Krwawy sztorm - Augustyn Necel - ebook

Krwawy sztorm ebook

Augustyn Necel

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Kosakowo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 449

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Augustyn Necel

 

KRWAWY SZTORM

 

Kosakowo 2007

 

Książkę wydano staraniem Biblioteki Publicznej Gminy Kosakowo im. Augustyna Necla dla uczczenia pamięci Patrona żyjącego w latach 1902-1976

 

Inicjatywę wsparli: Wójt Gminy Kosakowo - Jerzy Włudzik

Poseł RP - Kazimierz Plocke

oraz:

 

Krystyna Czoska - Mosty

Małgorzata i Marian Kaszuba - Dębogórze

Anna i Stanisław Kuberna - Rewa „Błękitna Laguna”

Katarzyna i Jerzy Kubiak - Kosakowo „Kasia”

Adam Miklaszewicz - Kosakowo

Stefania i Alfred Miklaszewicz - Kosakowo

Małgorzata i Zdzisław Miszewscy - Dębogórze

Genowefa i Stanisław Nowakowie - Rewa, „Chëcz kole Szpërka”

Bożena i Jerzy Olszewscy - Pensjonat „Rewa”

Paweł Narloch - Mosty - AutoNarloch

Krystyna i Jerzy Piechowscy - Rewa, Pensjonat „Krystyna”

Bożena i Antoni Strzelec - Pogórze

Hildegarda i Zbigniew Turzyńscy - Dębogórze

Jadwiga i Jerzy Włudzikowie - Kosakowo

 

Projekt okładki: Marek Necel

 

Korekta: Jadwiga i Marcin Pierniccy

 

Wydanie II

 

Wydawca: Wydawnictwo „MS” - tel. (058) 72-51-53

Druk: Drukarnia „Ewa-Druk”, Wejherowo, tel. (058) 672-67-71

 

ISBN 978-83-89568-17-5

 

Augustyn Necel

 

KRWAWYSZTORM

 

Dziwna to była zima roku 1626. Niemal od Sylwestra aż po święty Wojciech nieustannie wiała norda. Zamiast zwykłych o tej porze mrozów i śniegów nadciągnęły od Bałtyku ulewne deszcze. Ujścia Piaśnicy i Czarnej fale zasypały ławicami piasku, a wody, które tymi rzekami spływały z okolicznych lasów i łąk ku morzu, utworzyły wraz z Żarnowieckim Jeziorem ogromny zalew. Krążyły nad nim i dopiero co powstałą długą mierzeją, sięgając od Białej Córy po Rozewie, chmary mew, roje zaś północnych kaczek, przybyłych mimo łagodnej zimy tłumnie na polski brzeg, nurkowały głęboko w tonie po ślimaki drzemiące od lata na dnie.

Karwian i dębczan, którzy zostali odcięci od świata i dostać się do nowego międzymorza na ląd mogli tylko łodziami, niepokoiły te zjawiska. Starzy rybacy twierdzili, że wróżą one zarazą lub szeptali, że wojna nadejdzie z północy. Nic dziwnego, iż przez cały Wielki Post modlono się gorliwie, pokutowano a nawet biczowano, prosząc Boga, by uchronił wybrzeże od najazdu nieprzyjaciół.

Wieczorem w dniu świętego Grzegorza, gdy północny wiatr przypędził nad darżlubski bór ciemne chmury, maszopi szukający na strądzie bit zauważyli na północy smugi czerwonego światła, które z wolna rozlewało się po całym niebie. Przystanąwszy patrzeli trwożnie na łunę, a kiedy ta przybrała kształt olbrzymiego smoka, zaczęli żegnać się krzyżem świętym i w popłochu pouciekali do domów.

— Kara boża na nas idzie — lamentowały po checzach przerażone białki.

— Kuńc świata choba bądzie — potakiwały im nabożne starki. — Nic inszego, leno kuńc świata!

— Pismo święte przestrzega, że przed nadejściem Antychrysta mają się ukazywać takie znaki — mówili między sobą starzy maszopi, z trwogą spoglądając na niebo.

Stary Miszk Domienik spod żarnowieckiego boru, który przybył w odwiedziny do swego syna, szypra dębeckiej maszoperii, nie wierzył w te ponure proroctwa.

— Pamiętam już taką jasność na niebie — mówił do maszopów. — Za nieboszczyka króla Stefana, a i potem jak pływałem z naszym teraźniejszym panem do Szwecji, widziałem tam podobne łuny na niebie.

— Co to było? — dopytywali dębczanie.

— Nie wiem — kręcił głową. — To tylko wam powiem, że minęło od tamtych czasów wiele lat, a koniec świata jakoś nie nastąpił. Strachy na Lachy, jak powiadał nasz świętej pamięci komendant, wielmożny pan Kłoczewski.

Domienik, dawny frajbiter króla jegomości, przeżył młodość na okrętach. Kilka lat siedział w podziemiach zamku Helsingor nad Sundem w duńskiej niewoli. Później popłynął z wojskami starosty puckiego Hernesta Wejhera na pomoc Zygmuntowi III do Szwecji. W roku 1598 wziął udział w drugiej szwedzkiej wyprawie. W powrotnej drodze, gdy królewski okręt nie mógł z powodu sztormu zawinąć do Gdańska, wsławił się niemało, bo razem z bosmanem Czerwionką przewiózł króla szalupą przez wzburzone morze na ląd w pobliżu Lisiego Jaru. Szkutnik Selin, mieszkający na puckim brzegu koło Rozgardu, zasłyszawszy o tym dał mu swoją urodziwą córkę Annę za żonę.

Śmiały okrętnik nie dorobił się w królewskiej służbie majątku. Po ślubie zamieszkał w samotnej nadmorskiej checzy, która jego żona Anna odziedziczyła po swym bezdzietnym wujku Józefie Dębku.

Chałupa ta, stojąca koło ujścia Piaśnicy, pamiętała czasy Krzyżaków i husytów, którzy ongi w tym właśnie miejscu dotarli do Bałtyku. Domienik podparł jej ściany, naprawił dziurawą strzechę i zabrał się do rybaczenia. Łowił węgorze i łososie, a połowy miał takie, że choć musiał co dziesiątą rybę oddawać do żarnowieckiego klasztoru, żył z młodą żoną oraz pierworodnym synkiem, którego doczekał się po roku, w szczęściu i dostatku. Zwiedzieli się rybacy o szczodrych toniach piaśnickich. Niebawem wyrosły na wydmach nowe cztery checze. Przybysze zawiązali maszoperię a szyprem jej obrali dzielnego marynarza.

Sądził dębkowski szyper, że resztę życia spędzi wśród tutejszych wydm. Tymczasem latem roku 1601 przybył do Dębek, jak nazwano nową osadę, służebnik starosty Jana Wejhera, który znał Domienika z opowiadań swego ojca Hernesta.

— Macie stawić się na puckim zamku — oznajmił goniec zeskoczywszy z konia przed szyperską zagrodą. — Jegomość starosta rychtuje stare i buduje nowe nawy! Potrzeba mu tęgich okrętników, w rzemiośle wojennym ćwiczonych, co by umieli wyuczyć zwerbowanych marynarzy morskiej służby. Takich jak wy!

Poszedł więc Domienik do Pucka. Zamienił wiosło na muszkiet i rapier, ćwiczył młode załogi, przygotował je do starcia ze Szwedami, którzy na razie grasowali w dalekich Inflantach. Wojna zbliżała się jednak ku spokojnej Gdańskiej Zatoce. W lipcu 1604 zjawił się tu admirał Gotberg ze szwedzką flotą. W bitwie pod Helem zmuszono najeźdźców do odwrotu. Domienik przypłacił to zwycięstwo ciężką raną. Postrzelony w rękę wrócił na zimę do Dębek. Z wiosną wyleczył się i wraz z maszopami rozpoczął na nowo łowitwy. Mijały lata, rozrastała się rodzina. Doczekał się szyper dwóch synów: Michała i Zycha. Potem posypały się córy. Najstarszej dał na imię Barbara, dwie młodsze ochrzczono mianami Anny (po matce) i Heleny. Gdy Michał się ożenił, stary okrętnik przekazał mu szyperstwo, a sam przeniósł się pod żarnowiecki bór na opuszczoną rolę, z której płacił czynsz i dostarczał pewną ilość lnu mniszkom z żarnowieckiego klasztoru.

Jego poprzednika wypłoszyły z tego obejścia... duchy. W owych bowiem latach mnóstwo widm grasowało w tej okolicy. Mieszkańcy nadjeziornych wsi: Łupkowa, Kartoszyna i Sobieńczyc wierzyli, że są to grzeszne dusze nieprzyjaciół, którzy padli sztormując gród na Zamkowej Górze. Rybacy z Żarnowieckiego Jeziora zaklinali się, iż widywali nieraz w księżycowe noce całe kolumny zmarłych wojowników przesuwające się w oparach. Słyszeli też dochodzące z lasu nawoływania. Zjawy pół ludzkimi a pół zwierzęcymi głosami błagały przechodniów, by przyszli i pomogli im dopełnić ciężkiej pokuty, ale nikt się nie odważył wejść nocą w ciemny bór.

— Strachy na Lachy — odpowiadał na te gadki stary żeglarz, powtarzając porzekadło swego komendanta.

Nie upiory go martwiły. Inne miał kłopoty. Oto najstarsza córka zapragnęła przyoblec habit i wstąpić do żarnowieckiego klasztoru, on zaś nie mógł wyposażyć córy w wyprawę, jakiej wymagały reguły zakonu benedyktynek. Żal mu też było rozstawać się z Barbarką, która odziedziczyła urodę po matce i przypominała mu Annę taką, jaką ujrzał ją przed laty w domostwie przyszłego teścia. Ale dziewczyna zdołała postawić na swoim.

— W klasztorze jest jak w raju. Pozwólcie mi wstąpić na służbę do żarnowieckich panien — prosiła tak długo, aż poparła ją nenka.

— Prawdę mówi — rzekła do męża. — Choć nie klasztornicą zostanie, leno najlichszą służebną, ale wiedno będzie jej droga do nieba otwarta.

Zgodził się wreszcie okrętnik. Odprowadził córę do furty klasztornej, powierzył ją pannom benedyktynkom. Przełożona Knutówna, której również było na imię Barbara, polubiła Domienikównę. Przypadła też do serca młodym szlachciankom, których wiele kształciło się w klasztorze, a jeden czarnooki muzykus z kapeli żarnowieckiej, grywając pobożne hymny podczas uroczystych nabożeństw w kościele, na umór rozmiłował się w rybackiej córce. Barbarka jednak unikała jego złych oczu i wolne chwile spędzała na modlitwach. Przeorysza zjednana pobożnością dziewczęcia postanowiła przyjąć Domienikównę do nowicjatu. Miała już włożyć habit, gdy nagle umarła jej matka. Zakłopotany wdowiec poprosił córkę, by wróciła do domu.

— Twoje siostry jeszcze nie umieją prząść lnu ani wełny — przedkładał Barbarce w lokutarzu — ani nie potrafią tkać na krosnach. Bez ciebie nie damy rady.

Posłuchała. Wróciła do chaty na skraju lasu, by zastąpić im nenkę.

Łagodna zima szybko minęła. Śnieg, który spadł dopiero pod wiosnę, skurczył się i sczerniał. Zjadły go mgły. Zazieleniło się żyto na leśnych polanach. Ale Domienikowi troska bruździła czoło. Co nocy bowiem z lasu wychodziły dziki. Ryły pole, niszczyły zboże. Aby temu zapobiec, postanowił po świętym Grzegorzu zastawić przy lesie pułapki. Któregoś ranka — wkrótce potem, gdy Zych ruszył do Dębek na połowy z Michałową maszoperią — Barbara wyszła na zieloną blekę sprawdzić, czy można już bielić płótno i spotkała się z ojcem. Stary rzekł do niej:

— Biej zazdrze, cze abo nima dzeka w kletce! Jak bądze, to przyndzesz powiedzec.

Posłuszna dziewczyna skierowała się do lasu. Zaledwie odeszła o kilka kroków od checzy, z wiśniowych drzew chmara kawek i wron zerwała się z żałosną wrzawą. Stropiła się Barbara. Nieraz już słyszała, że krakanie wron wróży nieszczęście. Ale wtem, tuż przed jej stopami wyfrunął skowronek. Wzniósł się w powietrze i srebrnym głosem przygłuszył złowróżbną wrzawę. Uśmiechnęła się przeto i poszła skrajem boru, przypatrując się zwinnym wiewiórkom, które zbudziwszy się po długim zimowym śnie skakały z gałęzi na gałąź i zrywały zeszłoroczne szyszki. Wśród traw przemykały się zające. Z drzew drozdy wesołymi gwizdami obwieszczały nadejście wiosny.

Barbara, uradowana słoneczną pogodą, wyszła zza pagórka i nagle zauważyła zwierzę szarpiące się w pułapce. Stanęła, lecz spostrzegłszy, że to nie dzik, a sarenka, pospieszyła uwolnić ją z paści. Pochylała się właśnie nad sidłem, kiedy z lasu wyskoczyły dwa wilki z najeżoną sierścią. Szczerząc długie białe kły runęły jak burza na dziewczynę i uwięzione zwierzątko.

— Matko Święta! — krzyknęła Barbarka. — Ratuj mnie! Ratuj!

Zasłoniła sobie twarz rękami. Z szarpanych dłoni ciekła krew. Zalewała jej oczy. Ostatkiem świadomości skierowała myśli ku Bogu. Czuła, że nadchodzi jej koniec. Wtem, dygocąc w śmiertelnym strachu ujrzała wśród pni myśliwca z dymiącą rusznicą. Ziemia zaczęła się kręcić. Zawirowały drzewa, głazy, jałowce... Czarne i czerwone płaty kołowały przed jej oczyma. Straciła przytomność.

Gdy po jakimś czasie podniosła powieki, wzrok jej spotkał się z czarnymi źrenicami młodzieńca, który niósł ją na rękach ku niedalekiej podleśnej zagrodzie.

— Wolnoż spytać komu zawdzięczam życie? —wyszlochała trudem.

Młody łowca spojrzał na jej bladą, ściągniętą bólem twarz. Niebieskie zamglone oczy ocieniał aksamit rzęs. Długie warkocze zwieszały się aż ku ziemi.

— Zwę się Piotr Bonin-Sulicki — rzekł oczarowany jej urodą. —A waćpannie jako na imię?

Dziewczyna, zawstydzona tym, że bierze ją za szlachciankę, opuściła powieki.

— Barbara — szepnęła i rumieniec oblał jej policzki. — Będę się za waćpana całe życie modlić, wdzięczna za to wyratowanie z wilczych paszczy. Boć na inszą wdzięczność nas nie stać. Mój ojciec, czynszownik ubogi, na klasztornej siedzi roli.

Szlachcic z niedowierzaniem spojrzał na dziewczynę. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że to chłopska córa. Wygląd, sposób mówienia, na pół klasztorny strój zdawały się przeczyć jej słowom.

Zwodzi mnie — myślał krocząc ku niedalekiej chałupie.

Wnet się wszakże przekonał, że Barbara mówiła prawdę. Z wrótni Domienikowej zagrody, wyskoczył kudłaty pies. Ujadał zrazu zaciekle, ale gdy poznał, że obcy niesie jego panią, opuścił ogon i przejmująco zaskomlił. Na to przybiegły z checzy obie siostry Barbary. Widząc krew cieknącą z jej dłoni, stanęły jak wryte.

— Jezus, Maryja! — jęły lamentować. — Co się stało z naszą Barbarą?

Nim Piotr zdążył odpowiedzieć, w ślad za dziewczynami w samodziałowych spódnicach, w czerwonych kabatach i niebieskich chusteczkach, zjawił się stary Miszk zachlapany gliną, jako że naprawiał właśnie stojący w pobliżu checzy piec do pieczenia chleba.

— Żyje? — spytał, mierząc spojrzeniem to blade lica córki, to trzymającego ją na rękach myśliwca w szlacheckiej czapce z kitą, skórzanym kaftanie oraz jałowiczych butach.

— Żyje — uspokoił go Sulicki. — Wilczury pod borem ją opadły i trochę poszarpały. Alem ustrzelił bestyje, zanim większą krzywdę uczynić jej zdążyły.

— Bóg wam zapłać, paniczu — zawołał stary i ujął głowę Barbary, by pomóc szlachcicowi zanieść ranną do checzy.

Weszli przez sionkę do izby o glinianej polepie. Małymi oknami z kwadratowych w ołów oprawnych szybek sączyło się dzienne światło. Domienik podprowadził Strzelca do kominka. Piotr ułożył Barbarkę na ławie w cieple bijącym z płonącego ognia, zerwał czapkę, zdjął z pleców i postawił w kącie swą rusznicę. Tymczasem całą izbę aż pod drewnianą powałę wypełniły płaczliwe głosy.

— Cóż me z nią, biedną, poczniemy — kłopotały się niezaradnie Anna i Helena.

— Rozdziejcie ją — zakomenderował Sulicki. — Zagrzejcie wodę! Rany trza jej opatrzyć. Nie widzicie, że cierpi?

Dziewczyna wstydliwie opuściła rzęsy. Szlachcic zrozumiał, o co chodzi. Odszedł o kilka kroków, zwrócił oczy na bieloną ścianę, a potem na stare zamazane obrazy, które wisiały w alkierzu nad nie posłanym łóżkiem. Za jego plecami stary kaper dorzucił kilka szczap do płonącego ognia pod trójnóg, na którym woda grzała się w kociołku. Wkrótce, gdy ucichł szelest zdejmowanych sukien, a Piotr zbliżył się do okna i patrzał na piec, bielejący wśród czarnych chojarów polany, znów rozległy się lamenty przerażonych dziewek:

— Do kości ją pogryzły bestie! Gwesno zemrze z tych okrutnych ran.

— Moje biedne dziecko — mruczał Domienik szarpiąc wąsy. — Jam winien jej nieszczęścia... Posłałem ją był wilkom na pożarcie.

Panicz odwrócił się od okna. Podszedł do kmieciówny i zbadał jej rany.

— Nic to! — orzekł po chwili. — Do wesela się zagoi. Wszelako czas nagli! Obmyjcie krew, co ranom okrutniejszy — niźli są — pozór daje! potem nagniećcie co tchu chleba z pajęczyną.

— Chleb się znajdzie, wżdy pajęczyny ani na lekarstwo — odezwała się Helenka. — Nie kto inszy, jeno sama Barbara temu winna, bo lewie pająk jaki sieć tkać począł, chutko nam ją zmiatać kazała...

— Przynieść pajęczyny choćby z chlewa — nalegał szlachcic. —A ty — zwrócił się do Anny — daj kociołek! Obmyjem jej rany.

— Wodą? — przestraszyła się Anusza. — Toć zemrze od tego.

— Trza obmyć i kwita! — zadecydował niecierpliwie. — Dajże no ciepłej wody i lnianej szmaty kawał.

Poszła więc jedna z cór po pajęczynę, a druga po płótno. Sulicki tymczasem-wziął kocioł z trójnoga, by obmyć Barbarce poranione ręce i bok.

— A jakby tak smołą pomazać? — pytał Domienik. — Gdym jeszcze służył na okrętach, nieraz się zdarzało, żeśmy smarowali rany smołą. I wiedno pomagało.

— Można spróbować i tego medykamentu — zgodził się myśliwy. — Pasmarujemy lekko dokoła te poranione miejsca.

— Jeno że nie mam doma smoły...

— Ha, to trudno!

— Nic straconego, pójdę po nią do Sobieńczyc — rzekł stary frajbiter i ruszył ku drzwiom.

— Jeno spiesz się — krzyknął za nim Sulicki. — Nie żałuj nóg!

— Za dwa pacierze wrócę — zapewnił Miszk już zza progu.

Panicz zabrał się znów do obmywania ran. Niemal równocześnie zjawiła się Anna z pajęczyną.

— A chleb? — zapytał krótko pan Piotr.

— Zaraz przyniosę z komory — obiecała.

Dym modry pełzał po izbie, spowijał proste sprzęty i postać Helenki szukającej płótna w otwartej skrzyni. Barbara z przymkniętymi powiekami spoczywała na ławie. Blask kominka zaróżowił jej dziewczęce, falujące piersi, ból wykrzywiał wargi.

— Ozdrowiejesz — pocieszał ją szlachcic. — Opatrzę ci rany, to i boleści ustaną.

Czuł dziwne wzruszenie. Dłonie drżały mu jak w febrze, gdy dotykał jej ciała.

— Nie dziw wilczurom, że się połakomiły na taki kąsek — przemknęło mu przez myśl. — Delicje, prawdziwe delicje!

Barbara musiała snadź wyczuć jego myśli, bo przerzuciła przez ramiona długie warkocze, jakby chciała nimi przykryć nagie piersi, i uniosła rzęsy. Jej twarz znowu się zarumieniła.

— Nie wiem, jak się waćpanu odpłacę — westchnęła.

— Nie martw się o zapłatę — rzekł. — Sam ją wezmę! I to bez odwłoki.

Przechylił się ku niej, ogarnął ją ramieniem i gorąco ucałował prosto w usta.

— Z cukru masz gębusię — zapewnił szeptem — słodszą niźli lipcowy miód!

Domienikówna zatrzepotała powiekami. Z niebieskich oczu potoczyły się łzy. Zaczęła szeptać cichą modlitwę.

— Czysta jak Ester — pomyślał stropiony co nieco panicz. — Skąd taka wzięła się tu w tej zadymionej checzy? Dalibóg nie pojmuję! Chłopskie córy nie zwykły stroić takich ceregieli.

Trudno mu było odwrócić oczy od urodziwej wieśniaczki. Udał jednak, że poprawia ogień na kominku, bo czuł, iż jego wzrok natrętny dokucza dziewczynie bardziej niż rany. Łzy jej poruszyły go do żywego. Dorzuciwszy kilka szczap, kopnął się do alkierza, ściągnął z łóżka parciane prześcieradło i okrył nim nagie ciało Barbary. Lecz znów zawrzała w nim krew. Nim się dziewczyna spostrzegła, przytulił głodne wargi do jej policzków.

— Co waćpan czynisz? — szepnęła. — Oszczędź! Jam Bogu ślubowała! Szarpnął się, bo usłyszał kroki. Do izby weszła Anka niosąc chleb w fartuchu.

— Dawaj — krzyknął zaczerwieniony i zaczął szybko ugniatać chleb z pajęczyną.

Niebawem ponownie zaskrzypiały drzwi. Zdyszany Miszk wrócił ze smołą. Piotr podgrzał ją nad ogniem, z lekka posmarował skórę naokoło ran, przyłożył plastry z maści i lnianego płótna na wciąż jeszcze krwawiące okaleczenia.

— Zanieście ją do alkierza — zwrócił się do dziewek patrzących z otwartymi ustami na te zabiegi i zaczął myć w kociołku ręce pobrudzone smołą.

Uczyniły tak, jak im rozkazał. Ułożyły siostrę na łożnicy, stanęły przy niej dopytując czy jej jeszcze czego trzeba:

— Napijesz się mleka z miodem?

— A może orzechów garść albo śliw suszonych ci przynieść?

Sulicki poprawił pas, narzucił rusznicę na plecy, chwycił ze stołu czapkę.

— Idziecie już, paniczu? — zagadnął Miszk.

— Pora na mnie! — odrzekł. — Bywajcie zdrowi!

Uśmiechnął się do Barbary. Przyrzekł, że wkrótce przyjdzie dowiedzieć się o jej zdrowie i wyszedł odprowadzony przez wąsatego marynarza, który koło wrótni skłonił się po żołniersku i spytał młodego szlachcica:

— Wiecie, paniczu wielmożny, com wam dłużen?

Sulicki oszołomiony niespodziewaną przygodą nie odrzekł nic. Ale uszedłszy pół stajania odwrócił się ku chacie i mrugnął sam do siebie:

— Córkęś mi dłużen, stary frajbitrze! Gdyby nie ja, wilcy by ją schrupali z kosteczkami. A szkoda by było takiego cuda!

Serce mu biło na wspomnienie uratowanej niczym dzwon z żarnowieckiego klasztoru. Wciąż jawiła mu się przed oczami twarz niebieskookiej dziewczyny.

— Hej, Boże miły — wzdychał. — Żeby to nie była chłopska córka, zaraz bym swatów po nią posłał. Ale nic z tego! Co by na to rzekł pan Hernest z Krokowa, nasz sąsiad i dobrodziej? Albo panowie z Kłanina, Bożego Pola i Tyłowa? A bracia moi... Wyparliby się mnie, z domu psami wyszczuli!

Słońce przygrzewało coraz mocniej. Roje ptactwa ciągnęły w kierunku Bielawskiej Puszczy, gęganie dzikich gęsi nad rozlewiskami przy Karwi wtórowało śpiewom ptaków w przydrożnych krzewach. Młody myśliwy zaś daremnie próbował wyrugować z myśli urodziwą frajbiterównę.

— Wiesna — szeptał. — Prawdziwa z niej królewna Wiesna! Bodaj zrodziła się szlachcianką, poszedłbym na plebanię jak w dym i dziś jeszcze dał na zapowiedzi.

Po czym wściekły na siebie, braci, sąsiadów, ba na cały świat, z pasją wcisnął czapkę na uszy i przyspieszył kroku zdążając na oślep przed siebie.

 

Wichrzasty wieczór wielkoczwartkowy w podleśnej chałupie skwierczał kaganek rzucając nikłe blaski na ściany izby i siedzącego na pniaku przy kominku starego Miszka. Bór szumiał z oknami. Domienikówny dawno już posnęły. Jedynie Barbara, przewracając się w alkierzu na posłaniu, nie mogła usnąć.

— Kto to jest ten mój zbawca, pan Sulicki? — zapytała wreszcie ojca.

Domienik podniósł twarz zaczerwienioną odblaskiem płomyków.

— Pierwszy raz jem go uzdrzał — odmruknął. Widząc jednak zawód na twarzy córki, dodał: — Alem znał jego ojca — nieboszczyka. Był ci on dziedzicem folwarku Sulice.

— Gdzie to?

— Stąd dalej niźli dwie mile drogi. Pod Wielkim Starzynem. Prócz tego miał jakieś dobra w lęborskim powiecie. Majętnością nie dorównywał panu na Krokowie, Rajnoldowi, wszakże szczycił się jego przyjaźnią.

Przerwał zaniepokojony tym, że córka leży z przymkniętymi oczami jak nieprzytomna.

— Śpisz? — zapytał.

— Nie śpię — odrzekła.

— Meslil jo, że te spala — mruknął szarpiąc brodę. — Cebie pewno bolońcy nie buli?

— Lepiej mi — pocieszyła go dziewczyna. — Już o wiele lepiej.

Domienik rad, że córka nie narzeka, zaczął ciągnąć opowieść:

— Rajnold, ojc dzisiejszego pana na Krokowie, złamał wiarę i przeszedł z polskiej na luterską. Ale nieboszczyk Sulicki i wtedy go nie odstąpił. Pociągnął za nim z wieloma szlachcicami na daleką wojnę. Bili się po stronie tych tam jakichś hugonotów.

— Heretykom służyli.

— Pan z Krokowa tam szedł, gdzie większe łupy. To zaciągnął się przeciw Chrancyi, to znów pomagał chrancuzkiemu królowi. Walczył też z Turkami.

— Aż wygubił naszych ludzi — przerwała Barbara boleśnie marszcząc czoło.

Po wilczych kłach rany długo bolą — pomyślał Miszk i przytaknął:

— W jednej tylko bitwie, tam w tej Chrancyi, bodaj pod Żarnek1, zginęło siła kaszubskich żołnierzy. A tych, co po klęsce uciekli, bo nie chcieli dłużej diachlowi służyć, kazał pan Rajnold wychwytać i powiesić. Z półtora tysiąca ludzi, których stąd wyprowadził, mab kto wrócił.

— Że go Bóg za to nie skarał?

— Na magnatów nie ma kary! Tego roku jak przewiozłem króla Zygmunta z okrętu przez wielki presk przy rozewskiej blizie, a potem towarzyszyłem mu do Krokowa, widziałem na własne oczy, że sam miłościwy pan łaskawie grafa Rajnolda ucałować raczył.

— Nasz król jest prawie święty, skoro lutra pocałował — westchnęła dziewczyna patrząc na surową twarz ojca oświetloną płomykiem kaganka. — Ale mówcie raczej, co było z panem Sulickim. Zginął w tamtą wojnę we Chrancyi?

Wiatr świstał zaplątany za ścianą checzy w leśnych koronach. Stary podrzucił drew do ognia na kominku.

— Po śmierci pana Rajnolda, jego syn Hernest ruszając na dwór chrancuzki po zaległą ojcową lafę, zabrał go z sobą w tę drogę, by razem z panem z Bożego Pola świadczył, ile Chrancyja jest dłużna panu na Krokowie.

— I odebrali dług?

— Skąpe Chrancuziska zapłaciły im tylko część należności. Pięćset tysięcy guldenów są jeszcze dziś winni! Sulicki mocno tym zgryzł się, że i jego żołd diachli wzięli. Zmarł w powrotnej drodze...

— Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie — szepnęła córka. — Długo cierpiał?

— Nawet testamentu nie zdążył napisać — machnął ręką królewski okrętnik. — Przez to jego trzej synowie wciąż się między sobą kłócą o spadek, a ze złości biją sługi i poddanych, aż skóra trzeszczy.

— Pan Piotr takoż? Miszk pokręcił głową.

— Słyszałem, że to dobry człowiek. Nigdy chłopów kańczugiem nie bije. Ot, co najwyżej kijem którego uderzy po plecach...

— Boże odpuść mu ten grzech — westchnęła znów Barbarka. — Wielka szkoda, że nieboszczyk jegomość pojechał z tym lutrem — dodała po chwili. — Żeby nie zmarł tak rychło, opiekowałby się synami i nie byłoby ani braterskiej kłótni, ani krzywdy sulickich chłopów, o pomstę do nieba wołającej.

Domienik wstał z pniaka. Przeciągnął się, spojrzał na dziewczynę. Blade jej policzki zaczynał barwić rumieniec.

— Nie wiedziałam, że on taki — mówiła cicho sama do siebie. — Nie wiedziałam...

— Inni gorsi — mruknął kaper. — Nie tak dawno temu zawisł na haku Szyszka z Połchowa. Za to że dziedzica obraził. Zostawił sześć dzieci...

— Biedne sieroty — użaliła się chora. — Ci możni nie mają chyba Boga w sercu.

Podmuch wiatru potężniał, szarpał strzechą, bił o ściany, skowytał w głębi boru jak stado zgłodniałych wilków.

— Od morza idzie krzekwica! — poznał stary.

— Zamieć śnieżna? — zdziwiła się córka. — Toć już Wielki Tydzień. Nie pora na śnieżycę.

— Chyba w tym roku będzie to ostatnia — odparł i raz jeszcze podrzucił drew do komina.

Zatrzaskał wesoło ogień. Cienie pobiegły po ścianach cofając się w kąty izby. Ale za oknem żarnowiecki bór chłostany zadymką jęczał jak morze, kiedy targa nim sztorm.

Zgadł stary marynarz. Śnieżyca w nocy z Wielkiego Czwartku na dzień Płaczeboga okazała się ostatnim szturmem zimy. Zwyciężyła wiosna. Przygrzało słońce. Domienikówny pod okiem wracającej do zdrowia Barbary zaczęły bielić płótno na zielonej blece. Długie pasma szarzały na murawie. Barbarka stała na progu chałupy i przyglądała się siostrom.

— Chodźcie do dom — powiedziała. — Posilić się pora.

Usłuchały i weszły do chaty. Wtedy z budy wyskoczył pies. Z najeżoną sierścią jął ujadać w stronę boru, z którego właśnie wynurzył się młody jeździec siedzący na gniadym koniu. Serce dziewczynie zaczęło gwałtownie bić.

Poznała Piotra. Ten zerwał z głowy sobolowy kołpak.

— Jak się masz? — zawołał z daleka. — Zdrowaś?

— Goją się rany — odrzekła, a gdy zatrzymał się przed zagrodą, dodała: — Dzięki paniczowi. Będę się o szczęście waćpana modlić do grobowej deski.

Szlachcic spojrzał na nią, pokraśniał z zachwytu.

— Wiem ci ja i bez tego, kędy fortuny mej szukać — zaśmiał się szczerząc białe zęby.

Zeskoczył z konia. Uwiązał go do pnia wiśni, popuścił popręg i podszedł bliżej. Przechylił się, wyciągnął ramię, ale przedtem rzucił okiem w małe okienko checzy. Za szybkami jaśniała biała chusta na głowie zaciekawionej Heleny. Zaraz się więc wyprostował i poniechał niewczesnych zamiarów.

— Wystroił się waćpan jak na wesele — powiedziała Barbarka mnąc fartuch i zerkając to na delijkę podbitą lisami, to na żupan z genueńskiego aksamitu, opinający postać Sulickiego.

— Jeśli się ożenię, to jeno z tobą — wypalił.

— Drwisz waszmość ze mnie.

— Niech mnie piorun spali, jeśli łżę! Dzień i noc ku tobie wzdycham, dokąd jeno do dom powróciłem stąd był. Wciąż stałaś przed mymi oczami, aż się wreszcie przemogłem i przyjechałem.

Barbara spuściła powieki. Milczała zawstydzona. Wioseny wiatr poruszał jej jasnymi włosami, które wymykały się spod chusteczki. W oczach jej zabłysły łzy.

— Mniemasz, że na wiatr gadam? — zapalał się coraz bardziej. — Wybawiłem cię od śmierci! Sama Opatrzność mi cię przysądziła. Zaprowadzę cię do ołtarza jak amen w pacierzu!

Podniosła zarumienioną twarz.

— Prędzej ziemia się rozstąpi, a morze wyschnie.

— Jakże to?

— Sam waćpan przyznał, że musiał się przemóc, by do mnie przyjechać.

— Ot wymknęło mi się słówko. Nie zważaj na nie.

— Aleć to prawda! Zbyt wiele nas dzieli. Będziesz waszmość szczęśliwy, gdy pozwolisz mi wstąpić do klasztoru, a sam pojmiesz żonę równą stanem i majętnością — mówiła wpatrzona w rękojeść Piotrowej szabli, ozdobioną cennymi perłami.

— Furda majątek! — krzyknął. — Furda szlachta! Uroda twoja za fortunę i herb stanie! Poprosimy jakiego księdza, by potajemnie nam związał ręce stułą i będzie po krzyku.

Domienikówna zastanawiała się przez chwilę. Oświadczyny Sulickiego oszołomiły ją jak grom z jasnego nieba. Pochlebiały jej gorące nalegania szlachcica, odpowiedziała jednak:

— Do ołtarza droga łatwa i bez krzyku, a w małżeństwie matnia płaczu i ryku. Tak mówią rybacy. A co by sąsiedzi waszmościowi rzekli? Niesłychana to rzecz, by taki jak waćpan szlachcic chłopkę za żonę brał! Waść strojny w aksamity, ja w parciane byle jakie szatki. Waćpan mieszka w dworze, ja w czynszowej zagrodzie. Waszmość poddanych pono bije, ja za nich się modlę.

Zdębiał pan Piotr na te słowa dumnej dziewki.

— Ja? Dalibóg nie pojmuję, kto ci w takowych wystawił mnie barwach... Gardzisz mną?

Koń przywiązany do wiśni parskał niecierpliwie, rzucał łbem, aż powiewała grzywa.

— Gdybyś waćpan jako ja był ubogi — szepnęła dziewczyna — z wdzięcznością bym serce i rękę oddała.

Podziwiał jej rozum równie jak urodę. Przyznał w duchu, że mówi mądrzej niż znajome mu szlachcianki. Ale powoli zaczynał ogarniać go gniew. Uniósł się wreszcie:

— Żądasz, bym się wyrzekł ojcowizny? Toć byłby to grzech srogi! Nasz ród siedzi na Sulicach od wieków! Barbarka spojrzała mu w oczy.

— Grzech mieć majątek, gdy jego łany łzami poddanych zraszane są co dnia. Pan Jezus nakazał miłować bliźniego sercem, a nie kijem, jak to waść praktykuje. Bogactwo łacno mogą zaprowadzić do piekła. Tedy będę się szczerze modlić, żeby Bóg nawrócił waćpana z błędnej drogi.

Sulicki spuścił głowę. Czubkiem buta uderzył o kamień. Zaciążył mu bogaty strój, jakby był z żelaza. Oddychał ciężko, tarł czoło zmarszczone myślami.

— Barbaro — zaczął i urwał, bo zauważył, że od strony morza idzie skrajem lasu stary szyper z okazałym łososiem na ramieniu.

Miszk wracał z Dębek od syna, którego wspierał radą podczas wiosennych połowów.

— Pochwalony — powiedział zbliżając się do obejścia.

— Na wieki — odparł szlachcic i zaraz zagadał, by ukryć zmieszanie, w jakie wprawiła go rozmowa z Barbarką. — Piękną rybę niesiecie.

— Obdarzyli mnie nią moi dawni maszopi — uśmiechnął się Domienik. — Za to, żem im poradził kędy niewód ciągnąć mają! Powiadali, żem szczęście im przyniósł...

— Tęgi z was rybitwa! I jam próbował łowitwy, ale mi rybka srebrna uszła z sieci. A jużem był pewny, że ją mam!

— Nie trać waszmość nadziei. Morze jest otwarte dla ubogiego i bogatego. Każdego obdarzy szczodrze, byle trudu nie żałował. Nie ma to jak rybacki stan! A co to była za rybka, na którą waść sieci stawiał? Wolno spytać?

Piotr rozejrzał się dookoła szukając Barbary. Ale nie zobaczył jej już. Korzystając z odsieczy uciekła do domu. Panicz więc zamiast odpowiedzieć machnął tylko prawicą, a potem siadł na koń i chmurny pocwałował ku Sulicom.

 

Od niejakiego czasu służba w sulickim dworze ze zdziwieniem spoglądała na panicza. Piotr bowiem całymi dniami przesiadywał w komnatach zamyślony i posępny. Nie doglądał robót w polu, a co dziwniejsze nie chodził na polowanie, choć tej wiosny było zwierzyny pod dostatkiem w okolicznych lasach. Henryk i Bartosz poradzili na koniec młodszemu bratu, by się udał do Gdańska:

— Wyglądasz jak z krzyża zdjęty! Chudniesz i mizerniejesz. Powinieneś u medyka pomocy szukać!

Piotr wszakże odkładał wyjazd z dnia na dzień. Wiedział, że serca nie wyleczy w Gdańsku, że uzdrowić go może tylko Barbara. Któregoś dnia, było to już pod koniec maja, postanowił odwiedzić dziewczynę i tak jak stał, pospieszył w kierunku żarnowieckiego boru.

Słońce wzbijało się do połowy nieba, gdy wyszedł z lasu od strony Sobieńczyc. Wśród rozkwitłych jabłoni zauważył czerwieniejącą suknię ukochanej. Miszkówna zdążała właśnie do odargowskiej drogi wiodącej ku morzu. Piotr przyspieszył kroku, by dogonić dziewczynę niosącą dwojaki.

Odprowadzę ją — pomyślał. — Może uda mi się pozyskać jej względy łacniej niźli wtedy pod checzą...

Dziewczyna, usłyszawszy zbliżające się kroki, odwróciła głowę.

— Pan Piotr — szepnęła i oszołomiona nieoczekiwanym spotkaniem szybko poprawiła niesforne kosmyki włosów wymykające się spod niebieskiej chustki.

Sulicki był dziś ubrany w myśliwski kaftan i buty z jałowiczej skóry. Ucieszyła się, że zrzucił wspaniały strój, w którym widziała go ostatnim razem. W tym prostym przyodziewku wydał jej się bliższy. Poczuła nawet żal, że odprawiła go wówczas tak twardo.

— Ale co by to zmieniło? — szepnęła w duchu — ani on dla mnie, ani ja dla niego...

Tymczasem szlachcic blady, wymizerowany jak po chorobie, stał już u jej boku.

— Witajże mi, serce moje — zawołał i ani się spostrzegła, jak spojrzawszy ku sadowi, za którym kryło się Miszkowe domostwo, przycisnął usta do jej policzka.

Pocałunek zaparł jej oddech. Stanęła jak wryta. Nie potrafiła przemówić słówka. Dopiero gdy panicz zapytał, dokąd idzie, odparła:

— Do Dębek! Niosę bratu Zychowi obiad na strąd. Tam gdzie maszoperia ciągnie łososiowy niewód.

— Odprowadzę cię — ofiarował się skwapliwie. — Pomogę ci nieść te gliniane garnce, bo zraniona ręka jeszcze ci z pewnością dokucza.

— Skoro waćpan taki łaskaw — zgodziła się wbrew swej woli.

Ruszyli więc dróżką między żytem a borem w kierunku morza. Gdy mijali miejsce, gdzie dziewczynę napadły wilki, Barbara rzekła cicho:

— Nie myślałem wtenczas, że będę jeszcze po ziemi chodzić.

— Zjawiłem się w ostatnim momencie.

— Nie zapomnę tego waćpanu. A ojciec z wdzięczności za mój ratunek wyciosał krzyż z dębowego drzewa.

— Krzyż?

— Stanie tu w dzień świętego Piotra, waścinego patrona. Przycisnął mocniej jej ramię.

— Będzie to dla nas dwojga arcycenna pamiątka na całe życie.

— Szczerze waść to mówisz?

— Jak mi Bóg miły! Deliberowałem ja długo nad tą sprawą i wierzę, iż do spotkania naszego doszło za niebios zrządzeniem. Nie wolno nam bożej woli się przeciwstawiać. Musimy razem przez żywot iść, ślubem się złączyć...

— Bracia waćpana nigdy na to nie przystaną.

— Choćbym się miał zrzec dziedzicznej mej części, od spełnienia tego, com sobie poprzysiągł, nie odstąpię. Tak mi dopomóż Bóg i święta Jego Męka!

— Wyrzekłbyś się waćpan dla mnie ojcowizny, bogactwa i dawnego żywota? — spytała cicho.

— Tyś cenniejszy dla mnie skarb niźli wszystkie dziedzictwa. Poznałem, iż żyć mi dłużej bez ciebie nie sposób, królewno moja złota! Dla ciebie gotów jestem szablę odpasać, w maszopa prostego się obrócić, niewód z braćmi twymi pospołu ciągnąć. Mam przecie dziesięć palców u rąk, a sił mi Bóg nie poskąpił. Zarobię na chleb dla ciebie i dla mnie! Jeno powiedz: będziesz ty mnie miłować?

Przytuliła się do niego.

— Toć ja już miłuję waćpana.

— Mów mi ty po imieniu — poprosił.

— A jakoć pani macierz na wać..., na ciebie — poprawiła się spiesznie — wołała?

— Pietrek.

— Pietrek — powtórzyła cicho. — Mój Pietrek! I pomyśleć, że tak mało brakowało, a klasztorna furta zamknęłaby się za mną na zawsze i nigdy bym ciebie nie poznała.

— Toś ty była w klasztorze?

— Jako służebna. Ale wielebna matka przeorysza obiecowała, że rychło dozwoli mi oblec habit żarnowieckiej panny.

— Teraz wiem, kędy się nauczyłaś tych dwornych manier.

— Wdzięcznam za to wielmożnej pannie Knutównie.

— I ja rad bym się jej do stóp pokłonił, że dobra była dla ciebie, a mnie grzeczną wychowała narzeczoną.

Las zrzedniał. Z cienistej zieleni wyszli na pola, z których niedawno odpłynęły reszty wód. Za łąkami jaśniały nadbrzeżne wydmy, a dalej rozciągało się błękitne morze i bieliły się żagle statków, powoli z lekkim wiatrem zachodnim sunących do Gdańska. Wśród mokradeł torfiastych, gdzie brodził czerwononogi bocian, wiła się wydeptana ścieżka. Ruszyli nią w stronę wybrzeża. Nad ich głowami przeciągał się z żałosnym klangorem klucz białych łabędzi lecących ku Żarnowieckiemu Jezioru. W pobliskich krzakach zakukała kukułka.

— Posłuchaj — powiedział Piotr. — Raz, dwa, trzy, cztery...

— Co?

— Kukułka wróży nam, ile będziemy mieli dzieci.

— Przestań żartować, miły — poprosiła. — Jeszcze nie czas o tym mówić. Do ślubu daleko.

— Nie bój się — uspokajał ją Sulicki. — W najbliższą niedzielę na krokowskim zamku będzie wielka uczta. Prócz mnie i moich braci zaproszono tam wiele możnej szlachty. Wobec nich wszystkich zrzeknę się praw do ojcowizny, a nazajutrz pójdziemy do plebana i damy na zapowiedzi. Zgoda?

Skinęła głową. Otoczył narzeczoną ramieniem. Patrząc na jej twarz pałającą radością prowadził ją przed siebie.

— Dobrze ci? — zagadywał od czasu do czasu.

— Jak w raju — zapewniała.

Minęli rybackie chaty czerniejące na piaszczystych wydmach. Zeszli na rozgrzany piach strądowy. Barbara zdjęła tu zaraz trzewiki i lekko stąpała u boku Piotra po wilgotnym zoloju ku nurtowi Paśnicy, gdzie maszoperia dociągała do brzegu wielki niewód. Gdy większe fale zalewały brzeg, Miszkówna uciekła w głąb piaseczni przed pienistą zimną wodą, zostawiając na piasku ślady j zgrabnych sóp i śmiejąc się głośno. Rybacy wyciągający matnię, w której rzucały się łososie, usłyszeli jej śmiech. Obejrzeli się i zdumieli na widok panicza idącego z córką starego szypra.

— Boże pomagaj — pozdrowił ich Sulicki. — Jak tam połów? Dobry?

— Poszczęściło się nam — odpowiedzieli chórem i jęli zbijać karkulicami skaczące łososie.

— Niech no waćpan zazdrzy do bota, wiele me ich moma — dodał Michał Domienik. — Starczy dla klasztoru i dla nas!

Wyciągnął rękę ku kadłubowi czółna, w którym składano srebrny łup, podczas gdy Barbarka wzięła od narzeczonego dwojaki i podała je Zychowi. Sulicki podszedł do łodzi.

— Patrz, ile tu ryb! — przywołał narzeczoną. Domienikówna przybiegła, podziwiając błyszczące łososie podniosła ręce.

— To je licho — zasępił się siwy Okoń. — Ten dzeus może nam rebe uroczyć!

— Nick nom nie zaszkodzi — skarcił go maszop Maciej Kur z Odargowa. — Ona je piękna, a czarownicą może bęc leno brzydka białka.

— Żadnej białce nie trza wierzyć — zrzędził dalej Okoń spluwając na piasek.

Nad matnią kołowały i pokrzykiwały głodne mewy.

— Z takim połowem — podjął Sulicki —warto by do Gdańska popłynąć. Profit mielibyście z tego niemały.

— Dobrze waćpan radzi — przytaknął Kur. — Leno chto popłynie? My nie znamy drogi między płyciznami Małego Morza.

— Żeby stary szyper chciał nas poprowadzić — dodał Okoń. — On zna Wik jak własną kieszeń.

— Ojc popłynie — zaręczała dziewczyna. — Ja go poproszę, żeby wam pomógł.

— I ja bym się chętnie z wami zabrał — oświadczył szlachcic. — Mam w Gdańsku sprawę jedną, dosyć pilną.

— Tedy idź, Barbarka, do ojca — rzekł Michał. — A my tutaj skorzystamy, że ławica jest pod samym brzegiem i zrobimy jeszcze jeden zaciąg.

Maciej tymczasem radził paniczowi z Sulic:

— Waćpon sę ciepło oblecze, bo pojdzeme wczas, a rano na morzu zimno. Waćpon nie je nawykły do żeca reboka.

— Kto wie, czy pan Piotr nie będzie z wamy jeszcze ryb łowić — roześmiała się tajemniczo Barbara.

Maszopi pootwierali gęby ze zdumienia. Wiedzieli, że rybakiem był święty Piotr — klucznik niebieski, ale żeby szlachcic miał łowić ryby, nie chciało im się pomieścić w głowach.

— Sama nie wie, co gada — orzekli, kiedy Miszkówna z sulickim paniczem zniknęła wśród garbatych wydm. — Plecie, co jej ślina na język przyniesie. Ot, zwyczajnie jak to białka!

Potem splunęli w dłonie i powrócili do swej roboty. Piotr zaś idąc ścieżką obok Barbarki mówił z ożywieniem:

— Dziś jeszcze poproszę twego ojca o twoją rękę.

— Poczekaj z tym trochę — szepnęła.

— Po co? Rozmyśliłaś się może?

— Nie! Jeno jest u nas taki zwyczaj, że najlepiej się oświadczyć w drugi dzień Zielonych Świąt. Takie małżeństwa najszczęśliwsze pono bywają.

— Niech i tak będzie! — zgodził się szlachcic i przypieczętował swoją zgodę ognistym pocałunkiem.

Wieczorem powiadomił braci, że wybiera się do Gdańska, by zgodnie z ich radą odwiedzić jednego z tamtejszych sławnych medyków i poprosić o driakwie pomocne na trapiącą go chorobę. Ale zmilczał o tym, że serce jego zostało już uleczone.

 

Pierwsze kury piały, gdy brodaty okrętnik ruszył z przyszłym zięciem do Dębek. Maszopi oczekiwali ich przy łodzi, zacierając ręce i otulając się w ciepłe kaftany, bo chociaż maj miał się ku końcowi, ranki wciąż jeszcze były chłodne.

Szlachcic przywitał się, wsiadł do czółna, położył na dnie rusznicę. Rybacy odepchnęli łódź od brzegu, wciągnęli na maszt łaciński żagiel. Zaraz wydął go wiatr niosący opary z mokrych łąk. Smoliste czółno pomknęło w kierunku Rozewia. Bryza budziła fale wesoło pluskające o burty. Miszk zadowolony, że znów wypłynął na morze, pilnował steru i baczył, by łódź nie wpłynęła w strąd ani nie oddaliła się zbytnio od brzegu.

Gdy minęli Ostrowo, ukazał im się wysoki brzeg Rozewskiej Kępy. Znikła mgła, czerwona kula słońca wynurzyła się z morza, wiatr przycichł, a z łęgów dolatywał poranny świergot ptactwa. Dzień zapowiadał się pogodny. Na niebie nie pojawiała się ani jedna chmura. Słońce przygrzewało coraz mocniej. Kur z Okoniem i młodym szyprem ułożyli się więc niebawem do snu na dziobie szalupy. Pan Piotr zaś siedział na ławce, patrzał w schłostaną wichrami, okoloną siwym zarostem twarz morskiego wilka i słuchał jego opowiadań o dawnych czasach, gdy za Zygmunta Augusta jako młody knop pływał we frajbiterskich maszoperiach.

— Frajbitery — powtórzył panicz. — Kiedyś już coś o nich słyszałem. To oni grasowali po morzu? Szyper pokiwał głową.

— Ich boty i statki napadały na okręta tych krajów, z którymi nasz król jegomość wojował. Chwytali też nawy płynące do nieprzyjacielskich portów, a zdobycz przyprowadzali do Pucka. Tam kaperski trybunał sprawiedliwie dzielił łupy. Frajbiterzy dostawali swój part, pucki starosta swój, no i król też brał swoją część.

— Intratny proceder!

— Nie zawsze! Czasem nieprzyjaciel brał górę. Wtedy frajbiterów wieszano na rejach, a okręt płynął z nimi tu wzdłuż rozewskiego brzegu i helskich wysp. Na postrach chłapowianom, wielżanom, jastarnikom, bo tych najwięcej frajbiterskim rzemiosłem się parało.

— Nie bali się stryczka? — zagadnął Sulicki patrząc na urwiska Rozewia, pod którymi uwijały się rozproszone łodzie Chłapowskich maszopów łowiących cezami flądry na toniach wśród wielkich kamieni.

— Głód zmuszał ich do frajbiterstwa — tłumaczył Domienik. — Jak ławice śledzi nie podpłynęły pod brzeg, a łososie zawiodły, nie mieli co w garnki włożyć. Trzeba było wrogom łupy z gardła wydzierać. I wydzierali, aż starosta Hernest Wejher zakazał frajbiterom wypływać na morze. Wtedy z Kołczem sołtysem z Chłapowa poszli my na skargę do samego króla. Ale nic jeśmy tam nie wskórali. Kołacz gadał, że nieboszczyk Zygmunt August inaczej by załatwił tę sprawę, bo przychylniejszy był rybakom i za czasów starosty Kostki przywileje im potwierdzał. Dobry pan, zacny pan...

Przekręcił ster nieco w lewo, bo nad zatopionymi głazami kipiała woda i łodzi groziło rozbicie. Umilkł na chwilę. Młody szlachcic nie dał mu jednak długo milczeć.

— Lepszy niż teraźniejszy król, siostrzan jego i imiennik, Zygmunt III?

— W pierwszych latach jego panowania — mruknął szyper — w Chłapowie, gdziem wtenczas mieszkał, było biedy jak smrodu. Dopiero jak miłościwy król wyprawił się do Szwecji po swój dziedziczny tron, odmieniło się. Wielu rybaków poszło służyć na statki królewskie.

— Wy takoż?

— Jam woził naonczas do Sztokholmu żołnierzy puckiego starosty. Wszelako później, podczas drugiej wyprawy do Szwecji, razem ze starym Czerwionką — ten knop jeszcze żyje, choć ma chyba już półtora kopy roków na karku — służyłem na tym samym statku, którym król wracał z Kalmaru.

Tu brodaty okrętnik popatrzył na brzeg zbaczający w tym miejscu nieco w prawo i przekręcił ster w tę samą stronę.

— Te checze na skarpach —wyciągnął rękę ku urwiskom — to pierwsze domostwa Chłapowa. Ciągną się one od Starniowego Żłobu aż tu do Rozewia. Tam na Cetniewskim Haku zaczyna się już Wielka Wieś. A ten wądół zwie się Lisi Jar. Tuśmy z jegomościa królem lądowali.

— Czemu nie w Gdańsku? — zaciekawił się Piotr Sulicki.

— Bo zaraz z pierwszym mrozem przyszedł od wschodu taki sztorm, że nie tylko żagle szły w strzępy, ale reje z masztów zlatywały! Jak nas w Dzień Zaduszny zapędziło pod rozewski brzeg, to nawa ugrzęzła na amen. Nie było mowy, by zawinąć w ujście Wisły. Wiater dął do oka! Wtedy stary Czerwionką, jak to mówią: chłop mowny i kot łowny wszędzie przejdzie, dostał się do króla i obiecał mimo sztormu zwieźć go bezpiecznie na brzeg.

— Śmiałek — pochwalił Sulicki.

— Że jednak — gadał dalej Miszk — sam nie mógł tego dokazać, pyta mnie: „Pomożesz?” Patrzę ku lądowi: Rewy chodzą. Kipi presk. „Maryja, Józefie święty! — wołam. Nie damy rady! Pod brzegiem zaleje nas fala”. Na to przystąpił młody Bytk Szewka z Tupadeł. „Popłynę z tobą — rzekł. — Damy radę! Nasz król jest święty, a świętego nie zaleją największe nawet denegi!” Dołączył do nich zaraz jeszcze jeden ostrowianin. Nie miał więcej niż osiemnoście roków, ale taki był zeń stolem, że mógł somojeden armatę podźwignąć, a łódź na plecach nieść. Wtenczas i ja się zgodziłem. Musieli my przysiąc na Krzyż Pański, że król nie utonie. Potem wzięli my się do dzieła. Statek się kołysał jak łupina, ale ostrowianinowi udało się spuścić szalupę.

— Jako się zwał ów osiłek?

— Nie przyznawał się do żadnego nazwiska. Mówiono nań Jówa. On to wsadził króla w odpowiednim momencie jak małego chłopca do szalupy i siadł do wiosła. Sam był na jednej stronie, a my trzej na drugiej. Ale dał nam radę! Łódź pognała między grzbietami fal do brzegu, aż zaniepokoił się król. „Czemuż to — pyta — nikt nie steruje?” „Mamy, dopraszam się łaski waszej królewskiej mości, taką wprawę, że łódź wioseł słucha” — zapewniam. Wtem za szalupą przewalił się ogromny bałwan. Blady, wybiedzony morską chorobą pan nasz ze strachem zerwał się z ławki. „Przewrócił się za nami! — uspokajał go Czerwionka. — Jesteśmy już niżej rewy! W »rzece«! Poczekajmy chwalę, skoro zaś grzywacze przejdą, przemkniemy przez usechy i dobijemy do brzegu”.

— I co król na to?

— Niewiele z tego wszystkiego zrozumiał. Trwożnie patrzał na szumiącą rewę i bałwany toczące się ku brzegowi. Czerwionka tymczasem liczył fale. Jak przeszła trzynasta, zakomenderował: „Teraz, dresze!”

Szyper uśmiechnął się do swych wspomnień i opowiadał, jak to Jówa splunął w ręce, jak ucałował krzyżyk różańca, który w każdym niebezpieczeństwie zawieszał na szyi, jak zgiął się przy wiośle. Druga strona wiosłowała na równi z ostrowskim siłaczem. Na usechu, czyli mieliźnie podniosła ich niewielka fala z kolejnej trzynastki. Porwała łódź na swój grzbiet i błyskawicznie wyrzuciła na brzeg. Mocarz z Ostrowa wysadził Zygmunta III na suchy piach. Rybacy, których dziesiątki tu się zbiegło, bo zdawało im się, że statek idzie w strąd, chwycili szalupę. Gdy wyciągnęli czółno, które żoch rwał z powrotem w morze, Czerwionka „wyplestał”, kogo to zwieźli na brzeg. Półdzicy Kaszubi odziani w focze czapy i kabaty ze zdziwieniem gapili się na monarchę. Król Zygmunt w czarnych aksamitach patrzył na drugą szalupę pełną dworzan, która się w presku zbliżała do brzegu. Załoga jej nie miała szczęścia. Na usechu zakryła ich fala.

— Gwesno by ich żoch zabrał, żeby nie nasz żelazny jówa! — kończył Domienik opowieść. — Ten knop był równie silny jak odważny. Wszedł w morze jak święty Kresztof i chociaż fale się przezeń przelewały, pociągnął tonącą łódź w strąd. Do pomocy skoczył mu natychmiast Bytk. Na zoloju chwyciło burty szalupy wiele rybackich rąk i tak to królewscy dworzanie zostali uratowani od mokrej śmierci.

Tu zerwał się z ławki i szybko skręcił ster w prawo, by ominąć kanciasty głaz sterczący wysoko z wody.

— Niewiele brakło, a i nas by teraz taki los spotkał — rzekł panicz. — Co to za skała?

— Zwie się Frank — objaśnił sternik.

— Skąd to miano?

— Starzy gadają — wtrącił Okoń rad, że może dorwać się do głosu — iż na tym kamieniu uratowała się córka szwedzkiego szypra Franka, gdy jego okręt tutaj się rozbił podczas okrutnego sztormu.

— Każdy wąwóz czy kamień coś tu przypomina — zauważył pan Piotr. — Ale powiadajcie — zwrócił się do Miszka — jak to z królem dalej było? Nagrodził was szczodrze?

— Jówę, który przemoknięty do ostatniej suchej nitki dygotał z zimna, chciał okryć swym bogatym płaszczem, choć sam drżał jak osika. Ale nie pozwolili mu na to rybacy.

— Jakże to? — zdziwił się zrzędny Okoń.

— Okryli ratownika i rozbitków foczymi kabatami. Wtedy król przyrzekł sołtysowi Kołaczowi z Chłapowa, że nie dopuści, iżby starosta Wejher ściągał zbyt wysoki czynsz od rybaków. Potem chłapowianie ponieśli Lisim Jarem dostojnego gościa na noszach. Na skarpie stał już sołtys tyk z Tupadeł z kolaską zaprzężoną w sześć koni. Zawiózł on schorzałego pana do swej wsi, przenocował go u siebie w checzy, której strzegło wielu rybaków zbrojnych w stare rusznice pochodzące jeszcze z czasów frajbiterstwa. Nazajutrz ruszył miłościwy pan do Krokowa. Tam...

— O tym jak imć Rajnold przyjmował króla jegomościa nieraz powiadał mi pan ojciec — przerwał Sulicki.

Umilkł więc siwy marynarz i zajął się żeglugą. Wiatr się wykręcił do nordwestu. Dmuchał słabo, ale łódź pod rozpiętym żaglem posuwała się dość szybko wzdłuż Chłapowskiego i wielżeńskiego brzegu, gdzie kilka maszoperii uprawiało połowy łososia. Kiedy zbliżali się do przesmyku między wielżeńskim cyplem a pierwszą wyspą helską i przepłynęli nim na Małe Morze, Miszk usłyszał dzwon z niedalekiego kościoła, gdzie królowała patronka rybaków, Swarzewska Panna. Odmówili wspólnie Anioł Pański, a następnie spożyli kwaśny chleb z gotowanym łososiem. Po tym śniadaniu Maciej Kur popatrzał w stronę widocznych na brzegu wież puckiego zamku i fary.

— Jakiś kurp wyszedł pod żaglem z Pucka — zauważył. Domienik osłonił dłonią oczy przed oślepiającym blaskiem słońca. Zapatrzył się w migotliwą dal.

— To pucka szkuta — odrzekł po chwili. — Płynie z drzewem do Gdańska. O, już zmienia kurs na Depkę.

— Popłyńmi za nimi — poradził mu Zych. — W ten sposób łatwo nam będzie znaleźć drogę.

— Pucczany tu jak w domu! — przytaknął stary. Przekręcił ster w lewo i podążył za puckim statkiem w kierunku Wisłoujścia.

Gdy już szczęśliwie minęli Depkę, spostrzegli na swym kursie ożaglowany statek trzymający się dziobem pod wiatr. Powoli podpływali doń, póki nie dojrzeli na jego maszcie flagi z trzema koronami.

— Maryja, Józef! To szwedzki kaper — krzyknął Miszk. — Duchem! Łososie ukryć pod sieciami! Bodaj to wszetcy diachli!

Wtem Szwed wystrzelił z jednej z armat, których paszcze czerniały na obu bokach korabia, i spuścił szalupę. Ta z uzbrojonymi marynarzami podpłynęła do puckiej szkuty. Załoga jej poddała się bez walki. Żołnierze pozostali na pokładzie, gestami nakazywali dębczanom dobić do burty kaperskiego okrętu.

— Schowaj waść broń — poprosił Domienik szlachcica. — Inaczej może być z nami licho. Zabiorą nas i nasz ładunek! A tak powiemy im, że płyniemy rybaczyć.

Tak się też stało, jak powiedział. Z wielką ulgą odetchnęli dębczanie, gdy im Szwedzi kazali tylko zabrać załogę puckiej szkuty i marynarzy z innego statku, poprzednio już zdobytego przez kapra.

— Wysadzimy was na Oksywskim Haku — rzekł do nich Miszk. — Mamy zbyt ciężki ładunek, byśmy mogli was zawieźć do Gdańska.

Puccy rybacy uradowani, że żywcem zeszli ze szwedzkiej łajby, skwapliwie przystali na tę propozycję.

— Bóg wam zapłać — podziękował bosman Manuszewski patrząc na oddalający się okręt, gdzie na kasztelach i wantach roili się zbrojni w muszkiety kaprowie. — Szczęście, żeście się tu nawinęli, boby nas ten piekielnik nie na ląd, a do piekła posłał.

— Piekielnik?

— Piotr Spiryng — wyjaśnił bosman. — Kaper Gustawa Adolfa! Dawałem mu gotowizną trzysta złotych polskich, byle nas wolno ze statkiem puścił, wżdy on niby niedźwiedź ryknął na mnie grubo: „Trzysta złotych? Nie na taką kwotę Gdańsk przeklęty mnie poszkodował zagarniając należny mi spadek! Nie spocznę, póki go co do szeląga nie odbiorę!”

Domienik obejrzał się na szwedzki statek. Marynarze zwozili nań ze zdobytej szkuty wszystko to, co miało jakąkolwiek wartość.

— Żeby nasz król jegomość miał większą flotę — rzekł ponuro stary okrętnik — nie doszłoby do tego gwałtu. Toć to gorzej niźli we wojnę! Grosza lichego bym nie dał za taki pokój.

— To jo! To je prowda — odezwał się Maciej, który choć na okrętach nie pływał, ale też miał głowę na karku. —Musi być, że wojna się szykuje! Ci żółtobrodzi przybyli tu gwesno na prześpiegi, Leno zdrzec, jak sę zerwie srogi sztorm, krwawy sztorm.

W tej chwili nad szkutą uniosły się kłęby dymu.

— Baczcie — jął lamentować Manuszewski. — Szwedzi zapalili nasz statek. Co za czasy! Co za ludzie!

Nie przestał się żalić nawet wtedy, gdy dębczanie wysadzili go na oksywski strąd z załogą zagarniętej przez Szwedów szkuty i marynarzami, a sami płynęli wzdłuż brzegu w kierunku wisłoujskiej latarni, ku której wciąż snuł się dym z płonącej szkuty.

— Co to się stało? — zapytał szyldwach z wałów twierdzy przy Latarni, gdy wpłynęli w gardziel rzeki.

— Spiryng napadł na pucczan i zapalił ich statek — odkrzyknął z czółna Miszk.

Żołnierze zameldowali o tym komendantowi Mindy, który wybiegł z wieży i stanąwszy przy jednym z dział na zielonym szańcu długo wpatrywał się w daleką smugę dymu.

Tymczasem łódź popychana nordową bryzą sunęła w górę rzeki Leniwki. Minęli Holm, wpłynęli przy Polskim Haku w Motławę i lawirując między rozmaitymi okrętami dobili nie opodal czerwonej baszty zwanej „Kolp” do Rybackich Pobrzeży. Nim słońce zaszło, sprzedali na Feszmarku swoje łososie, a potem Domienik postanowił pokazać swej kompanii miasto, dobrze mu znane z dawnych, marynarskich czasów.

Poprowadził ich Długim Mostem koło Straganiarskiej Bramy i Żurawia na Długi Targ. Pokazał im Dwór Artusa, ratusz ze strzelistą wieżą, na której złociła się w blasku zachodu złota figura Zygmunta Augusta, ogromny wieżasty kościół Panny Marii, kamienice bogatych patrycjuszy...

— Wstąpimy „Pod Łososia” — zaproponował w końcu na Szerokiej, gdy zmęczyła ich wędrówka gwarnymi ulicami.

Weszli. Ale w progu szynkowni stary Okoń stanął, zatrzymał szypra i oświadczył kategorycznie:

— Wychodzimy stąd! Tu nie ma niżodnego świętego obrazu. To nie je katolicka karczma. Tu letrze gospodarzą! Heretyki!

Domienik prowadził więc drehów dalej, aż za Bramę Ludwisarzy, na Drzewnym Rynku znaleźli inną gospodę. Nad jej drzwiami widniała figurka mnicha w cysterskim habicie, gdy zaś weszli do środka i siedli na ławie przy długim dębowym stole, ujrzeli na ścianie nad szynkwasem obraz świętego Wojciecha.

— Jo, tu możemy popić — stwierdził Okoń i zatarłszy, ręce skinął na pachołka.

Wnet pojawiły się przed nimi na stole konwie piwa i spory gąsior wódki. Popijali rozmawiając głośno o tym, co dziś widzieli na morzu. Wkrótce do Kaszubów zaczęli się przysiadać zaciekawieni mieszczanie dopytując o szczegóły szwedzkiej napaści.

— Zdrajca nad zdrajcami ów Spiryng — przeklinał kapra jakiś gdańszczanin z łopaciastą brodą. — Z wrogami się pokumał! Pod samym bokiem niby wilk jagnięta porywa nam nawy. Szkody czyni niemałe. Drwi w żywe oczy z miłościwego króla Zygmunta i prześwietnego magistratu.

— Wart zadyndać na rei — potakiwał Miszfc. — Żeby to nieboszczyk starosta Jan Wejher żył, z pewnością zawisnąłby ten huncwot na stryczku, ledwie by na Małym Morzu począł grasować.

— Nic dobrego nie wróży nam to dzisiejsze wydarzenie — kiwali głowami inni.

W gospodzie zrobiło się mroczno. Pachołek zapalił świece w mosiężnym pająku zwisającym ze sczerniałych belek stropu. Stary Okoń zdrzemnął się na ławie. Maciej z Zychem i Michałem ruszyli na nocleg do czółna. Niebawem i pozostali goście się rozeszli, a stary okrętnik został sam na sam ze szlachcicem, który fetował go szczodrze, chcąc sobie zjednać jego przyjaźń. Wychylali kubek za kubkiem.

— Idą ciężkie czasy — narzekał markotnie Domienik. — Prawdę mówił Kur! Leno zdrzec, jak nadciągnie z północy krwawy sztorm. Ja tam na pewno tej wojny nie przeżyję. Stary jestem, i bez utyskiwań bym odszedł z tego świata, ale żal mi moich cór. Chto się nimi zaopiekuje? Chto je obroni, jeśli...

Piotr, któremu się mocno kurzyło z głowy, zapomniał, że obiecał Barbarze czekać z oświadczynami do Zielonych Świąt. Nalał szyprowi i sobie tęgiej gorzałki. Dla kurażu duszkiem wychylił kubek i wybełkotał:

— Dajcie tedy Barbarę w moją opiekę, a klnę się Bogiem, że włos jej i jej siostrom z głów nie spadnie! Stary okrętnik wytrzeźwiał od razu.

— O nie, paniczku! — zaperzył się i stuknął kubkiem o stół. — Nick z tego nie będzie! Ubodzy my, ale uczciwi i wedle przykazań boskich żyjący ledze. Nigdy nie przystanę, żeby Barbara na złą drogę zeszła i gamratką waściną została. Żebyś do grzechu ją przywiódł, na pośmiewisko ludzkie wystawił...

— Ależ Bóg świadkiem, iż źle pojęliście moje słowa! — przerwał Sulicki. — Uczciwe mam zamiary! Barbarkę waszą umiłowałem całym sercem i dusznie pragnę do ołtarza ją poprowadzić.

Domienik wybałuszył oczy.

— Może to być?

— Dlaczegóż by nie?

— Młodziście, paniczu! Okrutnie młodzi! Wielki to byłby dla mnie zaszczyt mieć herbowego zięcia, ale widzi mi się, iż z tego nieszczęście dla was i dla niej wyniknie.

— Fortuna to dla mnie, a nie nieszczęście takową żonkę u boku mieć.

— Boję się — ostrzegał stary — że powstanie przeciw waćpanu wszystka szlachta, a panowie bracia...

— Nie stoję ja o ich względy. Sam ostawię im to, co mnie by w spadkowych działach przypadło! Rzucę dwór, boć milej mi będzie z Barbarką w dębkowskiej checzy. Na tych pustkach nie będzie nas chyba nikt prześladował.

— Niech się tedy dzieje wola boża! — zgodził się wreszcie udobruchany już i wzruszony okrętnik.

Wychylił z przyszłym zięciem ostatni toast, obudził chrapiącego Okonia i opuścili gospodę, gdyż o świcie mieli odpłynąć do Dębek.

Niestety rankiem powiała taka nora, że nie było mowy, by mogli ruszyć w powrotną drogę. Zostali więc w Gdańsku, zaglądali do kramów i szynków, przypatrywali się, jak mieszczanie spieszą z łopatami na szańce, by naprawiać miejskie obwarowanie, nadsypywać wały, pogłębiać fosy.

— Czuć proch w powietrzu — powtarzał Domienik. — Tym razem to nie strachy na Lachy! Ja, stary żołnierz wodny, znam się na tych sprawach.

Wiatr wiał i przez następne dni. Dopiero w sobotę w przedostatnim dniu miesiąca wykręcił się do południa. Zaraz z rana, gdy tylko słońce przygrzało, podnieśli żagle i popłynęli z prądem ku Wisłoujściu, gdzie przy Latarni zatrzymywały się i odmeldowywały kupieckie korabie wychodzące w morze.

Wyminęli je i znaleźli się na zatoce. Sulicki co chwila spoglądał na pierścionek, który kupił dla narzeczonej w sklepie na ulicy Złotników. Miszk trzymał ster i uważał, by łódź nie oddaliła się zbytnio od wybrzeża.

— Diubel nie śpi — mówił przy tym. — Na głębszych wodach mógłby się znów pojawić ten purtk Spiryng.

Kaper jednak znikł bez śladu. Spotkali natomiast okręty pod holenderską, francuską a nawet angielską flagą, z żaglami wydętymi południowym wiatrem, wracające z polskim zbożem do macierzystych portów. Spotykali szkuty i rybackie czółna helan, oksywian, jastarników.

Gdy minęli Puck, wiatr — jak często w okresie Zielonych Świąt — „zdechł”. Musieli zwinąć żagle. Siedli do paczen i wiosłowali przez spokojny Wikt na Wielkie Morze ku błękitnemu przylądkowi.

Słońce zapadło w toń nie opodal brzegu. Latarnik z Rozewia zapalił ogień na pękatej wieży. Jednocześnie odżyła rosowa bryza. Wywiesili więc na nowo żagle. Łódź posuwała się naprzód. Drobne fale z lekka pluskały o burty. Żeglarzy ogarniała senność. Maciej siedzący na ławce oparł się plecami o maszt i modlił się za dusze tych, co nie powrócili z połowów, Michał i Zych zwinąwszy się na dziobie łodzi zachrapali, a młody szlachcic patrzył na starego okrętnika i milczał, bo myślami był wciąż przy Barbarze. Naraz siwy sternik drgnął.

— Maryja — jęknął — Józefie święty!

— Co wam? — porwał się Piotr i szarpnął go za ramię.

Ocknął się stary wilk morski. Zamrugał powiekami.

— Jezus, Maryja — powtórzył jeszcze raz. — Ratuj mnie, Józefie święty.

— Co się stało? — dopytywał panicz.

— A jesta nic nie widzala?

— Co miał widzieć? — odezwał się z mroku Kur. — Ciemno tu jak w miechu.

Domienik, rozglądając się trwożnie naokoło, szukał towarzyszy rejsu. Ledwie ich mógł dojrzeć w łodzi.

— Widziałem klabaternika — wyznał wreszcie, łapiąc otwartymi ustami powietrze jak ryba wyrzucona na ląd. — Stał na przedniej stewie i powiedział mi, że ostatni raz pływam na morzu.

Nie uwierzyli mu. Rozległy się głosy:

— Klabaternika?

— Przyśniło się wam, o je!

— Sen mara, Bóg wiara!

— Nie spałem — upierał się frajbiter.

— Ja, Bogu dzięki, nick nie widziałem i nie słyszałem — przeżegnał się Okoń.

— Był, był mniejszy niż niemowlątko — tłumaczył Miszk — stał na przedniej stewie, a potem wspiął się po sztagu na maszt.

Sulicki spojrzał na czubek masztu:

— Nie ma go tam!

— Załatwił swoje i znikł — machnął ręką Domienik.

Michał i Zych przekonywali starego, że jeszcze nieraz popłynie z nimi na Feszmark do Gdańska, ale on nie dał się pocieszyć.

— Co powie klabaternik, wiedno się sprawdza — powtarzał. — Rychła śmierć mi pisana. Nic tego nie odmieni.

— Kto to jest ten klabaternik? — dowiadywał się młody szlachcic.

Szyper wykręcił ster kierując łódź ku niedalekim wydmom i odparł: — Duch utopionego okrętnika! Taki co to przestrzega marynarzy przed rozbiciem lub śmiercią.

Gdy dobili przy Dębkach do strądu, wyłoniła się z ciemności smukła dziewczyna.

— Barbara — poznał ją Sulicki i wyskoczył z łodzi na piach.

— Co dzień przychodziłam tu na wydmy wypatrywać was — mówiła dziewczyna ocierając łzy. — Obawiałam się, żeście potonęli.

Ogarnął ją ramieniem i przytulił do piersi.

— Utonąłem, miła panno moja — szepnął czule. — Utonąłem w modrej oczu twych głębinie i, dalibóg, nie pragnę, by mnie ktokolwiek z toni tej wyławiał.

Żółto migotały okna chat czerniejących pośród piaszczystych garbów. Rybacy wyciągnęli łódź w strąd i ruszyli do domów na spóźnioną wieczerzę, a oni, owiani mocnym wiatrem, stali wciąż obok siebie, jakby zapomnieli o całym świecie.

— Pogrążyłaś mnie — powtarzał panicz. — Pogrążyłaś na wieki.

 

Smuga porannego słońca wpadła do komnaty przez małe oprawione w ołów szybki okien Ulickiego dworu i zbudziła drzemiącego w łożnicy panicza. Przypomniało mu się, że to Zielone Świątki, trzydziesty pierwszy dzień maja,. I że ma być w Krokowie na uczcie. Czym prędzej umył się, ogolił, ubrał. Zapiął pas, przy którym zwisała krzywa szabla, wyszedł do sieci, siadł na zydlu i jął rozmyślać, co też mu przyniesie dzisiejszy dzień. Wiedział, na co się zanosiło. Jan z Kłanina, potkawszy go onegdaj w żarnowieckiej przyklasztornej karczmie, rzekł:

— Niedługo, panie bracie, a powinowatymi sobie będziem.

Jan był zakochany po uszy w młodszej córce dziedzica z Bożego Pola pięknej Annie i miał nadzieję, że wnet z nią stanie przed ołtarzem. Musiał wszakże czekać, póki nie wyjdzie za mąż jej starsza o rok siostra Weronika, rosła pannica, której Bóg poskąpił oleju w głowie. Dlatego, choć miała odziedziczyć Boże Pole i przyległe włości, trudno było dla niej znaleźć konkurenta.

— Upatrzyli sobie mnie za ofiarnego kozła — zżymał się Piotr. — Pan Hernest z pewnością ze starym dziedzicem z Bożego Pola, Janem z Kłanina i braćmi moimi w porozumienie wszedł. Wyswatać mnie obiecał korzystając z dzisiejszej biesiady. Panom braciom byłoby w to graj, by się mnie z Sulic pozbyć! Mniemają snadź, iż dziedzicem Bożego Pola ostawszy, nie będę się o swoją część spadku dopominać. Przedcc mnie umyślili jako biblijnego Józefa. Wszelako nic z tego nie będzie! Kocham Barbarę. Jej uroda i mądrość niby słońce mi jaśnieją, a lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.

Popatrzał na świecznik z jelenich rogów, zwisający z pułapu, na kobierce i drogocenną broń, zdobiącą ściany sieni. Nad wielkim, okopconym kominem z wykutym w kamieniu herbem Bonin, wisiały zdobyte przez nieboszczyka Sulickiego pancerze, druciane koszulki ze złotymi spięciami, hełmy niemieckie i polskie, srebrzyste misiurki zdarte z tureckich łbów. Krzyżowały się długie koncerze i rapiery.

— Mój pan ojciec Turków bił, a ja miałbym bezwolnie w jasyr pójść tej kukły malowanej, strojnej i bogatej — mruknął ze złością i zerwał się z zydla. — Niedoczekanie!

Zajrzał do bielonej izby jadalnej, czy nie podano już śniadania, wróciwszy bowiem do domu późną nocą położył się bez wieczerzy i kiszki w nim skrzeczały jak żaby w Bielawskich Błotach. Ale choć pora rannego posiłku mijała, do stołu jeszcze nie podano. Od czasu śmierć ojca i matki zdawać się mogło, że dwór wymiera. Dawni słudzy uciekli, a skłóceni bracia jeden drugiemu na złość nie przyjmowali nowych.

— Pewnieś głodny, synku — zagadnęła go nagle jego chrzestna, ciotka Połchowska, wyjrzawszy z bokówki.

— Jak wilk — odparł.

— Zaraz cię nakarmię — zakrzątnęła się, a kiedy siadł nad miską polewki, zapytała: — Gdzieś to bywał tak długo? Myślałam, żeś przepadł z kretesem.

— Zabrałem się z rybakami do Gdańska; u medyka, jak mi bracia zalecili, gwoli słabego zdrowia porady szukać — skłamał Piotr.

— I co ci ów cyrulik rzekł? Jako nazwał twą chorobę?

— Kłopoty!

— Tych ci doprawdy nie brak, niebożątko moje — użaliła się chrzestna. — Źle ci tu! Bracia chętnie by cię wyrugowali z ojcowizny.

Piotr zastanawiał się przez chwilę, czy ma się ciotce zwierzyć ze swych podejrzeń. Że jednak czuł w niej sprzymierzeńca, powiedział w końcu:

— Coś mi się zdawa, iż pragną mnie dziś w Krokowie pannie Weronice w niewolę zaprzedać... Odsunął miskę, położył na stole łyżkę cynową.

— Co ty gadasz? — zdziwiła się. — Z tą przygłupią Weroniką miałbyś się dla majątku żenić. Nie czyń tego! Serce zatopisz w mętach!

— Tuszę, że pan z Krokowa takoż w tej imprezie palce macza.

— Judasz! Judasz Iskariot! Z dawna on na włość waszą dybie. Z tej jeno przyczyny cię swata, a braciom twoim pożycza pieniądze. Tako i memu ojcu talary na dłużne dawał skrypta, aż nasze Połchówko zdradziecko zagarnął, jam zaś panną na łaskawym chlebie u twych rodziców ostała.

Trzasnęły drzwi. U proga stanął Bartosz Sulicki.