49,99 zł
Przejmująca opowieść o przyjaźni, siostrzeństwie i transformującej sile miłości
W każdy piątek o zachodzie słońca na plaży przed urokliwą księgarnią trzy przyjaciółki wznoszą toast za pomyślny los i stawanie się najlepszymi wersjami siebie. Ich wspólny biznes – połączenie księgarni, sklepiku z upominkami i cuki¬erni – jest spełnieniem marzeń każdej z kobiet. Ale choć ich przedsięwzięcie kwitnie, to życie osobiste właścicielek jest pełne zawirowań.
Mikki jest przekonana, że doskonale poradziła sobie z rozwodem, jakimś cudem zachowując dobre relacje z byłym mężem i eksteściami, dopóki w jej życiu nie pojawia się nowy mężczyzna. Bree, odrzucona przez rodziców i zmagająca się ze wspomnieniami o zmarłym mężu, stara się za wszelką cenę chronić swoje serce, szczególnie przed bratem Ashley – sławnym pisarzem i podróżnikiem. Tymczasem sama Ashley odkrywa, że miłość jej życia wcale nie zamierza się z nią ożenić...
Czy przyjaciółki opanują ten życiowy chaos?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 505
Data ważności licencji: 3/31/2031
Tytuł oryginału: The Boardwalk Bookshop
Przekład: Agnieszka Kasprzyk Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redakcja: Aleksandra Ptasznik Korekta: Monika Szeliga Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA
Copyright © 2022 by Susan Mallery, Inc. Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych ( text and data mining ) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-33-1 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla dr Angeli I., która może się pochwalić o wiele bardziej imponującym życiorysem zawodowym niż ja! Mam nadzieję, że przypadną ci do gustu postacie Mikki, Ashley i Bree, kobiet radzących sobie z tym, co niespodziewane, i odkrywających swoją prawdziwą siłę. Czasami odpowiedzią naprawdę jest miłość… we wszystkich jej przejawach.
1
Myślałam, że będzie tu więcej seksu.
Bree Larton wpatrywała się w swoją ponadsiedemdziesięcioletnią klientkę, niepewna, jak powinna zareagować. Parsknięcie śmiechem byłoby nie na miejscu, Ruth z pewnością by się obraziła.
– Musisz mi powiedzieć, czego potrzebujesz, żebym mogła wyszukać dla ciebie odpowiednią książkę – odpowiedziała, uśmiechając się łagodnie. – Prosiłaś o thriller polityczny. W takich powieściach przeważnie nie ma seksu.
– Nieprawda. – Mierząca zaledwie półtora metra, ale zadziorna niczym borsuk Ruth oblizała wargi. – James Bond ciągle uprawia seks, a przecież bez przerwy ratuje świat przed zagładą. Chcę właśnie taką książkę. Tykające bomby, krach finansowy, porwania, a potem wszyscy hop do łóżka! – Zamrugała. – Taka książka byłaby w sam raz.
– Znajdę ci coś w tym stylu. Może thriller rozgrywający się w różnych krajach? – Bree ruszyła w stronę właściwego regału. – Przychodzi mi na myśl parę tytułów. A co do seksu… wolisz monogamię czy bohaterowie mogą mieć kogoś na boku?
– Chcę, żeby kręcili coś na boku. – Oczy Ruth rozbłysły. – Ale bez nadmiernej perwersji. I żadnego seksu grupowego, bo się w tym pogubię.
– W porządku. – Bree stłumiła chichot. – Ograniczymy liczbę części ciała, dodamy nieco europejskiego szyku… – Wyciągnęła książkę z przystojniakiem na okładce. – Jeśli ci się spodoba, to ta autorka napisała jeszcze pięć innych.
– Biorę. – Ruth, blondynka o nienaturalnie żółtym odcieniu włosów i ustach pomalowanych wiśniową pomadką, przycisnęła powieść do wąskiej piersi.
Bree poleciła jej jeszcze kilkoro innych autorów. Ruth przez kilka minut przeglądała propozycje, po czym zaniosła stos książek do kasy.
– Myślę, że byłabym świetną asystentką Jamesa Bonda – powiedziała, podając kartę kredytową. – Kiedyś była ze mnie niezła laska.
– Wciąż jest z ciebie niezła laska – odparła Bree.
– Jestem już za stara na szpiegostwo. – Ruth zbagatelizowała komplement. – Ale nie odmówiłabym zjedzenia kolacji z przystojnym facetem. Będę po prostu musiała nadal żyć twoim życiem – uśmiechnęła się chytrze.
– Niestety obecnie nie mam faceta.
– Wiesz, Bree… – Ruth przysunęła się bliżej. – Podziwiam w tobie to, że nie czekasz na księcia z bajki. Dążysz do tego, czego pragniesz. Gdy miałam tyle lat co ty, nie było takich możliwości. W każdym razie nie w cywilizowanym społeczeństwie. Urodziłam się w niewłaściwym momencie.
– Myślę, że musimy sobie jakoś radzić z tym, co akurat mamy. – Bree nie miała bladego pojęcia, co powinna powiedzieć. – Za kilka tygodni Harding Burton będzie u nas podpisywał swoją książkę – dodała, wsuwając ulotkę do torby z zakupami.
Ruth spojrzała na plakat wiszący obok kasy i na jej jaskrawoczerwonych ustach pojawił się uśmiech.
– Nieźle się prezentuje.
– Być może. – Bree wzruszyła w duchu ramionami.
– Nie sądzisz, że to wyjątkowy przystojniak? Te oczy, ten uśmiech… Czy to nie ten gość, który w młodości został potrącony przez samochód, a kierowca zostawił go na poboczu na pastwę losu? – cmoknęła Ruth. – Taka tragedia. A jednak się pozbierał, stanął na nogi, a teraz, popatrz tylko… – Rzuciła szybkie spojrzenie na Bree. – Powinnaś się z nim przespać, a potem mi o tym opowiedzieć.
– Po pierwsze, nigdy bym ci o tym nie opowiedziała. – Bree omal się nie skrzywiła. – A po drugie, nie umawiam się z pisarzami.
Dzięki rodzicom i swojemu świętej pamięci mężowi dowiedziała się o pisarzach wystarczająco dużo, aby chcieć unikać ich do końca życia. Przynajmniej prywatnie, bo w pracy nie miała takiej możliwości. Była przecież właścicielką księgarni.
– Harding wygląda na takiego, dla którego warto zrobić wyjątek – ciągnęła Ruth. – Może ma jakieś interesujące blizny, mogłabyś je zbadać i…
– Przestań. – Bree wykonała gest pokazujący, że już wystarczy. – Jeśli interesują cię blizny Hardinga, to sama się za niego zabierz. Jak mógłby ci się oprzeć?
– Mam tyle lat, że mogłabym być jego matką.
Babką – skorygowała ją w myślach Bree, ale nic nie powiedziała. Miała słabość do bezpośredniej aż do bólu Ruth.
– A może pociągają go starsze kobiety – zasugerowała.
– Miło by było.
Ruth wciąż się śmiała, gdy Bree odprowadzała ją na parking. Anson, kierowca starszej pani, czekał na drodze pożarowej z zakazem parkowania i pomógł Ruth wsiąść do Mercedesa. Bree została na zewnątrz, dopóki nie odjechali.
Wczesny wieczór na plaży w Los Angeles niemal zawsze ma w sobie coś magicznego, jednak w czerwcu, przy pogodnym niebie, wygląda po prostu jak ze snu. Ciepłe powietrze, palmy, piasek i przypływ. Szczerze mówiąc, Bree nie powinna narzekać na swoje życie. Nawet niemożliwe do zaspokojenia oczekiwania czytelnicze Ruth wydają się nieistotne w porównaniu z widokiem z drzwi wejściowych do jej księgarni.
Jeszcze pół roku temu Dryfujące Książki znajdowały się ponad trzy kilometry na północ i trzy przecznice od plaży. Jesienią, gdy na rynku pojawił się obecny lokal, Bree aż oblizała się z zachwytu. Miejsce przy nabrzeżu kosztowało jednak fortunę, a poza tym potrzebowała tylko połowy tej powierzchni.
Ten dzień należał jednak do owych rzadkich momentów, gdy los przynosi nieoczekiwaną okazję – dwie inne kobiety prowadzące firmy również zachwyciły się tym lokalem. Obie uznały go za miejsce, w którego istnienie aż trudno było uwierzyć, stojące tak po prostu na plaży. Okazało się jednak, że dla nich także było zbyt duże i drogie.
Bree spontanicznie zaprosiła je na kawę. Przez kolejną godzinę dyskutowały o możliwości wspólnego najmu. Bree zazwyczaj nie ufała nikomu, dopóki go dobrze nie poznała, ale w Mikki i Ashley było coś, co sprawiło, że zapragnęła zaryzykować. Pod koniec tygodnia Dryfujące Książki, Sklepik z Upominkami i Muffinki na Maksa podpisały dziesięcioletnią umowę najmu i zatrudniły firmę do remontu wnętrza. Bree zmieniła nazwę swojego biznesu z Dryfujących Książek na Księgarnię przy Deptaku i był to ostatni krok, dzięki któremu ten biznes naprawdę zaczął należeć do niej. Wprowadziły się we trzy w pierwszy poniedziałek po świętach.
Patrzyła teraz na długi, niski budynek. Olbrzymie okna wystawowe osłaniały markizy w białe i niebieskie paski. Wielkie szklane drzwi rozsuwały się na boki, zacierając granicę między sklepem a plażą. Jej księgarnia i sklepik Mikki znajdowały się po bokach lokalu, a stoisko z muffinkami Ashley zajmowało centralne miejsce.
Na jasno oświetlonych ladach widniały książki, upominki i muffinki, ustawione według sezonowych motywów. Olbrzymi wybór lektur na plażę, kosmetyków z filtrem przeciwsłonecznym, japonek i kapeluszy z szerokim rondem wabił turystów, którzy przyjeżdżali nad ocean nieprzygotowani.
Bree weszła do księgarni i uświadomiła sobie, że zbliża się zachód słońca. Wzięła koce oraz kieliszki do szampana i przystanęła na chwilę, żeby poprawić plakat zapowiadający spotkanie autorskie z Jairusem Sterenbergiem, twórcą popularnej serii książeczek dla dzieci o smoku Bradzie. Jairus mieszkał w pobliskiej miejscowości Mischief Bay i był zawsze mile widzianym gościem księgarni, jednym z niewielu pisarzy, których Bree lubiła. Przyjeżdżał wcześnie, zostawał do późna i prosił jedynie o stolik oraz szklankę wody. Przywoził ze sobą nawet własny długopis.
Na drugim biegunie znajdował się ten, którego imienia i nazwiska nie należało wymawiać – znany autor powieści detektywistycznych, który okazał się chodzącym koszmarem. Roszczeniowy, zawsze nieco podpity i niepotrafiący utrzymać rąk przy sobie, podczas ostatniego spotkania z czytelnikami klepnął Bree w tyłek o jeden raz za dużo i zapracował sobie na zakaz wstępu do jej księgarni. Pomimo próśb ze strony jego agenta i pisemnych przeprosin samego pisarza Bree nie ustąpiła. Księgarnia przy Deptaku należała do niej i to ona ustalała obowiązujące tu zasady. Żadnej poważnej literatury, żadnych egzystencjalnych „coś tam, coś tam” i żadnych facetów dotykających kobiety bez ich zgody. Może to niewiele, ale przynajmniej nad tym kawałkiem świata miała kontrolę.
Mikki dostrzegła ją i powitała uśmiechem.
– I znowu czekamy na Ashley. Zauważyłaś?
– Ach, ta dzisiejsza młodzież… – zażartowała Bree.
Mikki, pozytywnie nastawiona do życia blondynka o gęstych włosach i kształtach bujniejszych niż zebrane razem kształty Bree i Ashley, wybuchnęła śmiechem.
– Dobre. Jestem od niej starsza o zaledwie dziesięć lat, więc jeśli Ashley zaliczasz do młodzieży, to jestem młodsza, niż myślałam. Może w takim razie nie będę się aż tak przejmować moją czterdziestką tej jesieni.
– Naprawdę się tym martwisz?
– Nie wiem. – Mikki zmarszczyła nos. – Czasami. Może. Czterdzieści brzmi o wiele gorzej niż trzydzieści parę.
– Czterdzieści to nowe dwadzieścia pięć.
– Jeśli ja mam dwadzieścia pięć, to Ashley ma jedenaście. – Mikki odzyskała dobry humor. – A to może przysporzyć nam kłopotów prawnych z wynajmem. – Pomachała trzymaną w garści butelką szampana. – No weź. Musimy się tym zaopiekować. Gdy Ashley skończy wysyłać miłosne esemeski do Setha, będzie wiedziała, gdzie nas znaleźć.
Wyszły z budynku i pomaszerowały plażą. Wraz z zachodem słońca zrobiło się trochę chłodniej, a piątkowe tłumy zaczęły się przerzedzać. Niebo powoli ciemniało, ale horyzont wciąż lśnił jasnym błękitem ze złocistymi akcentami.
Po lewej stronie znajdowała się kępa palm, stało kilka budek z pamiątkami i zaczynał się deptak, który ciągnął się aż do Redondo Beach. Po prawej znajdowały się kolejne sklepy i restauracje, ławki, parking i hotele. Przed nimi rozciągał się Pacyfik – wielki, niebieski i tego wieczoru zaskakująco spokojny.
Zatrzymały się jakieś dziesięć metrów od brzegu, rozłożyły koce i usiadły. Mikki uniosła butelkę.
– Perrier–Jouët Blason Rosé – oznajmiła z dumą. – Znawczynie Wina przyznały mu dziewięćdziesiąt trzy punkty i twierdzą, że „w tym doskonale zbalansowanym różowym szampanie można odnaleźć subtelną nutę słodkiej ziemistości, uzupełniającą aromaty owoców, w tym truskawki i brzoskwini, ze szczyptą korzennych przypraw”.
– Sama już nie wiem, co mi bardziej imponuje: to, że odchodzisz od tradycyjnego szampana, czy to, że cytujesz z pamięci recenzje Znawczyń Wina. – Bree uśmiechnęła się szeroko.
– Uwielbiam je. Rozkoszuję się każdym napisanym przez nie tekstem. Gdyby były facetem, zmusiłabym go, aby się we mnie zakochał. A potem wskoczylibyśmy do łóżka.
– To by zdruzgotało Earla.
Mikki zdjęła z szyjki butelki różową folię i wsunęła ją do kieszeni szortów w kolorze khaki.
– Musiałby się z tym jakoś pogodzić. – Uniosła butelkę. – Spójrz na ten kształt. Piękny. I ta etykietka. Projektant zasługuje na brawa.
Mikki przytrzymała korek lewą dłonią, a prawą uchwyciła denko butelki. Zamiast szarpać korek, jak to często robią bohaterowie filmów, obróciła butelkę kilkanaście razy, aż korek bezgłośnie wysunął się z szyjki.
Umowę najmu podpisały jesienią, w piątek, późnym popołudniem. Były tak podekscytowane, że od razu pojechały zobaczyć lokal. Słoneczny, ciepły dzień niósł ze sobą obietnicę pięknego zachodu słońca. Okazało się, że Bree przypadkiem miała w samochodzie butelkę szampana, więc zaproponowała, żeby ją otworzyć i uczcić ich nowe przedsięwzięcie. W kolejny piątek zrobiły to samo i tak narodziła się nowa tradycja.
Gdy Bree po raz pierwszy otworzyła szampana w towarzystwie swoich wspólniczek, korek z hukiem wyskoczył z szyjki butelki, a spieniony napój rozlał się dookoła. Na twarzy Mikki odmalowało się wtedy przerażenie tak wyraźne, że aż zabawne.
– Wypuszczasz wszystkie bąbelki – wyjaśniła. – To zmienia istotę szampana i rujnuje całe doświadczenie.
– „Rujnuje” to trochę mocne słowo – zauważyła Ashley. – To wciąż naprawdę dobry szampan. Lepszy niż to, co zazwyczaj piję. Oczywiście szampana piję przeważnie na weselach, a tam zamawia się go dla dwustu osób, więc cena też ma znaczenie.
– Szampana należy traktować z szacunkiem – odparła Mikki. – Nie pij byle czego.
Od tamtej pory co tydzień któraś z nich kupowała butelkę na piątkowy zachód słońca. Ashley konsultowała swoje wybory z Mikki, a Bree podejmowała ryzyko i wybierała sama.
Mikki napełniła kieliszki i postawiła butelkę na ziemi, lekko wciskając ją w piasek, żeby stała prosto.
– Za nas! – Stuknęła się kieliszkiem z Bree. – I za idealne zachody słońca.
Bree uśmiechnęła się i upiła łyk. Zamknęła oczy, pozwalając, aby pienisty napój rozlał się na jej języku na sekundę przed jego przełknięciem. Mikki zaraz zapyta, czy jej smakuje, a odpowiedź, że jest pyszny, nie wchodzi w grę.
– Wyborny – rzekła, maskując uśmiech. – Wyczuwam wyraźny smak owoców jagodowych z domieszką cytrusów. Zaskakująco kremowy.
– Też tak uważam. – Mikki spojrzała na nią z aprobatą. – Całkiem przyjemny w smaku. Podoba mi się.
– Nieee! Zaczęłyście beze mnie!
Krzyk rozległ się tuż za nimi, ale żadna się nie obejrzała. Bree uniosła trzeci kieliszek, a Mikki go napełniła. Wysoka, szczupła i rudowłosa Ashley o wielkich, niebieskich oczach i wydatnych wargach padła na piasek tuż obok Mikki, robiąc nadąsaną minę.
– Nie zaczekałyście – rzuciła. – Miałyście zaczekać.
– Miałaś się nie spóźniać – przypomniała Mikki. – W każdy piątek piszesz z Sethem i się spóźniasz. Sama się zgodziłaś, że albo będziesz przychodzić punktualnie, albo będziemy zaczynać bez ciebie.
– Myślałam, że presja coś tu pomoże… – Ashley zwiesiła głowę. – A tymczasem mam tylko poczucie winy.
– Twoje chroniczne spóźnialstwo musi mieć mieć coś wspólnego z twoją matką – stwierdziła Mikki, popijając szampana.
– Moja mama przebija twoją pod każdym względem – zaśmiała się Ashley.
– No nie wiem… – Mikki wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Rita szła na każdą imprezę jako wcielenie Kłapouchego, a potem opowiadała, jak bardzo dołowało ją to, że wszyscy świetnie się bawili.
– Wyobrażam to sobie – przyznała Ashley. – W takim razie zdrowie naszych matek. I cudownego Setha. Absolutnie nie mam poczucia winy, że z nim piszę. On kocha mnie, a ja jego.
– Tak, wiemy… – Bree omal nie jęknęła. – To takie wspaniałe.
– Jest zazdrosna. – Mikki i Ashley szturchnęły się ramionami, a Bree uniosła kieliszek.
– Nie, nie. Nie krępujcie się z tym związkowym gruchaniem i zachowywaniem się jak kwoki.
– Nie zachowujemy się jak kwoki. Co to w ogóle ma znaczyć?
– Nie mam pojęcia – oświadczyła Mikki. – Bree?
– Tak się po prostu mówi.
– Tak się po prostu mówi? Że jesteśmy kwokami?
Bree zachichotała i popatrzyła na zachodzące słońce, odbijające się w falującym oceanie. Niedaleko szła jakaś rodzina. Starszy syn biegł przodem, za nim rodzice prowadzili za ręce młodsze dziecko.
Wyglądają na szczęśliwych, pomyślała Bree, przyglądając im się tak, jakby byli jakimś nieznanym gatunkiem. Bez wątpienia ta mama i ten tata kochają swoje dzieci, troszczą się o nie. Mikki też dba o dwójkę swoich dzieciaków. A rodzice Ashley są wspaniali. Ale nie wszyscy rodzice są dobrymi ludźmi.
Mikki ponownie napełniła kieliszki.
– Ashley, sporo klientów mówi o spotkaniu autorskim twojego brata. Kiedy go poznamy?
– W poniedziałek. Przeprowadza się do nowego domu.
Brat Ashley – Harding – wrócił niedawno do Los Angeles po kilkunastu miesiącach spędzonych na podróżach po całym kraju, podczas których podpisywał swoją książkę i zbierał materiały do kolejnej. Wynajął dom i ponoć ciężko pracował nad swoją trzecią publikacją. A w międzyczasie miał pojawić się na spotkaniu z czytelnikami w Księgarni przy Deptaku, co bez wątpienia przyciągnie istne tłumy.
Pisarze, westchnęła w myślach Bree. Denerwujący, ale potrzebny gatunek. Klienci lubią spotkania autorskie, więc musi zapraszać pisarzy do swojej księgarni.
– Nie mogę się doczekać, żeby go poznać – oświadczyła Mikki. – To taka interesująca historia. Bree, czy ty też się tak ekscytujesz tym spotkaniem?
– Aż trudno to wyrazić słowami.
– To sarkazm, tak? – Mikki przyjrzała się jej uważnie.
– Tak – zaśmiała się Bree. – To sarkazm.
– Jak możesz być właścicielką księgarni, uwielbiać książki i nienawidzić pisarzy?
– To nie jest nienawiść. Po prostu nie życzę sobie ich obecności w moim życiu.
– Ale z ciebie dziwadło. – Mikki odwróciła się do Ashley. – Pomóż mi, powiedz jej, jakie jest z niej dziwadło.
Ashley nie dołączyła jednak do dokuczania Bree i spuściła wzrok.
– Tak, no cóż, powinnyśmy porozmawiać o Hardingu. A konkretniej o nim i o tobie.
– Przecież ja go nie znam. – Bree zmieniła pozycję, aby móc spojrzeć na Ashley.
A to oznacza, że nie powinno być żadnych problemów. Chyba, że…
– Ma jakieś specjalne potrzeby? – westchnęła. – Wyłącznie żółte M&M’sy albo mleko od francuskich kóz serwowane w kryształowym pucharze?
– Nic z tych rzeczy – odparła Ashley. W jej głosie dźwięczało zmartwienie. – To wspaniały facet, wiem, że go polubisz… – Zaplotła palce wokół kieliszka. – Ja tylko… no wiesz… boję się tego, co się stanie.
W odpowiedzi na pytające spojrzenie Bree Mikki wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia, o czym ona mówi.
– Ja też – odparła Bree.
Ich zazwyczaj radosna, choć nieco spóźnialska wspólniczka najwyraźniej gadała bez sensu.
– Boję się, że go skrzywdzisz. – Ashley gwałtownie wypuściła powietrze.
– Bo mam doświadczenie w sztukach walki?
– Znasz taekwondo? – Mikki uniosła brwi.
– Ja mówię serio. – Ashley wstała niezgrabnie i rzuciła im gniewne spojrzenie. – Harding to mój brat, kocham go. Wystarczająco dużo już przeszedł w życiu. Gdybyś widziała go wtedy, po tamtym wypadku, też chciałabyś go chronić.
– Ashley, przepraszam. – Bree też się podniosła z piasku. – Nie będziemy się już z tobą droczyć. Widzę, że się zdenerwowałaś, ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czym.
– Złamiesz mu serce. – Ashley zamrugała kilka razy, jakby próbowała powstrzymać łzy. – Jesteś piękna, zabawna, seksowna, każdy facet na tej planecie cię pragnie.
– Z wyjątkiem Setha – wtrąciła się Mikki, przyglądając się koleżankom. – Seth widzi wyłącznie ciebie, Ashley.
– No dobra, jasne, w takim razie pragnie cię co drugi facet. Harding na pewno się w tobie zakocha. Prześpisz się z nim, a potem go rzucisz i złamiesz mu serce. Wiem, że sprawia wrażenie silnego, ale serce można mu złamać bez trudu. – Ashley przełknęła ślinę. – Jesteś moją przyjaciółką i zależy mi na tobie, ale Harding to mój brat. Proszę, nie rób mu krzywdy.
Bree patrzyła na nią, nie mając pojęcia, co powinna odpowiedzieć czy w ogóle pomyśleć lub poczuć. Podobał się jej kawałek o tym, że jest piękna i seksowna, natomiast niespecjalnie cieszyło ją założenie, że prześpi się z Hardingiem, a potem go rzuci – zupełnie jakby była jakimś potworem żywiącym się bezbronnymi mężczyznami. Zdzirowatym potworem zostawiającym za sobą zgliszcza cudzego życia.
Chciała zaprotestować, że jej relacje to jej sprawa i że zawsze wyraźnie precyzuje swoje oczekiwania (lub ich brak), gdy zaczyna się z kimś spotykać. Jeżeli jakiś facet jej nie uwierzy, to jego problem, a nie jej. Nigdy nie obiecuje więcej, niż jest w stanie dać. Jednoznacznie określa termin ważności – jeśli facet nie potrafi sobie z tym poradzić, to ona się zwija, zanim do czegokolwiek dojdzie.
Tylko nie o to chodziło. Ashley chciała, żeby Bree nie złamała Hardingowi serca. To zabawne, jak nikt nigdy nie przejmował się uczuciami Bree. Przywykła do tego dawno temu. Zawsze była sama – musiała chronić samą siebie, bo nikt inny nie zamierzał tego zrobić.
– Gdybyś mnie lepiej znała, wiedziałabyś, że nigdy nikogo celowo nie krzywdzę – powiedziała cicho.
– Nie chciałam cię zdenerwować – obruszyła się Ashley. – Chodzi tylko o to, że Harding to całkiem zwyczajny facet, a ty to ty.
– Nie każdy facet, z którym wskakuję do łóżka, zakochuje się we mnie – zwróciła jej uwagę Bree.
– Ale większość tak. – Ashley wskazała ruchem głowy sklep ze sprzętem dla surferów na końcu przecznicy. – Ze Smutasem przespałaś się dwa razy w styczniu i gość do tej pory na twój widok ociera zimny pot z czoła. To żałosne.
– I smutne – dodała półgłosem Mikki. – Biedny Smutas.
Bree rzuciła jej spojrzenie z gatunku „nie pomagasz”, ale Mikki odpowiedziała tylko mrugnięciem. Bree ponownie skupiła uwagę na Ashley.
– Przykro mi, że martwisz się mną i swoim bratem. Nie chcę ci niczego utrudniać i z pewnością nie chcę skrzywdzić jego. Przyrzekam, że nawet nie poznam go osobiście. Co ty na to?
– Nie chcę, żebyś mi obiecywała coś takiego. – Ashley pokręciła głową. – To nie w porządku. Poza tym on tu mieszka, więc to wręcz niemożliwe. Jedynym powodem, dla którego jeszcze się nie spotkaliście, jest jego plan wyjazdów. Ale jesteśmy wspólniczkami, a teraz, gdy Harding wrócił do miasta… – westchnęła. – Po prostu nie złam mu serca.
– Nie złamię.
– To by była niezła heca, gdyby on złamał serce Bree, co nie? – Mikki wstała i się zaśmiała. – Wiem, że nigdy do tego nie dojdzie, ale sama myśl jest całkiem zabawna.
– Mniej zabawna niż ci się wydaje – odparła Bree.
– Myślę, że to prawda, gdy chodzi o ciebie. No dobrze, udało się nam już oczyścić atmosferę? Przytulimy się?
Mikki rozłożyła szeroko ramiona. Ashley podbiegła ku niej, Bree zawahała się przez sekundę. Nie była osobą uwielbiającą uściski i musiała jakoś sobie z tym radzić od chwili, gdy poznała Mikki, która przytulała się ze wszystkimi niemal bez przerwy. Przygotowała się na kontakt fizyczny i ruszyła w jej kierunku.
Wszystkie trzy stały przytulone do siebie przez kilka sekund, a potem cofnęły się i usiadły na kocach. Ashley uniosła kieliszek.
– To jest naprawdę dobry szampan. Seth i ja wybieramy się jutro na kolejne wesele. Chyba jego kuzyna. – Utrzymując kieliszek w równowadze, przechyliła się w tył i położyła na piasku. – W każdym następnym miesiącu czekają nas przynajmniej trzy wesela, i tak aż do początku września.
– Taki okres w życiu – zauważyła Mikki. – W kolejnych latach możesz nie dostać nawet jednego zaproszenia. A mnie zostało już tylko kilka lat do drugiej rundy, czyli wesel moich dzieci i ich przyjaciół.
– Nigdy nie myślałam o weselach jak o okresie życia, ale masz rację – odparła Bree.
Od wieków nie była już na żadnym ślubie. Nie żeby jej tego jakoś specjalnie brakowało. Nie wierzyła w obietnicę miłości do grobowej deski. Już nie. Podejrzewała, że powinna – w końcu jej rodzice nadal kochali się tak samo jak tego dnia, gdy uciekli razem z domu, aby wziąć ślub. Jednak jej własne małżeństwo rozwiało wszelkie złudzenia, że była jej pisana wielka miłość.
– Rano będę w sklepie. – Mikki sprawdziła, czy w butelce jeszcze coś zostało. – Potem jadę pozałatwiać różne sprawy. W niedzielę po południu robimy z Perrym grilla, czujcie się zaproszone. Grill jest dla dzieciaków i ich przyjaciół. Z okazji zakończenia szkoły i początku wakacji.
– Jak to jest, że wy potraficie robić takie rzeczy razem? – Ashley usiadła. – Przecież jesteście po rozwodzie.
– Owszem, ale mamy dzieci, więc nie uciekniemy przed takimi sprawami. A poza tym nie rozwiedliśmy się dlatego, że się wzajemnie nienawidziliśmy. Po prostu każdemu z nas zależało na czymś innym.
– Perry wie o Earlu? – Bree wyciągnęła kieliszek po dolewkę szampana.
– Nie – parsknęła śmiechem Mikki. – To nie jest temat do rozmów z facetem. Przyjaciółki nie oceniają.
– Teraz już się do tego przyzwyczaiłam, ale nieźle to mną wstrząsnęło, gdy pierwszy raz wspomniałaś, że dałaś swojemu wibratorowi na imię Earl – uśmiechnęła się Ashley.
– A mną nie – wymamrotała Bree. Co kto lubi. Ona by raczej wolała faceta, ale Mikki nie należała do fanek jednorazowych przygód. Bree była w stanie zrozumieć kobietę, która potrzebowała w swoim życiu Earla.
– Powinnaś wypróbować jakiegoś Earla, zanim wydasz opinię – rzekła sztywno Mikki. – Jeśli chodzi o seks, to najlepszy związek, w jakim kiedykolwiek byłam. Jest niezawodny, bezinteresowny i nigdy się nie męczy.
– Jednak wolę Setha – mruknęła Ashley.
– Ja też należę do kategorii „wolę prawdziwego penisa od mechanicznego”, ale mówię to nieoceniająco. – Bree kiwnęła głową.
– Dzięki – odparła Mikki. – Earl i ja jesteśmy ze sobą szczęśliwi i tylko to się liczy.
– Wygrałaś! – Ashley zaśmiała się cicho i uniosła kieliszek. – Za Earla. Oby nigdy nie padły mu baterie.
2
Oho, masz dziwną minę. Aż tak kiepski?
Ashley Burton z całych sił próbowała się nie roześmiać.
– Nie chcę nikogo krytykować – odpowiedziała szeptem Sethowi. – Wiem, że mają ograniczony budżet. Obawiam się jednak, że Mikki wywarła na mnie dość niespodziewany wpływ. – Upiła kolejny łyk szampana, starając się nie krzywić z powodu zbyt słodkiego smaku. – Jest aż tak kiepski.
– Musimy tylko wznieść toast za młodą parę.
– Całe szczęście.
Kilka miesięcy temu Ashley nie byłaby w stanie odróżnić dobrego szampana od byle jakiego, ale odkąd została wspólniczką Bree i Mikki, przeszła przyspieszone szkolenie w kwestii co bardziej wyrafinowanych cech tego trunku.
Żadna z nich nie interesowała pozostałych gości na tym weselu, pomyślała z uśmiechem. Wystarczało im to, że ich przyjaciele biorą ślub, że mogą dobrze zjeść i cieszyć się swoim towarzystwem. W jej przypadku – towarzystwem Setha. Niektórzy faceci nie znosili takich imprez jak wesela, ale Seth zawsze je uwielbiał.
Dzisiejsze przyjęcie odbywało się w Redondo Beach, w dużym domu nieopodal Pacific Coast Highway. Widok z okien nie był spektakularny, ale wokół rozciągał się ładny teren i było mnóstwo miejsca. Didżej grał całkiem nieźle, przekąski zapowiadały się ciekawie, a Ashley zamierzała tańczyć z Sethem do białego rana.
Dołączyli do nich znajomi, Krissy i Karl. Karl skrzywił się, rozglądając się dookoła.
– Wesela mnie wykańczają – zaczął marudzić. – To już trzecie w tym roku, a jest dopiero czerwiec. Przez całe lato mamy jakieś w planach, co dwa tygodnie.
– Ja uwielbiam wesela – odparła Krissy. – A ty uwielbiasz mnie.
– I to tłumaczy, dlaczego tu jestem. – Karl przewrócił oczami. – Dlaczego kobiety nie lubią równie mocno baseballu?
Seth objął Ashley w talii.
– Pomyśl o tym jak o fizycznym przejawie miłości nowożeńców.
– Dziś będzie sporo takich przejawów – parsknął Karl, na co Krissy go szturchnęła.
– Karl, jesteśmy w miejscu publicznym, nie bądź sprośny!
– Ale ty lubisz, gdy jestem sprośny.
– W takim razie zabieram moją piękną dziewczynę do naszego stolika. – Seth pokręcił głową. – Muszę się nią pochwalić przed wszystkimi.
– Karl jest w kiepskim humorze – zauważyła Ashley, gdy oddalili się poza zasięg słuchu znajomych. – Chyba naprawdę nie lubi wesel. A ty? Nie jesteś już nimi trochę zmęczony?
– Nie, jeśli jestem tu z tobą. – Seth pokręcił głową.
– Odpowiedź poprawna politycznie! – Ashley uśmiechnęła się szeroko.
– Hej, jesteś moją dziewczyną! – Seth musnął jej usta swoimi. – Chcę, żebyś była szczęśliwa.
– Jestem.
Spojrzała mu prosto w oczy i ujrzała w nich miłość. Ktoś na nich wpadł, przerywając im kontakt wzrokowy, ale gdy Ashley i Seth ruszyli w stronę stolików, jej policzki wciąż były zarumienione.
Seth był naprawdę wspaniałym facetem i nie miał żadnych problemów z mówieniem jej, ile dla niego znaczy. Mieszkali razem od prawie trzech miesięcy, a ich związek z każdym dniem stawał się coraz silniejszy. Wkrótce, pomyślała, Seth mi się oświadczy i przejdziemy do kolejnego etapu życia.
Odnaleźli swoje miejsca i przedstawili się sąsiadom przy stoliku. Gdy pogawędki zapoznawcze ucichły, Seth spojrzał na Ashley.
– Pamiętasz, że wyjeżdżam na dwa dni, poniedziałek i wtorek? – spytał, pochylając się i splatając z nią palce.
– Tak – odparła. – Wysłałeś mi wiadomość z informacjami o samolocie i hotelu. Dwukrotnie.
– Chciałem się upewnić, że będziesz wiedzieć, gdzie jestem.
– Kochanie, przecież ja kilka miesięcy temu wszczepiłam ci w ramię lokalizator GPS! – Ashley poklepała go po ręce. – Wiem o każdym twoim kroku.
– Serio? – Seth wybuchnął śmiechem. – Kiedy?
– Podczas snu.
– A lokalizuj sobie, ile chcesz. Nie mam przed tobą żadnych tajemnic.
Faktycznie, pomyślała. Seth pracował dla Too Many Names Productions – znanego producenta filmowego. Zajmował się aspektami biznesowymi i zarządzał budżetem kilkunastu produkcji. Lubił mawiać, że jest facetem, który wyjaśnia reżyserom, że nie, nie sprowadzi na plan trzech lwów i goryla, aby nakręcić z nimi trzydziestosekundowe ujęcie, nawet gdyby to miało wyglądać „odlotowo”. Czasami jego praca polegała na tym, że leciał w miejsce, gdzie kręcono sceny, aby skontrolować rozliczenia. Zazwyczaj robił to jeden z jego podwładnych, ale przy wysokobudżetowych filmach Seth lubił zajmować się tym osobiście.
– Dasz sobie radę? – spytał.
– Tak. Harding odbiera klucze do wynajętego domu w poniedziałek, pomogę mu się wprowadzić. A we wtorek mam jak zwykle wolontariat w Fundacji WIOSŁO. Poradzę sobie.
– Ale będziesz za mną tęsknić?
– W każdym momencie – odpowiedziała z uśmiechem i przysunęła się bliżej. – Gdy wrócimy do domu, może będziesz miał ochotę coś niecoś poprzejawiać?
– Miałem nadzieję, że to powiesz! – Seth się zaśmiał i przyciągnął ją do siebie.
Mikki Bartholomew była gotowa przyznać, że popełniła błąd, wybierając się do fryzjera. Jej zwyczaj robienia co pół roku pasemek i przycinania końcówek wymknął się poprzedniego dnia spod kontroli, gdy wypowiedziała słowa, których niemal zawsze w takich przypadkach później żałowała. „Zróbmy tym razem coś innego”.
Po dziewięćdziesięciu minutach nadal była blondynką, ale jej włosy ledwo sięgały teraz ramion. Próbowała sobie wmówić, że krótsza fryzura odejmuje jej lat i nadaje awangardowy wygląd, była jednak całkiem pewna, że się okłamuje.
– Powinnam się dziesięć razy zastanowić przed dokonaniem jakiejkolwiek zmiany, gdy się czymś denerwuję – mamrotała, sprawdzając widelcem ziemniaki gotujące się na sześciopalnikowej kuchence. Zawsze mówiła swoim dzieciom: „Jeżeli nie jesteście w stanie trzeźwo myśleć, nie róbcie tego, czego nie można cofnąć”. Z technicznego punktu widzenia włosy jej w końcu odrosną – a do tego momentu miała na głowie widoczną przypominajkę, że złamała swoją własną, niezwykle rozsądną zasadę.
Zerknęła na zegarek na kuchence mikrofalowej. Ziemniaki potrzebowały jeszcze minuty. Boczek usmażyła już wcześniej, zachowując wytopiony tłuszcz. Jej sałatka ziemniaczana nie była wprawdzie zdrowa, ale za to przepyszna i cała rodzina ją uwielbiała. Przygotowała burgery na grilla, wyjmując gotowe wegekotlety z opakowania – łatwizna. Gdy ziemniaki będą się chłodzić w lodówce, zacznie szykować sałatkę z kukurydzą. A tuż przed imprezą zrobi surówkę. Musi jeszcze wrzucić kurczaka do marynaty, ale to zabierze tylko chwilę. Perry przywiezie napoje gazowane i piwo, lodu jest tyle, ile trzeba, a na deser będą babeczki przywiezione przez Ashley i lody z zamrażarki stojącej w garażu.
– Chyba jestem gotowa – mruknęła, założyła rękawice kuchenne i zaniosła ciężki garnek do zlewu.
Na popołudniowym spotkaniu spodziewała się mniej więcej trzydziestu osób. Teściowie, matka, dzieciaki i ich znajomi, Perry, rzecz jasna, Bree, Ashley i Seth. Nieformalna impreza na rozpoczęcie lata.
Odcedziła ziemniaki, przełożyła je do dużej salaterki i polała tłuszczem wytopionym z boczku, mieszając tak, aby pokryły się nim równomiernie. Następnie zaniosła miskę do lodówki stojącej w garażu. Gdy wróciła do kuchni, zastała tam Sydney, swoją córkę. Dziewczyna siedziała przy dużej wyspie kuchennej, z kubkiem w dłoni.
– Jeszcze nie ma dziewiątej – uśmiechnęła się Mikki. – Co tu robisz tak wcześnie?
– Bardzo śmieszne – Sydney się zaśmiała. – Postanowiłam wstać wcześniej, żeby ci pomóc. Dopiję kawę – stłumiła ziewnięcie – i będziesz mogła mi przydzielić jakieś zadania.
Osiemnastoletnia Sydney, prawdopodobnie najmądrzejsza znana Mikki osoba, wróciła właśnie do domu po pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Stanforda. Szkołę średnią ukończyła szybciej niż rówieśnicy, ignorując błagania matki, by została jeszcze w ostatniej klasie i wzięła udział we wszystkich rytuałach przejścia, takich jak zjazd absolwentów czy bal maturalny. Sydney nie była typową nastolatką – miała własny pomysł na życie i chciała zacząć go realizować tak wcześnie, jak tylko się da.
Teraz trzymała w ręce ceramiczny uchwyt na karteczkę z imieniem osoby zajmującej dane miejsce przy stole.
– Mamo… serio? – spytała, odwracając go tak, żeby Mikki mogła przeczytać, co było napisane na wizytówce.
Zawiera boczek. Danie niewegetariańskie.
– Chcę, żeby to było jasne – oświadczyła Mikki. – Przynajmniej dwoje spośród twoich przyjaciół nie je mięsa.
– Mogą zjeść sałatę. Poza tym wiem, że kupiłaś dla nich wegeburgery.
– Owszem, muszą zjeść coś więcej niż samą sałatę. Powinnaś ich wspierać.
– A ty nie powinnaś tworzyć dla nich specjalnych możliwości. Żyjemy w świecie mięsożerców.
– Z technicznego punktu widzenia jesteśmy wszystkożerni. Myślałam, że twoi wytworni wykładowcy ze Stanforda przekazali ci tę wiedzę. Oddawaj forsę za studia.
– Za późno – zachichotała Sydney. – Przepuściłam wszystko na podręczniki i kawę.
– Weź prysznic i się ubierz. – Mikki machnęła ręką w stronę schodów. – Możesz mi pomóc po śniadaniu, nie pali się. Panuję nad wszystkim.
– Jak zwykle. Zaraz wrócę.
Sydney wstała, przeciągając się. Mikki patrzyła, jak córka się oddala, z zazdrością obserwując jej szczupłe biodra i wąską talię. Sydney skutecznie uniknęła rodzinnej klątwy dużych cycków i łatwego tycia. Will z kolei odziedziczył szczupłą budowę ciała i szerokie barki po ojcu, pozostawiając Mikki sam na sam z wagą wymykającą się spod kontroli. To oznaczało, że dziś będzie mogła sobie pozwolić na absolutnie minimalną porcję sałatki ziemniaczanej, pomyślała, wchodząc do swojego maleńkiego biura.
Poczekała, aż laptop wybudzi się ze stanu hibernacji, i zajrzała do poczty, czego natychmiast pożałowała. Tuż pod powiadomieniem o wyprzedaży w Zappos, jako trzecie, licząc od góry, widniało przypomnienie, że powinna opłacić swoją wycieczkę do Paryża, zaplanowaną na koniec września.
Mikki skrzywiła się, kliknęła wiadomość i przeczytała entuzjastyczne obietnice wspaniałego programu wycieczki, licznych okazji do zwiedzania i rozwoju osobistego.
– Uch… Dlaczego uznałam, że to świetny pomysł?
Powinna była zadać sobie to pytanie przed wpłaceniem zaliczki. Nie to, że nie chciała zobaczyć Paryża. Chciała. Tylko nie sama.
Dwa lata temu wybrała się samotnie do Londynu i odkryła, że nie znosi podróży solo. Choć pragnęła być jedną z tych odważnych kobiet skupionych na samorealizacji, które bez cienia strachu potrafią wejść do baru w obcym kraju i poprosić o stolik dla jednej osoby, czuła się nieszczęśliwa, osamotniona i odliczała kolejne dni do powrotu do domu – do którego wróciła chyłkiem, krytykując się w duchu za brak większej pewności siebie i życiowej zaradności.
Tym razem zapisała się do grupy, która organizowała wycieczki dla singielek. Razem z dziewiętnastoma innymi samotnymi duszyczkami miała eksplorować uroki Paryża.
Nie tak widziała siebie trzy lata wcześniej, gdy rozwiodła się z Perrym. Chciała czegoś więcej niż życia, które prowadzili w całkowitym oddaleniu od siebie, a Perry chciał, żeby przestała zmuszać go do robienia wszystkiego razem. Mikki chciała podróżować, rozwijać nowe pasje i dbać o siebie. Perry chciał naprawiać z kumplami stare samochody i oglądać transmisje sportowe.
W ich rozwodzie nie chodziło tylko o to, że Perry był uparty i nie okazywał jej zainteresowania. Mikki też była zajęta swoją nową firmą i dzieciakami. Była niecierpliwa i nie słuchała męża tak, jak powinna. Oboje byli winni. Mikki założyła jednak – najwyraźniej błędnie – że po upływie trzech lat jej życie poskłada się z powrotem w całość.
– Nie chcę lecieć do Paryża sama – szepnęła. – Nie chcę lecieć sama na wycieczkę.
Owszem, pewnie zaprzyjaźniłaby się z niektórymi uczestniczkami, ale nic w tej wyprawie jej nie pasowało. Albo nie, nie chodzi o to, że nie pasowało – po prostu chciała czegoś innego.
Więcej takiego zdenerwowania, jak to, które skończyło się tą pechową fryzurą, pomyślała.
Kliknęła na link do anulowania rezerwacji i sprawdziła szczegóły. Jeśli zrezygnuje najpóźniej jutro, odzyska dziewięćdziesiąt procent zaliczki i straci tylko pięćdziesiąt dolarów.
Oznaczyła mail jako nieprzeczytany, zamknęła laptop i wróciła do kuchni. Koniec z decyzjami podejmowanymi pod wpływem chwili, upomniała się. Zastanowi się nad tym, dlaczego w ogóle chciała jechać do Paryża i czy ten powód jest wystarczająco ważny, by odbyć taką podróż. Jeśli nie — zrezygnuje. Nie chodziło o pięćdziesiąt dolarów. Większym problemem było to, co się z nią działo. Musiała to rozgryźć, zanim zrobi coś o wiele bardziej impulsywnego niż zmiana fryzury.
O jedenastej była gotowa na szturm gości. Will, jej syn, pojawił się w kuchni bliżej godziny dziesiątej, ale wynagrodził jej to spóźnienie, rozkładając na składanych stolikach talerze, szklanki, kieliszki i sztućce, a następnie instalując nad nimi wielkie, ogrodowe parasole.
– Jeszcze coś, mamo? – spytał, opierając się o framugę drzwi, jakby nie był zdolny unieść własnego ciężaru.
Miał szesnaście lat, był wysoki i chudy – składał się głównie z rąk i nóg. Ilości pochłanianego przez niego jedzenia mogłyby wyżywić przeciętną czteroosobową rodzinę, a sprzątanie swojego pokoju wyobrażał sobie jako wpychanie wszystkiego pod łóżko, ale był dobrym dzieciakiem. W szkole starał się ze wszystkich sił, z natury był miły, troskliwy (choć nie chciał, aby jego kumple o tym wiedzieli) i zawsze gotów do pomocy.
Mikki uśmiechnęła się na widok błysku nadziei w jego oczach.
– Co tym razem?
– Tata mówi, że moglibyśmy poszukać nowych kół do mojego auta. No wiesz, na moje urodziny. Chciałbym się trochę rozejrzeć w internecie, zanim tata przyjedzie.
– Przecież twój samochód już ma koła. Cztery. Po co ci więcej? – Mikki starała się uniknąć kpiącego tonu głosu, ale szeroki uśmiech Willa, który powoli pojawił się na jego twarzy, dał jej do zrozumienia, że poniosła porażkę.
– Maaamo, wiesz, o czym mówię.
Wiedziała. Chodziło o opony, ale droczenie się z nim było niezłą zabawą.
– Mhm, no dobrze, skoro tak mówisz. Chociaż gdy ostatnio rozmawiałeś z tatą, wspominał, że zastanawia się nad kupieniem ci swetra na urodziny.
– Nikt mi nie będzie kupował żadnego swetra! – Will podszedł do niej i zmiażdżył ją w niedźwiedzim uścisku. Wciąż rósł, a przecież już teraz górował nad nią, wysoki niczym wieża. Perry miał niecały metr osiemdziesiąt, więc Will musiał odziedziczyć swój wzrost po jakimś dalszym krewnym.
– Idź się rozejrzeć za tymi kołami – powiedziała, gdy w końcu się od niej odsunął. – Ale zejdź na dół, gdy zaczną przychodzić goście. – Uśmiechnęła się. – Albo wyślę na górę obie babcie, żeby pomogły ci posprzątać twój pokój.
– Nie zrobiłabyś czegoś takiego.
– Żebyś się nie zdziwił.
– Zawsze stoisz murem za mną. Tak robi każda mama.
Powiedziawszy to, Will zniknął w czeluściach domu, a Mikki wróciła do kuchni z uśmiechem na ustach.
Po mniej więcej dwudziestu minutach ktoś otworzył drzwi wejściowe.
– To ja! – zakrzyknął były mąż Mikki, wchodząc do kuchni z siatkami w obu rękach. – Jeszcze nie wszystko przyniosłem z auta – dodał, stawiając torby na blacie kuchennym i wracając do samochodu.
– Dzień dobry tobie też! – zawołała w ślad za nim Mikki, kręcąc głową i wsypując kostki lodu do dużej, izolowanej wanienki, której używali podczas przyjęć w ogrodzie. Kupili ją wiele lat temu, a Perry zbudował drewnianą platformę na kółkach, żeby móc ją przewozić z pełnym ładunkiem.
Mikki układała w lodzie butelki i puszki z napojami, gdy Perry wrócił, niosąc resztę toreb.
– Mówiłaś, że spodziewamy się mniej więcej trzydziestu osób?
– Tak mi się wydaje.
– Dobra. Powinno wystarczyć. Jeśli coś zostanie, to ja zabiorę piwo, a dzieciaki mogą zatrzymać napoje gazowane.
Wiedział, że Mikki nie marnuje swojego dziennego limitu kalorii na takie rzeczy. Jeśli już miała ryzykować kolejnym rozrostem tyłka, to tylko dla czegoś naprawdę wartego grzechu – na przykład kieliszka maślanego chardonnay i plasterka sera brie.
Perry podawał jej napoje, dopóki nie napełnili wanienki, a potem włożył resztę puszek i butelek do lodówki. Poruszał się po kuchni z naturalną swobodą kogoś, kto kiedyś tu mieszkał.
Kupili ten dom wspólnie, gdy Mikki była w ciąży z Sydney. Spłaciła Perry’ego, kiedy się rozwiedli. Jego rodzice postanowili zamieszkać w apartamencie, więc Perry wynajął od nich ich dom, oddalony o trzy przecznice. Razem z Mikki na zmianę opiekowali się dziećmi (każde przez tydzień), a w tym stary dom rodziców Perry’ego sprawdził się idealnie. Willowi dostał się pokój, który kiedyś należał do jego ojca, a Mikki pomogła przerobić pracownię krawiecką swojej teściowej na sypialnię dla Sydney.
Mikki nie była dumna z tego, że jej małżeństwo się rozpadło, ale doceniła sposób, w jaki razem z Perrym poradzili sobie z rozwodem. Pozostali przyjaciółmi, wspólnie zajmowali się dziećmi i sprawili, że ich krewni nadal utrzymywali ze sobą kontakt. Matka Perry’ego, Lorraine, przyjaźniła się z matką Mikki. Ojciec Perry’ego nadal nazywał Mikki swoją córką. Cała siódemka wspólnie jadła obiad z okazji świąt i urodzin każdego z nich. Rankiem w Boże Narodzenie wszyscy pojawiali się w domu Mikki, żeby rozpakować prezenty. Byli szczęśliwą, nowoczesną rodziną.
– Potrzebujesz jeszcze jakiejś pomocy? – spytał Perry.
– Nie, wszystko jest już ogarnięte – zaśmiała się Mikki. – Później możesz zająć się grillem.
– Mogę się zająć nie tylko grillem.
Fakt. Perry od trzech lat prowadził kawalerską kuchnię. Na początku Lorraine trochę mu pomagała, ale po kilku miesiącach powiedział jej, że da sobie radę.
Mikki przyjrzała się byłemu mężowi. Tyczkowaty, przeciętnego wzrostu blondyn o gęstych włosach i brązowych oczach. Może nienajprzystojniejszy, ale godny zaufania i przyzwoity. A poza tym miał cudowny uśmiech. Kiedyś, dawno temu, ten uśmiech sprawiał, że kręciło się jej w głowie.
Usłyszała, jak przed domem zatrzymuje się auto. Perry ruszył ku drzwiom wejściowym i wrócił z Lorraine, swoim ojcem Chetem i Ritą, matką Mikki.
Mikki zebrała się w sobie, uśmiechnęła szeroko i zawołała:
– Witajcie! Wspaniały dzień na grilla.
Były teść uścisnął ją mocno i pocałował w policzek, natomiast matka zagapiła się na nią z otwartymi ustami.
– Dobry Boże, co ty zrobiłaś z włosami?
– Byłam u fryzjera. – Mikki powstrzymała się od westchnięcia. – Myślę, że to idealna fryzura na lato.
– Wyglądasz okropnie. Chyba nie sądzisz, że jest inaczej?
– Nie mów tak, zmiany są dobre. – Lorraine poklepała Ritę po ramieniu i uśmiechnęła się ciepło. – Jeśli taka fryzura ci się podoba, mnie też się podoba.
Zachowała się nieco bardziej dyplomatycznie niż Rita, ale Mikki liczyła jednak na inną reakcję.
– Mnie się podoba. – Perry puścił do niej oko. – Wyglądasz jak w dniu, gdy się poznaliśmy.
– Przecież nawet nie zauważyłeś, że mam nową fryzurę.
– Zauważyłem.
Zanim Mikki zdążyła zwrócić mu uwagę, że wcześniej nie powiedział ani słowa na ten temat, po schodach zbiegli Will i Sydney.
– Babcia, babcia, dziadek! – krzyknęła Sydney.
Wymieniono uściski i całusy z entuzjazmem rodziny, której członkowie nie spotykali się od wielu miesięcy. W rzeczywistości dzieciaki widziały się z dziadkami kilkanaście razy w ciągu ostatniego tygodnia, Mikki nie zamierzała jednak narzekać. Cieszyła się, że byli ze sobą tak zżyci.
Ekipa była już w komplecie, więc wszyscy zajęli się roznoszeniem jedzenia i napojów. Will z ojcem zawieźli do ogrodu wanienkę z lodem, a Lorraine i Rita zaczęły wydziwiać nad sałatkami. Chet rozpalił dwa wielkie grille i wrzasnął, że potrzebuje sporej łopatki do przewracania jedzenia. Mikki nadzorowała całość, choć po latach praktyki nikt nie potrzebował już jej nadzoru. Gdy pojawili się pierwsi goście spoza rodziny, właśnie wyjęto burgery z lodówki.
Kolejna godzina upłynęła na powitaniach i nadrabianiu zaległości. Znajomi Willa i Sydney przychodzili w niewielkich grupkach, najczęściej parami. Zakochani rozdzielali się ledwie na chwilę, żeby wszystkich uściskać, a potem znów się obejmowali i kierowali do ogrodu za domem. Sydney zawsze bardziej interesowała się szkołą i koleżankami niż chłopakami, a Will nie chodził jeszcze z żadną dziewczyną tak na poważnie. Mikki wiedziała jednak, że to tylko kwestia czasu, zanim i on ulegnie czarowi pierwszej miłości.
Perry nie był jej pierwszą miłością, ale to przy nim zaczęła marzyć o wspólnej przyszłości. Chciałabym znów to poczuć, pomyślała ze smutkiem. Dreszcz emocji przy pierwszej randce, pierwszy pocałunek, pierwszy orgazm, pierwsze wypowiedziane „kocham cię”. Nie chodziło o to, że Earl nie radził sobie z orgazmami – radził sobie bardzo dobrze. Brakowało mu raczej umiejętności rozmowy i kompletnie nie ogarniał przytulania się po seksie.
Przyjechali też Ashley i Seth, którzy przynieśli wielkie pudła pełne babeczek polukrowanych we wszystkich kolorach lata.
– Byłaś u fryzjera! – Ashley przywitała się z Mikki i przekrzywiła głowę. – Ale krótkie cięcie. Podoba mi się.
Mikki uśmiechnęła się, podnosząc jedno z pudełek z babeczkami.
– Dzięki za to kłamstwo, ale wiem, że wyglądam tragicznie. Tylko nie mów mojej matce, że zdaję sobie z tego sprawę. Zaraz zacznie się rozkoszować tym, że żałuję tej decyzji.
– Bardzo mi się podoba. – Seth cmoknął ją w policzek. – Wyglądasz zalotnie.
– Taki miałam plan – odparła lekko.
Poprowadziła ich do ogrodu. Muzyka grała dostatecznie głośno, żeby wkurzyć sąsiadów, ale Mikki wiedziała, że nikt się nie poskarży. Mieli umowę w kwestii imprez – wystarczyło wszystkich uprzedzić i nie hałasować po dziewiątej. Dwa dni wcześniej wysłała w tej sprawie maila i obiecała, że spotkanie skończy się o siódmej. Gdy Ashley i Seth wmieszali się w tłum gości, wyjęła z pudełek sześć tuzinów babeczek.
– Zostanie sporo jedzenia. – Perry podszedł do niej, by pomóc w przekładaniu wypieków na półmiski.
– Masz na myśli babeczki Ashley? Mało prawdopodobne. Will i jego znajomi wiedzą, że przed ostatnią godziną imprezy mogą zjeść tylko po jednej. Wtedy będą mogli sobie pofolgować. Wątpię, żebyś znalazł tu choćby okruszek, gdy spotkanie dobiegnie końca. Jeśli chcesz zabrać kilka do domu, lepiej schowaj je w kuchni, póki masz okazję.
– Być może tak zrobię. – Perry pozbierał puste pudełka – Dziś nie będziemy próbować wina?
Mikki często organizowała podczas swoich przyjęć degustacje na ślepo. Kupowała różne wina, wkładała butelki do papierowych torebek i zachęcała przyjaciół do odgadywania krajów, z których pochodził dany trunek oraz obstawiania, który z nich był najdroższy. Nikt nigdy nie odgadł poprawnie, nawet ona, ale był to fajny sposób poznawania nowych win i wybierania nowych ulubionych smaków.
– Za dużo nastolatków – odparła. – Nie chcę ich kusić.
– I słusznie – wtrąciła się jej matka, podchodząc bliżej. – Pijesz za dużo alkoholu. Wszystkie te degustacje win i ten szampan w każdy piątek na plaży… – skrzywiła się. – Chodzisz na szkolenia! O winie!
– Owszem, mamo. – Mikki zachichotała. – Byłam nawet na szkoleniu z szampana. Lubię się uczyć nowych rzeczy i poznawać miłych ludzi. Powinnaś się kiedyś ze mną wybrać.
Mówiąc to, zacisnęła mocno kciuki za niepowodzenie takiej akcji, bo ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzyła, był udział jej własnej matki w takim szkoleniu. To by zniszczyło jedno z jej ulubionych hobby.
– Nie pijam alkoholu z nieznajomymi. – Głos Rity ociekał oburzeniem.
Perry objął ramieniem swoją byłą teściową.
– I to prawdopodobnie wychodzi ci na dobre. Nadal świetnie wyglądasz, Rita. Jeszcze ci wszyscy faceci by się w tobie zakochali i miałabyś poważne kłopoty!
Rita klasnęła językiem, ale nie oprotestowała komplementu. Mikki przyznała byłemu mężowi rację – jej matka nadal wyglądała świetnie. Była kobietą o pełnych kształtach, jak jej córka, miała jednak błękitne oczy i śliczną cerę. Zawsze była niezwykle atrakcyjna, jeśli pominąć wyraz wiecznego niezadowolenia na jej twarzy.
Mikki przeprosiła na chwilę towarzystwo i ruszyła w stronę ogrodu, nucąc razem z Beach Boys Surfin’ USA. Przywitała się z kilkoma znajomymi Willa, zapytała Bethany, jak jej się pracuje w żłobku, a potem dołączyła do Sydney i Bree, które siedziały przy stojącym w cieniu stoliku.
Bree spojrzała na nią z rozbawieniem.
– Wiesz, że twoja córka zamierza cię opuścić i polecieć na drugi kraniec kraju?
– Coś mi się obiło o uszy.
– No weź, Bree… – Sydney pociągnęła łyk gazowanego napoju. – Kalifornia jest wspaniała, uwielbiam Uniwersytet Stanforda, ale trzeba podejść do tego rozsądnie. Wszystkie ważne rzeczy dzieją się na wschodzie. Najbardziej sensowny wydaje się Georgetown, mają najlepszy program studiów.
Odstawiła puszkę i zaczęła wyliczać, zaginając kolejno palce.
– Kończę szkołę z wyróżnieniem, potem się przeprowadzam i zaczynam studia na Georgetown. Chcę zrobić doktorat z prawa i magisterkę na wydziale języków i kultur eurazjatyckich, wschodnioeuropejskich i rusycystyki.
– To poważne zobowiązanie. – Bree szeroko otworzyła oczy.
– Jestem poważną kobietą.
– Kiedyś byłyśmy dziewczynami – powiedziała łagodnie Mikki. – Teraz jesteśmy kobietami.
– Nadal możesz być dziewczyną, jeśli chcesz. – Bree uśmiechnęła się szeroko.
– Dzięki.
– A potem? – Bree spojrzała na Sydney. – Dołączysz do jakiegoś think tanku? Będziesz pracować dla rządu?
– Jeszcze nie zdecydowałam. Zaplanowanie najbliższych siedmiu lat to wszystko, na co na razie mnie stać. – Sydney wstała. – Pomogę tacie i dziadkowi przy burgerach.
– Jezu… – Bree patrzyła w ślad za odchodzącą Sydney. – Będzie robić doktorat z prawa i magisterkę ze studiów wschodnioeuropejskich? Dobrze zrozumiałam?
– Najwyraźniej. Byłam przy jej narodzinach, więc wiem, że to moja córka, ale kiedy ona się zrobiła taka bystra? Perry i ja nie jesteśmy głupi, Will też nieźle sobie radzi, ale ona funkcjonuje na zupełnie innym poziomie. Jestem wdzięczna, że wykorzystuje to w dobrym celu.
– Przynajmniej w ciągu kilku najbliższych lat. Bo za dwie dekady może rządzić światem. – Bree zamilkła na chwilę. – Wszystko w porządku?
– Dlaczego pytasz?
– Bo marszczysz brwi. Zazwyczaj tego nie robisz.
Mikki natychmiast potarła czoło.
– Nawet mi nie mów. Nie chcę się zamienić we własną matkę.
– Przecież się nie zamieniasz.
– Rita ciągle marszczy brwi.
– To przepraszam, że w ogóle o tym wspomniałam.
Mikki sięgnęła po swoją puszkę dietetycznego napoju, a potem odstawiła ją z powrotem na blat stolika.
– Myślisz, że powinnam polecieć do Paryża?
– Mówiłaś, że masz na to ochotę.
– Zastanawiam się jeszcze. To brzmi tak ponuro. Dwadzieścia singielek w „pewnym wieku” – wykonała gest symbolizujący ujmowanie w cudzysłów – na wspólnej wyprawie. To brzmi żałośnie.
– Z powodu „pewnego wieku” czy dlatego, że są singielkami?
Mikki zerknęła na grupki nastolatków siedzących na trawniku. Są tacy szczęśliwi, pomyślała. Mają w sobie tyle obietnic. Jared pocałował Mattie, uśmiechnęli się do siebie, a Mikki patrzyła na nich, walcząc z poczuciem… nie była pewna, czego. Straty? Zazdrości? Dezorientacji?
– Myślałam, że do tego momentu będę już miała wszystko poukładane – wyznała. – Rozwiodłam się z Perrym trzy lata temu i myślałam, że będę bardziej…
– Bardziej jaka?
– Jakaś. Nie wiem. Lubię mój sklep. Dzięki niemu jestem szczęśliwa, dzieciaki mają się dobrze. Nie chcę lecieć do Paryża z kobietami, których nie znam.
Bree upiła łyk piwa. Była młodsza od Mikki o zaledwie kilka lat, ale często miała wrażenie, że ma do czynienia z o wiele starszą przyjaciółką. Może dlatego, że Mikki na ogół wydawała się należeć do innego pokolenia. Miała dzieci i ciągle się czymś zamartwiała, a Bree po prostu żyła swoim życiem. Odpowiadało jej to, jaka jest. Nic jej nie dotykało, nic nie wzburzało.
Prawdopodobnie pomaga jej w tym uroda, pomyślała Mikki, starając się nie czuć rozgoryczenia. Te wielkie, piwne oczy i kasztanowe loki sięgające do połowy pleców. To, że jest szczupła, wysportowana i emanuje pewnością siebie, o której Mikki mogła tylko pomarzyć. Bree potrafiła wejść do dowolnego baru, rozejrzeć się i wybrać faceta. Po dziesięciu minutach gadali ze sobą jak para starych znajomych, a po upływie godziny Bree już leżała w jego łóżku.
Mikki nie potrafiła pojąć, jak to się działo. Sama nie umiała nawet zagadać do obcego mężczyzny – nie wiedziała, co powiedzieć, jak uniknąć zażenowania. Już sama myśl o czymś takim wywoływała u niej ucisk w żołądku.
– Jesteś tradycjonalistką – oświadczyła Bree. – Nie oceniam cię, po prostu stwierdzam fakt. Nie chcesz lecieć do Paryża z grupą kobiet, bo nigdy sobie nie wyobrażałaś, że tak może wyglądać twoja podróż. Chcesz lecieć do Paryża z mężczyzną, z którym będziesz w związku. Chcesz tworzyć z nim parę. Jesteś samotna. Masz Earla, ale on cię nie zabierze do Paryża… – kąciki jej ust wygięły się w uśmiechu – …że tak to ujmę.
– Tak mnie postrzegasz? – Mikki wpatrywała się w przyjaciółkę.
– To ty tak postrzegasz siebie. Możesz próbować ignorować tę prawdę, ale tak właśnie to wygląda. Większość ludzi to tradycjonaliści. Spójrz na Ashley i Setha. Przecież oni zaraz się zaręczą. Ludzie przeważnie pragną być w związku. Odkrycie, na czym polega bycie rozwódką, zabrało ci trochę czasu, ale w końcu do tego doszłaś i teraz jesteś gotowa na coś więcej. To dlatego już nie chcesz lecieć do Paryża ze stadem singielek.
Spostrzeżenia Bree sprawiły, że Mikki poczuła pewien dyskomfort. Czy Bree ma rację? Czy ona, Mikki, znów chce być z kimś w związku?
– No nie wiem… – wymamrotała. – Facet? Serio?
– Nie martw się. – Bree pochyliła się ku niej i zaczęła mówić szeptem – Jeśli znajdziesz odpowiedniego faceta, to on będzie chciał, żebyś nadal zabawiała się z Earlem. A wtedy możecie robić to we troje.
3
Bree napięła mięśnie głębokie i przeniosła ciężar ciała do przodu, podczas gdy Nicole, instruktorka pilatesu, zaczęła odliczać wstecz od ośmiu. Na „trzy” Bree poczuła, jak drżą jej mięśnie brzucha. Gdy usłyszała „jeden”, zaczęła ciężko oddychać. Ale kiedy Nicole powiedziała: „A teraz powoli, powoli, kładziemy się na plecach”, Bree zdążyła jeszcze dwa razy policzyć do ośmiu, zanim opadła na podłogę.
Ćwiczenia z krzesłem do pilatesu zawsze stanowiły spore wyzwanie i właśnie dlatego Bree je lubiła. Aktywność fizyczna powinna sprawiać pewną trudność, przynajmniej na początku. Czerpała przyjemność z faktu, że po każdych zajęciach dostrzegała u siebie postępy, niezależnie od tego, co akurat robiła.
– Dzięki za pomoc. – Starsza kobieta obok niej otarła pot z twarzy. – Nigdy wcześniej nie zrobiłam odwróconego podciągnięcia. – Zachichotała cicho. – Mój tyłek nie lubi przeciwstawiać się grawitacji.
– Mój też – odezwała się Mikki, rzucając gniewne spojrzenie ćwiczącej blisko niej Bree. – Jak na ciebie patrzę, to te ćwiczenia wydają się takie łatwe. Czuję się urażona.
– Przychodź częściej na zajęcia – zaproponowała Nicole. – Dwa razy w tygodniu, a wszystko się zmieni.
– W gruncie rzeczy nie lubię ćwiczyć – odparła radośnie Mikki. – Wydawało mi się, że postawiłam tę sprawę jasno.
Razem ruszyły ku otwartym szafkom znajdującym się w przedniej części studia. Nicole podeszła do Bree.
– Dzięki za pomoc dla nowicjuszki. Jesteś jedną z naszych stałych klientek, na które mogę w takich sytuacjach liczyć.
Stałych klientek? A więc to tak Nicole ją postrzegała? Bree poczuła zaskoczenie. Nie sądziła, że jest aż tak przewidywalna.
– Nie ma za co.
– Jairus mówił, że sobotni wieczór autorski z podpisywaniem książki bardzo się udał.
– Było super! – Bree założyła japonki. – Twój mąż cieszy się sporą popularnością wśród młodszych czytelników.
W sobotę do księgarni zawitało około dwustu dzieciaków. Jairus czytał fragmenty swojej nowej książki o smoku Bradzie, a potem do późnego popołudnia rozdawał autografy. Bree podobał się ten cały chaos, a także podsumowanie wpływów do kasy na koniec dnia.
Dołączyła do nich Mikki, która, jęcząc, wsuwała stopy w sandały.
– Już mnie wszystko boli. To nie wróży dobrze, gdy chodzi o pozostałą część dnia.
Potarła pośladki.
– Chyba sobie coś złamałam.
– Nic ci nie będzie – pocieszyła ją Nicole. – Weź później kąpiel.
– Nie jestem fanką kąpieli.
– „Nie jestem fanką ćwiczeń fizycznych”, „nie jestem fanką kąpieli” – droczyła się z nią Bree. – Nieustannie słyszę od ciebie „nie”.
– Chodzi o to, że te zajęcia są tak wcześnie. O czym ja w ogóle myślałam, godząc się na udział w zajęciach rozpoczynających się o szóstej rano? Jestem sową, a nie skowronkiem.
Pomachały Nicole na do widzenia i ruszyły do swoich aut. Mikki ziewnęła, gdy wyszły z budynku prosto w spokój poranka.
– Słońce dopiero co wzeszło – poskarżyła się.
– Gdy jechałaś na zajęcia, było już jasno.
Mikki odblokowała zamek w drzwiach SUV–a.
– Naprawdę? Chyba byłam zbyt senna, by to zauważyć. Do zobaczenia w sklepie.
– Do zobaczenia.
Bree wsiadła do mini coopera i uruchomiła silnik. W przeciwieństwie do Mikki wczesna gimnastyka sprawiała jej przyjemność. Dwa razy w tygodniu chodziła na pilates, a w każdy czwartek brała udział w grupowych lekcjach surfingu. Abonament na zajęcia spinningowe na rowerkach stacjonarnych pozwalał jej na dodatkową porcję ćwiczeń, gdy miała wolną chwilę.
Pojechała na północ, na swoje zaciszne osiedle w Santa Monica. O tej porze wszyscy kierowali się na autostradę, żeby dojechać do pracy. Bree trafiła na same zielone światła i w mniej niż piętnaście minut znalazła się w domu.
Mieszkała w starszym, pierwotnie parterowym budynku z dobudowanym piętrem, niewielkim frontowym ogródkiem i garażem na jeden samochód. Te niedogodności rekompensował jednak duży taras i trawnik z tyłu domu.
Kupiła go dwa lata temu, za pieniądze ze sprzedaży domu, który odziedziczyła po śmierci Lewisa. Kuchnia była wyremontowana, ale toaleta dla gości znajdująca się na parterze i główna łazienka na piętrze rozpaczliwie potrzebowały odświeżenia. Z pierwszym z tych pomieszczeń poradziła sobie przed kilkoma miesiącami, wciąż jednak nie potrafiła podjąć decyzji co do łazienki. Niemniej planowanie nadal sprawiało jej przyjemność.
Zaparkowała i skierowała się do tylnych drzwi. Przez niewielki przedsionek połączony z pralnią przeszła do kuchni i włożyła kapsułkę z kawą do ekspresu Nespresso. Po kilku sekundach urządzenie uruchomiło się, bulgocząc.
Jak wiele starszych budynków mieszkalnych w Los Angeles, także jej dom nosił ślady pracy dawnych rzemieślników – wbudowane szafki w jadalni i regały w salonie. Kominek w salonie był raczej dekoracyjny niż funkcjonalny, ale Bree to nie przeszkadzało. To był jej dom. Wyłącznie jej. Nie było w nim żadnych duchów – a przynajmniej takich, które by jej dokuczały. Nigdy nikogo tu nie zapraszała. A już z pewnością nie facetów, z którymi sypiała. Nie chciała poznawać przeszłości, jakkolwiek by ona nie wyglądała.
Po upływie godziny miała za już sobą prysznic, śniadanie i przebranie się do pracy. Spakowała lunch i ruszyła w stronę plaży. Poranek był pogodny i śliczny, temperatura powietrza wynosiła nieco ponad dwadzieścia stopni Celsjusza. W południe dojdzie do trzydziestu. Dobra wiadomość dla niej i jej przyjaciółek. Upał oznacza tłumy, a tłumy oznaczają lepszą sprzedaż.
Zanim księgarnia została otwarta, Bree skończyła składać zamówienia na dany tydzień i uruchomiła wszystkie stanowiska kasowe. Rita, jedna z jej pracowniczek, matka Mikki, pojawiła się punktualnie o wpół do dziesiątej. Przez kilka miesięcy pracy w księgarni Rita nie spóźniła się ani razu i zawsze kończyła pracę o czasie. Bree szanowała etos pracy i uważała światopogląd Rity za zabawny.
– Widziałaś moją córkę? – przywitała ją Rita, wkładając torebkę do szafki i zakładając służbowy fartuszek. – Fryzjer skrócił jej włosy. Wygląda fatalnie. Co ona sobie ubzdurała?
– Widziałam ją wczoraj na imprezie grillowej i dziś rano na sesji pilatesu. Wygląda świetnie.
Mikki poradziłaby sobie z każdą fryzurą, pomyślała Bree. Jej atrakcyjność brała się z jej bujnych kształtów i entuzjazmu, z jakim szła przez życie. Przyciągała do siebie ludzi, niezależnie od aktualnej fryzury.
– Wygląda okropnie. Mam nadzieję, że szybko jej odrosną. Potrzebuje fryzury o większej objętości, żeby zrównoważyć jakoś wygląd swoich bioder. – Rita pokręciła głową. – Ostrzegałam ją, że odziedziczyła po mnie sylwetkę i może wpaść w nadwagę.
– Mikki nie jest gruba.
– No nie, ale może stać się gruba.
– Ach, Rita, ty mój mały promyku słońca! – Bree nie mogła powstrzymać śmiechu.
– Droczysz się ze mną. – Rita rzuciła jej gniewne spojrzenie.
– Tylko troszeczkę. Jeszcze jakieś zażalenia?
– Nie smakują mi te biało-czerwone muffinki z borówkami.
– To nasze „muffinki miesiąca”. Zbliża się Święto Niepodległości, wyglądają bardzo patriotycznie.
„Muffinki miesiąca” były pomysłem Ashley i miały służyć akcentowaniu różnych świąt i okazji. W lutym muffinki były czerwone, a na Dzień Świętego Patryka dodawała do nich poszatkowaną cukinię.
– To nie są moje ulubione babeczki. – Rita pociągnęła nosem.
– Ashley będzie zdruzgotana, ale pomożemy jej przetrwać ten ból.
– Gadasz zupełnie jak Mikki.
Fajny komplement, pomyślała Bree.
– Nie mogę uwierzyć, że organizujesz jeszcze jedno spotkanie autorskie w ten weekend. Dwa pod rząd. Będę mieć mnóstwo pracy.
– Zgadza się – przytaknęła Bree z poważną miną. – Wiem, że zazwyczaj obsługujesz te spotkania, bo świetnie idzie ci rozładowywanie kolejki po autografy, ale nie chciałam cię nadmiernie wykorzystywać, więc dałam ci wolną sobotę.
– Co?! – Rita szeroko otworzyła oczy. – Nie obsługuję tego spotkania? To ja jestem smarem, dzięki któremu wszystko gładko idzie. Nie możesz zorganizować spotkania z czytelnikami beze mnie. Jestem niezbędna. Wpisz mnie z powrotem w grafik. Spotkanie autorskie beze mnie? Co ty sobie ubzdurałaś?
Mamrocząc pod nosem, Rita z oburzeniem wymaszerowała z zaplecza. Po chwili w drzwiach pojawiła się Mikki.
– Słyszałam to i owo – oświadczyła ze współczuciem. – Moja matka jest dziś w kiepskim humorze.
– Ona zawsze jest w kiepskim humorze – odparła radośnie Bree. – Nie martw się. Lubię te jej dziwactwa.
– Nie rozumiem. Dlaczego ją zatrudniłaś?
– Jest niesamowicie rzetelna, zna się na inwentaryzacji i naprawdę pomaga ogarniać te spotkania autorskie.
– Ale ten jej charakterek…
Bree podejrzewała, że niektórzy uznaliby Ritę za osobę trudną – ona jednak miała na temat inne zdanie.
– Twoja mama to anioł w porównaniu z moją – odparła. – Zaufaj mi, masz dużo łatwiej.
– Już mi to kiedyś mówiłaś. Nie jestem pewna, czy ci wierzę. Może któregoś dnia ją poznam.
Może któregoś dnia piekło zamarznie, pomyślała Bree i kiwnęła głową.
– Może.
Wyszły z zaplecza. Rita oraz Lorraine, która pracowała dla Mikki, otwierały właśnie wielkie szklane drzwi wejściowe. Czekał za nimi dobry tuzin klientów.
Mikki objęła Bree ramieniem i przytuliła ją do siebie.
– Uwielbiam ten widok, gdy się tak ustawiają w kolejce.
Zanim Bree zdążyła odpowiedzieć, do księgarni wbiegł siedmioletni chłopiec, kierując się prosto ku niej. Miał zaczerwienioną buzię i oczy pełne łez.
– Nie byłem na spotkaniu – odezwał się głosem rozdygotanym od emocji. – Nie byłem na spotkaniu autorskim i nie dostałem książki. A mama mi obiecała.
– Zauważyłam, Griffin. – Bree przyklękła – Bardzo mi ciebie brakowało.
– To wszystko jej wina! – Griffin rzucił się jej na szyję i mocno się przytulił.
Bree zerknęła na udręczoną matkę chłopca, która skrzywiła się w odpowiedzi.
– Solowy występ taneczny jego siostry się opóźnił. A potem utknęliśmy w korkach. – Kobieta zrobiła błagalną minę. – Pewnie nie macie żadnych zapasowych egzemplarzy z autografem?
– Ale to nie będzie autograf dla mnie! – Griffin ocierał łzy z twarzy. – Obiecałaś, mamo. Powiedziałaś, że książka z dedykacją dla mnie będzie jednym z moich urodzinowych prezentów. Obiecałaś.
Na twarzy jego matki pojawił się wyraz rezygnacji.
– Ile razy mam jeszcze powtórzyć, że jest mi przykro?
– Myślę, że mogę temu jakoś zaradzić. – Bree wstała i uśmiechnęła się do Griffina. – Dajcie mi sekundę.
Weszła na zaplecze – miała tam parę egzemplarzy książki Jairusa z autografami dla stałych bywalców. Odszukała tę przeznaczoną dla Griffina, razem z torbą pełną upominków, i wróciła do księgarni.
– Jak mogłabym cię rozczarować? – spytała chłopca, wręczając mu prezenty.
– Został wam jakiś egzemplarz? – Griffin wpatrywał się w książkę.
– Zajrzyj do środka.
Chłopiec otworzył książkę i zobaczył swoje imię nakreślone zamaszystym charakterem pisma Jairusa. W oczach ponownie stanęły mu łzy.
– Podpisał książkę specjalnie dla mnie! Patrz, mamo. On wie, jak mam na imię.
Matka Griffina pokręciła głową i spojrzała na Bree.
– Niesamowite. Nie wiem, jak ci dziękować. Uratowałaś tę sytuację. I moją pozycję w tej rodzinie – dodała po chwili szeptem.
– Nie ma za co. A tak w ogóle to w przypadku wszystkich spotkań autorskich można złożyć wcześniejsze zamówienie na książkę. Jeśli nie będziecie mieć pewności, czy uda się wam dotrzeć na czas, to ona i tak będzie na was czekać.
– Świetny pomysł, dzięki. – Mama Griffina westchnęła i wyciągnęła rękę do syna. – Chodź, zapłacimy za książkę, a potem zawiozę cię na trening baseballu. Będziesz mógł poczytać wieczorem.
– Już się nie mogę doczekać! – Uśmiech Griffina wręcz oślepiał. – Dzięki, Bree. Jesteś najlepsza.
– Nie ma za co.
Prowadząc matkę i chłopca do kasy, Bree minęła Ritę, która posłała jej porozumiewawczy uśmiech.
– Powinnaś mieć dzieci. Choć nie uważam, żeby można było na nich polegać – powiedziała Rita i łypnęła z rozczarowaniem na swoją córkę.
Mikki się roześmiała i wróciła do sklepiku z upominkami. Bree wbiła zakup książki na kasę fiskalną, myśląc o tym, że nigdy nie rozważała macierzyństwa. Nie wtedy, gdy była żoną Lewisa – i z pewnością również nie teraz. Znała swoje ograniczenia i rozumiała obawy, które skrywała przed światem. Mowy nie ma, że naraziłaby dziecko na to wszystko.
Ashley zapakowała resztę babeczek i muffinek do tekturowych opakowań. Evan i Oscar, jej cukiernicy, rozpoczęli pracę o drugiej w nocy i skończyli o wpół do dziesiątej rano – jak co dzień przez pięć dni w tygodniu. Następnie Evan udawał się do swojej drugiej pracy – był doradcą w Fundacji WIOSŁO, organizacji non profit należącej do brata Ashley. Z kolei Oscar, muskularny, wytatuowany czterdziestoparolatek, zawoził sto dwadzieścia muffinek i babeczek do kawiarni obok Uniwersytetu Kalifornijskiego, a potem jechał do domu.
Wypieków weekendowych dostarczała lokalna szkoła gastronomiczna. Instruktor zapraszał do współpracy studentów. Ci nabywali doświadczenia, Ashley miała zapewnione ciastka na sobotę i niedzielę, a jej pracownicy mogli odpocząć.
Rano Ashley przeważnie przyjeżdżała wcześniej, żeby zrobić odprawę i zweryfikować stany magazynowe. Nie ma nic gorszego niż brak jakiegoś składnika o trzeciej nad ranem.
Oscar wtoczył wózek na kółkach z powrotem do kuchni.
– Gotowe, szefowo, mogę jechać. Zanieść ci twoje muffinki do auta?
– Poradzę sobie, ale dzięki, że pytasz – uśmiechnęła się Ashley. – Odezwał się do mnie nasz dostawca owoców. Pojawiły się pierwsze wiśnie. Zamówiłam dwie skrzynki. Pomyślałam, że możemy zrobić muffinki wiśniowe i te babeczki wiśniowo-migdałowe, które wszyscy uwielbiają. Możesz się upewnić, że macie wszystko, co jest wam do tego potrzebne?
Zazwyczaj stoicką twarz Oscara rozświetlił uśmiech.
– Wiśnie? Dobry pomysł. Raczej wszystko mamy, no może oprócz migdałów. Dam znać esemesem.
Lampa, pod którą stał, oświetlała jego ogoloną głowę i łezkę wytatuowaną na policzku pod lewym okiem. Ashley wiedziała, że w przypadku Oscara taki tatuaż to nie była wyłącznie poza – łezka oznaczała, że kogoś zabił i odsiedział za to prawie dwadzieścia lat w więzieniu.
To właśnie tam nauczył się piec i wyszedł z tą umiejętnością na wolność, gdzie odkrył, że niewiele cukierni chce zatrudnić byłego przestępcę. Kurator sądowy pomógł mu złożyć podanie o pracę w Fundacji WIOSŁO. Ashley właśnie zamierzała rozkręcić Muffinki na Maksa i postawiła na Oscara. To było trzy lata temu. Evan, drugi były przestępca, dołączył do nich w zeszłym roku.
Czasami zastanawiała się, jak do tego wszystkiego doszło. Była całkiem zwykłą dziewczyną, wychowała się na przedmieściu. Miała zostać fizjoterapeutką. A tymczasem założyła własną firmę, wynajęła zaplecze kuchenne od organizacji założonej przez jej brata i zatrudniała dwóch byłych przestępców, którzy prawdopodobnie znali co najmniej kilkanaście sposobów na to, jak ją zamordować.
Nie żeby ją to jakoś martwiło. Oscar był troskliwy i lojalny. Wiedziała, że rozszarpałby na strzępy każdego, kto próbowałby wyrządzić jej krzywdę. Gdy kiedyś się poskarżyła na swojego poprzedniego chłopaka, nazywając go palantem, Oscar zaproponował, że się „nim zajmie”. Ashley była pewna, że nie żartował i nigdy więcej nie wspomniała przy nim o tamtym facecie.
– Dave powiedział, że Harding przyjeżdża. Wraca do Los Angeles? – spytał Oscar.
– Wynajął niedaleko dom, będzie pracował nad swoją kolejną książką. Pisze o żalu, więc spodziewaj się, że będzie cię namawiał do zwierzeń. Tym się właśnie teraz zajmuje. Nikt przed nim nie ucieknie. No może z wyjątkiem mnie. Pomijając jego wypadek, w zasadzie niemal w ogóle nie zaznałam w życiu żalu.
– I to właśnie sprawia, że wciąż mam trochę wiary w ten świat. – Oscar ją zaskoczył, delikatnie dotykając jej ramienia. – Mam nadzieję, że jeszcze długo tak pozostanie.
Ashley nie miała pojęcia, co powinna odpowiedzieć. „Dzięki” zabrzmiałoby dziwacznie, a „ja też” – zbyt lekceważąco.
– Dziś rano kawiarnię obsługuje Carrie – odparła wymijająco. – Może przyrządzi ci latte.
– Raczej nie. – Twarz Oscara stężała.
– Przecież pijasz kawę, widziałam. – Zaczęła mówić ciszej. – Chodzi o latte? Zbyt popularne?
– Igrasz z ogniem.
– Nigdy byś mnie nie skrzywdził. Carrie zresztą też. Podoba ci się.
– Jest za młoda.
– Jesteście w tym samym wieku.
Oscar wpatrzył się w nią posępnie.
– Nie mówię o tym, ile mamy lat.
Ashley poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dreszcz. Od czasu do czasu przypominała sobie, że ona i Oscar mieli w zasadzie zupełnie odmienne doświadczenia życiowe.
– Potrzebujesz kogoś, kto by się o ciebie zatroszczył – oświadczyła stanowczo.
– Sam się o siebie troszczę.
– No to kogoś do łóżka. No weź. Poflirtuj z nią trochę. Spodoba ci się, wiem, że ty jej też.
– Nie słyszę, co mówisz. To takie zabawne. Poruszasz ustami, ale nie wychodzą z nich żadne słowa. Dziwna sprawa.
Mówiąc to, Oscar wymaszerował z kuchni.
– Napisz mi esemesa, co z tymi migdałami! – krzyknęła w ślad za nim.
Nie usłyszała, co odpowiedział, ale poczuła dość silne przekonanie, że były to słowa na k…, ch… i p… w różnych wyjątkowych kombinacjach. Pchając wózek w stronę auta, nadal się śmiała.
Wynajmowała zaplecze kuchenne od Fundacji WIOSŁO. W wielkim budynku znajdowała się kuchnia przemysłowa, na której wykorzystanie nie mieli pomysłu ani Harding, ani Dave – jego najlepszy przyjaciel i wspólnik. Ashley natychmiast dostrzegła potencjał tego miejsca. Wpadła na pomysł kawiarni na Uniwersytecie Kalifornijskim. Sprzedawała Fundacji babeczki i muffinki po kosztach, a oni przeznaczali zyski ze sprzedaży na prowadzone przez siebie programy. Ashley podsunęła im także pomysł, aby zaczęli oferować swoim klientom posiłki na wynos.
Załadowała pudełka z ciastkami do SUV-a i zawiozła je do Muffinek na Maksa. Właśnie kończyła układać przysmaki w witrynie, gdy pojawili się pierwsi spośród – jak wiedziała – setek klientów.
Poranny tłum „poproszę muffina do kawy” rozproszył się koło jedenastej. W południe zmianę przejęła Elsie, jej popołudniowa pracowniczka. Kwadrans po dwunastej Ashley była już w drodze do domu wynajmowanego przez jej brata.
W normalnych okolicznościach cieszyłaby się z jego powrotu do Los Angeles. Był jej bratem, życie było milsze, gdy mieszkali w tym samym mieście. Nie mogła jednak wyzbyć się obaw związanych z Bree. Tak, wiedziała, że jej brat potrafił o siebie zadbać. A jednak w głębi duszy i serca odczuwała niepokój. Zapewne dlatego, że gdyby miała opisać idealną partnerkę swojego brata, ta kobieta miałaby niemal wszystkie cechy Bree.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
