Księgarnia przy plaży. Trzy kobiety. Trzy miłości. Jedna przyjaźń - Susan Mallery - ebook

Księgarnia przy plaży. Trzy kobiety. Trzy miłości. Jedna przyjaźń ebook

Susan Mallery

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przejmująca opowieść o przyjaźni, siostrzeństwie i transformującej sile miłości

W każdy piątek o zachodzie słońca na plaży przed urokliwą księgarnią trzy przyjaciółki wznoszą toast za pomyślny los i stawanie się najlepszymi wersjami siebie. Ich wspólny biznes – połączenie księgarni, sklepiku z upominkami i cuki¬erni – jest spełnieniem marzeń każdej z kobiet. Ale choć ich przedsięwzięcie kwitnie, to życie osobiste właścicielek jest pełne zawirowań.

Mikki jest przekonana, że doskonale poradziła sobie z rozwodem, jakimś cudem zachowując dobre relacje z byłym mężem i eksteściami, dopóki w jej życiu nie pojawia się nowy mężczyzna. Bree, odrzucona przez rodziców i zmagająca się ze wspomnieniami o zmarłym mężu, stara się za wszelką cenę chronić swoje serce, szczególnie przed bratem Ashley – sławnym pisarzem i podróżnikiem. Tymczasem sama Ashley odkrywa, że miłość jej życia wcale nie zamierza się z nią ożenić...

Czy przyjaciółki opanują ten życiowy chaos?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 505

Data ważności licencji: 3/31/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Boar­dwalk Book­shop

Prze­kład: Agnieszka Kasprzyk Redak­torka ini­cju­jąca: Maria Zalasa Redak­cja: Alek­san­dra Ptasz­nik Korekta: Monika Sze­liga Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska / KATA­KA­NA­STA

Copy­ri­ght © 2022 by Susan Mal­lery, Inc. Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych ( text and data mining ) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-33-1 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla dr Angeli I., która może się pochwa­lić o wiele bar­dziej impo­nu­ją­cym życio­ry­sem zawo­do­wym niż ja! Mam nadzieję, że przy­padną ci do gustu posta­cie Mikki, Ash­ley i Bree, kobiet radzą­cych sobie z tym, co nie­spo­dzie­wane, i odkry­wa­ją­cych swoją praw­dziwą siłę. Cza­sami odpo­wie­dzią naprawdę jest miłość… we wszyst­kich jej prze­ja­wach.

Rozdział 1

1

Myśla­łam, że będzie tu wię­cej seksu.

Bree Lar­ton wpa­try­wała się w swoją ponad­sie­dem­dzie­się­cio­let­nią klientkę, nie­pewna, jak powinna zare­ago­wać. Par­sk­nię­cie śmie­chem byłoby nie na miej­scu, Ruth z pew­no­ścią by się obra­ziła.

– Musisz mi powie­dzieć, czego potrze­bu­jesz, żebym mogła wyszu­kać dla cie­bie odpo­wied­nią książkę – odpo­wie­działa, uśmie­cha­jąc się łagod­nie. – Pro­si­łaś o thril­ler poli­tyczny. W takich powie­ściach prze­waż­nie nie ma seksu.

– Nie­prawda. – Mie­rząca zale­d­wie pół­tora metra, ale zadziorna niczym bor­suk Ruth obli­zała wargi. – James Bond cią­gle upra­wia seks, a prze­cież bez prze­rwy ratuje świat przed zagładą. Chcę wła­śnie taką książkę. Tyka­jące bomby, krach finan­sowy, porwa­nia, a potem wszy­scy hop do łóżka! – Zamru­gała. – Taka książka byłaby w sam raz.

– Znajdę ci coś w tym stylu. Może thril­ler roz­gry­wa­jący się w róż­nych kra­jach? – Bree ruszyła w stronę wła­ści­wego regału. – Przy­cho­dzi mi na myśl parę tytu­łów. A co do seksu… wolisz mono­ga­mię czy boha­te­ro­wie mogą mieć kogoś na boku?

– Chcę, żeby krę­cili coś na boku. – Oczy Ruth roz­bły­sły. – Ale bez nad­mier­nej per­wer­sji. I żad­nego seksu gru­po­wego, bo się w tym pogu­bię.

– W porządku. – Bree stłu­miła chi­chot. – Ogra­ni­czymy liczbę czę­ści ciała, dodamy nieco euro­pej­skiego szyku… – Wycią­gnęła książkę z przy­stoj­nia­kiem na okładce. – Jeśli ci się spodoba, to ta autorka napi­sała jesz­cze pięć innych.

– Biorę. – Ruth, blon­dynka o nie­na­tu­ral­nie żół­tym odcie­niu wło­sów i ustach poma­lo­wa­nych wiśniową pomadką, przy­ci­snęła powieść do wąskiej piersi.

Bree pole­ciła jej jesz­cze kil­koro innych auto­rów. Ruth przez kilka minut prze­glą­dała pro­po­zy­cje, po czym zanio­sła stos ksią­żek do kasy.

– Myślę, że była­bym świetną asy­stentką Jamesa Bonda – powie­działa, poda­jąc kartę kre­dy­tową. – Kie­dyś była ze mnie nie­zła laska.

– Wciąż jest z cie­bie nie­zła laska – odparła Bree.

– Jestem już za stara na szpie­go­stwo. – Ruth zba­ga­te­li­zo­wała kom­ple­ment. – Ale nie odmó­wi­ła­bym zje­dze­nia kola­cji z przy­stoj­nym face­tem. Będę po pro­stu musiała na­dal żyć twoim życiem – uśmiech­nęła się chy­trze.

– Nie­stety obec­nie nie mam faceta.

– Wiesz, Bree… – Ruth przy­su­nęła się bli­żej. – Podzi­wiam w tobie to, że nie cze­kasz na księ­cia z bajki. Dążysz do tego, czego pra­gniesz. Gdy mia­łam tyle lat co ty, nie było takich moż­li­wo­ści. W każ­dym razie nie w cywi­li­zo­wa­nym spo­łe­czeń­stwie. Uro­dzi­łam się w nie­wła­ści­wym momen­cie.

– Myślę, że musimy sobie jakoś radzić z tym, co aku­rat mamy. – Bree nie miała bla­dego poję­cia, co powinna powie­dzieć. – Za kilka tygo­dni Har­ding Bur­ton będzie u nas pod­pi­sy­wał swoją książkę – dodała, wsu­wa­jąc ulotkę do torby z zaku­pami.

Ruth spoj­rzała na pla­kat wiszący obok kasy i na jej jaskra­wo­czer­wo­nych ustach poja­wił się uśmiech.

– Nie­źle się pre­zen­tuje.

– Być może. – Bree wzru­szyła w duchu ramio­nami.

– Nie sądzisz, że to wyjąt­kowy przy­stoj­niak? Te oczy, ten uśmiech… Czy to nie ten gość, który w mło­do­ści został potrą­cony przez samo­chód, a kie­rowca zosta­wił go na pobo­czu na pastwę losu? – cmok­nęła Ruth. – Taka tra­ge­dia. A jed­nak się pozbie­rał, sta­nął na nogi, a teraz, popatrz tylko… – Rzu­ciła szyb­kie spoj­rze­nie na Bree. – Powin­naś się z nim prze­spać, a potem mi o tym opo­wie­dzieć.

– Po pierw­sze, ni­gdy bym ci o tym nie opo­wie­działa. – Bree omal się nie skrzy­wiła. – A po dru­gie, nie uma­wiam się z pisa­rzami.

Dzięki rodzi­com i swo­jemu świę­tej pamięci mężowi dowie­działa się o pisa­rzach wystar­cza­jąco dużo, aby chcieć uni­kać ich do końca życia. Przy­naj­mniej pry­wat­nie, bo w pracy nie miała takiej moż­li­wo­ści. Była prze­cież wła­ści­cielką księ­garni.

– Har­ding wygląda na takiego, dla któ­rego warto zro­bić wyją­tek – cią­gnęła Ruth. – Może ma jakieś inte­re­su­jące bli­zny, mogła­byś je zba­dać i…

– Prze­stań. – Bree wyko­nała gest poka­zu­jący, że już wystar­czy. – Jeśli inte­re­sują cię bli­zny Har­dinga, to sama się za niego zabierz. Jak mógłby ci się oprzeć?

– Mam tyle lat, że mogła­bym być jego matką.

Babką – sko­ry­go­wała ją w myślach Bree, ale nic nie powie­działa. Miała sła­bość do bez­po­śred­niej aż do bólu Ruth.

– A może pocią­gają go star­sze kobiety – zasu­ge­ro­wała.

– Miło by było.

Ruth wciąż się śmiała, gdy Bree odpro­wa­dzała ją na par­king. Anson, kie­rowca star­szej pani, cze­kał na dro­dze poża­ro­wej z zaka­zem par­ko­wa­nia i pomógł Ruth wsiąść do Mer­ce­desa. Bree została na zewnątrz, dopóki nie odje­chali.

Wcze­sny wie­czór na plaży w Los Ange­les nie­mal zawsze ma w sobie coś magicz­nego, jed­nak w czerwcu, przy pogod­nym nie­bie, wygląda po pro­stu jak ze snu. Cie­płe powie­trze, palmy, pia­sek i przy­pływ. Szcze­rze mówiąc, Bree nie powinna narze­kać na swoje życie. Nawet nie­moż­liwe do zaspo­ko­je­nia ocze­ki­wa­nia czy­tel­ni­cze Ruth wydają się nie­istotne w porów­na­niu z wido­kiem z drzwi wej­ścio­wych do jej księ­garni.

Jesz­cze pół roku temu Dry­fu­jące Książki znaj­do­wały się ponad trzy kilo­me­try na pół­noc i trzy prze­cznice od plaży. Jesie­nią, gdy na rynku poja­wił się obecny lokal, Bree aż obli­zała się z zachwytu. Miej­sce przy nabrzeżu kosz­to­wało jed­nak for­tunę, a poza tym potrze­bo­wała tylko połowy tej powierzchni.

Ten dzień nale­żał jed­nak do owych rzad­kich momen­tów, gdy los przy­nosi nie­ocze­ki­waną oka­zję – dwie inne kobiety pro­wa­dzące firmy rów­nież zachwy­ciły się tym loka­lem. Obie uznały go za miej­sce, w któ­rego ist­nie­nie aż trudno było uwie­rzyć, sto­jące tak po pro­stu na plaży. Oka­zało się jed­nak, że dla nich także było zbyt duże i dro­gie.

Bree spon­ta­nicz­nie zapro­siła je na kawę. Przez kolejną godzinę dys­ku­to­wały o moż­li­wo­ści wspól­nego najmu. Bree zazwy­czaj nie ufała nikomu, dopóki go dobrze nie poznała, ale w Mikki i Ash­ley było coś, co spra­wiło, że zapra­gnęła zary­zy­ko­wać. Pod koniec tygo­dnia Dry­fu­jące Książki, Skle­pik z Upo­min­kami i Muf­finki na Maksa pod­pi­sały dzie­się­cio­let­nią umowę najmu i zatrud­niły firmę do remontu wnę­trza. Bree zmie­niła nazwę swo­jego biz­nesu z Dry­fu­ją­cych Ksią­żek na Księ­gar­nię przy Dep­taku i był to ostatni krok, dzięki któ­remu ten biz­nes naprawdę zaczął nale­żeć do niej. Wpro­wa­dziły się we trzy w pierw­szy ponie­dzia­łek po świę­tach.

Patrzyła teraz na długi, niski budy­nek. Olbrzy­mie okna wysta­wowe osła­niały mar­kizy w białe i nie­bie­skie paski. Wiel­kie szklane drzwi roz­su­wały się na boki, zacie­ra­jąc gra­nicę mię­dzy skle­pem a plażą. Jej księ­gar­nia i skle­pik Mikki znaj­do­wały się po bokach lokalu, a sto­isko z muf­fin­kami Ash­ley zaj­mo­wało cen­tralne miej­sce.

Na jasno oświe­tlo­nych ladach wid­niały książki, upo­minki i muf­finki, usta­wione według sezo­no­wych moty­wów. Olbrzymi wybór lek­tur na plażę, kosme­ty­ków z fil­trem prze­ciw­sło­necz­nym, japo­nek i kape­lu­szy z sze­ro­kim ron­dem wabił tury­stów, któ­rzy przy­jeż­dżali nad ocean nie­przy­go­to­wani.

Bree weszła do księ­garni i uświa­do­miła sobie, że zbliża się zachód słońca. Wzięła koce oraz kie­liszki do szam­pana i przy­sta­nęła na chwilę, żeby popra­wić pla­kat zapo­wia­da­jący spo­tka­nie autor­skie z Jairu­sem Ste­ren­ber­giem, twórcą popu­lar­nej serii ksią­że­czek dla dzieci o smoku Bra­dzie. Jairus miesz­kał w pobli­skiej miej­sco­wo­ści Mischief Bay i był zawsze mile widzia­nym gościem księ­garni, jed­nym z nie­wielu pisa­rzy, któ­rych Bree lubiła. Przy­jeż­dżał wcze­śnie, zosta­wał do późna i pro­sił jedy­nie o sto­lik oraz szklankę wody. Przy­wo­ził ze sobą nawet wła­sny dłu­go­pis.

Na dru­gim bie­gu­nie znaj­do­wał się ten, któ­rego imie­nia i nazwi­ska nie nale­żało wyma­wiać – znany autor powie­ści detek­ty­wi­stycz­nych, który oka­zał się cho­dzą­cym kosz­ma­rem. Rosz­cze­niowy, zawsze nieco pod­pity i nie­po­tra­fiący utrzy­mać rąk przy sobie, pod­czas ostat­niego spo­tka­nia z czy­tel­ni­kami klep­nął Bree w tyłek o jeden raz za dużo i zapra­co­wał sobie na zakaz wstępu do jej księ­garni. Pomimo próśb ze strony jego agenta i pisem­nych prze­pro­sin samego pisa­rza Bree nie ustą­piła. Księ­gar­nia przy Dep­taku nale­żała do niej i to ona usta­lała obo­wią­zu­jące tu zasady. Żad­nej poważ­nej lite­ra­tury, żad­nych egzy­sten­cjal­nych „coś tam, coś tam” i żad­nych face­tów doty­ka­ją­cych kobiety bez ich zgody. Może to nie­wiele, ale przy­naj­mniej nad tym kawał­kiem świata miała kon­trolę.

Mikki dostrze­gła ją i powi­tała uśmie­chem.

– I znowu cze­kamy na Ash­ley. Zauwa­ży­łaś?

– Ach, ta dzi­siej­sza mło­dzież… – zażar­to­wała Bree.

Mikki, pozy­tyw­nie nasta­wiona do życia blon­dynka o gęstych wło­sach i kształ­tach buj­niej­szych niż zebrane razem kształty Bree i Ash­ley, wybuch­nęła śmie­chem.

– Dobre. Jestem od niej star­sza o zale­d­wie dzie­sięć lat, więc jeśli Ash­ley zali­czasz do mło­dzieży, to jestem młod­sza, niż myśla­łam. Może w takim razie nie będę się aż tak przej­mo­wać moją czter­dziestką tej jesieni.

– Naprawdę się tym mar­twisz?

– Nie wiem. – Mikki zmarsz­czyła nos. – Cza­sami. Może. Czter­dzie­ści brzmi o wiele gorzej niż trzy­dzie­ści parę.

– Czter­dzie­ści to nowe dwa­dzie­ścia pięć.

– Jeśli ja mam dwa­dzie­ścia pięć, to Ash­ley ma jede­na­ście. – Mikki odzy­skała dobry humor. – A to może przy­spo­rzyć nam kło­po­tów praw­nych z wynaj­mem. – Poma­chała trzy­maną w gar­ści butelką szam­pana. – No weź. Musimy się tym zaopie­ko­wać. Gdy Ash­ley skoń­czy wysy­łać miło­sne ese­me­ski do Setha, będzie wie­działa, gdzie nas zna­leźć.

Wyszły z budynku i poma­sze­ro­wały plażą. Wraz z zacho­dem słońca zro­biło się tro­chę chłod­niej, a piąt­kowe tłumy zaczęły się prze­rze­dzać. Niebo powoli ciem­niało, ale hory­zont wciąż lśnił jasnym błę­ki­tem ze zło­ci­stymi akcen­tami.

Po lewej stro­nie znaj­do­wała się kępa palm, stało kilka budek z pamiąt­kami i zaczy­nał się dep­tak, który cią­gnął się aż do Redondo Beach. Po pra­wej znaj­do­wały się kolejne sklepy i restau­ra­cje, ławki, par­king i hotele. Przed nimi roz­cią­gał się Pacy­fik – wielki, nie­bie­ski i tego wie­czoru zaska­ku­jąco spo­kojny.

Zatrzy­mały się jakieś dzie­sięć metrów od brzegu, roz­ło­żyły koce i usia­dły. Mikki unio­sła butelkę.

– Per­rier–Jouët Bla­son Rosé – oznaj­miła z dumą. – Znaw­czy­nie Wina przy­znały mu dzie­więć­dzie­siąt trzy punkty i twier­dzą, że „w tym dosko­nale zba­lan­so­wa­nym różo­wym szam­pa­nie można odna­leźć sub­telną nutę słod­kiej zie­mi­sto­ści, uzu­peł­nia­jącą aro­maty owo­ców, w tym tru­skawki i brzo­skwini, ze szczyptą korzen­nych przy­praw”.

– Sama już nie wiem, co mi bar­dziej impo­nuje: to, że odcho­dzisz od tra­dy­cyj­nego szam­pana, czy to, że cytu­jesz z pamięci recen­zje Znaw­czyń Wina. – Bree uśmiech­nęła się sze­roko.

– Uwiel­biam je. Roz­ko­szuję się każ­dym napi­sa­nym przez nie tek­stem. Gdyby były face­tem, zmu­si­ła­bym go, aby się we mnie zako­chał. A potem wsko­czy­li­by­śmy do łóżka.

– To by zdru­zgo­tało Earla.

Mikki zdjęła z szyjki butelki różową folię i wsu­nęła ją do kie­szeni szor­tów w kolo­rze khaki.

– Musiałby się z tym jakoś pogo­dzić. – Unio­sła butelkę. – Spójrz na ten kształt. Piękny. I ta ety­kietka. Pro­jek­tant zasłu­guje na brawa.

Mikki przy­trzy­mała korek lewą dło­nią, a prawą uchwy­ciła denko butelki. Zamiast szar­pać korek, jak to czę­sto robią boha­te­ro­wie fil­mów, obró­ciła butelkę kil­ka­na­ście razy, aż korek bez­gło­śnie wysu­nął się z szyjki.

Umowę najmu pod­pi­sały jesie­nią, w pią­tek, póź­nym popo­łu­dniem. Były tak pod­eks­cy­to­wane, że od razu poje­chały zoba­czyć lokal. Sło­neczny, cie­pły dzień niósł ze sobą obiet­nicę pięk­nego zachodu słońca. Oka­zało się, że Bree przy­pad­kiem miała w samo­cho­dzie butelkę szam­pana, więc zapro­po­no­wała, żeby ją otwo­rzyć i uczcić ich nowe przed­się­wzię­cie. W kolejny pią­tek zro­biły to samo i tak naro­dziła się nowa tra­dy­cja.

Gdy Bree po raz pierw­szy otwo­rzyła szam­pana w towa­rzy­stwie swo­ich wspól­ni­czek, korek z hukiem wysko­czył z szyjki butelki, a spie­niony napój roz­lał się dookoła. Na twa­rzy Mikki odma­lo­wało się wtedy prze­ra­że­nie tak wyraźne, że aż zabawne.

– Wypusz­czasz wszyst­kie bąbelki – wyja­śniła. – To zmie­nia istotę szam­pana i ruj­nuje całe doświad­cze­nie.

– „Ruj­nuje” to tro­chę mocne słowo – zauwa­żyła Ash­ley. – To wciąż naprawdę dobry szam­pan. Lep­szy niż to, co zazwy­czaj piję. Oczy­wi­ście szam­pana piję prze­waż­nie na wese­lach, a tam zama­wia się go dla dwu­stu osób, więc cena też ma zna­cze­nie.

– Szam­pana należy trak­to­wać z sza­cun­kiem – odparła Mikki. – Nie pij byle czego.

Od tam­tej pory co tydzień któ­raś z nich kupo­wała butelkę na piąt­kowy zachód słońca. Ash­ley kon­sul­to­wała swoje wybory z Mikki, a Bree podej­mo­wała ryzyko i wybie­rała sama.

Mikki napeł­niła kie­liszki i posta­wiła butelkę na ziemi, lekko wci­ska­jąc ją w pia­sek, żeby stała pro­sto.

– Za nas! – Stuk­nęła się kie­lisz­kiem z Bree. – I za ide­alne zachody słońca.

Bree uśmiech­nęła się i upiła łyk. Zamknęła oczy, pozwa­la­jąc, aby pie­ni­sty napój roz­lał się na jej języku na sekundę przed jego prze­łknię­ciem. Mikki zaraz zapyta, czy jej sma­kuje, a odpo­wiedź, że jest pyszny, nie wcho­dzi w grę.

– Wyborny – rze­kła, masku­jąc uśmiech. – Wyczu­wam wyraźny smak owo­ców jago­do­wych z domieszką cytru­sów. Zaska­ku­jąco kre­mowy.

– Też tak uwa­żam. – Mikki spoj­rzała na nią z apro­batą. – Cał­kiem przy­jemny w smaku. Podoba mi się.

– Nieee! Zaczę­ły­ście beze mnie!

Krzyk roz­legł się tuż za nimi, ale żadna się nie obej­rzała. Bree unio­sła trzeci kie­li­szek, a Mikki go napeł­niła. Wysoka, szczu­pła i rudo­włosa Ash­ley o wiel­kich, nie­bie­skich oczach i wydat­nych war­gach padła na pia­sek tuż obok Mikki, robiąc nadą­saną minę.

– Nie zacze­ka­ły­ście – rzu­ciła. – Mia­ły­ście zacze­kać.

– Mia­łaś się nie spóź­niać – przy­po­mniała Mikki. – W każdy pią­tek piszesz z Sethem i się spóź­niasz. Sama się zgo­dzi­łaś, że albo będziesz przy­cho­dzić punk­tu­al­nie, albo będziemy zaczy­nać bez cie­bie.

– Myśla­łam, że pre­sja coś tu pomoże… – Ash­ley zwie­siła głowę. – A tym­cza­sem mam tylko poczu­cie winy.

– Twoje chro­niczne spóź­nial­stwo musi mieć mieć coś wspól­nego z twoją matką – stwier­dziła Mikki, popi­ja­jąc szam­pana.

– Moja mama prze­bija twoją pod każ­dym wzglę­dem – zaśmiała się Ash­ley.

– No nie wiem… – Mikki wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu. – Rita szła na każdą imprezę jako wcie­le­nie Kła­po­uchego, a potem opo­wia­dała, jak bar­dzo doło­wało ją to, że wszy­scy świet­nie się bawili.

– Wyobra­żam to sobie – przy­znała Ash­ley. – W takim razie zdro­wie naszych matek. I cudow­nego Setha. Abso­lut­nie nie mam poczu­cia winy, że z nim piszę. On kocha mnie, a ja jego.

– Tak, wiemy… – Bree omal nie jęk­nęła. – To takie wspa­niałe.

– Jest zazdro­sna. – Mikki i Ash­ley szturch­nęły się ramio­nami, a Bree unio­sła kie­li­szek.

– Nie, nie. Nie krę­puj­cie się z tym związ­ko­wym gru­cha­niem i zacho­wy­wa­niem się jak kwoki.

– Nie zacho­wu­jemy się jak kwoki. Co to w ogóle ma zna­czyć?

– Nie mam poję­cia – oświad­czyła Mikki. – Bree?

– Tak się po pro­stu mówi.

– Tak się po pro­stu mówi? Że jeste­śmy kwo­kami?

Bree zachi­cho­tała i popa­trzyła na zacho­dzące słońce, odbi­ja­jące się w falu­ją­cym oce­anie. Nie­da­leko szła jakaś rodzina. Star­szy syn biegł przo­dem, za nim rodzice pro­wa­dzili za ręce młod­sze dziecko.

Wyglą­dają na szczę­śli­wych, pomy­ślała Bree, przy­glą­da­jąc im się tak, jakby byli jakimś nie­zna­nym gatun­kiem. Bez wąt­pie­nia ta mama i ten tata kochają swoje dzieci, trosz­czą się o nie. Mikki też dba o dwójkę swo­ich dzie­cia­ków. A rodzice Ash­ley są wspa­niali. Ale nie wszy­scy rodzice są dobrymi ludźmi.

Mikki ponow­nie napeł­niła kie­liszki.

– Ash­ley, sporo klien­tów mówi o spo­tka­niu autor­skim two­jego brata. Kiedy go poznamy?

– W ponie­dzia­łek. Prze­pro­wa­dza się do nowego domu.

Brat Ash­ley – Har­ding – wró­cił nie­dawno do Los Ange­les po kil­ku­na­stu mie­sią­cach spę­dzo­nych na podró­żach po całym kraju, pod­czas któ­rych pod­pi­sy­wał swoją książkę i zbie­rał mate­riały do kolej­nej. Wyna­jął dom i ponoć ciężko pra­co­wał nad swoją trze­cią publi­ka­cją. A w mię­dzy­cza­sie miał poja­wić się na spo­tka­niu z czy­tel­ni­kami w Księ­garni przy Dep­taku, co bez wąt­pie­nia przy­cią­gnie istne tłumy.

Pisa­rze, wes­tchnęła w myślach Bree. Dener­wu­jący, ale potrzebny gatu­nek. Klienci lubią spo­tka­nia autor­skie, więc musi zapra­szać pisa­rzy do swo­jej księ­garni.

– Nie mogę się docze­kać, żeby go poznać – oświad­czyła Mikki. – To taka inte­re­su­jąca histo­ria. Bree, czy ty też się tak eks­cy­tu­jesz tym spo­tka­niem?

– Aż trudno to wyra­zić sło­wami.

– To sar­kazm, tak? – Mikki przyj­rzała się jej uważ­nie.

– Tak – zaśmiała się Bree. – To sar­kazm.

– Jak możesz być wła­ści­cielką księ­garni, uwiel­biać książki i nie­na­wi­dzić pisa­rzy?

– To nie jest nie­na­wiść. Po pro­stu nie życzę sobie ich obec­no­ści w moim życiu.

– Ale z cie­bie dzi­wa­dło. – Mikki odwró­ciła się do Ash­ley. – Pomóż mi, powiedz jej, jakie jest z niej dzi­wa­dło.

Ash­ley nie dołą­czyła jed­nak do doku­cza­nia Bree i spu­ściła wzrok.

– Tak, no cóż, powin­ny­śmy poroz­ma­wiać o Har­dingu. A kon­kret­niej o nim i o tobie.

– Prze­cież ja go nie znam. – Bree zmie­niła pozy­cję, aby móc spoj­rzeć na Ash­ley.

A to ozna­cza, że nie powinno być żad­nych pro­ble­mów. Chyba, że…

– Ma jakieś spe­cjalne potrzeby? – wes­tchnęła. – Wyłącz­nie żółte M&M’sy albo mleko od fran­cu­skich kóz ser­wo­wane w krysz­ta­ło­wym pucha­rze?

– Nic z tych rze­czy – odparła Ash­ley. W jej gło­sie dźwię­czało zmar­twie­nie. – To wspa­niały facet, wiem, że go polu­bisz… – Zaplo­tła palce wokół kie­liszka. – Ja tylko… no wiesz… boję się tego, co się sta­nie.

W odpo­wie­dzi na pyta­jące spoj­rze­nie Bree Mikki wzru­szyła ramio­nami.

– Nie mam poję­cia, o czym ona mówi.

– Ja też – odparła Bree.

Ich zazwy­czaj rado­sna, choć nieco spóź­nial­ska wspól­niczka naj­wy­raź­niej gadała bez sensu.

– Boję się, że go skrzyw­dzisz. – Ash­ley gwał­tow­nie wypu­ściła powie­trze.

– Bo mam doświad­cze­nie w sztu­kach walki?

– Znasz taekwondo? – Mikki unio­sła brwi.

– Ja mówię serio. – Ash­ley wstała nie­zgrab­nie i rzu­ciła im gniewne spoj­rze­nie. – Har­ding to mój brat, kocham go. Wystar­cza­jąco dużo już prze­szedł w życiu. Gdy­byś widziała go wtedy, po tam­tym wypadku, też chcia­ła­byś go chro­nić.

– Ash­ley, prze­pra­szam. – Bree też się pod­nio­sła z pia­sku. – Nie będziemy się już z tobą dro­czyć. Widzę, że się zde­ner­wo­wa­łaś, ale szcze­rze mówiąc, nie mam poję­cia czym.

– Zła­miesz mu serce. – Ash­ley zamru­gała kilka razy, jakby pró­bo­wała powstrzy­mać łzy. – Jesteś piękna, zabawna, sek­sowna, każdy facet na tej pla­ne­cie cię pra­gnie.

– Z wyjąt­kiem Setha – wtrą­ciła się Mikki, przy­glą­da­jąc się kole­żan­kom. – Seth widzi wyłącz­nie cie­bie, Ash­ley.

– No dobra, jasne, w takim razie pra­gnie cię co drugi facet. Har­ding na pewno się w tobie zako­cha. Prze­śpisz się z nim, a potem go rzu­cisz i zła­miesz mu serce. Wiem, że spra­wia wra­że­nie sil­nego, ale serce można mu zła­mać bez trudu. – Ash­ley prze­łknęła ślinę. – Jesteś moją przy­ja­ciółką i zależy mi na tobie, ale Har­ding to mój brat. Pro­szę, nie rób mu krzywdy.

Bree patrzyła na nią, nie mając poję­cia, co powinna odpo­wie­dzieć czy w ogóle pomy­śleć lub poczuć. Podo­bał się jej kawa­łek o tym, że jest piękna i sek­sowna, nato­miast nie­spe­cjal­nie cie­szyło ją zało­że­nie, że prze­śpi się z Har­din­giem, a potem go rzuci – zupeł­nie jakby była jakimś potwo­rem żywią­cym się bez­bron­nymi męż­czy­znami. Zdzi­ro­wa­tym potwo­rem zosta­wia­ją­cym za sobą zglisz­cza cudzego życia.

Chciała zapro­te­sto­wać, że jej rela­cje to jej sprawa i że zawsze wyraź­nie pre­cy­zuje swoje ocze­ki­wa­nia (lub ich brak), gdy zaczyna się z kimś spo­ty­kać. Jeżeli jakiś facet jej nie uwie­rzy, to jego pro­blem, a nie jej. Ni­gdy nie obie­cuje wię­cej, niż jest w sta­nie dać. Jed­no­znacz­nie okre­śla ter­min waż­no­ści – jeśli facet nie potrafi sobie z tym pora­dzić, to ona się zwija, zanim do cze­go­kol­wiek doj­dzie.

Tylko nie o to cho­dziło. Ash­ley chciała, żeby Bree nie zła­mała Har­din­gowi serca. To zabawne, jak nikt ni­gdy nie przej­mo­wał się uczu­ciami Bree. Przy­wy­kła do tego dawno temu. Zawsze była sama – musiała chro­nić samą sie­bie, bo nikt inny nie zamie­rzał tego zro­bić.

– Gdy­byś mnie lepiej znała, wie­dzia­ła­byś, że ni­gdy nikogo celowo nie krzyw­dzę – powie­działa cicho.

– Nie chcia­łam cię zde­ner­wo­wać – obru­szyła się Ash­ley. – Cho­dzi tylko o to, że Har­ding to cał­kiem zwy­czajny facet, a ty to ty.

– Nie każdy facet, z któ­rym wska­kuję do łóżka, zako­chuje się we mnie – zwró­ciła jej uwagę Bree.

– Ale więk­szość tak. – Ash­ley wska­zała ruchem głowy sklep ze sprzę­tem dla sur­fe­rów na końcu prze­cznicy. – Ze Smu­ta­sem prze­spa­łaś się dwa razy w stycz­niu i gość do tej pory na twój widok ociera zimny pot z czoła. To żało­sne.

– I smutne – dodała pół­gło­sem Mikki. – Biedny Smu­tas.

Bree rzu­ciła jej spoj­rze­nie z gatunku „nie poma­gasz”, ale Mikki odpo­wie­działa tylko mru­gnię­ciem. Bree ponow­nie sku­piła uwagę na Ash­ley.

– Przy­kro mi, że mar­twisz się mną i swoim bra­tem. Nie chcę ci niczego utrud­niać i z pew­no­ścią nie chcę skrzyw­dzić jego. Przy­rze­kam, że nawet nie poznam go oso­bi­ście. Co ty na to?

– Nie chcę, żebyś mi obie­cy­wała coś takiego. – Ash­ley pokrę­ciła głową. – To nie w porządku. Poza tym on tu mieszka, więc to wręcz nie­moż­liwe. Jedy­nym powo­dem, dla któ­rego jesz­cze się nie spo­tka­li­ście, jest jego plan wyjaz­dów. Ale jeste­śmy wspól­nicz­kami, a teraz, gdy Har­ding wró­cił do mia­sta… – wes­tchnęła. – Po pro­stu nie złam mu serca.

– Nie zła­mię.

– To by była nie­zła heca, gdyby on zła­mał serce Bree, co nie? – Mikki wstała i się zaśmiała. – Wiem, że ni­gdy do tego nie doj­dzie, ale sama myśl jest cał­kiem zabawna.

– Mniej zabawna niż ci się wydaje – odparła Bree.

– Myślę, że to prawda, gdy cho­dzi o cie­bie. No dobrze, udało się nam już oczy­ścić atmos­ferę? Przy­tu­limy się?

Mikki roz­ło­żyła sze­roko ramiona. Ash­ley pod­bie­gła ku niej, Bree zawa­hała się przez sekundę. Nie była osobą uwiel­bia­jącą uści­ski i musiała jakoś sobie z tym radzić od chwili, gdy poznała Mikki, która przy­tu­lała się ze wszyst­kimi nie­mal bez prze­rwy. Przy­go­to­wała się na kon­takt fizyczny i ruszyła w jej kie­runku.

Wszyst­kie trzy stały przy­tu­lone do sie­bie przez kilka sekund, a potem cof­nęły się i usia­dły na kocach. Ash­ley unio­sła kie­li­szek.

– To jest naprawdę dobry szam­pan. Seth i ja wybie­ramy się jutro na kolejne wesele. Chyba jego kuzyna. – Utrzy­mu­jąc kie­li­szek w rów­no­wa­dze, prze­chy­liła się w tył i poło­żyła na pia­sku. – W każ­dym następ­nym mie­siącu cze­kają nas przy­naj­mniej trzy wesela, i tak aż do początku wrze­śnia.

– Taki okres w życiu – zauwa­żyła Mikki. – W kolej­nych latach możesz nie dostać nawet jed­nego zapro­sze­nia. A mnie zostało już tylko kilka lat do dru­giej rundy, czyli wesel moich dzieci i ich przy­ja­ciół.

– Ni­gdy nie myśla­łam o wese­lach jak o okre­sie życia, ale masz rację – odparła Bree.

Od wie­ków nie była już na żad­nym ślu­bie. Nie żeby jej tego jakoś spe­cjal­nie bra­ko­wało. Nie wie­rzyła w obiet­nicę miło­ści do gro­bo­wej deski. Już nie. Podej­rze­wała, że powinna – w końcu jej rodzice na­dal kochali się tak samo jak tego dnia, gdy ucie­kli razem z domu, aby wziąć ślub. Jed­nak jej wła­sne mał­żeń­stwo roz­wiało wszel­kie złu­dze­nia, że była jej pisana wielka miłość.

– Rano będę w skle­pie. – Mikki spraw­dziła, czy w butelce jesz­cze coś zostało. – Potem jadę poza­ła­twiać różne sprawy. W nie­dzielę po połu­dniu robimy z Per­rym grilla, czuj­cie się zapro­szone. Grill jest dla dzie­cia­ków i ich przy­ja­ciół. Z oka­zji zakoń­cze­nia szkoły i początku waka­cji.

– Jak to jest, że wy potra­fi­cie robić takie rze­czy razem? – Ash­ley usia­dła. – Prze­cież jeste­ście po roz­wo­dzie.

– Ow­szem, ale mamy dzieci, więc nie uciek­niemy przed takimi spra­wami. A poza tym nie roz­wie­dli­śmy się dla­tego, że się wza­jem­nie nie­na­wi­dzi­li­śmy. Po pro­stu każ­demu z nas zale­żało na czymś innym.

– Perry wie o Earlu? – Bree wycią­gnęła kie­li­szek po dolewkę szam­pana.

– Nie – par­sk­nęła śmie­chem Mikki. – To nie jest temat do roz­mów z face­tem. Przy­ja­ciółki nie oce­niają.

– Teraz już się do tego przy­zwy­cza­iłam, ale nie­źle to mną wstrzą­snęło, gdy pierw­szy raz wspo­mnia­łaś, że dałaś swo­jemu wibra­to­rowi na imię Earl – uśmiech­nęła się Ash­ley.

– A mną nie – wymam­ro­tała Bree. Co kto lubi. Ona by raczej wolała faceta, ale Mikki nie nale­żała do fanek jed­no­ra­zo­wych przy­gód. Bree była w sta­nie zro­zu­mieć kobietę, która potrze­bo­wała w swoim życiu Earla.

– Powin­naś wypró­bo­wać jakie­goś Earla, zanim wydasz opi­nię – rze­kła sztywno Mikki. – Jeśli cho­dzi o seks, to naj­lep­szy zwią­zek, w jakim kie­dy­kol­wiek byłam. Jest nie­za­wodny, bez­in­te­re­sowny i ni­gdy się nie męczy.

– Jed­nak wolę Setha – mruk­nęła Ash­ley.

– Ja też należę do kate­go­rii „wolę praw­dzi­wego penisa od mecha­nicz­nego”, ale mówię to nie­oce­nia­jąco. – Bree kiw­nęła głową.

– Dzięki – odparła Mikki. – Earl i ja jeste­śmy ze sobą szczę­śliwi i tylko to się liczy.

– Wygra­łaś! – Ash­ley zaśmiała się cicho i unio­sła kie­li­szek. – Za Earla. Oby ni­gdy nie padły mu bate­rie.

Rozdział 2

2

Oho, masz dziwną minę. Aż tak kiep­ski?

Ash­ley Bur­ton z całych sił pró­bo­wała się nie roze­śmiać.

– Nie chcę nikogo kry­ty­ko­wać – odpo­wie­działa szep­tem Sethowi. – Wiem, że mają ogra­ni­czony budżet. Oba­wiam się jed­nak, że Mikki wywarła na mnie dość nie­spo­dzie­wany wpływ. – Upiła kolejny łyk szam­pana, sta­ra­jąc się nie krzy­wić z powodu zbyt słod­kiego smaku. – Jest aż tak kiep­ski.

– Musimy tylko wznieść toast za młodą parę.

– Całe szczę­ście.

Kilka mie­sięcy temu Ash­ley nie byłaby w sta­nie odróż­nić dobrego szam­pana od byle jakiego, ale odkąd została wspól­niczką Bree i Mikki, prze­szła przy­spie­szone szko­le­nie w kwe­stii co bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych cech tego trunku.

Żadna z nich nie inte­re­so­wała pozo­sta­łych gości na tym weselu, pomy­ślała z uśmie­chem. Wystar­czało im to, że ich przy­ja­ciele biorą ślub, że mogą dobrze zjeść i cie­szyć się swoim towa­rzy­stwem. W jej przy­padku – towa­rzy­stwem Setha. Nie­któ­rzy faceci nie zno­sili takich imprez jak wesela, ale Seth zawsze je uwiel­biał.

Dzi­siej­sze przy­ję­cie odby­wało się w Redondo Beach, w dużym domu nie­opo­dal Paci­fic Coast High­way. Widok z okien nie był spek­ta­ku­larny, ale wokół roz­cią­gał się ładny teren i było mnó­stwo miej­sca. Didżej grał cał­kiem nie­źle, prze­ką­ski zapo­wia­dały się cie­ka­wie, a Ash­ley zamie­rzała tań­czyć z Sethem do bia­łego rana.

Dołą­czyli do nich zna­jomi, Krissy i Karl. Karl skrzy­wił się, roz­glą­da­jąc się dookoła.

– Wesela mnie wykań­czają – zaczął maru­dzić. – To już trze­cie w tym roku, a jest dopiero czer­wiec. Przez całe lato mamy jakieś w pla­nach, co dwa tygo­dnie.

– Ja uwiel­biam wesela – odparła Krissy. – A ty uwiel­biasz mnie.

– I to tłu­ma­czy, dla­czego tu jestem. – Karl prze­wró­cił oczami. – Dla­czego kobiety nie lubią rów­nie mocno base­ballu?

Seth objął Ash­ley w talii.

– Pomyśl o tym jak o fizycz­nym prze­ja­wie miło­ści nowo­żeń­ców.

– Dziś będzie sporo takich prze­ja­wów – par­sk­nął Karl, na co Krissy go szturch­nęła.

– Karl, jeste­śmy w miej­scu publicz­nym, nie bądź spro­śny!

– Ale ty lubisz, gdy jestem spro­śny.

– W takim razie zabie­ram moją piękną dziew­czynę do naszego sto­lika. – Seth pokrę­cił głową. – Muszę się nią pochwa­lić przed wszyst­kimi.

– Karl jest w kiep­skim humo­rze – zauwa­żyła Ash­ley, gdy odda­lili się poza zasięg słu­chu zna­jo­mych. – Chyba naprawdę nie lubi wesel. A ty? Nie jesteś już nimi tro­chę zmę­czony?

– Nie, jeśli jestem tu z tobą. – Seth pokrę­cił głową.

– Odpo­wiedź poprawna poli­tycz­nie! – Ash­ley uśmiech­nęła się sze­roko.

– Hej, jesteś moją dziew­czyną! – Seth musnął jej usta swo­imi. – Chcę, żebyś była szczę­śliwa.

– Jestem.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy i ujrzała w nich miłość. Ktoś na nich wpadł, prze­ry­wa­jąc im kon­takt wzro­kowy, ale gdy Ash­ley i Seth ruszyli w stronę sto­li­ków, jej policzki wciąż były zaru­mie­nione.

Seth był naprawdę wspa­nia­łym face­tem i nie miał żad­nych pro­ble­mów z mówie­niem jej, ile dla niego zna­czy. Miesz­kali razem od pra­wie trzech mie­sięcy, a ich zwią­zek z każ­dym dniem sta­wał się coraz sil­niej­szy. Wkrótce, pomy­ślała, Seth mi się oświad­czy i przej­dziemy do kolej­nego etapu życia.

Odna­leźli swoje miej­sca i przed­sta­wili się sąsia­dom przy sto­liku. Gdy poga­wędki zapo­znaw­cze uci­chły, Seth spoj­rzał na Ash­ley.

– Pamię­tasz, że wyjeż­dżam na dwa dni, ponie­dzia­łek i wto­rek? – spy­tał, pochy­la­jąc się i spla­ta­jąc z nią palce.

– Tak – odparła. – Wysła­łeś mi wia­do­mość z infor­ma­cjami o samo­lo­cie i hotelu. Dwu­krot­nie.

– Chcia­łem się upew­nić, że będziesz wie­dzieć, gdzie jestem.

– Kocha­nie, prze­cież ja kilka mie­sięcy temu wsz­cze­pi­łam ci w ramię loka­li­za­tor GPS! – Ash­ley pokle­pała go po ręce. – Wiem o każ­dym twoim kroku.

– Serio? – Seth wybuch­nął śmie­chem. – Kiedy?

– Pod­czas snu.

– A loka­li­zuj sobie, ile chcesz. Nie mam przed tobą żad­nych tajem­nic.

Fak­tycz­nie, pomy­ślała. Seth pra­co­wał dla Too Many Names Pro­duc­tions – zna­nego pro­du­centa fil­mo­wego. Zaj­mo­wał się aspek­tami biz­ne­so­wymi i zarzą­dzał budże­tem kil­ku­na­stu pro­duk­cji. Lubił mawiać, że jest face­tem, który wyja­śnia reży­se­rom, że nie, nie spro­wa­dzi na plan trzech lwów i goryla, aby nakrę­cić z nimi trzy­dzie­sto­se­kun­dowe uję­cie, nawet gdyby to miało wyglą­dać „odlo­towo”. Cza­sami jego praca pole­gała na tym, że leciał w miej­sce, gdzie krę­cono sceny, aby skon­tro­lo­wać roz­li­cze­nia. Zazwy­czaj robił to jeden z jego pod­wład­nych, ale przy wyso­ko­bu­dże­to­wych fil­mach Seth lubił zaj­mo­wać się tym oso­bi­ście.

– Dasz sobie radę? – spy­tał.

– Tak. Har­ding odbiera klu­cze do wyna­ję­tego domu w ponie­dzia­łek, pomogę mu się wpro­wa­dzić. A we wto­rek mam jak zwy­kle wolon­ta­riat w Fun­da­cji WIO­SŁO. Pora­dzę sobie.

– Ale będziesz za mną tęsk­nić?

– W każ­dym momen­cie – odpo­wie­działa z uśmie­chem i przy­su­nęła się bli­żej. – Gdy wró­cimy do domu, może będziesz miał ochotę coś nie­coś poprze­ja­wiać?

– Mia­łem nadzieję, że to powiesz! – Seth się zaśmiał i przy­cią­gnął ją do sie­bie.

* * *

Mikki Bar­tho­lo­mew była gotowa przy­znać, że popeł­niła błąd, wybie­ra­jąc się do fry­zjera. Jej zwy­czaj robie­nia co pół roku pase­mek i przy­ci­na­nia koń­có­wek wymknął się poprzed­niego dnia spod kon­troli, gdy wypo­wie­działa słowa, któ­rych nie­mal zawsze w takich przy­pad­kach póź­niej żało­wała. „Zróbmy tym razem coś innego”.

Po dzie­więć­dzie­się­ciu minu­tach na­dal była blon­dynką, ale jej włosy ledwo się­gały teraz ramion. Pró­bo­wała sobie wmó­wić, że krót­sza fry­zura odej­muje jej lat i nadaje awan­gar­dowy wygląd, była jed­nak cał­kiem pewna, że się okła­muje.

– Powin­nam się dzie­sięć razy zasta­no­wić przed doko­na­niem jakiej­kol­wiek zmiany, gdy się czymś dener­wuję – mam­ro­tała, spraw­dza­jąc widel­cem ziem­niaki gotu­jące się na sze­ścio­pal­ni­ko­wej kuchence. Zawsze mówiła swoim dzie­ciom: „Jeżeli nie jeste­ście w sta­nie trzeźwo myśleć, nie rób­cie tego, czego nie można cof­nąć”. Z tech­nicz­nego punktu widze­nia włosy jej w końcu odro­sną – a do tego momentu miała na gło­wie widoczną przy­po­mi­najkę, że zła­mała swoją wła­sną, nie­zwy­kle roz­sądną zasadę.

Zer­k­nęła na zega­rek na kuchence mikro­fa­lo­wej. Ziem­niaki potrze­bo­wały jesz­cze minuty. Boczek usma­żyła już wcze­śniej, zacho­wu­jąc wyto­piony tłuszcz. Jej sałatka ziem­nia­czana nie była wpraw­dzie zdrowa, ale za to prze­pyszna i cała rodzina ją uwiel­biała. Przy­go­to­wała bur­gery na grilla, wyj­mu­jąc gotowe wege­ko­tlety z opa­ko­wa­nia – łatwi­zna. Gdy ziem­niaki będą się chło­dzić w lodówce, zacznie szy­ko­wać sałatkę z kuku­ry­dzą. A tuż przed imprezą zrobi surówkę. Musi jesz­cze wrzu­cić kur­czaka do mary­naty, ale to zabie­rze tylko chwilę. Perry przy­wie­zie napoje gazo­wane i piwo, lodu jest tyle, ile trzeba, a na deser będą babeczki przy­wie­zione przez Ash­ley i lody z zamra­żarki sto­ją­cej w garażu.

– Chyba jestem gotowa – mruk­nęła, zało­żyła ręka­wice kuchenne i zanio­sła ciężki gar­nek do zlewu.

Na popo­łu­dnio­wym spo­tka­niu spo­dzie­wała się mniej wię­cej trzy­dzie­stu osób. Teścio­wie, matka, dzie­ciaki i ich zna­jomi, Perry, rzecz jasna, Bree, Ash­ley i Seth. Nie­for­malna impreza na roz­po­czę­cie lata.

Odce­dziła ziem­niaki, prze­ło­żyła je do dużej sala­terki i polała tłusz­czem wyto­pio­nym z boczku, mie­sza­jąc tak, aby pokryły się nim rów­no­mier­nie. Następ­nie zanio­sła miskę do lodówki sto­ją­cej w garażu. Gdy wró­ciła do kuchni, zastała tam Syd­ney, swoją córkę. Dziew­czyna sie­działa przy dużej wyspie kuchen­nej, z kub­kiem w dłoni.

– Jesz­cze nie ma dzie­wią­tej – uśmiech­nęła się Mikki. – Co tu robisz tak wcze­śnie?

– Bar­dzo śmieszne – Syd­ney się zaśmiała. – Posta­no­wi­łam wstać wcze­śniej, żeby ci pomóc. Dopiję kawę – stłu­miła ziew­nię­cie – i będziesz mogła mi przy­dzie­lić jakieś zada­nia.

Osiem­na­sto­let­nia Syd­ney, praw­do­po­dob­nie naj­mą­drzej­sza znana Mikki osoba, wró­ciła wła­śnie do domu po pierw­szym roku stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Stan­forda. Szkołę śred­nią ukoń­czyła szyb­ciej niż rówie­śnicy, igno­ru­jąc bła­ga­nia matki, by została jesz­cze w ostat­niej kla­sie i wzięła udział we wszyst­kich rytu­ałach przej­ścia, takich jak zjazd absol­wen­tów czy bal matu­ralny. Syd­ney nie była typową nasto­latką – miała wła­sny pomysł na życie i chciała zacząć go reali­zo­wać tak wcze­śnie, jak tylko się da.

Teraz trzy­mała w ręce cera­miczny uchwyt na kar­teczkę z imie­niem osoby zaj­mu­ją­cej dane miej­sce przy stole.

– Mamo… serio? – spy­tała, odwra­ca­jąc go tak, żeby Mikki mogła prze­czy­tać, co było napi­sane na wizy­tówce.

Zawiera boczek. Danie nie­we­ge­ta­riań­skie.

– Chcę, żeby to było jasne – oświad­czyła Mikki. – Przy­naj­mniej dwoje spo­śród two­ich przy­ja­ciół nie je mięsa.

– Mogą zjeść sałatę. Poza tym wiem, że kupi­łaś dla nich wege­bur­gery.

– Ow­szem, muszą zjeść coś wię­cej niż samą sałatę. Powin­naś ich wspie­rać.

– A ty nie powin­naś two­rzyć dla nich spe­cjal­nych moż­li­wo­ści. Żyjemy w świe­cie mię­so­żer­ców.

– Z tech­nicz­nego punktu widze­nia jeste­śmy wszyst­ko­żerni. Myśla­łam, że twoi wytworni wykła­dowcy ze Stan­forda prze­ka­zali ci tę wie­dzę. Odda­waj forsę za stu­dia.

– Za późno – zachi­cho­tała Syd­ney. – Prze­pu­ści­łam wszystko na pod­ręcz­niki i kawę.

– Weź prysz­nic i się ubierz. – Mikki mach­nęła ręką w stronę scho­dów. – Możesz mi pomóc po śnia­da­niu, nie pali się. Panuję nad wszyst­kim.

– Jak zwy­kle. Zaraz wrócę.

Syd­ney wstała, prze­cią­ga­jąc się. Mikki patrzyła, jak córka się oddala, z zazdro­ścią obser­wu­jąc jej szczu­płe bio­dra i wąską talię. Syd­ney sku­tecz­nie unik­nęła rodzin­nej klą­twy dużych cyc­ków i łatwego tycia. Will z kolei odzie­dzi­czył szczu­płą budowę ciała i sze­ro­kie barki po ojcu, pozo­sta­wia­jąc Mikki sam na sam z wagą wymy­ka­jącą się spod kon­troli. To ozna­czało, że dziś będzie mogła sobie pozwo­lić na abso­lut­nie mini­malną por­cję sałatki ziem­nia­cza­nej, pomy­ślała, wcho­dząc do swo­jego maleń­kiego biura.

Pocze­kała, aż lap­top wybu­dzi się ze stanu hiber­na­cji, i zaj­rzała do poczty, czego natych­miast poża­ło­wała. Tuż pod powia­do­mie­niem o wyprze­daży w Zap­pos, jako trze­cie, licząc od góry, wid­niało przy­po­mnie­nie, że powinna opła­cić swoją wycieczkę do Paryża, zapla­no­waną na koniec wrze­śnia.

Mikki skrzy­wiła się, klik­nęła wia­do­mość i prze­czy­tała entu­zja­styczne obiet­nice wspa­nia­łego pro­gramu wycieczki, licz­nych oka­zji do zwie­dza­nia i roz­woju oso­bi­stego.

– Uch… Dla­czego uzna­łam, że to świetny pomysł?

Powinna była zadać sobie to pyta­nie przed wpła­ce­niem zaliczki. Nie to, że nie chciała zoba­czyć Paryża. Chciała. Tylko nie sama.

Dwa lata temu wybrała się samot­nie do Lon­dynu i odkryła, że nie znosi podróży solo. Choć pra­gnęła być jedną z tych odważ­nych kobiet sku­pio­nych na samo­re­ali­za­cji, które bez cie­nia stra­chu potra­fią wejść do baru w obcym kraju i popro­sić o sto­lik dla jed­nej osoby, czuła się nie­szczę­śliwa, osa­mot­niona i odli­czała kolejne dni do powrotu do domu – do któ­rego wró­ciła chył­kiem, kry­ty­ku­jąc się w duchu za brak więk­szej pew­no­ści sie­bie i życio­wej zarad­no­ści.

Tym razem zapi­sała się do grupy, która orga­ni­zo­wała wycieczki dla sin­gie­lek. Razem z dzie­więt­na­stoma innymi samot­nymi duszycz­kami miała eks­plo­ro­wać uroki Paryża.

Nie tak widziała sie­bie trzy lata wcze­śniej, gdy roz­wio­dła się z Per­rym. Chciała cze­goś wię­cej niż życia, które pro­wa­dzili w cał­ko­wi­tym odda­le­niu od sie­bie, a Perry chciał, żeby prze­stała zmu­szać go do robie­nia wszyst­kiego razem. Mikki chciała podró­żo­wać, roz­wi­jać nowe pasje i dbać o sie­bie. Perry chciał napra­wiać z kum­plami stare samo­chody i oglą­dać trans­mi­sje spor­towe.

W ich roz­wo­dzie nie cho­dziło tylko o to, że Perry był uparty i nie oka­zy­wał jej zain­te­re­so­wa­nia. Mikki też była zajęta swoją nową firmą i dzie­cia­kami. Była nie­cier­pliwa i nie słu­chała męża tak, jak powinna. Oboje byli winni. Mikki zało­żyła jed­nak – naj­wy­raź­niej błęd­nie – że po upły­wie trzech lat jej życie poskłada się z powro­tem w całość.

– Nie chcę lecieć do Paryża sama – szep­nęła. – Nie chcę lecieć sama na wycieczkę.

Ow­szem, pew­nie zaprzy­jaź­ni­łaby się z nie­któ­rymi uczest­nicz­kami, ale nic w tej wypra­wie jej nie paso­wało. Albo nie, nie cho­dzi o to, że nie paso­wało – po pro­stu chciała cze­goś innego.

Wię­cej takiego zde­ner­wo­wa­nia, jak to, które skoń­czyło się tą pechową fry­zurą, pomy­ślała.

Klik­nęła na link do anu­lo­wa­nia rezer­wa­cji i spraw­dziła szcze­góły. Jeśli zre­zy­gnuje naj­póź­niej jutro, odzy­ska dzie­więć­dzie­siąt pro­cent zaliczki i straci tylko pięć­dzie­siąt dola­rów.

Ozna­czyła mail jako nie­prze­czy­tany, zamknęła lap­top i wró­ciła do kuchni. Koniec z decy­zjami podej­mo­wa­nymi pod wpły­wem chwili, upo­mniała się. Zasta­nowi się nad tym, dla­czego w ogóle chciała jechać do Paryża i czy ten powód jest wystar­cza­jąco ważny, by odbyć taką podróż. Jeśli nie — zre­zy­gnuje. Nie cho­dziło o pięć­dzie­siąt dola­rów. Więk­szym pro­ble­mem było to, co się z nią działo. Musiała to roz­gryźć, zanim zrobi coś o wiele bar­dziej impul­syw­nego niż zmiana fry­zury.

O jede­na­stej była gotowa na szturm gości. Will, jej syn, poja­wił się w kuchni bli­żej godziny dzie­sią­tej, ale wyna­gro­dził jej to spóź­nie­nie, roz­kła­da­jąc na skła­da­nych sto­li­kach tale­rze, szklanki, kie­liszki i sztućce, a następ­nie insta­lu­jąc nad nimi wiel­kie, ogro­dowe para­sole.

– Jesz­cze coś, mamo? – spy­tał, opie­ra­jąc się o fra­mugę drzwi, jakby nie był zdolny unieść wła­snego cię­żaru.

Miał szes­na­ście lat, był wysoki i chudy – skła­dał się głów­nie z rąk i nóg. Ilo­ści pochła­nia­nego przez niego jedze­nia mogłyby wyży­wić prze­ciętną czte­ro­oso­bową rodzinę, a sprzą­ta­nie swo­jego pokoju wyobra­żał sobie jako wpy­cha­nie wszyst­kiego pod łóżko, ale był dobrym dzie­cia­kiem. W szkole sta­rał się ze wszyst­kich sił, z natury był miły, tro­skliwy (choć nie chciał, aby jego kum­ple o tym wie­dzieli) i zawsze gotów do pomocy.

Mikki uśmiech­nęła się na widok bły­sku nadziei w jego oczach.

– Co tym razem?

– Tata mówi, że mogli­by­śmy poszu­kać nowych kół do mojego auta. No wiesz, na moje uro­dziny. Chciał­bym się tro­chę rozej­rzeć w inter­ne­cie, zanim tata przy­je­dzie.

– Prze­cież twój samo­chód już ma koła. Cztery. Po co ci wię­cej? – Mikki sta­rała się unik­nąć kpią­cego tonu głosu, ale sze­roki uśmiech Willa, który powoli poja­wił się na jego twa­rzy, dał jej do zro­zu­mie­nia, że ponio­sła porażkę.

– Maaamo, wiesz, o czym mówię.

Wie­działa. Cho­dziło o opony, ale dro­cze­nie się z nim było nie­złą zabawą.

– Mhm, no dobrze, skoro tak mówisz. Cho­ciaż gdy ostat­nio roz­ma­wia­łeś z tatą, wspo­mi­nał, że zasta­na­wia się nad kupie­niem ci swe­tra na uro­dziny.

– Nikt mi nie będzie kupo­wał żad­nego swe­tra! – Will pod­szedł do niej i zmiaż­dżył ją w niedź­wie­dzim uści­sku. Wciąż rósł, a prze­cież już teraz góro­wał nad nią, wysoki niczym wieża. Perry miał nie­cały metr osiem­dzie­siąt, więc Will musiał odzie­dzi­czyć swój wzrost po jakimś dal­szym krew­nym.

– Idź się rozej­rzeć za tymi kołami – powie­działa, gdy w końcu się od niej odsu­nął. – Ale zejdź na dół, gdy zaczną przy­cho­dzić goście. – Uśmiech­nęła się. – Albo wyślę na górę obie bab­cie, żeby pomo­gły ci posprzą­tać twój pokój.

– Nie zro­bi­ła­byś cze­goś takiego.

– Żebyś się nie zdzi­wił.

– Zawsze sto­isz murem za mną. Tak robi każda mama.

Powie­dziaw­szy to, Will znik­nął w cze­lu­ściach domu, a Mikki wró­ciła do kuchni z uśmie­chem na ustach.

Po mniej wię­cej dwu­dzie­stu minu­tach ktoś otwo­rzył drzwi wej­ściowe.

– To ja! – zakrzyk­nął były mąż Mikki, wcho­dząc do kuchni z siat­kami w obu rękach. – Jesz­cze nie wszystko przy­nio­słem z auta – dodał, sta­wia­jąc torby na bla­cie kuchen­nym i wra­ca­jąc do samo­chodu.

– Dzień dobry tobie też! – zawo­łała w ślad za nim Mikki, krę­cąc głową i wsy­pu­jąc kostki lodu do dużej, izo­lo­wa­nej wanienki, któ­rej uży­wali pod­czas przy­jęć w ogro­dzie. Kupili ją wiele lat temu, a Perry zbu­do­wał drew­nianą plat­formę na kół­kach, żeby móc ją prze­wo­zić z peł­nym ładun­kiem.

Mikki ukła­dała w lodzie butelki i puszki z napo­jami, gdy Perry wró­cił, nio­sąc resztę toreb.

– Mówi­łaś, że spo­dzie­wamy się mniej wię­cej trzy­dzie­stu osób?

– Tak mi się wydaje.

– Dobra. Powinno wystar­czyć. Jeśli coś zosta­nie, to ja zabiorę piwo, a dzie­ciaki mogą zatrzy­mać napoje gazo­wane.

Wie­dział, że Mikki nie mar­nuje swo­jego dzien­nego limitu kalo­rii na takie rze­czy. Jeśli już miała ryzy­ko­wać kolej­nym roz­ro­stem tyłka, to tylko dla cze­goś naprawdę war­tego grze­chu – na przy­kład kie­liszka maśla­nego char­don­nay i pla­sterka sera brie.

Perry poda­wał jej napoje, dopóki nie napeł­nili wanienki, a potem wło­żył resztę puszek i bute­lek do lodówki. Poru­szał się po kuchni z natu­ralną swo­bodą kogoś, kto kie­dyś tu miesz­kał.

Kupili ten dom wspól­nie, gdy Mikki była w ciąży z Syd­ney. Spła­ciła Perry’ego, kiedy się roz­wie­dli. Jego rodzice posta­no­wili zamiesz­kać w apar­ta­men­cie, więc Perry wyna­jął od nich ich dom, odda­lony o trzy prze­cznice. Razem z Mikki na zmianę opie­ko­wali się dziećmi (każde przez tydzień), a w tym stary dom rodzi­ców Perry’ego spraw­dził się ide­al­nie. Wil­lowi dostał się pokój, który kie­dyś nale­żał do jego ojca, a Mikki pomo­gła prze­ro­bić pra­cow­nię kra­wiecką swo­jej teścio­wej na sypial­nię dla Syd­ney.

Mikki nie była dumna z tego, że jej mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, ale doce­niła spo­sób, w jaki razem z Per­rym pora­dzili sobie z roz­wo­dem. Pozo­stali przy­ja­ciółmi, wspól­nie zaj­mo­wali się dziećmi i spra­wili, że ich krewni na­dal utrzy­my­wali ze sobą kon­takt. Matka Perry’ego, Lor­ra­ine, przy­jaź­niła się z matką Mikki. Ojciec Perry’ego na­dal nazy­wał Mikki swoją córką. Cała sió­demka wspól­nie jadła obiad z oka­zji świąt i uro­dzin każ­dego z nich. Ran­kiem w Boże Naro­dze­nie wszy­scy poja­wiali się w domu Mikki, żeby roz­pa­ko­wać pre­zenty. Byli szczę­śliwą, nowo­cze­sną rodziną.

– Potrze­bu­jesz jesz­cze jakiejś pomocy? – spy­tał Perry.

– Nie, wszystko jest już ogar­nięte – zaśmiała się Mikki. – Póź­niej możesz zająć się gril­lem.

– Mogę się zająć nie tylko gril­lem.

Fakt. Perry od trzech lat pro­wa­dził kawa­ler­ską kuch­nię. Na początku Lor­ra­ine tro­chę mu poma­gała, ale po kilku mie­sią­cach powie­dział jej, że da sobie radę.

Mikki przyj­rzała się byłemu mężowi. Tycz­ko­waty, prze­cięt­nego wzro­stu blon­dyn o gęstych wło­sach i brą­zo­wych oczach. Może nie­naj­przy­stoj­niej­szy, ale godny zaufa­nia i przy­zwo­ity. A poza tym miał cudowny uśmiech. Kie­dyś, dawno temu, ten uśmiech spra­wiał, że krę­ciło się jej w gło­wie.

Usły­szała, jak przed domem zatrzy­muje się auto. Perry ruszył ku drzwiom wej­ścio­wym i wró­cił z Lor­ra­ine, swoim ojcem Che­tem i Ritą, matką Mikki.

Mikki zebrała się w sobie, uśmiech­nęła sze­roko i zawo­łała:

– Witaj­cie! Wspa­niały dzień na grilla.

Były teść uści­snął ją mocno i poca­ło­wał w poli­czek, nato­miast matka zaga­piła się na nią z otwar­tymi ustami.

– Dobry Boże, co ty zro­bi­łaś z wło­sami?

– Byłam u fry­zjera. – Mikki powstrzy­mała się od wes­tchnię­cia. – Myślę, że to ide­alna fry­zura na lato.

– Wyglą­dasz okrop­nie. Chyba nie sądzisz, że jest ina­czej?

– Nie mów tak, zmiany są dobre. – Lor­ra­ine pokle­pała Ritę po ramie­niu i uśmiech­nęła się cie­pło. – Jeśli taka fry­zura ci się podoba, mnie też się podoba.

Zacho­wała się nieco bar­dziej dyplo­ma­tycz­nie niż Rita, ale Mikki liczyła jed­nak na inną reak­cję.

– Mnie się podoba. – Perry puścił do niej oko. – Wyglą­dasz jak w dniu, gdy się pozna­li­śmy.

– Prze­cież nawet nie zauwa­ży­łeś, że mam nową fry­zurę.

– Zauwa­ży­łem.

Zanim Mikki zdą­żyła zwró­cić mu uwagę, że wcze­śniej nie powie­dział ani słowa na ten temat, po scho­dach zbie­gli Will i Syd­ney.

– Bab­cia, bab­cia, dzia­dek! – krzyk­nęła Syd­ney.

Wymie­niono uści­ski i całusy z entu­zja­zmem rodziny, któ­rej człon­ko­wie nie spo­ty­kali się od wielu mie­sięcy. W rze­czy­wi­sto­ści dzie­ciaki widziały się z dziad­kami kil­ka­na­ście razy w ciągu ostat­niego tygo­dnia, Mikki nie zamie­rzała jed­nak narze­kać. Cie­szyła się, że byli ze sobą tak zżyci.

Ekipa była już w kom­ple­cie, więc wszy­scy zajęli się roz­no­sze­niem jedze­nia i napo­jów. Will z ojcem zawieźli do ogrodu wanienkę z lodem, a Lor­ra­ine i Rita zaczęły wydzi­wiać nad sałat­kami. Chet roz­pa­lił dwa wiel­kie grille i wrza­snął, że potrze­buje spo­rej łopatki do prze­wra­ca­nia jedze­nia. Mikki nad­zo­ro­wała całość, choć po latach prak­tyki nikt nie potrze­bo­wał już jej nad­zoru. Gdy poja­wili się pierwsi goście spoza rodziny, wła­śnie wyjęto bur­gery z lodówki.

Kolejna godzina upły­nęła na powi­ta­niach i nad­ra­bia­niu zale­gło­ści. Zna­jomi Willa i Syd­ney przy­cho­dzili w nie­wiel­kich grup­kach, naj­czę­ściej parami. Zako­chani roz­dzie­lali się led­wie na chwilę, żeby wszyst­kich uści­skać, a potem znów się obej­mo­wali i kie­ro­wali do ogrodu za domem. Syd­ney zawsze bar­dziej inte­re­so­wała się szkołą i kole­żan­kami niż chło­pa­kami, a Will nie cho­dził jesz­cze z żadną dziew­czyną tak na poważ­nie. Mikki wie­działa jed­nak, że to tylko kwe­stia czasu, zanim i on ule­gnie cza­rowi pierw­szej miło­ści.

Perry nie był jej pierw­szą miło­ścią, ale to przy nim zaczęła marzyć o wspól­nej przy­szło­ści. Chcia­ła­bym znów to poczuć, pomy­ślała ze smut­kiem. Dreszcz emo­cji przy pierw­szej randce, pierw­szy poca­łu­nek, pierw­szy orgazm, pierw­sze wypo­wie­dziane „kocham cię”. Nie cho­dziło o to, że Earl nie radził sobie z orga­zmami – radził sobie bar­dzo dobrze. Bra­ko­wało mu raczej umie­jęt­no­ści roz­mowy i kom­plet­nie nie ogar­niał przy­tu­la­nia się po sek­sie.

Przy­je­chali też Ash­ley i Seth, któ­rzy przy­nie­śli wiel­kie pudła pełne babe­czek polu­kro­wa­nych we wszyst­kich kolo­rach lata.

– Byłaś u fry­zjera! – Ash­ley przy­wi­tała się z Mikki i prze­krzy­wiła głowę. – Ale krót­kie cię­cie. Podoba mi się.

Mikki uśmiech­nęła się, pod­no­sząc jedno z pude­łek z babecz­kami.

– Dzięki za to kłam­stwo, ale wiem, że wyglą­dam tra­gicz­nie. Tylko nie mów mojej matce, że zdaję sobie z tego sprawę. Zaraz zacznie się roz­ko­szo­wać tym, że żałuję tej decy­zji.

– Bar­dzo mi się podoba. – Seth cmok­nął ją w poli­czek. – Wyglą­dasz zalot­nie.

– Taki mia­łam plan – odparła lekko.

Popro­wa­dziła ich do ogrodu. Muzyka grała dosta­tecz­nie gło­śno, żeby wku­rzyć sąsia­dów, ale Mikki wie­działa, że nikt się nie poskarży. Mieli umowę w kwe­stii imprez – wystar­czyło wszyst­kich uprze­dzić i nie hała­so­wać po dzie­wią­tej. Dwa dni wcze­śniej wysłała w tej spra­wie maila i obie­cała, że spo­tka­nie skoń­czy się o siód­mej. Gdy Ash­ley i Seth wmie­szali się w tłum gości, wyjęła z pude­łek sześć tuzi­nów babe­czek.

– Zosta­nie sporo jedze­nia. – Perry pod­szedł do niej, by pomóc w prze­kła­da­niu wypie­ków na pół­mi­ski.

– Masz na myśli babeczki Ash­ley? Mało praw­do­po­dobne. Will i jego zna­jomi wie­dzą, że przed ostat­nią godziną imprezy mogą zjeść tylko po jed­nej. Wtedy będą mogli sobie pofol­go­wać. Wąt­pię, żebyś zna­lazł tu choćby okru­szek, gdy spo­tka­nie dobie­gnie końca. Jeśli chcesz zabrać kilka do domu, lepiej scho­waj je w kuchni, póki masz oka­zję.

– Być może tak zro­bię. – Perry pozbie­rał puste pudełka – Dziś nie będziemy pró­bo­wać wina?

Mikki czę­sto orga­ni­zo­wała pod­czas swo­ich przy­jęć degu­sta­cje na ślepo. Kupo­wała różne wina, wkła­dała butelki do papie­ro­wych tore­bek i zachę­cała przy­ja­ciół do odga­dy­wa­nia kra­jów, z któ­rych pocho­dził dany tru­nek oraz obsta­wia­nia, który z nich był naj­droż­szy. Nikt ni­gdy nie odgadł popraw­nie, nawet ona, ale był to fajny spo­sób pozna­wa­nia nowych win i wybie­ra­nia nowych ulu­bio­nych sma­ków.

– Za dużo nasto­lat­ków – odparła. – Nie chcę ich kusić.

– I słusz­nie – wtrą­ciła się jej matka, pod­cho­dząc bli­żej. – Pijesz za dużo alko­holu. Wszyst­kie te degu­sta­cje win i ten szam­pan w każdy pią­tek na plaży… – skrzy­wiła się. – Cho­dzisz na szko­le­nia! O winie!

– Ow­szem, mamo. – Mikki zachi­cho­tała. – Byłam nawet na szko­le­niu z szam­pana. Lubię się uczyć nowych rze­czy i pozna­wać miłych ludzi. Powin­naś się kie­dyś ze mną wybrać.

Mówiąc to, zaci­snęła mocno kciuki za nie­po­wo­dze­nie takiej akcji, bo ostat­nią rze­czą, jakiej by sobie życzyła, był udział jej wła­snej matki w takim szko­le­niu. To by znisz­czyło jedno z jej ulu­bio­nych hobby.

– Nie pijam alko­holu z nie­zna­jo­mymi. – Głos Rity ocie­kał obu­rze­niem.

Perry objął ramie­niem swoją byłą teściową.

– I to praw­do­po­dob­nie wycho­dzi ci na dobre. Na­dal świet­nie wyglą­dasz, Rita. Jesz­cze ci wszy­scy faceci by się w tobie zako­chali i mia­ła­byś poważne kło­poty!

Rita kla­snęła języ­kiem, ale nie opro­te­sto­wała kom­ple­mentu. Mikki przy­znała byłemu mężowi rację – jej matka na­dal wyglą­dała świet­nie. Była kobietą o peł­nych kształ­tach, jak jej córka, miała jed­nak błę­kitne oczy i śliczną cerę. Zawsze była nie­zwy­kle atrak­cyjna, jeśli pomi­nąć wyraz wiecz­nego nie­za­do­wo­le­nia na jej twa­rzy.

Mikki prze­pro­siła na chwilę towa­rzy­stwo i ruszyła w stronę ogrodu, nucąc razem z Beach Boys Sur­fin’ USA. Przy­wi­tała się z kil­koma zna­jo­mymi Willa, zapy­tała Bethany, jak jej się pra­cuje w żłobku, a potem dołą­czyła do Syd­ney i Bree, które sie­działy przy sto­ją­cym w cie­niu sto­liku.

Bree spoj­rzała na nią z roz­ba­wie­niem.

– Wiesz, że twoja córka zamie­rza cię opu­ścić i pole­cieć na drugi kra­niec kraju?

– Coś mi się obiło o uszy.

– No weź, Bree… – Syd­ney pocią­gnęła łyk gazo­wa­nego napoju. – Kali­for­nia jest wspa­niała, uwiel­biam Uni­wer­sy­tet Stan­forda, ale trzeba podejść do tego roz­sąd­nie. Wszyst­kie ważne rze­czy dzieją się na wscho­dzie. Naj­bar­dziej sen­sowny wydaje się Geo­r­ge­town, mają naj­lep­szy pro­gram stu­diów.

Odsta­wiła puszkę i zaczęła wyli­czać, zagi­na­jąc kolejno palce.

– Koń­czę szkołę z wyróż­nie­niem, potem się prze­pro­wa­dzam i zaczy­nam stu­dia na Geo­r­ge­town. Chcę zro­bić dok­to­rat z prawa i magi­sterkę na wydziale języ­ków i kul­tur eura­zja­tyc­kich, wschod­nio­eu­ro­pej­skich i rusy­cy­styki.

– To poważne zobo­wią­za­nie. – Bree sze­roko otwo­rzyła oczy.

– Jestem poważną kobietą.

– Kie­dyś były­śmy dziew­czy­nami – powie­działa łagod­nie Mikki. – Teraz jeste­śmy kobie­tami.

– Na­dal możesz być dziew­czyną, jeśli chcesz. – Bree uśmiech­nęła się sze­roko.

– Dzięki.

– A potem? – Bree spoj­rzała na Syd­ney. – Dołą­czysz do jakie­goś think tanku? Będziesz pra­co­wać dla rządu?

– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam. Zapla­no­wa­nie naj­bliż­szych sied­miu lat to wszystko, na co na razie mnie stać. – Syd­ney wstała. – Pomogę tacie i dziad­kowi przy bur­ge­rach.

– Jezu… – Bree patrzyła w ślad za odcho­dzącą Syd­ney. – Będzie robić dok­to­rat z prawa i magi­sterkę ze stu­diów wschod­nio­eu­ro­pej­skich? Dobrze zro­zu­mia­łam?

– Naj­wy­raź­niej. Byłam przy jej naro­dzi­nach, więc wiem, że to moja córka, ale kiedy ona się zro­biła taka bystra? Perry i ja nie jeste­śmy głupi, Will też nie­źle sobie radzi, ale ona funk­cjo­nuje na zupeł­nie innym pozio­mie. Jestem wdzięczna, że wyko­rzy­stuje to w dobrym celu.

– Przy­naj­mniej w ciągu kilku naj­bliż­szych lat. Bo za dwie dekady może rzą­dzić świa­tem. – Bree zamil­kła na chwilę. – Wszystko w porządku?

– Dla­czego pytasz?

– Bo marsz­czysz brwi. Zazwy­czaj tego nie robisz.

Mikki natych­miast potarła czoło.

– Nawet mi nie mów. Nie chcę się zamie­nić we wła­sną matkę.

– Prze­cież się nie zamie­niasz.

– Rita cią­gle marsz­czy brwi.

– To prze­pra­szam, że w ogóle o tym wspo­mnia­łam.

Mikki się­gnęła po swoją puszkę die­te­tycz­nego napoju, a potem odsta­wiła ją z powro­tem na blat sto­lika.

– Myślisz, że powin­nam pole­cieć do Paryża?

– Mówi­łaś, że masz na to ochotę.

– Zasta­na­wiam się jesz­cze. To brzmi tak ponuro. Dwa­dzie­ścia sin­gie­lek w „pew­nym wieku” – wyko­nała gest sym­bo­li­zu­jący ujmo­wa­nie w cudzy­słów – na wspól­nej wypra­wie. To brzmi żało­śnie.

– Z powodu „pew­nego wieku” czy dla­tego, że są sin­giel­kami?

Mikki zer­k­nęła na grupki nasto­lat­ków sie­dzą­cych na traw­niku. Są tacy szczę­śliwi, pomy­ślała. Mają w sobie tyle obiet­nic. Jared poca­ło­wał Mat­tie, uśmiech­nęli się do sie­bie, a Mikki patrzyła na nich, wal­cząc z poczu­ciem… nie była pewna, czego. Straty? Zazdro­ści? Dez­orien­ta­cji?

– Myśla­łam, że do tego momentu będę już miała wszystko poukła­dane – wyznała. – Roz­wio­dłam się z Per­rym trzy lata temu i myśla­łam, że będę bar­dziej…

– Bar­dziej jaka?

– Jakaś. Nie wiem. Lubię mój sklep. Dzięki niemu jestem szczę­śliwa, dzie­ciaki mają się dobrze. Nie chcę lecieć do Paryża z kobie­tami, któ­rych nie znam.

Bree upiła łyk piwa. Była młod­sza od Mikki o zale­d­wie kilka lat, ale czę­sto miała wra­że­nie, że ma do czy­nie­nia z o wiele star­szą przy­ja­ciółką. Może dla­tego, że Mikki na ogół wyda­wała się nale­żeć do innego poko­le­nia. Miała dzieci i cią­gle się czymś zamar­twiała, a Bree po pro­stu żyła swoim życiem. Odpo­wia­dało jej to, jaka jest. Nic jej nie doty­kało, nic nie wzbu­rzało.

Praw­do­po­dob­nie pomaga jej w tym uroda, pomy­ślała Mikki, sta­ra­jąc się nie czuć roz­go­ry­cze­nia. Te wiel­kie, piwne oczy i kasz­ta­nowe loki się­ga­jące do połowy ple­ców. To, że jest szczu­pła, wyspor­to­wana i ema­nuje pew­no­ścią sie­bie, o któ­rej Mikki mogła tylko poma­rzyć. Bree potra­fiła wejść do dowol­nego baru, rozej­rzeć się i wybrać faceta. Po dzie­się­ciu minu­tach gadali ze sobą jak para sta­rych zna­jo­mych, a po upły­wie godziny Bree już leżała w jego łóżku.

Mikki nie potra­fiła pojąć, jak to się działo. Sama nie umiała nawet zaga­dać do obcego męż­czy­zny – nie wie­działa, co powie­dzieć, jak unik­nąć zaże­no­wa­nia. Już sama myśl o czymś takim wywo­ły­wała u niej ucisk w żołądku.

– Jesteś tra­dy­cjo­na­listką – oświad­czyła Bree. – Nie oce­niam cię, po pro­stu stwier­dzam fakt. Nie chcesz lecieć do Paryża z grupą kobiet, bo ni­gdy sobie nie wyobra­ża­łaś, że tak może wyglą­dać twoja podróż. Chcesz lecieć do Paryża z męż­czy­zną, z któ­rym będziesz w związku. Chcesz two­rzyć z nim parę. Jesteś samotna. Masz Earla, ale on cię nie zabie­rze do Paryża… – kąciki jej ust wygięły się w uśmie­chu – …że tak to ujmę.

– Tak mnie postrze­gasz? – Mikki wpa­try­wała się w przy­ja­ciółkę.

– To ty tak postrze­gasz sie­bie. Możesz pró­bo­wać igno­ro­wać tę prawdę, ale tak wła­śnie to wygląda. Więk­szość ludzi to tra­dy­cjo­na­li­ści. Spójrz na Ash­ley i Setha. Prze­cież oni zaraz się zarę­czą. Ludzie prze­waż­nie pra­gną być w związku. Odkry­cie, na czym polega bycie roz­wódką, zabrało ci tro­chę czasu, ale w końcu do tego doszłaś i teraz jesteś gotowa na coś wię­cej. To dla­tego już nie chcesz lecieć do Paryża ze sta­dem sin­gie­lek.

Spo­strze­że­nia Bree spra­wiły, że Mikki poczuła pewien dys­kom­fort. Czy Bree ma rację? Czy ona, Mikki, znów chce być z kimś w związku?

– No nie wiem… – wymam­ro­tała. – Facet? Serio?

– Nie martw się. – Bree pochy­liła się ku niej i zaczęła mówić szep­tem – Jeśli znaj­dziesz odpo­wied­niego faceta, to on będzie chciał, żebyś na­dal zaba­wiała się z Ear­lem. A wtedy może­cie robić to we troje.

Rozdział 3

3

Bree napięła mię­śnie głę­bo­kie i prze­nio­sła cię­żar ciała do przodu, pod­czas gdy Nicole, instruk­torka pila­tesu, zaczęła odli­czać wstecz od ośmiu. Na „trzy” Bree poczuła, jak drżą jej mię­śnie brzu­cha. Gdy usły­szała „jeden”, zaczęła ciężko oddy­chać. Ale kiedy Nicole powie­działa: „A teraz powoli, powoli, kła­dziemy się na ple­cach”, Bree zdą­żyła jesz­cze dwa razy poli­czyć do ośmiu, zanim opa­dła na pod­łogę.

Ćwi­cze­nia z krze­słem do pila­tesu zawsze sta­no­wiły spore wyzwa­nie i wła­śnie dla­tego Bree je lubiła. Aktyw­ność fizyczna powinna spra­wiać pewną trud­ność, przy­naj­mniej na początku. Czer­pała przy­jem­ność z faktu, że po każ­dych zaję­ciach dostrze­gała u sie­bie postępy, nie­za­leż­nie od tego, co aku­rat robiła.

– Dzięki za pomoc. – Star­sza kobieta obok niej otarła pot z twa­rzy. – Ni­gdy wcze­śniej nie zro­bi­łam odwró­co­nego pod­cią­gnię­cia. – Zachi­cho­tała cicho. – Mój tyłek nie lubi prze­ciw­sta­wiać się gra­wi­ta­cji.

– Mój też – ode­zwała się Mikki, rzu­ca­jąc gniewne spoj­rze­nie ćwi­czą­cej bli­sko niej Bree. – Jak na cie­bie patrzę, to te ćwi­cze­nia wydają się takie łatwe. Czuję się ura­żona.

– Przy­chodź czę­ściej na zaję­cia – zapro­po­no­wała Nicole. – Dwa razy w tygo­dniu, a wszystko się zmieni.

– W grun­cie rze­czy nie lubię ćwi­czyć – odparła rado­śnie Mikki. – Wyda­wało mi się, że posta­wi­łam tę sprawę jasno.

Razem ruszyły ku otwar­tym szaf­kom znaj­du­ją­cym się w przed­niej czę­ści stu­dia. Nicole pode­szła do Bree.

– Dzięki za pomoc dla nowi­cjuszki. Jesteś jedną z naszych sta­łych klien­tek, na które mogę w takich sytu­acjach liczyć.

Sta­łych klien­tek? A więc to tak Nicole ją postrze­gała? Bree poczuła zasko­cze­nie. Nie sądziła, że jest aż tak prze­wi­dy­walna.

– Nie ma za co.

– Jairus mówił, że sobotni wie­czór autor­ski z pod­pi­sy­wa­niem książki bar­dzo się udał.

– Było super! – Bree zało­żyła japonki. – Twój mąż cie­szy się sporą popu­lar­no­ścią wśród młod­szych czy­tel­ni­ków.

W sobotę do księ­garni zawi­tało około dwu­stu dzie­cia­ków. Jairus czy­tał frag­menty swo­jej nowej książki o smoku Bra­dzie, a potem do póź­nego popo­łu­dnia roz­da­wał auto­grafy. Bree podo­bał się ten cały chaos, a także pod­su­mo­wa­nie wpły­wów do kasy na koniec dnia.

Dołą­czyła do nich Mikki, która, jęcząc, wsu­wała stopy w san­dały.

– Już mnie wszystko boli. To nie wróży dobrze, gdy cho­dzi o pozo­stałą część dnia.

Potarła pośladki.

– Chyba sobie coś zła­ma­łam.

– Nic ci nie będzie – pocie­szyła ją Nicole. – Weź póź­niej kąpiel.

– Nie jestem fanką kąpieli.

– „Nie jestem fanką ćwi­czeń fizycz­nych”, „nie jestem fanką kąpieli” – dro­czyła się z nią Bree. – Nie­ustan­nie sły­szę od cie­bie „nie”.

– Cho­dzi o to, że te zaję­cia są tak wcze­śnie. O czym ja w ogóle myśla­łam, godząc się na udział w zaję­ciach roz­po­czy­na­ją­cych się o szó­stej rano? Jestem sową, a nie skow­ron­kiem.

Poma­chały Nicole na do widze­nia i ruszyły do swo­ich aut. Mikki ziew­nęła, gdy wyszły z budynku pro­sto w spo­kój poranka.

– Słońce dopiero co wze­szło – poskar­żyła się.

– Gdy jecha­łaś na zaję­cia, było już jasno.

Mikki odblo­ko­wała zamek w drzwiach SUV–a.

– Naprawdę? Chyba byłam zbyt senna, by to zauwa­żyć. Do zoba­cze­nia w skle­pie.

– Do zoba­cze­nia.

Bree wsia­dła do mini coopera i uru­cho­miła sil­nik. W prze­ci­wień­stwie do Mikki wcze­sna gim­na­styka spra­wiała jej przy­jem­ność. Dwa razy w tygo­dniu cho­dziła na pila­tes, a w każdy czwar­tek brała udział w gru­po­wych lek­cjach sur­fingu. Abo­na­ment na zaję­cia spin­nin­gowe na rower­kach sta­cjo­nar­nych pozwa­lał jej na dodat­kową por­cję ćwi­czeń, gdy miała wolną chwilę.

Poje­chała na pół­noc, na swoje zaciszne osie­dle w Santa Monica. O tej porze wszy­scy kie­ro­wali się na auto­stradę, żeby doje­chać do pracy. Bree tra­fiła na same zie­lone świa­tła i w mniej niż pięt­na­ście minut zna­la­zła się w domu.

Miesz­kała w star­szym, pier­wot­nie par­te­ro­wym budynku z dobu­do­wa­nym pię­trem, nie­wiel­kim fron­to­wym ogród­kiem i gara­żem na jeden samo­chód. Te nie­do­god­no­ści rekom­pen­so­wał jed­nak duży taras i traw­nik z tyłu domu.

Kupiła go dwa lata temu, za pie­nią­dze ze sprze­daży domu, który odzie­dzi­czyła po śmierci Lewisa. Kuch­nia była wyre­mon­to­wana, ale toa­leta dla gości znaj­du­jąca się na par­te­rze i główna łazienka na pię­trze roz­pacz­li­wie potrze­bo­wały odświe­że­nia. Z pierw­szym z tych pomiesz­czeń pora­dziła sobie przed kil­koma mie­sią­cami, wciąż jed­nak nie potra­fiła pod­jąć decy­zji co do łazienki. Nie­mniej pla­no­wa­nie na­dal spra­wiało jej przy­jem­ność.

Zapar­ko­wała i skie­ro­wała się do tyl­nych drzwi. Przez nie­wielki przed­sio­nek połą­czony z pral­nią prze­szła do kuchni i wło­żyła kap­sułkę z kawą do eks­presu Nespresso. Po kilku sekun­dach urzą­dze­nie uru­cho­miło się, bul­go­cząc.

Jak wiele star­szych budyn­ków miesz­kal­nych w Los Ange­les, także jej dom nosił ślady pracy daw­nych rze­mieśl­ni­ków – wbu­do­wane szafki w jadalni i regały w salo­nie. Komi­nek w salo­nie był raczej deko­ra­cyjny niż funk­cjo­nalny, ale Bree to nie prze­szka­dzało. To był jej dom. Wyłącz­nie jej. Nie było w nim żad­nych duchów – a przy­naj­mniej takich, które by jej doku­czały. Ni­gdy nikogo tu nie zapra­szała. A już z pew­no­ścią nie face­tów, z któ­rymi sypiała. Nie chciała pozna­wać prze­szło­ści, jak­kol­wiek by ona nie wyglą­dała.

Po upły­wie godziny miała za już sobą prysz­nic, śnia­da­nie i prze­bra­nie się do pracy. Spa­ko­wała lunch i ruszyła w stronę plaży. Pora­nek był pogodny i śliczny, tem­pe­ra­tura powie­trza wyno­siła nieco ponad dwa­dzie­ścia stopni Cel­sju­sza. W połu­dnie doj­dzie do trzy­dzie­stu. Dobra wia­do­mość dla niej i jej przy­ja­ció­łek. Upał ozna­cza tłumy, a tłumy ozna­czają lep­szą sprze­daż.

Zanim księ­gar­nia została otwarta, Bree skoń­czyła skła­dać zamó­wie­nia na dany tydzień i uru­cho­miła wszyst­kie sta­no­wi­ska kasowe. Rita, jedna z jej pra­cow­ni­czek, matka Mikki, poja­wiła się punk­tu­al­nie o wpół do dzie­sią­tej. Przez kilka mie­sięcy pracy w księ­garni Rita nie spóź­niła się ani razu i zawsze koń­czyła pracę o cza­sie. Bree sza­no­wała etos pracy i uwa­żała świa­to­po­gląd Rity za zabawny.

– Widzia­łaś moją córkę? – przy­wi­tała ją Rita, wkła­da­jąc torebkę do szafki i zakła­da­jąc służ­bowy far­tu­szek. – Fry­zjer skró­cił jej włosy. Wygląda fatal­nie. Co ona sobie ubz­du­rała?

– Widzia­łam ją wczo­raj na impre­zie gril­lo­wej i dziś rano na sesji pila­tesu. Wygląda świet­nie.

Mikki pora­dzi­łaby sobie z każdą fry­zurą, pomy­ślała Bree. Jej atrak­cyj­ność brała się z jej buj­nych kształ­tów i entu­zja­zmu, z jakim szła przez życie. Przy­cią­gała do sie­bie ludzi, nie­za­leż­nie od aktu­al­nej fry­zury.

– Wygląda okrop­nie. Mam nadzieję, że szybko jej odro­sną. Potrze­buje fry­zury o więk­szej obję­to­ści, żeby zrów­no­wa­żyć jakoś wygląd swo­ich bio­der. – Rita pokrę­ciła głową. – Ostrze­ga­łam ją, że odzie­dzi­czyła po mnie syl­wetkę i może wpaść w nad­wagę.

– Mikki nie jest gruba.

– No nie, ale może stać się gruba.

– Ach, Rita, ty mój mały pro­myku słońca! – Bree nie mogła powstrzy­mać śmie­chu.

– Dro­czysz się ze mną. – Rita rzu­ciła jej gniewne spoj­rze­nie.

– Tylko tro­szeczkę. Jesz­cze jakieś zaża­le­nia?

– Nie sma­kują mi te biało-czer­wone muf­finki z borów­kami.

– To nasze „muf­finki mie­siąca”. Zbliża się Święto Nie­pod­le­gło­ści, wyglą­dają bar­dzo patrio­tycz­nie.

„Muf­finki mie­siąca” były pomy­słem Ash­ley i miały słu­żyć akcen­to­wa­niu róż­nych świąt i oka­zji. W lutym muf­finki były czer­wone, a na Dzień Świę­tego Patryka doda­wała do nich poszat­ko­waną cuki­nię.

– To nie są moje ulu­bione babeczki. – Rita pocią­gnęła nosem.

– Ash­ley będzie zdru­zgo­tana, ale pomo­żemy jej prze­trwać ten ból.

– Gadasz zupeł­nie jak Mikki.

Fajny kom­ple­ment, pomy­ślała Bree.

– Nie mogę uwie­rzyć, że orga­ni­zu­jesz jesz­cze jedno spo­tka­nie autor­skie w ten week­end. Dwa pod rząd. Będę mieć mnó­stwo pracy.

– Zga­dza się – przy­tak­nęła Bree z poważną miną. – Wiem, że zazwy­czaj obsłu­gu­jesz te spo­tka­nia, bo świet­nie idzie ci roz­ła­do­wy­wa­nie kolejki po auto­grafy, ale nie chcia­łam cię nad­mier­nie wyko­rzy­sty­wać, więc dałam ci wolną sobotę.

– Co?! – Rita sze­roko otwo­rzyła oczy. – Nie obsłu­guję tego spo­tka­nia? To ja jestem sma­rem, dzięki któ­remu wszystko gładko idzie. Nie możesz zor­ga­ni­zo­wać spo­tka­nia z czy­tel­ni­kami beze mnie. Jestem nie­zbędna. Wpisz mnie z powro­tem w gra­fik. Spo­tka­nie autor­skie beze mnie? Co ty sobie ubz­du­ra­łaś?

Mam­ro­cząc pod nosem, Rita z obu­rze­niem wyma­sze­ro­wała z zaple­cza. Po chwili w drzwiach poja­wiła się Mikki.

– Sły­sza­łam to i owo – oświad­czyła ze współ­czu­ciem. – Moja matka jest dziś w kiep­skim humo­rze.

– Ona zawsze jest w kiep­skim humo­rze – odparła rado­śnie Bree. – Nie martw się. Lubię te jej dzi­wac­twa.

– Nie rozu­miem. Dla­czego ją zatrud­ni­łaś?

– Jest nie­sa­mo­wi­cie rze­telna, zna się na inwen­ta­ry­za­cji i naprawdę pomaga ogar­niać te spo­tka­nia autor­skie.

– Ale ten jej cha­rak­te­rek…

Bree podej­rze­wała, że nie­któ­rzy uzna­liby Ritę za osobę trudną – ona jed­nak miała na temat inne zda­nie.

– Twoja mama to anioł w porów­na­niu z moją – odparła. – Zaufaj mi, masz dużo łatwiej.

– Już mi to kie­dyś mówi­łaś. Nie jestem pewna, czy ci wie­rzę. Może któ­re­goś dnia ją poznam.

Może któ­re­goś dnia pie­kło zamar­z­nie, pomy­ślała Bree i kiw­nęła głową.

– Może.

Wyszły z zaple­cza. Rita oraz Lor­ra­ine, która pra­co­wała dla Mikki, otwie­rały wła­śnie wiel­kie szklane drzwi wej­ściowe. Cze­kał za nimi dobry tuzin klien­tów.

Mikki objęła Bree ramie­niem i przy­tu­liła ją do sie­bie.

– Uwiel­biam ten widok, gdy się tak usta­wiają w kolejce.

Zanim Bree zdą­żyła odpo­wie­dzieć, do księ­garni wbiegł sied­mio­letni chło­piec, kie­ru­jąc się pro­sto ku niej. Miał zaczer­wie­nioną buzię i oczy pełne łez.

– Nie byłem na spo­tka­niu – ode­zwał się gło­sem roz­dy­go­ta­nym od emo­cji. – Nie byłem na spo­tka­niu autor­skim i nie dosta­łem książki. A mama mi obie­cała.

– Zauwa­ży­łam, Grif­fin. – Bree przy­klę­kła – Bar­dzo mi cie­bie bra­ko­wało.

– To wszystko jej wina! – Grif­fin rzu­cił się jej na szyję i mocno się przy­tu­lił.

Bree zer­k­nęła na udrę­czoną matkę chłopca, która skrzy­wiła się w odpo­wie­dzi.

– Solowy występ taneczny jego sio­stry się opóź­nił. A potem utknę­li­śmy w kor­kach. – Kobieta zro­biła bła­galną minę. – Pew­nie nie macie żad­nych zapa­so­wych egzem­pla­rzy z auto­gra­fem?

– Ale to nie będzie auto­graf dla mnie! – Grif­fin ocie­rał łzy z twa­rzy. – Obie­ca­łaś, mamo. Powie­dzia­łaś, że książka z dedy­ka­cją dla mnie będzie jed­nym z moich uro­dzi­no­wych pre­zen­tów. Obie­ca­łaś.

Na twa­rzy jego matki poja­wił się wyraz rezy­gna­cji.

– Ile razy mam jesz­cze powtó­rzyć, że jest mi przy­kro?

– Myślę, że mogę temu jakoś zara­dzić. – Bree wstała i uśmiech­nęła się do Grif­fina. – Daj­cie mi sekundę.

Weszła na zaple­cze – miała tam parę egzem­pla­rzy książki Jairusa z auto­gra­fami dla sta­łych bywal­ców. Odszu­kała tę prze­zna­czoną dla Grif­fina, razem z torbą pełną upo­min­ków, i wró­ciła do księ­garni.

– Jak mogła­bym cię roz­cza­ro­wać? – spy­tała chłopca, wrę­cza­jąc mu pre­zenty.

– Został wam jakiś egzem­plarz? – Grif­fin wpa­try­wał się w książkę.

– Zaj­rzyj do środka.

Chło­piec otwo­rzył książkę i zoba­czył swoje imię nakre­ślone zama­szy­stym cha­rak­te­rem pisma Jairusa. W oczach ponow­nie sta­nęły mu łzy.

– Pod­pi­sał książkę spe­cjal­nie dla mnie! Patrz, mamo. On wie, jak mam na imię.

Matka Grif­fina pokrę­ciła głową i spoj­rzała na Bree.

– Nie­sa­mo­wite. Nie wiem, jak ci dzię­ko­wać. Ura­to­wa­łaś tę sytu­ację. I moją pozy­cję w tej rodzi­nie – dodała po chwili szep­tem.

– Nie ma za co. A tak w ogóle to w przy­padku wszyst­kich spo­tkań autor­skich można zło­żyć wcze­śniej­sze zamó­wie­nie na książkę. Jeśli nie będzie­cie mieć pew­no­ści, czy uda się wam dotrzeć na czas, to ona i tak będzie na was cze­kać.

– Świetny pomysł, dzięki. – Mama Grif­fina wes­tchnęła i wycią­gnęła rękę do syna. – Chodź, zapła­cimy za książkę, a potem zawiozę cię na tre­ning base­ballu. Będziesz mógł poczy­tać wie­czo­rem.

– Już się nie mogę docze­kać! – Uśmiech Grif­fina wręcz ośle­piał. – Dzięki, Bree. Jesteś naj­lep­sza.

– Nie ma za co.

Pro­wa­dząc matkę i chłopca do kasy, Bree minęła Ritę, która posłała jej poro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

– Powin­naś mieć dzieci. Choć nie uwa­żam, żeby można było na nich pole­gać – powie­działa Rita i łyp­nęła z roz­cza­ro­wa­niem na swoją córkę.

Mikki się roze­śmiała i wró­ciła do skle­piku z upo­min­kami. Bree wbiła zakup książki na kasę fiskalną, myśląc o tym, że ni­gdy nie roz­wa­żała macie­rzyń­stwa. Nie wtedy, gdy była żoną Lewisa – i z pew­no­ścią rów­nież nie teraz. Znała swoje ogra­ni­cze­nia i rozu­miała obawy, które skry­wała przed świa­tem. Mowy nie ma, że nara­zi­łaby dziecko na to wszystko.

Ash­ley zapa­ko­wała resztę babe­czek i muf­fi­nek do tek­tu­ro­wych opa­ko­wań. Evan i Oscar, jej cukier­nicy, roz­po­częli pracę o dru­giej w nocy i skoń­czyli o wpół do dzie­sią­tej rano – jak co dzień przez pięć dni w tygo­dniu. Następ­nie Evan uda­wał się do swo­jej dru­giej pracy – był doradcą w Fun­da­cji WIO­SŁO, orga­ni­za­cji non pro­fit nale­żą­cej do brata Ash­ley. Z kolei Oscar, musku­larny, wyta­tu­owany czter­dzie­sto­pa­ro­la­tek, zawo­ził sto dwa­dzie­ścia muf­fi­nek i babe­czek do kawiarni obok Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego, a potem jechał do domu.

Wypie­ków week­en­do­wych dostar­czała lokalna szkoła gastro­no­miczna. Instruk­tor zapra­szał do współ­pracy stu­den­tów. Ci naby­wali doświad­cze­nia, Ash­ley miała zapew­nione ciastka na sobotę i nie­dzielę, a jej pra­cow­nicy mogli odpo­cząć.

Rano Ash­ley prze­waż­nie przy­jeż­dżała wcze­śniej, żeby zro­bić odprawę i zwe­ry­fi­ko­wać stany maga­zy­nowe. Nie ma nic gor­szego niż brak jakie­goś skład­nika o trze­ciej nad ranem.

Oscar wto­czył wózek na kół­kach z powro­tem do kuchni.

– Gotowe, sze­fowo, mogę jechać. Zanieść ci twoje muf­finki do auta?

– Pora­dzę sobie, ale dzięki, że pytasz – uśmiech­nęła się Ash­ley. – Ode­zwał się do mnie nasz dostawca owo­ców. Poja­wiły się pierw­sze wiśnie. Zamó­wi­łam dwie skrzynki. Pomy­śla­łam, że możemy zro­bić muf­finki wiśniowe i te babeczki wiśniowo-mig­da­łowe, które wszy­scy uwiel­biają. Możesz się upew­nić, że macie wszystko, co jest wam do tego potrzebne?

Zazwy­czaj sto­icką twarz Oscara roz­świe­tlił uśmiech.

– Wiśnie? Dobry pomysł. Raczej wszystko mamy, no może oprócz mig­da­łów. Dam znać ese­me­sem.

Lampa, pod którą stał, oświe­tlała jego ogo­loną głowę i łezkę wyta­tu­owaną na policzku pod lewym okiem. Ash­ley wie­działa, że w przy­padku Oscara taki tatuaż to nie była wyłącz­nie poza – łezka ozna­czała, że kogoś zabił i odsie­dział za to pra­wie dwa­dzie­ścia lat w wię­zie­niu.

To wła­śnie tam nauczył się piec i wyszedł z tą umie­jęt­no­ścią na wol­ność, gdzie odkrył, że nie­wiele cukierni chce zatrud­nić byłego prze­stępcę. Kura­tor sądowy pomógł mu zło­żyć poda­nie o pracę w Fun­da­cji WIO­SŁO. Ash­ley wła­śnie zamie­rzała roz­krę­cić Muf­finki na Maksa i posta­wiła na Oscara. To było trzy lata temu. Evan, drugi były prze­stępca, dołą­czył do nich w zeszłym roku.

Cza­sami zasta­na­wiała się, jak do tego wszyst­kiego doszło. Była cał­kiem zwy­kłą dziew­czyną, wycho­wała się na przed­mie­ściu. Miała zostać fizjo­te­ra­peutką. A tym­cza­sem zało­żyła wła­sną firmę, wyna­jęła zaple­cze kuchenne od orga­ni­za­cji zało­żo­nej przez jej brata i zatrud­niała dwóch byłych prze­stęp­ców, któ­rzy praw­do­po­dob­nie znali co naj­mniej kil­ka­na­ście spo­so­bów na to, jak ją zamor­do­wać.

Nie żeby ją to jakoś mar­twiło. Oscar był tro­skliwy i lojalny. Wie­działa, że roz­szar­pałby na strzępy każ­dego, kto pró­bo­wałby wyrzą­dzić jej krzywdę. Gdy kie­dyś się poskar­żyła na swo­jego poprzed­niego chło­paka, nazy­wa­jąc go palan­tem, Oscar zapro­po­no­wał, że się „nim zaj­mie”. Ash­ley była pewna, że nie żar­to­wał i ni­gdy wię­cej nie wspo­mniała przy nim o tam­tym face­cie.

– Dave powie­dział, że Har­ding przy­jeż­dża. Wraca do Los Ange­les? – spy­tał Oscar.

– Wyna­jął nie­da­leko dom, będzie pra­co­wał nad swoją kolejną książką. Pisze o żalu, więc spo­dzie­waj się, że będzie cię nama­wiał do zwie­rzeń. Tym się wła­śnie teraz zaj­muje. Nikt przed nim nie uciek­nie. No może z wyjąt­kiem mnie. Pomi­ja­jąc jego wypa­dek, w zasa­dzie nie­mal w ogóle nie zazna­łam w życiu żalu.

– I to wła­śnie spra­wia, że wciąż mam tro­chę wiary w ten świat. – Oscar ją zasko­czył, deli­kat­nie doty­ka­jąc jej ramie­nia. – Mam nadzieję, że jesz­cze długo tak pozo­sta­nie.

Ash­ley nie miała poję­cia, co powinna odpo­wie­dzieć. „Dzięki” zabrzmia­łoby dzi­wacz­nie, a „ja też” – zbyt lek­ce­wa­żąco.

– Dziś rano kawiar­nię obsłu­guje Car­rie – odparła wymi­ja­jąco. – Może przy­rzą­dzi ci latte.

– Raczej nie. – Twarz Oscara stę­żała.

– Prze­cież pijasz kawę, widzia­łam. – Zaczęła mówić ciszej. – Cho­dzi o latte? Zbyt popu­larne?

– Igrasz z ogniem.

– Ni­gdy byś mnie nie skrzyw­dził. Car­rie zresztą też. Podoba ci się.

– Jest za młoda.

– Jeste­ście w tym samym wieku.

Oscar wpa­trzył się w nią posęp­nie.

– Nie mówię o tym, ile mamy lat.

Ash­ley poczuła, jak wzdłuż krę­go­słupa prze­biegł jej dreszcz. Od czasu do czasu przy­po­mi­nała sobie, że ona i Oscar mieli w zasa­dzie zupeł­nie odmienne doświad­cze­nia życiowe.

– Potrze­bu­jesz kogoś, kto by się o cie­bie zatrosz­czył – oświad­czyła sta­now­czo.

– Sam się o sie­bie trosz­czę.

– No to kogoś do łóżka. No weź. Poflir­tuj z nią tro­chę. Spodoba ci się, wiem, że ty jej też.

– Nie sły­szę, co mówisz. To takie zabawne. Poru­szasz ustami, ale nie wycho­dzą z nich żadne słowa. Dziwna sprawa.

Mówiąc to, Oscar wyma­sze­ro­wał z kuchni.

– Napisz mi ese­mesa, co z tymi mig­da­łami! – krzyk­nęła w ślad za nim.

Nie usły­szała, co odpo­wie­dział, ale poczuła dość silne prze­ko­na­nie, że były to słowa na k…, ch… i p… w róż­nych wyjąt­ko­wych kom­bi­na­cjach. Pcha­jąc wózek w stronę auta, na­dal się śmiała.

Wynaj­mo­wała zaple­cze kuchenne od Fun­da­cji WIO­SŁO. W wiel­kim budynku znaj­do­wała się kuch­nia prze­my­słowa, na któ­rej wyko­rzy­sta­nie nie mieli pomy­słu ani Har­ding, ani Dave – jego naj­lep­szy przy­ja­ciel i wspól­nik. Ash­ley natych­miast dostrze­gła poten­cjał tego miej­sca. Wpa­dła na pomysł kawiarni na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim. Sprze­da­wała Fun­da­cji babeczki i muf­finki po kosz­tach, a oni prze­zna­czali zyski ze sprze­daży na pro­wa­dzone przez sie­bie pro­gramy. Ash­ley pod­su­nęła im także pomysł, aby zaczęli ofe­ro­wać swoim klien­tom posiłki na wynos.

Zała­do­wała pudełka z ciast­kami do SUV-a i zawio­zła je do Muf­fi­nek na Maksa. Wła­śnie koń­czyła ukła­dać przy­smaki w witry­nie, gdy poja­wili się pierwsi spo­śród – jak wie­działa – setek klien­tów.

Poranny tłum „popro­szę muf­fina do kawy” roz­pro­szył się koło jede­na­stej. W połu­dnie zmianę prze­jęła Elsie, jej popo­łu­dniowa pra­cow­niczka. Kwa­drans po dwu­na­stej Ash­ley była już w dro­dze do domu wynaj­mo­wa­nego przez jej brata.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach cie­szy­łaby się z jego powrotu do Los Ange­les. Był jej bra­tem, życie było mil­sze, gdy miesz­kali w tym samym mie­ście. Nie mogła jed­nak wyzbyć się obaw zwią­za­nych z Bree. Tak, wie­działa, że jej brat potra­fił o sie­bie zadbać. A jed­nak w głębi duszy i serca odczu­wała nie­po­kój. Zapewne dla­tego, że gdyby miała opi­sać ide­alną part­nerkę swo­jego brata, ta kobieta mia­łaby nie­mal wszyst­kie cechy Bree.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki