Listy z Rosewood - Serafin K.M. - ebook

Listy z Rosewood ebook

Serafin K.M.

0,0

Opis

Miłość, która nie kończy się na ostatniej stronie...

Lata 70. i 80. XX wieku.

Spokojne Rosewood i tętniący życiem Nowy Jork.

Laura Perkins przyjeżdża na wieś tylko na chwilę. Chce sprzedać odziedziczony po praprababci dom, ale jej plany komplikują się, gdy poznaje Adama - miejscowego chłopaka, który wywraca jej świat do góry nogami.

To, co zaczyna się niewinnie, szybko przeradza się w historię, której nie da się zapomnieć.

A kiedy pojawia się szansa na nowe życie, Laura musi zdecydować czy warto zostawić wszystko za sobą.

„Listy z Rosewood” to opowieść o miłości, trudnych wyborach i uczuciach, które nie znikają, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 368

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright ©

K.M. Serafin

Wydawnictwo White Raven

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Kopiowanie, reprodukcja, dystrybucja lub jakiekolwiek inne wykorzystanie niniejszej publikacji w całości lub w części, bez wyraźnej zgody autora lub wydawcy, jest surowo zabronione zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa o prawach autorskich. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.

Redakcja

Dominika Surma @pani.redaktorka

Korekta

Dominika Kamyszek @opiekunka_slowa

Skład i łamanie

Anna Hat @_anislowa

Okładka

K.M. Serafin

www.wydawnictwowhiteraven.pl

Numer ISBN: 978-83-68175-77-6

Nota od autorki

Niektóre miejsca przedstawione w tej książce są fikcyjne lub zostały zmienione na potrzeby fabuły. Choć mogą być inspirowane rzeczywistymi lokalizacjami, ich opis, układ i wydarzenia z nimi związane stanowią wytwór wyobraźni autorki.

Dla tych, którzy w pogoni za szczęściem i spełnieniem błądzą, nie wiedząc, że największy skarb czeka tuż obok nich.

K. M. Serafin

Mojej Mamie i Babci – jesteście moimi idolkami.

Rozdział 1

1983 rok

Niska temperatura dawała się Laurze we znaki. Opatulona w wełniany, rozciągnięty sweter, siedziała przy kuchennym stole, wiercąc się na twardym krześle. Z mieszaniną ekscytacji i strachu wertowała leżące przed nią dokumenty. Gwizd czajnika wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się, po czym powoli wstała, wyłączyła palnik i zalała wrzątkiem wsypane wcześniej do kubka fusy herbaty.

Wróciła do stołu, lecz nie usiadła, bo nie była w stanie wytrwać w miejscu. Wyciągnęła przed siebie lekko drżącą dłoń i delikatnie pogładziła stos dokumentów, które przyniosła z pracy. Westchnęła ciężko, czując napierające wyrzuty sumienia, i spojrzała w stronę kuchennego okna.

Na zewnątrz panował półmrok zwiastujący nadciągającą noc. Na podwórzu paliły się lampy oświetlające stodołę i stajnię, stojące naprzeciwko domu. Laura czuła się skołowana. Jej myśli pędziły z prędkością światła i nie potrafiła skupić się na żadnej z nich. Jak mam to powiedzieć Adamowi?A co, jeśli się nie uda?

Usłyszała ciężkie sapanie męża krzątającego się w przedpokoju i dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Z zapartym tchem nasłuchiwała jego zbliżających się kroków. Nagle zrobiło jej się słabo.

Gdy wszedł do kuchni, zesztywniała. Pierwsze, co do niej dotarło, to jego zapach. Pachniał sianem i końmi, ale to nie było niczym nowym. Mogłaby zasugerować mu kąpiel, lecz sytuacja, w której się znalazła, była na tyle niekorzystna, że nie chciała dodatkowo go irytować.

– Co w pracy? – zapytał, podchodząc powoli. Objął ją za ramiona i lekko pocałował w usta.

Pocałunek nie był przyjemny. Smakował gorzko, a przynajmniej tak jej się wydawało. Ponownie przeszył ją dreszcz zdenerwowania i z całych sił starała się to przed nim ukryć. Odsunęła się od męża, nerwowo się uśmiechając.

– Zjesz coś? – spytała, zręcznie omijając jego pytanie.

– Poproszę. Jestem padnięty. Jeśli na jutrzejsze jazdy konne zgłoszą się wszystkie zapisane osoby, to wieczorem nie będę w stanie chodzić.

– Nie powinieneś narzekać – stwierdziła, nakładając na talerz gorącą potrawkę z kurczaka.

– Lari, wiem. Nie musisz mi tego powtarzać po raz kolejny. Wiem, ile mieliśmy szczęścia…

– Patrząc na twoją reakcję, chyba jednak muszę.

– Oj, przestań. Przecież wiem, że twoja reklama była strzałem w dziesiątkę. Chyba nie oczekujesz, że codziennie będę zasypywał cię komplementami w podziękowaniu za nowych klientów?

– Nie miałabym nic przeciwko – odparła, lekko wzruszając ramionami.

Postawiła przed mężem kolację i niepewnie stanęła tuż obok niego. Chciała usiąść, lecz gdy zauważyła, że Adam wpatruje się w leżące przed nim dokumenty, poczuła, jak całe ciało jej sztywnieje. Ze wstrzymanym oddechem obserwowała, jak podnosi ze stołu plik kartek i zaczyna je przeglądać.

Ze stresu zaczęła wyłamywać sobie palce. W końcu usiadła, wybierając miejsce przy przeciwległym krańcu stołu. Nie była pewna jego reakcji.

Za każdym razem, gdy patrzyła na męża, czuła lekkie mrowienie w podbrzuszu. Adam był bardzo pociągającym mężczyzną i nigdy nie przestała tego zauważać, choć uczucie, którym się darzyli, było już znacznie słabsze niż kiedyś, a przynajmniej tak jej się wydawało.

Natłok obowiązków i wzajemne pretensje sprawiły, że zaczęli żyć obok siebie, a nie ze sobą. Laura z uwagą obserwowała napięte mięśnie na opalonych przedramionach męża, a potem przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Zatrzymała wzrok na kilkudniowym zaroście Adama i natychmiast przypomniała sobie chwile, w których lubiła go czuć na swojej skórze. Nie pamiętała jednak, kiedy ostatni raz byli ze sobą tak blisko.

Spojrzała na poruszającą się w górę i w dół grdykę na jego szyi i z trudem przełknęła ślinę. Nie odrywała od niego wzroku, gdy przeczesał dłonią kasztanowe, kręcone włosy. Dopiero gdy wbił w nią spojrzenie jasnoniebieskich oczu, zawahała się lekko. Już wiedziała, że ta rozmowa nie skończy się dobrze.

– Lauro, co to jest? – spytał chłodno, opuszczając dokumenty z powrotem na stół.

– To, co widzisz – odparła spokojnie, choć w środku aż w niej wrzało. – To dla mnie wielka szansa.

– Chyba żartujesz.

– Wcale nie. Adam, proszę cię. Porozmawiajmy na spokojnie, bez emocji.

– Bez emocji?! Czy ty sobie, do cholery, robisz ze mnie żarty?!

Jego krzyk sprawił, że skuliła się na krześle. Po chwili jednak wyprostowała się buntowniczo i popatrzyła na niego z pretensją. W myślach przywołała wszystkie argumenty, które przez cały dzień układała w głowie.

– Nie będę z tobą rozmawiała w taki sposób – powiedziała stanowczo. Po chwili jednak zmiękła i wyciągnęła rękę, łapiąc go za dłoń. – Adam, to nic nie znaczy. Nic nie zmienia – dodała cicho.

– Przecież to zmienia wszystko – odparł z żalem w głosie.

Laura czuła jego ból, ale nie zamierzała się poddać. Jeżeli chciała coś osiągnąć i udowodnić samej sobie, że stać ją na więcej, była to jej ostatnia szansa. Ostatni moment, by wyrwać się z rzeczywistości, w której utknęła.

– Posłuchaj, to tylko rok. Wiesz, jak szybko leci czas. Nim się obejrzymy, wrócę i będziemy mogli żyć na zupełnie innym poziomie.

– Ale ja nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

– Adam, moja delegacja jest dla nas ogromną szansą.

– Chyba dla ciebie – mruknął gorzko.

– Kiedy tu zamieszkałam, obiecałeś mi, że nie będziesz mnie hamować. Wiedziałeś, że tylko dla ciebie zgodziłam się mieszkać na wsi. To jest moja szansa na awans. Pojadę na rok do Stanów, wprowadzę nowy dział i wracam. Nigdy nie ukrywałam swoich ambicji. Na obecnym stanowisku nic więcej nie osiągnę. Potrzebuję czegoś nowego. – Na chwilę zamilkła, po czym dodała ciszej: – Poza tym spójrz na to z innej strony… Kiedy wrócę, przywiozę pieniądze, które nam pomogą.

– Przecież niedawno sprzedaliśmy dom twojej prababci. Masz pieniądze.

– Tak, ale na jak długo? Przecież całe gospodarstwo to studnia bez dna. Co chwilę trzeba coś naprawić albo kupić nową maszynę.

– Nie ma szans na awans bez wyjazdu? – spytał smutno.

Laura dostrzegła w jego twarzy narastającą desperację. Ostatnio nie układało im się najlepiej. Brakowało bliskości, a ich rozmowy coraz częściej kończyły się kłótnią. Od kilku miesięcy obwiniali się nawzajem o to, że nie jest już tak jak kiedyś. Żal, pretensje i przerzucanie się winą odcisnęły na nich obojgu wyraźne piętno.

Adam wyglądał na całkowicie bezradnego. Laura znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że kiedy marszczył brwi w ten sposób, walczył ze sobą, próbując powstrzymać emocje. A jednak oboje wiedzieli, że gdy ona wbiła sobie coś do głowy, trudno było ją od tego odwieść. W głębi duszy czuła, że mógłby jeszcze próbować ratować ich relację, ale od pewnego czasu brakowało mu na to siły. Sama też nie była pewna, czy wyjazd okaże się dla nich szansą na nowy początek, czy raczej nieodwołalnym początkiem końca wszystkiego, co wspólnie zbudowali.

– Adamie, proszę, nie rób tego.

– Czego? – mruknął z niezadowoleniem.

– Nie ograniczaj mnie. Wiesz, że potrzebuję zmiany. Nie widzisz, co się z nami dzieje? Będziemy do siebie codziennie dzwonić. Zawsze możesz do mnie napisać. Obiecuję, że pomogę ci z terminarzem jazd konnych. Proszę cię…

– Nie wiesz, o co mi chodzi? – zapytał ostro i odsunął się gwałtownie, szurając krzesłem. – Wiem, że nie wrócisz.

– Przestań.

Laura również wstała i podeszła do niego. Objęła go w pasie i zacisnęła dłonie na bokach jego koszuli.

Pozwoliła sobie na chwilę bliskości. Wtuliła się w jego ramiona, uświadamiając sobie, że nie pamięta już, kiedy ostatnio czuła w nich prawdziwe ukojenie.

Adam westchnął ciężko i bez słowa oparł brodę na jej głowie. Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy…

1978 rok

Szła polną drogą, dźwigając na ramieniu ciężki plecak. Na widok ubłoconych i oblepionych gliną jasnych tenisówek w myślach wyklinała matkę, która wystawiła ją, odmawiając pomocy w przyjeździe do Rosewood. Dzień był pogodny i słoneczny, co odrobinę poprawiało jej humor, ale wiedziała, że nie mogła dłużej odkładać przyjazdu na wieś. Dom odziedziczony po zmarłej prababci był dla niej szansą na niezależność, o której marzyła od lat.

Matka nie zamierzała jej w niczym pomagać. Zresztą Laura nawet się tego po niej nie spodziewała. Amelia całe życie mieszkała w mieście i nie miała najmniejszego zamiaru wracać w rodzinne strony. Nie lubiła wspominać – jak sama twierdziła – tych kilku nieszczęsnych wakacji, które musiała spędzać u swojej babki w małym, angielskim miasteczku Rosewood. Dla matki Laury wszystkie uroki wsi były najgorszą z możliwych kar, dlatego wcale nie miała pretensji, że to właśnie jej córka odziedziczyła stary dom. Wręcz przeciwnie – była zachwycona, że sama nie będzie musiała zawracać sobie głowy remontami.

Laura również nie przepadała za wsią, ale musiała się przemóc, przyjechać do Rosewood, żeby zrobić to, co zaplanowała. Remont i sprzedaż domu były ogromnym przedsięwzięciem, ale jednocześnie dawały jej szansę na uniezależnienie się od matki, z którą od dawna nie łączyła jej prawie żadna więź.

Rosewood znajdowało się ponad czterdzieści minut drogi od najbliższej stacji kolejowej i po piętnastu minutach intensywnego marszu przez polne ścieżki Laura z ulgą zauważyła znak przystanku autobusowego. Nie była tam jednak sama. Na przystanku stał chłopak, który od chwili, gdy tylko się pojawiła, bez skrępowania jej się przyglądał. Poczuła się zawstydzona i przez chwilę nie wiedziała, co zrobić. Początkowo starała się na niego nie patrzeć, lecz z każdą kolejną minutą udawanie, że stoi na przystanku sama, stawało się coraz trudniejsze.

Ukradkiem zerkała na nieznajomego, a im dłużej to robiła, tym trudniej było jej oderwać od niego wzrok. Chłopak miał na sobie ciemne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Kilka guzików pozostawił rozpiętych, dlatego mimowolnie zerkała na odsłoniętą klatkę piersiową, czując, jak policzki zaczynają jej płonąć.

Spojrzenie, którym ją obdarzał, było niemal hipnotyzujące. Laura jeszcze nigdy nie widziała oczu w tak jasnym niebieskim odcieniu. Chłopak miał kasztanowe, lekko kręcone włosy, opadające na czoło. Zastanawiała się, czy mu się podobała. Wiedziała, że wielu mężczyzn uważa ją za atrakcyjną. Szczyciła się długimi blond włosami sięgającymi jej do pasa, a niejeden mężczyzna prawił jej komplementy z powodu jej zielonych oczu.

Z uwagą przyglądała się nieznajomemu, który nagle zaczął popisywać się celnością swoich rzutów. Podnosił z ziemi kamyki i rzucał nimi w drzewo stojące naprzeciwko przystanku. Raz za razem trafiał prosto w niewielką dziurę w pniu.

– Nie musisz się popisywać. To nie robi na mnie wrażenia – powiedziała w końcu, nie wytrzymując dłużej milczenia.

Chłopak spojrzał na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Patrzył na nią tak wyzywająco, że ścisnęło ja w brzuchu i natychmiast przerwała kontakt wzrokowy.

– Nie popisuję się. Nie muszę. – Wzruszył ramionami i podszedł kilka kroków bliżej. – Nie muszę nawet tam patrzeć, żeby trafić.

Wyciągnął rękę w bok i bez zawahania rzucił kolejnym kamieniem, a ten wpadł prosto do szczeliny w pniu.

– Właśnie widzę, że nie musisz – zaśmiała się, a jej reakcja sprawiła, że chłopak jeszcze bardziej skrócił dzielący ich dystans.

– Nie znam cię – oznajmił.

– Ja ciebie też nie znam… i nie muszę – dodała szybko, zauważywszy pojawiający się na jego twarzy uśmiech.

– Znam tutaj wszystkich. Skąd jesteś? Po co jedziesz do Rosewood?

– Skąd wiesz, że jadę akurat tam?! – pisnęła. Podwyższony ton głosu natychmiast zdradził jej zdenerwowanie.

Zrobiła krok w bok, zwiększając dystans między nimi, i spuściła wzrok.

– Stąd odjeżdża autobus tylko do Rosewood i z powrotem. Dalej nie ma nic.

– Nie ma innej miejscowości? – zapytała zdziwiona i spojrzała na niego.

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że chłopak znów do niej podszedł i był zdecydowanie za blisko. Odskoczyła do tyłu, przez co się zachwiała. Nieznajomy błyskawicznie wyciągnął ręce i podtrzymał ją za plecy, pomagając jej odzyskać równowagę. Stał przy niej i nie puścił jej dłoni. Zamiast tego uniósł ją do ust i delikatnie pocałował jej wierzch.

Laura poczuła, jak policzki zaczynają jej płonąć. Nikt wcześniej nie pocałował jej w rękę. Po chwili pomyślała jednak, że to zachowanie jest strasznie staroświeckie.

– Adam – przedstawił się, wciąż trzymając jej dłoń.

– Laura – odpowiedziała szybko i wyrwała rękę z jego uścisku.

Przez tę krótką chwilę zdążyła jednak poczuć ciepło jego palców, które wywołało na jej rękach gęsią skórkę.

– To dokąd jedziesz? – zapytał, nie odrywając od niej wzroku.

– Do Rosewood – odpowiedziała i mimowolnie się uśmiechnęła.

Adam odwzajemnił uśmiech i odszedł kawałek dalej, nadal jej się przyglądając. Pochylił się, podniósł z ziemi największy kamień i rzucił go w stronę drzewa.

Laura zamarła.

W tej samej chwili drogą przejeżdżał samochód. Kamień zamiast w drzewo uderzył w dach półciężarówki, która zatrzymała się gwałtownie z piskiem opon. Z kabiny wyskoczył rosły mężczyzna, wykrzykując w ich stronę przekleństwa. Była tak przerażona, że nie potrafiła się ruszyć z miejsca.

– Kto to zrobił?! Adam, to ty?!

– Panie Jenkins, to niemożliwe! – Chłopak szybko podbiegł do Laury. – Jestem tu z dziewczyną, po co miałbym obrzucać pana kamieniami?

– To twoja dziewczyna?!

Mężczyzna miał na sobie szarą czapkę z daszkiem i zielony roboczy kombinezon. Podszedł do nich szybkim krokiem, uważnie przyglądając się Laurze. Zauważyła u niego brak jednego zęba i twarz zaczerwienioną ze złości.

– T-tak… jestem dziewczyną Adama. Laura Perkins – wymamrotała, wyciągając rękę w jego stronę.

Jenkins nie uścisnął jej dłoni. Zamiast tego zmierzył ją uważnym spojrzeniem.

– Nie wyglądasz na miejscową.

– Nie jestem stąd. Przyjechałam z Ashford. Jadę do domu prababci – odpowiedziała, czując, jak serce bije jej coraz szybciej.

– Dokładnie tak. Pomagam Laurze dostać się do Rosewood – przytaknął Adam i korzystając z faktu, że była w szoku, podszedł bliżej i objął ją delikatnie w talii.

Laura cała się spięła, ale była tak zaangażowana w udawanie, że nie pisnęła słowa i nie zaprotestowała.

– A jak babcia się nazywa? – Rolnik nachylił się w ich stronę.

Adam natychmiast złapał Laurę za rękę i stanął przed nią, zasłaniając ją swoim ciałem.

– Panie Jenkins, czy to jest przesłuchanie? Nie zrobiliśmy nic złego i nie musimy się tłumaczyć.

– Ktoś uderzył w mój samochód!

– A może to było coś, a nie ktoś? Nad drogą jest pełno drzew. Równie dobrze mogła spaść gałąź. Nie widziałem, co się stało, bo byłem zbyt zajęty rozmową ze swoją dziewczyną.

Stanął obok Laury i tym razem objął ją ramieniem.

– Naprawdę nic nie widzieliśmy. Bardzo nam przykro z powodu tego, co się stało – dodała Laura, starając się brzmieć przekonująco.

Była tak przestraszona, że zależało jej tylko na tym, by mężczyzna w końcu odjechał. Stała nieruchomo, słuchając, jak Adam odprawia rolnika. W natłoku emocji pozwoliła mu się nawet objąć od tyłu i zesztywniała, gdy oparł brodę na czubku jej głowy, ale nie wyszła z roli.

Oboje patrzyli, jak Jenkins wsiada do półciężarówki i rusza z piskiem opon, wzniecając na polnej drodze chmurę kurzu. Gdy samochód zniknął z ich pola widzenia, Laura natychmiast odskoczyła od Adama i spojrzała na niego takim wzrokiem, że od razu się cofnął. Zaczął się nerwowo jąkać, dziękując jej za pomoc. Nabrała powietrza, gotowa zrobić mu awanturę, lecz nim zdążyła powiedzieć choć jedno słowo, nadjechał jej autobus.

1983 rok

Adam sie odsunął, a Laura natychmiast poczuła chłód. Zamrugała, wyrwana ze wspomnienia, które w jednej chwili wróciło z całą ostrością. Nie wiedziała, czy naprawdę chce to wszystko zostawić za sobą, czy powinna kurczowo trzymać się planu, który tak długo układała w głowie.

– Adam… proszę, porozmawiajmy – szepnęła, czując, jak do oczu napływają jej łzy.

– Nie mamy o czym. Zrobisz, jak uważasz. Jeśli chcesz jechać, to nie będę cię zatrzymywać.

Stała w miejscu, patrząc, jak jej mąż wychodzi z kuchni. Wewnątrz niej narastał żal. Była rozdarta. Z jednej strony chciała wyjechać, z drugiej bała się zostawić Adama samego z tym wszystkim. Jego upór i chłód budziły w niej sprzeciw, ale gdzieś głęboko wiedziała, że tak naprawdę podjęła już decyzję. Nawet jeśli jeszcze nie potrafiła się do tego przed sobą przyznać.

Rozdział 2

1983 rok

Wibrujący pager wyrwał ją z zamyślenia, w które zapadła podczas jazdy do pracy. Poruszyła się niespokojnie na fotelu kierowcy, próbując odpiąć od paska wyprasowanych w kant spodni brzęczące urządzenie. Uniosła je na wysokość oczu i spojrzała na wąski pasek wyświetlacza.

Od razu rozpoznała ciąg liczb oznaczający numer telefonu jej szefowej Rachel. Pracowały razem już od kilku lat i Laura zdążyła dobrze poznać temperament przełożonej. Wiedziała jedno – jeśli nie oddzwoni w ciągu pięciu minut, w biurze może czekać ją prawdziwy chaos.

Wjechała na parking przed biurowcem i zatrzymała samochód na jednym z miejsc zarezerwowanych dla pracowników. Wysiadła i już miała ruszyć w stronę wejścia, gdy nagle poczuła szarpnięcie.

– Cholera… – mruknęła pod nosem.

W pośpiechu przytrzasnęła pasek beżowego płaszcza drzwiami samochodu. Cofnęła się i przez chwilę szarpała się z klamką, która od jakiegoś czasu zacinała się coraz częściej.

W drodze na piąte piętro zdążyła szybko przywitać się z ochroniarzem i w ostatniej chwili wskoczyła do windy, której drzwi zatrzasnęły się za nią z głośnym trzaskiem.

Pager znów zawibrował.

Sapnęła z irytacją. Od porannej awantury dzieliły ją już tylko sekundy. Nie musiała nawet sprawdzać wyświetlacza. Jedyną osobą, która korzystała z tego numeru, była Rachel.

Wchodząc do biura, rozejrzała się z zaskoczeniem po rzędach boksów. Atmosfera była wyjątkowo napięta, a nietypowa cisza wśród pracowników oznaczała tylko jedno. Rachel zdążyła już na kimś wyładować swoją złość. Laura nawet nie zaszła do swojego stanowiska. Zamiast tego skierowała się prosto do przeszklonego gabinetu szefowej. Zatrzymała się przed drzwiami, złapała z Rachel kontakt wzrokowy i uniosła wyżej kubek z kawą, którą zdążyła kupić po drodze.

Rachel się nie uśmiechnęła, ale machnęła dłonią, dając jej znak, żeby weszła. Laura popchnęła ramieniem szklane drzwi i usiadła na krześle przed biurkiem przełożonej. Ta rozmawiała przez telefon i nie przerywając rozmowy, wyciągnęła rękę w stronę Laury, zabrała od niej kawę i przewróciła oczami na słowa rozmówcy.

– Och, dajmy już temu spokój. Przecież powiedziałam, że kogoś do was przyślemy. Nie musisz się martwić. Mam idealną kandydatkę, która pomoże wdrożyć cały nowy zespół we wszystkie obowiązki. Richard, jeśli jeszcze raz będę musiała to powtórzyć, to naprawdę oszaleję. – Upiła łyk kawy i natychmiast się skrzywiła, gdy gorący napój poparzył jej usta.

Laura nie spuszczała z niej wzroku. Rachel zaczęła nerwowo stukać czerwonym paznokciem o blat biurka. Po chwili zakończyła rozmowę, odkładając słuchawkę z głośnym stuknięciem. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech.

– Aż tak źle? – spytała niepewnie Laura, przewieszając płaszcz przez kolana.

– Już niedługo sama się przekonasz. Richard to straszny panikarz. Jak pojedziesz do Nowego Jorku, będziesz miała nieprzyjemność z nim pracować – stwierdziła i ponownie napiła się kawy.

Słowa szefowej sprawiły, że Laura lekko się skrzywiła. Rachel natychmiast to zauważyła i zamarła w bezruchu.

– Nie rób tego, Lari – powiedziała ostrzegawczo.

– Nie wiem, o co ci chodzi – odpowiedziała, próbując zabrzmieć niewinnie.

Poczuła znajome napięcie w ramionach i przesunęła dłonią po gładkim materiale spodni, unikając wzroku przełożonej.

– Nie mów mi, że wycofujesz się z wyjazdu. Zdajesz sobie sprawę, jaka to dla ciebie szansa?

– Oczywiście. Jednak rok to trochę długo, a ja nie wiem… No… Adam i gospodarstwo…

Spojrzenie Rachel było ostre niczym brzytwa, a Laura miała ochotę wstać i uciec z gabinetu.

– Twój facet sobie poradzi. A jeśli nie… to znaczy, że nie jest dla ciebie – powiedziała stanowczo, wzruszając ramionami.

– Rachel, to nie tak. Bardzo chcę jechać, tylko zastanawiam się, czy nie mogłabym skrócić tego wyjazdu…

– To już jest skrócony wyjazd. Jeśli nie chcesz, nie jedź. Myślałam, że zależy ci na awansie – odparła obojętnie.

Udawała obrażoną, a Laura natychmiast poczuła wyrzuty sumienia z powodu swoich wątpliwości.

– Oczywiście, że zależy mi na awansie – powiedziała cicho.

– No to o co chodzi? Czego nie rozumiesz? Tutaj, w Ashford, nie mogę cię już awansować. Przecież nie oddam ci swojego stanowiska. Pojedziesz do Stanów, wprowadzisz nowy oddział, a potem wrócisz i zrobimy to samo tutaj. Richard wszystkiego cię nauczy.

– A ty nie możesz pojechać? – zapytała nieśmiało.

Na te słowa Rachel zakrztusiła się kawą, a Laura natychmiast pożałowała chwilowej odwagi.

– Przepraszam. Nie było pytania – dodała szybko.

Szefowa błyskawicznie odzyskała dobry humor. Jej twarz rozjaśnił szeroki, nieco sztuczny uśmiech i z entuzjazmem zaczęła opowiadać Laurze o mieszkaniu, które dostanie w Nowym Jorku, i zapewniała ją o możliwościach, jakie otworzą się przed nią podczas pracy w Stanach.

Po południu, po dziesiątkach odebranych telefonów i niekończącym się szarpaniu z monitorem, który co chwilę gasł i ponownie się uruchamiał, Laura miała dość. Cudem udało jej się wyrwać na przerwę. Wyszła z biura i skierowała się do kawiarni, w której umówiła się z koleżankami.

Na myśl, że to może być jeden z jej ostatnich lunchów w ich towarzystwie, poczuła niechciane wzruszenie, ale szybko zdusiła narastającą niepewność, spychając ją w najodleglejsze zakamarki swoich myśli.

Z otępieniem wpatrywała się w prawie pustą szklankę stojącą obok talerza z niedojedzoną sałatką. Stres odbierał jej apetyt, a słuchając rozmowy Helen i Sophie, koleżanek z innego działu, miała wrażenie, że zaraz eksploduje jej głowa. Tempo, w jakim wymieniały się ze sobą informacjami, było przytłaczające.

– To będzie ekscytujące, prawda? Wyjazd już za dwa tygodnie? – zapytała Helen, mieszając herbatę.

Laura ocknęła się i przeniosła na nią spojrzenie.

– Przepraszam, co mówiłaś?

– Lari, dobrze się czujesz? Pytałam, czy wyjazd już za dwa tygodnie.

– Ach, tak. Dokładnie. Nie mogę się doczekać – odpowiedziała, siląc się na uśmiech. Miała jednak wrażenie, że obie kobiety doskonale słyszą jej niepewność.

Sophie, która była nieco mniej bezpośrednia niż Helen, uśmiechnęła się szeroko.

– Nowy Jork! Lauro, będziesz mieć życie jak w filmie. Totalny glamour! Jeśli zastanawiasz się, co spakować, wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić.

– Jeszcze nie myślałam o pakowaniu. Dwa tygodnie to całkiem dużo czasu.

– Nie byłabym tego taka pewna – wtrąciła Helen. – Z tej waszej wioski to wszędzie jest daleko, a przecież najnowsze kolekcje wyprzedają się w mgnieniu oka. Nie możesz pojawić się w Nowym Jorku jak wieśniaczka.

Helen nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego Laura mieszka w Rosewood. Uważała, że miłość do męża zupełnie odebrała jej zdrowy rozsądek, i często kwestionowała jej decyzję o życiu na wsi.

– Helen, daj spokój. – Sophie przysunęła się bliżej stolika. – Laura ma pewnie tyle papierkowej roboty, że nawet nie myśli jeszcze o zakupach. Poza tym taki wyjazd to ogrom stresu, a ona nie ma lekko z… No wiesz… – Sophie zawiesiła głos i spojrzała na Laurę. – Jak on się z tym czuje?

Pytanie o męża natychmiast przybiło Laurę. Wiedziała, że koleżanki aż palą się z ciekawości. Zawsze były żądne sensacji. Nie chciała dziś rozmawiać o Adamie, ale dziewczyny najwyraźniej nie zamierzały jej odpuścić. Co miała im powiedzieć? Nie do końca wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji. Powinna przyznać, że ich ostatnie rozmowy kończyły się kłótnią? Że oboje unikają tematu wyjazdu, udając, że nic się nie dzieje? A może powinna się przyznać, że Adam coraz częściej wychodzi na piwo i woli spędzać wieczory z kolegami niż z własną żoną, która za chwilę ma wyjechać na rok?

– On… stara się mnie wspierać… – zaczęła ostrożnie, przenosząc wzrok na szklankę. – Ale to dla niego trudne. Ostatnio nie rozmawiamy o tym zbyt wiele – dodała ciszej, czując rosnące skrępowanie.

– Czyli nie jest zachwycony? – Helen zmrużyła oczy, przyglądając się jej uważnie.

Jej spojrzenie wbijało się w Laurę tak mocno, że ta z trudem utrzymywała pogodny wyraz twarzy.

Powiedzieć, że Adam nie był zachwycony, to właściwie nic nie powiedzieć. Ich kłótnie o wyjazd stawały się coraz ostrzejsze, aż w końcu oboje przestali o nim mówić. Unikali tematu, mając nadzieję, że milczenie może rozwiązać problem.

– Wiecie… to wszystko jest skomplikowane – powiedziała w końcu. – Mamy duże gospodarstwo, a to oznacza mnóstwo obowiązków. Wyjeżdżając, zostawiam Adama samego z tym wszystkim. To normalne, że nie jest zachwycony. On kocha wieś i nie widzi siebie nigdzie indziej, a ja… – Zawahała się na moment. – Po prostu czuję, że muszę spróbować czegoś nowego. To moja szansa.

Jej odpowiedź była wymijająca, ale nie miała siły tłumaczyć wszystkiego.

– No, ale… – Helen uniosła brwi, zerkając na nią z lekkim uśmiechem. – Czy to nie zniszczy waszego małżeństwa? Wiesz, Lari, związek na odległość to trudna sprawa… zwłaszcza z kimś tak zazdrosnym jak Adam.

Nie odpowiedziała od razu. Słowa Helen uderzyły dokładnie w to miejsce, które od tygodni bolało ją najbardziej. Związek na odległość? Sama nie wierzyła, że to jest możliwe.

– Nie wiem… – wyszeptała, patrząc na swoje dłonie, które lekko zadrżały. – Mimo wszystko wierzę, że kochamy się na tyle mocno, że uda nam się przez to przejść. – Uśmiechnęła się słabo.

Skłamała.

Mówiła o wielkiej miłości w chwili, gdy tak naprawdę uciekała przed zobowiązaniami i problemami, które zaczynały ją przerastać. Czy była naiwna, wierząc, że ucieknie od problemów, udając się za ocean? Wyjazd do Stanów Zjednoczonych był jej wymówką. Bezpiecznym wyjściem z sytuacji i może nawet sposobem na rozstanie bez dramatu. Po cichu liczyła, że jeśli nie uda im się uratować małżeństwa, wszystko rozpadnie się powoli, bez łez, krzyków i wzajemnych oskarżeń.

Sophie spojrzała na nią z mieszaniną zrozumienia i współczucia, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Helen ponownie wtrąciła się do rozmowy:

– Lauro, musisz zdecydować, czego chcesz. To twoje życie. Nie możesz rezygnować z marzeń tylko dlatego, że boisz się, że coś, co ledwo się trzyma, w końcu się rozpadnie.

Helen w swojej złośliwości nawet nie wiedziała, że trafiła w sedno.

Adam szedł przez pastwisko, ciągnąc za sobą wózek z sianem. Powietrze było wilgotne od porannej mgły, a zapach rosy mieszał się z charakterystycznym, ciepłym aromatem końskich grzyw i potu. Konie – wielkie i majestatyczne – powoli kierowały się w jego stronę, stukając kopytami o twardą ziemię. Mimo znajomych dźwięków i zapachów dzień nie był taki jak zwykle. Wszystko wydawało się dziwnie puste.

Kiedy kolejne zwierzęta podchodziły do wózka, odruchowo rzucał im siano. Znał tu każdy centymetr ziemi, każdy zakątek stajni. Ta praca była jego życiem i kochał ją od zawsze. A jednak od kilku dni nie potrafił poczuć tej samej radości. Zamiast tego jego myśli uparcie wracały do żony. Zatrzymał się na chwilę, opierając o drewnianą bramę. Patrzył, jak konie pochylają głowy i spokojnie skubią siano. Kiedyś to miejsce było dla nich azylem, dla niego i Laury. Spędzali tu niezliczone godziny.

Jego żona przychodziła po pracy w biurze i pomagała mu przy koniach, nawet jeśli nie do końca wiedziała, jak robić to poprawnie. Zawsze się śmiała, gdy ją poprawiał, i droczyła się z nim, że pozwala mu na to tylko dlatego, że to jego królestwo.

Zajęcia przy zwierzętach były dla niej najlepszym sposobem na odreagowanie stresu po ciężkim dniu w biurze. Adam nigdy nie zmuszał jej do pracy w gospodarstwie. Chciał, żeby prowadzili je razem, ale rozumiał, że Laura ma zupełnie inne ambicje zawodowe.

Z każdym rokiem wiodło im się coraz lepiej, choć po śmierci rodziców Adama początki nie były łatwe. Oboje spełniali się w pracy. Adam rozwijał szkółkę jeździecką, a Laura odnosiła kolejne sukcesy w korporacji. Na samo wspomnienie, jak bardzo ucieszyła się z pagera, który dostała od Rachel, uśmiechnął się pod nosem. Gdyby ktoś wtedy powiedział jej, że już po kilkunastu tygodniach będzie miała ochotę spuścić go w toalecie, uznałaby to za kiepski żart.

Szefowa Laury była dla niej prawdziwym utrapieniem i Adam nieraz miał wrażenie, że to właśnie Laura prowadzi cały oddział firmy w Ashford, a Rachel tylko figuruje na drzwiach jako dyrektor regionalny. Ciągłe powiadomienia z pagera doprowadzały Laurę do szału. Za każdym razem musiała przerywać pracę w ogrodzie i biec przez pół domu do telefonu, żeby oddzwonić do Rachel, i najczęściej okazywało się, że szefowa po prostu musiała się wyżalić jej na któregoś z pracowników.

Teraz te wspomnienia wydawały się należeć do zupełnie innego życia. Z każdym dniem Adam coraz wyraźniej czuł, że Laura oddala się od niego. Wyjazd do Stanów był dla niego symbolem czegoś znacznie większego.

Czy to koniec naszego życia?

Stał wpatrzony w horyzont, gdzie mgła unosiła się nad trawą, i czuł narastający niepokój. Może to wszystko moja wina? Ta nieproszona myśl wracała do niego od kilku dni. Może powinienem ją bardziej wspierać?Może… gdybym okazał więcej zrozumienia, nie musiałaby wyjeżdżać?

Westchnąłciężko. Adam kochał żonę i nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Była dla niego wszystkim, ale nie wiedział, jak dotrzymać jej kroku, skoro coraz wyraźniej marzyła o zupełnie innym życiu. Jak mam ją wspierać, skoro jej decyzja oznacza koniec wszystkiego, co razem zbudowaliśmy?

Każdy dzień przypominał mu boleśnie, jak niewiele miał jej do zaoferowania. Gospodarstwo, konie, życie na wsi – to, co dla niego było spełnieniem marzeń, dla niej stawało się zbyt ograniczające.Spojrzał na swoje dłonie poznaczone śladami lat pracy na gospodarstwie. Czego by chciała? Co mogłem jej dać prócz tego, co mam? Adam zawsze wiedział, że Laura pragnie czegoś więcej. Nie spodziewał się jednak, że to „więcej” może oznaczać kiedyś życie bez niego.

Konie stały spokojnie, rozglądając się za kolejną porcją siana, a Adam z trudem się wyprostował, czując ciężar nie tylko własnego ciała, ale i myśli. Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na stadninę, która wydawała się dziwnie martwa bez jej obecności. Bez Laury wszystko traciło blask i dopiero teraz zaczynał rozumieć, że bez niej to miejsce już nigdy nie będzie takie samo. Obawiał się, że jeśli czegoś nie zrobi, jeśli nie spróbuje zawalczyć, straci ją na zawsze. Tylko jak miał walczyć, skoro nie był pewien, czy Laura w ogóle tego chce? Zacisnął pięści, czując, jak narasta w nim gniew – na siebie, na nią, na całą sytuację. Ale przede wszystkim czuł wszechogarniającą bezsilność.

Spis treści

listy

Punkty orientacyjne

Cover