Lekcja dojrzałych uczuć - Jessica Hart - ebook
Opis

Stara miłość nie rdzewieje. Alice, Louisa i Freya mają okazję się o tym przekonać. Wszystkie wiodą uporządkowane, samotne życie w mieście. Lubią swoją pracę i starają się korzystać z możliwości, jakie oferuje im los. Niespodziewanie w ich życiu pojawia się miłość z dawnych lat. Czy można wrócić do tego, co minęło? Czy to tylko sentyment do własnej przeszłości? A może ponowna szansa na szczęście, którą kiedyś przeoczyły?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jessica Hart

Lekcja dojrzałych uczuć

Tłumaczenie:

Ślub w tropikach

Tłumaczenie: Iwona Barancewicz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Zgadnij, kogo dziś spotkałam!

Beth zbiegła po schodkach do ogrodu i usiadła na leżaku obok Alice.

Alice spędziła cudowny ranek przy basenie. Czuła, jak tropikalne powietrze przenika ją do głębi, jak stopniowo opada z niej napięcie. Dziecięcy entuzjazm żony Rogera bywał czasem dokuczliwy, ale Alice wiedziała, że Beth stara się, by przyjaciółka zapomniała o tym, że jutro odbędzie się ślub Tony'ego.

Beth była tak pogodna i życzliwa, że nie sposób było jej nie lubić, nawet gdyby nie była żoną Rogera. Poza tym wypada okazać zainteresowanie tym, co ma do powiedzenia gospodyni domu, w którym Alice jest serdecznie przyjmowanym gościem.

Z wysiłkiem otworzyła oczy.

– Mm… Elvisa? – spytała leniwie, czując, jak lekki powiew wiatru wydyma parasol przeciwsłoneczny nad jej głową.

– Nie! – syknęła Beth, niezadowolona, że Alice nie przejęła się nowiną. – Kogoś innego. Na pewno znasz go dobrze.

Kto to może być? Beth miała mnóstwo znajomych. Kiedy ona i Roger mieszkali w Londynie, często zapraszali Alice na huczne przyjęcia, które Beth uwielbiała.

Niestety, Alice nie była z natury tak słodka i miła jak Beth, tylko zgryźliwa i krytyczna. Przysłoniła dłonią oczy, poprawiając się na leżaku, gotowa wysłuchać kolejnej opowieści o kimś, kogo widziała kiedyś przez pięć minut i kogo pewnie nigdy już nie spotka.

– Nie mam pojęcia – powiedziała. – Kto to był?

Nie zamierzała wcale słuchać, co Beth mówi. Jej opowieści były zawsze tak długie i zawiłe, że w ich połowie zupełnie traciła wątek.

Beth tylko czekała na to pytanie.

– Will Paxman – wypaliła.

Alice otworzyła szeroko oczy.

– Co takiego? – zawołała, prostując się na leżaku. – Kto?

– Will Paxman – powtórzyła wolno Beth. – Roger studiował z nim na uniwersytecie. Na pewno go poznałaś, Alice – dodała, spoglądając badawczo na przyjaciółkę.

– Tak – odparła Alice ze zmieszaniem.

Jakie to dziwne! Była pewna, że Will od dawna jest jej obojętny, ale na dźwięk jego imienia poczuła mocne bicie serca.

Will. Will ze spokojną, poważną twarzą i roześmianymi szarymi oczami. Bardzo lubiła, kiedy się uśmiechał. Trzy razy prosił, by została jego żoną, a ona trzy razy odrzuciła oświadczyny.

Na pewno postąpiła słusznie.

Przez ostatnie cztery lata jej myśli pochłaniał nowy narzeczony. Kiedy Tony z nią zerwał, była zdruzgotana. Przyjęła zaproszenie Beth i Rogera i dwa dni temu przyjechała na Wyspę Świętego Bonawentury, by znaleźć się jak najdalej od Londynu, gdy Tony będzie się żenić z Sandi.

– Nie od razu go poznałam – mówiła dalej Beth, nie zwracając uwagi na zaskoczoną minę przyjaciółki. – Widziałam go tylko kilka razy, ostatnio na naszym weselu. Ile to już lat?

– Osiem – odparła Alice, starając się zachować obojętność.

Osiem lat temu Will pocałował ją po raz ostatni. Poprosił, by za niego wyszła, a potem zniknął na zawsze z jej życia.

– Nie mogę uwierzyć, że Roger tak długo ze mną wytrzymał. – Beth uśmiechnęła się, Alice jednak zauważyła w jej oczach smutek.

Wiedziała, że przyjaciółka martwi się, że do tej pory nie udało jej się zajść w ciążę. Oboje z Rogerem nie ukrywali, że pragną jak najszybciej mieć dziecko. Niestety, ułożyło się inaczej. Choć nie skarżyli się na los, Alice wiedziała, jak bardzo cierpią z tego powodu.

– Gdzie spotkałaś Willa? – zapytała.

– Wyobraź sobie, że w supermarkecie! – Beth rozpromieniła się, sadowiąc się wygodnie na leżaku. – Co za niesamowity zbieg okoliczności, żeby spotkać kogoś przypadkiem na malutkiej wyspie na Oceanie Indyjskim!

– Will jest ekologiem morskim – odparła Alice. – To całkiem naturalne, że się tutaj znalazł. Bardziej dziwi mnie to, że Roger jako bankowiec został wysłany na tropikalną wyspę.

– To prawda. Mieliśmy szczęście – westchnęła Beth. – Na dwa lata znaleźliśmy się w prawdziwym raju. W dodatku teraz mamy ciebie i Willa, więc nie będziemy tu samotni.

Beth uśmiechnęła się z zadowoleniem. Czy to możliwe, by chciała pocieszyć Alice, szukając dla niej towarzystwa? To było do niej bardzo podobne.

– Tu jest mnóstwo samotnych mężczyzn – mówiła, zapraszając ją na wakacje. – Będą zachwyceni, że mogą cię poznać. Nasłuchasz się tylu komplementów, że nie przyjdzie ci do głowy, żeby się zajmować Tonym.

Alice nie miała nic przeciwko tym planom, o ile nie dotyczyły Willa. Znał ją zbyt dobrze, by prawić jej komplementy. Nie chciała też, by litował się, że biedna Alice przeżywa taki straszny dramat. Przecież kiedyś zapewniała go, że jej życie ułoży się wspaniale, gdy się z nim rozstanie.

Beth nie może próbować jej swatać.

– Będę tutaj zaledwie sześć tygodni – powiedziała. – Will też na pewno jest tu tylko na wakacjach. Nie sądzę, żeby któreś z nas chciało tracić czas na wspominanie dawnych dziejów – dodała ostrym tonem.

– Och, Will wcale nie przyjechał tutaj na wakacje – odparła Beth. – Pracuje nad jakimś poważnym projektem dotyczącym rafy.

– Skoro pracuje na takiej maleńkiej wyspie, to dlaczego nie spotkałaś go wcześniej?

– Przyjechał dopiero tydzień temu. I to z rodziną, więc sądzę, że tak szybko stąd nie zniknie.

Alice poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła.

– Will ma rodzinę? – spytała z niedowierzaniem. Usiadła na leżaku, wpatrując się w Beth. – Jesteś tego pewna?

Przyjaciółka skinęła głową, wyraźnie zdziwiona reakcją Alice.

– Był z córeczką. Ta mała jest naprawdę słodka.

A więc ma dziecko. Dlaczego tak ją to zdziwiło? To oczywiste, że nie zamierzał dochowywać wierności Alice przez całe życie.

Niby dlaczego miałby to robić? Przecież nie chciała wyjść za niego za mąż. To normalne, że tak samo jak ona chciał ułożyć sobie życie. Ona też nie tęskniła za nim przez te wszystkie lata. Wcale o Willu nie myślała, kiedy była z Tonym. W każdym razie nie za często. Tylko wtedy, gdy była trochę przygnębiona. Gdyby wszystko dobrze poszło, sama byłaby już mężatką.

Czy wtedy ta wiadomość tak by jej nie zszokowała?

Alice zrobiła obojętną minę, widząc, że Beth przygląda się jej podejrzliwie. A ona się bała, że przyjaciółka zechce ją wyswatać!

– Nie wiedziałam, że Will się ożenił – powiedziała, ukrywając poruszenie. – Jak wygląda jego żona?

– Nie widziałam jej – odparła Beth. – Ale zaprosiłam ich na przyjęcie z okazji twojego przyjazdu, więc jutro będziemy mieli okazję ją poznać.

– Och! – Alice zrobiło się nagle słabo. Mało że Will się ożenił, to jeszcze będzie musiała oglądać jego szczęśliwą rodzinę!

Nie powinna tak myśleć. Will miał prawo znaleźć szczęście. Naprawdę dobrze mu życzyła, tylko przykro jej było, że nic nie wyszło z jej wspaniałych planów. Z jakim przekonaniem zapewniała go, że osiągnie to, czego on nie jest w stanie jej zapewnić. Jutro nie będzie miała czym się pochwalić. Nie ma męża ani dziecka, ani nawet pracy.

Za to Will ma wszystko. Pewnie w ogóle przestał o niej myśleć, kiedy się rozstali. Ona często w trudnych momentach pocieszała się, że kiedyś tak bardzo ją kochał. To wszystko jest takie deprymujące.

– Nie jesteś zadowolona? – spytała Beth, przyglądając się uważnie przyjaciółce.

– Ależ jestem – zapewniła szybko Alice.

W końcu dlaczego miałaby być niezadowolona? Rozstali się bez kłótni dziesięć lat temu i nie widziała go od ośmiu lat. Nikt nikogo nie zdradził i nie było powodu, by nie mogli być teraz przyjaciółmi.

Tylko że Will nie jest sam, a ona tak.

– Naprawdę chętnie spotkam się z Willem – powiedziała. – Po prostu byłam zaskoczona, że po tylu latach o nim słyszę.

Roześmiała się z przymusem, ale Beth wciąż przyglądała się jej podejrzliwie. W końcu Alice uznała, że nie ma sensu ukrywać prawdy, bo przyjaciółka i tak dowie się wszystkiego od męża.

Wsunęła stopy w bogato zdobione drogie japonki, które kupiła na lotnisku, i pochyliła się, by poprawić pasek. Proste brązowe włosy opadły jej na twarz.

– Wiesz, chodziłam kiedyś z Willem – powiedziała obojętnym tonem.

– Niemożliwe! – Beth otworzyła usta ze zdumienia. – Naprawdę? Roger nic mi o tym nie mówił.

– Rozstaliśmy się, zanim cię poznał. – Alice wzruszyła ramionami. – Pewnie uważał, że to nie jest ważne.

– Ale oboje byliście na naszym ślubie – przypomniała sobie Beth. – Powinien był mnie uprzedzić, żebym na przykład nie posadziła was obok siebie. Nie miałam pojęcia!

Alice nie mogła dłużej udawać, że poprawia klapki, więc sięgnęła po klamrę, która leżała na stoliku.

– Nic się nie stało – powiedziała, starannie upinając włosy.

Nie mogła się przyznać, że spotkanie z Willem wcale nie było łatwe. Za nic w świecie nie zignorowałaby wesela Rogera, choć wiedziała, że Will tam będzie. Minęły dwa lata od ich rozstania i miała nadzieję, że będą mogli się spotkać jak zwykli przyjaciele.

Niestety zrozumiała, że tak nie będzie, od razu gdy go zobaczyła po wejściu do kościoła. Serce zabiło jej gwałtownie. Odetchnęła z ulgą, że nie musi siadać blisko niego, bo wszystkie miejsca wokół były zajęte.

Alice spotykała się wtedy z kolegą z pracy. To prawda, że Clive był zarozumiały, ale Will nie musiał tak go krytykować. Oczywiście spotkali się na weselu. Alice rozpaczliwie starała się podtrzymywać rozmowę, podczas gdy Will z nieukrywaną pogardą przypatrywał się Clive'owi.

– Źle wybrałaś, Alice – powiedział jej później. – Clive jest nudny, pretensjonalny i zapatrzony w siebie, żeby nie powiedzieć ostrzej. To nie jest odpowiedni mężczyzna dla ciebie.

Rozmawiali o tym późnym wieczorem w jakimś zacisznym miejscu na przyjęciu. Clive wypił za dużo i ku zakłopotaniu Alice przechwalał się swoją pracą i samochodem. Zawstydzona jego zachowaniem wymknęła się na dwór, ale gdyby wiedziała, że w ogrodzie spotka Willa, cierpliwie znosiłaby popisy Clive'a.

Will był ostatnią osobą, której chciałaby się przyznać do pomyłki. Miała nadzieję, że zdoła go przekonać, że jej życie nabrało nowych barw, odkąd się rozstali, i że jest zadowolona z kariery, jaką robi w pracy, i nowego związku. Niestety wszystko spaliło na panewce, skoro Will był świadkiem, jak Clive zachowywał się przez cały wieczór.

Zdenerwowana nie miała ochoty wysłuchiwać ostrych uwag Willa.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? – zawołała.

Całe szczęście, że w przyćmionym świetle nie mógł widzieć, jak czerwieni się ze wstydu.

– Znam cię i wiem, że taki mężczyzna nigdy cię nie uszczęśliwi – odparł Will tak spokojnie i stanowczo, że w Alice zawrzała krew.

– Ty też nie dałeś mi szczęścia – parsknęła.

Will tylko potrząsnął głową, nie przejmując się jej kłamstwem.

– Dobrze wiesz – powiedział – że kiedyś byliśmy szczęśliwi.

Alice odwróciła głowę, nie chcąc wspominać tamtych czasów.

– To już przeszłość.

– Wciąż jesteśmy tacy sami.

– Ja się zmieniłam – odparła z uporem. – Minęły prawie dwa lata, Will. Teraz jestem inna. Mam nowe życie, jakiego zawsze pragnęłam. – Uniosła w górę brodę. – Może Clive daje mi to, czego teraz potrzebuję.

– Naprawdę? – Will postąpił krok w jej stronę.

Alice instynktownie cofnęła się, opierając się o drzewo.

– Naprawdę? – powtórzył cicho, ujmując jej ręce w nadgarstku i przyciskając je do drzewa. – Śmiejesz się z nim, Alice? Rozmawiasz godzinami, leżąc w łóżku? – ciągnął cicho.

Alice poczuła dreszcz na plecach.

– Tak jak ze mną? – dodał.

Serce biło jej jak szalone. Czuła, jak przez delikatny materiał sukni chropowata kora wbija się w jej ciało. Chciała oswobodzić ręce z uścisku Willa, ale on nie pozwolił jej się wyrwać. Nie miał barczystej budowy ciała, ale mimo szczupłej sylwetki był bardzo silny.

Zresztą Alice nie bardzo chciała mu się wyrwać. Czuła, jak jej zdradzieckie ciało reaguje na bliskość Willa. Zawsze tak było. Czasem, obserwując go pogrążonego we śnie, zastanawiała się, jaka siła tak przyciąga ją do niego.

Will nie był specjalnie przystojny. Właściwie wyglądał całkiem zwyczajnie, gdyby nie charakterystyczny mocny zarys szczęki, wąskie usta i szczupłe ciało, które przyprawiało ją o drżenie.

Will mówił coraz ciszej, przyciskając ją do drzewa.

– Czy drżysz, kiedy on cię tu całuje? – spytał, muskając ustami jej szyję.

Alice poczuła dreszcz na plecach. Podniecona zamknęła oczy, wstrzymując oddech.

– To nie twoja sprawa – rzuciła niepewnie.

– Czy on cię kocha? – szepnął przy jej uchu.

Zadrżała, przełykając ślinę.

– Tak – odparła, nie otwierając oczu. – Tak – powtórzyła, jakby starała się przekonać samą siebie.

Chciała wierzyć, że Clive ją kocha, bo inaczej po co by się z nim spotykała?

– Nieprawda – odparł Will. – Clive kocha tylko siebie.

Po dłuższej chwili zdecydowała się otworzyć oczy. Will wpatrywał się w jej twarz.

– Kochasz go, Alice? – spytał cicho.

Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Ledwie mogła oddychać przez ściśnięte gardło. Z rękami uniesionymi w górę patrzyła na Willa, czując dotyk jego dłoni na nadgarstkach.

Nagle jej oczy wypełniły się łzami. Will zaklął pod nosem i pocałował ją namiętnie. Choć od ich rozstania minęły dwa lata, momentalnie przypomniała sobie słodycz jego pocałunków.

Puścił jej ręce, przyciągnął do siebie i pocałował jeszcze raz. Alice instynktownie zarzuciła mu ręce na szyję. Tak dawno nie dotykała jego ciała, że nawet nie uświadamiała sobie, jak bardzo tęskni za jego zapachem i dotykiem.

– Tęskniłem za tobą – powiedział urywanym głosem, jakby czytając w jej myślach. – Zostań ze mną, Alice.

– Will… – wyszeptała, zszokowana własną reakcją.

– W przyszłym tygodniu jadę do Belize badać rafy – powiedział, biorąc jej twarz w dłonie. – Jedź ze mną. – Jeszcze nigdy jego głos nie był tak żarliwy. – Wyjdź za mnie, Alice. Jesteśmy stworzeni dla siebie. Clive potrzebuje do szczęścia tylko swoich premii i luksusowych samochodów. Nawet nie zauważy, że cię nie ma. Powiedz, że pojedziesz ze mną, a będziemy szczęśliwi przez całe życie.

Prawdę mówiąc, zawahała się. Każdą cząstką ciała pragnęła rzucić się mu w ramiona i się zgodzić.

Niestety, rozum nie pozwalał jej tak postąpić.

Miała dobrą pracę, a za rok lub dwa weźmie kredyt hipoteczny i kupi mieszkanie. Czy nie tego zawsze pragnęła? Mieć własny dom i nie musieć się bez przerwy przeprowadzać. Miała bezpieczne, ustabilizowane życie. Czy naprawdę mogłaby z tego zrezygnować i wyjechać z Willem na Karaiby, choć tak cudownie jest się z nim całować?

– Powiedz, że się zgadzasz – nalegał, zachęcony jej wahaniem.

Alice powoli potrząsnęła głową.

– Nie.

Nigdy nie zapomni wyrazu jego twarzy. Wyglądał tak, jakby wymierzyła mu policzek.

– Dlaczego? – spytał głucho.

– Nic by z tego nie wyszło, Will. – Odsunęła się z wysiłkiem. – Rozmawialiśmy o tym dwa lata temu. Bardzo różnimy się od siebie i na czym innym nam zależy. Po co się oszukiwać, że jest inaczej?

– Po co się oszukiwać, że nic nas nie łączy? – odparował.

Alice przełknęła ślinę.

– Pociąg fizyczny to nie wszystko – odparła drżącym głosem.

– Czy apanaże Clive'a są dla ciebie więcej warte? – spytał z goryczą.

Alice się nie odezwała. Wcale nie chodziło jej o Clive'a. Miała stabilizację, o jakiej marzyła przez całe życie.

Możliwe, że Clive czy inni mężczyźni nie byli jej tak bliscy jak Will, ale z nimi przynajmniej wiedziała, na jakim stoi gruncie. Nie potrafili wywołać w niej podniecenia tak jak Will, ale za to nie czuła się przy nich małostkową materialistką. Will był taki jak jej rodzice. Cenił wolność, niezależność i przygodę, Alice jednak wiedziała, że te wszystkie rzeczy nie zapewniają bezpieczeństwa.

Spojrzała więc tylko bezradnie na Willa, który opuścił ręce i sposępniał.

– Trzy razy prosiłem, żebyś za mnie wyszła – powiedział, patrząc na nią. – I trzy razy mi odmówiłaś. Więcej nie będę cię już prosić.

Po raz ostatni pocałował ją i zniknął.

Teraz znów się zjawił.

Westchnęła. To, co kiedyś się wydarzyło, przypomniało jej się tak dokładnie, że serce zaciążyło jej jak kamień.

– Na pewno nic się nie stało? – spytała Beth, zerkając na nią przenikliwie.

– Oczywiście. – Alice uśmiechnęła się promiennie. – Było wręcz wspaniale. – Wiedziała, że Beth boi się, czy spotkanie Alice z Willem nie zepsuje atmosfery na przyjęciu, które zaplanowała tak starannie. – Tym razem będzie tak samo. Nie martw się, Beth. Zapewniam cię, że chętnie spotkam się z Willem i jego żoną – oznajmiła. – Zresztą myślę, że on już mnie nie pamięta. A teraz chodźmy rozpakować zakupy z supermarketu.

Will patrzył z niepokojem, jak po chwili wahania Lily podała rączkę Beth i poszła z nią nad basen pełen bawiących się dzieci. Dziewczynka była przestraszona tłumem obcych osób, ale nie trzymała się go kurczowo. W końcu jest jej tak samo obcy jak Beth, pomyślał z goryczą.

– Nic jej nie będzie – powiedział Roger, mylnie odczytując zdenerwowanie Willa.- Beth uwielbia dzieci. Na pewno zaopiekuje się dobrze Lily. Zobaczysz, że twoja córeczka wieczorem nie zechce wracać do domu.

Will właśnie tego się obawiał, ale nie chciał obarczać Rogera swoimi problemami. Zawsze go lubił, tak samo jak Beth. Był wzruszony, że tak bardzo ucieszyła się z ich spotkania, ale prawdę mówiąc, nie miał wcale ochoty iść na to przyjęcie.

Nie mógł wymyślić żadnej taktownej wymówki, a dziś rano doszedł do wniosku, że przyjęcie dobrze Lily zrobi. Beth zapewniała, że przyjdzie kilka rodzin z dziećmi, więc Lily będzie miała się z kim bawić.

Od chwili przyjazdu na wyspę dziewczynka nie miała kontaktu z innymi dziećmi. Wiedział, że to niedobrze, ale teraz gdy patrzył, jak mała niechętnie drepcze obok Beth, zaczął żałować, że nie poszedł z nimi.

– Napijmy się piwa – powiedział Roger, podając mu lodowatą butelkę.

Will wiedział, że i tak nie może pomóc Lily, bo nie ma żadnego doświadczenia jako ojciec, więc pozostaje mu tylko mieć nadzieję, że Beth zdoła rozruszać jego córeczkę.

Po chwili rozmowy Roger zaproponował, że przedstawi Willowi resztę towarzystwa. Po wypiciu paru łyków piwa, a może dzięki temu, że Roger zachowywał się tak, jakby nie widzieli się tylko chwilę, Will szybko się zrelaksował.

– Chodźmy do ogrodu – powiedział Roger, prowadząc przyjaciela przez nowocześnie urządzony dom.

Will chętnie ruszył za nim. Co prawda na zewnątrz panował upał, ale w ogrodzie będzie mógł pilnować Lily bawiącej się przy basenie.

Roger otworzył rozsuwane szklane drzwi.

– Beth mówiła ci, kto do nas przyjechał, prawda? – spytał, zerkając na przyjaciela.

– Nie. Kto taki?- spytał obojętnie Will, wychodząc na taras ocieniony pergolą z różowych bugenwilli.

Nie usłyszał odpowiedzi Rogera.

Jego wzrok padł na nią i serce stanęło mu w piersi. Alice!

Stała pośrodku wypielęgnowanego trawnika, rozmawiając z tęgim mężczyzną w kwiecistej koszuli. Osiem lat, ale rozpoznał ją od razu! Z daleka widział, że jej towarzysz był spocony, ale ona wyglądała nieskazitelnie elegancko w luźnej jasnozielonej sukni, która lekko poruszała się na wietrze. Na nogach miała sandałki na wysokich obcasach, a włosy upięte w koczek, który dodawał jej uroku.

Alice. Nie ma drugiej takiej na świecie.

Był przekonany, że już nigdy jej nie spotka. Z wrażenia nie mógł wręcz oddychać.

Z oddali dobiegał go głos Rogera, ale nie rozumiał słów. Alice chyba poczuła na sobie jego spojrzenie, bo odwróciła głowę i uśmiech zamarł na jej ustach.

Will przestał słyszeć śpiewające ptaki, krzyczące dzieci i gwar głosów. Wszystko zamieniło się w ciszę przerywaną tylko nieregularnym biciem jego serca.

Nagle Alice pożegnała się ze swym towarzyszem w jaskrawej koszuli i wdzięcznym krokiem ruszyła w jego stronę. Zawsze poruszała się z niesłychaną gracją, która tak fascynowała Willa.

Zaschło mu w ustach, gdy zawahała się przez chwilę, po czym weszła na taras i stanęła obok niego.

– Witaj, Will – powiedziała.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Alice – wykrztusił przez ściśnięte gardło.

Roger spojrzał na nią, a potem na Willa.

– Muszę sprawdzić, czy wszyscy dostali coś do picia – powiedział. – Porozmawiajcie sobie chwilę.

Will wpatrywał się w Alice, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę ją widzi. Wcale się nie zmieniła. Te same złotego koloru oczy i pełne wargi. Nawet jedwabiste brązowe włosy były tak samo zaczesane niedbale do góry jak kiedyś.

Jednak gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł pewne zmiany. Alice nie była już młodziutką dziewczyną. Delikatne zmarszczki przypominały, że od ich rozstania minęło dziesięć lat. Teraz ma chyba trzydzieści dwa lata. Fryzura się nie zmieniła, ale ekscentryczną hipisowską biżuterię zastąpił dyskretny sznur pereł, a na nogach zamiast sportowych butów miała eleganckie szpilki.

Alice nigdy nie była piękna. Miała nieregularne rysy twarzy, lecz za to posiadała wrodzony styl i czar, który przerodził się w elegancję i wyrafinowanie. Teraz była wytworną atrakcyjną kobietą.

Ale to nie była Alice, którą kochał. Tamta dziewczyna była nieopanowana i zadziorna, tak jak większość osób w jej wieku. Mówiła, żywo gestykulując. Kiedy zataczała dłońmi koła, bransoletki pobrzękiwały na jej rękach, a gdy potrząsała głową, kolczyki w uszach kołysały się, rzucając blask.

Will uwielbiał obserwować jej wyrazistą twarz. Zawsze bez trudu odgadywał, co ona czuje. Kiedy była zła, wyglądała jak gradowa chmura; kiedy się cieszyła, jej twarz promieniała szczęściem. Śmiała się na cały głos, odrzucając głowę w tył.

Jak na ironię, postanowiła zmienić to, co najbardziej podobało się w niej Willowi. Nie chciała być niekonwencjonalna, inna. Pragnęła upodobnić się do wszystkich. Teraz wygląda na to, że jej się udało. Ogień, ekscentryczność, bujna osobowość zniknęły, starannie ukryte pod nijaką maską.

Willowi zrobiło się smutno. Alice, której wspomnienie prześladowało go przez tyle lat, już nie ma. Zamiast niej jest elegancka i wytworna kobieta o niezwykłych oczach, która nosi dziwaczne buty.

– Co u ciebie słychać, Alice? – spytał po chwili.

Alice uśmiechnęła się uprzejmie.

– Dziękuję, wszystko dobrze – odparła. – Nawet świetnie. A u ciebie?

– W porządku – powiedział zmieszany.

W ciągu minuty przeżył najpierw szok, potem radość, a w końcu gorzkie rozczarowanie.

– Co za niespodzianka, że cię tu spotykam – mówiła dalej Alice.

Spojrzał na nią z przerażeniem. Kiedy ta ognista, stanowcza Alice nauczyła się mówić takim drętwym językiem? Odzywała się do niego tak, jakby był jej dalekim znajomym, a nie mężczyzną, z którym kiedyś spała w jednym łóżku.

– Tak – odparł wolno. Niespodzianka to nie jest odpowiednie słowo. – Beth nie mówiła mi, że tu przyjechałaś.

– Ona chyba nic o nas nie wiedziała – odparła beztroskim tonem. – Dlatego nie przyszło jej do głowy, żeby o tym mówić. Nie miała pojęcia, że byliśmy kiedyś…

– …kochankami? – wtrącił z przekąsem.

Lekki rumieniec wystąpił na jej policzki.

– Tak bym nie powiedziała – odparła karcącym tonem. – Wyjaśniłam jej, że jesteśmy znajomymi ze studiów.

– To nie w twoim stylu unikać prawdy, Alice.

Spojrzała na niego surowo.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Ty i Roger byliście dobrymi znajomymi. Ty i ja byliśmy zakochani.

Alice odwróciła głowę w bok. Nie chciała sobie przypominać, jak bardzo go kochała. Ani rozmawiać o tym, co kiedyś ich łączyło. W żadnym wypadku nie mogła się teraz na to zdobyć.

– Nieważne – odparła, siląc się na obojętność. – Beth i tak zrozumiała, o co chodzi.

Zmienił się, pomyślała z dziwnym żalem. Oczywiście domyślała się, że nie będzie wyglądał tak jak kiedyś. Dziesięć lat rozłąki, małżeństwo i dzieci – to wszystko musi mieć taki skutek.

Mimo to w głębi duszy wyobrażała sobie, że będzie dawnym Willem. Tym, którego kiedyś pokochała.

Teraz wydawał się jakiś wyższy i bardziej męski. Szyja mu lekko pogrubiała, klatka piersiowa była pełniejsza. Emanował z niego jeszcze większy spokój. Z twarzy zniknął jednak wyraz rozbawienia, a szare oczy nie błyszczały zawadiacko. Wokół nich pojawiły się zmarszczki, a usta okalały głębsze bruzdy.

Dziwnie było rozmawiać z kimś tak znajomym, a jednocześnie obcym. To spotkanie okazało się trudniejsze, niż myślała. Miała zamiar być miła i czarująca wobec jego rodziny, by nie pomyślał, że żałuje tego, co się stało, i nie domyślił się, że jej życie wcale nie potoczyło się jak w bajce.

Niestety z chwilą gdy go ujrzała, jej pewność siebie znienacka się ulotniła. Była tak zdenerwowana, jakby spotkali się niespodziewanie. Wiedziała, że zachowuje się sztucznie, ale nie potrafiła zdobyć się na szczerość.

– Beth mówiła, że tu pracujesz – powiedziała, starając się zachować dystans. To było łatwiejsze, niż spojrzeć mu w oczy i spytać, czy za nią tęsknił i czy zastanawiał się, co by było, gdyby wtedy mu nie odmówiła.

Skinął głową, zgadzając się na powierzchowną wymianę uprzejmości.

– Kieruję realizacją dużego projektu związanego z turystyką.

Alice uniosła brwi.

– Nie jesteś już ekologiem morskim? – spytała ze zdziwieniem. Will zawsze tak pasjonował się oceanem, że nie mogła uwierzyć, by zrezygnował z nurkowania.

– Oczywiście, że jestem. Ale nie zajmuję się już czystą pracą naukową, tylko badaniem wpływu rozwoju gospodarczego na środowisko morskie.

Alice zmarszczyła czoło.

– Co to ma wspólnego z turystyką?

– Turystyka wywiera ogromny wpływ na środowisko – oświadczył Will. – Gospodarka tego kraju gwałtownie potrzebuje dochodów z turystyki, która nie będzie się rozwijać, jeśli nie powstanie odpowiednia infrastruktura: międzynarodowe lotnisko, szosy, hotele, restauracje, plaże i baseny. To wszystko wymaga wykorzystywania cennych zasobów naturalnych i narusza równowagę środowiska.

Will zatoczył dłonią krąg.

– Ta wyspa jest pod wieloma względami rajem. Środowisko jest nieskażone. Tutejsza rafa to jedno z najwspanialszych nieodkrytych dotąd miejsc do nurkowania na świecie. Turyści chętnie tu przyjadą, o ile rozwój turystyki nie zniszczy piękna przyrody. Dlatego trzeba pogodzić chęć zdobycia dochodów z turystyki, które podniosą poziom życia tutejszej ludności, z zagrożeniem dla rafy. Jeśli rafa zostanie zniszczona, nie tylko zabraknie dochodów, ale sama wyspa będzie zagrożona. Rafa stanowi jej najbardziej skuteczną ochronę przed potęgą oceanu.

Will zamilkł, nie chcąc wygłaszać wykładu. Dawna Alice byłaby tym zainteresowana, ale ta nowa na pewno nie. Kiedyś zasypałaby go pytaniami, ale teraz słuchała z uprzejmym zainteresowaniem.

– W każdym razie mój projekt ma pogodzić potrzeby rafy z wymaganiami gospodarki, zanim turystyka zacznie rozwijać się na dobre.

– To chyba bardzo ważne – powiedziała Alice.

Serce zabiło jej szybciej, gdy twarz Willa zapłonęła entuzjazmem, a oczy rozbłysły z przejęcia. Przez chwilę wyglądał tak jak dawniej.

Zerknął na nią nieufnie.

– Tak.

To wspaniałe uczucie poświęcić się pracy, w którą się wierzy i która jest naprawdę ważna. W jej pracy związanej z badaniem rynku chodzi wyłącznie o zwiększanie dochodów.

Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiała, ale w ciągu ostatniego roku musiała przemyśleć wiele spraw. Co dała jej upragniona kariera? Nic, pomyślała z goryczą.

Will kieruje się pasją. Robi to, co go naprawdę interesuje. Znalazł kobietę swego życia i ma dziecko. Jego życie od ślubu Rogera jest pasmem sukcesów, podczas gdy jej życie… Nawet nie chciała o tym myśleć.

– A ty co robisz na tej wyspie? – spytał Will.

Chętnie pochwaliłaby się, że przyjechała tu z jakąś ważną misją.

– Jestem na wakacjach – wyznała z poczuciem winy.

– To znaczy, że będziesz tu tylko dwa tygodnie?

Przysięgłaby, że odetchnął z ulgą. Na pewno ucieszył się, że nie będzie mu długo zakłócać rodzinnego szczęścia.

Nigdy w życiu nie przyzna mu się, że jej wszystkie plany legły w gruzach. Nie zazdrościła mu szczęścia, ale w końcu miała swoją dumę. Musi przekonać go, że nigdy nie żałowała swej decyzji. Oczywiście nie będzie kłamać – to byłoby żałosne, ale można chyba podkoloryzować trochę rzeczywistość, prawda?

– Prawdę mówiąc, przyjechałam na sześć tygodni.

Ze zdumienia uniósł brwi.

– Bardzo długie masz wakacje.

– Mam szczęście, prawda?- Uśmiechnęła się z dumą. – Roger i Beth od roku namawiali mnie na przyjazd, ale dopiero teraz miałam okazję się wyrwać.

Zwolnienie z pracy to przecież dobra okazja, żeby udać się w podróż, prawda?

– Dobrze ci się powodzi. Niewielu ludzi może wyjechać na taki długi urlop.

– To nie jest urlop. Właśnie zmieniam pracę – wyjaśniła, przechylając głowę na bok.

To też nie było kłamstwo. Nie miała jeszcze nowej pracy, ale zaraz po powrocie nie tylko ją znajdzie, ale też postara się, żeby była jeszcze lepsza. Ze swoją wiedzą i doświadczeniem na pewno zdobędzie zatrudnienie w lepszej firmie i na lepszym stanowisku.

– Rozumiem.

Powiedział to tak obojętnie, że zaczęła się obawiać, że ją przejrzał. Może uznał, że skoro zmienia firmę, to w gruncie rzeczy jest w tej chwili bezrobotna?

– Miałam bardzo stresującą pracę – oznajmiła wyniośle. – W końcu doszłam do wniosku, że powinnam zrobić przerwę i zastanowić się nad dalszym przebiegiem kariery.

Co prawda zadecydowała o tym firma, ale Will nie musi tego wiedzieć. Prawie wszyscy jej znajomi zostali ostatnio zwolnieni z pracy. W tych czasach to się może przytrafić każdemu.

– Pracujesz w marketingu, prawda? Chyba dobrze zarabiasz, skoro możesz pozwolić sobie na sześciotygodniowy urlop w takim miejscu – powiedział lekko drwiącym tonem. – Ale w końcu zawsze chciałaś mieć pieniądze, prawda?

– Chciałam mieć poczucie bezpieczeństwa – żachnęła się – i je mam. Czy to źle, że mi się powiodło?

Powodziło jej się do ubiegłego roku, ale po wrogim przejęciu firmy najlepsi pracownicy stracili posady.

To nie był dobry rok. Jedyną miłą rzeczą, jaka ją spotkała, była wygrana na loterii prawie dwóch tysięcy funtów. Inaczej nie przyszłoby jej do głowy, żeby kupić bilet. Zresztą była w tak ponurym nastroju, że gotowa byłaby zrobić wszystko, by się rozerwać.

Wygrana nie była wcale taka wielka, ale wystarczało na samolot, więc przyjęła to za dobry omen. Gdyby nie była zdesperowana, pewnie zachowałaby się rozsądniej. Kupiłaby sobie nowe buty i przeznaczyła resztę pieniędzy na konieczny remont domu. Tylko że właśnie dowiedziała się, że Tony i Sandi zamierzają się pobrać.

Od razu poszła i kupiła bilet na samolot. Oraz buty.

Lepiej jednak, by Will myślał, że zarobiła tyle pieniędzy, że nie wie, co z tym robić. To nie znaczy, że mu to zaimponuje. Will odnosił się krytycznie do jej konsumpcyjnego stylu życia. Jednak za wszelką cenę chciała, by wierzył, że jej się powiodło.

– Wszyscy dokonujemy wyborów – oświadczyła. – Osobiście niczego nie żałuję.

– W takim razie cieszę się, że masz to, czego chciałaś – powiedział bezbarwnym głosem.

– Tak samo jak ty – odparła.

Spojrzeli na siebie. Przez chwilę wydawało się, że opadła z nich sztuczna maska uprzejmości. Alice zaparło dech w piersi, jednak Will tak szybko odwrócił głowę, że nie była pewna, czy jej się tylko nie zdawało.

– A więc nie wyszłaś za Clive'a? – spytał nagle.

– Za Clive'a? – zdziwiła się.

– Byłaś w nim taka zakochana. Spotkaliśmy się na weselu Beth i Rogera – przypomniał – Nie mów, że o nim zapomniałaś!

– Ależ nie… – Otworzyła usta, by zaprzeczyć, że wcale nie kochała Clive'a. Niestety kiedyś twierdziła inaczej. – Nie wyszłam za Clive'a – odparła cicho. – Rozstaliśmy się wkrótce po… po ślubie Rogera – dodała po chwili wahania.

Była gotowa wyznać mu, że rozstała się z Clive'em wkrótce po tym, jak pocałował ją w ogrodzie. Tak cudownie czuła się wtedy w jego ramionach. Pamiętała to tak dobrze, jakby stało się to wczoraj.

Will z pewnością nie zapomniał tych pocałunków. Chciała powiedzieć o tym głośno, nawet śmiać się z tego, ale nie mogła. Jeszcze nie teraz.

Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się radośnie.

– Potem poznałam Tony'ego. Byliśmy z sobą cztery lata. Mieliśmy się pobrać, ale w końcu zrezygnowaliśmy.

Tony zrezygnował.

– Popełnilibyśmy straszny błąd – dodała.

No tak, może to nie była cała prawda, ale dlaczego ma zdradzać Willowi wszystkie swoje ponure sekrety? Zresztą to naprawdę byłby błąd, gdyby zdecydowali się na ślub. Nic dobrego by z tego nie wyszło, skoro Tony zakochał się w kimś innym. Dzisiaj jest jego wesele, przypomniała sobie ze zdziwieniem. Kiedyś uważała, że nie przeżyje tego dnia, a teraz prawie o tym zapomniała.

Czy nie powinna być wdzięczna Willowi, że to dzięki niemu?

Will wysączył resztkę piwa i odstawił butelkę.

– Rozumiem. Nadal wolisz się nie angażować – powiedział, zerkając na nią przez ramię.

Zaczerwieniła się. To nie ona odwołała zaręczyny. Gdyby to od niej zależało, byłaby już żoną Tony'ego. Skoro jednak oświadczyła, że to była ich wspólna decyzja, to nie może teraz wyznać Willowi prawdy.

Co było gorsze? Żeby myślał, że boi się małżeństwa, czy żeby jej żałował?

Nie ma się nad czym zastanawiać.

– Szukam odpowiedniego mężczyzny – sprostowała. – Nie wyjdę za mąż, dopóki go nie znajdę. Dlatego na razie korzystam z życia.

– Jesteś mało zrelaksowana jak na kogoś, kto korzysta z życia – zauważył sceptycznie.

Alice zacisnęła zęby.

– Wcale nie! – parsknęła gniewnie. – Przyjechałam parę dni temu i po prostu nie przyzwyczaiłam się jeszcze do zmiany czasu.

– Aha – mruknął nieprzekonany.

To jeszcze bardziej rozzłościło Alice, ale powstrzymała się od odpowiedzi, by nie myślał, że się tym przejęła.

Będzie dla niego miła, ale nieprzystępna. Najważniejsze, by nie dowiedział się, że poniosła klęskę.

Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

– Ty nie zawahałeś się zrobić tego kroku.

– Jakiego kroku?

– Ożeniłeś się – powiedziała słodkim głosem.

Cień przesłonił jego twarz.

– A, tak. Ożeniłem się. Spodziewałaś się, że nigdy ciebie nie zapomnę?

– Oczywiście, że nie – odparła z godnością. – Kiedy myślałam o tobie, co nie zdarzało się tak często – dodała wyniosłym tonem – to zawsze miałam nadzieję, że jesteś szczęśliwy.

Will uniósł brwi z niedowierzaniem.

– Naprawdę?

– Tak. – Alice powoli sączyła tropikalny poncz, który jednak niezbyt dobrze na nią działał, więc odstawiła szklankę. – Jesteś szczęśliwy? – wymknęło jej się, zanim zdążyła się powstrzymać.

Will nie od razu odpowiedział. Pomyślał o tym, jak po raz pierwszy wziął na ręce swoją córeczkę. I jak pływał wzdłuż rafy. Ryby mieniące się barwami tęczy przemykały obok niego, a promienie słońca przenikały spokojny błękit oceanu. Jak siedział na łódce, obserwując delfiny wyskakujące w górę, a morska bryza rozwiewała jego włosy. Wtedy był szczęśliwy.

To nie było to samo szczęście jak wtedy, gdy leżał obok Alice, przytulając ją do siebie i głaszcząc jej aksamitną skórę. Wdychał jej zapach, nie mogąc uwierzyć, że ta ekscentryczna żywiołowa dziewczyna naprawdę należy do niego. Mimo to wtedy był szczęśliwy.

– Czasem byłem bardzo szczęśliwy – odezwał się wreszcie, czując na sobie wzrok Alice. – Ale nie w małżeństwie. Nie byliśmy tak mądrzy jak ty i nie zdawaliśmy sobie sprawy, że popełniamy wielki błąd.

Tak naprawdę to była jego wina. Po ślubie Rogera za wszelką cenę chciał zapomnieć o Alice. Niestety wszystkie kobiety, jakie poznał, w porównaniu z nią wydawały się nudne i bezbarwne. Niektóre były milsze i ładniejsze, ale gdy zamykał oczy, zawsze widział błyszczące złotem oczy Alice, słyszał jej głos i czuł smak jej skóry.

Nikki była pierwszą kobietą o tak silnej osobowości jak Alice. Wmówił sobie, że dzięki niej zapomni na zawsze o przeszłości. Pobrali się po krótkim wakacyjnym romansie nad Morzem Czerwonym, gdzie Will prowadził właśnie badania.

To było szaleństwo zdecydować się na taki krok, skoro prawie się nie znali. Powinien był przewidzieć, że skończy się to katastrofą.

Nikki w niczym nie przypominała Alice. Była stanowcza, a nie barwna, apodyktyczna, a nie żywiołowa. Jedyną rzeczą, która je łączyła, był upór w dążeniu do kariery. Niestety potem okazało się, że Nikki nie ma zamiaru tracić czasu na wyprawy do krajów, które fascynowały Willa.

– Chcę pracować w Anglii – oznajmiła. – Nie mam tu nic do roboty, a jeśli myślisz, że urodzę dziecko w szpitalu na obczyźnie, to się grubo mylisz.

Lily przyszła na świat, kiedy próbowali jeszcze ocalić małżeństwo. Zgodnie z decyzją Nikki, dziewczynka urodziła się w Londynie. Już wcześniej Nikki zażądała rozwodu.

– Nic z tego nie wyjdzie, Will – oświadczyła, gdy przyjechał zobaczyć córeczkę. – Trzeba się z tym pogodzić, bo nie warto tracić czasu.

– Byliśmy małżeństwem niecałe dwa lata – powiedział.

– To znaczy, że jesteś rozwiedziony? – spytała, przerażona, że poczuła nagłą ulgę.

Było jej nawet wstyd, że ucieszyła się, iż jego życie nie ułożyło się tak dobrze, jak myślała. I że nie będzie musiała poznać jego żony. Teraz żałowała, że powiedziała mu, iż wciąż szuka odpowiedniego mężczyzny. Nie chciała, by pomyślał, że będzie próbowała odnowić z nim znajomość.

– Przykro mi – powiedziała, gdy skinął głową. – Beth mówiła, że spotkała cię z dzieckiem, więc myślałyśmy, że jesteś żonaty.

– Przyjechałem tylko z Lily. To moja córeczka. Ma sześć lat.

– Spędza z tobą wakacje? – Alice nie orientowała się, kiedy dzieci mają wolne, ale być może w połowie marca jest przerwa wielkanocna. Czy to nie za wcześnie? A może mała nie chodzi jeszcze do szkoły?

– Lily ze mną mieszka – odparł niechętnie Will.

– Naprawdę? – zdziwiła się. – Myślałam, że to matkom zwykle sąd przyznaje opiekę nad dziećmi.

– Tak właśnie było. Nikki niedawno zmarła, więc Lily ma teraz tylko mnie.

– O Boże! To straszne! – zawołała z przerażeniem Alice.

Will zauważył z radością, że z jej twarzy wreszcie opadła maska.

– Co się stało? A może nie chcesz o tym mówić? – dodała ze współczuciem.

– Ależ nie. Wolę tylko nie wspominać o tym przy Lily. – Westchnął. – Dlatego nie mogłem powiedzieć o tym Beth, kiedy spotkaliśmy się w supermarkecie. Ona ciężko to przeżywa.

– Wyobrażam sobie.

– Nikki miała odebrać ją ze szkoły. Niestety tego dnia musiała zostać dłużej w pracy i bardzo się spieszyła. Pewnie dlatego nie jechała zbyt ostrożnie… – Will zamilkł.

– Miała wypadek? – spytała cicho Alice.

Skinął głową.

– Zginęła na miejscu.

Współczuła mu. Powiedział, że to małżeństwo było błędem, ale mieli dziecko. Na pewno tęsknił za zmarłą żoną.

– To znaczy, że Lily wciąż czeka na mamę? – spytała łagodnie.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem, że się domyśliła.

– Chyba tak. Jest taka cicha, w ogóle niewiele się odzywa. Nie mam pojęcia, ile z tego zrozumiała.

Miał bardzo przygnębioną minę. Alice zrobiło się przykro, że przedtem odnosiła się do niego z takim dystansem.

– Przeżyłeś straszny cios – stwierdziła.

– Byłem wtedy w Hondurasie. Minęło trochę czasu, zanim mnie znaleźli, więc nie mogłem od razu zabrać Lily – powiedział z goryczą.

Musiał się tym bardzo dręczyć.

– To nie twoja wina – zauważyła. – Kto zaopiekował się waszą córeczką?

– Szkoła zawiadomiła rodziców Nikki. Potem przyjechałem. Niestety przez kilka ostatnich lat pracowałem ciągle za granicą i rzadko ją widywałem. Lily prawie mnie nie zna. – Bezradnie przegarnął dłonią włosy. – To wszystko nie jest takie łatwe.

Na pewno. Lily ma sześć lat. Nagle straciła matkę i znalazła się u ojca, który jest dla niej niemal obcy. Alice ścisnęło się serce. Jej rodzice zachowywali się nieodpowiedzialnie, ale zawsze byli przy niej.

– Kiedy to się stało? – spytała.

– Siedem tygodni temu.

– Siedem tygodni? – powtórzyła z niedowierzaniem. – To co tu robisz?

Will zmarszczył brwi.

– Muszę pracować – odparł twardo. – I tak przesunąłem terminy o ponad miesiąc.

– Nie powinieneś myśleć o pracy, tylko o córeczce! – zawołała z oburzeniem.

– Myślę o niej. – Zacisnął zęby. Nie powinna tak na niego krzyczeć. – Mam nadzieję, że zmiana otoczenia jej pomoże.

Nie mógł powiedzieć nic głupszego. Alice była dotknięta do żywego. Jego uwaga, że zmiana otoczenia ma pomóc dziecku, przypomniała jej, jak rodzice beztrosko zmieniali miejsca pobytu, ledwie zdążyła gdzieś się zadomowić.

– Wyjeżdżamy do Gujany – mówili wesoło. – Zobaczysz, jak ci się tam spodoba.

Potem przez rok pracowali na farmie na Hebrydach.

– To ci dobrze zrobi – powiedział ojciec. Potem była Sri Lanka. – Czyż to nie wspaniałe? – Maroko, Indonezja, Exmoor i Goa.

Alice nie pamiętała już nawet wszystkich krajów.

– Ale masz szczęście – powtarzali jej wszyscy wokół. – Jak wspaniale jeździć tak po świecie.

Alice wcale się z tego nie cieszyła. Nie chciała ciągle podróżować. Marzyła o tym, by osiąść gdzieś na stałe, zamiast bez przerwy zmieniać otoczenie i poznawać nowych ludzi.

A co dopiero, gdyby straciła jeszcze matkę! Serce ścisnęło jej się z żalu.

Biedna Lily.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Nie sądzisz, że byłoby lepiej, gdyby Lily została w domu? – spytała ostro, zirytowana jego bezmyślnością.

Szczęka Willa drgnęła.

– Dziadkowie chcieli się nią zająć – przyznał – ale oni się starzeją. Poza tym doszliśmy do wniosku, że łatwiej jej będzie zacząć nowe życie bez ciągłego przypominania sobie tego, co się stało. Kiedyś i tak musiałaby się przyzwyczaić, że mieszka ze mną, więc im szybciej to się stanie, tym lepiej.

Jego argumenty wprawiły Alice w jeszcze większą złość.

– A dlaczego ty nie możesz zmienić pracy, tak by Lily nie musiała tracić domu?

– W Londynie nie ma pracy dla ekologów morskich!

– To znajdź inną.

– Jaką? – spytał, urażony jej ostrym tonem.

Po co wdawał się z nią w dyskusję na temat, o którym ona nie ma pojęcia?

Jej obojętna poza zniknęła. Policzki zaczerwieniły się. Szarozłote oczy błyszczały, gdy wymachiwała rękami, próbując go przekonać. Nagle stała się dawną Alice. Patrzył na nią zirytowany i zachwycony.

Tak jak kiedyś nie wiedział, czy ma potrząsnąć nią, czy chwycić ją w ramiona. Radość, że dawna Alice nie zniknęła, studziła złość, że ona wciąż umie trafić go w najczulsze miejsce. W dodatku chodzi o jego córkę. Tak bardzo starał się być dobrym ojcem, a teraz ledwie spotkał Alice, musi słuchać oskarżeń, że źle traktuje dziecko.

– Znam się tylko na tym – zauważył. – Muszę zapewnić Lily utrzymanie. Lepiej, żebym trzymał się zawodu, zamiast zaczynał wszystko od zera.

Alice nie wyglądała na przekonaną.

– Poza tym – dodał – projekt, który przygotowuję od pięciu lat, jest niesłychanie ważny. Oczywiście moja córka jest najważniejsza, ale mam też obowiązki wobec innych ludzi.

– To bardzo egoistyczne podejście – odparła Alice, celując palcem w jego pierś. – Myślisz tylko o tym, co tobie odpowiada, prawda? O swoich potrzebach. A co z potrzebami Lily?

– Jestem jej ojcem – odparł krótko. – Lily musi być ze mną.

– Zgodziłabym się z tobą, gdyby to oznaczało, że może zostać w swoim domu i nie opuszczać dziadków i przyjaciół.

Alice wiedziała, że to nie jest jej sprawa, ale pewność siebie Willa doprowadzała ją do wściekłości.

– Utrata matki była dla niej strasznym ciosem, a ty na dodatek zabierasz ją na koniec świata, gdzie wszystko jest dla niej obce. Sam mówiłeś, że ona ciebie nawet dobrze nie zna.

Szybko wciągnęła haust powietrza.

– Nie przyszło ci do głowy, że powinieneś spytać Lily, czego ona chce?

– Lily ma sześć lat – odparł rozłoszczony. – Jest za mała, żeby decydować, gdzie będzie mieszkać. To jeszcze dziecko. Jak może ocenić, co jest dla niej najlepsze?

– Jest na tyle duża, żeby wiedzieć, gdzie i z kim będzie się czuła dobrze i bezpiecznie – odparowała Alice.

Will zacisnął zęby. Słowa Alice zabolały go. Czy ona naprawdę myśli, że nie czuje się winny wobec Lily? Nie mógł pogodzić się z tym, że jest kimś obcym dla własnej córeczki, która jest zagubiona i nieszczęśliwa, a on nie potrafi jej pomóc. Starał się, jak mógł, ale nawet jeśli nie wychodziło mu to za dobrze, to Alice nie musi prawić mu morałów.

Radość, że zamiast chłodnej i obojętnej osoby miał przed sobą kobietę, jaką pamiętał sprzed lat, zniknęła. Spojrzał na Alice z niechęcią.

– Myślałem, że się zmieniłaś – powiedział. – Ale chyba się myliłem.

Z zaczepną miną przechyliła głowę na bok.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Lubisz wypowiadać się na tematy, o których nie masz pojęcia – odparł uszczypliwie. – Nie wiesz nic o moim dziecku ani o mnie, ale to nie przeszkadza ci formułować sądów, prawda? – Parsknął śmiechem. – Kiedyś uważałem za zabawne, że kierujesz się wyłącznie emocjami i instynktem, ale już tak nie sądzę. Teraz myślę, że to bezsensowne i głupie. Może choć raz powinnaś zastanowić się nad faktami, zanim zaczniesz krytykować.

Will był zbyt rozgniewany, żeby przejmować się jej urażoną miną. Miał dosyć. Tych siedem tygodni go wykończyło. Martwił się o córeczkę i miał przed sobą trudne i bardzo ważne zadanie. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, były kłótnie z Alice.

To dla niej typowe. Przez ostatnich osiem lat wciąż powtarzał sobie, że Alice już nic dla niego nie znaczy i wcale nie chciałby znów jej spotkać. A potem, gdy przypadkiem mignęła mu w tłumie kobieta o długich, prostych włosach lub usłyszał na przyjęciu głośny śmiech, serce zamierało mu w piersi. Potem był rozczarowany, że to jednak nie jest Alice.

A teraz, gdy miał tak ważne problemy na głowie, pojawiła się znienacka i chce wywrócić jego świat do góry nogami. Wcale nie potrzebował jej rad.

Tym razem jej się to nie uda. Dziesięć lat życia poświęcił na to, by o niej zapomnieć, i nie ma zamiaru stracić teraz kolejnych dziesięciu minut. To nawet dobrze, że się spotkali. Przypomniał sobie, jak go drażniła, i dzięki temu łatwiej mu będzie teraz odejść.

– Gdybym chciał, mógłbym też cię skrytykować – rzucił z irytacją. – Z ekscentrycznej żywiołowej dziewczyny zmieniłaś się w kobietę sztuczną i powierzchowną. Nosisz dziwaczne buty i pretensjonalną biżuterię. Tylko że ja nie oceniam ludzi po pięciu minutach rozmowy.

Alice nie miała zamiaru zdradzić, jak bardzo dotknęły ją słowa Willa. Wybuchnęła głośnym śmiechem.

– Masz krótką pamięć – powiedziała – jeśli myślisz, że znamy się od pięciu minut.

– Nie jesteś dziewczyną, którą znałem – odparł twardo. – Lubiłem ją, a ciebie nie lubię. Jednak to nie upoważnia mnie do tego, żebym mówił ci, jak masz żyć. Dlatego ty także mi tego nie mów. Teraz, jeśli pozwolisz, pójdę poszukać mojej córki, którą według ciebie źle traktuję, zanim zarzucisz mi, że w ogóle o nią nie dbam.

Odwrócił się i odszedł, zostawiając Alice samą.

On ma rację, pomyślała z twarzą pobladłą ze zmieszania. Nie powinna była tego wszystkiego mówić. Nie znała dobrze sytuacji i pewnie oceniła go niesprawiedliwie. Oskarżała go, myśląc o własnym dzieciństwie. Powinna go przeprosić.

Ale nie teraz.

„Nie lubię cię”. Zabolały ją te słowa. Miała wrażenie, że wszyscy je słyszeli i teraz przyglądają się jej z taką samą niechęcią.

Łzy stanęły jej w gardle. Nie rozpaczała, kiedy Tony ją zostawił, to teraz też nie będzie płakać. Nieważne, że Will jej nie lubi. Wcale jej to nie obchodzi.

– Nie masz nic do picia, Alice – zauważył Roger, podchodząc do niej. – Wszystko w porządku?

Roger to prawdziwy przyjaciel, pomyślała ze wzruszeniem. Jedyny, na którym może zawsze polegać.

Zamrugała oczami.

– Lubisz mnie, prawda, Roger?

– No pewnie – odparł nonszalancko, po czym objął ją w pasie i uściskał. – Co się stało?

– Nic – mruknęła, wtulona w jego pierś.

– Powiedz prawdę. To przez Willa?

Zadrżała, wciągając powietrze.

– Zmienił się – wymamrotała.

– Wszyscy się zmieniamy – odparł łagodnie Roger.

– Ty nie. – Uniosła głowę, wpatrując się w jego twarz. Poznała go na samym początku studiów na uniwersytecie i od razu się zaprzyjaźnili. Alice traktowała go jak brata. – Dlatego tak cię kocham – dodała, uśmiechając się niepewnie.

Roger wytrzeszczył oczy.

– I mówisz to tak otwarcie? Nie poznaję cię, Alice. Chyba naprawdę się zdenerwowałaś.

– Will krytykował moje buty – odparła, przechylając głowę w bok. – Wcale nie są dziwaczne, prawda, Roger?

Z powagą przyjrzał się jej sandałkom ozdobionym cekinami i niebieskimi motylkami.

– Są śliczne – odparł. – Tak jak ty. Chodźmy się czegoś napić, zanim się rozkleję i powiem ci, że też cię kocham.

– Dobrze. – Wciągnęła głęboko powietrze i uśmiechnęła się. – Ale musisz przedstawić mi tych samotnych mężczyzn, o których mi opowiadała Beth – dodała, chcąc natychmiast zapomnieć o Willu. – Tylko nie takich jak ten spocony facet w okropnej koszuli.

– Colin? – Roger pokiwał głową, podając Alice szklankę z ponczem. – Nie. Znajdę ci lepsze towarzystwo.

Dotrzymał słowa i już wkrótce Alice stała w kręgu mężczyzn znacznie atrakcyjniejszych i zabawniejszych niż nieszczęsny Colin. Przeszkadzało jej tylko to, że Will wpatruje się w nią, siedząc nad basenem.

Ostentacyjnie odwróciła się do niego tyłem, lecz mimo to czuła na plecach jego zimne spojrzenie.

Dlaczego tak ją obserwuje? Nie brakowało wokół niego wystrojonych, mizdrzących się kobiet. Żadna z nich nie wygląda na intelektualistkę, więc dlaczego nie uważa ich za sztuczne i powierzchowne?

Ostentacyjnie wypiła poncz, pozwalając, by jeden z mężczyzn, którego imienia nawet nie pamiętała, poszedł znów napełnić jej szklankę. Skoro Will Paxman uważa, że jest sztuczna i powierzchowna, to tak się będzie zachowywać.

Flirtowanie nie leżało w jej naturze, ale to niewiarygodne, co mogą zdziałać lodowate szare oczy spoglądające na nią z nieukrywaną dezaprobatą. Jakie on ma prawo tak na nią patrzeć? W przeciwieństwie do niego jest po prostu miła i na pewno nie schowa się w kuchni tylko dlatego, że on jej nie lubi.

Roześmiała się, trzepocząc rzęsami i ukradkiem przestępując z nogi na nogę w butach, które może były śliczne, ale za to coraz bardziej niewygodne.

Tropikalne słońce w połączeniu z ponczem przyprawiało ją o ból głowy, ale nie przestawała się uśmiechać, ignorując Willa. Trzymała się dzielnie, dopóki ktoś nie wspomniał o miodowym miesiącu. Wtedy przypomniała sobie, że dziś jest ślub Tony'ego.

Nagle poczuła się tak, jakby ktoś ją uderzył. Ból, złość i upokorzenie, jakie przeżywała, gdy Tony rzucił ją dla Sandi, zmieszały się teraz z dojmującym poczuciem żalu i gniewu wywołanego słowami Willa.

Trzy szklanki ponczu też zrobiły swoje.

Nie mogąc dłużej udawać świetnego humoru, wymamrotała, że musi poszukać kapelusza, i weszła do domu, w którym przynajmniej było chłodno.

I niestety tłoczno. Na pewno ktoś dostrzeże, że Alice wymyka się do sypialni. Potem zaraz przyjdzie do niej Beth, żeby spytać, co się stało.

Momentalnie zmieniła zdanie. Zerknęła, czy Will wciąż ją obserwuje, ale nie było go w pobliżu. Tak się starała, by zazdrościł, że się świetnie bawi, a jego tu nie ma!

Zrobiła z siebie idiotkę, a on nawet nie ma ochoty na nią patrzeć. To żałosne.

Bliska łez, przemknęła pod boczną ścianą domu i schowała się pod pergolą obsypaną kwiatami bugenwilli, która oddzielała starannie wypielęgnowany ogród przed domem od zacienionego i porośniętego krzakami terenu z tyłu domu za kuchnią i pomieszczeniami dla służby.

Tu mieszkała sympatyczna pokojówka Chantelle, która pomagała Beth prowadzić dom. Na kuchennej werandzie były drewniane schodki, na których czasem siadywała, podśpiewując sobie przy pracy. Alice nie przyszłaby tu, gdyby nie była pewna, że Chantelle jest teraz zajęta sprzątaniem po lunchu, więc nie będzie jej przeszkadzać.

Bujna roślinność przesłaniała widok, tak że dopiero gdy Alice zbliżyła się do schodków, zobaczyła, że nie jest tu sama. Na najniższym schodku siedziała mała dziewczynka ukryta w cieniu bananowca. Obejmując rączkami kolana podciągnięte pod brodę, nieruchomo obserwowała błękitnego motyla o ogromnych opalizujących skrzydłach, który usiadł na jej bucie.

Alice zatrzymała się, ale motyl odleciał, trzepocząc leniwie skrzydłami. Dziewczynka zamarła, spoglądając na Alice. Wyglądała jak małe przerażone zwierzątko, które zastanawia się, czy uciec.

Alice zrobiło się przykro, że ją przestraszyła, jednak nie chciała odejść bez słowa, bo to byłoby nieuprzejme. Poza tym, patrząc na dziewczynkę, uświadomiła sobie, że kiedyś była równie bojaźliwa i nieufna.

Ile razy szukała sobie kryjówek, czekając, aż rodzice zawiozą ją w nowe miejsce, które nazwą domem? Rodzice tej małej pewnie bawią się w salonie, nie mając pojęcia, że ich córeczka uciekła przestraszona krzykiem niesfornych dzieci, które nie mają problemów z nawiązywaniem nowych znajomości.

– Przepraszam, że spłoszyłam ci motyla – powiedziała. – Chciałam usiąść na chwilę w cieniu.

Dziewczynka spoglądała na nią nieufnie, wciąż gotowa do ucieczki. Proste włosy otaczały mizerną buzię, w której dominowały wielkie ciemne oczy.

– Muszę odpocząć trochę od hałasu – ciągnęła Alice. – Prawie nikogo tu nie znam. Ty też?

Dziewczynka skinęła głową.

– Tu jest tak przyjemnie – dodała. – Czy pozwolisz, że posiedzę z tobą chwilę? Jeśli nie masz ochoty, możemy nawet nie rozmawiać.

Dziewczynka nie odezwała się, ale przesunęła się na schodku, robiąc miejsce dla Alice.

Siedziały, nie odzywając się do siebie. Gwar rozmów przerywany wybuchami śmiechu i krzyki i plusk z basenu wydawały się bardzo odległe. W sennej ciszy kuchennego ogrodu słychać było tylko skrzek przelatujących ptaków i ciche brzęczenie owadów.

Alice cieszyła się, że może zrelaksować się po rozmowie z Willem. Nie tak wyobrażała sobie to spotkanie. Jeśli ona jest sztuczna i powierzchowna, to on stał się ponury i zgorzkniały. Młody pogodny człowiek o wesołym spojrzeniu na dobre zniknął.

Świadomość, że nie ma już Willa, którego kochała, była bardzo przykra. Łzy dławiły ją w gardle, więc zacisnęła usta, by powstrzymać się od płaczu.

Bzdura. To wszystko przez to, że dziś jest ślub Tony'ego. Tylko że to nie usprawiedliwia jej nieuprzejmego zachowania. Nic dziwnego, że Will jej nie lubi. Pewnie już wyszedł z przyjęcia i nie będzie miała okazji go przeprosić.

Na próżno wmawiała sobie, że jej to nie obchodzi.

– Przyleciał znowu – odezwała się nagle dziewczynka.

Motyl usiadł na przewróconym wiadrze. Był olbrzymi, a jego ciężkie skrzydła sprawiały, że chybotał się niezdarnie, ledwie utrzymując się w powietrzu.

Dziewczynka wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami.

– Jeszcze nigdy nie widziałam tak dużego motyla!

Pewnie niedawno przyjechała na wyspę. Rzeczywiście nie była wcale opalona.

– Kiedy byłam mała, mieszkałam w Gujanie – powiedziała Alice. – To kraj w Ameryce Południowej. Tam też było tak wilgotno i gorąco. Nasz dom stał na skraju dżungli, a w ogrodzie było mnóstwo motyli: żółtych, niebieskich i zielonych, w kropki, paski i różne dziwne wzory. Niektóre były naprawdę olbrzymie.

– Większe niż ten?

– O wiele większe. Takie – odparła Alice, rozkładając dłonie.

Oczy dziewczynki zrobiły się okrągłe. Spoglądała na ręce Alice i na motyla, wyraźnie próbując wyobrazić sobie ogród pełen takich owadów.

– Musiały być piękne – powiedziała.

– Tak. Siadałam na schodkach werandy i godzinami je obserwowałam.

– Nie miałaś koleżanek? – spytała poważnie dziewczynka.

– Wtedy nie. Mieszkaliśmy w bardzo odludnym miejscu, gdzie nie było żadnych dzieci. Wyobrażałam sobie, że motyle są moimi przyjaciółmi.

Uśmiechnęła się. Dziwne, że po tylu latach to wszystko sobie przypomniała.

– Myślałam, że to zaczarowane wróżki – zwierzyła się dziewczynce. W jej towarzystwie czuła się lepiej niż na przyjęciu urządzonym specjalnie dla niej. Nigdy nie interesowała się małymi dziećmi, ale ta cicha zalękniona dziewczynka o wielkich oczach była jej niezwykle bliska.

– Wróżki – powtórzyło z przejęciem dziecko.

– Wyobrażałam sobie, że w nocy ich piękne skrzydła zmieniają się w kolorowe jedwabne suknie. Wiesz, jakie dźwięki wydają owady, kiedy jest już ciemno?

Dziewczynka skinęła głową, krzywiąc się.

– Nie lubię ich. Są takie głośne.

– W Gujanie było tak samo – odparła Alice. – Bałam się ich, ale mój tata powiedział, że owady zbierają się wtedy na przyjęciu.

Ojciec świetnie wymyślał takie historie. Nigdy nie była pewna, ile w nich jest prawdy. Powinna częściej wspominać dobre chwile. W końcu jej dzieciństwo nie było jedną wielką udręką.

– Potem, kiedy nie mogłam w nocy spać, bo było za gorąco, leżałam, słuchając tych dźwięków i wyobrażałam sobie, że motyle rozmawiają, śmieją się i tańczą.

– Ja też się bałam – wyznała z powagą dziewczynka. – Ale teraz, jak wiem, że one mają przyjęcie, to już się tak nie boję.

– Wkrótce się przyzwyczaisz – zapewniła Alice.

Potem trąciła małą w bok, bo motyl znów się do nich zbliżał. Długo trzepotał skrzydłami, po czym wreszcie usiadł na stopie Alice.

Oczy dziewczynki rozbłysły z zachwytu, bo dopiero teraz zauważyła, że sandałki Alice są ozdobione motylkami z materiału z połyskującymi cekinami i koralikami. Przykryła usta dłonią, tłumiąc chichot.

– Podobają mu się twoje buty – szepnęła. – Myślisz, że on wie, że te motylki nie są prawdziwe?

Alice zastanawiała się przez chwilę.

– Chyba nie jest taki mądry, jak myślisz?

Zza przybrudzonych paluszków rozległ się chichot. Spłoszony motyl znów odleciał, ale na poważnej twarzyczce dziecka pojawił się prawdziwy uśmiech. Alice domyślała się, że to nie zdarza się często, i serce ścisnęło jej się z żalu. Taka mała dziewczynka powinna być zawsze uśmiechnięta.

– Podobają mi się twoje sandałki – zwróciła się do Alice.

– Mnie też – przyznała Alice. – Ale ktoś mi dziś powiedział, że są dziwaczne. – Jej twarz spochmurniała na wspomnienie rozmowy z Willem.

– Wcale nie. Są naprawdę ładne.

– Dziękuję. – Alice się uśmiechnęła. – Podobają ci się twoje buty?

– To zwykłe sandały – odparła bez entuzjazmu dziewczynka.

Miała na nogach solidne skórzane sandały, bardzo praktyczne, ale wcale nie śmieszne ani modne.

– Kiedy byłam mała, bardzo chciałam mieć różowe buty – powiedziała ze współczuciem. – Tyle razy prosiłam o te buty, ale rodzice nigdy mi ich nie kupili.

– Ja też chciałabym mieć różowe buty, ale tata mówi, że te są lepsze. – Dziewczynka westchnęła.

– Tatusiowie nie znają się na butach – odparła Alice. – Ale kiedy dorośniesz, będziesz mogła kupić sobie, co zechcesz. Ja za pierwszą pensję kupiłam sobie śliczne różowe pantofelki. Mam buty w przeróżnych kolorach. Niektóre z nich są bardzo śmieszne. Mam balerinki w kropki i w pasy, z cekinami, kokardkami, klejnotami i…

– Prawdziwymi klejnotami? – zdumiała się dziewczynka.

– No, niezupełnie – zmitygowała się Alice. – Ale wyglądają fantastycznie!

Mała westchnęła z zazdrością.

– Szkoda, że nie mogę ich zobaczyć.

Alice już otworzyła usta, by zaproponować dziewczynce obejrzenie kolekcji butów, które tu przywiozła. Jednak nie zdążyła spytać, jak mała ma na imię, bo nagle z tyłu rozległo się wołanie:

– Lily!

Will, który szukał wszędzie córki, wyszedł z kuchni na drewnianą werandę. Nie mogąc znieść dłużej widoku Alice flirtującej na trawniku, wszedł do domu, gdzie przez pół godziny nudził się w salonie. Kiedy uznał, że może już opuścić przyjęcie, zobaczył, że Lily nie ma wśród dzieci bawiących się przy basenie.

Przerażony zaczął jej szukać, przeklinając się w duchu za to, że zostawił córeczkę samą. Teraz odetchnął z ulgą, że nic się jej nie stało.

– Co ty sobie… – Urwał, zatrzymując się na skraju werandy. – Alice!

Spojrzał na nią z wyrzutem. To jej wina. Gdyby nie zachowywała się tak denerwująco, nigdy nie oddaliłby się od basenu i miałby córeczkę na oku.

– Co tu porabiasz? – spytał arogancko.

Najpierw robi z siebie przedstawienie, umizgując się do mężczyzn, a teraz siedzi obok Lily, po to, by mu udowodnić, że nie zajmuje się dzieckiem.

Gdyby ktokolwiek inny był na jej miejscu, Will ucieszyłby się, że córeczka ma towarzystwo.

Alice jednak skrytykowała go za niewłaściwe traktowanie dziecka. Teraz dopiero nie da mu spokoju! W dodatku będzie miała rację, bo rzeczywiście nie umiał porozumieć się z Lily.

Tytuł oryginału:

Barefoot Bride

Contracted: Corporate Wife

The Honeymoon Prize

Pierwsze wydanie:

Harlequin Romance, 2007

Harlequin Mills & Boon Limited, 2005

Harleauin Mills & Boon Limited, 2002

Opracowanie graficzne okładki:

Kuba Magierowski

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Korekta:

Mira Weber

© 2002, 2005, 2007 by Jessica Hart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2005, 2007, 2009, 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgoda Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Staroscinska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-0130-8

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com