Lekarz obłąkanych. Tom I - Xavier De Montépin - ebook

Lekarz obłąkanych. Tom I ebook

Xavier de Montépin

4,0

Opis

W domu dla obłąkanych w Auteuil pod Paryżem w przedziwny sposób splatają się losy rodziny nowojorskiego bankiera, małomiasteczkowego lekarza, kilku paryskich bon vivantów, biednej sieroty i dzielnego marynarza. Wszyscy zostają wciągnięci w niebezpieczną intrygę. Czy uda im się rozwikłać zagadkę tajemniczej zbrodni i wygrać walkę o zdrowie, życie, majątek i miłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Redakcja: Agnieszka Szczelina, Magdalena Matyja-Pietrzyk

Korekta: zespół redakcyjny

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcie na okładce: Shutterstock © Ysbrand Cosijn

Skład i redakcja techniczna: Iwona Baturo | baturo.pl

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Wydanie I

Bielsko-Biała, 2019

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-536-1

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49 

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

www.troy.net.pl

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: http://www.facebook.com/dragonwydawnictwo

Część I

Hotel Pod Wielkim Jeleniem

I

Wśród pasażerów, którzy 10 maja 1874 roku jechali pociągiem z Marsylii do Paryża, był starszy mężczyzna podróżujący z dużo młodszą od siebie kobietą. Para ulokowała się w oddzielnym wagonie sypialnym. On wyglądał na przeszło sześćdziesiąt lat, ona najwyżej na trzydzieści pięć. Mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, jego postawa oraz każdy ruch znamionowały – jak utrzymują Anglicy – wysoko urodzonego dżentelmena. Spod jego czapki wyłaniały się przystrzyżone prawie przy samej skórze, siwiejące już włosy, a te zupełnie białe okalały jego sympatyczną twarz o wyjątkowo regularnych rysach. Miał na sobie palto z kraciastego sukna, na którym krzyżowały się dwa lakierowane paski: jeden od zamykanej torby podróżnej, drugi od dużej lornety w miękkim, skórzanym futerale.

Kobieta zaś była wątła, delikatna i uderzająco piękna, ubrana w długi płaszcz z koła, obszyty kosztownym kanadyjskim futrem. Głowę oparła na ramieniu towarzysza, a jej przepiękne blond włosy rozpadały się w nieładzie. Matowa bladość twarzy i sine podkówki pod oczami, nadawały jej ciemnoniebieskim oczom wyraz nadzwyczajnej boleści. Głębokie spojrzenie kobiety to płonęło jakimś niesamowitym blaskiem, to znowu gasło zupełnie, a jej małe dłonie drżały jak w febrze. Nie będziemy zwlekać i od razu zawrzemy z tą parą bliższą znajomość, bo w naszym opowiadaniu zajmie ona szczególne miejsce. Dżentelmen nazywał się – przynajmniej według paszportu – Maurycy Delarivière, był Francuzem, pracował jako bankier rezydujący w Nowym Jorku, a teraz podróżował z żoną.

Naraz z ust pani Delarivière wydobyło się słabe westchnienie, a nerwowe dreszcze wstrząsnęły całym jej ciałem. Bankier ujął dłonie żony i uścisnął je z wielką słodyczą, wpatrując się jednocześnie z obawą w łagodną twarzyczkę, która wdzięcznie ciążyła mu na ramieniu.

– Joanno!... Moja droga!... Widzę, że znowu cierpisz – powiedział.

– Nie, mój przyjacielu... – odrzekła młoda kobieta bardzo słabym, ale dziwnie dźwięcznym i sympatycznym głosem.

– Chciałbym ci bardzo wierzyć, jednak nie potrafię. Jesteś bardzo blada, masz rozpalone ręce! Wydaje mi się, że masz gorączkę...

– Możliwe, że mam niewielką gorączkę, ale to nic, nie musisz się martwić… Kilka godzin wypoczynku i wszystko będzie dobrze. Jeden pocałunek Edmy, a siły na pewno mi wrócą. Kiedy zobaczymy nasze ukochane dziecko?...

– Jeszcze dziś, bo już po północy.

Pani Delarivière uniosła się trochę na siedzeniu.

– A więc jeszcze dziś będę zdrowa... – rzekła z uśmiechem.

– Liczę na to, moja droga... – odrzekł bankier. – Żałuję jednak, że uległem twoim prośbom.

– Jak to? Nie rozumiem... – szepnęła młoda kobieta.

– Powinienem zmusić cię przynajmniej do dwudniowego postoju w Marsylii. Czterdzieści osiem godzin spóźnienia to przecież nic wielkiego, a byłabyś wypoczęta i nie musiałabyś teraz cierpieć, ja zaś nie czułbym tej strasznej obawy...

– Obawy?... – wykrzyknęła młoda kobieta. – Obawy z powodu niewielkiego osłabienia? Przecież to wariactwo!

– Być może wariactwo, lecz cóż na to poradzę? Kiedy chodzi o ciebie i grożące ci niebezpieczeństwo, nie potrafię się kierować rozumem i tracę nad sobą panowanie.

– No, no, uspokój się, mój kochany. Gdybym nawet była bardzo chora, w co zupełnie nie wierzę, to dojście do zdrowia jest kwestią krótkiej chwili. Nawet teraz czuję, że mi o wiele lepiej. Bożek Morfeusz roztacza swoje skrzydła nade mną, dlatego prześpię się trochę… – to rzekłszy, pani Delarivière uścisnęła rękę męża, oparła znowu głowę na jego ramieniu i zmrużyła oczy.

Znużenie młodej kobiety było zupełnie naturalne. Maurycy Delarivière, Francuz z samego Paryża, w następstwie zbiegu wypadków, o których dowiemy się nieco później, osiadł przed siedemnastu laty w Ameryce i założył bank w Nowym Jorku, który się świetnie rozwinął. Był bardzo dobrym człowiekiem, chciał zapewnić swojej szesnastoletniej córce wychowanie i wykształcenie w duchu francuskim, nie przypuszczając, że jej młoda matka tak ciężko zniesie rozstanie z dzieckiem. Edma przebywała od siedmiu lat na jednej z pierwszych pensji w okolicach Paryża.

Państwo Delarivière jechali właśnie do Francji, by odwiedzić swoją jedyną córkę. Bankier poważnie rozważał sprzedaż, i to jeszcze w tym roku, swojego domu w Nowym Jorku pewnemu bogatemu kapitaliście i myślał o całkowitym wycofaniu się z interesów oraz spokojnym życiu emeryta. Aby ułatwić sobie realizację tego zamiaru, postanowił skorzystać z obecnej podróży i uregulować po drodze rachunki z kilkoma domami handlowymi, z którymi wiązały go interesy. Po wyruszeniu z Nowego Jorku zatrzymał się najpierw w Portsmouth, stąd wyruszył do Londynu, gdzie otrzymał przekaz na dwa miliony, z Londynu podążył do Lizbony, a potem do Kadyksu, Gibraltaru, Walencji i Barcelony, aż wreszcie przybył do Marsylii. Zaproponował żonie, by zostali tu trochę. Ona jednak, mocno tęskniąc za córką, nie chciała o tym słyszeć. Zażądała, by jechać, więc pojechali.

Niestety serce matki przeceniło, jeżeli nie odwagę, to przynajmniej siły młodej kobiety. Nadzwyczajne znużenie wywołało gorączkę, która z godziny na godzinę wzmagała się coraz bardziej. Pomiędzy Marsylią a Lyonem pani Delarivière, znużona nieustannym dudnieniem pociągu, wpadła w odrętwienie, które jej mąż wziął za sen. W Lyonie pociąg zatrzymał się na dwanaście minut. Krótki spokój wyrwał kobietę ze snu. Otworzyła oczy.

– Może przynieść ci coś z bufetu? – zapytał pan Delarivière.

– Dziękuję – odrzekła kobieta. – Nie chce mi się jeść...

– Może chociaż filiżankę bulionu? – odezwał się znowu bankier.

– Nie. Nie mam zaufania do bufetowych bulionów – odpowiedziała pani Delarivière z niewyraźnym uśmiechem.

– Musisz jednak koniecznie się czymś posilić.

– W takim razie poproszę trochę hiszpańskiego wina. Może ono mnie orzeźwi... W Dijon wysiądę i wtedy chętnie coś zjem....

– Czy czujesz się trochę lepiej?

– Dużo lepiej... Morze mnie bardzo zmęczyło, ale w wagonie odpocznę i odzyskam siły.

– Chwała Bogu!

Pan Delarivière otworzył małą walizkę, którą miał przy sobą w wagonie. Wyjął butelkę w skórzanej oprawie i napełnił mały srebrny kieliszek sherry. Każda kropelka trunku błyszczała jak prawdziwe złoto. Joanna piła wolno zbawienny napój i od razu na jej policzkach wystąpiły rumieńce.

– Ach! Jak dobrze mi to robi – szepnęła. – Czuję, że mi powraca życie. Bardzo dobrze się stało, że nie zatrzymaliśmy się w Marsylii.

– Tak chciałaś – odrzekł bankier – i uległem jak zwykle, ale rozsądniej byłoby postąpić tak, jak ja chciałem. Prosiłem cię o to. Statek w kilka godzin przewiózłby cię z Portsmouth do Hawru, nie byłabyś tak zmęczona podróżą i od dawna cieszyłabyś się towarzystwem córki...

– To prawda, mój przyjacielu, ale...

– Ale co?

– Ale musiałabym się z tobą rozstać... a ja właśnie tego nie chciałam. I dobrze zrobiłam, skoro już dojeżdżamy do celu... Nie rozstawaliśmy się ani na jedną chwilę... Cóż są warte wobec tego jakieś tam fatygi.

– Moja droga – szepnął pan Delarivière, obejmując ramieniem Joannę i z uczuciem całując jej czoło i włosy.

Pociąg znowu ruszył i popędził ku Paryżowi z szybkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Młoda kobieta znowu przechyliła głowę i wydawało się, że zasypia. W Dijon zbudził się pan Delarivière:

– Obiecałaś mi, że się tutaj trochę posilisz. Dotrzymaj zatem obietnicy...

– Chciałabym – rzekła Joanna – ale czuję, że nie przełknę ani kęsa. Niczego nie potrzebuję, tylko snu...

To rosnąca gorączka spowodowała tę senność. Bankier nie nalegał, ale z obawą śledził coraz bardziej postępującą chorobę.

II

Niepodobna było wątpić, że pomimo tej letargicznej drzemki młoda kobieta bardzo cierpiała. O jej pogarszającym się stanie świadczyły słabe jęki, które wyrywały się z jej na wpół otwartych ust, krople potu, które przylepiały jej do czoła blond włosy, i zamknięte powieki, które drżały jak skrzydło motyla zbierającego się do lotu.

Upłynęła prawie godzina. Pani Delarivière nagle usiłowała się podnieść i zaczęła szukać ręką drzwiczek wagonu. Łatwo się było domyślić, co oznacza ten gest. Joanna poczuła na piersiach tak ogromny ciężar, że nie była w stanie oddychać, i machinalnie usiłowała opuścić szybę. Bankier w jednej chwili spełnił jej życzenie. Czyste, zimne powietrze dostało się do wagonu. Pani Delarivière odetchnęła pełną piersią, ale zaraz śmiertelnie zbladła, chwyciła się obiema rękami za czoło, jęknęła głucho i padła na wznak na pierś męża, tracąc przytomność.

– Boże! – zawołał bankier. – Boże, ona zemdlała! Co ja teraz zrobię...

Sytuacja, w której się znaleźli, była rzeczywiście okropna. Przestraszony pan Delarivière zupełnie stracił głowę, zdawało mu się, że jego ukochana kobieta umarła... Nie wiedział, co zrobić i jak sobie poradzić. Grożące niebezpieczeństwo oprzytomniło go jednak. Wyjął z walizki kryształowy flakon z bardzo silnymi solami angielskimi i przyłożył go Joannie do nosa. Skutek był prawie natychmiastowy. Pani Delarivière poruszyła się, kilkakrotnie złapała oddech i otworzyła oczy...

– Zdawało mi się... że umieram... – szepnęła.

– Joanno, moja droga! – zawołał mąż, tuląc ją w objęciach. – Walczysz, jak tylko możesz, z chorobą, ale ona jest od ciebie silniejsza.

– To prawda... Czoło ściska mi jakaś żelazna obręcz... gorąco mi i zimno jednocześnie... W piersiach brak mi powietrza...

– W takim stanie nie możemy kontynuować podróży...

– Jak to?

– Uważam, że musimy koniecznie wysiąść na najbliższej stacji...

– Wysiąść? – wykrzyknęła młoda kobieta, nagle przytomniejąc. Czy ty mówisz poważnie?

– Najzupełniej poważnie, moja droga. Powinniśmy zostać dłużej w Marsylii... Twoja choroba postępuje, a osłabienie wzmaga się z każdą chwilą... Potrzebujesz koniecznie odpoczynku...

– Co ty wygadujesz?... – odparła pani Joanna. – Cierpię, to prawda, ale jedynie ze zmęczenia, którego nie da się uniknąć. Zatrzymywać się teraz, gdy zaledwie kilka godzin dzieli nas od Paryża? To byłoby doprawdy niedorzeczne! Zobacz, już wyglądam lepiej... Jestem już prawie zupełnie zdrowa... Myśl, że każda minuta zbliża mnie do mojej córki, to dla mnie najlepsze i najskuteczniejsze lekarstwo. Spójrz na mnie. Czy wyglądam na chorą?

Mówiąc to, pani Delarivière, zwróciła swą łagodną twarzyczkę w stronę męża, ale heroiczny wysiłek nie był w stanie zwalczyć cierpienia.

– Chcesz mnie uspokoić, kochana Joanno? – powiedział bankier z oczami pełnymi łez.

– Nie, nie... Przysięgam ci, że czuję się już zupełnie zdrowa.

Po gwałtownym przesileniu, jakiego kobieta doznała przed chwilą, przyszło rzeczywiście chwilowe polepszenie.

– Pomówmy lepiej o... Edmie – powiedziała. – Postanowiłeś już przecież, że odbierzemy ją z pensji...

– Naturalnie, skończyła już przecież edukację.

– I zabierzemy ją do Nowego Jorku.

– Przecież sobie tego życzysz.

– Wiesz, że moim najszczerszym życzeniem jest jak najprędzej połączyć się z córką, ale wiesz także, że nie cieszę się z opuszczenia rodzinnego kraju.

– Tak, wiem, że twoim marzeniem jest osiąść we Francji i zamieszkać w Paryżu.

– Choćby w okolicach Paryża... tyle tam prześlicznych posiadłości. Edma bardzo szybko stanie się prawdziwą paryżanką.

– Przyrzekam ci, że spełnię twoje marzenie.

– A jak prędko? – zapytała ucieszona pani Delarivière.

– Nim upłynie rok.

– Rok to bardzo długo! – westchnęła młoda kobieta.

– Nie musimy przecież jeszcze wracać do Nowego Jorku. Muszę zamknąć swoje interesy, zlikwidować dom bankierski, a szczególnie dopełnić wielkiego dzieła, które będzie sprawiedliwą, choć spóźnioną nagrodą za twoje przywiązanie i poświęcenie.

Joanna spuściła oczy jak mała dziewczynka. Jej blade policzki pokrył rumieniec, ale nic nie odpowiedziała. Po chwili milczenia bankier odezwał się znowu:

– Czy będziesz wtedy naprawdę szczęśliwa?...

– O, tak! Będę bardzo szczęśliwa! – wykrzyknęła Joanna. – Będę bardzo szczęśliwa!... Nieraz pytam sama siebie, czym sobie zasłużyłam na takie szczęście.

– Tym, że jesteś najdoskonalszą z kobiet i najlepszą z matek.

Pani Delarivière miała odpowiedzieć, ale konwulsyjne drżenie zatrzymało jej słowa na ustach, a od stóp do głów ogarnęło ją zimno. Otuliła się futrem.

–  Zimno mi – szepnęła ledwo słyszalnym głosem. – Zimno mi.

– Czy chcesz, abym podniósł szybę?

– Tak, proszę....

Pan Delarivière szybko spełnił życzenie.

– Jak się teraz czujesz? – zapytał.

– Nie wiem sama. Głowa mi płonie... jest mi zimno... Każde poruszenie pociągu odbija mi się w głowie i o mało jej nie rozsadzi.

– Oprzyj się na mnie, moja droga.

Młoda kobieta przytuliła się do piersi męża jak zraniona ptaszyna, a on czuł, jak jej delikatne dłonie to ziębną, to znowu się rozpalają. Gorączka przyjmowała przerażające rozmiary, a umysł bankiera opanowały coraz czarniejsze przeczucia. Co minutę, co sekundę Joanna oddychała ciężej, jej oddech stawał się coraz bardziej świszczący i urywany, a skronie zrosił zimny pot.

Pociąg jechał z wielką szybkością, zatrzymując się tylko na większych stacjach. Pan Delarivière słyszał tylko wymieniane kolejno nazwy: Laumes, Tonnerre, Laroche, Montereaus... Była trzecia nad ranem. Jeszcze półtorej godziny i będą na paryskim dworcu. Pierwszy brzask ukazał się na horyzoncie. Pagórki, drzewa, słupy telegraficzne zarysowywały się na szarym tle nieba i ledwo dostrzegalne ginęły za kłębami dymu buchającego z lokomotywy.

Nagle Joanna wydała przeciągłe westchnienie, coś wstrząsnęło całym jej ciałem, jak gdyby przez nie przebiegł prąd, a potem kobieta bezwładnie opadła i zesztywniała.

Pan Delarivière patrzył przerażony na twarz swojej towarzyszki i także drżał. Szeroko otwarte oczy młodej kobiety stały się nieruchome, a z białych usteczek nie wychodził nawet najlżejszy oddech. Bankier przyłożył rękę do serca żony, lecz nie poczuł jego bicia. Nieszczęśliwa kobieta wpadła w dużo głębsze omdlenie niż poprzednio.

W tej samej chwili pociąg zatrzymał się, a konduktor monotonnym głosem powtórzył: Melun…, Melun… Bankier poczuł, że zaczyna mu się mieszać rozum. Otworzył szybko drzwiczki i z całej siły zaczął wołać:

– Na pomoc! Na pomoc!...

Pracownicy kolei podbiegli do wagonu, z którego dochodziło wołanie.

– O co chodzi, proszę pana? – zapytał naczelnik stacji, wskakując na stopnie.

– Moja żona umiera... – rzekł pan Delarivière. – Błagam, niech mi pan pomoże przenieść ją do poczekalni... Dalsza podróż jest niemożliwa... Muszę tu zostać...

– Służę szanownemu panu!...

Stróże nocni, naczelnik i jego pomocnik rzucili się do wagonu. Spora liczba podróżnych wysiadła z wagonu i zaczęła się przypatrywać temu dramatycznemu zdarzeniu. Naczelnik stacji okazał się człowiekiem bardzo uczynnym i niezwykle silnym. Wziął na ręce nadal jeszcze omdlałą panią Delarivière, przeniósł ją sam do poczekalni i ostrożnie posadził w szerokim fotelu. Jeden z kolejarzy podążył za swym zwierzchnikiem z walizką, kołdrą i wszelakimi drobnymi przedmiotami, jakie podróżni mieli ze sobą w wagonie.

– Nie będziemy tutaj wypakowywać pańskich rzeczy... nie zdążymy... za mało mamy na to czasu... – odezwał się maszynista do bankiera.

– To niech je pan złoży w Paryżu, bardzo o to proszę. Moje nazwisko, Maurycy Delarivière, widnieje na każdej walizce. Jest ich pięć... Oto kwity.

– Zrobi się wszystko, proszę pana.

– Będę panu dozgonnie wdzięczny.

Dwie sekundy później pociąg pędził dalej, opóźniwszy i tak swój odjazd o około dziesięć minut. Zemdlona dama nie mogła pozostać w sali, gdzie tymczasowo ją przeniesiono. O tak wczesnej godzinie ciężko było znaleźć na stacji jakikolwiek powóz. Zawiadowca kazał swojemu pomocnikowi sprowadzić powóz z najbliższej stajni.

– Wrócę za dwadzieścia minut, najdalej za pół godziny – powiedział tenże, wychodząc.

Joanna nadal nie dawała znaków życia. Pan Delarivière klęczał przy fotelu i trzymał w dłoniach zimne jak lód ręce małżonki. Wpatrywał się w jej łagodną, śmiertelnie bladą twarzyczkę. Niestety, pozostawała nieruchoma. Wielkie łzy, jedna po drugiej, spływały po policzkach bankiera, lecz on pogrążony w boleści nawet tego nie poczuł. Czas upływał...

Kolejarz wrócił z jednym z tych osobliwych powozów, jakie od czasu do czasu można spotkać tylko na prowincji. Była to mała kareta na zardzewiałych kółkach, zaprzężona w szkapę, chudą jak legendarny wierzchowiec don Kichota. Pan Delarivière, któremu naczelnik stacji przyszedł uprzejmie z pomocą, usadowił, a raczej ułożył małżonkę na siedzeniu i otulił kołdrami, aby ją zabezpieczyć przed porannym zimnem.

– Dokąd jechać, obywatelu? – zapytał stangret w bluzie i pilśniowym kapeluszu.

– Nic nie wiem... – odrzekł zapytany. – Zupełnie nie znam Melun… – zwrócił się do zawiadowcy z prośbą o pomoc.

– Polecam panu hotel Pod Wielkim Jeleniem – odparł. – Jest najporządniejszy w mieście, a przynajmniej taką miał opinię.

– Jedź zatem do Wielkiego Jelenia, ale wolno i ostrożnie.

– Niech pan będzie spokojny! Pojedziemy noga za nogą... Zresztą dorożka jest na resorach...

Pan Delarivière uścisnął uprzejmie rękę naczelnika stacji, wsunął sztukę złota do dłoni człowieka, który sprowadził powóz, i usiadł z przodu, naprzeciwko Joanny. Odległość od stacji do miasta nie była duża. Pomimo niezbyt obiecującego konia i wolnej jazdy powóz znalazł się wkrótce na placu św. Jana, przed progiem hotelu Pod Wielkim Jeleniem.

III

Bankier wysiadł i od razu przekonał się, że naczelnik dobrze mu doradził – w tym małomiasteczkowym zajeździe z pewnością znajdą wygody, jakich wymaga stan pani Delarivière.

Rozwidniło się już zupełnie. Pokojówki właśnie otwierały okna, zamiatały i sprzątały pokoje, doprowadzając wszystko do porządku z prawdziwie flamandzką systematycznością. Na obszernym podwórzu chłopcy stajenni oporządzali konie, myli powozy i wózki. Kiedy stara kareta zatrzymała się przed bramą, żywa i ładna dziewczyna o inteligentnych oczach i białych jak perły ząbkach przybiegła otworzyć drzwiczki. Bankier w jednej chwili wyskoczył.

– Pokój! Jak najszybciej, moje dziecko, i to najlepszy, jaki tylko macie – zawołał.

– Czy jest pan sam?

– Nie, mam ze sobą chorą żonę, która będzie potrzebować najstaranniejszej opieki...

– Do pańskich usług! Numer pierwszy mamy zajęty, ale został nam apartament na drugim piętrze. Złożony z dwóch pokoi. Okna wychodzą na plac... Po dwa w każdym pokoju... Czy będzie dobry dla pana?

– Bardzo dobry! Prędko go przygotujcie?

– Łóżka są już gotowe...

– No to zawołaj kogoś, żeby mi pomógł przenieść żonę, bo jest bardzo osłabiona i omdlała...

– O! Biedna pani! Ja panu bardzo chętnie pomogę, jestem wystarczająco silna...

– I poślijcie, na miłość boską, po doktora.

– Tiennetto! – dziewczyna zawołała na drugą służącą, która stała przed bramą i patrzyła z zaciekawieniem. – Biegnij szybko po doktora i przyprowadź go ze sobą. Powiedz, że to bardzo pilne...

– Dobrze, Różo, już lecę – odrzekła dziewczyna.

– Teraz, proszę pana – odezwała się Róża – jeżeli pan sobie życzy, możemy iść na górę...

Pan Delarivière zapłacił hojnie woźnicy, a już kilka minut później Joanna zręcznie rozebrana przez służącą, leżała wygodnie pod ciepłym okryciem w łóżku osłoniętymi kretonowymi firankami w kwiaty, w pokoju na drugim piętrze. Bankier, blady jak skazaniec, wpatrywał się z pochyloną głową w swoją żonę i na widok tak strasznego i tak długiego omdlenia nie mógł się powstrzymać od łez. Ponure milczenie przestraszyło Różę.

– Panie – rzekła, otwierając drzwi do drugiego, obszernego pokoju, umeblowanego z przepychem – tu oto ma pan bardzo wygodny pokój... z maleńkim pokoikiem toaletowym... tuż obok łóżka. Te drzwi prowadzą na korytarz, będzie pan mógł wychodzić, nie przechodząc tędy wcale...

– Bardzo dobrze – mruknął machinalnie bankier, jednak nie wiedział, ani co, ani kto do niego mówi.

– A jak pani wydobrzeje, czego się można wkrótce spodziewać – ciągnęła Róża – będzie mogła, nie wychodząc z pokoju, podziwiać widowisko, na które przybędą tłumy paryżan... Taki spektakl nieczęsto się zdarza... U nas przynajmniej od dawna nie widziano niczego podobnego... Pewne okoliczności, szczególne i tajemnicze, czynią go nadzwyczaj interesującym. Tak panie... ta sprawa narobiła wielkiego hałasu.

Róża zamilkła, oczekując na pytanie, ale czekała próżno. Pan Delarivière nie słuchał wcale, wpatrzony w swoją ukochaną Joannę. Dziewczyna niezniechęcona mówiła dalej:

– Pokoje z oknami wychodzącymi na plac św. Jana są wynajmowane bardzo drogo, a żadne nie są tak dobrze położone jak nasze. Za nasze płacono aż po pięćdziesiąt franków... po pięćdziesiąt franków za jedno okno... proszę pana...

Bankier, który w ogóle nie słuchał, nagle lekko krzyknął i podskoczył do łóżka. Zdawało mu się, że żona poruszyła ręką. Było to jednak tylko złudzenie. Delikatna dłoń o zgrabnych palcach, pokrytych błyszczącymi pierścieniami, ciągle była martwa i nieruchoma. Róża zrozumiała w końcu, że nie zwróci uwagi bankiera.

– Już sobie idę... proszę pana – powiedziała. – Czy potrzeba czegoś?

– Nie, moje dziecko.

– Może podać panu filiżankę bulionu? Za kilka minut będzie gorący.

– Dziękuję, nie.

– To może filiżankę mleka? Mamy takie, jakiego pan nigdzie nie znajdzie. Nasze krowy żyją w tak wspaniałych warunkach, że ludzie przychodzą oglądać nasze obory... Czy podać zatem filiżankę mleka, proszę pana?

– Dziękuję! – odrzekł bankier trochę już zniecierpliwiony. – Nic mi nie potrzeba.

– Zresztą jak tylko wstanie gospodyni, co nastąpi niebawem, sama do pana przyjdzie... i będzie pan mógł zamówić, co tylko się panu podoba...

– Boże! Mój Boże! – szeptał sam do siebie pan Delarivière. – Czas upływa, a doktora jak nie było, tak nie ma.

– Pójdę zobaczyć, czy Tiennetta nie wróciła – odezwała się żywo Róża – i zaraz wrócę przekazać panu, co powiedział doktor.

Po tych słowach służąca opuściła pokój. Bankier pozostał sam przy ukochanej żonie, w której być może zgasła już ostatnia iskierka życia.

IV

Nie sposób opisywać dalej głębokiej boleści pana Delarivière, spowodowanej omdleniem żony, bliższym śmierci niż katalepsji. Nieszczęśliwy uklęknął przy łóżku, wybuchnął głośnym płaczem i okrywając pocałunkami zimne ręce Joanny, szeptał:

– Więc ona umarła!... Umarła, nie spojrzawszy na mnie po raz ostatni, nie przemówiwszy do mnie ani słowa!... Umarła tak młodo, a przecież już niedługo mogła być prawdziwie szczęśliwa... Nie, to niemożliwe! Bóg jest miłosierny! Nie chciałby mnie tak doświadczyć w chwili, w której los uśmiechnął się do mojej żony, a która mnie wydawała się tak obiecująca! Nie mógłby przerwać tej egzystencji właśnie teraz, kiedy mogłem zmazać jedyną winę przeszłości!... A doktor nie przychodzi. A ja jestem bezsilny, wobec tej anielskiej istoty, dla której każda sekunda może być ostatnią. Boże, Boże miłosierny, nie zabieraj mi mojej słodkiej towarzyszki! Uderz we mnie... mnie zgnieć... zabierz mnie... ale ją oszczędź! Ja już dosyć się nażyłem... zabierz mnie... ale pozostaw ją dla jej córki... Joanno, moja ukochana, ty żyjesz, prawda? Otwórz oczy, błagam cię!... Błagam cię na kolanach! Odezwij się do mnie!... Odpowiedz mi, odpowiedz!...

Bankier złożył dłonie w geście rozpaczy. Wtedy do pokoju ktoś lekko zapukał. Pan Delarivière odwrócił głowę.

– Proszę – zawołał słabym, ledwo słyszalnym głosem.

Na progu ukazała się Róża.

– Panie – rzekła. – Przyszedł właśnie pan doktor.

Dziewczyna ustąpiła wchodzącemu. Był to mężczyzna lat około dwudziestu sześciu, o regularnych rysach twarzy, inteligentnym i sympatycznym spojrzeniu, wyrażającym obok słodyczy silną i niezłomną wolę. Nazywał się Grzegorz Vernier. Pan Delarivière rzucił się ku niemu:

– Ach, jak dobrze, że pan przybył! – zawołał. – Czekałem na pana jak na zbawienie! Moja żona jest umierająca! Niech ją pan ocali, a ja się odwdzięczę, przysięgam!

Mówiąc to, ciągnął doktora do łóżka młodej kobiety. Vernier, poruszony niezmierną boleścią doktora, odpowiedział z uczuciem:

– Mogę pana zapewnić, że zrobię wszystko, co w mojej mocy.

Doktor ujął nadgarstek Joanny i zaczął szukać pulsu. Przyłożył rękę do serca chorej, później zajrzał jej w usta i rozchylił powieki. Pan Delarivière śledził z trwogą każdy, choćby najmniejszy ruch medyka.

– No i co, szanowny panie? – zapytał. – No i co?...

Do pochłoniętego badaniem Verniera nic nie docierało. Ponownie przyłożył ucho do piersi Joanny w okolicy serca i zaczął się przysłuchiwać. Upłynęło parę sekund. Podniósł się i powrócił do bankiera, którego trupia bladość dorównywała bladości jego żony. Jasne i stanowcze spojrzenie doktora przeszyło dreszczem pana Delarivière. Chciał zadać mu pytanie, ale zabrakło mu siły i odwagi, jego usta się poruszyły, ale nie wymówił ani słowa.

– Pani żyje – odezwał się nareszcie doktor. – Ale gwałtowna radość może ją zabić tak samo jak boleść.

Bankier zachwiał się na nogach.

– Żyje! – wykrzyknął, składając ręce. – Żyje... I pan ją ocali?...

– Mogę pana o tym stanowczo zapewnić.

– O, panie, cały mój majątek nie wynagrodzi tych słów, które padły z pana ust.

Zaciekawiona Róża ciągle stała na progu uchylonych drzwi.

– Moje dziecko, przynieś papier, atrament i pióro – rzekł do niej doktor.

– Zaraz, panie doktorze...

Pan Delarivière osunął się na krzesło. Nagłe wzruszenie zupełnie pozbawiło go sił. Rzęsiste łzy spłynęły mu po policzkach. Grzegorz Vernier zbliżył się do niego i rzekł serdecznym tonem:

– Niech pan nad sobą zapanuje, bardzo proszę! Musi się pan koniecznie uspokoić i udzielić mi niezbędnych wyjaśnień.

Bankier siłą woli powstrzymał łzy i odpowiedział zupełnie pewnym głosem:

– Już jestem spokojny, panie doktorze. Już jestem gotowy odpowiadać na pańskie pytania.

– Od jak dawna pańska żona znajduje się w takim stanie?

– Od przeszło godziny...

– Czy ów kryzys poprzedziło jakieś wielkie zmartwienie albo nagły wstrząs?

– Ani jedno, ani drugie, panie doktorze...

– Jest pan zupełnie tego pewien?

– Tak, panie doktorze. Przybywamy z Nowego Jorku, gdzie jestem bankierem, a jedziemy do naszej córki, która wychowuje się we Francji... Jesteśmy bardzo bogaci i dobrze nam ze sobą... Na niebie mojej żony nie ma żadnej, ale to żadnej chmurki.

– Czy przejazd z Nowego Jorku do Marsylii był bardzo uciążliwy?

– Nie przypłynęliśmy bezpośrednio do Marsylii. Ważne interesy sprowadziły mnie do Anglii, Portugalii i Hiszpanii. Dopiero z Barcelony pojechaliśmy do Marsylii... Przeszło miesiąc spędziliśmy na okręcie i to bardzo zmęczyło moją żonę! Po przyjeździe do Marsylii już ją męczyła gorączka... Chciałem, aby się zgodziła na kilkudniowy odpoczynek, ale tak jej się spieszyło uściskać córkę, że nie potrafiłem się oprzeć.

– Czy pani zdarzały się już kiedyś podobne omdlenia?

– Jest bardzo wrażliwa i nerwowa... W ciągu ośmiu lat z powodu choroby córki straciła przytomność dwa lub trzy razy, ale trwało to krótko, zaledwie kilka minut. I ubiegłej nocy także zemdlała, ale flakon z solami angielskimi zaraz przywrócił jej przytomność.

W tej chwili do pokoju weszła Róża z przyrządami do pisania i chciała zaraz odejść.

– Zaczekaj – opowiedział doktor, zabierając się do pisania recepty.

Pisząc, mówił do pana Delarivière:

– Stan pańskiej żony nie wydaje się zbyt groźny i nie wzbudza we mnie poważniejszych obaw. Potrzeba będzie jednak bardzo wielkich starań.

– Podejrzewa pan jakąś przewlekłą chorobę? – zapytał bankier.

– Nie, uważam tylko, że długa podróż wyczerpała nadmiernie wrażliwy organizm, co doprowadziło do stanu katalepsji. Wkrótce doprowadzę zdrowie pana żony do równowagi.

– Wielki Boże! – szepnął przerażony bankier. – Mamy więc do czynienia z katalepsją?

– Tak, proszę pana, i musimy niezwykle szybko zapobiegać złemu, bo w razie przejścia w stan chroniczny, stałoby się trudne do zwalczenia.

– Och! – wykrzyknął bankier. – Zapewnię Joannie najgłębszy spokój...

Grzegorz Vernier podał służącej papier, na którym zapisał kilka słów.

– Zanieś tę receptę do apteki, tuż obok hotelu. Poczekaj na zrobienie lekarstwa i zaraz wracaj. A, i przynieś mi srebrną łyżeczkę...

– Dobrze, panie doktorze...

Róża opuściła pospiesznie pokój. Niebo pięknie się wypogodziło... Wschodzące słońce rzucało już na fasadę hotelu swoje ciepłe, ożywcze promienie, ale grube, kretonowe rolety, podszyte białym muślinem, utrzymywały w pokoju łagodny półcień. Doktor odsunął jedną z nich i otworzył okno. Strumień świeżego powietrza i jasne światło przedarły się do pokoju. Mężczyzna zbliżył się do łóżka i po raz pierwszy zobaczył twarz chorej w pełnym świetle. Rysy twarzy pani Delarivière, nieco zmienione cierpieniem i zupełnie wybladłe, zachowały łagodną regularność linii i wyraz wielkiej słodyczy. Grzegorz Vernier wlepił pełne zachwytu spojrzenie w tę ładną, młodą jeszcze buzię i zadrżał, nie mogąc powstrzymać zdziwienia. Twarz uderzająco przypominała inną, na której wspomnienie serce mu zabiło gwałtownie.

V

– O! – pomyślał doktor z coraz większym niedowierzaniem. – Przecież to niemożliwe, ale ja nie mogę się mylić... To nie przywidzenie. Te same rysy, te same rysy twarzy... To ta sama twarz, tylko starsza o piętnaście lat... Mam przecież dobrą pamięć... Patrząc na tą prześliczną buzię, zdaje mi się, że widzę urocze dziecko, które tak często widywałem to w Saint-Maudé, to na trawnikach lasku Vincennes, bawiące się ze swoimi towarzyszkami, urocze dziecko, za które oddałbym moją duszę... Skąd pochodzi to dziwne podobieństwo?... Czy to prawdopodobne, czy to możliwe, czy to tylko jakiś wybryk natury?...

Z głębokiej zadumy wyrwało Grzegorza Verniera wejście Róży, która wróciła z lekarstwem i srebrną łyżeczką. Doktor odebrał je od niej i odezwał się do znękanego pana Delarivière:

– Odwagi, szanowny panie! Odwagi i spokoju. Zapewniam pana, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Nie mi pan pomoże, musimy koniecznie unieść panią.

Bankier spełnił życzenie. Grzegorz Vernier podniósł poduszki za plecami Joanny i ułożył ją na łóżku niemal w pozycji siedzącej. Nalał lekarstwo na łyżeczkę i z niemałą trudnością wlał je pomiędzy zaciśnięte zęby młodej kobiety. Pan Delarivière, śmiertelnie blady, z zapłakaną twarzą, wyczekiwał ledwo żywy na rezultaty. Vernier wyciągnął zegarek i śledził przesuwające się wskazówki. W pokoju panowało głębokie milczenie. Upłynęło dziesięć minut, które dla bankiera były całym wiekiem. Doktor poważny i pewny siebie napełnił łyżeczkę miksturą i po raz drugi wlał ją znowu do ust chorej.

– Przypuszczam – odezwał się – że skutek nastąpi przed upływem dziesięciu minut.

– Dziesięć minut!... – powtórzył pan Delarivière i prawie zgasłym głosem dodał: – Czy ona cierpi?...

– Nie, panie... To stan letargiczny, pełne znieczulenie.

Znowu zapadło milczenie. Nagle, z nastaniem dziesiątej minuty, usta Joanny drgnęły, a z jej piersi dobyło się spazmatyczne westchnienie. Bankier krzyknął i chciał się rzucić ku chorej. Grzegorz Vernier powstrzymał go jednak gestem i szepnął:

– Ocalona! Nie może jednak pana zobaczyć ani usłyszeć. To warunek, by powoli wróciła do przytomności. Nie można przerywać tego budzenia się ciała i duszy. Po strasznym kryzysie, który mógł się okazać śmiertelny, przyjdzie – wskutek działania lekarstwa – dłuższy sen, ale łagodny i pokrzepiający.

– Jak długo będzie trwał ten sen?

– Nie mogę dokładnie określić, ale niech pan będzie spokojny, zapewniam pana, że chora jest uratowana...

Pan Delarivière chwycił obie dłonie doktora i uścisnął je z wdzięcznością. Oczy zaszły mu ponownie łzami, ale tym razem były to łzy radości. Zesztywniałe członki Joanny zaczęły nabierać życia. W tej chwili ktoś lekko zastukał do drzwi. Doktor sam poszedł otworzyć. Pani Lariol, właścicielka hotelu, weszła na palcach do pokoju. Była to niewysoka, czterdziestoletnia kobieta, zaokrąglona i bardzo ładna. Doktor przyłożył palec do ust na znak, że nie można mówić głośno i wskazał ręką pana Delarivière. Pani Lariol zbliżyła się do bankiera, złożyła mu głęboki ukłon i przyciszonym głosem rzekła:

– Niech mi pan wybaczy, że ośmielam się przychodzić tutaj niewzywana. Bardzo żałuję, że nie mogłam pana przyjąć osobiście. Jeszcze spałam... Kładę się spać ostatnia, więc niech mnie to usprawiedliwi. Przychodzę po dyspozycje. Mam nadzieję, że niczego panu nie brakowało i Róża dobrze mnie zastąpiła.

Pan Delarivière skinął potakująco głową, a doktor powiedział:

– Róża doskonale się wywiązała z obowiązków, kochana pani Lariol. Pan jest pod wrażeniem przyjęcia, jakie mu pani zapewniła.

– Bardzo mnie to cieszy – powiedziała gospodyni, rzucając badawcze spojrzenie na łóżko. – Szanowny pan z pewnością jeszcze kilka dni u nas pobędzie z powodu choroby pańskiej żony...

– To bardzo prawdopodobne, a nawet pewne – odrzekł bankier.

– Ośmieliłam się o to zapytać, ponieważ otrzymałam dziś rano telegram z Paryża, w którym proszono mnie o zarezerwowanie wszystkich frontowych okien hotelu. Jeżeli by więc państwo nie mieli zamiaru pozostać w hotelu, mogłabym wynająć okna i to za bardzo znaczną sumę.

– Wynająć okna? – powtórzył zdziwiony pan Delarivière, który – jak wiemy – nie słuchał wcale wcześniejszego opowiadania Róży. – Czy na tym placu ma się odbyć coś nadzwyczajnego?...

– Egzekucja... – odrzekł Grzegorz Vernier.

Bankier skrzywił się z odrazą.

– Tak, panie... – ciągnęła pani Lariol. – Będą gilotynować pewnego łotra, a ciekawych jest tak dużo, że oferują po sto franków za okno.

– Sto franków!... Żeby widzieć, jak człowiekowi spada głowa! – mruknął bankier. – Doprawdy słono płacą za tak okrutne widowisko.

– Łotr, któremu zostanie wymierzona sprawiedliwość, nie jest taki jak inni mordercy – wtrąciła gospodyni hotelu. – Jego proces zdobył niezwykły rozgłos... Skazany miał zagorzałych obrońców i zawziętych przeciwników. Z tego oto powodu, proszę pana, ze wszystkich stron świata przybywają gapie, ażeby być przy jego śmierci... Trzeba panu także wiedzieć...

Pani Lariol miała zamiar zacząć opowiadanie, ale doktor powstrzymał ją stosownym gestem.

– Niech się pani nie kłopocze – rzekł pan Delarivière. – Moja obecność nie narazi pani na żadną, nawet najmniejszą szkodę. Nie straci pani na tym, że nie wynajmie amatorom niezdrowych wzruszeń czterech okien, które zajmujemy.

– O! – wykrzyknęła pani Lariol. – Jeżeli uprzedziłam o tym pana, to wcale nie dla zysku, ale tak po prostu...

– Ażeby mnie zapoznać z bieżącą ceną – dokończył pan Delarivière.

– Tak jest, proszę pana...

– A wiec zapłacę jutro, tak jakbym i ja miał upodobanie patrzeć na głowę spadającą do zakrwawionego kosza. Niech pani każe dopisać do rachunku dwadzieścia luidorów za te cztery okna...

Pani Lariol przyjęła oświadczenie z uśmiechem i grzecznym ukłonem.

– Jest pan bardzo uprzejmy – powiedziała. – Czy mogę panu czymś służyć?...

– W tej chwili nic mi nie potrzeba.

– Czy nie zechce pan zjeść śniadania? – zapytał Grzegorz Vernier.

– W ogóle nie mam apetytu, doktorze.

– Być może, ale mimo to trzeba się koniecznie posilić! ... Niech się pan zmusi, abym niedługo nie musiał się zająć także panem... Rozumiem, że doświadcza pan ciężkich wzruszeń, ale nadzieja i spokój powinny już w pana wstąpić. Nie trzeba się niczego obawiać... Niech pan pamięta teraz o swoim zdrowiu, bo ono jest konieczne...

– Jeżeli się zgodzę na śniadanie, to tylko po warunkiem, że pan doktor nie odmówi mi towarzystwa.

– Ale...

– Przepraszam... żadnego ale! Tylko jeśli będziemy jeść razem, spróbuję coś przekąsić. Czuję, że gdybym pozostał sam, zabrakłoby mi odwagi.

– Ha! Jeżeli chodzi panu o dodanie panu odwagi, to zostanę.

– Za dwadzieścia minut wszystko będzie gotowe – zawołała pani Lariol. – Gdzie panowie każą sobie nakryć?

– Zejdziemy na dół – odrzekł doktor. – Tam będziemy mogli swobodnie porozmawiać, nie zakłócając spokoju chorej. Wybór menu pozostawiamy pani... Niech nas pani tylko zapewni, że ten hotel posiada pierwszorzędnego kucharza...

– Niech pan będzie spokojny...

– I niech będzie pani łaskawa powiadomić moją gospodynię, że nie przyjdę do domu...

– Zaraz pójdę o tym uprzedzić Magdalenę.

Pani Lariol wyszła, a pan Delarivière raz jeszcze podziękował doktorowi za przyjęcie zaproszenia.

– Rozumiem, że samotność w tej chwili byłaby dla pana bardzo przykra – rzekł uprzejmie młody człowiek. – Ale sza! Słyszał pan!?

Z ust Joanny wydobyło się lekkie westchnienie. Obaj panowie zbliżyli się do łóżka...