Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
425 osób interesuje się tą książką
Kontynuacja historii Darcy'ego i Raelynn bohaterów powieści Silent Darkness.
Raelynn próbuje uwierzyć, że koszmar dobiegł końca. Prześladowca nie powinien już jej zagrażać, strach jednak pozostał. Cienie zdają się wracać, ślady czyjejś obecności pojawiają się tam, gdzie nie powinno ich być. Granica między rzeczywistością a urojeniem zaczyna się zacierać.
Gdy Darcy niespodziewanie znika, a potem wraca tak, jakby nic się nie stało, napięcie między nim a dziewczyną eksploduje. Emocje prowadzą do konfrontacji, odsłaniając sekrety skrywane przez rodzinę Scotta oraz prawdę, na którą Raelynn nigdy nie była gotowa.
Ucieczka okazuje się złudzeniem. To, przed czym dziewczyna próbowała się schronić, wraca silniejsze i bardziej bezlitosne. Mrok nie tylko ją otacza, lecz powoli przenika do wnętrza jej i Darcy’ego, budząc coś, co od dawna w nich drzemało.
Im głębiej się zatracają, tym bardziej niepewne staje się ich ocalenie. Bo największym zagrożeniem może być nie to, co czyha na zewnątrz… lecz to, co noszą w sobie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 633
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Weronika Plota
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Suchańska
Korekta: Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Martyna Góralewska, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-635-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ostrzeżenie
Informacja od autorki
Playlista
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Rozdział trzydziesty pierwszy
Rozdział trzydziesty drugi
Rozdział trzydziesty trzeci
Rozdział trzydziesty czwarty
Rozdział trzydziesty piąty
Rozdział trzydziesty szósty
Rozdział trzydziesty siódmy
Notatki Darcy'ego Scotta
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla wszystkich tych, którzy odważyli się zajrzeć w cudzy mrok i odnaleźli w nim duszę wartą miłości.
Zanim zaczniesz czytać, chciałabym Ci uświadomić, że Lurking Darkness to książka przeznaczona dla starszego grona odbiorców. Sięgając po nią, musisz mieć na uwadze, że napotkasz w niej motywy dla dorosłych. Takie, które mogą wywołać w Tobie skrajne emocje. W powieści znajdziesz m.in. opisy prześladowania, stalkingu oraz morderstwa. Akty seksualne są mocniejsze i bardzo opisowe. Pojawia się tu także temat używek. Sceny zawarte w książce mogą wywołać dyskomfort u niektórych czytelników. Całość stanowi fikcję literacką.
Lurking Darkness to drugi tom serii „Heritage of Darkness”. Akcja powieści jest osadzona na Uniwersytecie Yale,w New Haven oraz w miastach w Szwajcarii. Wiele informacji dotyczących nauczania, prowadzonych zajęć, życia akademickiego czy futbolu amerykańskiego zostało opracowanych na podstawie przeprowadzonego researchu. Należy jednak pamiętać, że część przedstawionych w książce elementów celowo zmodyfikowano.
Nie wszystko, co pojawia się na kartach tej historii, w pełni odpowiada rzeczywistym realiom uczelni, systemu edukacji czy zasadom obowiązującym w poszczególnych miastach. Wszystkie te aspekty zostały dostosowane do potrzeb fabuły. Choć wiele miejsc i odniesień istnieje naprawdę, połączyłam je z moją wyobraźnią. Niektóre elementy historii, które odegrają kluczową rolę, opierają się na zdobytych informacjach, jednak zostały podkręcone na potrzeby książki.
Bractwo Kruka stworzyłam, inspirując się istniejącym bractwem na Yale, jednak wszelkie informacje na jego temat są całkowicie fikcyjne. Prawdziwe bractwo owiane jest bowiem aurą tajemnicy, a wiele faktów na jego temat nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Lurking Darkness to książka skupiająca się na Darcym i Raelynn – ich relacji, emocjach i więzi, która zostanie wystawiona na wiele prób. Chciałam, żebyście w tym tomie jeszcze mocniej zaangażowali się w ich historię, odkładając na bok morderstwa, mrok i czające się gdzieś zło.
Nie dajcie się zwieść pozornemu spokojowi, który rozciąga się na dużą część powieści. Bo, jak wiecie, kocham momenty, w których ostatnie strony sprawiają, że macie ochotę wyrwać je z książki.
The Neighbourhood – Sweater Weather
Paris Paloma – labour
Dramatic Violin – War Of Hearts (Violin)
Joel Sunny, Dramatic Violin – Middle of The Night (Violin)
Des Rocs – Used to the Darkness
Foxes – Devil Side
Hurts – Mercy
The Haunting – Skins
Circa Waves – Sorry I’m Yours
Madalen Duke – How Villains Are Made
Isabel LaRosa – butterflies
Tamer – Beautiful Crime
Mareux – Lovers From The Past
Natasha Blume – Black Sea
Digital Daggers – In Flames
Lana Del Rey – Ultraviolence
Isak Danielson – Broken
Doja Cat – Been Like This
The Neighbourhood – Private
Thomas LaRosa – Scream My Name
Omidø – Don’t u cry
Natasha Blume – Ghost
Dramatic Violin – Love Story (Violin)
Omidø, Rick Jansen, Ordell – Outta my head
RAIGN – Don’t Let Me Go
Dramatic Violin – Arcade (Violin)
The Neighbourhood – Void
Steelfeather – With the Devil I’m Going Down
Dramatic Violin – Train Wreck (Violin)
The Japanese House – Lilo
Lana Del Rey – Chemtrails over the Country Club
Harry Styles – As It Was
The Script – Breakeven
Holden Miller, Jake Fine – Far Side of the World
SYML – Where’s My Love (Alternate Version)
Chris Isaak – Wicked Game
Lana Del Rey – White Mustang
Thomas LaRosa – Like a Dream
Dramatic Violin – Mystery of Love (Violin)
Thomas LaRosa – Good Girl
The Neighbourhood – R.I.P. 2 My Youth
Rihanna – Rehab
Roses & Revolutions – Moment
VICE MONRØE – Hotel Drive
Cat Pierce – You Belong to Me
Omidø, Mandrazo, Rick Jansen – I want it all
mehro – pirate aong
Adi Medici, The Neighbourhood – Silver Eyes
Dramatic Violin – Say It Right (Violin)
Isabel LaRosa – Burning
Bo Staloch – Your Eyes Tell Stories
Omidø – TEARS
Jaymes Young – Don’t You Know
sorry, alone – i’m still alone
Elvis Drew – Poison in My Veins
Elvis Drew, Avivian – Doesn’t Rain In Hell
Sleeping At Last – Light
Raelynn
Biegłam, nie zatrzymując się ani na chwilę. Każdy mój mięsień błagał o odpoczynek, lecz nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam biec dalej. Szybciej. W głowie wciąż odbijały mi się echem słowa Darcy’ego: „Uciekaj i nie oglądaj się za siebie”. Więc uciekałam, jakby jutra miało nie być, jakbym już nigdy nie miała ujrzeć blasku słońca.
Zabiłam. Ja… zabiłam człowieka.Gardło ściskało się boleśnie, żółć podchodziła do ust, dławiąc i odbierając oddech. A jednak musiałam biec. Tylko to miało teraz znaczenie. Pędziłam przed siebie, dokądkolwiek niosły mnie nogi. Wpadłam na drzwi prowadzące do klatki schodowej – ciało uderzyło o twardą strukturę, a ja runęłam z hukiem na ziemię. Próbowałam się podnieść, sięgnąć po klamkę, wejść, wczołgać się… cokolwiek.
Nie mogłam.
Nie miałam sił.
Udało mi się unieść na tyle, by nie leżeć bezwładnie na mokrej kostce. Padało. Nawet nie zauważyłam, kiedy z nieba lunęły ciężkie krople, przesiąkały moje ubrania, które przyklejały się do ciała niczym lodowata druga skóra. Dopiero gdy złapałam oddech, ból uderzył mnie z całą mocą, tak nagle i gwałtownie, że z gardła wyrwał się zduszony jęk. Nie potrafiłam stwierdzić, która część ciała bolała mnie najbardziej. Rana na udzie piekła tak, że łzy same napłynęły mi do oczu, rozmazując obraz. Nieobecnym wzrokiem, spojrzałam na swój nadgarstek i… Boże.Był wykrzywiony, nienaturalnie, jakby kość naprawdę pękła.
W mojej głowie panował kompletny chaos.
Musiałam wstać, ale ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Powinnam była zadzwonić po pomoc, lecz kiedy drżącą ręką sprawdziłam kieszenie, odkryłam, że nie mam telefonu. Byłam zdana wyłącznie na siebie. Kluczy od mieszkania również brakowało. Powrót do domu bractwa wydawał się absurdem – przecież i tak nie miałabym siły tam dojść.
Co miałam zrobić? Panika zaczęła narastać, dławiąc mnie od środka. Płuca się kurczyły, jakby zabrakło w nich miejsca na oddech. Deszcz bębnił coraz mocniej, krople spływały po mojej skórze, mieszając się ze słonymi łzami. Szloch grzązł w gardle, zagłuszany przez jednostajny, przytłaczający dźwięk ulewy.
Straciłam rachubę czasu. Nie wiedziałam, jak długo siedziałam pod drzwiami kamienicy. Nagle ktoś pchnął drzwi od środka, moje ciało zostało bezlitośnie wyrzucone do przodu. Pisnęłam i zdążyłam oprzeć się na łokciu, by nie runąć twarzą o ziemię. Przed oczami widziałam tylko buty. Męskie. Mogłam wywnioskować jedynie to, bo w ferworze walki o życie wypadły mi soczewki. W tej samej chwili żółć podeszła mi do gardła. Mężczyzna. Instynktownie spróbowałam odsunąć się do tyłu, wkładając w to resztki sił, ale oparłam się na nadgarstku, który musiał być zwichnięty albo złamany. Krzyk wyrwał mi się z piersi, miałam gdzieś, czy obudzę mieszkańców.
Facet przykucnął tuż obok. Znajdował się na wyciągnięcie ręki, a ja zacisnęłam powieki, jakby to mogło mnie ochronić. Jakby zamknięte oczy sprawiły, że przestanie mnie widzieć. W uszach dudniło echo mojego serca, tak głośno, że zagłuszało wszystko wokół.
– Co się… – Niski, urywany, lekko zachrypnięty głos. To nie był on. Nie on. – Nie ruszaj się stąd.
Gdybym mogła, już dawno by mnie tu nie było.
Otworzyłam oczy, licząc, że wreszcie zobaczę jego twarz. Zamiast tego dostrzegłam jedynie burzę włosów, którą po chwili przygniótł deszcz. Podniósł się, wyprostował, a w tej pozycji wydawał się olbrzymem górującym nade mną. Mówił coś do telefonu, ale moje uszy tłumiły każde słowo – słyszałam tylko łoskot własnego serca.
W końcu znów się odwrócił. Przyklęknął, tym razem jeszcze bliżej mnie.
– Karetka już jedzie, ale… – Ostrożnie przesunął spojrzeniem po mojej sylwetce. – Muszę cię wnieść do środka, dobrze?
Chciałam zaprotestować, lecz zdobyłam się jedynie na słabe zaprzeczenie.
– Będę delikatny, obiecuję… – Zawahał się, jakby chciał wypowiedzieć moje imię, którego przecież nie znał. – Nieznajoma dziewczyno, musisz mi zaufać. Wiem, że to trudne. Pomoc nadjedzie niebawem, ale do tego czasu nie pozwolę, byś leżała tu, na deszczu.
Powoli wsunął dłonie pod moje ciało, a z moich ust wydarł się zduszony pisk. Ja pieprzę…Ból był nie do zniesienia. Chłopak nie ściskał mnie mocno, a jednak to wystarczyło, bym poczuła, jakby moje kości miały się rozpaść. Łzy same spływały po policzkach, gdy niósł mnie w ramionach. Nawet nie wiedziałam dokąd. A jeśli to właśnie on? Jeśli trafiłam prosto w ręce kogoś, kto mógł mnie skrzywdzić jeszcze bardziej? Byłam bezradna. Uwięziona w bólu i strachu. Umrę przez własne decyzje. Umrę, bo jestem idiotką.
W końcu poczułam ciepło. Ułożył mnie na miękkim materacu, a w powietrzu nie czułam już wilgoci, ziemi ani brudu. Otaczał mnie zapach wnętrza – delikatny, czysty, niemal kojący po męce na zewnątrz. Tkanina pod moim ciałem była sucha, przyjemna w dotyku, tak odmienna od zimnej, mokrej kostki, która jeszcze przed chwilą paliła skórę chłodem. Czułam, jak powoli wraca do mnie świadomość, choć w każdym oddechu drżał ból.
Leżałam na kanapie w mieszkaniu chłopaka, którego nie znałam.
Pozwoliłam, by drzwi zamknęły się za mną i tym obcym człowiekiem, jak gdybym świadomie oddała mu władzę nad sytuacją. Mój wzrok był zamglony, niewyraźny, więc jego twarz pozostawała rozmyta, jakby zakryta cieniem. Z tej odległości nie wyglądał na psychopatę, lecz przecież tacy nigdy nie mają tego wypisanego na czole. Za każdym spojrzeniem może kryć się coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy… a ja w tej chwili nie mogłam nawet dobrze mu się przyjrzeć.
– Zaraz będzie pogotowie.
Tak naprawdę dopiero teraz dotarło do mnie, co mówił. Karetka? O cholera. To oznaczało niewygodne pytania… Co miałam powiedzieć? Że od jakiegoś czasu jakiś psychopata prześladuje mnie i moich znajomych? Że prawdopodobnie stoi za śmiercią nie jednego, lecz dwóch studentów? A ja? Uznałam, że będę samozwańczym policjantem i sama go schwytam? Boże… ależ ja byłam naiwna.
Podparłam się na łokciach, próbując się podnieść, ale w tej samej chwili organizm po prostu odmówił mi posłuszeństwa.
Adrenalina, która wcześniej buzowała w moich żyłach, trzymała mnie na nogach, pozwalała walczyć i nic nie czuć. Myślałam wtedy tylko o jednym – by przetrwać. Teraz, gdy napięcie powoli opadło, cała fala uderzyła we mnie naraz. Ból spłynął ciężarem nie do udźwignięcia, odcinając od choćby najprostszych ruchów.
– Nie – wydusiłam ledwo słyszalnym głosem. – Nie.
Chłopak gwałtownie się do mnie zbliżył, a wtedy coś we mnie eksplodowało. Zawładnęła mną taka siła, że choć jeszcze chwilę wcześniej nie mogłam się nawet podnieść, teraz zrobiłam to odruchowo. Ból przeszył każdy mięsień, nerw i kość, a do oczu napłynęły mi łzy.
Nieznajomy uniósł ręce, jakby chciał mi pokazać, że nie ma złych zamiarów. Ten gest jednak nie wzbudził mojego zaufania. Im dłużej stałam, tym bardziej ogarniała mnie słabość. Nogi ugięły się pode mną i po chwili opadłam bezwładnie na kanapę.
– Potrzebujesz…
– Niczego nie potrzebuję – wycedziłam wściekle.
Nie wiedziałam, skąd wzięła się we mnie ta nagła złość. Może z bezsilności. Czułam się jak w potrzasku i to doprowadzało mnie do szału. Byłam zdana tylko na siebie. Bezradna, skazana na przegraną w starciu z mężczyzną silniejszym ode mnie.
Udało mi się. Ale jakim kosztem? Cena, jaką za to zapłaciłam, mnie przerastała. Zabiłam. Ja… zabiłam człowieka.
– Przecież nie odwołam karetki – odparł lekko zdezorientowany. – Musi cię obejrzeć lekarz. Coś ci się stało i…
– To nie twoja sprawa.
Powoli zaczynałam widzieć go coraz wyraźniej, mimo braku soczewek. Miałam dziwne wrażenie, że już kiedyś go spotkałam. Usiłowałam sobie przypomnieć, skąd mogę go znać, lecz w tej chwili nic nie przychodziło mi do głowy.
Gdzieś z nieokreślonej przestrzeni rozbrzmiewała melodia – cicha, a mimo to przeszywająca. Usłyszałam ją dopiero teraz. Wcześniej zagłuszały ją świst w uszach, szum krwi pulsującej w żyłach i bezlitosne uderzenia serca, które dudniło jak bęben w mojej piersi. Każda próba przełknięcia śliny kończyła się niewyobrażalnym skurczem, jakby gardło było zaciśnięte pętlą.
Wspomnienia powracały falami. Z każdą sekundą pojawiło się coraz więcej obrazów, dźwięków, myśli. A wraz z nimi rosło we mnie coś jeszcze – cierpienie, rozlane po całym ciele, nieustępliwe, palące. To nie on jednak przerażał mnie najbardziej. Były też emocje. Najpierw lęk – zimny i paraliżujący, później gniew – silny, narastający jak burza gotowa rozszarpać niebo.
– Ktoś musi cię obejrzeć. – Jego głos był twardy, nieznoszący sprzeciwu. – Znalazłem cię ledwo żywą pod drzwiami i…
– A co ci tak zależy? – prychnęłam oschle. – Daj mi tylko telefon, muszę zadzwonić, a potem…
– Potem co? – Skrzyżował ramiona na piersi, patrząc na mnie z góry. – Masz całe ubrania we krwi.
Opuściłam wzrok na spodnie. Zacisnęłam mocniej usta. Cholera. Krew była wszędzie. Nie zwróciłam na to wcześniej uwagi – w głowie kręciło mi się tak bardzo, że każdy ruch sprawiał, iż żołądek podchodził mi do gardła. O Boże…Zdążyłam zasłonić usta dłonią, zanim na niego zwymiotowałam. Przełknęłam palącą żółć, a gorzki smak wymiocin rozlał się po języku.
– Kurwa – syknął.
Słyszałam ciężkie kroki, które oddalały się w głąb pomieszczenia. Po chwili wrócił. Ostrożnie ujął mnie za ramię. Zaskoczona uniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Niebieskie oczy. Ale… nie te.
Gwałtownie wyszarpnęłam się z uścisku, jak oparzona. Nie miało znaczenia, że nie chciał źle. Ja… ja go tam zostawiłam. Uciekłam, bo kazał mi biec. Ale zostawiłam. Na pastwę losu. A co, jeśli nie zginął? Co, jeśli wciąż żył, a ja… a ja się wycofałam?
Nagle wszystko spowiła czerń. Zrobiło się cicho. Zbyt cicho.
Otworzyłam oczy i od razu tego pożałowałam. Oślepiające białe światło wdarło się do źrenic niczym ostrze. Każdy mięsień drżał rozrywany cierpieniem, czułam, jakby ktoś brutalnie wyrywał ze mnie kawałki ciała. Wypuściłam przez usta zduszony jęk.
Wtedy poczułam dotyk. Czyjaś dłoń, zaskakująco delikatna, musnęła moje ramię.
Musiałam kilkakrotnie zamrugać, by się upewnić, że naprawdę to widzę… że ktoś tam jest.
– Raelynn… – Cichy szept spowodował, że moje serce zabiło mocniej.
Drugą ręką próbowałam go dotknąć, ale coś mi to uniemożliwiło. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłam sobie, gdzie jestem. Leżałam w szpitalnym łóżku, a „coś”, co mnie unieruchamiało, okazało się plątaniną kabli podpiętych do ciała.
– Jestem w szpitalu?
Musiałam się upewnić, bo wciąż miałam wrażenie, że śnię. Darcy skinął głową. Serce zaczęło walić mi w piersi jeszcze mocniej. Co się stanie, jeśli rodzice…? Boże. Oni się dowiedzą. Zabiorą mnie z New Haven. Zaprzepaściłam wszystkie swoje marzenia, bo byłam zbyt pewna siebie. Zbyt głupia.
Jakaś maszyna zapiszczała, wypełniając ciszę mechanicznym dźwiękiem. Nie odrywałam wzroku od chłopaka. Wyglądał, jakby sam był przerażony tym, co się właśnie działo. A ja nic nie rozumiałam. Nic.
W głowie miałam wyłącznie jedno: jeśli mama i tata się dowiedzą, zabiorą mnie do domu. Będą pytać. Na pewno będą chcieli, żebym złożyła zeznania na policji. Ale ja nic nie powiem. Nie mogę.
Ktoś wbiegł do pomieszczenia. Darcy cofnął się w cień, pod ścianę, a ja widziałam tylko dłonie sięgające w moją stronę. Te same dłonie. Te, które próbowały odebrać mi życie.
Krzyknęłam.
Wrzasnęłam tak głośno, jak wtedy… na cmentarzu. W moim głosie pobrzmiewało błaganie. I rozdzierający strach. Nie chciałam umierać. Ja…
– Raelynn. – Głos Scotta przebił się przez gąszcz myśli i echo walącego serca. – Jestem tu.
Widziałam go, choć nie mogłam dotknąć. Tkwił cały czas obok, jakby pilnował, żebym nie zniknęła. Ogarnęła mnie panika – byłam pewna, że dzieje mi się coś złego, że tracę kontrolę. Serce waliło mi w piersi, a oddech rwał się nierówno. Dopiero po chwili zaczynałam odzyskiwać świadomość i rozumieć, że te ręce nie chcą mnie skrzywdzić. To nie on. To były pielęgniarki, a może i lekarz… nie potrafiłam tego odróżnić.
– Podamy jej leki uspokajające i coś przeciwbólowego. Proszę dopilnować, żeby odpoczywała i się nie nadwyrężała, dobrze? – Usłyszałam spokojny, profesjonalny głos.
– Oczywiście. – Padła natychmiastowa odpowiedź.
Ani na sekundę nie odwróciłam wzroku od Darcy’ego. On również patrzył tylko na mnie, jakbyśmy w tym krótkim momencie byli jedynymi ludźmi w całym pomieszczeniu. Czekałam, aż pozostali wyjdą. Chciałam wrócić do domu. Ale nie do tego w Greenwich, który zawsze pachniał lasem. Wolałabym zimny materac na podłodze w pokoju Scotta.
Chciałam pozostać przytomna, ale z każdą sekundą moje powieki stawały się coraz cięższe. Znów zapadła ciemność.
Uciekałam. Biegłam tak szybko, jak tylko pozwalały mi nogi, ale każdy mój krok wydawał się rozpaczliwie wolny. On był szybszy.
Potknęłam się o wystający pień i uderzyłam głową o ziemię. Świat zawirował, ciemność przysłoniła mi oczy, a krew huknęła w skroniach jak grzmot. Ostry ból sparaliżował całe ciało, odbierając dech.
Nagle poczułam jego dłonie, które odwróciły mnie ku niemu. Chciał, żebym spojrzała prosto w jego twarz. Serce waliło mi jak kościelny dzwon, dudniąc boleśnie w piersi. Splunęłam krwią – gorzką i lepką – która spłynęła mi po brodzie.
Mężczyzna nachylił się nade mną. Przez chwilę trwał w ciszy, jak gdyby napawał się moim strachem. Potem uniósł rękę i powoli, niemal teatralnie, zaczął ściągać maskę.
Zamarłam. Pod nią nie kryła się obca, mroczna twarz. Patrzyły na mnie oczy, które znałam aż za dobrze. Twarz chłopaka, którego nigdy nie spodziewałabym się zobaczyć w takich okolicznościach. Darcy… To był on.
Serce na moment przestało mi bić. Nie rozumiałam. Nie mogłam w to uwierzyć.
Krzyk wyrwał się z mojego gardła, i w tej samej chwili wszystko zgasło.
Otworzyłam gwałtownie oczy, zlana potem. Leżałam w szpitalnym łóżku, oszołomiona, z sercem wciąż dudniącym jak szalone. To był koszmar. A jednak wciąż widziałam wyraźnie jego twarz, jakby naprawdę tu był. Darcy. To on krył się pod maską kruka.
Obraz nie chciał się rozwiać, wciąż pulsował w mojej głowie, a wraz z nim pojawiły się pytania, dręczące, natrętne pytania. Skąd mógł wiedzieć, że właśnie tam będę? Jakim sposobem dotarł tam tak szybko?
Moje myśli się plątały, powracając do wczorajszego wieczoru. Najpierw odpisał, że rozmawia jeszcze z Cainem, a chwilę później poprosił, żebym przyszła na cmentarz. Już wtedy powinnam się zastanowić, już wtedy coś powinno mi nie pasować. A ja? Dałam się wciągnąć. Zachowałam się jak kompletny bezmózg.
Ale to, co zobaczyłam teraz… to nie była tylko irracjonalna myśl czy błedny osąd. Ten sen pozostawił we mnie dziwny, gryzący niepokój. Jakby za nim kryło się coś więcej. Jakby pod powłoką koszmaru tliła się prawda, której jeszcze nie potrafiłam w pełni dostrzec.
Zwróciłam wzrok w miejsce, gdzie wcześniej stał Scott. Teraz go tam nie było. Zostałam sama w dusznym, przerażająco pustym szpitalnym pokoju. Cisza zdawała się tak gęsta, że niemal mnie przygniatała. Nie czułam się tu bezpiecznie.
Rozglądałam się nerwowo, wodząc spojrzeniem po ścianach, kątach i cieniach, jak gdyby coś miało zaraz wyłonić się z mroku. Szukałam oznak zagrożenia, które przecież wciąż czułam gdzieś pod skórą. Nie mogłam być pewna, że naprawdę odszedł. W środku tliło się przeczucie, że to jeszcze nie koniec.
I wtedy coś błysnęło, tuż obok. Obróciłam głowę i dostrzegłam swój telefon leżący na stoliku przy łóżku.
Serce mi przyspieszyło. Powoli sięgnęłam po niego, sycząc z bólu, każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał, że moje ciało pulsowało cierpieniem. Palce drżały, gdy zaciskałam je na znajomej obudowie.
Skąd on się tu wziął? Przecież pamiętałam, że go zgubiłam. Czy to Darcy go przyniósł? A może… ktoś inny?
Zmrużyłam oczy, by odczytać wiadomość, którą dostałam.
Nieznany:
Piękna jesteś, gdy śpisz.
Raelynn
Minął tydzień. Siedem długich dni, odkąd po raz ostatni widziałam Darcy’ego. Nie odpisał na żadną z moich wiadomości, nie odebrał ani jednego telefonu. Jakby rozpłynął się w powietrzu, jakby istniał jedynie w mojej wyobraźni. Wiedziałam, że ludzie znikają – czasem bez śladu, bez ostrzeżenia, bez powodu – ale nie potrafiłam uwierzyć, że Darcy dołączył do ich grona. Wydawało mi się, że go znałam… a może jedynie czułam, że coś musiało się stać.
Rozmawiałam z Cainem, lecz i on rozłożył ręce; jego oczy zdradzały niepokój, nawet jeśli próbował udawać obojętność. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie podział się jego kuzyn. A może wiedział więcej, niż chciał przyznać?
Moi rodzice, gdy tylko się dowiedzieli, że ktoś na mnie napadł i wylądowałam w szpitalu, zjawili się w New Haven w mgnieniu oka. Nie minęła chwila, a już podjęli decyzję: zmieniam mieszkanie. Teraz trwała przeprowadzka na strzeżone osiedle, które kipiało przepychem i było ostentacyjne.
Dodatkowo, gdyby tego było mało… męczyła mnie kwestia uczelni. Rodzice zgłosili mój wypadek do wydziału ds. studentów oraz do dziekana mojego college’u, dołączając dokumentację medyczną. Sprawa została uznana za nagłą sytuację losową, dlatego egzaminy semestralne mogłam zdać w późniejszym terminie. Wiedzieli, że nie jestem w stanie funkcjonować jak reszta studentów. Musiałam najpierw dojść do siebie.
Trudno było cieszyć się samym faktem, że tu jestem i że mój stan się stabilizuje, kiedy zaliczenia zostały przesunięte, a kontakt z Darcym całkowicie się urwał.
W całym tym chaosie i kontraście ulice wypełniały świąteczne dekoracje – w końcu był grudzień. Na bramach i dachach wisiały girlandy z lampek, w ogrodach pyszniły się ogromne renifery i nadmuchiwane mikołaje, a każde drzewko owijały światełka, jakby bogacze konkurowali ze sobą, kto bardziej oślepi sąsiadów.
Nie chciałam tu być. To miejsce nie należało do mnie, a ja nie należałam do niego. Ale nie miałam prawa głosu. Gdy wyciągnęłam rękę, żeby chwycić jeden z kartonów, ojciec natychmiast mnie zganił i sprzątnął go sprzed mojego nosa, jak gdybym była zbyt krucha, by unieść choćby drobiazg. Westchnęłam ciężko i odwróciłam się w stronę ogromnej willi stojącej naprzeciwko mojej. Tak, moi rodzice wynajęli mi dom. Dom. Cudownie.
Musiałam zmrużyć oczy, bo słońce raziło tak mocno, że nie byłam pewna, czy ktoś rzeczywiście stoi i wpatruje się we mnie, czy mój umysł po prostu postanowił znów mnie dręczyć. Każdej nocy dopadały mnie koszmary. Każdej nocy miałam wrażenie, że umieram. Budziłam się z krzykiem, zlana potem, z sercem bijącym jak oszalałe. I zawsze widziałam tę przerażającą maskę. Dostrzegałam tego człowieka wszędzie – w cieniu drzew, w przejściu między budynkami, nawet w odbiciu szyb.
Rodzicom oszczędziłam szczegółów. Opowiedziałam im jedynie krótką wersję: szłam w stronę domu bractwa, kiedy ktoś mnie napadł. Nie wspomniałam, że wydarzyło się to na cmentarzu. To byłoby zbyt głupie, zbyt trudne do wytłumaczenia. Teraz wiem, że powinnam zachować rozsądek i wyznać im prawdę, ale… w tamtym momencie nie potrafiłam tego zrobić. Zaczynałam się zastanawiać, czy naprawdę nie tracę zmysłów.
A może to właśnie wtedy, w tamtej chwili, poczułam coś, czego nigdy wcześniej nie znałam. I chciałam zatrzymać to uczucie wyłącznie dla siebie.
Przed ogromną rezydencją stał chłopak. Ręce miał głęboko wsunięte w kieszenie spodni, a jego twarz zakrywał wysoki komin, sięgający aż pod oczy. Nie odrywał ode mnie spojrzenia. Również się w niego wpatrywałam, jakbyśmy znaleźli się w jakiejś dziwnej grze milczenia, której zasad nie rozumiałam.
Dopiero gdy poczułam, że ktoś ostrożnie chwyta mnie za rękę, drgnęłam.
– Kochanie, wejdź do środka, jest strasznie zimno – odezwał się ojciec.
Zanim uniosłam wzrok na jego zatroskaną twarz, pozwoliłam sobie na jeszcze jedną dłuższą chwilę obserwacji nieznajomego. Było w nim coś, co nie dawało mi spokoju. Sama jego postawa – spokojna, wycofana, a jednocześnie pełna niewypowiedzianej siły – sprawiała, że czułam się dziwnie zaintrygowana.
Zmusiłam ciało do ruchu, choć na początku zdawało się zupełnie skostniałe. Przekroczyłam próg domu, a natychmiastowe uczucie ciepła, kontrastujące z mroźnym powietrzem na zewnątrz, uderzyło mnie niczym fala. Odwróciłam się jeszcze, by zamknąć drzwi, i wtedy znów go zobaczyłam. Chłopak wciąż stał w tym samym miejscu, niewzruszony, jakby czekał właśnie na mnie.
Ale tym razem nie był sam.
Ktoś do niego dołączył, wyłaniając się zza jego pleców. Z początku sądziłam, że tamten był wysoki, tak wyglądał z daleka. Pomyliłam się. I to bardzo. Postać, która stanęła obok niego, górowała nad nim niczym cień. Przy nim wyglądał jak zwyczajny chłopak, a nowo przybyły jak monstrum.
No świetnie. Rodzice wybrali mi po prostu idealną lokalizację do zamieszkania. Gdy zobaczyłam tych dwóch na zewnątrz, przez moje ciało przeszedł paraliżujący dreszcz. W tamtej chwili uznałam, że chyba już wolę mojego stalkera, który podrzucał mi piórka… Jęknęłam cicho.
– Coś nie tak? – Usłyszałam głos mamy, która wychyliła się zza ściany.
– Nie – odpowiedziałam krótko, zsuwając z ramion płaszcz. – Na jak długo zostajecie? – dodałam po chwili.
Już z daleka widziałam, jak tata zawraca, żeby mi pomóc. Posłałam mu jednak spojrzenie, które natychmiast zatrzymało go w miejscu. Może i miałam rękę w temblaku, ale to nie oznaczało, że musiał wokół mnie skakać na każdym kroku.
– A już ci przeszkadzamy? – zapytał z udawaną urazą.
– Tak i nie.
– Udam, że tego nie słyszałem.
– Nic mi nie będzie.
Mama już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Stałam tuż obok, więc odruchowo je otworzyłam. Nawet nie zerknęłam przez wizjer ani przez okno. Nie miałam za grosz instynktu samozachowawczego. Przecież to mógł być każdy.
Na moje szczęście to był Cain.
Uśmiechnął się od razu, kiedy mnie zobaczył, a potem jego wzrok powędrował na moich rodziców, którzy odruchowo ustawili się za mną jak osobista eskorta.
– Dzień dobry – przywitał się spokojnie.
– Widzicie? – Odwróciłam się do nich z lekkim uśmiechem. – Mam prywatnego ochroniarza. A oprócz niego jeszcze tego, który siedzi w aucie przy domu obok, i tego w budce przy szlabanie. Jestem bezpieczna.
– Nie muszą się państwo martwić – odezwał się Cain. – Jeśli zajdzie potrzeba, mogę spać nawet na wycieraczce, byleby Raelynn nic nie groziło.
Ojciec zmierzył go przenikliwym spojrzeniem, takim, które potrafiło przeszyć człowieka na wylot.
– A gdzie byłeś, kiedy naprawdę cię potrzebowała? – zapytał chłodno.
Zacisnął usta i nie odpowiedział. Ja jednak znałam prawdę.
Leżał nieprzytomny po tym, jak oberwał patelnią.
Zacisnęłam palce na temblaku, czując, jak narasta we mnie złość. Ojciec oceniał go, chociaż nie miał pojęcia, co się wydarzyło, jakby łatwo było przewidzieć napaść i obronić mnie przed nią. Cain zrobił więcej, niż ktokolwiek mógłby się po nim spodziewać. A ja nie zamierzałam pozwolić, by traktowano go jak winnego.
– Vance, uspokój się. – Lauren chwyciła go za ramię. – Chłopak był przy naszej córce codziennie, kiedy leżała w szpitalu. Pomaga jej na każdym kroku, więc odpuść.
Mama zawsze umiała ustawić ojca do pionu. On patrzył na nią tak, jakby jej słowa miały moc boskiego nakazu. Słuchał się jej bezwarunkowo, więc nie zdziwiło mnie, gdy po chwili mruknął:
– Dobrze. Cainie, opiekuj się naszą córką. – Zrobił krok w jego stronę ze zmrużonymi oczami. – Ale jeśli ją dotkniesz, to ja…
– Tato! – syknęłam, czując, jak moje policzki robią się gorące.
– Jestem gejem, proszę pana – wtrącił nagle Cain.
Co? Zrobiłam wielkie oczy i chyba mocno się skrzywiłam, bo chłopak od razu posłał mi spojrzenie w stylu: „Udawaj, że tak jest”.
Cudownie. Wpadałam coraz głębiej w bagno kłamstw. Niedługo naprawdę zacznę się gubić, co jest prawdą, a co fałszem.
– A to przepraszam. – Vance cofnął się o krok, jakby słowa chłopaka naprawdę wprawiły go w zakłopotanie. – I tak mieliśmy już dziś wracać, bo twoja siostra przyjeżdża do domu. Ale pamiętaj, słonko, jeden telefon i jesteśmy, dobrze?
– Tak, tato.
– I odbieraj od nas! – Mama pogroziła mi palcem.
– Oczywiście.
Zanim pojechali, musieli się jeszcze upewnić, czy wszystkie kamery wokół domu działają, łącznie z tymi przy drzwiach wejściowych. Żegnali się ze mną dobre pół godziny, jakby ten wyjazd miał być pożegnaniem na wieczność. Kochałam ich, ale miałam już tego serdecznie dość. Wcześniej nie potrafili okazywać mi uczuć, a teraz nadrabiali zaległości z całego życia w zaledwie kilka dni.
Kiedy w końcu zostaliśmy z Cainem sami, oboje osunęliśmy się na kanapę, wypuszczając z płuc ciężkie westchnienia.
– Gejem? – parsknęłam śmiechem, szturchając go łokciem w bok. – To było niezłe kłamstwo.
– Nie do końca – odparł tym swoim niepokojąco spokojnym tonem.
Zmrużyłam oczy.
– Co masz na myśli?
– Jestem bi.
– Och… – wymknęło mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– To źle? – spytał, unosząc brew i posyłając mi zalotne spojrzenie. – Bo wiesz… gdybyś miała brata i byłby tak przystojny, jak ty jesteś piękna, pewnie bym się nim zainteresował.
Moje policzki zrobiły się gorące. Nie wiedziałam, czy bardziej mnie to rozbawiło, czy wprawiło w zakłopotanie. Cain potrafił jednym zdaniem rozbroić całą moją czujność.
– Od kiedy wiesz, że… – zaczęłam ostrożnie.
– Że jarają mnie też faceci? – dokończył za mnie i przygryzł policzek. – Od pierwszego razu, kiedy najebany zrobiłem komuś loda.
Ach… Nie spodziewałam się, że Cain będzie aż tak bezpośredni. Wiedziałam, że chłopak był szczery, ale w rozmowach nigdy nie wchodziliśmy tak otwarcie w sferę seksualną.
– To był trójkąt – dodał bez cienia wstydu. – Ciekawiło mnie, jak to jest. – Wzruszył ramionami i rozparł się wygodniej na kanapie. – Czasem lubię przelecieć laskę, a czasem chłopaka. I co w tym złego?
Nie odpowiedziałam. Wszystkie słowa uleciały mi z głowy, a powietrze nagle uszło z płuc.
– Tylko mnie nie oceniaj, Monroe – mruknął, patrząc na mnie wyzywająco. – Sama nie wyglądasz na świętoszkę.
Wydawało mi się, że na twarzy miałam już każdy kolor czerwieni. Oddech uwiązł mi w gardle, bo słowa Caina natychmiast wywołały obraz, którego nie potrafiłam odpędzić. Darcy, klęczący przede mną, zatopiony między moimi udami. Samo wspomnienie sprawiło, że ciało przeszył mi dreszcz. Może i nie byłam dziewicą, ale nigdy wcześniej nie przeżyłam niczego takiego jak wtedy.
Do tej pory tłumaczyłam sobie wszystko tym, że to była tylko chwila słabości. Kotłowały się we mnie emocje, które wreszcie musiały znaleźć ujście. A potem żyliśmy dalej, jak kumple. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Przekonywałam samą siebie, że to nie miało większego znaczenia. Nie miało…
– Myślisz o czymś zbereźnym? – Cain wyrwał mnie z zamyślenia.
– A tobie co się dziś odpaliło? – prychnęłam. – Seksualizujesz absolutnie wszystko!
– Bo jestem napalony! – jęknął teatralnie, chwytając poduszkę i zasłaniając sobie twarz. – W sumie to już od dłuższego czasu. Ale jak nie ten pojeb w masce z długim nosem, to opieka nad piękną brunetką. Nie mam ani chwili, żeby sobie ulżyć.
– Muszę się do tego przyzwyczaić – mruknęłam, kręcąc głową.
– Do czego niby?
– Że w ogóle rozmawiasz ze mną o takich sprawach… Wybacz, ale jestem w szoku. Nigdy wcześniej nie przyszłoby mi do głowy coś podobnego, a ty nagle wyskakujesz z takim wyznaniem.
Przewrócił oczami tak ostentacyjnie, jakby moje słowa realnie go uraziły.
– Darcy się odzywał? – zapytałam, by zmienić temat, na co chłopak zacisnął mocniej szczęki. – On nadal…
– Raelynn, wróci, zobaczysz.
– Ale nie rozumiem… Był w szpitalu, a nagle, bum, nie ma go.
– Czasem musimy się odciąć od świata – odparł poważniej. – Wyjechać gdzieś daleko, bez telefonu, bez kontaktu z innymi ludźmi. Uwierz mi, to nie pierwszy raz, kiedy mój kuzyn zniknął bez słowa. Zdarzało się, że szukaliśmy go całymi dniami… a nawet tygodniami.
– I co? Znajdywaliście go? – spytałam ostrożnie.
– Czasem.
– I gdzie wtedy był?
Jego spojrzenie nagle stwardniało, nabrało ostrości, jakby chciał prześwietlić moje myśli. Wiedziałam, że trudno mi będzie ukryć swoje intencje – odsłaniałam się coraz bardziej.
– Nie powiem ci.
– Dlaczego?
– Bo byś tam pojechała – odparł bez wahania.
– Ja? Co? Nigdy… – Zaczęłam kręcić głową, lecz on nie spuszczał ze mnie wzroku. Duże, niebieskie oczy wbijały się we mnie. – No dobra – westchnęłam. – Pojechałabym.
– Oboje wiemy, co się wydarzyło – powiedział ciszej. – I uwierz, on naprawdę potrzebuje być teraz sam.
– Ale… – zaczęłam, choć sama nie wiedziałam, co chciałam dodać.
– Mówił ci o swoim problemie? – zapytał, nie dając mi chwili na zastanowienie.
Poczułam, jak moja krew gwałtownie przyspiesza.
– Nie masz pojęcia, kim jesteśmy – ciągnął. – Nie wiesz, co w nas drzemie. On zrobił coś, co kosztowało go więcej, niż potrafisz sobie wyobrazić. Teraz musi się z tym zmierzyć, sam, bez nikogo. Jeśli chcesz go jeszcze zobaczyć takim, jakim był wcześniej, musisz dać mu czas. Nawet jeśli to miałoby trwać dłużej, niż jesteś w stanie znieść.
Mogłabym ciągnąć ten temat, ale nie chciałam. Wystarczyło mi to, co usłyszałam.
Cały dzień spędziłam z Cainem. Chłopak starał się zająć czymś moją głowę. Szokowało mnie, jak wiele potrafił poświęcić dla osoby, którą dopiero co poznał. Mogłabym próbować udawać, że nie stawał się dla mnie kimś bliskim, ale to byłoby kłamstwo. Nie sądziłam, że coś takiego może wydarzyć się tak szybko. A jednak.
Niestety tej nocy musiałam spać sama.
Bez rodziców.
Bez Caina, bo ten dostał pilny telefon od mamy i musiał stawić się w domu.
I… bez Darcy’ego.
Zdana wyłącznie na siebie, w pustym, obcym domu, który choć ogromny, wydawał się obcy i zimny.
Błąkałam się bez celu po przestronnym salonie, zaglądając w każdy kąt, jakby meble miały dać mi poczucie bezpieczeństwa. Powinnam czuć się spokojna – w końcu przed domem czuwał ochroniarz, a kolejne oczy śledziły osiedle z budki przy szlabanie. A jednak moje ciało odmawiało współpracy. Nie czułam się bezpiecznie. Nie po tym, jak dostałam tamtego SMS-a.
Obrazy powracały raz za razem, wzbudzając lęk, że on wciąż żyje, że nie skończył ze mną, że dopiero zaczyna. To, co wcześniej wydawało mi się piekłem, nagle wyglądało jak nic w porównaniu z tym, co teraz mnie czekało.
Siedziałam na kanapie, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Nie byłam nawet śpiąca. Czułam, że muszę się przejść. Teraz. Natychmiast.
Ubrałam się ciepło, opatuliłam szalikiem i zarzuciłam płaszcz na ramiona. Kiedy wyszłam na zewnątrz, przeszył mnie lodowaty podmuch zimowego wiatru. Od razu zauważyłam mężczyznę, który miał mnie chronić – spał oparty o szybę samochodu, a jego oddech zamarzał w krótkich obłoczkach pary. Ani trochę mu się nie dziwiłam. Grudniowe noce w New Heven były długie i skostniałe od zimna.
Chodnik oświetlały wysokie latarnie, a ziemia, pokryta cienką warstwą szronu, skrzypiała pod moimi butami. Kroczyłam powoli, z dłońmi głęboko wsuniętymi w kieszenie, rozglądając się wokół. Chciałam poznać okolicę. W wielu domach paliły się jeszcze światła, a zza zasłon widać było sylwetki ludzi.
Skręcałam w kolejne alejki, coraz bardziej oddalając się od swojego mieszkania, aż w końcu dotarłam do bramy. Wysokie, żeliwne ogrodzenie wyglądało inaczej niż w dzień – cienie tańczyły na jego powierzchni, a między prętami zdawała się pulsować dziwna, ciemna poświata. Zawahałam się tylko na moment. Coś kazało mi ją otworzyć.
Kiedy przekroczyłam próg, świat wokół nagle się zmienił. Zamiast mroźnego powietrza poczułam ciężką, wilgotną woń lasu. Latarnie i domy zniknęły, a ich miejsce zajęły smoliste pnie drzew skąpanych we mgle. Ciemność zdawała się gęsta i przytłaczająca, a każdy dźwięk – trzask gałęzi, szelest liści – brzmiał nienaturalnie głośno.
Zrozumiałam, że nie jestem już w bezpiecznym miejscu. Przeszłam przez bramę, która nie była zwyczajnym wejściem. Za nią czekał mroczny las – obcy, chłodny, niemal żywy. Gęsta mgła snuła się między drzewami, oplatając mnie niczym pajęcza sieć, a każdy krok zdawał się rozbrzmiewać echem w tej dziwnej, duszącej, głuchej ciszy.
Nie powinnam była iść dalej. To przecież była największa głupota. Ale wspomnienie tamtej nocy na cmentarzu, gdy uciekałam przed psychopatą, który prawie odebrał mi życie, powróciło ze zdwojoną siłą. Strach mieszał się wtedy z adrenaliną, a to uczucie sprawiło, że teraz w moich żyłach płynęła potrzeba ryzyka, potrzeba czegoś, co sprawiało, że mogłam oddychać. Bez tego czułam się martwa.
Ruszyłam przed siebie. Ścieżka była ledwo widoczna, ginęła w mroku, ale stopy same prowadziły mnie naprzód. Chłód przenikał przez płaszcz, a serce waliło szybciej, jakby przeczuwało to, czego jeszcze nie widziałam.
Nagle go zobaczyłam. Na początku jedynie cień – coś poruszyło się między drzewami, zbyt szybko, bym mogła uchwycić szczegóły. Zatrzymałam się i zmrużyłam oczy, by dostrzec, czy to złudzenie, czy ktoś naprawdę tam jest. W mgle majaczyła sylwetka – wysoka i nieruchoma, obserwująca każdy mój ruch.
Dopiero po chwili światło księżyca, przebijające się przez nagie gałęzie, odsłoniło szczegół, który sprawił, że zamarłam. Na jego twarzy połyskiwała czarna maska – gładka, pozbawiona emocji, a przez to jeszcze bardziej nieludzka.
Czułam, że włosy na karku stają mi dęba.
Stałam jak wryta, choć powinnam była już uciekać. Biec co sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Dudnienie serca odbijało się echem w mojej głowie, huczało w uszach, a może piszczało. Nie potrafiłam tego odróżnić. Nogi miałam ciężkie, jakby wrosły w ziemię, a oddech rwał się nierówny, szorstki od zimnego powietrza.
Po chwili zza drzewa wyłoniła się druga postać. Ten mężczyzna był niższy od tamtego, drobniejszy w budowie, ale nie mniej złowrogi. I wtedy nagle coś w mojej głowie się połączyło. Sylwetki. Sposób, w jaki stali. Przypominali tych, których widziałam przed rezydencją. Jeśli to byli oni, najpewniej chodziło im o jedno – żeby mnie nastraszyć. Przecież byłam nową sąsiadką, a gówniarze z maskami lubią takie chore zabawy.
– Tak witacie sąsiadkę?! – krzyknęłam, a mój głos odbił się głuchym hukiem między drzewami.
Nie miałam pojęcia, dlaczego to zrobiłam. Przecież powinnam była milczeć, wycofać się po cichu. Ale słowa same wypadły mi z ust, jakby chciały zagłuszyć strach.
Nawet się nie poruszyli. Ani drgnęli. Stali dokładnie w tym samym miejscu, nieruchomi jak cienie. Choć nie widziałam ich twarzy ani oczu, wiedziałam, że patrzą. Że ich spojrzenia wbijają się we mnie, przeszywając moje ciało na wskroś.
– To nie jest zabawne! – rzuciłam, tym razem ciszej, bardziej ochrypłym głosem.
I właśnie wtedy dostrzegłam, jak jeden z nich wysuwa coś zza pleców. Jego ruch był powolny, niemal teatralny, jakby celowo chciał, żebym to zauważyła. Z tej odległości nie potrafiłam dokładnie rozpoznać przedmiotu. Kij bejsbolowy? Ostrze? A może coś jeszcze gorszego? Wiedziałam jedynie tyle, że serce zaczęło walić mi jeszcze mocniej, a w głowie odezwała się jedna, brutalna myśl.
Naprawdę byłam pojebana, skoro jeszcze nie uciekłam.
– Uciekaj. – Szept. Ledwo słyszalny, rozmyty przez powiew zimowego wiatru, a jednak wyraźny, jakby ktoś wypowiedział go tuż przy moim uchu.
Zadrżałam. To jedno słowo rozcięło ciszę niczym ostrze. Nie wiedziałam, skąd pochodziło – czy któryś z nich je wypowiedział, czy może było tylko głosem w moim umyśle. Ale poczułam je całym ciałem.
Zmroziło mnie na sekundę, a potem serce zabiło mi tak gwałtownie, że aż zabolało. Popatrzyłam na nich ostatni raz. Nieruchomi. Czarne maski wpatrzone prosto we mnie, bez drgnięcia, bez oddechu. Jak dwie zjawy, które czekały na mój ruch.
I wtedy wreszcie się ocknęłam. Rzuciłam się do biegu tak szybkiego, ile tylko miałam sił w nogach. Buty rozpryskiwały szron i błoto, a zimne powietrze rozdzierało płuca, ale nie oglądałam się za siebie. Miałam wrażenie, że każdy krok odbija się echem w tym przeklętym lesie, a ciemność ściga mnie jak żywa istota.
Raelynn
Płuca kurczyły się w desperackiej walce o każdy haust powietrza, a zimno rozdzierało je od środka niczym tysiące ostrych igieł. Pod powiekami zebrały się łzy, które w zetknięciu z mroźnym powietrzem paliły jak ogień. Oddychałam nierówno, szarpanym rytmem, jakby moje ciało buntowało się przeciwko dalszemu biegowi.
Ból promieniujący od nogi stawał się coraz bardziej nieznośny, rozlewał się falą aż po kręgosłup. Każdy krok był jak kolejne wbicie noża. Dreszcze przebiegały mnie raz po raz, już sama nie wiedziałam, czy z zimna, z wyczerpania, czy ze strachu.
Gałęzie smagały mnie po twarzy, zostawiając piekące zadrapania, a mgła gęstniała, wdzierając się do gardła i dusząc. Miałam wrażenie, że las sam próbuje mnie zatrzymać, że ziemia pod nogami klei się i ciąży, jakby pragnęła mnie w siebie wchłonąć.
A jednak biegłam dalej. Bo wiedziałam, że jeśli się zatrzymam, oni mnie dopadną.
W końcu przede mną wyrosła brama, ta sama, przez którą wcześniej wyszłam w to przeklęte miejsce. Nadzieja zalała mnie tak gwałtownie, że prawie zabrakło mi tchu. Chwyciłam rozpaczliwie za zimną, metalową klamkę, szarpnęłam z całych sił… ale ona ani drgnęła.
– Nie… – wyszeptałam z niedowierzaniem.
Uniosłam wzrok i dostrzegłam na panelu obok klawiaturę. Kod. Potrzebny był cholerny kod. Cholera. Nie znałam go. Nie miałam pojęcia, jak się dostać do środka.
Serce zaczęło mi walić jeszcze szybciej, a zimny pot spłynął po karku. Jedyne wyjście, jakie miałam, to biec dalej, szukać innej drogi, cokolwiek, byle nie stać tu jak ofiara czekająca na cios.
Ruszyłam, potykając się o własne nogi. Każdy ruch był cięższy, ciało odmawiało posłuszeństwa, a oddech rwał się spazmatycznie. Wiedziałam jednak, że nie mogę się zatrzymać. Nie mogłam…
Nie minęła chwila, gdy z czymś się zderzyłam.
Nie.
Nie…
Czarna maska. Dogonili mnie.
Ślina ugrzęzła mi w przełyku – gardło zacisnęło się tak, że nie byłam w stanie jej przełknąć. Powinnam się cofnąć, odwrócić, spróbować uciec. Ale nogi poddały się pierwsze. Stałam jak wryta, z dłońmi bezradnie opuszczonymi wzdłuż ciała.
Przede mną, w nieruchomej ciszy, stał ten chłopak. Maskę miał gładką, połyskującą w świetle księżyca, które przesączało się przez nagie konary drzew. Widniała w niej tylko jedna luka – w miejscu oczu. Widziałam je wyraźnie. Tylko oczy. Nic poza tym.
I to wystarczyło, by poczuć, jak cała krew odpływa mi z twarzy.
Dokładnie tydzień temu uciekłam przed śmiercią. Widziałam ją wtedy wyraźnie, czułam jej zimny oddech na karku, a mimo wszystko udało mi się wyrwać. Teraz znów, z pełną świadomością, rzuciłam się prosto w jej ramiona.
Powoli zaczynałam wierzyć, że to nie przypadek. Że w głębi duszy sama tego chcę. Że jestem na tyle zrozpaczona, tak do cna wypalona, iż powoli pragnę właśnie jej – śmierci.
Mężczyzna zrobił krok w moją stronę.
– Zgubiłaś się?
Ten sam szept. Ten sam, który wcześniej kazał mi uciekać. Ale teraz brzmiał inaczej – zdawał się cięższy, mroczniejszy, jakby unosił się w powietrzu o sekundę za długo. Niósł ze sobą lodowaty strach, który złapał mnie za gardło.
Moje ciało zareagowało natychmiast, dreszcz przeszył kręgosłup, a kolana lekko się ugięły. Chciałam odwrócić wzrok, przestać patrzeć w tę przeźroczystą szczelinę maski, a jednak nie mogłam. Jego oczy przyciągały mnie jak sidła, obezwładniając każdy ruch.
Serce waliło tak głośno, że miałam wrażenie, iż zaraz je usłyszy. A może właśnie tego chciał? Może karmił się moim strachem, delektował każdym przyspieszonym oddechem, każdym drżeniem dłoni.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Gardło miałam tak ściśnięte, że jedynym dźwiękiem, jaki wydobył się z moich ust, był urywany, żałosny oddech.
– Słodka jest, prawda? – Rozległ się drugi głos, głębszy, bardziej chropowaty.
Myślałam, że ten należący do mężczyzny stojącego naprzeciwko mnie jest przerażający. Że nic gorszego już nie usłyszę. Myliłam się. Ten dźwięk okazał się cięższy, miał w sobie coś z kociego pomruku, coś, co wibrowało w powietrzu i wchodziło wprost pod skórę.
– Urocza – mruknął ten przede mną, przekrzywiając głowę, jakby chciał mi się lepiej przyjrzeć. – Lecz nie może być nasza.
Co…?
Chciałam zapytać, co to znaczy, ale słowa wciąż nie chciały przejść mi przez usta.
Wtedy drugi wyłonił się z cienia i stanął tuż za plecami swojego kompana. Sama jego sylwetka wystarczyła, by odebrać mi dech. Był wyższy, szerszy w barkach, a sposób, w jaki się poruszał, miał w sobie coś dzikiego. Drapieżnego. Jakby nie należał już do świata ludzi, lecz do czegoś znacznie bardziej pierwotnego.
Otaczała go miażdżąca aura. Nie musiał mówić ani wykonywać gwałtownych ruchów. Wystarczyło, że tam stał, a ja czułam, jak moje ciało reaguje na jego obecność: zimnem, ciarkami, sercem bijącym jak oszalałe.
Potwornie imponujący.
– Kto tak powiedział? – warknął, chwytając swojego towarzysza za ramię i odsuwając go brutalnie w tył. – Może być moja, jeśli zechcę.
– Nie. – Głos tego drugiego był zimny i stanowczy, jak u kogoś, kto nie znosi sprzeciwu.
Tamten jednak nie ustępował. Zrobił krok w moją stronę. Nim zdążyłam się cofnąć, choćby o cal, poczułam jego dłoń. Szorstkie palce zacisnęły się na mojej brodzie, zmuszając mnie, bym uniosła głowę. Zrobił to powoli i pewnie, bo doskonale wiedział, że nie mam dokąd uciec.
Chciał, żebym spojrzała mu w oczy.
I zrobiłam to.
Czarne. Bez śladu źrenic, bez żadnej granicy. Nie przypominały ludzkich oczu, były jak otchłań, noc, która pożera światło. Wciągały mnie w siebie, jak gdyby chciały pochłonąć wszystko, czym byłam.
W tej chwili miałam wrażenie, że znikam. Że rozpływam się w tej czerni, a moje własne myśli, moje „ja”, zaczynają ginąć w pustce, którą on niósł swoim spojrzeniem.
– Uciekaj, słodka.
Nie byłam pewna, który z nich to powiedział, ale po chwili zrozumiałam. To zamaskowany mężczyzna – ten mniej przerażający – nagle rzucił się na swojego towarzysza, chwycił go i unieruchomił. To było nierealne. Sam dał mi szansę na ucieczkę.
Ale czy to nie była pułapka? Jebać to. W tym momencie liczyło się tylko jedno. Ucieczka.
Tym razem dałam z siebie wszystko. Ból rozrywał moją nogę, łzy piekły, a zimno wbijało się w płuca jak stalowe ostrza, ale nie zwracałam już na to uwagi. Każdy krok był krzykiem mojego ciała, ale gnałam naprzód, jakby od tego zależało moje życie. Bo właśnie tak było.
Dobiegłam do drugiej bramy. Ochroniarz w budce natychmiast się podniósł, zaskoczony moim widokiem, ale nie zatrzymałam się nawet na sekundę. Pędziłam prosto do domu, na oślep, z sercem gotowym rozerwać mi klatkę piersiową.
Wpadłam na drzwi z takim impetem, że aż zabrzęczały w futrynie. Drżącymi dłońmi wygrzebałam klucz, a następnie próbowałam trafić do zamka. Metal wymykał mi się spod palców, panika narastała z każdą sekundą, aż miałam wrażenie, że zaraz zabraknie mi powietrza.
W końcu mi się udało. Zamek przeskoczył, drzwi ustąpiły, a ja wpadłam do środka, zamknęłam je za sobą i opierałam się o nie całym ciężarem.
Upadłam na kolana, nie mogłam opanować drżenia dłoni, a dech uciekał mi z płuc. Łzy zmieszały się z potem na twarzy, a jedyne, co słyszałam, to ogłuszające bicie własnego serca. Byłam w domu. Bezpieczna.
Zaczęłam nerwowo szukać telefonu w kieszeni płaszcza. Palce trzęsły mi się tak bardzo, że prawie nie mogłam go chwycić. W końcu jednak udało mi się wyciągnąć urządzenie. Ekran rozświetlił mrok panujący w pomieszczeniu i od razu wybrałam numer do Darcy’ego.
Jeden sygnał. Drugi. Trzeci… Nic.
Cisza po drugiej stronie linii okazała się gorsza niż krzyk. On naprawdę przepadł. Nie odbierał. Nie było go. W tej chwili potrzebowałam go jak nigdy dotąd, ale nie mogłam na niego liczyć.
Telefon drżał w mojej dłoni, a ja miałam wrażenie, że wraz z każdą sekundą rozsypuję się na kawałki.
Co tu się, kurwa, odpierdalało? Najpierw ten pieprzony stalker. Teraz dwóch zamaskowanych mężczyzn w lesie. A ja… ja pośrodku tego wszystkiego, biegnąca na oślep, z sercem w gardle i strachem zżerającym mnie od środka.
Zadzwoniłam więc do Caina. Słowa same wysypały się ze mnie w panice – chaotyczne, poszarpane, ale on i tak zrozumiał. Obiecał, że zaraz będzie. Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność, aż w końcu pod drzwiami wejściowymi usłyszałam kroki.
Najpierw spojrzałam przez wizjer, by upewnić, że to on. Cain. Przyszedł. Naprawdę przyszedł.
Otworzyłam mu drzwi, a on szybko wsunął się do wnętrza domu.
Na chwilę uderzyła we mnie ulga, lecz szybko zauważyłam coś, co odebrało mi dech. Przy kieszeni jego spodni zwisał nóż w czarnym futerale, połyskujący przy każdym ruchu.
Cain nie wyglądał, jakby miał zamiar zostać ze mną w środku. Jego spojrzenie powędrowało od mojej twarzy, po drżące dłonie, aż do drzwi za mną. Był skupiony, napięty, gotowy.
– Masz się stąd nie ruszać – powiedział stanowczo, głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Zaraz wrócę.
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, a on już odwrócił się w stronę mroku, z dłonią blisko futerału, jakby każda sekunda mogła być tą ostatnią.
Co, do chuja? Nie… To były jakieś jaja.
Stałam przy drzwiach, czekając, aż Cain wróci, ale mijało pięć minut, dziesięć… W końcu je zamknęłam, a następnie osunęłam się na podłogę, czując, jak strach znów paraliżuje moje ciało. Każda sekunda była jak wieczność.
Wreszcie usłyszałam skrzypnięcie klamki. Cain chciał wejść do środka. Podniosłam się, otworzyłam zamek i ponownie go wpuściłam, a on zamknął za sobą z takim impetem, że aż drgnęłam. Nie spojrzał na mnie ani razu. Wyciągnął telefon z twarzą napiętą jak struna i od razu skierował się do salonu. Ruszyłam za nim, a serce podeszło mi do gardła.
– Myślałem, że to pierdolone plotki – warknął wściekle, chodząc tam i z powrotem. – Anarchowie mieli być jebanym mitem. – Zamilkł, zaciskając pięść tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Po chwili przycisnął telefon do ucha i syknął: – Riaz, nie wkurwiaj mnie. W tym momencie mam w chuju, czy mówiłeś, że istnieją i uprawiają te swoje chore zabawy. Są tu. Rozumiesz? Są, kurwa, tutaj. – Zacisnął szczękę, a jego głos stał się jeszcze bardziej ponury: – Nie wiem, gdzie jest Darcy, ale znajdź tego chuja. Jeśli nie, to zaraz będziemy mieli tu pierdoloną rzeź.
Anarchowie? Nie no, gdzie ja, kurwa, wylądowałam? Już bardziej realne wydawało mi się to, że zwróciłam uwagę jakiegoś chorego mordercy niż… tego czegoś.
Stałam w progu salonu, gdy Cain wreszcie oderwał wzrok od telefonu i spojrzał prosto na mnie.
– Raelynn – powiedział napiętym, pozbawionym jakiejkolwiek czułości głosem. – Czy twoi rodzice wybrali tę okolicę z jakiegoś konkretnego względu?
– Ich przyjaciele tu mieszkają – odpowiedziałam, niepewnie wzruszając ramionami.
– Kurwa – syknął i przeczesał dłonią włosy, jakby chciał wyrwać sobie z głowy te słowa.
– Jacy Anarch… – zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.
– Monroe – zaczął twardo, jakby każde słowo ważyło tonę – nie uwierzysz w to, co ci powiem. Lecz ta dwójka, na którą wpadłaś… to pierdoleni mordercy. Dziedzice rodzin płatnych zabójców. – Zrobił krok w moją stronę, a jego spojrzenie było czujne i nerwowe. – Więc, kurwa, módl się, żeby twój tatuś ich znał.
Krew zawrzała mi w żyłach, aż poczułam gorąco rozlewające się po twarzy. Serce dudniło jak młot, a w gardle zaciskała się panika wymieszana z gniewem.
– To nie jest zabawne, Cain. – Głos mi zadrżał, choć starałam się brzmieć stanowczo.
– No nie jest – odparł chłodno, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Ale skąd ty… – zaczęłam, a serce znów przyspieszyło swoje bicie.
– Bo też jestem takim pierdolonym dziedzicem – wysyczał przez zęby. – Ale z wrogiej rodziny.
Chwila. Co…?
Miałam wrażenie, że dusza właśnie opuściła moje ciało. Wszystko zaczęło wirować, jakby podłoga osunęła mi się spod nóg. W uszach rozbrzmiewał tylko huk krwi, a powietrze stało się zbyt ciężkie, żeby wciągnąć je do płuc.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Czułam, jak świat zapada się wokół mnie, a ciemność nadchodzi z każdej strony.
Aż wszystko zasnuła czerń.
Poczułam gwałtowne szarpnięcie, które wyrwało mnie ze snu. Potarłam twarz wierzchem dłoni, otworzyłam sklejone powieki i natychmiast tego pożałowałam. Ciemna sylwetka pochylała się nade mną, a w następnej chwili przycisnęła dłoń do moich ust.
Krzyk uwiązł mi w gardle.
Znów ta maska. Te przeklęte czarne oczy.
Zaczęłam się miotać, ale bez rezultatu. Był silniejszy, bez wysiłku unieruchamiał mnie w miejscu. Nieważne, jak bardzo próbowałam się wyrwać, jak rozpaczliwie podejmowałam kolejne próby ucieczki, wszystko kończyło się fiaskiem.
– Mówią, że nie mogę cię mieć – wyszeptał powoli, żebym dokładnie usłyszała każde słowo. – A ty jesteś taka słodka.
Pisnęłam, lecz dźwięk nie zdołał przedostać się przez jego palce.
– Nie wierzgaj, bo będzie niemiło.
To nie było ostrzeżenie. Tylko groźba w najczystszej postaci.
Moja głowa nie nadążała z przetwarzaniem tego, co się działo. Dlaczego to spotykało właśnie mnie? Chciałam jedynie odkryć, kto stoi za śmiercią Cedrica. Stalker miał być moim największym koszmarem, więc… Dlaczego?
– Strach pięknie odbija się w twoich oczach, słodka.
Zamknęłam oczy z nadzieją, że to tylko sen. W myślach odliczałam do dziesięciu i modliłam się, by wreszcie się obudzić. Na próżno – jego ciężar wciąż przygniatał moje ciało, odbierając mi oddech i trzeźwe myśli. Ciągle jedynie błagałam, by to się skończyło.
Nagle, jakby zza ściany, przebił się inny głos. Rozdarł chaos szalejący w moim umyśle.
– Co ty zrobiłeś?! Pojebało cię?!
Zacisnęłam powieki jeszcze mocniej, kurczowo trzymając się nadziei, że to zaraz zniknie. I wtedy moje ciało poderwało się w górę, niczym wyrwane z koszmaru.
Nie było go.
To był sen.
Boże…
Byłam cała zlana potem. Pościel kleiła mi się do skóry, a serce waliło tak, jakby ktoś wciąż trzymał mnie w uścisku. Kręciło mi się w głowie, a każdy oddech brzmiał za głośno w pustym pokoju.
Zawartość żołądka momentalnie podeszła mi do gardła. Wybiegłam z pomieszczenia na oślep, by jak najszybciej znaleźć się w łazience. Kiedy dopadłam do toalety, wszystko ze mnie wyszło – zwymiotowałam wprost do sedesu. Cały stres, przerażenie i napięcie, które kotłowały się we mnie od wielu dni, znalazło ujście. Wylądowało w porcelanie, a słone łzy spływały do ust, mieszając się z goryczą.
Po chwili oparłam się plecami o zimną ścianę. Ciężko oddychałam, drżąc, z oczami zaszklonymi od płaczu. Przez uchylone drzwi dostrzegłam sylwetki Caina i Riaza. Stali nieruchomo, wpatrując się we mnie, jakby nie wiedzieli, czy powinni podejść, czy zostawić mnie samą.
– Raelynn, wszystko w porządku? – Blondyn odezwał się pierwszy, robiąc krok w moją stronę. – Potrzebujesz…
– Miałam koszmar – wydusiłam, a głos mi się łamał. – To był naprawdę okropny sen…
Riaz patrzył na mnie surowo. Wcześniej, gdy go spotkałam, jego twarz wydawała się łagodniejsza. Teraz jednak wbił we mnie wzrok tak intensywny, jakby chciał zajrzeć w głąb mojej duszy, prześwietlić ją na wskroś. Gdybym miała siłę, powiedziałabym mu, żeby tego nie robił – bo to, co kryło się wewnątrz mnie, było zbyt mroczne.
– Jaki sen? – zapytał cicho.
Jego ton wywołał we mnie dreszcz.
Myślałam, że tylko stalker jest w stanie wzbudzić we mnie taki lęk. Potem zmieniłam zdanie, gdy wpadłam na tamtą postać… Boże, już nie wiedziałam, co było prawdą, a co urojeniem. Głos Riaza brzmiał tak, jakby został stworzony po to, by poruszać każdą część mnie – i właśnie to robił.
– Że ten człowiek w masce był w moim pokoju i że…
Nie dokończyłam. Cain bez słowa wybiegł z łazienki i ruszył w nieznanym mi kierunku. Zostałam sama z bratem Darcy’ego, który teraz przyklęknął tuż obok. Miał niemal tak samo zielone oczy jak jego mama.
– I co jeszcze, Monroe?
Przełknęłam ślinę, która uparcie nie chciała przejść mi przez gardło. Ból i wysiłek sprawiły, że kilka łez spłynęło po moich policzkach.
– Że wy i oni… – urwałam, bo jego spojrzenie coraz bardziej mnie przygniatało. – Jesteście związani z jakimiś mordercami…
Na twarzy Riaza nie pojawił się nawet cień zaskoczenia. Serce zadrżało mi w piersi, a on odsunął kosmyk włosów z mojego policzka i wsunął go za ucho. Ten sam gest, który wykonywany przez Darcy’ego zawsze niósł ciepło, w wydaniu Riaza wywołał we mnie jedynie falę niepokojących dreszczy.
Wtedy do środka wpadł Cain – blady jak ściana.
– Był. Tu. Skurwiel.
Znów poczułam, jak żółć podeszła mi do ust. Dobrze, że siedziałam przy toalecie, bo od razu zwróciłam wszystko wprost do muszli.
– Roztrzaskałeś ją, słodziutką dziewczynę – rzucił beznamiętnie Riaz. Zerknęłam na niego ukradkiem, a on dodał: – Wybacz, Raelynn. To wszystko jest prawdą, nie snem. Koszmarem owszem, ale wciąż rzeczywistością.
Raelynn
Gdy tylko pozbierałam się po słowach brata Darcy’ego, wybiegłam z łazienki i zamknęłam się w pokoju, nie wpuszczając do środka dobijającego się Caina.
Zasłoniłam uszy dłońmi i nuciłam pod nosem, by zagłuszyć dźwięk jego głosu. Nie chciałam go słyszeć. Nie pragnęłam jego obecności. Cain był mordercą. Riaz też. Darcy tak samo. Boże…
Mdłości nie ustępowały, żołądek podchodził do gardła raz za razem, ale uparcie tłumiłam odruch wymiotny. Brzuch uciskał mnie boleśnie, a mimo to nie wydobyłam z siebie ani jednego dźwięku.
– Raelynn, otwórz, proszę.
Delikatny ton, głos, który miał mnie zwieść. I niemal mu się udało. Obaj mnie zmanipulowali, a ja dałam się złapać w ich sieć. Jak zwierzę zapędzone w kozi róg przez silniejszego drapieżnika.
– Raelynn…
– Spierdalaj, psychopato! – ryknęłam.
– Bez takich, dobra? – Nawet przez drzwi słyszałam typowe dla niego westchnienie. – Przecież nic ci nie zrobię.
– Zadzwonię na psy!
– Monroe, nie jesteś głupia. Proszę, otwórz drzwi i porozmawiajmy.
– Pierdol się.
– Kurwa, Raelynn!
Siedziałam pod drzwiami od pokoju, nie chcąc go do siebie wpuścić.
– Czego nie rozumiesz?! – Stanęłam naprzeciwko drzwi. – Prędzej wyskoczę przez okno, niż ci otworzę!
– Riaz stoi pod twoim oknem, a poza tym masz parterowy dom.
No co za…
– Świr!
Nastała głucha cisza. Stałam w miejscu, wstrzymując oddech i nasłuchując, czy to nie był tylko podstęp. Odszedł? Nie potrafiłam tego stwierdzić…
Nagle w głębi domu rozniósł się huk tak potężny, że aż podskoczyłam. Raz. Drugi. Serce waliło mi jak oszalałe.
A potem go zobaczyłam. Cain stał naprzeciwko mnie, a drzwi, które jeszcze chwilę wcześniej tkwiły w futrynie, teraz leżały pod jego butami. Rozjebał je kilkoma ruchami.
Ślina utknęła mi w gardle, oddech zamienił się w szorstki, szarpany haust, a ciało zdrętwiało tak bardzo, że miałam wrażenie, iż wyszło ze mnie i stanęło obok.
Pieprzony futbolista.
Chłopak powoli przekręcił głowę w prawo, potem w lewo, jak gdyby nastawiał kark przed kolejną akcją. W ciszy, jaka zapadła, ten trzask kości brzmiał głośniej niż krzyk.
– Prosiłem.
Pierwszy raz ujrzałam w jego oczach prawdziwą furię. Klatka piersiowa unosiła się mu i opadała w zawrotnym tempie. Oddychał tak głośno, że słyszałam tylko to. Sparaliżowało mnie, moje nogi wrosły w podłogę, choćbym chciała uciec, znów nie byłam do tego zdolna.
– Gdybym chciał, już dawno zrobiłbym ci krzywdę, Raelynn. – Czy to miało mnie uspokoić? – Ale nie jestem taki. Nie znasz całej prawdy, nie masz pojęcia, jak to naprawdę wygląda. Więc, kurwa, proszę cię… wysłuchaj mnie.
– Jesteście…
– Tak, jesteśmy dziećmi złych ludzi – odparł bez zawahania. – I błagam cię, nie mów, że tego nie czułaś. Powiedz mi prosto w oczy, że nigdy nie dostrzegłaś mroku w Darcym. Oboje wiemy, że to kłamstwo. Wyczuwałaś go od samego początku. I wiesz, co jest w tym najgorsze? Że zgodziłaś się na to.
Serce biło mi coraz mocniej, jakby miało rozerwać klatkę piersiową.
– Tak, Monroe. – Jego głos stał się niższy, bardziej przeszywający. – Zgodziłaś się, bo sama masz coś popieprzonego w sobie. – Zrobił krok w moją stronę, a ja drgnęłam. – Chciałaś, by ten stalker był tylko twój, dlatego nic nam nie powiedziałaś. Prawda? Jarało cię to.
– Co się z tobą stało? – wydusiłam.
Cain delikatnie się uśmiechnął. Na krótką chwilę znów zobaczyłam w nim tego samego chłopaka, który pewnego dnia podszedł do mnie na kampusie. Przez sekundę poczułam się przy nim bezpiecznie… ale to trwało o sekundę za długo.
– A co miało się stać? – Wzruszył ramionami. – Jestem wciąż taki sam.
– Nie. – Pokręciłam głową. – Nie jesteś.
– Bo mnie nie znasz. – Spoważniał. – Nie poznałaś mnie na tyle, by zobaczyć tę stronę. Lata uczyłem się ją maskować. – Postawił kolejny krok w moim kierunku. – Tysiące treningów, pracy nad sobą, rozmów z tymi, którzy próbowali wbić mi do głowy, że muszę nauczyć się tłumić potwora. Tego, który wciąż szarpie się we mnie, aż brakuje sił, by go okiełznać.
Przełknęłam ślinę, która paliła mnie w gardle.
– Wiesz, jak to jest? – zaczął szeptać natarczywie. – Codziennie podejmować ryzyko, że w końcu puszczą ci hamulce? Bo ja to robię każdego dnia, idąc szkolnym korytarzem, przechodząc przez ulicę, biegając po boisku. A kiedy ten pieprzony koleś oblał cię sztuczną krwią, marzyłem jedynie o tym, żeby skręcić mu kark.
Przed oczami zatańczyły mi mroczki, ale on mówił dalej:
– Miałaś tego nie wiedzieć. Ale, jak się okazuje, twoja rodzina może mieć coś wspólnego z moim światem. A to oznacza tylko jedno… – Zamilkł, patrząc mi prosto w oczy. – Że łączy nas o wiele więcej, niż myślisz.
– Wy wszyscy…
– Tak, wszyscy. Ja, Darcy, Riaz, mój brat i kuzynka. – Jego twarz pozostała bez emocji. Ta pustka była tak namacalna, że aż mnie dławiła. – Ale ja nauczyłem się to maskować lepiej niż ktokolwiek. Nawet rodzice wierzą, że jestem idealnym synem, który umie doskonale tłumić swoją naturę. Pozwalałem im dostrzegać go jedynie wtedy, gdy lałem się z kuzynami. – Uniósł lekko kącik ust, jakby to była oczywistość. – Więc nie obwiniaj się, że tego nie zauważyłaś. Nie byłabyś w stanie.
– A oni?
– Anarchowie?
Potaknęłam.
– Są gorsi nawet od nas. – Na te słowa zrobiło mi się słabo. – Nie mogę ci zdradzić wszystkiego, ale moja rodzina żyje według pewnych zasad. Oni nie mają żadnych. Ani ja, ani moi kuzyni, ani brat nigdy nikogo nie skrzywdziliśmy. Nie mówię o szkolnych bójkach, lecz o czymś więcej. Tego nie praktykujemy. Odkąd nasi rodzice odeszli z tamtego świata, my zrobiliśmy to razem z nimi.
Mój puls powoli się uspokajał.
– Nigdy nikogo nie zabiłem. Nie jestem mordercą. Choć noszę tego potwora i czuję, że we mnie drzemie, to nim nie jestem. A oni… oni zabijają dla przyjemności. Kochają polować na ludzi, zwodzić ich, bawić się nimi, dopóki się nie znudzą. Są znacznie gorsi, niż mogłabyś przypuszczać.
– I tak po prostu sobie tu mieszkają? A co z policją, co…
– Raelynn, jesteś na tym osiedlu nie bez powodu. – Wiedziałam, co sugeruje, ale wciąż nie zamierzałam w to uwierzyć. – Tacy ludzie mają plecy wszędzie. Poza tym wiedzą, jak pozbyć się kogoś tak, by tej osoby nigdy nie odnaleziono.
– A stalker? Czy on może…
– Raczej nie – mruknął posępnie. – Oni nie zostawiają ciał. To ktoś zupełnie inny.
– Cain, ja… – Kręciłam głową. – To dla mnie za dużo, potrzebuję czasu.
Tak naprawdę nie wierzyłam, że jakikolwiek czas pozwoli mi to przetworzyć. Miałam tylko jedno wyjście – odegrać rolę swojego życia i stąd uciec. Ochroniarz wciąż znajdował się przed domem. Jedyne, co musiałam zrobić, to odwrócić uwagę tych dwóch.
Zebrałam w sobie resztki odwagi i zbliżyłam do okna. Nie widziałam nigdzie Riaza, co oznaczało, że musiał wejść do środka. Cain od razu podniósł głowę, a jego spojrzenie przeszyło mnie na wylot.
