Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
29 osób interesuje się tą książką
Hipnotyczna powieść jednej z najważniejszych pisarek współczesnych.
Australia, niedaleka przyszłość. Ludność aborygeńska wciąż żyje głównie na kontrolowanym przez rząd wycinku Terytorium Północnego, a środowisko naturalne uległo nieodwracalnym spustoszeniom z powodu zmiany klimatycznej. Pochodząca z wysiedlonej społeczności Oblivia, niema nastolatka, ofiara gwałtu grupowego z rąk nawąchanych benzyny nastolatków, mieszka w jednej z niezliczonych rdzewiejących łodzi na bagnie, które miejscowi dzielą z tysiącami czarnych łabędzi, zmuszonych do przeniesienia się tu z innych części kraju. Opowieść prowadzi nas przez życie Oblivii, aż po małżeństwo z Warrenem Finchem, pierwszym aborygeńskim prezydentem Australii, i wyniesienie do godności pierwszej damy, uwięzionej w podtopionym, osuwającym się w bezprawie mieście na południu kraju.
Księga Łabędzi łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy pisarstwa Alexis Wright: głębokie zrozumienie rzeczywistości, w której zmuszona jest funkcjonować ludność aborygeńska, dziką energię i humor, niosące nadzieję nawet w najmroczniejszych chwilach, i wreszcie – doskonale skonstruowaną opowieść, czerpiącą z mitów, legend i baśni, w której oprócz Oblivii Ethylene przewija się cały korowód niezwykłych postaci, takich jak ciocia Bella Donna, Zarządca Zatoki, Wielka Ruda, Maszyna, gadająca małpa o imieniu Rigoletto, trójka dżinnów z doktoratami, i wiecznie obecne w tle, prowadzące nas przez całą historię, łabędzie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 471
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Swan Book
Redaktor inicjujący: Michał Michalski
Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj
Projekt okładki: Kamil Rekosz
Projekt typograficzny: Mimi Wasilewska
Redakcja: Gabriela Niemiec
Korekta: Hanna Trubicka, Michał Trusewicz
Copyright © Alexis Wright 2013, 2023
Published by agreement with Giramondo Publishing Company, Australia and Book/lab Literary Agency, Poland.
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Aga Zano, 2025
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
This project has been assisted by the Australian Government through Creative Australia, its principal arts investment and advisory body.
ISBN 978-83-68295-55-9
Toly’emu Wszystkim wędrownym czarnym łabędziom Które po wielkich deszczach odleciały na pustynne laguny Na wyschniętym korycie rzeki Todd niedaleko Schultz Crossing I tym trzydziestu lecącym na północ nad Larapinta Drive W Alice Springs 14 stycznia 2010 roku Pamięci Yariego Tjampitjinpy (Kumantjayiego Zimrana)
Czarny dziki łabędź, kiedy uwięziony Na ziemi i w niebie rozbudzi demony1
Robert Adamson, After William Blake
Na poddaszu mojego mózgu mieszka sobie w domku dla lalek dziki wirus. Na rześkim niebie bez końca migoczą nad księżycowo wyboistym ogrodem drobniuteńkie gwiazdy. Obłąkany wirus siedzi sobie na kanapie, jednym okiem łypie zawsze na podwórko, wypatruje intruzów. Zalegający na progu stos nakazów eksmisji w niczym mu nie przeszkadza. Wirus myśli, że jest ostatnim czystej krwi osobnikiem swojego gatunku, jaki w całej krainie pozostał przy życiu. Wszystko inne to mieszańce. Funta kłaków! Nawet nieruchomości jedno z drugim nie ma. Nie do wiary, że mózg naprawdę może się dać wciągnąć w rzyganie złymi wspomnieniami na piękne, spieczone słońcem równiny.
Wewnątrz domeczku wirus produkuje arsenał bardzo niebezpiecznych pomysłów, a jeśli zobaczy gdzieś łopoczącą na wietrze białą flagę, bierze bazookę i przez okno wystrzeliwuje rakiety do mieszkania, w kosmos, na pole, czy jak kto tam sobie nazywa życie. Najbardziej niepokojące w tej fenestralnej palbie jest pytanie, co nam zostanie na koniec i które rozbryzgi różnych prawd, niosących opowieść o łabędziu z kością, przetrwają na tej ziemi.
No więc mój mózg jest równie przeżarty co porzucony gdzieś w krzakach stary, rozwalony Commodore. Jakoś tam sobie radzę. Brnę przez gruzowisko. Proszę bardzo! Oto ja – zygzaczkiem, wężykiem po gorącym asfalcie, na którym nigdy nie ustaje ruch. Oto ja – uciekam przed jazgotem helikopterów, rozcinających gęste, burzowoszare kłęby dymu. Wreszcie rozpoznaję niosący się z oddali monotonny głos. Zbliża się.
Oblivio! Nieziemski głos starej kobiety od łabędzi wyrywa się z gruntu pod moimi stopami, choć ona przecież od lat nie żyje. Tyle czasu minęło, a biała baba dalej woła mnie po imieniu! Gdzie ta moja mała aborygeńska znajda? Imienia brak. Mudunyi? Oficjalnie: Oblivion Ethyl(ene). Co ty, dziewucho, wyprawiasz? – pyta. Co jak co, ale wychodzić tak do ludzi to ja cię nie uczyłam. Mierzy mnie surowym wzrokiem. Skórę i kości. Włosy zgolone na gładko nożem tuż przy czaszce. Jestem spalona na tę samą barwę co suche błoto. Biała przygląda się spierzchniętej ziemi. Nie spodziewałam się, że kiedyś tu wrócisz – dodaje. Duch twierdzi, że nadal widzi w niej dziecko, które wydobył kiedyś z wnętrzności starego eukaliptusa, wyglądającego, jakby miał z tysiąc lat. Tylko że to nie jest miejsce dla duchów przybywających skądinąd, wirus bez przerwy szczeka jak stróżujący pies. Uuba, bubla, bubla! Duch starej baby płoszy się jak kocur, co daje ze strachu drapaka – tak ją przeraził zwyrodniały rechot wirusa, niosący się po przypalonym krajobrazie. Mało jej z tego pietra nie wywróci na lewą stronę. Zdążyła jeszcze rzucić parę słów na do widzenia, Ja wiem, kim ty jesteś, i już, jak nie czmychnie przez równinę, chwila moment i znika za horyzontem.
Jak się chce takiego wirusa z głowy eksmitować, to nie można pukać do drzwi jego staroświeckiego domku na prerii, kiedy operuje się wyłącznie przebrzmiałym myśleniem, bo on na takie stukanie po prostu nie zareaguje, nie wyjdzie na próg, nie łypnie w słoneczny blask, nie pogada o niczym jak równy z równym, a już tym bardziej nie zacznie wokół ciebie, człowieku, skakać niby jakiś Chubby Checker dla ubogich, stawać na rzęsach i na czym tam jeszcze. Na gościnność też nie ma co liczyć – nawet w najupalniejsze lato – choćby się nie wiem ile stukało, wołało, że cukierek albo psikus, ceremonialnie składało dary na progu czy wpadało w histerię, że nikt nam nie otwiera.
Mogę udowodnić, że mam tego wirusa. Zachowałam wymiętoszony świstek z wynikami badań lekarskich, przeprowadzonych przez największych specjalistów medycyny i nauki. Wszyscy oznajmili, że mam mózg zupełnie wyjątkowy. Znachorzy, też ci z najlepszych na świecie, orzekli, że taki wirus to nie żaden cud, tylko taki biedny, zagubiony i wchłonięty duch, jeden z tych, co dużo rozmyślają o sprawach, które zaszły gdzie indziej na naszej planecie – tyle rozmyślał, że mi się zaplątał w głowie. Lecz podobnie jak nie mogą nic poradzić, kiedy człowiek za dużo wchłonie domowego rumu, kartoniaka czy innego kamukamu, tak i w moim przypadku nie ich rolą jest mnie leczyć – tak mi powiedzieli.
Wirus to nostalgia za tym, co zagraniczne, wyjaśnili, albo, jak to mówią Francuzi, nostalgie de la boue; choroba wyrosła z kierowania każdej kropli energii w wyobrażony, idealny świat, w którym dźwięczą pieśni o solidarności, jak We Shall Overcome. Mój wirus śpiewa głosem niezwykłym, mocno zaciąga, jak Australijczyk cierpiący na syndrom wiecznej izolacji – całe serce sobie wyśpiewuje o krykiecie czy futbolu bez jednej myśli w głowie, jak Harry Belafonte w tej piosence o bananach. No cóż, nic w tym złego. Zdzierał sobie stęsknione gardło ku wszechświatowi innych wirusów, żyjących w zanieczyszczonych mikroskopijnych miastach gdzieś na bagnach mojego umysłu.
Ten skrajnie przegrany, niezadowolony z przymusowego pobytu w cudzym mózgu, zachowywał się tak, jakby wjechał nowiutkim Ferrari prosto w najgorsze slumsy na osyfiałej pustyni w jednym z najsamotniejszych miejsc na świecie i został nagle zmuszony, by całą swoją wysoką kulturę upchnąć w jakiejś szopie. Lekarze uznali to za wyjątkowe zjawisko, za absolutny cud, że nikt poza mną nie skończył z wirusem takim jak ten szajbus, który mi się zaplątał we łbie – a wiedzieli, że tak jest, bo przebadali tysiące wszelkiej maści fundamentalistów. Stwierdzili, że te badania to marnowanie środków publicznych, i na potwierdzenie swojego stanowiska napili się wody z bagna.
Po odkryciu, jak wyrwać się z rzeczywistego wymiaru tego miejsca, tworzyłam sobie iluzoryczne przedwieczne ojczyzny, do których mogłam się zakradać i niszczyć rozległe tereny należące do posiadłości wirusa. Jego domek otaczają teraz górzyste obce kraje, przyduszające jego równiny długim cieniem, a między górami rozlewają się pustynie, po których tułały się miliony spragnionych wędrowców, nad wybrzeżami zaś kotłują się morza, szarpane falami tak wściekłymi, jakby je wzbijał jakiś King Kong, falami jak monstra ryczące tuż u progu. Bez żadnego oporu, nic w ogóle, stałam się cyganką, uzależnioną od podróży w te odległe mirażowe ojczyzny, tylko po to, by zwabić wirusa, ukrytego gdzieś na jego własnym zatłoczonym globie, i przekonać go, by otworzył drzwi. Jakby mnie kto pytał – właśnie tam się to zaczyna. Oto wyprawa po suwerenną władzę nad moim własnym mózgiem.
Ściemniam więc w broszurkach, które wysyłam wirusowi, wyjaśniam w nich, że muszę koniecznie przyjechać z wizytą, że łączą mnie z tymi kontynentami świata mojej wyobraźni więzy krwi, warte, by za nie umierać, i drzewo genealogiczne, rosnące w snach o odległych krainach. To fakt, dodaję, moja ojczyzna rozrosła się tak bardzo, że ciągłe podróże ku jej coraz dalej wysuniętym granicom są koszmarem. Jestem jak Święty Mikołaj, przemierzający niebiosa w jedną noc mungamba pod miliardowy nowy adres, no i po co? Żeby dostarczyć samą siebie, te dobra, których odbiorca może sobie życzy, a może nie. Wirusa zaintrygowała moja wizja przynależenia wszędzie; zapytał, po co podejmuję te wyprawy, zagarniające jeszcze więcej miejsc, od których w jego małym światku robi się już naprawdę tłoczno. Wyjaśniam, że zaczynam podróże lokalnie, płynę przez żółte wody powodziowe, które rozlewają się w jeszcze większe akweny wewnątrz lądu, aż docieram do aluwialnej równiny, karmiącej cieniste ogrody, gdzie mieszkańcy mnie nie znają i chcą wiedzieć, po co do nich przybyłam. Zawsze ruszam dalej.
I tak to podróżuję, napędzana ciekawością, co to znaczy mieć ojczyznę, wędrować dalej w głąb obcych krain, pełnych świętego pyłu i sadów rodzących drogocenne owoce, malutkie i dojrzałe na słońcu, krainy to na wpół zniszczone przez wojnę, to znowu chlaśnięte w twarz brutalnym głodem. Lecz mimo to miejscowi, nawet gdy im niosę w dom podarki, znajdują obok głodu i zmęczenia odwagę, by przepędzić nieznajomą ze swojego raju, i nic ich nie obchodzi, jak daleką drogę przebyła. Liczy się tylko to, że nie jest jedną z nich.
Mówię wirusowi, że jak w domu czułam się raczej w muskającym mi twarz chłodnym powiewie spod łagodnych skrzydeł dzikiego łabędzia, szybującego w wielkiej migracji przez kontynenty nad ośnieżonymi szczytami, niż na tych upiornych rozległych terenach nieopisanej urody, która nie dała mi nigdy żadnej radości. Muszę iść dalej, aż dotrę do tego ostatniego miejsca pod suchym nimbusem z kurzu, gdzie dawno temu czułam, że do czegoś przynależę.
Wirus myśli, że chcę tego, czego on chce – ukryć się w najciemniejszym zakątku jego różowego jak landrynka łóżka, gdzie śpi i śni głęboko w moim chorym umyśle.
Cytaty umieszczone w książce pochodzą z następujących źródeł:
1Czarny dziki łabędź, kiedy uwięziony… – Robert Adamson, After William Blake;
2I gęgot słyszę, gdy przewodnik stada… – A.B. „Banjo” Paterson, Black Swans;
3Śnieg, mgła, odciski palców… – Bari Károly, Winter Diary (w: Leopard V: An Island of Sound. Hungarian Poetry and Fiction before and beyond the Iron Curtain);
4Skrzydła bijące jak dzwon pod obłokiem… – W.B. Yeats, Dzikie łabędzie w Coole, tłum. Ludmiła Marjańska;
5Na wodzie, gładkiej aż do skał krawędzi…; I, zataczając krzykliwe spirale, odfrunęły… – W.B. Yeats, Dzikie łabędzie w Coole, tłum. Ludmiła Marjańska;
6Rycerz Lohengrin przybył w łodzi… – Richard Wagner, Lohengrin, Akt 1;
Dostępne w wersji pełnej
Kontakt:
Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
Verena Kessler
Duchy z miasteczka Demmin
w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
Victoria Kielland
Moi mężczyźni
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Nona Fernández
Strefa mroku
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Aleksandra Pakieła
Oto ciało moje
Margaryta Jakowenko
Przemieszczenie
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Charles Yu
Ucieczka z Chinatown
w tłumaczeniu Agi Zano
Andrea Abreu
Ośli brzuch
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Linn Strømsborg
Nigdy, nigdy, nigdy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Mohamed Mbougar Sarr
Bractwo
w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
Claudia Salazar Jiménez
Krew o świcie
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Jessica Au
Mógłby spaść śnieg
w tłumaczeniu Agi Zano
Kjersti Anfinnsen
Chwile wieczności
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Jonas Eika
Po słońcu
w tłumaczeniu Macieja Bobuli
Aleksandra Tarnowska
Wniebogłos
Nick Cave
Gdy oślica ujrzała anioła
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
Sebastian Barry
Tysiąc księżyców
w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
Adda Djørup
Kot Bułhakowa
w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
Michał Michalski
Gruby
Linn Strømsborg
Kurwa, kurwa, kurwa
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Santiago Roncagliolo
Noc szpilek
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Cristina Morales
Lektura uproszczona
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
Sebastian Barry
Po stronie Kanaanu
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
Merethe Lindstrøm
Dni w historii ciszy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Marta Hermanowicz
Koniec
Aki Ollikainen
Sielanka
w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
Chiang-Sheng Kuo
Stroiciel fortepianów
w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
Jarek Skurzyński
Zły syn
Sebastian Barry
Czas starego Boga
w tłumaczeniu Agi Zano
Arturo Pérez-Reverte
Szachownica flamandzka
w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
Michał Trusewicz
Plemię
Oliver Lovrenski
Jak byliśmy młodsi
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Juan Cárdenas
Diabeł z prowincji
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Maren Uthaug
11%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Brenda Navarro
Prochy w ustach
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Karina Sawaryna
Wynik negatywny
w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
Arturo Pérez-Reverte
Ostatnia zagadka
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Sebastian Barry
Tak daleko od domu
w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
Louise Erdrich
Rzeka Czerwona
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
w tłumaczeniu Agi Zano
Natalka Suszczyńska
Wygoda
Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Preludium: Ignis Fatuus
Cykl piachu
O źródłach
Podziękowania
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
