Fated Darkness - Weronika Plota - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Fated Darkness ebook i audiobook

Weronika Plota

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

163 osoby interesują się tą książką

Opis

Finałowy tom historii Darcy’ego Scotta i Raelynn Monroe.

 

Darcy rozpoczyna desperacką pogoń za człowiekiem, który od dawna pozostaje nieuchwytny. Napędza go nie tylko strach o bezpieczeństwo Raelynn, lecz także narastająca potrzeba zemsty. Wie, że dopóki on żyje, nikt z jego bliskich nie będzie naprawdę bezpieczny.

 

Stalker prowadzi z nimi brutalną grę, w której to on wybiera moment ataku.

 

Raelynn wciąż nosi w sobie ślady tego, co przeżyła, ale strach przestaje ją paraliżować. Zamiast uciekać, zaczyna walczyć o siebie, o przyszłość i o kontrolę nad własnym życiem. Problem w tym, że stalker nie zamierza zniknąć. Jest cały czas krok przed nimi.

 

Kiedy Darcy dociera do martwego punktu, zostaje zmuszony poprosić o pomoc ludzi pozostających od pokoleń wrogami jego rodziny. Ich wsparcie ma jednak swoją cenę.

 

Czy Darcy i Raelynn zdołają przetrwać do końca? Czy to, co w nich drzemie, rozdzieli ich na zawsze? Czy będą gotowi zapłacić więcej, niż kiedykolwiek potrafili poświęcić?

 

Jedno jest pewne. Los zawsze czegoś żąda w zamian.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 557

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Weronika Plota

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Martyna Janc, Dominika Kalisz-Sosnowska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-758-6 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

INFORMACJA OD AUTORKI

Fated Darkness to trzeci tom serii „Heritage of Darkness”. Akcja powieści jest osadzona na Uniwersytecie Yalew New Haven. Wiele informacji dotyczących nauczania, prowadzonych zajęć, życia akademickiego czy futbolu amerykańskiego powstało na bazie starannie przeprowadzonego researchu. Należy jednak pamiętać, że część przedstawionych w książce realiów została celowo zmodyfikowana.

Nie wszystko, co pojawia się na kartach tej historii, w pełni odpowiada rzeczywistości – zarówno tej związanej z uczelnią, systemem edukacji, jak i z zasadami obowiązującymi w poszczególnych miastach. Wszystkie te aspekty zostały dostosowane do potrzeb fabuły. Choć wiele miejsc i odniesień istnieje naprawdę, uzupełniłam je swoją wyobraźnią.

Bractwo Kruka powstało z inspiracji prawdziwym bractwem działającym na Yale, jednak wszelkie informacje na jego temat są całkowicie fikcyjne. Rzeczywiste bractwo owiane jest bowiem aurą tajemnicy, a wiele faktów dotyczących jego działalności nigdy nie ujrzało światła dziennego. Anarchowie to nazwa fikcyjnej organizacji wymyślonej przeze mnie na potrzeby tej książki. Nie odnosi się ona do żadnej rzeczywistej grupy i nie należy jej mylić z anarchistami.

Fated Darkness to finałowy tom historii Darcy’ego oraz Raelynn.

OSTRZEŻENIE

Zanim rozpoczniesz lekturę, chcę Cię uprzedzić, że Fated Darkness jest książką napisaną z myślą o dorosłych czytelnikach. Sięgając po nią, musisz mieć świadomość, że pojawiają się w niej treści, które mogą wywołać intensywne emocje i nie będą odpowiednie dla każdego. Historia zawiera m.in. wątki prześladowania oraz morderstwa. Sceny o charakterze seksualnym są wyraźne i szczegółowe. Niektóre fragmenty mogą się okazać trudne lub niekomfortowe dla części odbiorców. Całość stanowi fikcję literacką.

PLAYLISTA

Ed Sheeran – Photograph

David Kushner – You and Me

Hozier – Arsonist’s Lullabye

NF – How Could You Leave Us

Billie Eilish – everything i wanted

Jonah Kagen – The Roads

Taylor Swift – my tears ricochet

X Ambassadors – Unsteady

Noah Kahan – False Confidence

NF – Let You Down

DarkLux – Under The Influence

Lewis Capaldi – Bruises

MEG MYERS – Desire (Hucci Remix)

Billie Eilish – hostage

Dean Lewis – Waves

Saint Mesa – Lion

NF – FEAR

flora cash – You’re Somebody Else

Artemas – caroline

Sleeping At Last – Touch

Jonah Kagen – God Needs The Devil

Yaelokre – Harpy Hare

NF – Like This

Noah Cyrus – July

Abel Korzeniowski – Dance For Me Wallis

Kodaline – All I Want

Billie Eilish – CHIHIRO

DarkLux, Xizt – So Far So Fake

Benjamin Steer – No One Wants To Die Alone (Acoustic)

NF – Remember This

Shaya Zamora – Sinner

James Bay – Let It Go

Billie Eilish – No Time To Die

blackbear – idfc

Ewan J Phillips – I Wish I Was the Moon

Jonah Kagen, Sam Barber – Burn Me

Halsey – Castle

The Haunting – skins

Logic, Alessia Cara, Khalid – 1-800-273-8255

Kerry Muzzey, Andrew Skeet, The Chamber Orchestra – The Secret History

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Darcy

Są w życiu sytuacje, które potrafią odmienić człowieka, a nawet ukształtować go na nowo, choć wcześniej wydawało się to niemożliwe. Zazwyczaj nie dopuszczamy myśli, że można zboczyć z drogi, którą tak pewnie kroczymy. To nie leży w naszej naturze. To tak, jakby podczas prowadzenia samochodu nagle zmienić kierunek, mimo że cel znajduje się zupełnie gdzie indziej.

Ja z trasy zjechałem całkowicie. To nie był skręt w boczną ulicę, lecz zupełna zmiana kursu.

Od zdarzeń w grobowcu minęły ponad dwa miesiące.

Wystarczająco dużo czasu, by wiele zmienić i podjąć decyzje, które wpłynęły na mnie bardziej niż cokolwiek wcześniej.

Pierwsze dni były niewyobrażalnie trudne. Najczęściej spędzałem je z bratem w szpitalu. Gdy to się wydarzyło, rozpoczął się nowy semestr, więc powinienem był się skupić na nauce, trenować lub robić cokolwiek innego. Lecz to nie miało znaczenia. On próbował zabić mojego brata, mnie, Raelynn… Jak tylko wychodziłem ze szpitalnej sali, szukałem tego skurwiela, który gdzieś się zaszył.

Do dziś miałem przed oczami moment, gdy medycy wpadli z Riazem na salę operacyjną. Rodzice spanikowani wbiegli do pomieszczenia, skąd natychmiast siłą ich wypchnięto. Kiedy spojrzeli na mnie, przerazili się jeszcze bardziej. Od razu kazali mnie przebadać. Poprosiłem tylko o silny środek przeciwbólowy, którego z początku nie chciano mi podać. Nie byłem pacjentem i nie pozwalałem się dotknąć. Kurwa, chciałem tylko jedną jebaną tabletkę.

W końcu wujek Mateo przyszedł i to załatwił.

Mając świadomość, że Riaz jest pod dobrą opieką, wyszedłem ze szpitala. Chodziłem po tym pierdolonym mieście, szukając go w każdym możliwym zakamarku. Kiedy dotarłem do domu, dobijali się do mnie ojciec, Aiden, Cain i Raelynn, ale nie chciałem z nikim rozmawiać. Nie po tym, jak mój młodszy brat wykrwawiał się w moich ramionach, bo wplątałem go w to gówno.

Ich wszystkich.

Ją.

Caina.

Riaza.

To była moja wina.

Tak minęły mi te dwa miesiące. Był marzec, a ja nie miałem właściwie żadnego kontaktu z Raelynn, od dłuższego czasu. Oboje podjęliśmy decyzję o tym, że na jakiś czas muszę się wycofać. Nie chciałem odejść bez słowa, jak wcześniej. Lecz czy nie wychodziło na to samo? Odsunąłem ją od siebie, mimo że obiecałem, że tego nie zrobię.

Moje słowa ważyły tyle co nic.

Zaraz po tym, co się wydarzyło, spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, ale gdy tylko spoglądałem w jej oczy, widziałem strach… strach, który wniknął w nią przeze mnie.

Nie potrafiłem być obok niej, mając świadomość tego, co jej uczyniłem.

Musiałem dorwać tego skurwiela. Nie po to wziąłem na siebie wyrok, by on mnie oszukał i skrzywdził osoby, które były mi bliskie.

Podchodziłem do swojego samochodu, gdy dostrzegłem zbliżającego się do mnie Caina. Już z daleka nie wyglądał, jakby chciał mnie do siebie przyciągnąć i przytulić, raczej szedł z zamiarem, by zajebać mi w pysk.

Niejednokrotnie już to robił. Od dwóch miesięcy ciągle się kłóciliśmy, nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka. Rozumiałem go, więc bez sprzeciwu brałem to wszystko na klatę. Każdy krzyk, uderzenie, wyrzut i całą tę nienawiść.

– Spróbuj wsiąść do auta, a przedziurawię ci opony! – wydarł się, a gdy tylko stanął naprzeciwko mnie, zmierzył mnie ostrym spojrzeniem. – Trener pytał, co odpierdalasz! Kurwa, serio, Darcy?! – Wyrzucił ręce w powietrze, a te po chwili opadły bezwładnie. – Spierdolisz sobie życie.

Chciałbym wzruszyć ramionami, powiedzieć, że mam to w dupie, ale znowu dostałbym wykład, a nie miałem na to czasu.

– Będę jutro na zajęciach.

– A kiedy porozmawiasz z Monroe?

– Gadaliśmy już o tym, Cain…

Chwyciłem klamkę od auta, ale on zdążył złapać mnie za nadgarstek i wykręcić go mocno.

– Nie zniszczysz tej relacji, rozumiesz?!

Nie wyrwałem się ani nawet nie drgnąłem. Po prostu przyjmowałem to na siebie, choć w mojej głowie wszystko zaczęło wracać. Jej uśmiech, zapach, który potrafił mnie uspokoić i to spojrzenie, które sprawiało, że chciałem żyć i walczyć.

A potem widziałem to, jak w jej oczach gaśnie wszelka nadzieja.

Nie dopuszczę już do takiej sytuacji. Nieważne, co będą o mnie sądzić najbliżsi i że ona mnie znienawidzi. Dopóki będzie bezpieczna, nic innego nie będzie się dla mnie liczyć.

– Tak jest lepiej – odpowiedziałem.

– Jak?! – Puścił moją rękę, po czym chwycił mnie za bluzę i przyciągnął do siebie. – Tak, że udajesz, że wszystko masz pod kontrolą? Że niszczysz sobie życie?! To jest, kurwa, lepsze?! Proszę cię, bracie… – Głos mu się załamał. – Błagam cię, opamiętaj się, bo to trwa już za długo.

Cain nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pragnąłem, by to wszystko się unormowało. Ale czasem miewamy pragnienia, które nigdy się nie spełnią.

– Coraz bliżej zakończenie roku, a ty…

– Co mi po zakończeniu roku, skoro każdego możliwego dnia mogę was stracić?!

– Ty się zaciąłeś czy co?! – krzyczał bez przerwy. – My chcemy być w tym z tobą!

– I przez to Riaz ledwo uszedł z życiem! Raelynn tak samo! Ty też!

– Taką decyzję podjęliśmy! Żaden z nas tego nie żałuje!

– Ale ja tak! – Nie mogłem już zachować spokoju. – Ja się za to obwiniam. Ja tego żałuję, rozumiesz?!

Przez ten cały czas walczyliśmy, żarliśmy się, nie umieliśmy nawet na siebie spojrzeć ze zrozumieniem, a co dopiero normalnie porozmawiać. Jednak teraz… Mój kuzyn po raz pierwszy spojrzał na mnie w taki sposób, jakby wreszcie do niego dotarło.

– Błagam, zrozum, że chodzi o mnie… – Uderzyłem się w pierś, bo nie wiedziałem, co począć z rękami, które zwisały bezwładnie. – Wszyscy uważacie, że razem damy radę, że ważne jest mieć kogoś przy sobie. Rozumiem to, ale… – Przygryzłem z nerwów wnętrze policzka. – To od zawsze była moja walka. Odkąd pojawiłem się na tym świecie, odkąd tylko zacząłem chodzić, wrogowie rodziców skupiali na mnie swój wzrok. Chcieli mnie dopaść.

– Nie mu…

– Nie muszę? – dokończyłem za Caina. – Rozmawiałem jakiś czas temu z twoim ojcem, wyłożyłem karty na stół, a on opowiedział mi o czymś i to do dziś tkwi w mojej głowie. Kiedy uprowadzono nas jako dzieci, ja miałem około czterech lat, a ty dwa, jeśli Zane się nie mylił. Gdy odnaleźli nas z Nicholasem, zasłoniłem cię swoim ciałem. Okryłem cię całkowicie, podobno wyglądało to tak, jakbym cię przytulał. A kiedy nasi ojcowie się zbliżyli… – urwałem, bo ze stresu coraz trudniej było mi mówić. – Jako czterolatek rzuciłem się na nich ze szkłem, bo myślałem, że ktoś przyszedł nas skrzywdzić.

– Darcy…

– Cain, pozwól mi to zrobić.

– Nie… – Kręcił głową, a w jego oczach zabłysły łzy. – Nie stracę cię dlatego, że sam pójdziesz na wojnę, której nie masz szans wygrać.

– Jeśli coś ma pójść źle, to i tak nie mamy na to wpływu.

– To wcale nie jest bohaterskie, wiesz? – Ledwo wydobywał z siebie te słowa. – Twoje zachowanie, to, co zamierzasz zrobić… Myślisz, że jeśli to ty będziesz miał krew na rękach zamiast nas, to nagle staniesz się bohaterem? To tak nie działa.

Złapałem go za ramiona, bo zaczął się krztusić łzami, które wpadały mu do ust. Cain nigdy nie wstydził się uczuć, których miał w sobie wiele. Poniekąd mu tego zazdrościłem, bo może byłoby mi łatwiej, rozumieć go i… Raelynn.

– Ja nigdy nie miałem być bohaterem – odparłem spokojnie. – Mój los już dawno był zapisany, a ja próbowałem od niego uciec.

– Ty nie chciałeś takiego życia – łkał. – Ty jako jedyny z nas najbardziej się temu opierałeś, bałeś się, walczyłeś, byłeś najsilniejszy, bo umiałeś się sprzeciwić. Przecież niczego w życiu nie pragniesz bardziej niż ucieczki od tego nazwiska.

– Wiem.

– Więc pozwól…

– Nie, Cain.

Odepchnął mnie od siebie tak mocno, że wpadłem na lusterko, które wyłamało się pod wpływem uderzenia. Nie oddałem mu. Nawet nie zamierzałem. On natomiast podbiegł do mnie i uderzył mnie w pierś.

– Ty samolubny dupku!

Zaciskałem zęby, pozwalając, by mnie bił, by wyrzucił z siebie wszystko, nieważne jakim kosztem. W końcu jego ciosy zaczęły słabnąć, a płacz narastał, aż opadł z sił i oparł głowę na moim barku. Przytuliłem go.

Był moją rodziną. Traktowałem go jak brata. Kochałem tak bardzo, że na widok jego łez moje serce łamało się z bolesnym trzaskiem.

– Już dobrze, uspokój się. Płaczesz, jakbym umierał, a przecież nadal tu jestem. – Poklepałem go po plecach. – Nie ma co rozpaczać, kiedyś wszystko się ułoży.

– Kiedy?

– Nie dziś ani nie jutro, ale pewnego dnia na sto procent.

Otarł rękawem łzy i spojrzał na mnie. Jego spojówki były przekrwione, a w oczach dostrzegłem zmęczenie.

– Mogę już jechać?

– Masz rozjebane lusterko.

– Trudno, oddasz mi za nie ze swojego kieszonkowego – mruknąłem, podchodząc do drzwi. – Wpadnę jutro na uczelnię, pogadam z trenerem, możemy nawet pójść na sparing, ale proszę cię, daj mi podążać własnymi drogami.

– Będę cię śledził.

– Pojeb – westchnąłem i wsiadłem do auta.

Cain zdążył jeszcze przytrzymać drzwi.

– Pogadaj z nią.

Nie odpowiedziałem, bo w tej samej chwili mój mózg jakby się odłączył.

Działo się tak za każdym razem, ilekroć o niej myślałem. O tym, w jaki sposób ją potraktowałem, i o tym, jak cholernie pragnąłem ją zobaczyć. Mimo wszystko nie mogłem jej przytulić, pocałować ani z nią porozmawiać.

Byłem zagrożeniem.

Raelynn poszła na terapię i dlatego zgodziła się na naszą rozłąkę. Po rozmowach z lekarzem doszła do wniosku, że to dla nas najlepsze. Pewnie jednak nie przypuszczała, że potrwa ona tak długo.

Cieszyłem się, bo była pod opieką. Musiała przepracować traumę, która uderzyła w nią z całą siłą już po kontakcie z oprawcą. Lekarze mówili o reakcji pourazowej, o układzie nerwowym, uwięzionym w trybie zagrożenia. O tym, że to nie są „złe decyzje”, tylko ciało, które wciąż żyje tamtym momentem.

Na początku było z nią naprawdę źle. Przez pierwsze dni właściwie nie funkcjonowała: niewiele spała, prawie nie jadła, miała ataki paniki, epizody odrealnienia. Potrafiła wyjść z domu w środku nocy w samej piżamie i usiąść na środku chodnika. Nie miało znaczenia, że było zimno. Siedziała tam bez ruchu, jakby coś się w niej wyłączyło. Innym razem ogarniała ją nagła potrzeba ruchu, chodziła bez celu, prowokowała niebezpieczne sytuacje, tak jak gdyby jej ciało nie potrafiło już odróżnić realnego zagrożenia od tego zapisanego w głowie.

Czasem miała urojenia, że stalker jest w pobliżu i na nią patrzy. Wpadała w taką panikę, że zaczynała się dusić, traciła kontakt z otoczeniem. Krzyczała, szarpała się, a potem odreagowywała gniewem na mnie, na rodzicach, na wszystkich, którzy znaleźli się w jej zasięgu.

Terapia była powolna. Lekarze najpierw uczyli ją podstaw: jak oddychać, jak wracać do ciała, jak odróżniać „teraz” od „wtedy”. Dopiero później zaczęli dotykać samej traumy. Mówiła, że po niektórych sesjach było gorzej niż przed nimi. Że wracała roztrzęsiona, pusta albo wściekła.

Dzięki krótkim rozmowom z Cainem wiedziałem, że w końcu coś zaczęło się zmieniać. Ataki nie były już codziennością. Coraz rzadziej wychodziła w nocy. Zaczęła przesypiać kilka godzin ciągiem. Czasem próbowała się zaśmiać, jakby testowała, czy wciąż jej wolno. Nadal się bała. Wciąż bywała impulsywna. Ale Cain mówił, że pojawiły się takie dni, kiedy zaczęła odzyskiwać siebie.

To nie było „szaleństwo”, lecz trudności z kontrolowaniem emocji. Jej mózg wciąż reagował, jak gdyby zagrożenie nadal trwało. Leczenie nie polegało na cofnięciu wydarzeń, lecz na uczeniu układu nerwowego, że tamten moment naprawdę minął.

Wiedziałem, że to nie jej wina. Że to trauma przejęła nad nią kontrolę. I że powrót do równowagi potrwa raczej miesiące lub nawet lata, nie dni.

A beze mnie szybciej ją osiągnie.

On uciekł. Kolejny raz gdzieś się zaszył i nie miałem pojęcia, gdzie jest ani co planuje. Miałem jednak świadomość, że Monroe jest bezpieczna, bo rodzina Knoxa obiecała ją chronić, a Cain mieszkał u niej.

Z pewnością była bezpieczniejsza niż przy mnie.

Pamiętałem też naszą rozmowę, kiedy powiedziała, że woli być przy mnie, bo gdy nie ma mnie w pobliżu, wszystko się pogarsza. Nie brała pod uwagę, że również ja mogę przyczyniać się do jej złego samopoczucia. Nigdy nie chciałem jej zranić, to nie było celowe. Ale nie umiałem odnaleźć się w relacjach, czułem się w nich obco i nieporadnie.

Chciałem być sam.

Tak było najlepiej dla wszystkich.

Może pewnego dnia wszystko wróci do normalności. A może nie. Do tego czasu musiałem mieć pewność, że Raelynn jest w dobrych rękach, że nikt nie miesza jej w głowie. Czułem się odpowiedzialny za ten chaos, chociaż ona pewnie by temu zaprzeczała. Zrobiłaby wszystko, żebym wrócił. A ja pragnąłem tylko jednego: żeby potrafiła żyć beze mnie.

Dałem jej coś, czego nigdy wcześniej nie zaznała. Czego sam nigdy nie otrzymałem i nawet nie wiedziałem, że potrafię komuś ofiarować. Jeśli połączyło nas coś więcej, czas musi to zweryfikować.

Życie bez Monroe u boku było trudne. Nawet picie kawy mi o niej przypominało.

Wszystko prowadziło do niej.

Planowałem dziś jechać do domu rodzinnego, by porozmawiać z ojcem. Chciałem po raz tysięczny wszystko przeanalizować, bo nadal czułem, że wiem zbyt mało. Jakby wiedza, którą miałem, nie domykała wszystkich drzwi. Ostatecznie zamiast być w drodze do domu, pojechałem w jedno konkretne miejsce z flaszką pod kurtką i paczką fajek w kieszeni spodni.

Sterling Memorial Library.

Gdy tylko usiadłem na dachu, wróciło do mnie wspomnienie chwili, gdy po raz pierwszy się z nią pocałowałem. Eksplodowało we mnie wtedy coś tak niezwykłego, że nie potrafiłem ani tego nazwać, ani o tym zapomnieć.

Nogi zwisały mi w przepaść, popijałem łyk za łykiem, paliłem fajkę za fajką i zastanawiałem się, w jakim punkcie życia jestem. Możliwe, że w martwym.

Z każdą chwilą czułem coraz większą gorycz. I żal wobec samego siebie. Jako dziecko popełniałem wiele błędów i do dziś to robiłem. Potępiałem rodziców i wujków, szczególnie Aidena. Kiedy na niebie pojawił się księżyc, przypomniałem sobie właśnie o nim. To przecież dzięki niemu ciemność i to, co się w niej mogło czaić, rzadko kiedy mnie przerażały. Pamiętałem, jak Aiden zostawał ze mną na noc, gdy bałem się ciemności, i tłumaczył mi, że mam wyobrażać sobie, iż ciocia Esmeray towarzyszy mi w drodze do toalety albo w jakiekolwiek inne miejsce, że trzyma mnie za rękę i prowadzi przez mrok.

Wypiłem większy łyk i uniosłem butelkę w stronę księżyca.

– Za nasz koniec.

Znów przystawiłem szyjkę do ust i upiłem jeszcze więcej wódki.

Próbowałem zrozumieć, co się ze mną działo, skąd brała się ta cała nienawiść i co ją napędzało. Miałem wiele powodów, by czuć się zaniedbany i niezrozumiany. Myślę, że wynikało to z tego, iż moi rodzice sami zmagali się ze stratą bliskich im osób. Nieświadomie przenieśli część tego ciężaru na mnie. Ich ból, z którym nie potrafili sobie poradzić, odcisnął się również na moim życiu.

Pociągnąłem jeszcze głębszy łyk, aż dreszcz oblał całe moje ciało.

Może i byłem wstawiony, ale nie umknęło mi, że drzwi prowadzące na dach właśnie skrzypnęły. Od kilku miesięcy zawsze nosiłem przy sobie nóż. Moje dłonie same były wystarczającą bronią, ale posiadanie w nogawce ostrza sprawiało, że czułem się jeszcze pewniej.

Zeskoczyłem z dachu, wyciągając broń i gwałtownie kierując się w stronę dźwięku.

Spodziewałem się każdego…Lecz nie tych brązowych oczu.

– Chcesz mi poderżnąć gardło? – spytała cicho.

Zacisnąłem palce na rękojeści noża, po czym wsunąłem go z powrotem tam, gdzie było jego miejsce. Cofnąłem się i wróciłem po butelkę alkoholu. Dziewczyna zbliżyła się o krok.

Cain nie powinien był jej mówić, gdzie jestem. To nie był odpowiedni moment na rozmowę.

– Tak wygląda teraz twoje życie?

Zamiast odpowiedzieć, przechyliłem szkło. Bo co mogłem powiedzieć? Tak, tak wygląda moje życie. Jest beznadziejne i nijakie… Wszystko dlatego, że nie ma w nim ciebie, a przecież to właśnie ja sprawiłem, że z niego zniknęłaś.

Od momentu gdy podjęliśmy decyzję, że odsuniemy się od siebie, widywałem Raelynn na uniwersytecie, na ulicy, czasem z moim kuzynem… Nasze drogi wciąż się przecinały, ale udawałem, że jest dla mnie niewidzialna. Choć to nie była prawda. Za każdym razem, gdy mnie mijała, widziałem jej oczy, zaciśnięte usta, czułem zapach jej perfum, a nawet miałem wrażenie, że czuję jej dotyk.

Nie było to łatwe.

Nigdy nie jest łatwo opuścić osobę, do której wciąż się coś czuje. Ale właśnie ze względu na to musiałem pozwolić jej odejść.

– Chlejesz, palisz, nie chodzisz na zajęcia, unikasz trenera, swojej rodziny… – urwała, a ja kończyłem już flaszkę. – Mnie.

Wzruszyłem ramionami, udając obojętność. Tak naprawdę jej słowa sprawiły mi ból. Przeszył mnie od serca aż po głowę.

Nie byłem silny. Przy niej byłem całkowicie odsłonięty. Gdy na nią patrzyłem, pragnąłem przyciągnąć ją do siebie i pocałować. Upaść na kolana, błagać o przebaczenie. Chciałem się kajać godzinami, dniami, miesiącami… Ale nie mogłem.

– Myślałam, że to było prawdziwe – powiedziała, a głos jej się załamał. – My.

Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod stóp. Stałem nieruchomo, moje ciało nie zdradzało chwilowego załamania, ale prawda była taka, że wewnątrz mnie wszystko runęło.

Czasem świat rozpada się tuż przed tobą, a nikt tego nie dostrzega. Upadek człowieka najczęściej dokonuje się w środku. Nawet bliscy orientują się, że coś nie gra dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

– Obiecałeś, że już mnie nie opuścisz, że nie zawiedziesz. I co? Co się stało z tą obietnicą? Okazała się pusta, jak wszystkie słowa, które wypowiedziałeś w moim kierunku? Bez znaczenia?

Chciałem wykrzyczeć, że to kłamstwo. Że wszystko, co mówiłem, było prawdziwe. Ale milczałem. Dusiłem się coraz bardziej. Paląca gula podchodziła do gardła, a ścisk w żołądku, sercu… w całym podbrzuszu skręcał mnie tak boleśnie, że ledwo utrzymywałem się na nogach.

– Ja naprawdę… – W jej głosie usłyszałem załamanie. Płakała. – Ja naprawdę się przed tobą otworzyłam i chyba… – Opuściła wzrok, po czym znów wbiła go we mnie. – Zauroczyłam się tobą. I cholernie tego żałuję! – Podniosła głos. – Tak bardzo jestem na siebie zła, że pozwoliłam ci się zbliżyć! Że…

Musiałem coś zrobić.

– Proszę, odejdź.

Na to słowo oczy Raelynn jeszcze bardziej się rozszerzyły. Jej usta delikatnie się rozchyliły, a ręce bezwiednie opadły wzdłuż ciała. Nie miała już sił, by panować nad swoim ciałem.

Ja też nie.

– Odejdź?! – Ruszyła w moją stronę coraz bardziej roztrzęsiona. – Naprawdę, Darcy?! – Jej pięści nagle uderzyły w moją pierś. – Tyle masz mi do powiedzenia?! Odejdź?! – powtarzała to słowo, jakby doprowadzało ją do szału. – Miałeś się odsunąć, ale… To trwa i trwa! Mogę ci tylko pogratulować, że nie zniknąłeś jak duch. Doskonale wiedziałam, gdzie jesteś, ale co z tego, skoro nawet na mnie nie patrzyłeś!

– Widzisz, popełniam te same błędy, więc po co tu jesteś? Wiesz doskonale, jaka jest sytuacja.

– Bzdury! – Znów mnie uderzyła. – Zamykasz się tutaj! – Wbiła palec w miejsce, gdzie znajdowało się moje serce. – A ja byłam gotowa przyjąć to, kim jesteś naprawdę. Boisz się dopuścić do głosu to uczucie, którego sam ode mnie oczekiwałeś.

Oddychałem z trudem.

– Gdzie się podział chłopak, który całował mnie na oczach swoich bliskich? Gdzie jest chłopak, który obiecał, że wejdzie ze mną w ten rok? Który czołgał się do mnie we własnej krwi, by tylko mnie uratować?

– Gdzieś daleko.

Pokręciła głową i ujęła dłonią moją twarz.

– Błagam cię, nie rób tego, bo ja dłużej nie wytrzymam. To jest ostatnia szansa. Możesz mnie przy sobie zatrzymać, bo jeśli odejdę, to już nie wrócę.

Milczałem.

Choć chciałem krzyczeć.

Pragnąłem przyciągnąć ją do siebie.

Pocałować.

Być tym, o kim mówiła.

Ale nie mogłem.

Raelynn najpierw puściła moje policzki, potem zaczęła się powoli wycofywać. Aż stanęła blisko drzwi. Wtedy coś we mnie krzyknęło, że powinienem ją zatrzymać.

– Nie zasługuję na ciebie.

Popatrzyła na mnie spod rzęs.

– Właśnie to jest najbardziej bolesne – szepnęła – że zasługujesz, ale wmawiasz sobie, że nie, bo wydaje ci się, że tak jest lepiej. A nie jest.

– Powiedz, że mnie nienawidzisz, że jest ci lepiej beze mnie. – To było błaganie. – Zrób to, Raelynn.

Ona jedynie zacisnęła usta i pokręciła głową.

– Nie powiem czegoś, co nie jest prawdą. Nie zrobię tego, by tobie było łatwiej się odciąć. Powiem ci zupełnie coś innego. Coś, przez co nie zmrużysz oka w nocy. – Przybliżyła się trochę, żebym mógł lepiej ją widzieć. – Zakochałam się jak głupia nastolatka, która dostrzegła w tobie coś więcej niż ładne oczy i uroczy uśmiech. Widzę ciebie. I nie umiem cię nienawidzić. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byłam do tego zdolna. Chyba wolałam to sobie wmawiać, by było mi lżej. – Bum. – Bo kiedy człowiek powtarza sobie, że kogoś nie cierpi, łatwiej znieść mu te prawdziwe emocje. To, co się w nim tli, choć nie chce tego do siebie dopuścić. Ale ja to zrobiłam. Zmierzyłam się z prawdą, więc i ty to zrób.

Jeśli wcześniej myślałem, że nogi ugięły się pode mną, że ziemia się zatrzęsła, myliłem się. I to bardzo. Dopiero jej słowa sprawiły, że runąłem. Wpadłem w czarną otchłań, spadałem bez końca, nie mogąc niczego się chwycić. Nie mogłem nawet zaznać upadku, bo wciąż zlatywałem w bezkresnym chaosie.

Miałem powiedzieć, że… Nie.

– Widzę to w twoich oczach, Darcy.

– Raelynn, proszę cię.

Wiedziałem, że taka rozmowa nie jest w tej chwili dobra. Wręcz przeciwnie, mogła sprawić, że znów obudzi się w niej trauma. Nie chciałem, by po raz kolejny cierpiała.

A to pewnie było dla niej cholernie trudne.

– Ty też czujesz to samo, nawet chyba bardziej niż ja.

Czy naprawdę czułem do niej coś silniejszego niż ona do mnie? Trudno było to określić. Gdyby tak było… może bym nie odszedł. A jednak wiedziałem jedno: gdyby mnie teraz pocałowała, to wystarczyłoby, żebym się złamał. Znów oddałbym jej siebie. Całkowicie.

– To jest miłość.

Moje serce rozpadło się na tysiące kawałków. Każdy z nich wbijał się we mnie, sprawiając, że ledwo mogłem oddychać. Alkohol w moich żyłach przyspieszył, jakby jego pęd miał utrzymać mnie w pionie, choć uderzał we mnie największy sztorm. Sztorm, który nosił jej imię.

– Oboje to wiemy.

Żółć podeszła mi do gardła. Nie z obrzydzenia, lecz z tego palącego uczucia, które rozsadzało mnie od środka. Nie potrafiłem ani zaprzeczyć, ani potwierdzić jej słów. Byłem idiotą.

– I boli mnie twój widok… – Otarła łzę, która spłynęła po jej policzku. – To, jak bardzo ze sobą walczysz, bo uważasz, że twoja obecność może mnie jeszcze bardziej skrzywdzić. Zapominasz o tym, że większy ból sprawiają mi twoje decyzje niż to, co zrobił on. Tysiąckroć bardziej wolałabym otrzymać cios w serce z jego ręki niż z twojej.

– Raelynn… dla mnie twój widok też jest bolesny. To, kim stałaś się przez nas. Bo zamiast odsunąć cię od tego od samego początku, wciągnąłem cię w to wszystko. Ile razy możesz mi wybaczać, zanim całkiem się rozpadniesz?

– Ty pieprzony… – Podeszła gwałtownie i chwyciła mnie za bluzę. – Przestań mówić, jakbyś to ty mnie złamał. Nie jestem rzeczą, którą można zepsuć. To, co się ze mną stało, nie jest „przez nas”. To jest przez niego. To, co mi zrobił, dotknęło mnie i zmieniło. Nie jestem przekonana, czy słowo „dotknęło” oddaje istotę rzeczy. Ale to nie znaczy, że mnie zniszczyło. I nie, nie „wciągnąłeś” mnie. Zostałam, bo tego chciałam. Bo nawet w tym wszystkim wolałam być z tobą niż bez ciebie. Więc nie pytaj, ile razy mogę ci wybaczyć. Zapytaj, czy jeszcze tu jestem. A jestem. I albo przestaniesz uciekać w poczucie winy, albo naprawdę mnie stracisz.

– Podarowałbym ci każdą gwiazdę z nieba, gdybyś o to poprosiła.

Wyraz jej twarzy złagodniał.

– A jednocześnie podarowałem ci każdy kolec róży.

Jej wargi zaczęły delikatnie drżeć, a w oczach zebrało się o wiele więcej łez. Trzymałem się w ryzach tylko dlatego, że nie byłem trzeźwy. Gdyby nie alkohol, już dawno bym pękł.

– A jak powiem, że pragnę i gwiazd, i kolców?

Wyciągnąłem dłoń ku jej twarzy, delikatnie musnąłem opuszkiem palca jej żuchwę. Boże. Jak ja za nią tęskniłem. Moja ręka drżała, kiedy sunąłem po jej miękkiej skórze.

– Jeśli pragniesz i gwiazd, i kolców… to znaczy, że nawet niebo, które ci dam, zawsze będzie cię ranić moimi dłońmi. – Opuściłem rękę. – Znajdziesz ogród pełen róż bez kolców.

Raelynn pokręciła głową.

– Nie znajdę ogrodu z kwiatami, których pragnę.

– Czyli wolałabyś krwawić od zadanych ran?

– Po stokroć.

– Raelynn…

– Bez ciebie nawet najpiękniejszy ogród jest tylko jałową ziemią.

Kurwa. Zrób coś! Pocałuj ją! Zatrzymaj!

Nie ruszyłem się nawet o cal.

I w tej ciszy Raelynn zaczęła się wycofywać. Aż zniknęła za drzwiami, a ja… zostałem sam z przerażającą pustką w głowie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Darcy

– Jeszcze! – ryknąłem i przetarłem twarz zgięciem łokcia. – Dawaj!

Ronan Knox nie potrzebował dodatkowej zachęty.

Wymierzył mi precyzyjny cios, który idealnie trafił w szczękę. Poczułem, jak coś chrupnęło, a krew natychmiast wypełniła mi usta. Wyplułem na matę szczękę chroniącą zęby, przekręciłem głowę i, bez żadnej ochrony, uderzyłem go raz, drugi, trzeci…

Nasze twarze zalewała krew.

I nikt nas nie powstrzymywał.

Nie wiem, jak długo to już trwało, ale potrzebowałem więcej… Więcej.

Unik, cios, garda, uderzenie, pochylenie, kolano… Dyszałem z wściekłości, lecz gdy spoglądałem w jego ciemne spojrzenie, przypominałem sobie słowa Caina. To, jak opowiadał mi o reakcji Raelynn na Knoxa i Morettiego. Wiedziałem, że maczałem w tym palce, że wszystko spierdoliłem, ale nie prosiłem o coś takiego.

Nie pragnąłem, by Monroe była przerażona aż do szpiku kości.

Więc gdy go lałem, myślałem o niej.

I szło mi niesamowicie dobrze, bo już samo zobaczenie Ronana we krwi, poruszającego się chwiejnym krokiem, to było coś. Miałem zamiar udowodnić mu, że nazwisko Scott to nie przebrzmiała legenda. Że to, co zapisane w genach, nie zanika.

My myśleliśmy logiczniej, szybciej, bardziej strategicznie. Oni byli brutalni, nie wahali się i nie kalkulowali ryzyka. W starciu wychodziliśmy jak równy z równym. Żadnego z nas nie dało się łatwo pokonać, lecz… jeśli dobrze to rozegram, uda mi się go przechytrzyć, a wtedy zadam decydujący cios.

Ronan ruszył na mnie i trafił mnie idealnie w splot. Upadłem na matę, a on już chciał mnie kopnąć, lecz szybko się uniosłem, chwyciłem go za stopę i wykręciłem ją tak, że runął na ziemię. Natychmiast przeskoczyłem nad nim i zasypałem gradem uderzeń.

On jednak się odsłonił i wyszczerzył zakrwawione zęby. Zawahałem się, gdy miałem go uderzyć.

– Dawaj, Scott. – Splunął. – Wiem, że chcesz mnie zabić, bo przyszedłem nocą do twojej słodkiej dziew…

Nie dokończył, bo wymierzyłem mu cios z taką siłą, że ból przeszył mnie aż do głowy.

– Urocza jest… – mówił dalej. – Ciekawe jak…

Znów uderzyłem. I znów… kolejny raz.

– Nie martw się – jęknął, a jego oczy co chwilę wywracały się do góry. – Preferuję u kobiet niebieskie oczy.

Znów się zawahałem.

– Ronan, uspokój się. Niedługo Łowy, potrzebujemy cię całego – mruknął Calix, jeśli dobrze rozpoznałem głos. – Pozwól mojej siostrze zająć się Scottem.

Teraz już byłem pewien, że to Calix.

Podniosłem się i odwróciłem w kierunku, skąd dochodził jego głos. Stał w tym swoim idealnie skrojonym garniturze, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, a obok niego znajdowała się białowłosa bestia.

– Nie biję kobiet – odparłem ostro.

– Jak dobrze, że jedyne, co mam z kobiety, to cycki i cipkę – rzuciła rozbawiona. – Bo jak wgryzę się w twoją żyłę, Darcy, zrozumiesz, że walka z moim bratem byłaby o niebo lepsza.

Przewróciłem oczami i zacząłem schodzić z ringu. Corvina nie wyglądała na zadowoloną.

– Odmawiasz?

– Z całym szacunkiem, Moretti, ale nie będę się lał z twoją siostrą.

Chłopak tylko skinął głową, nawet nie próbował odpowiedzieć. Corvina natomiast wyglądała, jakby za chwilę miała się na mnie rzucić, bo odmówiłem jej walki.

To właśnie nas różniło.

Ja nie biłem się z kobietami, chyba że nie byłoby innego wyjścia. Oni zabijali, gdy tylko nadarzała się okazja. Nieważne kim był przeciwnik, jakiej był płci i ile miał lat. Chcieli, to zabijali.

– Ostatnio często u nas bywasz, Darcy. Czyżby kłopoty w raju? – prowokowała tym swoim koszmarnie słodkim głosem. – Z tego, co pamiętam, nie chciałeś nas za swoich znajomych.

– I nadal nie chcę.

Calix nie uniósł brwi, nie omiótł mnie spojrzeniem. Stał jak figura woskowa, wpatrując się gdzieś przed siebie. Ronan zszedł z maty i oblał się wodą, starł z twarzy zarówno swoją, jak i moją krew. Jego oczy były tak ciemne, że mogłem zobaczyć w nich swoje odbicie. Gdy przechylił głowę, coś strzeliło mu w kościach. Przesunął dłonią po swojej wytatuowanej piersi, sprawdzając, w jakim stanie są jego żebra.

– Stąd ma blisko, by obserwować swoją dziewczynkę – rzucił szyderczo. – Jak wyjedziemy, to mamy zostawić ci klucze, słodziutki?

– Pierdol się, Ronan.

– Och… będę się dziś pierdolił i nawet nie wiesz jak bardzo. Obiecuję, że będę o tobie myślał, kiedy mój kutas…

– Ronan, proszę, odpuść sobie te szczegóły. Nikogo z nas nie obchodzi, gdzie dziś wsadzisz swojego fiuta – wtrącił Calix. – Darcy, niedługo wyjeżdżamy. Nie wiemy, na jak długo, więc nasze wspólne treningi będą odwołane. Obiecałem, że przeszukamy miasto, by znaleźć tego człowieka, ale na ten moment nie ma po nim śladu.

– Wiem.

– Oczywiście, jak tylko coś się zmieni, damy znać. Z tego, co wiem, zarówno twoi rodzice, jak i moi, przeszukują bazę danych pod kątem powiązań z możliwymi dziećmi waszych wrogów. Ale jak wiesz, to mnóstwo osób i my mamy związane ręce, a przecież… To wy macie szerszy dostęp.

– Do tego czasu wyślę ci jego zdjęcie w mogile.

Zignorowałem jego wzmiankę o tym, że brak im możliwości, bo są przyblokowani przez organizację ojca.

– Cudownie. – Pstryknął palcami. – Pozdrów go.

Na tym nasze urocze spotkanie się zakończyło. Corvina jeszcze mi pomachała, a ja miałem ochotę palnąć sobie w łeb. Dopiero obcując z kimś takim, jeszcze wyraźniej widziałem, jak niezwykła jest Raelynn. I jak wiele muszę zrobić, by ją ochronić. Nie tylko przed innymi, ale też przed samym sobą.

Kiedy doprowadziłem się do porządku i wyszedłem na zewnątrz, by wsiąść do swojego auta, zauważyłem, że samochód Caina stał na wjeździe do domu Monroe. Dobrze, że u niej zamieszkał. Dzięki temu byłem spokojniejszy. Spojrzałem na godzinę w telefonie. Z tego, co wiedziałem, niedługo miała iść na terapię. Sam zacząłem rozważać, czy nie pójść do jakiegoś specjalisty.

Może nic by to nie dało, a może… Nie.

Wpakowałem się do auta i wyjechałem ze strzeżonego osiedla.

Kiedy emocje po walce opadły, uderzyło we mnie wspomnienie wczorajszego wieczoru. To, jak na mnie patrzyła. Jej słowa. Dotyk – stanowczy, a jednak wciąż pełen bliskości. Nie składałem jej żadnych obietnic, niczego nie sugerowałem.

Dałem Cainowi słowo, że wrócę na studia. I dotrzymałem go. Dziś byłem na zajęciach, ale zaraz po nich pojechałem po zastrzyk niepohamowanej adrenaliny. Teraz planowałem się spotkać z pieprzonym Revenem Lee. Miał pewne informacje, które mogły mi się przydać.

Po jakichś piętnastu minutach dojechałem pod dom bractwa i czekałem w aucie. Otworzyłem okno, by wpuścić powietrze do środka. Na drzewach już tworzyły się pąki, co oznaczało, że niebawem nadejdzie wiosna.

Gdy spoglądałem na gałęzie, uświadomiłem sobie, że mój rozkwit się zatrzymał. Byłem jak drzewo o pustym pniu, pozbawionym życia.

Wtedy drzwi wejściowe się otworzyły i wyszedł przez nie Lee. Ręce wsunął do kieszeni kurtki, a na głowie miał typową czapkę z daszkiem. Po chwili wsiadł do mojego auta.

– Nowa fura? – rzucił na przywitanie. – Co z poprzednią?

– Aktualnie jest niedysponowana – mruknąłem. – Coś nie tak z tą?

– Ty jeździsz wyłącznie BMW czy co?

– A ty wyłącznie Mercedesem?

– Miło rozpoczynamy nasze spotkanie, a z tego, co się orientuję, to chyba masz do mnie sprawę. – Zapiął pas i zaśmiał się pod nosem. – I odpierdol się od mojego Mercedesa.

– Może jakiś wyścig, Lee? Zobaczymy, czy twoja gwiazda doczołga się do linii mety – rzuciłem rozbawiony.

– Może na to nie mam szans, ale…

– Reven, w co ty wierzysz? Myślisz, że to mój jedyny samochód?

– Masz większe jaja, co? – Ściągnął okulary.

– Chcesz złapać?

Nigdy nie pałaliśmy do siebie wielką sympatią, ale od sytuacji na spotkaniu bractwa trochę podreperował moją opinię na jego temat.

– A wracając do tematu, mój samochód…

– Z przodu gwiazda, chuj nie jazda – wtrąciłem mu się w zdanie. – Skończmy już pogawędkę na temat aut, bo żaden twój argument mnie nie przekona.

– Sam masz G-klasę.

– Pomówienia – burknąłem.

– Chorągiewa.

– Lee, chcesz mi pomóc czy nie?

Dopiero teraz zauważyłem, że ma podpuchnięte oczy. Nie jedno, a dwoje.

– Oczywiście, że tak.

– To dokąd mam jechać? – spytałem.

– Czy włamałeś się kiedyś do czyjegoś mieszkania? – Uniósł brew, uśmiechając się przy tym zaczepnie. – Mam pewne podejrzenia co do zachowań jednej osoby.

– Mów, gdzie mam jechać.

– Pod kamienicę Monroe.

I wtedy coś w moim umyśle rozbłysło. Jedyną osobą, która tam mieszkała, a którą obydwaj znaliśmy, był Davian Fiore. Co Reven na niego miał, że chciał się włamać do jego mieszkania?

Na odpowiednie pytania przyjdzie pora.

Przecinałem ulice w zawrotnym tempie, wciskając się między samochody i wymijając je na styk. Uwielbiałem to, choć kiedy wykonywałem podobny manewr na motocyklu, lawirując między życiem a śmiercią, adrenalina wrzała we mnie jeszcze mocniej.

Zatrzymałem się przed kamienicą i spojrzałem na Revena.

– I co?

– Daviana nie ma, z tego, co mi wiadomo – odpowiedział.

– Jesteś pewien? Bo jak wjebiemy mu się na chatę, a on będzie siedział na kanapie z kubkiem kawy w ręku, to może wyjść niezręcznie.

– Ufasz mi czy nie?

– Nie.

– Masz. – Wyciągnął z kieszeni kurtki czapkę i wcisnął mi ją w dłoń. – Nie musisz mi ufać, ale musimy współpracować.

– Obaj będziemy wyglądać jak idioci w tych czapkach.

– Nie dyskutuj.

Założyłem ją na głowę i wysiadłem chwilę po nim. Z opuszczonymi głowami ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych do klatki. Zaparkowałem samochód dalej i specjalnie pojechałem drugą stroną ulicy, żeby na wszelki wypadek żadna kamera nas nie uchwyciła.

Choć wyciągnięcie nagrań z monitoringu i ich zniszczenie było dla mnie – a dokładniej dla mojej rodziny – banalnie proste. Zrobili tak w noc, gdy jego ludzie w nas wjechali, a ja jednego z nich zabiłem. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Mieliśmy dużo szczęścia, że wydarzyło się to w miejscu, gdzie było mało zamieszkanych kamienic i o tej porze nikt nie decydował się na spacer.

Jeśli jakaś starsza pani wybrałaby się na przechadzkę, akurat w tamtej chwili, na sumieniu miałbym jeszcze ją.

Szliśmy w ciszy, choć słyszałem dudnienie własnego serca i czułem krew wrzącą w żyłach. Każdy ruch alarmował cały mój układ nerwowy. Ostatnio działałem w trybie przetrwania. Mało sypiałem, ciągle trenowałem albo szukałem tego skurwysyna. Nie miałem czasu na nic innego. A nawet gdy spałem, nie traciłem czujności – z dłonią pod poduszką, gdzie trzymałem pistolet i nóż. Tak na wszelki wypadek.

W końcu doszliśmy do klatki.

Lee wpisał kod przy wejściu i rzucił do mnie, że to taki dla osób sprzątających budynki, by nie musiały dzwonić po domach. Wybrałem sobie odpowiedniego kompana do tego zadania. Ostrożnie wsunęliśmy się na klatkę, a we mnie uderzyło wspomnienie. To, jak zostawiał jej krucze pióra. To, jak niepostrzeżenie wkradał się do jej mieszkania. I jak widziałem jego dłoń.

Pamiętałem to wszystko, bo do dziś wracało do mnie w koszmarach.

Nie miałem pojęcia, pod jakim numerem mieszka Davian, ale Reven wiedział. Zatrzymaliśmy się pod drzwiami z cyfrą sześć.

– Potrafisz otwierać zamki? – spytałem.

– Nie do końca. Czasem mi się to udaje, ale rzadko.

– A masz odpowiedni sprzęt?

– Tak.

– Daj i się odsuń.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął niewielkie, metalowe etui. Otworzył je cicho, a w środku coś błysnęło: kilka cienkich, ciemnych narzędzi. Wcisnął mi je w dłoń i cofnął się o krok.

Kucnąłem przy drzwiach. Świat zawęził się do zimnej klamki, ciszy i do mojego oddechu. Metal pod palcami był chłodny. Każdy, nawet najcichszy dźwięk brzmiał w mojej głowie jak wystrzał. Skupiłem się, ignorując napięcie w karku, puls w skroniach, obecność Lee za plecami.

Minęły sekundy. Może minuta.

Nic.

Manewrowałem przy zamku, aż nagle coś w środku drgnęło. Ledwie wyczuwalnie, jakby drzwi na moment same się zawahały. Spróbowałem jeszcze raz.

Cichy klik.

Spojrzałem na Revena. Uniósł brwi niemal niezauważalnie. Delikatnie nacisnąłem klamkę. Drzwi ustąpiły.

Powoli wsunęliśmy się do środka.

Mieszkanie z pozoru nie wyglądało na duże, co mogło nam wiele ułatwić, ale nadal nie miałem pojęcia, po co tu jesteśmy ani czego właściwie szukamy.

– To teraz wyjaśnisz mi, jaki jest plan?

Wchodził w głąb mieszkania, rozglądając się wokół. Naprawdę chciałem mu pomóc, ale, do cholery jasnej, nie wiedziałem, w co dokładnie się wpakowaliśmy.

– Lee, zamierzasz mi w końcu powiedzieć, jaki jest plan, czy mam zgadywać?

W końcu się do mnie odwrócił.

– Nie zauważyłeś, że Davian nagle zrobił się aktywniejszy na spotkaniach bractwa? Ma coraz więcej do powiedzenia i często pokrywa się to z twoją opinią – zaczął, cały czas lustrując pomieszczenie wzrokiem. – Zazwyczaj był cichy, w nic się nie mieszał i na pewno nie wychodził przed szereg, żeby nie narazić się Maverickowi.

– No i co z tego? Może po tym, jak sprzeciwiłem się reszcie chłopaków, poczuł się pewniej?

Pokręcił głową i kontynuował:

– A spotkanie z Raelynn? Ja nie miałem bladego pojęcia, że mieszka w tej samej kamienicy. I co też dziwne, nigdy się nie minęli. Dopiero w dniu, gdy ona została napadnięta.

– Reven, wiesz, jak wygląda nasze życie. Jest intensywne i łatwo się minąć.

– Oczywiście. Ale dlaczego o tak późnej godzinie znalazł się przed klatką?

– Przypadek?

– Scott, błagam, nie mów, że wierzysz w takie przypadki.

– Powiedz mi wprost, jakie masz podejrzenia wobec Fiore.

Przestał na chwilę skanować pomieszczenie wzrokiem i spojrzał na mnie. Oczywiście nie byłem głupi, domyślałem się, o co może go oskarżać, lecz to mi nie wystarczało.

– Wie, gdzie jesteśmy, co robimy, czym się zajmujemy, jak mamy ułożone grafiki. Zna wszystkie detale. Ma świadomość, jak zaatakować, gdzie… Kurwa, on się tu przeniósł celowo. Jest rok starszy od ciebie, a przyszedł na Yale wtedy, gdy ty podjąłeś studia. Wtedy też zaczęły pojawiać się wpisy na tym całym plotkarskim blogu… Po prostu coś mi tu nie gra, okej?

– Kurwa, Lee, chciałbym wierzyć, że Davian jest do czegoś takiego zdolny, ale…

– Ale co? Nie podejrzewasz go, bo wydaje się nieudolny i dziwny?

– Z blogiem plotkarskim nie ma nic wspólnego. Poznałem tożsamość osoby, która go prowadzi, więc wiem, co mówię. Prędzej ciebie bym o to wszystko podejrzewał.

– Dzięki, Scott. – Udawał oburzonego. – Okej, możesz mi nie wierzyć, ale poszukajmy czegoś, zanim wróci.

– Ale czego?

– A co ten cholerny stalker zostawiał ci na drodze? Bo gdy pojawił się na mojej, dostałem zdjęcia swojej matki zrobione Polaroidem. I krucze pióra.

– Czyli szukamy starego aparatu i wypatroszonych ptaków?

– Czegokolwiek, Scott.

Nie traciliśmy więcej czasu na gadanie. On przeszukiwał salon, ja zająłem się sypialnią. Nie czułem się z tym dobrze, ale Davian nie pasował mi do tej układanki. Choć słowa Revena brzmiały sensownie, nawet bardzo, to i tak ciągle wiele rzeczy mnie dręczyło. Przynajmniej tak mi się zdawało.

Przeszukałem łóżko i zajrzałem pod nie, sprawdziłem komodę, szafki nocne, nawet ostukałem podłogę, kawałek po kawałku. Nic. Ta sypialnia wyglądała na typową sypialnię studenta, który nawet nie ma czasu pościelić łóżka.

Wróciłem do Revena. Stał pod oknem i trzymał coś w dłoni. Podszedłem bliżej i przymrużyłem oczy…

– Wiedziałem! Czułem to!

– To tylko aparat…

Wziąłem go do ręki i to nawet nie był Polaroid. Zwykły cyfrowy sprzęt, taki, jaki właściwie każdy ma w domu.

– Faktycznie – potwierdził niezadowolony. – Nic nie mam – westchnął.

– Ani ja.

– Ale nadal podtrzymuję swoje zdanie. Coś mi w nim nie pasuje.

– Okej, czaję, ale jeśli twoje przypuszczenia są trafne, to wiesz, że jeśli jest takim przebiegłym skurwielem, niczego podejrzanego nie znajdziemy w jego mieszkaniu. Prędzej ma jakiś magazyn albo inną miejscówkę i tam wszystko trzyma.

– Może mógłby myśleć, że jest nieuchwytny?

– To prawdziwy morderca jest nieuchwytny, a my marnujemy czas w mieszkaniu naszego kumpla z bractwa i z mojej drużyny.

– Zwrócisz mi honor, jeśli będę miał rację.

– I nawet przyznam, że Mercedes jest lepszy od BMW.

– O! – Wystrzelił we mnie palcem. – To dopiero cudowna nagroda.

– Zwijamy się, zanim on…

I wtedy rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Spojrzeliśmy na siebie z Lee i w jednej chwili zaczęliśmy gorączkowo analizować sytuację. Serce waliło mi tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz zdradzi nas swoim hałasem. Popatrzyłem na okno. To pierwsze piętro. Może aż tak bardzo nie zaboli. Ale trochę na pewno.

Gdy je otworzyłem, do środka wdarło się zimne powietrze. Machnąłem do Revena, by wyskoczył pierwszy.

– Chyba cię pojebało… – stwierdził.

– Skacz albo będziemy mieć przejebane – szepnąłem ostro.

Pokręcił głową, wyraźnie spanikowany, po czym niepewnie wychylił się przez okno. Zawahał się na ułamek sekundy, jakby łudził się, że to wszystko jednak okaże się żartem. Potem zniknął.

Nie czekałem. Wyskoczyłem za nim bez chwili namysłu.

Podmuch powietrza uderzył mnie w twarz, a żołądek podszedł do gardła. Wpadłem prosto w krzaki. Poczułem mocny, palący ból, kiedy gałąź wbiła mi się w nogę. Świat na moment pociemniał. Miałem ochotę zawyć, ale świadomość, że Davian zapewne wszedł już do mieszkania i zorientował się, że drzwi nie są zamknięte, a potem zobaczył otwarte okno, trzymała mi gardło w żelaznym uścisku.

Nie mogłem wydać z siebie żadnego dźwięku. Ledwo się podniosłem, a w głowie miałem tylko jedno: spierdalać. Jak najszybciej. Jak najdalej.

Zacisnąłem zęby, wyplątałem się z zarośli, ignorując pieczenie skóry, i ruszyłem chwiejnym krokiem w stronę Revena. Stał za budynkiem i nerwowo machał do mnie ręką.

To nie był dobry pomysł.

Możliwe, że zostaliśmy zauważeni, a gdyby Lee miał rację choć w jednym procencie, to właśnie wysunęliśmy się przed szereg. Jeśli Davian był zabójcą, to teraz wiedział, że ktoś zaczął łączyć fakty. Że ktoś wszedł do jego mieszkania. Że ktoś depcze mu po piętach. A to oznaczało jedno: od tej chwili sprawy z pewnością przyspieszą.

Miałem ogromną nadzieję, że Reven się myli. Że to tylko paranoja. Bo jeśli nie… właśnie popełniliśmy największy błąd.

Kiedy wreszcie do niego doczłapałem, chwycił mnie pod ramię.

– No nieźle, nie umiesz skakać na cztery łapy?

– Serio? – prychnąłem. – Mogłem przewidzieć, że jebana gałąź wbije mi się w udo! To takie logiczne!

– Dobra, dobra… Szpital?

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

– Zawieziesz mnie gdzieś?

– Dasz mi swoje auto? – spytał z wyraźnym zaskoczeniem.

– Niestety muszę.

W jego oczach od razu zobaczyłem odpowiedź. Skurwiel ucieszył się, że będzie mógł poprowadzić mój samochód. Ja już mniej, ale naprawdę nie miałem innego wyjścia. Obawiałem się, że gałąź wbiła się idealnie w mięsień czworogłowy uda. Naprawdę trzeba być idiotą, żeby mieć takiego cholernego pecha.

W końcu doczołgaliśmy się do mojego auta. Wsiadłem i zdusiłem w sobie chęć jęknięcia z bólu. Ja pierdolę. Możliwe, że odłamki drewna utkwiły w mojej nodze. Spojrzałem na spodnie, były poplamione krwią i podziurawione. Nadziałem się perfekcyjnie.

W tej samej chwili uderzyło we mnie wspomnienie. Raelynn, uciekając przed posłańcem stalkera, też nadziała się na gałąź. Serio? Nawet w takiej chwili myślałem o niej? Wszystko prowadziło do niej? Byłem po uszy zatopiony w… sam nie wiedziałem w czym.

Bo jeśli ona się nie myliła? Jeśli miała rację, że ją kochałem? To czemu tego nie czułem? Czemu sam o tym nie wiedziałem?

Powiedziałem Revenowi, dokąd ma jechać, i oparłem głowę o szybę. Świat za oknem rozmazywał się w smugi świateł. Robiło mi się słabo, ale uparcie trzymałem się świadomości, wbijając wzrok w drogę, w cokolwiek, co nie pozwoliłoby mi odpłynąć. Przecież gdybym zemdlał przez pieprzoną gałąź, to by była niezła komedia. Potrafiłem z większą liczbą ran czołgać się we krwi, walczyć, utrzymać się na nogach wtedy, gdy każdy normalny człowiek dawno by padł… I teraz miałby mnie pokonać pieprzony krzak? Naprawdę? To jakiś absurd.

Każda sekunda dłużyła mi się niesamowicie. Noga pulsowała tępym bólem, gorąco rozlewało się pod skórą, a po karku spływał zimny pot. W końcu jednak zobaczyłem znajomy szlaban. Podniósł się powoli, a my wjechaliśmy na teren posesji i zatrzymaliśmy się przed domem, który zawsze pachniał obietnicą spokoju.

Chwyciłem za klamkę i otworzyłem drzwi, prawie wypadając na podjazd. Ja pierdolę, co jest… Wszystko mi się zlewało, świat tańczył przed oczami. Spojrzałem na siedzenie, umazane moją posoką, i jęknąłem w duchu. Na samą myśl o czyszczeniu tapicerki zrobiło mi się jeszcze gorzej.

Nie widziałem nigdzie Lee… Doczołganie się pod drzwi domu Raelynn nie powinno być trudne. Dam radę.

Już miałem ruszyć, kiedy uniosłem wzrok, bo dobiegł mnie znajomy głos.

– Ty idioto! Co ty zrobiłeś?!

– Hej, kuzynie – odpowiedziałem, uśmiechając się, kiedy Cain schylił się, by mi pomóc. – Nie uwierzysz, co mnie załatwiło.

– Widzę, że ci wesoło.

– Pierdolony krzak.

Nie miałem pojęcia, czemu mnie to bawiło, ale nie mogłem tego powstrzymać. Może traciłem już zbyt dużo krwi. Może organizm próbował bronić się śmiechem. Wiedziałem tylko, że krwawiłem bardziej niż po starciu z nim.

Cain zaczął prowadzić mnie do środka. Każdy krok pulsował bólem, ale uparcie szedłem, dopóki jeszcze potrafiłem.

Nagle przed moimi oczami ukazała się dziewczyna. Świat na ułamek sekundy się zatrzymał. Moje serce zwolniło w piersi.

Raelynn.

Stała w drzwiach. Popatrzyła na mnie w sposób, którego nie potrafiłem nazwać jednym słowem, jak ktoś, kto jednocześnie boi się dotknąć i nie potrafi się odsunąć. Jak ktoś, komu wystarczy jedno spojrzenie, by przejrzeć wszystkie moje myśli.

Poczułem, jak coś ściska mnie mocniej niż ból w nodze.

Po cholerę tu przyjechałem?

To był zły pomysł.

Bardzo zły.

Bo w jednej chwili adrenalina opadła, zostało tylko to, przed czym uciekałem. Ona. I wszystko, co z nią związane.

ROZDZIAŁ TRZECI

Raelynn

Kiedy zobaczyłam Darcy’ego w ramionach Caina, coś we mnie pękło. Przez ułamek sekundy nie wiedziałam, czy powinnam podbiec do nich, czy uciec jak najdalej i już nigdy nie wracać. Serce waliło mi w piersi nienaturalnym rytmem, jakby próbowało wyrwać się spod żeber.

Nie chodziło już wyłącznie o sam fakt jego obecności. Przeprowadziliśmy rozmowę, w której zgodziliśmy się, że oboje się od siebie odsuwamy dla naszego dobra.

Tylko że życie to suka, bo przyprowadziła Darcy’ego pod drzwi mojego domu w nieodpowiednim momencie. Bo w środku był ktoś, kto mógł wzbudzić w nim wszystko, co najgorsze. Poruszyć impulsy, nad którymi czasem nie panował…

Byłam w dupie.

Minęło już sporo czasu od wydarzeń w grobowcu. A ja miałam wrażenie, jakby czas zatrzymał się dokładnie w tamtym momencie. Zmieniło się wiele, ale nie to, co najważniejsze.

Moi rodzice wiedzieli o wszystkim. Rodzice Scottów również. Kiedy stalker uciekł, a my zostaliśmy sami z umierającym Riazem, niedługo później do grobowca wpadli ojcowie Caina i Darcy’ego.

Nastał istny chaos.

Wuj chłopaków zajmował się czymś, o czym nie miałam pojęcia, a oni w tym czasie wieźli nas na złamanie karku do szpitala, w którym pracował brat mamy Darcy’ego. To on mnie opatrzył, podczas gdy Riaz walczył o życie na stole operacyjnym. Fizycznie wyszłam z tego niemal bez szwanku. Psychicznie… już nie.

Riaz, próbując uratować mnie i Darcy’ego… sam o mało nie zginął. Ten obraz wracał do mnie w najmniej spodziewanych momentach. Ale żył. Był z nami. Wyszliśmy z tego cało.

Po wszystkim rodzice namówili mnie na terapię. Z początku się opierałam. Wydawało mi się, że poradzę sobie sama, jak zawsze. Dopiero gdy spojrzałam na to, co stało się z moją siostrą, jak bardzo zniszczyły ją złe decyzje i jeszcze gorsze towarzystwo, zrozumiałam, że potrzebuję wsparcia specjalisty.

Nie chciałam dokładać rodzicom kolejnego zmartwienia. I tak ledwo dawali sobie radę ze Scarlett. A przecież ze mną też nie było lekko. Raczej nie tak wyobrażali sobie spokojne życie studentki prawa: morderca, który poluje na ich córkę, znajomi z przestępczego światka płatnych zabójców.

W tym czasie dowiedziałam się, dlaczego praktycznie nie miałam ze Scarlett kontaktu.

Moja młodsza siostra próbowała popełnić samobójstwo.

Ta wiadomość uderzyła we mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej. Uświadomiła mi, w jak głębokim dole sama musiałam być, skoro nie potrafiłam dostrzec, co dzieje się tuż obok mnie. Obiecałam sobie, że dla niej zadbam o siebie, by móc potem być dla niej najlepszym oparciem. Bo na ten moment obie nie mogłyśmy mieć ze sobą kontaktu.

Na terapii zaczęłam rozumieć, co się ze mną dzieje. Że już po wydarzeniach na cmentarzu funkcjonowałam w traumie. Że to nie były „dziwne nastroje” ani „gorszy okres”, lecz naturalna reakcja psychiki na zbyt wiele bólu, strachu i doświadczeń, których nie była w stanie udźwignąć naraz. Że to właśnie trauma rozmontowała mnie od środka.

Była tak silna, że zaczęłam podejmować irracjonalne decyzje. Skrajne i totalnie sprzeczne z moim charakterem. Jednego dnia chciałam wszystkiego, a w następnym już na niczym mi nie zależało. Mój mózg nie pracował normalnie: wypierał fakty, przekształcał wspomnienia, dopowiadał rzeczy, których nigdy nie było, i zagłuszał te, które były zbyt bolesne. Żyłam w emocjonalnym chaosie. To wszystko było reakcją pourazową i zamiast słabnąć, nasilało się.

Choć dziś… Dziś było już trochę lepiej. Przynajmniej na tyle, bym mogła dostrzec, jak bardzo było źle.

Dlatego wczoraj poszłam na dach Sterling Memorial Library.

Cain powiedział mi, gdzie jest Darcy. A mój terapeuta powtarzał, że konfrontacja bywa częścią leczenia, że czasem trzeba stanąć twarzą w twarz z kimś, kto budzi w tobie zbyt wiele emocji naraz, bo dopiero wtedy można je naprawdę nazwać. Dwa miesiące temu jeszcze nie umiałam ich uporządkować. Dopiero teraz stopniowo próbowałam. Dzięki rozmowom i powolnemu rozbrajaniu tego, co we mnie tkwiło.

Chciałam przyszpilić Scotta. Wymusić odpowiedzi. Cokolwiek, co sprawiłoby, że wreszcie poczuję ulgę. Tylko że sama nie wiedziałam, czego dokładnie od niego oczekuję.

Nie dostałam niczego, czego potrzebowałam.

Dostałam za to kolejne pęknięcie.

Przepłakałam całą noc w ramionach Caina, żałowałam, że w ogóle tam poszłam. Wciąż łudziłam się, że da się wrócić do miejsca, które już nie istnieje. Byłam taka naiwna.

Dziś poruszyłam ten temat na terapii i dotarło do mnie, że odsłoniłam się przed Darcym zbyt gwałtownie. Wylałam na niego strach, miłość, oczekiwania, wszystko naraz, a on nie był na to gotowy. Sam funkcjonował w chaosie, więc moje emocje nie były dla niego kołem ratunkowym, którego mógłby się chwycić, tylko kolejnym ciężarem ciągnącym go na dno.

Patrząc na niego teraz, w zakrwawionych spodniach, z nieobecnym spojrzeniem, można by pomyśleć, że jest zupełnie odcięty od rzeczywistości. Ja jednak miałam wrażenie, że skanuje każdy mój ruch, że mimo zamieszania wciąż był czujny. Obolała twarz, ślady po bójkach, fakt, że przyjechał tu z Revenem… Wszystko mówiło jasno, że u niego dzieje się naprawdę źle.

Odsunął się od nas wszystkich.

Każdy to akceptował. Rozumieliśmy go. Wiedzieliśmy mniej więcej, przez co przechodzi. A mimo to ten widok bolał. Wolelibyśmy, żeby był obok. Z nami. Żeby nie znikał w swoim własnym świecie.

Ale nie mogliśmy go zmusić do powrotu.

A ja nie umiałam funkcjonować bez niego.

I o tym też mówiłam na terapii.

O tym, że Darcy był dla mnie czymś więcej niż tylko osobą. Stał się moją bezpieczną bazą, przy nim mój umysł potrafił się uspokoić, a ciało przestawało reagować paniką. Kiedy był blisko, świat nie wydawał się aż tak wrogi. Myśli nie pędziły, lęk cichł. Mój układ nerwowy dostrajał się do jego obecności.

Terapeuta nazwał to wprost: regulacją przez relację.

Ja nazwałam to filarem.

Bo kiedy on zniknął, wszystko zaczęło się we mnie chwiać. Jakby ktoś wyjął z konstrukcji element, na którym opierał się cały ciężar. I nagle musiałam utrzymać się sama, nie mając jeszcze ani siły, ani narzędzi.

Właśnie dlatego to, w jakim był stanie, bolało mnie bardziej, niż powinno. Bo gdy rozsypywał się ten chłopak, dostrzegałam w tym także swój upadek. Kruszyła się moja podpora i nie mogła mnie już podtrzymywać. Ja nie byłam w stanie mu pomóc, choć tego pragnęłam.

– Raelynn, masz apteczkę? – dotarł do mnie głos Caina. – Przynieś ją szybko… albo jedziemy do szpitala.

– Nie – wydusił Darcy. – Żaden szpital. To tylko… – urwał, potykając się o własne nogi. – Gałąź.

To ostatnie słowo ledwo przeszło mu przez gardło. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że dla niego to raczej powód do wstydu.

Pobiegłam po apteczkę, po drodze zerkając na siedzącego w salonie chłopaka. Na sam jego widok żółć podeszła mi do gardła.

– Zaprowadź go do mojej sypialni! – krzyknęłam do Caina. – Siedź tu – dodałam ciszej do Cade’a. – I ani mi się waż ruszyć, bo jeśli to zrobisz, przysięgam, że cię zabiję.

Knight uniósł ręce w górę i ani drgnął.

Jeśli Darcy go zobaczy, nie będzie przyjemnie. Choć i wcześniej nie było… Cain prawie go zabił. Dlatego mój dawny znajomy siedział teraz przy stole, przykładając mrożonkę do twarzy. Dostał potężnego sierpowego.

Ale co tu robił? Sama nie miałam pojęcia. Po prostu zapukał do moich drzwi, jakbyśmy byli umówieni. Zdążył tylko powiedzieć, że chciał mnie przeprosić, ale w tym czasie Cain mu przyjebał.

Pobiegłam do sypialni, gdzie Cain razem z Revenem próbowali ściągnąć z Darcy’ego spodnie. Szarpał się, wyrywał, ale nie krzyczał. Podałam im wszystko, co udało mi się znaleźć w apteczce, a Cain chwycił pasek od mojego szlafroka, owinął go wysoko wokół uda swojego kuzyna i zacisnął z całej siły.

Skóra niemal natychmiast zmieniła kolor.

– Teraz zaboli, stary – uprzedził. – Kurewsko.

Darcy jedynie skinął głową. Cain działał szybko.

– Trzymaj go – rzucił do Revena.

Uklęknął i przycisnął dłoń do rany, dokładnie w miejscu, z którego sączyło się najwięcej krwi. Doskonale wiedział, gdzie ucisnąć, żeby spowolnić krwotok.

Zaskoczyło mnie to i w jakimś stopniu mi zaimponowało.

– Gałąź przebiła udo blisko tętnicy – powiedział spokojnie, choć w jego głosie czaiło się napięcie. – Jeśli puści, wykrwawi się w kilka minut.

Wyjął z apteczki gruby opatrunek i przyłożył go bezpośrednio do rany, nie zmniejszając nacisku. Dopiero po chwili zaczął owijać udo bandażem, warstwa po warstwie, ciasno, precyzyjnie, tworząc prowizoryczny opatrunek uciskowy.

Darcy zacisnął szczęki, a jego mięśnie napięły się do granic.

– Oddychaj. Nie spinaj nogi – polecił Cain. – Pozwól mi to zakończyć.

Reven trzymał Darcy’ego za ramiona, stabilizując jego ciało, kiedy Cain dociągał kolejne warstwy materiału, aż krwawienie zaczęło wyraźnie słabnąć.

– Pasek zostaje – dodał. – To go utrzyma przytomnego.

Delikatnie uniósł zranioną nogę i podsunął pod nią poduszkę.

– Nie ruszaj się. Jeśli poczujesz, że kręci ci się w głowie albo robi ci się zimno, mówisz od razu.

Wtedy dopiero spojrzał na mnie.

– Teraz już się nie wykrwawisz… Chyba. – Cain wyszczerzył zęby. – Dam ci jakieś moje krótkie spodenki, żebyś nie paradował w gaciach.

Odetchnęłam z ulgą. Miałam już dość widoku krwi. Kojarzyła mi się wyłącznie z bólem i przerażeniem w najczystszej postaci.

Kiedyś, gdy zacięłam się podczas golenia i z mojej nogi popłynęła cienka czerwona strużka, wpadłam w taką panikę, że zaczęłam się dusić. Gdyby nie Darcy, który był u mnie, nie wiem, co by się stało.

Przyszedł do łazienki bez słowa. Nie wyciągnął mnie z wanny. Wręcz przeciwnie. Wszedł do niej w ubraniu, przyciągnął mnie do swojej piersi i trzymał, szepcząc coś cicho, niewyraźnie. Nie miało znaczenia, co mówił. Liczyło się tylko to, że był.

Moje ciało zareagowało natychmiast. Z każdą sekundą jego bliskości oddech się uspokajał, drżenie ustępowało, a chaos w głowie cichł. Jakby mój organizm pamiętał, że przy nim może przestać walczyć.

Umiałam normalnie funkcjonować. Rozmawiać, uczyć się, przebywać wśród ludzi. Problemy zaczynały się w chwili odrealnienia, jak mi tłumaczono, wtedy, gdy mój organizm znów odbierał świat jako zagrożenie.

Czułam, jak puls przyspiesza, krew dudni w skroniach, ciało napina się do granic, a umysł zalewają obce, natrętne obrazy. I choć coraz szybciej potrafiłam rozpoznać moment, w którym nadchodziło załamanie, nadal nie umiałam nad tym zapanować. Bo taki stan nie znika po dwóch miesiącach. Ani po roku. Zostałam naruszona zbyt głęboko. Odwrócenie tego wydawało się niemal niemożliwe. Może po kilku latach… Może wtedy będzie lżej.

– Raelynn. – Cichy głos Caina wyrwał mnie z zamyślenia. – Wszystko w porządku?

Wzrok wciąż miałam utkwiony w nodze Darcy’ego. Zanim podniosłam go na Caina, poczułam, jak coś we mnie zaczyna wrzeć.

– Raelynn – powtórzył.

Za dużo tej krwi. Zdecydowanie za dużo.

I wtedy świadomość pękła.