po pazurach i głębokimi cięciami, które odpowiadały ciosom zadanym przez krasnoludy. Ale były też inne rany – starsze. Oparzenia. Dziwne, wrzodziejące zmiany na skórze, które przypominały… przypominały obrażenia popromienne, jakie widziałem w dokumentach o Hiroszimie. Twarz tego człowieka – bo to była twarz mężczyzny w średnim wieku, o szlachetnych, choć zniekształconych cierpieniem rysach – była wykrzywiona ostatnim grymasem bólu. W jego zaciśniętej dłoni wciąż tkwił kawałek metalowego łańcucha.
– Co do diabła! – wykrzyknąłem, odskakując instynktownie. Głos mi się łamał. – To… to był człowiek?
Rugar, nie odrywając wzroku od zwłok, skinął głową. Jego twarz była kamienna.
– Widzisz, Peregrinusie – powiedział głosem zachrypłym od wysiłku i czegoś głębszego… żalu? – To właśnie jest Zahlung. Tu nie ma czystych potworów z legend. Tu są… ofiary. Skaza, która targa ziemią, nie tylko zatruwa powietrze i wodę. Wnika w żywe istoty. W ich umysły, w ich ciała. Tępi je, wypacza, miesza z bestiami, z którymi być może kiedyś walczyli… albo którymi się stawali z rozpaczy. Ten… – Wskazał toporem na zwłoki. – …mógł być żołnierzem lub zwykłym wieśniakiem. Skaza go dopadła. Przez lata żył w tym ciele, w tym bólu, w tym szaleństwie. A my… my musimy im przynosić ulgę. To nasza służba. I nasza klątwa.
Podniósł wzrok na mnie, a w jego oczach, do tej pory tak pełnych ognia, było tylko głębokie, bezdenne zmęczenie.
– Pieśni o chwale? Bohaterstwie? – prychnął gorzko. – To jest Zahlung. Walka, krew i zapomnienie. A czasem… czasem jedyne, co możesz zrobić dla potwora, to przypomnieć mu, że kiedyś był człowiekiem, i dać mu spokój. – To mówiąc, podszedł do zwłok, zdjął swój podarty płaszcz i delikatnie, z szacunkiem, którym mnie zaskoczył, nakrył nim zniekształcone ciało.
Stałem tam, przytłoczony nie tylko przemocą walki, którą widziałem, ale i jej tragicznym, ludzkim (a może już nieludzkim) finałem. Krwawa łaźnia, którą przeszły krasnoludy, nie była triumfem. Była eutanazją. Aktem brutalnego miłosierdzia w świecie, który zapomniał, czym jest łaska. Poczułem się bezużyteczny. Przerażony przybysz, który niczego nie rozumiał.
***
Okazało się, że krasnoludy były równie sprawne w opatrywaniu ran, jak w walce. Pomimo że, dla takiego laika jak ja, ich rany wyglądały niczym z horroru, to w mgnieniu oka zajęli się sobą. Gdy zdjęli uszkodzone zbroje, grube wełniane kaftany oraz koszule, mogłem się przyjrzeć ich ciałom. Były prawie w całości pokryte bliznami. Najbardziej jednak zaimponowała mi ich odpornośćna ból. Ani jeden ani drugi nawet nie jęknął, gdy zszywali sobie rany. Co innego ja.
– Uważaj, przyjacielu – mówił Rugar, gdy dostrzegł, jak krzywię się z bólu. – To tylko chwilowy dyskomfort. Musimy zająć się tym, zanim wda się zakażenie.
Patrzyłem na ich twarze, które mimo surowych rysów, emanowały jakąś niespodziewaną troską. Opatrzyli mi kolana i różne inne obtarcia. Z ich pomocą poczułem się nieco pewniej, jakby na chwilę zniknął strach, który wcześniej mnie paraliżował. Ragur zawiązał opatrunek na moim kolanie, a jego oczy spotkały się z moimi.
– Nie jesteś sam, Peregrinusie – powiedział, a jego głos brzmiał jak ciepło ogniska w zimny wieczór. – W tym świecie każdy walczy o przetrwanie.
Kiedy w końcu opatrzyli moje rany, usiedliśmy w kręgu, z dala od miejsca walki. Cisza w jaskini była przytłaczająca, przerywana jedynie odgłosami burzy na zewnątrz. Wciąż byłem zszokowany tym, co zobaczyłem, a widok ciała człowieka, który dopiero co miał być potworem, nie dawał mi spokoju.
Spojrzałem na Rugara i Ragura, a gdy przemówiłem, w moim głosie zabrzmiał niepokój.
– Co się stało z tym światem? – zapytałem, wskazując na zwłoki, które teraz leżały w cieniu. – Jak to możliwe, że coś takiego… może po nim chodzić?
Krasnoludy wymieniły spojrzenia, a ich twarze stały się poważne.
– Przyjacielu. To, co stało się na powierzchni, było okropne – zaczął Rugar. – Jak by to opisać…
– Ja wiem, ja wiem – wtrącił się chaotycznie Ragur. – Byliśmy wtedy w kopalni Tana Kaliego Mardsona. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, bo znalazłem wtedy ten duży diament.
– Ja go znalazłem i to ja opowiem tę historię – ryknął ze złością Rugar, po czym Ragur zamrugał i obrażony usiadł, krzyżując ręce i wystawiając język na znak protestu.
– To mi się trafili towarzysze – bąknąłem pod nosem. Po czym dodałem już głośno. – Na pewno obaj opowiecie tę historie równie ciekawie. To jak to było z tym światem? – Spojrzałem na Rugara.Rugar wziął głęboki oddech, a jego oczy zabłysnęły w ciemności jaskini, jakby wspomnienia, które miały się zaraz ujawnić, były zbyt ciężkie do uniesienia.
– W kopalniach Tana Kaliego Mardsona – zaczął poważnym głosem. – Od lat czerpaliśmy bogactwa z ziemi. Żyliśmy w spokoju, niezbyt interesując się tym, co działo się na powierzchni. Generalnie mało nas interesowały sprawunki wysokich ras. Pewnego dnia poczuliśmy drgania ziemi, jakby potężny stwór budził się z głębokiego snu. Na początku pomyśleliśmy, że to tylko zwykłe wstrząsy, ale z dnia na dzień było gorzej.
Zamknąłem oczy, próbując wyobrazić sobie tamten czas. Ciemność kopalni, hałas narzędzi i odgłosy krasnoludów, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej zaniepokojone.
– Po kilku dniach król wysłał pierwszych zwiadowców na powierzchnię – kontynuował Rugar, a jego głos drżał od emocji. – Powrócili z opowieściami o zniszczeniu. O ogniu, który spalił niebo, o trujących chmurach, które zabijały wszystko, co żywe na ich drodze. Mówili o miastach, które zapadły się pod ziemię, o dziwnych istotach i mnóstwie trupów.
Słuchałem z rosnącym przerażeniem. Obraz, który malował Rugar, zaczynał mi coś przypominać. Jakby…
– Kiedy i my dotarliśmy do powierzchni, to, co zobaczyliśmy na własne oczy, było nie do opisania – kontynuował, a jego głos stał się ledwie szeptem. – Ziemia była martwa. Wszędzie unosił się pył, a niebo było szare, jakby słońce nigdy już nie miało zajaśnieć. Widzieliśmy zgliszcza dawnych cywilizacji. Spotkaliśmy też naszych pobratymców, którzy podróżowali i nie byli z nami pod ziemią. – W tym momencie łzy pojawiły się w oczach tego twardego wojownika. – Stało się z nimi coś okropnego. Ich włosy zaczęły wypadać. Na skórze pojawiły się jakby oparzenia. Niektórzy zmarli od razu, a inni w męczarniach. Był to widok, który trudno opisać słowami. Uznaliśmy, że musimy natychmiast wracać pod ziemię.
Obserwowałem mych towarzyszy z niemym strachem.
– Zagłada nuklearna. To musiała być broń nuklearna. Lecz ja? Kto? Dlaczego? – Niczego nie rozumiałem, a krasnolud mówił dalej, nie zwracając uwagi na wyraz mojej twarzy.
– I tak czekaliśmy na jakieś decyzje. Minęło kilkanaście kolejnych dni i wtedy Głos Turuka naszej kopalni przemówił: „Teraz nastał czas próby. Nasz wielki Turuk doświadczył nasz świat. Wielu z nas oszczędził, abyśmy dostrzegli błędy w naszym rozumowaniu. Skupieni na bogactwie, zatraciliśmy się w nim. Teraz wszystko chyli się ku upadkowi lub już upadło. Nie zjemy diamentów ani złota. Na nas musi teraz spaść odpowiedzialność za świat nad nami, gdyż to my go zniszczyliśmy”.
– Tak właśnie powiedział – zakończył cytowanie krasnolud. – Następnie Tan zaczął wysyłać zwiadowców, aby przeczesywali świat w poszukiwaniu ocalałych. Niestety, wielu z nich wracało z pustymi rękoma i po jakimś czasie umierali. Okazało się, że powietrze jest skażone i pomimo, że znosimy dużo więcej niż inni, nawet dla nas było to zbyt trudne.
– Opad radioaktywny i promieniowanie – powiedziałem głośno, a krasnoludy spojrzały na mnie, jakbym mówił w obcym języku.
– Nie wiem, czym są te słowa, które wymawiasz – powiedział Rugar.
– Yyy. Przepraszam. Kontynuuj, przyjacielu. – Krasnolud splunął śliną wymieszaną z pyłem jaskini i kontynuował swą opowieść.
– Przywódca Cechu Ognia zaczął rozmyślać nad tym problemem i po jakimś czasie stworzył te maski. – Tu wskazał na urządzenie leżące obok plecaka. – Wykorzystał najczystszy węgiel z najgłębszych pokładów kopalni. Dzięki temu możemy pozostawaćw terenach z najgorszym morowym powietrzem dużo dłużej niż wcześniej.
Wykorzystałem chwilę przerwy i zapytałem:
– Kim jest „Głos Turuka” oraz czym jest „Cech Ognia”?
– Zapomniałem, przybyszu, że jesteś obcy. Głos Turuka to kapłan naszego Stwórcy. A Cech Ognia to, jakby przełożyć na język bardziej ci zrozumiały, Cech Kowali.
Teraz wszystko jasne – pomyślałem i kiwnąłem głową.
– Jak dawno się to wszystko wydarzyło?
Krasnolud spojrzał na Ragura. Ten odpowiedział:
– Będzie ze sto wiosen temu.
Sto lat… – pomyślałem.
– I udało się wam coś zmienić? Kogoś ocalić?
Na twarzach wojowników pojawił się grymas wstydu.
– Na początku wielu z nas zabrało się do zadania. Wyruszyli wraz ze Spisywaczami, którzy mieli uwiecznić ich chwalebne czyny. I tu pojawił się problem. Dla większości nie liczyła się faktyczna pomoc innym, ale sprawienie, by było co zapisać w księgach. I gdy oni narażali życie w pogoni za potworami i coraz to nowymi przygodami, niewinni ginęli. To sprawiło, że nasz wielki król się wściekł. Zakazał spisywania naszych czynów i zabronił polowania na potwory. Od tej pory krasnoludy mogły zabijać stwory wyłącznie w samoobronie lub w obronie innych. A w kolejnym dekrecie stworzył nas. – Poklepał się po piersi. – Łowców. Jesteśmy osobnym klanem złożonym z trzystu najsilniejszych wojowników, jakich posiadały wszystkie klany. Podzieleni w dwuosobowe drużyny, przemierzamy pustkowia i zabijamy potwory, licząc, że król zdejmie zakaz spisywania naszych czynów.
– Dlaczego to spisywanie jest tak ważne? – zapytałem i poczułem się jak ignorant. Na szczęście żaden z moich nowych druhów tak nie pomyślał.
– Widzisz, Peregrinusie. Na końcu naszej drogi, gdy staniemyu wrót domostwa Turuka, nasze czyny będą oceniane. Jeśli nie będą spisane, to umkną i nie będzie nam dane pić miodu i piwa wrazz naszymi przodkami. Przepadniemy w niepamięć.
Zacząłem wyobrażać sobie, jak zastępy niskich wojowników siedzą przy długich stołach, które uginają się od jadła i napitków.
– Czy Król powiedział, ile ma trwać ten zakaz?
– Ze smutkiem muszę przyznać, że nie. I tak przychodzi nam podróżować i czynić dobro, a Turuk się o tym nie dowie u kresu naszych dni – odpowiedział Ragur.
– Zaraz, zaraz. Ten zakaz dotyczy krasnoludów?
– Tak. Członków każdego klanu. Bez wyjątków.
– No, poza nomadami. Ci nie znają żadnych praw – dodał Rugar. Po czym obaj splunęli z pogardą.
Muszę zapamiętać, aby dopytać ich później o klany i o tych nomadów – pomyślałem, po czym dodałem już na głos:
– Czyli te przepisy mnie nie dotyczą?
– Nie rozumiem, przyjacielu. Do czego dążysz?
– Do tego, że skoro zakaz mnie nie dotyczy, to mogę spisywać wasze czyny. Przynajmniej do momentu, aż się rozstaniemy – powiedziałem i pomyślałem: A nie nastąpi to szybko, bo nie mam zamiaru umierać.Ponownie spojrzałem na zwłoki leżące w kącie jaskini.
– To oszustwo. Prawo dotyczy nas jako krasnoludów. Nie możemy mieć spisanych czynów – odezwał się rozgniewany Ragur.
– Poczekaj, bracie – uspokajał go Rugar. – To, co mówisz, niedo końca jest prawdą. Zakaz mówi wyraźnie o uwiecznianiu czynów przez Spisywaczy. Peregrinus nie jest Spisywaczem. Niema tam słowa o tym, że obcym nie wolno tego robić.
Ragur się zamyślił. Po czym, już nieco spokojniejszym tonem, powiedział:
– Jeśli chodzi o mnie, to dalej oszustwo.
– Rozumiem – powiedziałem – mam jednak propozycję. Co, jeśli będę spisywał wasze czyny, ale ujawnię je dopiero wtedy, gdy wasz król znowu zezwoli na ich spisywanie? Czy ma to dla ciebie sens, Ragurze? Wtedy będziecie mieli swą opowieść gotową, aby przedstawić ją na sądzie.
Wojownicy spojrzeli na siebie i chwycili się za dłonie.
– To mogłaby być nasza szansa – powiedział Ragur.
– Dobrze. Zgadzam się – odpowiedział Rugar. Po czym odwrócił się do mnie i zapytał: – Potrafisz to zrobić? Spisywanie nie jest łatwym kawałkiem chleba.
Zamyśliłem się przez chwilę, zwlekając z odpowiedzią. Byłem całkiem dobry w pisaniu wypracowań (a przynajmniej tak mi się wydaje). Dostałem kiedyś nawet czwórkę (tak myślę). Powinienem dać radę.
– Będę zaszczycony – powiedziałem już na głos. – Tylko potrzebuję papieru oraz długopisu.
– Długo… Co? – zainteresował się Ragur.
No tak, zapomniałem, gdzie jestem. Choć dalej trudno mi w to uwierzyć.
– Chodziło mi o pióro i atrament.
Wyraz twarzy krasnoludów wskazywał, że zrozumieli.
– Tak, Peregrinusie. Wszystko, co niezbędne otrzymamy w naszej stolicy. Jak tylko zakończy się ta piekielna burza Dżinów, wyruszymy w drogę powrotną do naszego domu.
– Nierealne – powiedziałem. – Zobaczę prawdziwe miasto krasnoludów. To będzie niczym zwiedzanie Morii.
– Skąd pochodzisz, przyjacielu? – zapytał Ragur, ignorując moją wstawkę o fantastycznym królestwie krasnoludów z twórczości Tolkiena.
– Trudno powiedzieć – zamyśliłem się. – Jedno jest pewne… Nie stąd. Mój świat jest inny niż wasz. Dalej nie wiem, jak tu trafiłem. Nie wiem, co mnie bardziej dziwi. To, że chyba wierzę w to, co widzę czy to, że już nie szczam ze strachu.
– Jesteś dowcipny, Peregrinusie. Nie rozumiem połowy słów, które wychodzą z twoich ust, ale jesteś zabawny.
– Sam wielu rzeczy nie rozumiem – powiedziałem, siląc sięna uśmiech.
– Nie przejmuj się, przyjacielu. Odpowiedzi leżą przed nami. Musimy się tylko po nie schylić. Mamy w plecaku zapasowa maskę. Złego powietrza nie ma wiele po drodze, ale lepiej nie ryzykować. Twoje ciało wygląda na osłabione. Dostaniesz też płaszcz. Tyle możemy ci udostępnić. Resztę załatwimy w domu.
– Nie wiem, jak wam dziękować – odpowiedziałem z prawdziwą szczerością.
– Nie ma o czym mówić. Lecz zawsze można to spisać. – Ragur puścił mi oko.
***
Nie spałem całą noc. Sny przewijały się jak klatki starego czarno-białego filmu. Sceny ze szkoły. Z wigilii u rodziców. Pocałunek dziewczyny. Po przebudzeniu starałem się sklecić wszystko w całość, ale okazuje się, że nie tylko imienia zapomniałem, lecz całej swej przeszłości. Wiem tylko, że tu nie należę. Pamiętam ulubione zespoły, pamiętam upadek dwóch wież i inne historyczne ciekawostki, ale to tyle. W sumie to chciałem, aby cały wczorajszy dzień był snem, ale nagłe pierdnięcie jednego z krasnoludów uświadomiło mi, że nadal jestem w tej wilgotnej jaskini.
– Pobudka, śmierdzielu. – To Rugar klepnął Ragura w zadekz uśmiechem. – Pora na nas.
Szybkie śniadanie składające się z jakiegoś wysuszonego mięsa, o którego pochodzenie bałem się zapytać, i kilku łyków wody. Gdy Ragur dojrzał, z jaką obawą zabieram się za jej picie, powiedział:– Nie bój się, chłopcze. Cech Ognia produkuje świetne filtrydo wody. Może nie smakuje najlepiej, ale jest czysta niczym woda z najgłębszych studni Księżycowego Blasku2.
– Po takim zapewnieniu, jak mógłbym jej nie wypić – powiedziałem z lekkim uśmiechem. Zaczerpnąłem kolejny łyk. Woda smakowała dokładnie tak, jak pachniała jaskinia. Rdzą, pyłem i czymś jeszcze, czymś, co przypominało zapach rozgrzanej, pustej ziemi. Wstałem, a kości zatrzeszczały w niemym proteście. Ragur rzucił mi ciężki, szaro-brunatny płaszcz z kapturem, a Rugar wyjął z plecaka trzecią maskę. Urządzenie było lżejsze niż się spodziewałem, z giętkimi rurami z czarnej gumy i metalową półprzyłbicą, w której tkwiły okrągłe, ciemne szkła.
– Wiesz, jak to założyć? – zapytał Rugar.
Potrząsnąłem przecząco głową. Pomógł mi, zapinając pasyna karku i piersi. Gdy przyłożyłem maskę do twarzy, świat nagle ucichł, a mój oddech stał się głośnym, rytmicznym świstem w ciszy własnej głowy. Zapach zgniłego powietrza zniknął, zastąpiony suchym, sterylnym aromatem węgla.
– Dobrze? – Głos Rugara dochodził jak zza grubej szyby. Skinąłem. Ragur kopnął ziemię, zasypując pozostałości po naszym ognisku.
– Burza ucichła. Dżiny poszły spać. Czas na nas.
Wyszliśmy ze szczeliny i stanąłem w miejscu, oślepiony nie blaskiem, lecz skalą zniszczenia. Wczoraj widziałem tylko fragment zakryty skałą i własnym przerażeniem. Teraz ujrzałem otchłań.
Niebo nie było ani niebieskie, ani szare. Miało kolor wypalonej ochry, jak stara pożółkła mapa rozpięta nad światem, który ktoś potargał na strzępy. Słońce wisiało na nim jak przygasła, brudna żarówka, rozlewając martwe, pozbawione cienia światło. Przed nami rozciągała się pustynia, ale to nie był piasek. To był miał. Drobny, szary popiół zmieszany ze skruszonym kamieniem i niezidentyfikowanymi czarnymi ziarnami. Unosił się przy każdym naszym kroku, osadzając cienką warstwą na płaszczach i maskach.
Krajobraz był płaski, pofałdowany jedynie przez wiatr, który przez dziesięciolecia układał te prochy w długie, niskie wydmy. Gdzieniegdzie sterczały z nich ruiny. Nie wspaniałe budowle, lecz poszarpane kikuty murów, wystające z ziemi jak połamane zęby. Niektóre zbudowane były z cegły, inne z kamienia. Rozpoznałem kontury fundamentów domów, fragmenty ulicy z wyrwaną kostką. Mój żołądek się ścisnął.
– To nasza droga. – Ragur wskazał toporem w kierunku, gdzie wydmy układały się w coś na kształt ledwo widocznego traktu. Ruszyliśmy. W masce mój oddech był jedynym dźwiękiem. Świat na zewnątrz był przeraźliwie cichy. Żadnego ptaka, żadnego owada. Tylko nasze kroki mielące popiół i czasami, gdy wiatr się podnosił, cichy, przeciągły świst niosący ze sobą tumany pyłu.
Szliśmy godzinę, może dwie. Czas tracił tu znaczenie, mierzony tylko narastającym bólem mięśni. Wtedy zobaczyłem pierwsze „drzewo”. Albo to, co z niego zostało. Stało samotnie, może sto metrów od szlaku. Był to kolosalny, czarny szkielet. Konary, pozbawione od dziesięcioleci kory, wyglądały jak porażone piorunem, spalone od środka. Stały nieruchomo, wygięte w niemym krzyku. Nie było w nich śladu życia. Żadnego pąka, żadnego porostu. Tylko martwa, zwęglona struktura, wbita w martwą ziemię. Podobne sylwetki majaczyły dalej, na horyzoncie – cały las zamieniony w cmentarzysko.
– Tu był elfi gaj – mruknął Rugar, nie zwalniając kroku. Jego głos przez maskę brzmiał mechanicznie. – Pełno dębów i sosen. Unosił się z niego zapach żywicy i mchu. Teraz… teraz czuć tylko spaleniznę. Nawet przez filtry.
Minęliśmy coś, co musiało być rzeką. Koryto było szerokiei głębokie, wyżłobione w szarym kamieniu, ale suche jak kość.Na dnie nie leżały zwykłe otoczaki, lecz połamane, dziwaczne formacje skalne, które błyszczały sennie w przygasłym świetle – jakby ogromne kryształy lub zastygła smoła. Wśród nich tkwiły szczątki pogiętego, zielonkawego metalu, który zdawał się pulsować nikłym, własnym światłem, oraz fragmenty czegoś, co wyglądało na potłuczone ceramiczne naczynia o kształcie, którego nie mogłem skojarzyć. W środku tego wyschniętego łożyska tkwił szkielet ogromnego zwierzęcia. Był wielkości młodego słonia, ale o zbyt długiej szyi i potwornie wydłużonej czaszce z trzema oczodołami. Nie potrafiłem go zidentyfikować. Kości nie były białe, miały dziwny, żółtawy, niemal fosforyzujący odcień i wyglądały na kruche, jak z zastygłej bryły soli.
– Nie podchodź – warknął Ragur, gdy moje kroki skierowały się mimowolnie w tę stronę. – Woda Płaczących Źródeł płynęła tu jeszcze dekadę temu. Była gęsta, srebrna i śmierdziała magią skażoną rozpaczą. Wszystko, co z niej piło lub zostało nią oblane, zmieniało się… w coś innego. Ta bestia to szczęściara. Umarła, zanim zdążyła się w pełni przemienić. Jej kości jeszcze trzymają kształt.
Nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Wszystko dookoła było dotknięte „zarazą”. Czułem się, jakbym znalazł się w centrum jakiejś książki opisującej świat po końcu… hmm, świata.
Przeszliśmy dalej. Zapadał zmierzch, ale nie taki, jak pamiętałem ze swojego świata (choć samego świata nie pamiętałem zbyt dobrze). Niebo nie pociemniało łagodnie, tylko zgasło, jakby niewidzialna ręka zasłoniła źródło światła. Kolor wypalonej ochry przechodził w brudny, głęboki fiolet, potem w czerń aksamitu, ale nie pojawiły się gwiazdy. Niebo było pustym, czarnym welonem, bez śladu konstelacji, które winny prowadzić żeglarzy. Jedynym światłem były dziwne, zielonawe smużenia na horyzoncie – pulsujące, nikłe błyski, podobne do magicznych smug, które jednak nie oświetlały niczego, tylko podkreślały i tak już głęboki mrok.
– To echa Wielkiego Rozdarcia – mruknął Rugar, widząc mój wzrok. – Magia świata wisi w ranach niebios. Czasem kapie. Ale to nie to samo, co Dżiny.
Spojrzałem na niego pytająco. Ragur splunął.
– Dżiny to co innego – powiedział krótko, unikając mojego wzroku. – Nie wiatr, nie echo. To… dusze. Dawne dusze tych, co władali magią, którzy nie odeszli, gdy magia świata skisła. Byli użytkownicy wielkiej mocy, czarownicy, może nawet niektórzy z wysoko urodzonych elfów. Teraz są tylko bezcielesnym wspomnieniem. Wiecznie nienasyconym.
Chciałem zadać więcej pytań, ale Rugar podniósł dłoń.
– Nie teraz, Peregrinusie. Nie tutaj. To temat na bezpieczne mury i światło prawdziwego ogniska. Więcej opowie ci Głos Turuka, jeśli uzna to za stosowne. My… my wolelibyśmy o tym nie mówić. Nawet nam, Łowcom, ciarki chodzą po plecach na myśl o tym, co pozostało z istnień, które kiedyś przyzywały żywioły.
Rozbiliśmy obóz wśród niskich, kamiennych ruin. Nie rozpalaliśmy ognia.
– Płomień przyciąga uwagę – wyjaśnił Rugar, jak zawsze praktyczny. – Jesteśmy Łowcami, ale nie ma sensu rzucać wyzwania całej nocy na raz.
Jego słowa przypomniały mi o wyjątkowej pozycji moich towarzyszy. To nie byli zwykli krasnoludzcy wojowie, skrępowani królewskim dekretem o samoobronie. Oni mogli szukać walki. Mogli wyzywać potwory. Ta myśl dawała dziwną pociechę, mieszaną z lękiem przed tym, co takiego musieli widzieć, że wolą unikać tematu Dżinów.
Z daleka dobiegł jęk – przeciągły, melodyjny i przerażający.
– Echa – warknął Ragur, nie patrząc nawet w tamtą stronę. – Nie ruszają się daleko. Ignoruj.
Jedliśmy w ciszy, a ja nasłuchiwałem, jak zawsze. I wtedy usłyszałem szuranie. Ciężkie, powolne, ciągnące za sobą coś miękkiego.
Krasnoludy wymieniły tylko spojrzenia. Rugar wstał, wyciągnął topór i stanął w lekkim rozkroku. Ragur pozostał w miejscu, ale jego dłoń spoczęła na rękojeści.
– A co ze stwierdzeniem, aby „nie rzucać wyzwania całej nocy naraz”?
– Jesteśmy Łowcami. Pamiętasz, Peregrinusie? – szepnął Rugar z uśmiechem. W jego głosie nie było strachu, tylko zimna, skupiona determinacja. – Nie szukamy walki, ale jeśli bestia wejdzie nam w drogę… to jej problem.
Niby rozumiałem, o co chodzi, ale Rugar nie przyjął pozycji obronnej. To była postawa myśliwych oceniających zdobycz.
Potwór wynurzył się z ciemności. Był większy niż się spodziewałem – amorficzny kształt wciśnięty w błyszczący pancerz, kołyszący się na zbyt wielu cienkich nogach. Jego głowy – bo wydawało się, że ma ich kilka – obracały się powoli, węsząc.
– Kamienny Tur, ale już mocno przeżarty skazą – zdiagnozował Ragur cicho, jak rzemieślnik oceniający materiał. – Cierpienie go wypaczyło.
Rugar skinął głową.
– Więc pora mu ulżyć. I oczyścić szlak.
Rugar ruszył pierwszy z cichym pomrukiem. Jego topór błysnął w mroku nie jak broń wojownika, ale jak narzędzie kowala, rozbijające coraz to nowe elementy metalu. Ragur podszedł z flanki. Unikali bezpośredniej konfrontacji z główną masą, kalecząc ścięgna, wbijając ostrza w spękania pancerza. Bestia wydała z siebie dźwięk, który był więcej smutkiem niż wściekłością – żałosne, bulgoczące zawodzenie. Upadła po kilku dobrze wymierzonych ciosach, drgając, a potem nieruchomiejąc. Z rany nie sączyła się krew, tylko gęsty szary muł, który po chwili skamieniał na wietrze.
Stali nad nim przez chwilę, dysząc. Nie było triumfu, tylko ciche, ponure zadowolenie z dobrze wykonanej, nieprzyjemnej pracy.
– Dobrze, że nie musieliśmy go gonić – powiedział Rugar, wycierając ostrze topora.
Spojrzałem na nich, a potem na nieruchomą masę, która jeszcze przed chwilą była żywą, cierpiącą istotą. Byli Łowcami. Nie bohaterami z pieśni, ale sanitariuszami tego chorego świata. Ich misja nie była przywilejem, lecz brzemieniem. Teraz to widziałem.
– Pora spać, Peregrinusie – powiedział Rugar, a jego głos znów nabrał zwykłej ciepłoty. – Przed świtem ruszamy. Jeszcze dwa dni marszu. Dom jest bliżej niż myślisz. Kamień pod nami już brzmi inaczej. Czuję tętniące żyły czystej rudy.
Zamknąłem oczy, myśląc nie tylko o ich podziemnym królestwie, ale i o nich samych. O tym, co musieli widzieć i robić jako jedyni, którzy mogli aktywnie przeciwdziałać zarazie tego świata.I o Dżinach – najgorszej tajemnicy, którą odsuwali na bok, jakby sam jej cień mógł skazić rozmowę. Czułem, że w mieście, pod ziemią, czeka na mnie nie tylko schronienie, ale i odpowiedzi, które mogą być trudniejsze do udźwignięcia niż myślę. Do tego mam cały czas ogromna ochotę na Coca-Colę i papierosa.
