Kryminał. Ciemna jaskinia - Maciej Słomczyński - ebook

Kryminał. Ciemna jaskinia ebook

Maciej Słomczyński

0,0
16,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Młody lekarz, Tadeusz Mroczek, przyjeżdża z żoną Haliną do Poręby Morskiej na pogrzeb stryja. Śp. Stanisław Mroczek był sędzią, żył samotnie, otoczony szacunkiem i sympatią mieszkańców małego miasteczka. Przyczyną śmierci było utonięcie, ot, nieszczęśliwy wypadek. Mroczkowie zatrzymują się w domu zmarłego, który jest teraz ich własnością. Gdy przeglądają rzeczy sędziego w jego gabinecie, gwałtowny przeciąg sprawia, że z jednej ze ścian odpada tynk. Halina natychmiast chce posprzątać i zupełnie przypadkowo odkrywa otwór w ścianie, a w nim coś zupełnie nieoczekiwanego! Z niszy na małżonków spoglądała pustymi oczodołami trupia czaszka…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 208

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ma­ciej Słom­czyń­ski (Ka­zi­mierz Kwa­śniew­ski)

Ciem­na ja­ski­nia

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edycję opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

Iskry, War­sza­wa 1968

© Co­pyri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-684-8

Wy­daw­nic­two LTW

ul. rtm. W. Pi­lec­kie­go 9

Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

1. Drzwi zamknęły się. Zostali sami

Ktoś na­pi­sał kie­dyś, że nad­cho­dzą­ca tra­ge­dia rzuca zwykle cień przed sobą i gdyby ludz­kość w cią­gu ty­siąc­le­ci cywi­li­zo­wa­ne­go ist­nie­nia nie utra­ci­ła owe­go zmysłu ostrze­ga­ją­ce­go przed zbli­ża­niem się nie­bez­pie­czeń­stwa, umie­li­byśmy prze­wi­dywać chwi­le gro­zy tak, jak prze­wi­du­ją je szczury ucie­ka­ją­ce w por­cie z okrę­tu, któ­ry ma za­to­nąć w cza­sie naj­bliż­sze­go rej­su, albo pta­ki od­la­tują­ce spod strzech do­mów ma­ją­cych wkrót­ce znik­nąć w pło­mie­niach po­ża­ru.

Ale utra­ci­li­śmy ów zmysł i nikt nam już go nig­dy nie odda. Dla­te­go za­pew­ne nikt w Po­rę­bie Mor­skiej nie prze­wi­dywał zdu­mie­wa­ją­cych i nie­sa­mo­wi­tych wy­pad­ków, któ­re nio­sła ze sobą naj­bliż­sza przy­szłość. Zresz­tą chyba tyl­ko ja­sno­widz mógł­by prze­wi­dzieć zbli­ża­nie się tra­ge­dii. Nic nie zwia­sto­wa­ło jej na­dej­ścia tego ci­che­go, sło­necz­ne­go dnia.

Było lato. Świa­tło póź­ne­go, lip­co­we­go po­po­łu­dnia wy­dłużyło cie­nie ba­ro­ko­wych ka­mie­ni­czek na ma­leń­kim, opusto­sza­łym o tej po­rze ryn­ku mia­stecz­ka. Po­środ­ku ryn­ku stał mi­nia­turo­wy ra­tusz, oko­lo­ny do­brze utrzyma­nymi klom­ba­mi kwia­tów, któ­re z ko­lei ota­czał czwo­ro­bok as­fal­to­wej jezd­ni. Jezd­nię tę, jak przy­sta­ło na lata sześć­dzie­sią­te dwudzie­ste­go wie­ku, po­prze­ci­na­no bia­łymi pa­sa­mi far­by i kla­wi­sza­mi ze­bry. Ale naj­wyraź­niej wszyst­kie te wy­sił­ki, ma­ją­ce na celu upodob­nie­nie mia­stecz­ka do wiel­kich me­tro­po­lii, nie mia­ły więk­sze­go celu prak­tycz­ne­go, gdyż – w tej chwi­li przy­najm­niej – nie moż­na było do­strzec w oko­li­cy ani jed­ne­go po­rusza­ją­ce­go się po­jaz­du, a pie­szych tak­że nie było wi­dać. Naj­wyraź­niej żad­na waż­na spra­wa nie zmu­si­ła ni­ko­go z miesz­kań­ców do opusz­cze­nia domu w to ci­che, upal­ne po­po­łu­dnie.

Je­dyny znaj­du­ją­cy się w tej chwi­li na ryn­ku sa­mo­chód stał przy kra­węż­ni­ku na­prze­ciw ka­mie­nicz­ki, w któ­rej mu­siał mie­ścić się ja­kiś urząd pań­stwo­wy, gdyż na owal­nej, ema­lio­wa­nej ta­bli­cy nad jej wej­ściem błysz­czał z da­le­ka bia­ły orzeł. Sa­mo­chód był nie­wiel­ki i naj­wyraź­niej nie na­le­żał do żad­ne­go z miesz­kań­ców mia­stecz­ka, bo na ba­gaż­ni­ku pię­trzyły się wa­li­zy i wory turystycz­ne, przy­tro­czo­ne no­wiu­teń­ki­mi rze­mie­nia­mi. W po­bli­żu ani we­wnątrz wozu nie było ni­ko­go.

W pew­nej chwi­li ci­szę rynecz­ku prze­rwał od­głos po­wol­nych, czła­pią­cych kro­ków. W wy­lo­cie jed­nej z wy­cho­dzą­cych na ra­tusz uli­czek uka­zał się sta­ry czło­wiek ubra­ny w wy­tar­tą cykli­stów­kę, nie­okre­ślo­nej bar­wy ko­szulę o pod­wi­nię­tych rę­ka­wach i sze­ro­kie, płó­cien­ne spodnie, trzyma­ją­ce się na skrzyżo­wa­nych szel­kach. W ręce niósł nie­wiel­kie wia­der­ko, z któ­re­go wy­sta­wał ko­niec spo­re­go pędz­la, a pod pa­chą drugiej ręki przy­ci­skał zwi­tek pa­pie­rów.

Czło­wiek za­trzymał się przed ka­mie­nicz­ką z or­łem, zer­k­nął na po­dłuż­ną ta­bli­cę ob­wiesz­cza­ją­cą:

Sąd Po­wia­to­wy

w Po­rę­bie Mor­skiej

a po­tem na drugą, nie­wiel­ką, znaj­du­ją­cą się nie po­nad wej­ściem, lecz z boku, ni­sko, obok ka­mien­ne­go ba­ro­ko­we­go por­ta­lu, oka­la­ją­ce­go że­la­zne, kute drzwi:

Po­wia­to­we Biu­ro No­ta­rial­ne

Je­rzy Gold­ste­in – No­ta­riusz

Po­sta­wił kube­łek na zie­mi i raz jesz­cze prze­sunął oczyma po ścia­nie ka­mie­nicz­ki, po­szukując od­po­wied­nie­go miej­sca. Naj­wyraź­niej zna­lazł je, gdyż przy­tak­nął so­bie ruchem gło­wy i wy­jąw­szy spod pa­chy zwi­tek pa­pie­rów, odłą­czył od nie­go ostroż­nie jed­ną kar­tę, a po­zo­sta­łe po­ło­żył obok kubeł­ka. Póź­niej zwil­żył kil­ko­ma po­wol­nymi rucha­mi pędz­la ścia­nę ka­mie­nicz­ki tuż obok ta­bli­cy no­ta­riu­sza, uważ­nie przy­ło­żył pa­pier i prze­je­chał po nim kil­ka­krot­nie dło­nią tam i na po­wrót, wy­gła­dza­jąc za­gię­cia. Po­tem od­sunął się o krok, spoj­rzał krytycz­nie i osą­dziw­szy, że kar­ta zo­sta­ła przy­le­pio­na, jak na­le­ży, uniósł kube­łek i ruszył w dal­szą dro­gę, nadal nie oka­zując naj­mniej­sze­go po­śpie­chu. Wi­dząc sa­mo­chód, za­trzymał się przed nim na chwi­lę. Zno­wu po­ki­wał gło­wą i mruk­nął coś nie­zro­zumia­łe­go, obej­rzaw­szy się na przy­le­pio­ną przed chwi­lą kar­tę pa­pie­ru.

Na ja­snej, od­no­wio­nej nie­daw­no ścia­nie ka­mie­nicz­ki od­ci­nał się ostro bia­ły pro­sto­kąt w gru­bych, czar­nych ob­wód­kach:

Ś. P.

STA­NI­SŁAW MRO­CZEK

Prze­wod­ni­czą­cy Sądu Po­wia­to­we­go w Po­rę­bie Mor­skiej, ka­pi­tan re­zer­wy, wie­lo­let­ni Rad­ny Miej­ski, uczest­nik walk wy­zwo­leń­czych Woj­ska Pol­skie­go, od­zna­czo­ny licz­nymi or­de­ra­mi pań­stwo­wymi, zmarł tra­gicz­nie dnia 5 lip­ca 1967.

Uro­czysto­ści po­grze­bo­we od­bę­dą się w po­łu­dnie 8 lip­ca na Cmen­ta­rzu Miej­sco­wym, o czym za­wia­da­mia­ją po­grą­że­ni w głę­bo­kim smut­ku

Bra­ta­nek i Ro­dzi­na

Ko­łysząc swo­im wia­der­kiem sta­ry czło­wiek od­szedł po­wo­li i na rynecz­ku znów za­pa­no­wa­ła ci­sza, ale po chwi­li okute, styli­zo­wa­ne drzwi wej­ścio­we ka­mie­nicz­ki są­do­wej otwo­rzyły się z ci­chym zgrzytem i z mrocz­nej sie­ni wy­nurzyła się na świa­tło dzien­ne wy­smu­kła, ład­na, ja­sno­wło­sa dziew­czyna, ubra­na w lek­ki ko­stium po­dróż­ny, któ­re­go rę­kaw oto­czo­ny był je­dwab­ną opa­ską ża­łob­ną. Dziew­czyna za­trzyma­ła się po prze­stą­pie­niu pro­gu i mrużąc ośle­pio­ne bla­skiem oczy, od­wró­ci­ła się, jak gdyby w ocze­ki­wa­niu ko­goś, kto po­wi­nien był po­ja­wić się tuż za nią. Ża­łob­ne ob­wiesz­cze­nie zna­la­zło się do­kład­nie na wy­so­ko­ści jej oczu. Za­czę­ła czytać, ale na­tych­miast prze­nio­sła spoj­rze­nie na rów­nie mło­de­go jak ona wy­so­kie­go męż­czyznę, któ­ry wła­śnie wy­szedł z sie­ni. On tak­że miał czar­ną opa­skę na ra­mie­niu ja­sno­sza­rej, do­brze skro­jo­nej ma­rynar­ki.

Mło­da ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, ale na­tych­miast spo­waż­nia­ła. Męż­czyzna od­dał jej uśmiech. Wska­za­ła mu oczyma ża­łob­ne ob­wiesz­cze­nie. Sto­jąc ra­mię przy ra­mie­niu od­czyta­li je, bez smut­ku, rze­czo­wo, spo­koj­nie.

Dziew­czyna pierw­sza od­wró­ci­ła się i po­szła w kie­run­ku auta. Ruszył za nią, ale za­trzymał się, słysząc kro­ki w sie­ni domu.

– Zna­la­złem w koń­cu! – za­wo­łał ktoś jesz­cze nie­wi­dzial­ny. Okute drzwi otwo­rzyły się na całą sze­ro­kość i z ka­mie­nicz­ki wy­szedł siwy, nie­wy­so­ki, do­bro­dusz­nie wy­glą­da­ją­cy, nie­co otyły czło­wiek w lnia­nej, let­niej kurt­ce, któ­rej rę­ka­wy po łok­cie skryte były w czar­nych, ścią­gnię­tych gum­ką ochra­nia­czach, ja­kich tak chęt­nie używa­ją lu­dzie ślę­czą­cy ca­łymi dnia­mi przy biur­ku. Lek­ko zdy­sza­ny pod­szedł ku sto­ją­cym i po­dał mło­de­mu czło­wie­ko­wi kil­ka klu­czy po­dzwa­nia­ją­cych na me­ta­lo­wym kół­ku.

– Ten jest od furt­ki, a tam­te dwa od za­trza­sku, góra i dół… a ten mały pew­nie od biur­ka, ale oczywi­ście nie je­stem pe­wien.

– Bar­dzo panu dzię­kuję, pa­nie no­ta­riu­szu…

Mło­dy czło­wiek spoj­rzał nie­pew­nie na trzyma­ne w ręce klu­cze i po krót­kim wa­ha­niu wsunął je do bocz­nej kie­sze­ni ma­rynar­ki.

No­ta­riusz zer­k­nął na pę­ka­ty kie­szon­ko­wy ze­ga­rek, któ­ry wy­supłał z przed­niej kie­szon­ki spodni.

– Pią­ta! We­ron­ka cze­ka na pań­stwa. Pa­mię­ta pan oczywi­ście We­ron­kę? Wy­szła z domu, za­nim wsta­łem. Dał­bym so­bie rękę uciąć, że od rana sie­dzi tam i cze­ka na wasz przy­jazd. Bar­dzo była do nie­go przy­wią­za­na, bie­dacz­ka, bar­dzo… – urwał na chwi­lę. – Taki strasz­ny wy­pa­dek! Jak grom z ja­sne­go nie­ba. Kto by się tego spo­dzie­wał? Był jesz­cze taki zdrów… Nie do wia­ry!

Umilkł i cze­kał, prze­suwa­jąc szyb­ko po ich twa­rzach spoj­rze­niem ma­łych, nie­co za­czer­wie­nio­nych oczu.

– Tak, to rze­czywi­ście strasz­ny wy­pa­dek. – Mło­da ko­bie­ta zro­bi­ła krok w kie­run­ku drzwi­czek auta. Ale sta­ry no­ta­riusz zda­wał się tego nie do­strze­gać.

– Taki był jesz­cze zdrów! To wła­śnie naj­gor­sze, że był taki zdrów. Nig­dy nie cho­ro­wał. Wy­da­wa­ło się, że bę­dzie żył jesz­cze sto lat. Ale los chciał in­a­czej… – Roz­ło­żył ręce i opu­ścił je bez­na­dziej­nym, peł­nym re­zygna­cji ruchem, lecz po­tem uniósł je nie­spo­dzie­wa­nie szyb­ko i po­pra­wił gum­ki ochra­nia­czy. – W każ­dym ra­zie bar­dzo się cie­szę, że otrzyma­li­ście pań­stwo na czas moją de­pe­szę. Było­by to bar­dzo smut­ne, gdyby­ście nie zdą­żyli zna­leźć się jutro na cmen­ta­rzu.

– Je­cha­li­śmy pra­wie bez po­sto­jów – po­wie­dzia­ła mło­da ko­bie­ta. – Nie wie­dzie­li­śmy, o któ­rej bę­dzie po­grzeb, a kie­dy przy­szła pana de­pe­sza, męża nie było w domu. Wró­cił do­pie­ro na drugi dzień rano.

– Trze­ba wie­rzyć w Opatrz­ność! – Krót­ki, wska­zują­cy pa­lec sta­re­go no­ta­riu­sza uniósł się i znie­rucho­miał, wy­ce­lo­wa­ny w bez­chmur­ne nie­bo nad rynecz­kiem. – Je­stem prze­ko­na­ny, że bied­ny stryj pana pa­trzy te­raz na nas stam­tąd i jest szczę­śli­wy wie­dząc, że sta­wi się pan jutro, żeby od­pro­wa­dzić go tam, gdzie w koń­cu wszyscy mu­si­my się spo­tkać… – Zno­wu wes­tchnął i me­lan­cho­lij­nie po­ki­wał gło­wą. – Tak bar­dzo cie­szył się na myśl o wa­szym przy­jeź­dzie. Wie­rzył, że zo­sta­nie­cie tu pań­stwo na sta­łe. Nie miał prze­cież żad­nej in­nej ro­dzi­ny, a do tej pory dzie­li­ły was set­ki ki­lo­me­trów. War­sza­wa leży tak da­le­ko od mo­rza…

Umilkł.

– Tak… – Mło­dy czło­wiek wy­da­wał się rów­nie zmę­czo­ny jak jego żona. Naj­wyraź­niej chciał już od­je­chać i pod­trzymywał roz­mo­wę tyl­ko dla­te­go, że nie wie­dział, jak moż­na ją prze­rwać bez ura­że­nia sta­re­go męż­czyzny. – Chcie­li­byśmy za­miesz­kać tutaj, to zna­czy chcie­li­śmy. Stryj bar­dzo na­ma­wiał mnie li­stow­nie. Wspo­mniał zresz­tą o tym, kie­dy był w War­sza­wie przed ro­kiem, na na­szym ślu­bie. Wła­śnie dziś albo jutro mie­li­śmy tu przy­je­chać, żeby się na miej­scu ro­zej­rzeć w sy­tua­cji. Ale…

On tak­że urwał i roz­ło­żył ręce.

– Nic strasz­ne­go prze­cież! – Mały czło­wie­czek nie za­mie­rzał naj­wyraź­niej koń­czyć roz­mo­wy. – Wiem o tym pra­wie wszyst­ko. Prze­cież przy­jaź­ni­łem się z pana stryjem. Czytał mi wa­sze li­sty. Dla mło­de­go le­ka­rza i mło­dej den­tyst­ki pra­cy bę­dzie tu aż za wie­le. Przyj­mą was w Po­rę­bie Mor­skiej z otwar­tymi rę­ka­mi. Przy­ję­li­by was zresz­tą z otwar­tymi rę­ka­mi, na­wet gdyby­ście byli zupeł­nie obcy. Bar­dzo brak nam mło­dych, zdol­nych fa­chow­ców. Ale prze­cież, dzię­ki nie­bosz­czyko­wi Sta­ni­sła­wo­wi, nikt was tu jak ob­cych nie po­trak­tuje, na­wet lu­dzie, z któ­rymi żył nie naj­le­piej.

– Byli i tacy? – mło­dy czło­wiek uniósł brwi.

– Sę­dzia, je­że­li chce być spra­wie­dli­wy, musi się na­ra­żać lu­dziom, praw­da? Spra­wy są po­mię­dzy ludź­mi, je­że­li przy­zna się słusz­ność jed­ne­mu, od­bie­ra się ją drugie­mu, praw­da? A pań­ski stryj był czło­wie­kiem sta­rej daty, nie­prze­kup­nym i nie­chwiej­nym… – Urwał. – Co to ja chcia­łem po­wie­dzieć? A tak! Że przyj­mą was tu z otwar­tymi rę­ka­mi! Sta­ni­sław Mro­czek był zwią­za­ny z Po­rę­bą od pierw­szych dni po wy­zwo­le­niu. Ra­zem od­bu­do­wa­li­śmy tu wszyst­ko. Mia­stecz­ko było spa­lo­ne, le­ża­ło w gru­zach. On, ja i tylu in­nych przy­je­cha­li­śmy z róż­nych stron, myśląc, że bę­dzie­my tu mie­siąc, no, może naj­wyżej rok przy nie­sprzyja­ją­cym zbie­gu oko­licz­no­ści i zo­sta­li­śmy na dłu­go. A on zo­stał na za­wsze. Bied­ny Staś. Nie mogę po pro­stu uwie­rzyć, że nig­dy już nie wej­dzie o ósmej do tego bu­dyn­ku. Tyle lat był tu sę­dzią, od­rzucał wszyst­kie awan­se, nie chciał odejść do sądu wo­je­wódz­kie­go, cho­ciaż go cią­gnę­li pra­wie siłą… – Zno­wu za­milkł, ale na­tych­miast ożywił się. – Po­grzeb jutro, punk­tual­nie o dwuna­stej! Po­znam pań­stwa po uro­czysto­ści z pa­ro­ma ludź­mi, przede wszyst­kim z dy­rek­tor­ką na­sze­go szpi­ta­la, pa­nią dok­tor Ja­siń­ską. Na pew­no bar­dzo się ucie­szy. Brak nam tu le­ka­rzy. Mło­dzi nie chcą żyć w ma­łych mia­stecz­kach. Nikt już pra­wie nie lubi spo­koj­nej, nie­rzuca­ją­cej się w oczy pra­cy bez roz­gło­su.

– A my wła­śnie ma­rzymy o ta­kiej pra­cy… – po­wie­dzia­ła mło­da ko­bie­ta ci­cho i uśmiech­nę­ła się. Jej mąż, jak gdyby ko­rzysta­jąc z tego, że jej sło­wa prze­cię­ły po­tok wy­mo­wy sta­re­go no­ta­riu­sza, szyb­ko otwo­rzył drzwicz­ki wozu.

– Dzię­kuje­my panu bar­dzo, pa­nie Gold­ste­in. Do wi­dze­nia, na ra­zie.

– A dro­gę pan pa­mię­ta? – Mały czło­wie­czek zbli­żył się znów do wozu.

– Damy so­bie ja­koś radę.

– Wje­dzie­cie pań­stwo w tę ulicz­kę, o tam, w pra­wo, po­tem za­raz za ba­rem mlecz­nym bę­dzie skręt w lewo, zo­ba­czycie nowy blok w bu­do­wie, a po­tem już ogro­dy i domy nad sa­mym mo­rzem. To bę­dzie wła­śnie uli­ca Pia­stow­ska. Dom nie­bosz­czyka Sta­ni­sła­wa, stryja pań­skie­go, pod nume­rem ósmym. Ale pan tam już był prze­cież, pa­nie dok­to­rze, więc pan tra­fi, praw­da?

– To było osiem lat temu… – Mło­dy czło­wiek uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. – Nie bar­dzo mi te stro­ny utkwi­ły w pa­mię­ci. Byłem tu tyl­ko trzy czy czte­ry dni. Ale prze­cież tra­fi­my na pew­no. Dzię­kuję panu raz jesz­cze.

– Czwar­ty dom po pra­wej! – za­wo­łał no­ta­riusz, kie­dy obo­je za­trza­snę­li drzwicz­ki auta. – Ja miesz­kam pod nume­rem pią­tym. Jak­by­ście pań­stwo cze­goś po­trze­bo­wa­li, pro­szę te­le­fo­no­wać o każ­dej po­rze. Od ósmej wie­czór będę dziś w domu.

– Dzię­kuje­my…

Auto ruszyło. Sta­ry czło­wiek uniósł rękę i ski­nął od­jeż­dża­ją­cym. Wóz od­da­lał się po­wo­li, po­tem skrę­cił pod ostrym ką­tem i mło­da ko­bie­ta, spo­glą­da­ją­ca w lu­ster­ko, stra­ci­ła z oczu po­stać na kra­węż­ni­ku.

Nowy blok miesz­kal­ny, obok drugi, jesz­cze w rusz­to­wa­niach, póź­niej dro­ga we­szła w rzad­ki, wy­so­ko­pien­ny la­sek so­sno­wy i na­gle przed ja­dą­cymi otwo­rzyła się opa­da­ją­ca mięk­ko ła­god­na rów­ni­na, na krań­cu któ­rej le­ża­ło, aż po gra­ni­ce wid­no­krę­gu – mo­rze.

Dro­ga skrę­ci­ła w pra­wo ku wiel­kiej kę­pie krze­wów i drzew, po­śród któ­rych błyska­ły czer­wo­ną da­chów­ką nie­wiel­kie dom­ki, po­ło­żo­ne na pła­skim wzgó­rzu opa­da­ją­cym ku wo­dzie.

– Ślicz­nie tu jest… – po­wie­dzia­ła ci­cho mło­da ko­bie­ta.

Mło­dy czło­wiek ski­nął po­ta­kują­co gło­wą, jak gdyby od­po­wia­da­jąc wła­snym myślom.

– Byłem tu już raz. Stryj miesz­kał zupeł­nie sam, tuż nad mo­rzem – uniósł dłoń znad kie­row­ni­cy i wska­zał zbli­ża­ją­cą się kępę drzew. – Z ogro­du scho­dzi się pro­sto na pla­żę. Zo­ba­czysz zresz­tą. Go­rą­co…

Grzbie­tem dło­ni otarł czo­ło i po­now­nie opu­ścił dłoń na kie­row­ni­cę.

– Dusz­no – dziew­czyna ode­tchnę­ła głę­bo­ko. – Chyba bę­dzie bu­rza. – Wska­za­ła oczyma od­le­głą czar­ną chmu­rę, któ­ra sta­ła nad mo­rzem, oświe­tlo­na pro­mie­nia­mi zni­ża­ją­ce­go się już wy­raź­nie słoń­ca. Męż­czyzna po­twier­dził ski­nie­niem gło­wy i raz jesz­cze otarł czo­ło.

– Boże, co za upał…

Sa­mo­chód wje­chał mię­dzy ogro­dze­nia. Do­mów nie było pra­wie wi­dać. Po­śród gę­stej, roz­ro­słej zie­le­ni póź­ne­go lata błyska­ły tyl­ko gdzie­nieg­dzie bia­łe ścia­ny.

Zwol­ni­li.

– Dwa… czte­ry… – męż­czyzna od­wró­cił gło­wę. – Jed­nak nie pa­mię­tam. Zupeł­nie po­dob­ne do sie­bie są te ogro­dy. Czyśmy prze­je­cha­li jesz­cze jed­ną furt­kę? Może to tu?

Za­trzymał wóz. Znaj­do­wa­li się przed siat­ką od­gra­dza­ją­cą od uli­cy gę­sty, ro­sną­cy za nią żywo­płot. Po­środ­ku ścież­ki, bie­gną­cej od że­la­znej, po­ma­lo­wa­nej na zie­lo­no furt­ki w głąb ogro­du, sta­ła nie­mło­da już, wy­so­ka ko­bie­ta w płó­cien­nym kom­bi­ne­zo­nie, wiel­kim, wy­bla­kłym słom­ko­wym ka­pe­lu­szu i sta­rych skó­rza­nych san­da­łach na opa­lo­nych, na­gich sto­pach. W ręce trzyma­ła po­tęż­ny se­ka­tor. Obok sto­ją­cej pię­trzyły się na ścież­ce splą­ta­ne zie­lo­ne pędy przy­cię­te­go żywo­pło­tu.

Mło­dy czło­wiek wy­chylił się z okna wozu.

– Prze­pra­szam bar­dzo, czy tu bę­dzie dom sę­dzie­go Mrocz­ka?

Ko­bie­ta po­de­szła bez sło­wa do furt­ki i otwo­rzyła ją jed­nym za­ma­szystym ruchem na całą sze­ro­kość.

– A pan pew­nie bra­ta­nek? – po­wie­dzia­ła gło­śno i po­chyli­ła smut­nie gło­wę, ale na­tych­miast unio­sła wzrok nie mo­gąc stłumić za­cie­ka­wie­nia. – Mó­wi­ła mi rano We­ron­ka, że pań­stwo przy­je­dzie­cie na po­grzeb. Kto by to po­myślał, praw­da? Taki po­rząd­ny czło­wiek i umarł, a róż­ne ło­bu­zy do set­ki do­żywa­ją! Tak to już jest. Od po­cząt­ku pra­wie tu są­sia­do­wa­li­śmy i nig­dy złe­go sło­wa ani sprzecz­ki. Nie ma już ta­kich lu­dzi. Kie­dy mo­je­go sta­re­go nie było przez parę lat, on je­den mi po­ma­gał. Ale nie­szczę­ście nie pyta. Mó­wi­łam mu cza­sem: „Pa­nie sę­dzio, już nie te lat­ka, żeby co rano ką­pać się w mo­rzu!”. Śmiał się tyl­ko. Zdro­wy był jak koń, jak to mó­wią. Za­wsze o świ­cie wy­pił szklan­kę mle­ka i szedł na pla­żę. Od wcze­snej wio­sny do póź­nej je­sie­ni. Po­pływał kwa­drans i wra­cał. A po­tem, zimą czy la­tem, w deszcz i śnieg szedł pie­szo do sądu, trzy ki­lo­me­try pra­wie! I z po­wro­tem też pie­szo. Ale na­wet ma­szyna po­psuje się w koń­cu, a co do­pie­ro czło­wiek. Wy­szedł po­pływać rano i już nie wró­cił. Wy­ło­wi­li go, bie­da­ka, do­pie­ro wie­czo­rem, przed sa­mym za­cho­dem. Ser­ce nie wy­trzyma­ło. Mój sta­ry też po­ma­gał go szukać, bo mamy tu łó­decz­kę swo­ją i nie­raz wy­pływa na ryby, kie­dy mo­rze jest spo­koj­ne. In­a­czej bym mu nie po­zwo­li­ła. Boję się, kie­dy jest fala, cho­ciaż po­wia­da­ją, że ryba wte­dy ła­twiej bie­rze. A pan sę­dzia, żeby żonę miał, toby też pew­nie żył do tej pory. Ko­bie­ta by nie po­zwo­li­ła na to. Sta­rość to sta­rość. Nie ma co uda­wać mło­de­go, kie­dy sił bra­kuje.

– Tak, pro­szę pani… – po­wie­dział szyb­ko mło­dy czło­wiek. – Któ­ry to bę­dzie dom? Byłem tu osiem lat temu i już nie pa­mię­tam.

– A ten, tu! – Uzbro­jo­ną w se­ka­tor dło­nią wska­za­ła gę­stą ścia­nę zie­le­ni w lewo. – Mó­wi­łam prze­cież panu dok­to­ro­wi, że są­sia­du­je­my. Da­lej, po drugiej stro­nie są­sia­du­je z nim pani dok­tor Ja­siń­ska, a po­tem to już ko­niec dro­gi. Nie za­je­dzie da­lej, bo wy­dma!

– Dzię­kuję bar­dzo!

Szyb­ko ruszyli i po prze­je­cha­niu kil­ku­na­stu me­trów Mro­czek gwał­tow­nie za­trzymał wóz.

Przez chwi­lę sie­dzie­li obo­je nie­rucho­mo, pa­trząc na cel swej po­dró­ży.

– Małe mia­stecz­ko… – szep­nę­ła mło­da ko­bie­ta. – Wszyscy już o nas wie­dzą.

Bez sło­wa przy­tak­nął ruchem gło­wy. Otwo­rzyli drzwicz­ki pra­wie rów­no­cze­śnie, wy­szli i za­trza­snę­li je, jak gdyby kie­ro­wa­ni jed­ną wolą. Po­tem ruszyli ku furt­ce.

Za sta­lo­wą siat­ką, gę­sto ob­ro­śnię­tą dzi­kim wi­nem, któ­re ka­ska­da­mi opa­da­ło w dół i kła­dło się na chod­nik, wi­dać było nik­ną­cą w krze­wach ścież­kę, a na jej krań­cu ga­nek, tak­że nie­mal ukryty pod cięż­ką ko­ro­ną dzi­ko roz­ro­słych pę­dów win­nych. Do­pie­ro te­raz usłysze­li wy­raź­ny, mo­no­ton­ny szum do­bie­ga­ją­cy z nie­spo­dzia­nie nie­wiel­kiej od­le­gło­ści.

– Słyszysz? – po­wie­dzia­ła dziew­czyna. – Mo­rze!

– Tak. Ogród są­sia­du­je z pla­żą. Pro­sto z łóż­ka mo­żesz wejść rano do mo­rza. – Uśmiech­nął się lek­ko. Przy­sta­nę­li. Mło­da ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła uśmie­chem.

– To strasz­ne…

– Co? – Jej mąż na­ci­snął klam­kę furt­ki, po­tem po­chylił się, zaj­rzał do dziur­ki zam­ka i do­pa­so­wał je­den z klu­czy. Za­mek nie zgrzyt­nął, był naj­wyraź­niej do­brze na­oli­wio­ny.

– To strasz­ne – po­wtó­rzyła ci­cho – umie­rać w ten spo­sób, na mo­rzu, tak bli­sko brze­gu i wła­sne­go, bez­piecz­ne­go domu. Był wte­dy sam. Naj­gor­sze jest to, że to­nąc czło­wiek tak do­brze wie, że umie­ra…

Za­czę­ła po­wo­li iść w stro­nę domu. Za­mknął furt­kę i zrów­nał się z nią.

– Nie za­wsze. Je­że­li to był na­gły atak, anew­ryzm mię­śnia ser­co­we­go na przy­kład, mógł stra­cić przy­tom­ność i uto­nął nie ma­jąc świa­do­mo­ści, że gi­nie.

Za­trzyma­li się zno­wu.

– Bied­ny czło­wiek. – Dziew­czyna ro­zej­rza­ła się.

– Tak, to bar­dzo smut­ne. Nie­ste­ty, mało go zna­łem. W cza­sie okupa­cji był w Ro­sji, a po woj­nie sie­dział tu pra­wie przez cały czas nie wy­chyla­jąc nosa z tej Po­rę­by. Zresz­tą po­kłó­ci­li się kie­dyś z oj­cem o coś, sam nie wiem o co. Myślę, że oni póź­niej też już nie wie­dzie­li, ale pra­wie nie utrzymywa­li sto­sun­ków, na­wet ko­re­spon­den­cyj­nie. Nie mie­li­śmy z nim żad­ne­go kon­tak­tu. Byłem tu u nie­go, jak ci już mó­wi­łem, raz w cza­sie wa­ka­cji, przez trzy dni, bo roz­bi­li­śmy nie­da­le­ko stąd obóz i wpa­dłem. Bar­dzo się ucie­szył wte­dy. Póź­niej, kie­dy oj­ciec umarł, przy­je­chał na po­grzeb, a po­tem na nasz ślub. Stryj bar­dzo wie­le wagi przy­wią­zywał do uro­czysto­ści ro­dzin­nych, ta­kich jak ślu­by i po­grze­by. Ale mam wra­że­nie, że do­pie­ro ostat­nio, kie­dy za­pro­si­łem go na nasz ślub, do­szedł do wnio­sku, że war­to utrzymywać bliż­sze sto­sun­ki z ostat­nim żyją­cym człon­kiem ro­dzi­ny, to zna­czy ze mną. Pew­nie po pro­stu po­sta­rzał się i za­czął od­czuwać sa­mot­ność. Ale ja? Nie zdą­żyłem go po­znać. Był dla mnie pra­wie zupeł­nie obcy. Może gdyby nie umarł, wszyst­ko by się ja­koś uło­żyło?

– A mnie go bar­dzo żal. Był taki miły i sta­ro­świec­ki na na­szym ślu­bie. Taki sta­ro­mod­ny w do­brym tego sło­wa zna­cze­niu…

– Nie ro­zu­miesz mnie. Ja też go ża­łuję. Ale nie aż tak, że­bym chciał uda­wać, że cier­pię, kie­dy w rze­czywi­sto­ści był dla mnie nie­mal ob­cym czło­wie­kiem.

Ruszyli zno­wu po­ciem­nia­łą na­gle ścież­ką. Da­le­ka chmu­ra za­kryła słoń­ce. Do­mek wy­nurzył się te­raz przed nimi spo­za krze­wów.

Mło­da ko­bie­ta wzię­ła męża za rękę i zmu­si­ła do za­trzyma­nia się.

– Po­myśl, ile lat mu­sie­li­byśmy pra­co­wać, żeby mieć coś ta­kie­go!

– Wiem. Po­rząd­ny był z nie­go fa­cet, że mi to za­pi­sał. Nie myśl, że nie pa­mię­tam o tym. To w ogó­le, jak mi się wy­da­je, był ab­so­lut­nie po­rząd­ny czło­wiek. Po­do­ba ci się ten do­mek?

– Z da­le­ka wy­glą­da ślicz­nie.

Zwró­cił ku niej gło­wę i uśmiech­nął się.

– Ale czy ty na­praw­dę wy­trzymasz dłu­go w ta­kim ma­łym mia­stecz­ku na koń­cu świa­ta?

– Całe życie ma­rzyłam, żeby mieć mały do­mek z ogród­kiem w ma­łym mia­stecz­ku.

– Je­że­li mam być szcze­ry, to ja też.

Ob­jął ją ra­mie­niem. Do­cho­dzi­li już do gan­ku.

– Co to? – zno­wu się za­trzyma­ła.

Głę­bo­ki, od­le­gły głos gro­mu prze­to­czył się po­nad nie­wi­dzial­nym mo­rzem.

– Bu­rza idzie… Cze­kaj! Zdej­mę wor­ki i wa­liz­ki z da­chu wozu, bo może za­cząć lać za parę mi­nut!

Bie­giem za­wró­cił ku furt­ce. Zo­sta­ła sama po­środ­ku ścież­ki. Rą­bek ciem­nej chmu­ry, któ­ra prze­sło­ni­ła słoń­ce, wy­nurzył się po­nad drze­wa­mi i wol­no płynął w kie­run­ku dom­ku. Zro­bi­ło się jesz­cze mrocz­niej. Wiatr prze­le­ciał po­nad ogro­dem i ucichł. Szum mo­rza stał się wy­raź­niej­szy. Dziew­czyna zro­bi­ła kil­ka kro­ków w kie­run­ku domu. Obej­rza­ła się. Jej mąż nad­cho­dził już, dźwi­ga­jąc w rę­kach dwie wa­liz­ki.

– Wor­ki wrzuci­łem do wozu! – po­wie­dział lek­ko zdy­sza­nym gło­sem, zrów­nując się z nią. – Póź­niej roz­pa­kuje­my. Chwa­ła Bogu, że idzie bu­rza po tym kosz­mar­nym upa­le.

Wszedł na ga­nek i po­sta­wił wa­liz­ki przed drzwia­mi. Się­gnął do kie­sze­ni po klu­cze. Ale drzwi wej­ścio­we otwo­rzyły się w tej sa­mej chwi­li.

Na pro­gu sta­ła ni­ska, chu­da ko­bie­ta w bia­łej chu­st­ce na gło­wie. Mo­gła mieć, jak osą­dzi­ła dziew­czyna, rów­nie do­brze czter­dzie­ści jak sześć­dzie­siąt lat. Była żad­na – ani wy­so­ka, ani ni­ska, ani ład­na, ani brzyd­ka, o twa­rzy nie­mal bez wy­ra­zu. Jed­na z tych osób, któ­rych rysów nie spo­sób przy­po­mnieć so­bie już w parę chwil po roz­sta­niu.

– Dzień do­bry, pani We­ron­ko! – Wy­cią­gnął ku niej rękę na po­wi­ta­nie. – Pa­mię­ta mnie pani jesz­cze?

– A pew­nie, że pa­mię­tam… – Głos jej tak­że był mar­twy, su­chy, po­zba­wio­ny brzmie­nia, ani ci­chy, ani gło­śny, spo­koj­ny. – Nie zmie­nił się pan dok­tor wca­le.

– A to moja żona. Ha­lin­ko, po­znaj pa­nią We­ron­kę, go­spo­się stryja.

Ręka, któ­rą uści­snę­ła mło­da ko­bie­ta, była chłod­na. Ha­li­na pró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć, ale We­ron­ka po­waż­nie ski­nę­ła jej gło­wą i wziąw­szy jed­ną z wa­li­zek, usunę­ła się, ro­biąc przej­ście. We­szli.

Przed­po­kój był ciem­ny i nie­wiel­ki. Ha­li­na ro­zej­rza­ła się. Ja­kieś sta­re rogi je­le­nie, pół­ka z książ­ka­mi, któ­rych ty­tułów nie mo­gła od­czytać w pół­mro­ku, wy­pla­ta­ne krze­seł­ko…

– Tak… – Mło­dy męż­czyzna spoj­rzał na We­ron­kę i chrząk­nął. Mi­mo­wol­nie po­wtó­rzył usłysza­ne nie­daw­no sło­wa: – Kto by się spo­dzie­wał? Taki był jesz­cze zdrów…

– Pan Bóg tak chciał… – Głos jej był nadał su­chy i po­zba­wio­ny bar­wy, ale od­wró­ci­ła na chwi­lę gło­wę i unio­sła far­tuch ku oczom. Opa­no­wa­ła się na­tych­miast. – Pań­stwo pew­nie głod­ni po ta­kiej po­dró­ży? Wszyst­ko przy­go­to­wa­łam, tyl­ko mię­so od­grze­ję, bo myśla­łam, że bę­dzie na obiad. Pan Gold­ste­in tak ka­zał. Po­wie­dział, że pań­stwo pew­nie przy­je­dzie­cie w po­łu­dnie.

Z dala do­biegł od­głos no­we­go grzmo­tu.

– Dzię­kuje­my bar­dzo… Pani tu miesz­ka, praw­da?

– Nie. U pana Gold­ste­ina, na­prze­ciw. Obu im pro­wa­dzi­łam go­spo­dar­stwo. A obia­dy je­dli w są­dzie, w sto­łów­ce. Tyl­ko w nie­dzie­lę go­to­wa­łam obiad, raz u jed­ne­go, raz u drugie­go, na zmia­nę, a po­tem gra­li so­bie w sza­chy i słucha­li ra­dia. A te­raz to już nie wiem, jak bę­dzie?… – Nadal w gło­sie jej nie było żad­nej in­to­na­cji. – Pań­stwo pew­nie ja­koś sami po­sta­no­wią. Kuch­nia jest tu. – Zro­bi­ła krok w kie­run­ku bocz­nych drzwi i uchyli­ła je. – Mam za­raz po­dać, bo już na­kryte?

Jesz­cze je­den grzmot, tym ra­zem bliż­szy. Wiatr nad­le­ciał znad mo­rza, za­sze­le­ścił ostro w ko­ro­nach drzew i zno­wu ucichł.

– Może naj­pierw umyje­my się i roz­pa­kuje­my tro­chę. Bu­rza idzie. Niech pani le­piej nie cze­ka, bo pew­nie lu­nie za­raz. – Uśmiech­nął się do niej. – Damy so­bie radę. A jutro rano, je­że­li pani taka grzecz­na, pro­si­my bar­dzo. Nie wie­my jesz­cze, czy zo­sta­nie­my tu dłu­go, ale je­że­li się zde­cydu­je­my, to bar­dzo bę­dzie­my za­do­wo­le­ni, je­że­li pani zaj­mie się go­spo­dar­stwem jak za cza­sów stryja. Praw­da, Ha­lin­ko?

– Oczywi­ście! – po­wie­dzia­ła jego żona z nie­co wy­mu­szo­nym en­tuzja­zmem. – Je­że­li tyl­ko pani We­ron­ka ze­chce.

– Dzię­kuję pań­stwu… – skło­ni­ła gło­wę i wy­pro­sto­wa­ła się na­tych­miast. – Po­sprzą­ta­ne jest, ale po­rząd­ków nie ro­bi­łam, bo pan Gold­ste­in za­ka­zał ruszać na biur­ku i w sy­pial­ni do przy­jaz­du pań­stwa. Po­wie­dział, że­bym ni­cze­go nie rusza­ła, to nie rusza­łam…

Wzruszyła nie­mal nie­do­strze­gal­nie ra­mio­na­mi, jak gdyby chcąc wy­ra­zić dez­apro­ba­tę wo­bec po­le­ce­nia, któ­re sank­cjo­no­wa­ło nie­po­rzą­dek w domu.

– Ro­zu­miem. Dzię­kuję bar­dzo, pani We­ron­ko.

– To ja już pój­dę. A rano o któ­rej mam przyjść? Mle­czar­ka dzwo­ni o szó­stej. Pan sę­dzia sam jej za­wsze otwie­rał i od­bie­rał mle­ko, bo wcze­śnie wsta­wał. A ja przy­cho­dzi­łam z pie­czywem o siód­mej, kie­dy już po­da­łam śnia­da­nie panu Gold­ste­ino­wi. Po­tem sprzą­ta­łam i ro­bi­łam prze­pier­kę i co tam trze­ba było, jak już po­szedł do sądu. Ale pań­stwo pew­nie o siód­mej nie wsta­ną?

– Na pew­no nie… – po­wie­dzia­ła szyb­ko Ha­li­na. – Je­ste­śmy bar­dzo zmę­cze­ni. O dwuna­stej bę­dzie po­grzeb, to może pani ła­ska­wie przyj­dzie o pół do dzie­wią­tej…

– Do­brze, pro­szę pani. A pie­czywo po­ło­żę na gan­ku w to­reb­ce. Tu nikt nie ruszy – do­da­ła. – Moż­na by na­wet pie­nią­dze po­ło­żyć i rok by le­ża­ły.

– No to świet­nie!

– Do wi­dze­nia pań­stwu.

Ski­nę­ła im gło­wą, zdję­ła far­tuch, znik­nę­ła na chwi­lę w kuch­ni, po­ja­wi­ła się zno­wu, bez far­tucha, wzię­ła z wie­sza­ka wiel­ki, mę­ski, czar­ny pa­ra­sol i ruszyła ku drzwiom. Za­trzyma­ła się z ręką na klam­ce.

– W pie­cu kuchen­nym jest pod­pał­ka uło­żo­na, a wę­giel stoi w wia­der­ku, jak­by pani chcia­ła te­raz zupę i mię­so od­grzać. Star­czy tyl­ko pod­pa­lić za­pał­kę, bo drze­wo su­che.

– Dzię­kuję bar­dzo…

Drzwi za­mknę­ły się za nią. Zo­sta­li sami.

2. Ktoś mu położył kwiaty na piersi…

Przez chwi­lę sta­li po­środ­ku przed­po­ko­ju mil­cząc.

– Jak tu dziw­nie – po­wie­dzia­ła dziew­czyna ci­cho. – Je­ste­śmy sami w ob­cym domu, w go­ści­nie u czło­wie­ka, któ­ry umarł… I ta ko­bie­ta. Ja­kaś nie­sa­mo­wi­ta.

– Nie­sa­mo­wi­ta? – ro­ze­śmiał się. – To po­rząd­ny, pro­sty czło­wiek. Chyba była bar­dzo przy­wią­za­na do stryja. Ten no­ta­riusz ma słusz­ność. Te­raz bie­dacz­ka na pew­no myśli tyl­ko o tym, czy ją za­trzyma­my. Lu­dzie w jej wie­ku trak­tują każ­dą po­waż­ną zmia­nę jak ka­ta­klizm.

– Na­praw­dę chciał­byś ją za­trzymać?

Wzruszył ra­mio­na­mi.

– Sam nie wiem jesz­cze, cze­go bym chciał. Na pew­no chciał­bym umyć się tro­chę i zmie­nić ko­szulę. A po­tem ro­zej­rzymy się tro­chę. W koń­cu wszyst­ko, co wie­my, wie­my z li­stów stryja.

Zaj­rzał do kuch­ni i wszedł, zdej­mu­jąc ma­rynar­kę. Dziew­czyna we­szła za nim. Kie­dy mył się, prycha­jąc, pod zle­wem, a po­tem wy­cie­rał lnia­nym ręcz­ni­kiem, któ­ry ozdo­bio­ny był wy­ha­fto­wa­nym na­pi­sem: „Do­bra go­spo­dyni dom przy­jem­nym czyni” i naj­wyraź­niej służył do wy­cie­ra­nia garn­ków, zer­k­nę­ła ko­lej­no do wszyst­kich sza­fek i schow­ków kuchen­nych, stwier­dza­jąc z sa­tys­fak­cją, że pa­no­wa­ła tu ide­al­na czystość.

– No, ulżyło mi! – po­wie­dział wcią­ga­jąc na po­wrót ko­szulę. – Póź­niej się prze­bio­rę. Na ra­zie ro­zej­rzyj­my się i roz­pa­kuj­my tro­chę rze­czy.

Wszedł do przed­po­ko­ju, z któ­re­go bie­gły w górę drew­nia­ne, wą­skie schod­ki na pię­tro. Prócz drzwi wej­ścio­wych i drugich, pro­wa­dzą­cych do kuch­ni, były jesz­cze trze­cie, za­mknię­te w tej chwi­li. Na­ci­snął klam­kę, ustą­pi­ły z ci­chym skrzypie­niem.

– Tu był jego ga­bi­net, o ile pa­mię­tam. Tak…

Sta­nę­li w pro­gu, roz­glą­da­jąc się. Mło­dy czło­wiek ruszył z wol­na w kie­run­ku biur­ka.

– Dusz­no tu. Ta ko­bie­ta chyba nie wie­trzyła dzi­siaj.

Pod­szedł do okna. Po­kój był nie­co za­tło­czo­ny sta­rymi, brzyd­ki­mi me­bla­mi: bam­bu­so­wymi eta­żer­ka­mi na książ­ki, fo­te­la­mi o plu­szo­wym obi­ciu z frędz­la­mi, ma­lo­wa­nymi przez mar­nych ma­la­rzy ob­ra­za­mi, przed­sta­wia­ją­cymi kra­jo­bra­zy mor­skie, peł­ne mew, ża­gli i spie­nio­nych bał­wa­nów. Prócz tego na ścia­nach wi­sia­ły dwa wy­bla­kłe ki­li­my o wzo­rze, któ­ry praw­do­po­dob­nie mod­ny był przed sześć­dzie­się­cio­ma laty, ale na pew­no bar­dzo od­bie­gał od gustu mło­dych przy­byszów ze sto­li­cy.

– Coś trze­ba bę­dzie z tym wszyst­kim zro­bić, je­że­li po­sta­no­wi­my po­zo­stać tutaj na sta­łe.

– Myślisz o tych me­blach?