Letycja Patekatla. Poławiacze Pereł - J.M. Donderowicz - ebook

Letycja Patekatla. Poławiacze Pereł ebook

J.M. Donderowicz

3,4

Opis

Baśniowy świat, w którym dobro toczy odwieczną walkę z siłami zła, a przygoda miesza się z tajemnicą!

Letycja jest nieugięta w podążaniu drogą swej dziwnej pasji, przez co nieustannie pakuje się w tarapaty. Interesują ją stwory, i to w zasadzie wszystkie. Również te niebezpieczne, z pazurami i cuchnące, a nawet takie, które mogłyby odgryźć człowiekowi nogę. Dziewczynka wie, że jej ojcu niekoniecznie się to podoba (bo który medyk chciałby dwa razy w tygodniu cerować własne dziecko?), ale jej marzeniem jest napisanie „Bestiariusza”, księgi na temat wszelkich magicznych istot spotykanych w Dulbang i okolicznych lasach, a czegoś takiego nie da się przecież zrobić, przesiadując bezpiecznie pod kołdrą.

Letycja i jej brat mają też swoje zmartwienie. Ich mama coraz częściej dziwnie się zachowuje, zupełnie jakby dręczył ją jakiś niepokojący, bolesny sekret. Mimo że pani Patekatla nie chce pisnąć ani słowa, rodzeństwo wspólnie postanawia odkryć prawdę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 818

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
1
2
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
qdt01

Nie polecam

Nie da się tego czytać. Okropnie napisana książka. Nie polecam.
20
_Mnemozyna

Nie oderwiesz się od lektury

mocno kocham. takich młodzieżówek potrzeba! Historia Letycji i Barnaby jest piękna i do tego ubarwiona wspaniałym światem, pełnym fantastycznych stworów i kreatur. dziękuję autorce za napisanie tej historii ❤️
00
emciaczyta

Dobrze spędzony czas

[współpraca recenzencka z wydawnictwem nowa baśń] Jak wam mija grudzień? Wspomniałam wam dziś w poprzednim poście, że mam problem z książkami, gdzie ten wiek bohaterów jest mocno wątpliwy. Niestety dziś przychodzę do was z kolejną książką, gdzie mam problem z wiekiem i zachowaniem. Letycja Patekatla, to dziewczynka, z którą nie da się nudzić. Ma 8 lat, myślenie 15 latki, zachowanie i lekkomyślność 2 latki. Totalnie gryzło mi się to wszystko ze sobą. I to nie tak, że ja nie polubiłam tej bohaterki, bo tak nie jest. Bardzo dobrze mi się to czytało, super poznawało mi się jej przygoda. Tylko nie każde zachowanie było odpowiednie jak na dziecko, ale nie tylko z nią mam problem, bo jej brat był 1,5 roku młodszy, a także jego zachowanie, myślenie było dużo dojrzalsze. Tak jak napisałam, bardzo dobrze bawiłam się na ich przygodach. Może miałam trochę problem z wgryzieniem się w tę historię. Pierwsze 250 stron, były dla mnie trochę ciężki. Trudno mi było zrozumieć, o co chodzi, bo ta książ...
00
Avila93

Całkiem niezła

Książka całkiem przyjemna w odbiorze, ale delikatnie za długa
00

Popularność




J.M. Donderowicz Letycja Patekatla. Poławiacze Pereł ISBN Prawa autorskie © Joanna Donderowicz, 2023Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadząca Izabela Troinska Redakcja i skład Witold Kowalczyk Ilustracja na okładce Anna Niemczak Opracowanie okładki Dymitr Miłowanow Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125www.nowabasn.com Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Pan doktor bardzo się spieszy

Gdyby pan Patekatla nie osiwiał sześć lat wcześniej, na tydzień przed swoim ślubem, to ten skwarny wrześniowy dzień spokojnie mógłby mu przysporzyć paru białych włosów. Czuł lęk i trzeba przyznać, że miał po temu uczciwe powody, nawet zgraja ludzi, która kłębiła się przed jego gabinetem, spojrzałaby na niego wyrozumiale, gdyby im powiedział, w czym rzecz. Pan doktor jednak nikomu się nie zwierzył. Nie był człowiekiem tego rodzaju, a poza tym i tak już musiał ich wszystkich poganiać, a gdyby jeszcze zaczęli mu opowiadać o swoich kapach wróżebnych, to już na pewno siedziałby w gabinecie do północy. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie tego dnia!

Oczywiście dulbańskie choróbska wyśmiały ten jego pomysł, że zdąży na czas, i ilekroć pan Patekatla wyglądał na korytarz – coraz głośniej zgrzytał zębami. Nikomu to jego zgrzytanie nie dało niestety do myślenia, chorzy dalej dostawali drgawek albo pokrzywki, albo wymiotowali panu doktorowi na kozetkę, mimo że on kompletnie nie miał czasu na sprzątanie. Koło południa trafił się nawet przypadek czterolatka z korzeniem ratodendrona w lewej pięcie. To już była przesada! Korzenie ratodendrona wyciąga się bardzo długo i pan doktor prawie się popłakał, gdy zrozumiał, co jest grane z tą nieszczęsną piętą.

No ale w końcu uporał się z całą historią, z płaczącym maluchem i jego wylewną matką, z pasożytem i odkażaniem wszystkich nieznośnych narzędzi, które tego dnia w ogóle nie chciały go słuchać – koło szóstej na korytarzu zrobiło się cicho. Naturalnie wtedy strach uderzył ze zdwojoną siłą i pan Patekatla, zamiast spokojnie ściągnąć z siebie fartuch i pobiec złapać dorożkę, zaczął przetrząsać szafkę z lekami, zastanawiając się, czy któregoś z nich nie powinien zabrać. To była głupota, a przynajmniej nadgorliwość (nie jechał po Kalię na koniec świata!) i na dodatek od razu go pokarało, bo w chwili, kiedy wreszcie miał wyjść, do gabinetu wsunął się jeszcze jeden pacjent. Po pobieżnym spojrzeniu pan Patekatla doszedł do wniosku, że go nie zna.

Przybysz był brudny i łysy, niższy jeszcze od samego pana doktora, choć możliwe, że to wiek przygiął go do ziemi i zasuszył w tejże cherlawej postaci. Wyglądał na żebraka, ale miał też w błysku oczu jakąś godność, która kazała mniemać, że być może niegdyś jego los przedstawiał się zgoła odmiennie.

– Ojoj, pan doktor już wychodzi – jęknął na widok medyka.

Pan Patekatla zagryzł wargę. Oczywiście, że wychodził! Od wielu godzin był kłębkiem nerwów. Pragnął jedynie zostawić ten gabinet i pojechać po żonę, usłyszeć od niej, że wszystko jest w porządku, upewnić się, że nie płacze, że nie miota gróźb nad kapą wróżebną ich nienarodzonego jeszcze dziecka. Naprawdę musiał już iść!

I jakoś nie mógł.

Człowiek, którego miał przed sobą, pomijając jego wiek, wyglądał, jakby właśnie przyszedł na piechotę z Montgomery albo innego miasta na wybrzeżu. Budził litość niczym proszalny dziad. Nie żeby pan Patekatla uważał się za człowieka o miękkim sercu. Wiedział, że nazywa się go gburem, i nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by twierdzić, że nim nie jest. Sęk w tym, że miał też swoje zasady.

– Proszę – warknął, osuwając się z powrotem na krzesło. Był zły. Jak zawsze, gdy dał się wrobić w coś, na co nie miał ochoty.

Przybysz nie zatrwożył się, wręcz przeciwnie – maślany wyraz wdzięczności przyozdobił oblicze nieszczęśnika. Starzec ledwie podnosił nogi, ale możliwie pospiesznie podszedł do biurka i przycupnął na krawędzi krzesełka, podciągając pod nos dziurawą torbę. Pana doktora owiał odór miesięcy tułaczki, ale nie z jego powodu się skrzywił.

Dokumentacja z urzędu pracy. Ogromne arkusze papieru, sfatygowane do granic możliwości, lecz trudne do pomylenia z czymkolwiek. Jedna po drugiej kartki wyłaniały się ze zużytego tobołka, z którym przybył staruszek.

Pan Patekatla skoncentrował wzrok na licznych strupach i wybitych zębach pacjenta, obawiał się bowiem, że w przeciwnym razie mógłby zignorować jego stan i wyrzucić biedaka za drzwi. Odkąd zamknięto fabrykę papieru, a drukarnię przejął syn uprzedniego właściciela, Dulbang zmagało się z istną plagą bezrobocia. W związku z nią gabinet pana Patekatli regularnie okupowała chmara natrętów potrzebujących dowodów zdrowia lub wręcz przeciwnie – niemocy.

– Poradzę sobie – rzucił z irytacją pan doktor, wyrywając z niezdarnych rąk wielgachną płachtę, która między nazwiskiem pacjenta a podpisem medyka zawierała przynajmniej tyle danych, ile potrzeba, by spisać historię całego Machadżabu. – Nie przypuszczałem, że wybiera się pan do pracy – dodał, zabierając się za wprawne pieczętowanie papieru. Powinien był przegnać tego człowieka. Gdyby wiedział, w czym rzecz, zrobiłby to bez wątpienia.

Starzec na wzmiankę o pracy przybrał rozanielony wyraz twarzy.

– To podobnież cukiernia o wybitnej wprost renomie, ale w urzędzie powiedzieli, że przyjmą mnie bez najmniejszego problemu – zapewnił z dumą. – Przydam się przy kuchni, za młodu pomagałem w aptece, więc wiem co nieco o precyzji.

Pan Patekatla oczekiwałby od przybysza precyzji w takim stopniu, w jakim spodziewałby się jej po krylickiej wyroczni, powstrzymał się jednak od komentarza, który cisnął mu się na usta.

– Cukiernia jest w zasadzie za ścianą – burknął tylko. Należała do brata Kalii i było to miejsce ucisku sławne w całym mieście. Oczywiście nie za sprawą Gummara, ale jego żony. Pan doktor przypuszczał, że Izolda wyciśnie wszystkie soki nawet z tak zasuszonego człowieka jak starzec, którego miał przed sobą. Niemniej nie była to jego sprawa, spieszył się.

– Pańskie nazwisko?

– Gustaw Perro…

– Miejsce urodzenia?

– Wietrzne Miasto.

Mimo pośpiechu pan doktor odnotował w myślach swoją omyłkę. Starzec nie przybył znad morza, ale ze stron o wiele bardziej odległych, z samej stolicy Libezin. Swoją drogą jego machadżabski brzmiał niezwykle czysto.

– Data urodzenia?

– Nie znam jej…

Gdy pan Patekatla doszedł do strony piątej, zawierającej listę dolegliwości i schorzeń, przybysz zaczął wnikliwą opowieść na temat tego, jak bardzo nic mu nie jest.

– Bzdura – zdenerwował się pan doktor. Nie miał czasu na wysłuchiwanie kłamstw, a kupki nieszczęścia, którą miał przed sobą, nie dało się traktować jak okazu zdrowia. – Z rękoma co pan zrobił?

Pan Perro zaczerwienił się odrobinę, co w jego wydaniu wyglądało bardziej, jakby zsiniał. Ręce owinięte w brudne szmaty schował pospiesznie pod biurko.

– To stara sprawa – rzucił.

– Ze stopami jest, zdaje się, to samo. – Pan doktor był raczej spostrzegawczym człowiekiem i nie umknęło jego uwadze, że nowy pacjent chodził ze stopami owiniętymi w bure i sztywne kawałki łachmanów, które miały zastępować bandaże. – Być może dałoby się coś na to poradzić – zasugerował.

Starzec spojrzał na niego przenikliwie i zbierając w sobie całą swą godność, powiedział głośno i wyraźnie, tak, jak się składa jakąś ważną deklarację:

– Te szmaty skrywają coś więcej niż dawne rany. Wiele jest w mojej przeszłości spraw, o których wolałbym zapomnieć. Zauważył pan, panie doktorze, że czasem wstydzimy się rzeczy, których sami przecież nie wybraliśmy?

Pan doktor być może coś o tym wiedział, w tym momencie jednak zdał sobie sprawę, że sam wstydzi się najbardziej tego, co miał niejako na własne życzenie. Ktoś, kto poślubiał kobietę podobną do Kalii, musiał się przecież liczyć z konsekwencjami… To trochę tak, jak z obłaskawianiem gryfa – możesz mieć z tego korzyść, ale – na Boga – nie licz, że się nie poparzysz! No i miej pewność, że ludzie, oglądając bąble na twojej skórze, uznają, że masz dokładnie to, na co sobie zasłużyłeś.

Pan Patekatla zamachał gwałtownie piórem, choć to nie atrament chciał strząsnąć, ale własne myśli. Zmieszał się.

– W Libezin jest znacznie zimniej niż tu – rzucił pospiesznie pan Perro, jakby zmartwił się tym, że jego uwaga zakłopotała pana doktora. Zaraz też jął tłumaczyć, choć brzmiało to wszystko bardziej jak wyuczona lekcja niż szczera prawda: – Straciłem palce w wyniku odmrożenia. To było dawno temu i nic już nie da się na to poradzić, z czym zresztą się pogodziłem, ale to nieprzyjemny widok, do którego nie chcę nikogo zmuszać, dlatego owijam ręce.

Pan Patekatla dokończył pisaninę, nie przenosząc wzroku na starca. Szło mu niesporo, mylił się i kreślił, klnąc przy tym i złorzecząc półgłosem. Niewinna uwaga przybysza obudziła w nim złe myśli. Pan doktor, siwy, niewysoki i blady, z parą zimnych oczu i pociągłą, odpychającą twarzą, czuł się boleśnie nieciekawym człowiekiem. Oczywiście wcale by go to nie obchodziło, gdyby nie fakt, że jego żona kochała piękno…

Wróżba brzemienna

Dom numer dwanaście miał dwa wejścia. Pacjentom wypadałoby wchodzić od strony alei Świętej Brygidy, gdzie znajdował się gabinet pana doktora, ale jakimś dziwnym trafem rzadko korzystali z tych drzwi. Nawet jeśli wcale nie szli od rynku, zwykli nadkładać drogi, byle tylko przejść przez księgarnię; niektórzy żartowali wręcz, że wizyty te wystarczyłyby za całe lekarstwo.

Pomieszczenie urządzono z wyczuciem, w doborze malowideł i mebli znać było rękę konesera, a rzeźbionym balkonikom i kręconym schodom trudno by odmówić uroku. Lecz nie dla regałów z czilalieńskich palisandrów czy dla stuletniej mozaiki zdobiącej sufit czytało się w Dulbang aż tyle książek. Ludzie przybywali tu ze względu na nią – Kalię Patekatlę.

Oczywiście onieśmielała ich – była damą, uchodziła za obytą w sprawach dla mieszkańców miasteczka stanowiących czarną magię, miała rozliczne talenty i na dodatek dość kategorycznie wypowiadała się na temat rzeczy, które ją raziły – nie zmieniało to faktu, że przebywanie z nią (albo samo tylko patrzenie w jej kierunku ukradkiem zza półki) pozwalało odczuć jakiś rodzaj nobilitacji.

Pan Patekatla nie pochodził z Dulbang i choć to on był mężem Kalii, czasem czuł się wykluczony przez to, że nie wiedział wszystkiego o jej przeszłości. Akurat jemu jednemu anegdoty na temat Kalii przekazywano półsłówkami. Kiedy zagadywał żonę, śmiała się z niego.

– Jesteś niemądry – mówiła. – Za chwilę zapytasz o rozmiar mojego buta w pierwszej klasie.

Pan doktor nic nie umiał poradzić na to, że interesowały go te rzeczy, nawet te buty, jeśli miał być szczery, a w tamten upalny wrześniowy wieczór, kiedy pozbył się wreszcie ostatniego pacjenta, na samą myśl o Kalii coś zaciskało mu się w gardle. Zmusił się, by przejść przez księgarnię, bo zależało mu na czasie, ale mijając miejsce, w którym zazwyczaj siedziała jego żona, spanikował, gdyż nieopatrznie wyobraził sobie o kilka straszliwych porodów za dużo.

Dlatego to właśnie bardziej wybiegł, niż wyszedł, a przy wkładaniu klucza w zamek nie mógł opanować drżenia rąk. Barwne kamieniczki skąpane w popołudniowym słońcu z majaczącą w oddali grozą nabrzmiałych chmur nawet nie otarły się o jego świadomość. Co innego temperatura, ta sprawiła, że koszula przykleiła się do pleców pana doktora niczym mokry plaster i nie dawała o sobie zapomnieć przez cały dystans dzielący go od fontanny, przy której parkowały dorożki.

– Dzień dobry – burknął zdyszany na widok Pepita, najbardziej chyba niefrasobliwego stangreta w całym Dulbang.

Chłopak z trudem odkleił się od źródlanej wody spływającej obficie z fontanny i zwrócił na medyka twarz upstrzoną dziurami pozostawionymi przez wilczą ospę.

– Dokąd to jedziemy, panie doktorze? – zagadnął, bez pośpiechu wsuwając buty. Najwyraźniej nic sobie nie robił z ciężkiego, dusznego powietrza ani warstwy ołowianych chmur zbierających się na horyzoncie czy też równie niepokojącej miny swego klienta.

– Do tkacza – odparł pan doktor, po czym wpakował się do dorożki i spoczął na szerokiej ławie. Zziajany i mokry, czuł, że stangret marnuje jego pośpiech swym leniwym podejściem do życia, dlatego zdecydował się powiedzieć mu od razu: – Do tego tkacza.

Wyrostek obdarzył pana doktora tak ciekawskim spojrzeniem, że ten najchętniej zdzieliłby go w żebra.

– A to ci dopiero kurs mi się trafił! – zawołał Pepito, zajmując miejsce na koźle. – Toż to ja chyba nawet wnukom będę opowiadał, że byłem świadkiem wróżby brzemiennej samej Kalii Patekatli!

Pan doktor poczuł, jak rośnie mu ciśnienie. Na pewno nie zamierzał pokazywać kapy jego przyszłego dziecka temu smarkaczowi, który rozpowie o wszystkim całemu Dulbang. Być może należało jednak wypożyczyć wóz od Gummara. Ale nie mógł przecież transportować Kalii między workami z cukrem. Poza tym Gummar na pewno postanowiłby przy okazji odebrać coś z młyna albo dostarczyć chleby do przytułku – bądź inne jeszcze niezbędne rzeczy – i jeździliby tak do późnej nocy. Albo, co gorsza, Izolda znalazłaby jakiś pretekst, żeby jechać z nimi.

Rozmyślania przerwał mu dźwięk dzwonków. Obaj z Pepitem zwrócili się natychmiast w stronę świątynnych wież i spoważnieli. Pan Patekatla modlił się żarliwiej jeszcze niż zwykle, dziękował Bogu za wszystko, co od niego otrzymał, w myślach przetrząsając każde najmniejsze dobrodziejstwo, jakby w obawie, że Elmundo mógłby go wziąć za niewdzięcznika i poskąpić łaski, na której zależało mu w tej chwili najbardziej.

Dorożkarz, mamrocząc pod nosem modlitwę, trzasnął z bicza i koń ruszył wzdłuż rynku, by po chwili wtoczyć się w jedną z brukowanych uliczek, na tyle wąskich i krętych, że niemal odbijali się od jednej ściany do drugiej.

– Na pewno zależy panu na czasie! – zawołał woźnica, kiedy dorożka zaczęła niebezpiecznie podskakiwać. – Gdyby to chodziło o moją żonę, pewnie umierałbym z niecierpliwości. Wróżba brzemienna to coś niezwykłego. Moja, jak do tej pory, sprawdza się co do joty. Szkoda, że w sprawie ożenku się nie wypowiedziała. A pańska? Wiedział pan, że poślubi prawdziwą gwiazdę?

– Wiedziałem – burknął pan Patekatla. Wiedział też daleko więcej, dlatego właśnie był tak przejęty. Nie mógł nie wierzyć we wróżebne kapy, skoro i jego przepowiedziała mu przyszłość bezbłędnie. Oczywiście niektóre znaki nabrały sensu dopiero po fakcie. Niemniej przecież go nabrały…

Niebo pociemniało jeszcze bardziej, ludzie pospiesznie zbierali dobytek, powietrze robiło się coraz cięższe, tak że koszula na powrót przylgnęła do chudego ciała pana doktora, a jego czoło zrosiły krople potu. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i otarł nią włosy zmieniające się powoli w białe strąki, nieprzystające nijak do jego wieku.

Tymczasem kareta wtoczyła się przez bramę do Czarciego Zaułka. Pierwszy dał się odczuć chłód, zaraz potem nozdrza pana doktora uderzył smród moczu i niemytego ciała zmieszany z wonią trawionej jeszcze gorzałki.

– Że też tkacz osiedlił się akurat w takiej dzielnicy – burknął woźnica, gdy znaleźli się w brudnej uliczce, w której szyldy warsztatów składały co najmniej podejrzane propozycje, począwszy od sprzedaży trucizn, na usługach wywabiania plam na duszy skończywszy. – To okropne miejsce. I wie pan co, panie doktorze – pana doktora nic nie obchodziły przemyślenia woźnicy, więc zapobiegawczo milczał – mnie się zdaje, że to nie chodzi nawet o tę hołotę z nożami, co się tutaj kręci, ani o tych dziwnych typków, co zażywają Elmundo raczy wiedzieć jakie proszki. Mnie się zdaje, że to wszystko przez nią.

Wskazał na posąg stojący w bramie, ale równie dobrze mógł wybrać którykolwiek z pozostałych. Mniejsze i większe figury, w krzakach i na parapetach, oparte o kominy i lampy uliczne, wszystkie ścigały przechodniów tym samym bezczelnym, pełnym pogardy spojrzeniem. Nie było gdzie podziać oczu, żeby się na nią nie natknąć, Hermenegilda – w prostym stroju bez najmniejszej ozdoby, z trudem równoważąca ciężar, który przyszło jej dźwigać, dawna królowa. Pan Patekatla, zerkając na nią, poczuł ciarki na plecach, ale zrzucił to na karb własnych nieprzyjemnych myśli.

– Ciekawe, dlaczego przedstawili ją brzemienną – zastanowił się głośno stangret. – Coś mnie się zdaje, że ktoś taki jak ona w ogóle nie powinien mieć dzieci. Kiepski musiał być ich los, co pan sądzi, panie doktorze?

Pan doktor nic na ten temat nie sądził. Pomyślał o Kalii i o tym, jaką będzie matką. Pomyślał o sobie i o dziecku. Z całej siły pragnął wierzyć, że przyszłość maleństwa będzie szczęśliwa, ale w tej chwili nie potrafił. Miał przed sobą twarze dzieci, które urodziły się na jego oczach. Starał się nie myśleć o tych kalekich i chorowitych, ale w tej chwili żadnych innych nie mógł sobie przypomnieć. Strach raz jeszcze zakradł się do jego duszy. Co, jeśli jego dziecko okaże się nie takie, jak trzeba? Zastanawiał się, które z nich zniosłoby to gorzej, Kalia czy on. Nie chciał, żeby musiała przeżywać coś takiego, ale jednocześnie od początku, choć skrywał to nawet przed samym sobą, odnosił wrażenie, że to jemu bardziej zależało na dziecku.

– Miałem ostatnio kurs do stolicy – opowiadał dalej stangret, gdy sunęli w głąb mrocznej uliczki. – Odbierałem naszych, którzy wybrali się do Teatru Harfa. Oczywiście jechali ze względu na pańską żonę; byli zachwyceni, i to nie tylko jej głosem, samo jej spojrzenie wystarczyłoby, żeby człowiek zadygotał od głowy aż do podłogi. Gdybym miał żonę taką jak pańska, chyba umierałbym ze strachu. Naturalnie ja niczego nie sugeruję, ale z drugiej strony… puszczać ją samą do stolicy? Domyślam się, co pan musisz przeżywać, gdy ci wszyscy… dżentelmeni się wokół niej kręcą. Wadowa niby niedaleko, ale też tam nie tacy prostacy jak my mieszkają. To świat bogatych i wymuskanych jak się patrzy, nic dziwnego by to nawet nie było, z całym szacunkiem oczywiście, gdyby któryś tam z nich zawrócił naszej pani Kalii w głowie. Oczywiście to mogą być wszystko plotki, ale wie pan, jak to mówią, żadna nie bierze się z powietrza.

Gdyby stangret w tej chwili się obejrzał, zobaczyłby, jak twarz pana doktora tężeje, a jeden jedyny mięsień w pobliżu żuchwy zaczyna drgać niebezpiecznie, ale Pepito niczego nie widział, dlatego ciągnął:

– Tak więc proszę mi wierzyć, że ja się panu nie dziwię. Jakbym miał taką żonę, zmilczałbym wszystko. Absolutnie wszystko.

Życie nieświadomego niczego woźnicy uratował tylko chyba fakt, że znaleźli się właśnie pod domem tkacza i pan Patekatla miał pretekst, by wysiąść i dać upust swej złości, trzaskając drzwiczkami dorożki. Oddychał ciężko, był wzburzony i zbulwersowany, czując chyba, że słowa, które przed chwilą padły, nie zostały wyssane z palca. Baa… jakiś bliżej nieznany mu chłystek utrafił w samo sedno, dokładnie tak, jakby czytał mu z serca, jakby najgłębiej chowane rozterki pana doktora należały do wiedzy publicznej.

Rzecz jasna pan Patekatla czuł, że żona nie jest z nim szczera. Ile to razy jechała na koncert, a potem dowiadywał się, że takiej imprezy nie było? Albo ktoś usłużnie mu donosił, że Kalię widziano w jakimś tanim hoteliku o wątpliwej reputacji z człowiekiem, który zjawił się znikąd i donikąd odchodził?

Pan Patekatla chciał oczywiście o to wszystko zapytać i nosił się z tym zamiarem wielokrotnie, a nawet czasem zaczynał artykułować swoje wątpliwości, ale jakimś dziwnym trafem Kalia zawsze się domyślała. Sam nie umiałby wytłumaczyć, jak to się działo, że chwilę później w uniesieniu całował jej powieki i usta, jej karmelową szyję… Dopiero potem, gdy przychodziło opamiętanie, zerkał czasem na dłonie żony, na drobne przebarwienia skóry i ślady oparzeń i coś ściskało go z niepokoju na widok tych rąk. Zapominał jednak o wszystkim, gdy zaczynały wodzić po jego ciele, przeszywając jego zmysły słodką rozkoszą.

Ale Kalia widziała jego ból. Widziała skurcz w jego twarzy, ciemną zazdrość w jego oczach.

– Przysięgam, że cię kocham, Samirze – szeptała mu do ucha.

I tego się właśnie trzymał.

Kalia była zagadką, nie znał jej nikt. Mając ją przed sobą, pan doktor nieustannie się zastanawiał, czy darowana mu będzie jeszcze choćby godzina tego niezrozumiałego, nieuzasadnionego szczęścia, i każdą z tych chwil traktował jako ostatnią, a więc w pewnym sensie najważniejszą. Głupiec pokroju Pepita nie mógł takich rzeczy rozumieć.

– To nie w porządku, że my faceci nigdy nie wejdziemy do środka – rzucił stangret, który zeskoczywszy z kozła, stanął obok pana Patekatli i zadarł głowę.

Został zignorowany. Pan doktor nie wyobrażał sobie, jak wielki musi być ciężar wspinania się po tych stopniach, i nie chodziło wcale o to, że były strome i niewygodne. Cała ta instytucja wróżebnego tkacza przerażała go w takim sensie, w jakim trwoży człowieka sąd, nieodwołalność jego wyroków, i jeszcze w innym. Pan Patekatla był przede wszystkim medykiem, wierzył w swoje narzędzia i wiedzę, ale rozumiał też, wobec czego tutaj staje, tu, na tym dziurawym chodniku, pod źle otynkowanym murem, musiał się przyznać do ograniczeń, a nawet bezużyteczności swojego sposobu myślenia. Przyjmował te tajemnice, tak jak godził się na boskość Elmunda w Jego Łodzi pod Niebem, ale to nie zmieniało faktu, że odczuwał też nieufność wobec tych sił i że tak naprawdę pragnął trzymać się od nich jak najdalej.

Miał czas, by się nad tymi sprawami zastanowić, bo jego żona nie zjawiła się o zachodzie słońca, jak zostało mu powiedziane. Załapał się na burzę i deszcz, na okropną ulewę, ale zamiast schować się pod budą dorożki, trwał w miejscu, śledząc moknący bluszcz na balkonach i, o dziwo, Pepito też nie ruszył się ani na łokieć, a nawet wreszcie się zamknął.

Obaj byli już zesztywniali, gdy drzwi kamienicy w końcu uchyliły się ze zgrzytem, obaj też natychmiast stwierdzili, że chwila ta była warta całego czekania, jakie miało kiedykolwiek miejsce na tym nędznym świecie.

Istota, która stanęła u szczytu schodów, była śliczna. Włosy miała czarne i gładkie, oczy żarzyły jej się jak dwa węgielki, w kącikach ust błąkał się uśmieszek, nieco kokieteryjny, lekko nieśmiały, trochę taki, że strach było myśleć. Pan Patekatla nie miał za złe stangretowi, że westchnął z zachwytu, bo było to westchnienie zazdrości.

– Witaj – odezwała się do męża. Jej głos nieodmiennie przywodził mu na myśl stare złoto. Był chropawy, tajemniczy, był tym, za co Kalię Patekatlę kochały tłumy, i tym, od czego panu doktorowi przyspieszało serce – pokusą, nagrodą i szaleństwem.

Pan Patekatla zamierzał posłużyć żonie ramieniem, ale zdążyła zejść na dół, zanim w ogóle się ruszył. Dopiero gdy wręczyła mu rulon materiału, który niosła na lewym biodrze, uprzytomnił sobie, po co tak naprawdę tu byli.

– Dziewczynka – oświadczyła krótko, muskając wargami policzek męża.

Pan Patekatla nic nie odrzekł, bo niespodziewanie coś utknęło mu w gardle, tamując oddech, uniemożliwiając wykrztuszenie choćby słowa. Zamiast tego porwał żonę w ramiona i zakręcił nią, próbując w ten sposób okazać jej wdzięczność i uwielbienie. Potem wsadził ją do dorożki i wskoczył za nią krokiem nieprawdopodobnie energicznym.

– Wiedziałam, że się ucieszysz. – Kalia zaśmiała się, gdy mąż usiadł obok niej i czule dotknął sporego wybrzuszenia pod suknią. Ale potem jej twarz spochmurniała, usta nie wypowiedziały nic więcej.

Pan Patekatla zacisnął palce na kapie i wymamrotał w duchu błagalne słowa: tylko nic złego, niech to nie będzie nic złego. Gdy szczupła, opalona dłoń Kalii ścisnęła go za kolano, czuł się jak desperat, gotów strzelić sobie w łeb, byle tylko nie usłyszeć prawdy.

Oblicze żony przybrało przepraszający wyraz.

– Nie gniewaj się, Samirze – powiedziała, chyląc się ku niemu. – Wiem, czego się boisz, ale nie potrafię zdjąć z ciebie strachu, nie mam pojęcia, jaka będzie mała, ani co ją w życiu spotka. Przepowiedziano mi jedynie, że urodzę dziewczynkę.

Stangret, który pilnie nadstawiał uszu, o mało nie wyskoczył ze swego siedziska, co poskutkowało tym, że ruszający powóz prawie spotkał się z zielonym murem podupadłej kamienicy.

– Jak to? – wypalił chłopak. – Ale… dlaczego?

Pan Patekatla zrobiłby to samo, gdyby tylko był do tego zdolny. Nie był jednakże. Siedział więc i patrzył z niedowierzaniem na żonę, szukając w jej twarzy jakiegoś wytłumaczenia dla tak przedziwnego żartu.

Kalia, zamiast odpowiedzieć, wyjęła z jego rąk zawiniątko i jednym ruchem rozpostarła je we wnętrzu powozu, który to zatrzymał się w miejscu ze względu na kompletną dekoncentrację woźnicy.

– Gdyby pytał mnie pan o zdanie – odezwał się chłopak, podrapawszy się uprzednio po głowie – to, za przeproszeniem, uznałbym, że ta pana córeczka nie będzie interesującą osóbką…

– Nie pytam – warknął pan Patekatla, wpatrując się w płacheć materiału w kolorze zgniłej zieleni.

– Jest zupełnie gładka – komentował dalej stangret. – Nic się nie da z niej wyczytać.

Czyżby? – pomyślał pan Patekatla, miętoląc w dłoniach nijaką tkaninę nieopatrzoną najmniejszym choćby wzorem. Kapa była brzydka. Nie podobała mu się. A jeśli takie będzie życie jego córki? Bez wyrazu? Bure? Nic nieznaczące?

– Pani mąż bardzo się o panią martwił – rzekł Pepito, łypiąc przebiegle na pana doktora.

Pan Patekatla oderwał oczy od kapy i spojrzał na żonę z pewnym zakłopotaniem. Chciał się tłumaczyć, ale Kalia była szybsza:

– Mój mąż najchętniej trzymałby mnie w gablotce i pokazywał jedynie przez szybę – zaśmiała się.

Pan Patekatla napotkał jej wzrok. Przełknął ślinę.

– Ja na ten przykład ani trochę się mu nie dziwię – odparł stangret, uśmiechając się łobuzersko. – Gdybym miał taką żonę, pobudowałbym dla niej ołtarz i dzień w dzień kazał wokół niego palić kadzidła.

– Coś się panu kompletnie pomyliło – rzekła. – Lepiej niech pan już jedzie, zamiast powtarzać te wszystkie bzdury.

– Bzdury? To przecież cytat jest, słowo w słowo z recenzji. W „Starym Marzycielu” tak o pani napisali, ja tylko kropka w kropkę powtórzyłem.

– Tego się właśnie obawiałam. – Wywróciła oczyma. – Nie mam pojęcia, kto wymyśla te wszystkie farmazony. Śpiący smok, zerwana struna, rzeka pod lodem, pomyślałby kto, że jestem świętym obrazkiem w ramce ze złota.

– Dla mnie samą córą Elmunda, droga pani – zadeklarował natychmiast Pepito.

– Niech mnie pan lepiej nie denerwuje – odparła. – I w żadnym wypadku proszę nie tykać „Starego Marzyciela” ani reszty tych pretensjonalnych pisemek. Jeżeli pan potrzebuje czegoś do poczytania, to służę pomocą.

Pan doktor pochylił się nad kapą, czując, że pioruński stangret uporczywie mu się przypatruje. Nicpoń wyszczerzył się zupełnie tak, jakby wiedział, że pan Patekatla wycina z gazet te wszystkie recenzje i chowa je w pudełku w kuchni na najwyższej półce z garnkami. Kalia rzadko brała się do gotowania.

Stangret, pogoniwszy konia, natychmiast zaczął pogawędkę na temat pierwszej rzeczy, która mu się nawinęła na język, w tym wypadku bieżącej sytuacji politycznej.

– Pani słyszała, droga pani, o tym, co się mówi? Myśli pani, że Jego Wysokość król Malum rzeczywiście mógłby mianować swoim doradcą osobę niespełna trzydziestoletnią?

– Mówimy o Mikołaju Hakonie. Oczywiście, że tak – odpowiedziała mu.

Pan Patekatla ledwie to wszystko słyszał, zajęty przyglądaniem się nieszczęsnej kapie. Mogło być gorzej. Mogliśmy dowiedzieć się czegoś tragicznego – rozpaczliwie szukał pocieszającej myśli. Ale w głębi duszy był przecież zawiedziony. Przez cały czas się łudził, z czego zdał sobie sprawę dopiero teraz, że czeka go jakaś wspaniała wiadomość, że jego córeczka czymś go zachwyci. Może tkacz był głupcem, który nie miał pojęcia o wróżeniu? Pan Patekatla wiedział, że to rojenia naiwnych. Jego własna kapa miała dla niego wielkie znaczenie. Przez całe życie mobilizowała go do trwania w wysiłku, pomogła zdobyć dyplom wielkiej wagi, przepowiedziała mu nawet żonę, na którą nikt nie patrzył inaczej jak tylko z zazdrością. Nie, pan Patekatla wiedział doskonale, że tkacz się nie pomylił.

– Panie doktorze – stangret odezwał się do niego, gdy już dojeżdżali do samej księgarni. – Proszę dać sobie spokój. Ostatecznie nic złego się nie stało, a pan wyglądasz, jakby sam Garazel dyszał ci w kark.

Tak mógł powiedzieć tylko ktoś, kto nigdy nie spodziewał się dziecka – pomyślał pan Patekatla. Był zły i choć sam poniekąd zdawał sobie sprawę, że jego złość nie dotyczy tak naprawdę stangreta, to rzucił oschle:

– Garazel jak dotąd siedzi zamknięty w świętej latarni.

Pepito zrobił minę, jakby go smagnięto biczem po głowie.

– Nie mówiłem przecież poważnie – wzdrygnął się. – Gdyby nie siedział, to pierwszy uciekałbym na koniec świata.

– Nie na wiele by się to zdało – zauważył kwaśno pan Patekatla. – Jeśli Garazel kiedyś wydostanie się z latarni, to chyba po to, by zawładnąć światem od końca do końca.

Powiedział to, bo był rozgniewany, ale odwróciwszy się w stronę żony, zauważył swój błąd. Jej twarz pociemniała, a wargi lekko zadrżały, zupełnie jakby samo tylko imię Garazela zmąciło jej myśli i zwarzyło nastrój.

– On kiedyś wyjdzie – powiedziała, a jej głęboki, chropawy głos uczynił to zdanie niepodważalnym.

Serce pana Patekatli niemal się zatrzymało.

– Z pewnością nie za naszych czasów – wykrztusił, bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

– Chciałabym móc jej to obiecać – rzekła Kalia, obejmując córkę przez powłoki sukni i skóry.

Tuliła brzuch, a z jej ust popłynęły słowa kołysanki, jakby dziecko też mogło się przestraszyć rozmowy na temat demona zamkniętego w latarni. Była to piosenka, której pan doktor nie znał, być może jedna z tych, które nigdy nie powstały na dobre, wciąż opowiadanych jeszcze raz od początku, niezamkniętych w jakiejkolwiek jednoznacznej wersji.

Wiedział pan Patekatla, że jest głupcem, cóż z tego, jeśli jego serce natychmiast zmiękło, a na zmęczoną twarz wystąpił wyraz ulgi. Stangret przestał go denerwować i gdy chwilę później upierał się, że potraktuje piosenkę pani Patekatli jako godną zapłatę za swoje usługi, mimo wszystko wcisnął mu monetę, czując się, jakby dawał jałmużnę biedakowi, który i tak nigdy nie dostąpi szczęścia, jakie stało się jego udziałem.

Wieczorem pan Patekatla zagrzebał kapę w kufrze na strychu, a potem wrócił i ukląkł obok żony, by złożyć na skórze jej nagiego brzucha czuły pocałunek. Zdał sobie sprawę, że córka, którą urodzi mu Kalia, i tak będzie najwspanialsza na świecie. Już teraz kochał malutką równie mocno jak jej matkę.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki