Rewianie - Augustyn Necel - ebook

Rewianie ebook

Augustyn Necel

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Kosakowo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 231

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

REWIANIE

 

Augustyn Necel

 

REWIANIE

 

Kosakowo 2012

 

OPRACOWANIE LITERACKIE I WSTĘP:Lech Będkowski

 

PRZEDMOWA:

Maciej Tamkun

 

OPRACOWANIE REDAKCYJNE:Anna Kloka, Malwina Miklaszewicz

 

PROJEKT OKŁADKI I ZDJĘCIA:Adam Schröder

 

SKŁAD I DRUK:

sunny s.c.

 

Wydanie III

 

W niniejszym wydaniu zachowano oryginalną pisownięz wydania pierwszego z 1974 roku

 

Z tyłu okładki znajduje się portret Augustyna Neclaautorstwa Macieja Tamkuna

 

ISBN 978-83-935804-0-8

 

WYDAWCA:

Biblioteka Publiczna Gminy Kosakowoim. Augustyna Neclaul. Fiołkowa 2a, 81-198 Kosakowowww.biblioteka.kosakowo.eu

 

Spis treści

 

Rewianie A. Necla w kolorze (Maciej Tamkun)

 

Okrętnicy raz jeszcze (Lech Bądkowski)

 

Rozdział I

 

Rozdział II

 

Rozdział III

 

Rozdział IV

 

Rozdział V

 

Rozdział VI

 

Rozdział VII

 

Rozdział VIII

 

Rozdział IX

 

Rozdział X

 

Rozdział XI

 

Rewianie A. Necla w kolorze

W Rewie w dniach 15-22 kwietnia 2012 r. odbył się plener malarski Kaszubskie symbole i barwy znaczeń w obrazach pod artystycznym kierownictwem malarza marynisty Zdzisława Karbowiaka. Inspiracją działań była powieść Rewianie Augustyna Necla. Organizatorem i kierownikiem przedsięwzięcia była Anna Kloka, dyrektor Biblioteki Publicznej Gminy Kosakowo im. Augustyna Necla. Pomoc organizacyjną i finansową zapewnił Urząd Gminy Kosakowo.

W tym artystycznym przedsięwzięciu wzięło udział 22 twórców z czterech województw: pomorskiego, warmińsko-mazurskiego, kujawsko-pomorskiego i dolnośląskiego. Fascynacja kulturą kaszubską zjednoczyła twórców wokół artystycznej i intelektualnej refleksji nad powieścią Rewianie. W namalowanych obrazach malarze wykazali niezwykłą twórczą dyscyplinę, starając się pozostać w zgodzie z ogólnym duchem książki, a w kolorystycznych rozgrywkach i metodzie rytmicznych oraz wielokierunkowych rzutów pędzlem czy szpachli opierali się na zdobyczach polskiego malarstwa marynistycznego i rodzajowego. W parze z psychologiczną interpretacją zauważyć się dała dbałość o walory konstrukcyjne, jak również jasną architektonikę obrazów. Wiodącym motywem artyści uczynili oczywiście morze, nieobliczalny żywioł, który już od dawna inspiruje artystów: żadna wrażliwa dusza nie pozostaje obojętna na jego piękno. Dzieje się tak zarówno wtedy, gdy spokojne wody delikatnie kołyszą linię horyzontu, jak i wówczas, gdy wzburzone, pełne grozy, sztormowe fale wdzierają się brutalnie w ląd zagarniając go dla siebie, dlatego trzeba traktować je z dostojeństwem i szacunkiem.

Patrząc na efekt końcowy pleneru widzę trud w stworzeniu obrazu morza, w oddaniu struktury i charakteru wody, przedstawieniu jej zachowania w odniesieniu do źródła światła, uchwyceniu gry świetlnych refleksów. Nie ma znaczenia, czy w tym celu artyści posłużyli się realistycznymi czy też abstrakcyjnymi środkami wyrazu, bowiem główną rolę gra tu kolor i uzyskana dzięki niemu migotliwa aura w zestawieniu z myślą intelektualną. Dodanie do tła morskiego postaci, okrętów, to niezwykłe wyzwanie dla twórcy.

Pokłosiem pleneru są obrazy, które wyeksponowano w niniejszej publikacji.

Mogę tylko całą ekspozycję spuentować słowami: udało się!

 

Maciej Tamkun

artysta malarz, historyk

 

Okrętnicy raz jeszcze

Oto kolejna opowieść Necla, nie wiem już która, napisał ich bowiem i opublikował dotąd kilkanaście, z tymi, które są w toku powstawania, zbliża się do dwudziestki. Tę książkę zaliczam do grupy szczególnie wartościowych jego utworów, ponieważ opiera się na pierwotnym tworzywie ludowym, zawiera realia i oddaje surowy klimat środowiska, wolna jest od literackości w ujemnym znaczeniu słowa. Nie wynika z tego, aby była pozbawiona wyobraźni. Wręcz przeciwnie.

Swego czasu Necla określiłem jako dokumentalistę życia Kaszubów morskich. Jest nim niewątpliwie w swych najlepszych książkach, kiedy nie cofa się zbyt głęboko w minione stulecia i kiedy opracowanie literackie zanadto nie ornamentuje prozy pierwopisu, a raczej uwalnia ja od manieryzmów nabytych w ciągu dwudziestu lat pisania i publikowania. Jest to jednak dokumentalista szczególnego rodzaju, który podkład rzeczowy czerpie z własnej obserwacji i pamięci, z opowiadań innych, z tradycji, kultury, sposobu odbierania wrażeń społeczności kaszubskich morzan, z którą on, pisarz Necel, całkowicie się identyfikuje. Takiego właśnie literackiego dokumentalistę cenię najwyżej i bardzo bym nie chciał, aby sięgał on do innych źródeł i inspiracji, które mogłyby skrzywić jego - i środowiska - widzenie życia, przeszłości, świata, odebrać mu cechy autentyczności, podfałszować. Powstaje obraz, rzecz jasna, subiektywny, ale wewnętrznie prawdziwy, mianowicie zgodny ze świadomością autora imiennego i tych licznych bezimiennych, wśród których ów imienny urodził się, wychował, żyje.

Od tego rybaka, który przyszedł na świat w małej wiosce nadmorskiej w 1902 r. i został pisarzem dopiero po przekroczeniu pięćdziesiątki (a i wtedy nie od razu porzucił swój pierwotny zawód), nie oczekujemy ani rozumowanej historii, ani regularnej powieści. Mamy tu do czynienia z odrębnym gatunkiem, który, w braku lepszego słowa, nazwałem opowieścią; to określenie jest w każdym razie dostatecznie pojemne, aby zmieścić w sobie także Neclowską twórczość.

Na podstawie Rewian możemy właśnie poznać jej niektóre cechy. Fabuła jest prosta, wręcz szkieletowa, nie ma w niej nic skomplikowanego, jeśli występują zaskoczenia, to losowe, ale nie psychologiczne. Rzecz toczy się wartko, niemal skrótowo, w ścisłej zgodzie z kronikarską chronologią. Introspekcją ani retrospekcją autor się nie zajmuje, z pewnością nie zajmowała się nią również znakomita większość jego postaci. Kompozycja nie odgrywa roli. Raz wybrani ludzie i raz wybrany temat narzucają co będzie na początku, co w środku, co na końcu w naturalnym porządku czasu oraz przyczyn i skutków.

W opowieści zdarzają się luki, niekiedy poważne. Ludzie po prostu giną nam z pola widzenia. A czyż tak samo nie zdarza się w życiu? Nieraz ktoś, z kim stykaliśmy się blisko i nawet w sposób mający znaczenie dla naszego losu, z jakichkolwiek powodów oddala się i gubi w świecie, to znaczy w naszym światku, bo jego światek istnieje dalej, ale bez koniecznego kontaktu z naszym. Tu właśnie brak pisarskiej kompozycji jest kompozycją odruchową, zgodną z biologicznym odczuwaniem nieugiętych prawideł życia, bez świadomego zmysłu. Był ktoś i nie ma kogoś. Może nie żyje? Bardzo to prawdopodobne w tym środowisku i w tym czasie, kiedy śmierć na morzu była zjawiskiem potocznym, któremu nie poświęcało się wiele słów, ani wiele łez. Lecz równie dobrze może żyć, tylko poza zasięgiem ośrodka, z którego później miał wyjść dokumentalista. Doskonałym przykładem jest ów czołowego bohatera opowieści, Dariusza Krefta, który podobno ożenił się z Rosjanką z Kubania i osiadł w jej rodzinnych stronach, po czym kontakt najpewniej zwyczajnie się urwał.

Skoro o śmierci mowa - kapitalna jest scena, w której giną z wyczerpania i zimna czterej synowie Dariusza, jeden po drugim, w łodzi ratunkowej na morzu, w obecności ojca i młodego bratanka. Lakoniczniej nie dałoby się jej opowiedzieć. A jak śmierć synów przeżyli rodzice? Ojciec, skrajnie wyczerpany walką o życie, czas pewien chorował, potem zachowywał się trochę dziwnie zdradzając łagodne objawy zachwiania równowagi psychicznej, a następnie popłynął do Afryki, gdzie czekała go bodaj najbarwniejsza przygoda życia. O cierpieniach matki dowiadujemy się jeszcze mniej, nic właściwie. Przecież cierpiała na pewno, ale nie uzewnętrzniło się to czymś szczególnym, zatem nie zachowało się w pamięci otoczenia i wzmianki nie wymagało. Natomiast dowiadujemy się, że sama zachęciła męża do wyjazdu, aby znalazł się z dala od miejsca tragedii, pośród obcych ludzi, czyli „przyszedł na inne myśli”.

W tej opowieści, a także bodaj we wszystkich opowieściach tegoż autora, możemy na żywo obserwować zjawisko współczesnego powstawania baśni i legend. W Rewianach odnoszą się one do okresu w granicach czasowych od ponad wieku do kilkudziesięciu lat wstecz. Jest to bardzo interesująca obserwacja. Owe baśnie i legendy uformowały się z pewnością wokół jakiegoś konkretnego wydarzenia, ale zostało ono poddane obróbce uskrzydlającej wyobraźni ludowej, której wyrazicielem - a, nie wątpię, także współtwórcą - jest Necel. Do tej kategorii zaliczam przykładowo zatopienie pruskiej fregaty wojennej i ociekającą krwią awanturę z handlarzami żywym towarem. Po co tu pytać o prawdopodobieństwo wypadków, tym bardziej o ścisłość relacji? Dlaczego powątpiewać w niebywałe gapiostwo pruskich matrosów lub ewangeliczną prostolinijność zbira Joosego, który obcego człowieka (zrobił go kapitanem statku!) wtajemnicza we wszystkie swe zbrodnie?

Autor opowiada nam o tym z tak uroczą naiwnością i zarazem tak serio, że - na użytek przyjemnej lektury - lepiej poddać się czarowi fabuły, a następnie - już w toku refleksji - zastanowić się nad mechanizmem ludowego mitotwórstwa.

Będzie to jednocześnie, mówiąc nawiasem, pożyteczna lekcja oceny o wiele dawniejszych przekazów, niejednokrotnie traktowanych jako historyczne, których, ze względu na oddalenie w czasie, nie można tak łatwo skontrolować, jak te ludowe opowieści wchodzące w obieg publiczny na naszych oczach.

W konwencji tych opowieści nie dziwią nas oczywiście cudowne spotkania na krańcach świata ludzi, którzy właśnie powinni się spotkać, chociaż wszystko by się temu sprzeciwiało, ani taki drobny szczegół, że sześcioletni synek natychmiast poznaje ojca, którego nigdy nie widział, i z całym zaufaniem rzuca mu się w objęcia.

Ta sama konwencja sprawia, że postacie dzielą się, z grubsza biorąc, na trzy grupy: pozytywnych, negatywnych i obojętnych; ci ostatni występują wprawdzie w akcji, ale niewiele lub nic w niej nie znaczą. Zdarzają się też łotrzykowie małego formatu, którzy pod szlachetnym wpływem nawracają się na drogę cnoty, możemy jednak domyślać się, że tylko zły los kiedyś ich z niej ściągnął. A w ogóle pozytywni to pozytywni, negatywni to negatywni i basta. Żadnych mieszanek.

Wzorcem moralnym jest, rzecz jasna, bohater typu Dariusza Krefta, rybak i okrętnik o duszy rycerza bez skazy i trwogi. Mamy tu przed sobą monolit, dla którego nie istnieją pokusy, nawet te najprostsze i najsilniejsze zarazem, jakie trapią młodych mężczyzn spędzających długie lata na morzach i w obcych, bardzo przy tym atrakcyjnych portach. Może brak mu wyobraźni, lecz nikt nie musi koniecznie przyjmować, że wyobraźnia zalicza się do cnót. Jest mężny i zaradny. Cechuje go taka dobroć, że lituje się nawet nad zbójami, omal na własną zgubę. Prawość ma wypisaną w herbie. Co wcale mu nie przeszkadza bezpośrednio po nocy poślubnej wyruszyć na dalekie morza, skąd do ukochanej żony (i dziecka, o którego istnieniu nic nie wie!) wraca po siedmiu latach. I w twardym życiu ówczesnego okrętnika nie ma tu sprzeczności. Podobnie dzielnymi ludźmi, chociaż na mniejszą skalę, są Marian Bolda i Augustyn Rybakowski. Typy negatywne należą do obozu wrogów, a w każdym razie obcych.

Patriotyzm uświadomionych Kaszubów morskich XIX wzbudza podziw, chociaż w wersji tu zaprezentowanej został już stonowany w stosunku do pierwopisu. Polska prawie nie schodzi nim z ust i właściwie nie ma ofiar, jakich nie byliby gotowi ponieść dla jej wolności. Ten motyw przewijający się przez całą opowieść zaliczyłbym do legend programowych.

Jest taki aspekt w Rewianach, który warto polecić uwadze dzisiejszych marynarzy. Ich poprzednicy, po kaszubsku zwani okrātnikami (szkoda, że to piękne słowo nie przyjęło się w polszczyźnie), pływają, wyładowują, ładują, znów pływają i ciągle pływają - całymi latami, nie oglądając ziemi ojczystej, rodzinnego domu, najbliższych. Necel bynajmniej nie kładzie na to nacisku, nie dramatyzuje, zdaje się wcale tego nie dostrzegać - tak było, normalny porządek rzeczy, nie ma się nad czym zastanawiać. Żonom czy matkom posyłają pieniądze, jedni dużo, drudzy mało, inni zapewne wcale nie, a w ogóle to przy okazji, od czasu do czasu.

O warunkach bytowania na ówczesnych statkach ledwo tu i ówdzie znajduje się przygodna wzmianka, raczej zresztą w odniesieniu do pasażerów nie okrętników. Ale warunki te zwięźle określa kapitan „Norfolka” Ludwigsen: „Tego co dzisiejszy człowiek wytrzyma, kiedyś nie wytrzyma nikt”.

A zatem przede wszystkim pływają, od portu do portu, od kontynentu do kontynentu, borykają się nie tylko ze sztormami, lecz także z ciszą, gladą, która potrafi ich wiatrem napędzane statki unieruchomić na tygodnie. Niemal cały świat, a ściślej wybrzeża świata, znają jak własną kieszeń, zwłaszcza że postoje w portach były wówczas z reguły dłuższe niż obecnie. Kto szczęśliwie przetrwał tę życiową włóczęgę za zarobkiem, na starość chętnie wraca do rodzinnej checzy, żeby tu dokończyć swych dni i dać się pogrzebać w parafialnej ziemi.

Nie ma potrzeby podkreślać wartości kronikarsko-pisarskiego dzieła Necla, które oto wzbogaca się o nową pozycję. Powyżej zawarte uwagi w niczym jej nie umniejszają; raczej przeciwnie: w moim odczuciu podnoszą znaczenie swoistego dokumentu, który poświadcza zdolność ludowego sublimowania oraz wciąż dużą, może właśnie wzrastającą siłę twórczą społeczności Kaszubów morskich. Augustyn Necel wszedł do literatury jako czołowy ich przedstawiciel.

 

Lech Bądkowski

 

Rozdział I

Był rok 1848, gdy młody szyper Dariusz Kreft z Rewy skończył w Gdańsku szkołę nawigacyjną i zdobył dyplom, na podstawie którego otrzymał uprawnienie prowadzenia żaglowca do trzydziestu metrów długości w obrębie Bałtyku, cieśnin duńskich i Morza Północnego. Jego ojciec, August, miał szkutę o dwudziestu metrach długości. Dariusz liczył dwadzieścia pięć lat i odbył kilkuletnią praktykę na gdańskiej fregacie „Luise”. Służył także w pruskiej marynarce wojennej na statku szkolnym „Nymphe”. Ten żaglowiec pływał z kadetami po wielu morzach i oceanach świata. Dariusz Kreft, chociaż wtedy miał już dyplom, do końca służby pozostał zwykłym marynarzem, bo Prusacy niechętnie awansowali Kaszubów.

Gdy syn wrócił z marynarki wojennej, ojciec kupił mu dwudziestopięciometrowy szkuner o dwóch masztach i siedmiu żaglach: grot, bezan, dwa topsle, fokżagiel i dwa kliwry. Był to piękny żaglowiec, pomalowany na biało, a jego pokład błyszczał od czystości.

W Dariuszu zakochała się Agnieszka Machola, córka właściciela szkuty z Mostów, piękna osiemnastoletnia dziewczyna, smukła, o bujnych włosach, tego samego wzrostu co jej wybranek, zawsze uśmiechnięta.

— Jeszcze teraz nie będę się z tobą żenił — powiedział do niej pewnego dnia Dariusz, kiedy miał popłynąć z Gdańska do Lubeki z ładunkiem zboża. — Mamy dość czasu.

— Dariuszku kochany, jesteśmy młodzi. Mnie się tak bardzo nie spieszy. No i teraz na dłuższy czas wypływasz w morze.

Dariusz pożegnał ją zadowolony, bo ułożył sobie, że zrobi dwa lub trzy rejsy i starczy mu zarobku na założenie gniazda rodzinnego, w którym Agnieszka będzie szczęśliwa.

Szkuner, któremu Dariusz dał nazwę „Maria”, bo takie imię miała jego matka, opuścił Gdańsk dwa dni po Wielkanocy. Pogoda sprzyjała, wiał wiosenny, suchy, południowo-wschodni wiatr, toteż pod wszystkimi żaglami mały szkuner pruł ku zachodowi. Gdy minęli Arkonę, wiatr wykręcił do północnego wschodu i dmuchnął z wielką siłą. Ściągnęli topsle i szybko posuwali się do Zatoki Lubeckiej. W niecałe dwie doby doszli do Lubeki.

— Robiliśmy siedem mil na godzinę. Dobrym żaglowcem jest ta moja „Maria” — chwalił się Dariusz staremu Kryży z Mechlinek.

Kryża pływał na szkunerze jako bosman, a prócz niego w skład załogi wchodzili także starszy marynarz i dwóch młodszych.

W porcie wyciągali ręczną windą worki zboża na nabrzeże, skąd wozy zaprzężone w woły zabierały ładunek gdzieś za miasto. W trakcie wyładunku Dariusz zdobył ładunek drewna dębowego do portu Hull, do budowy statków, do Anglii. Bardzo go to ucieszyło. Toteż szybko się z tym uwinęli i opuścili Lubekę. Wiał zachodni wiatr, dzięki czemu wcześnie przepłynęli Wielki Bełt i zbliżali się do cieśniny Skagerrak. Tu dostali silny nord-ost na dziób i musieli udać się pod brzeg, gdzie stanęli na kotwicy. Dopiero gdy wiatr zmienił kierunek na południowo-wschodni, wybrali kotwicę i udali się w dalszą drogę.

W Hull nie zatrzymali się długo i popłynęli na Tamizę. Dariusz był ciekaw Londynu, a ponadto liczył, że zdobędzie tu jakiś ładunek do Gdańska. Na rzece był duży ruch, a do tego wiał niekorzystny wiatr i Dariusz musiał halsować. Ale wszystko się powiodło i statek przycumował na wskazane przez kapitanat portu miejsce. Szyper wyszedł obejrzeć port. Przypadek chciał, że spotkał znajomego szypra z Gdańska, który swoim szkunerem zabierał stąd do Szczecina bawełnę. Znajomy wskazał Kreftowi kantor.

— Tam możesz dostać ładunek wełny. Wiesz, że fracht za wełnę dobrze ci się opłaci.

Dariusz serdecznie podziękował gdańskiemu Niemcowi za poradę i rzeczywiście sprawę załatwił pomyślnie. Słabym wiatrem żeglowali przez Morze Północne trzy dni. Gdy minęli Skagerrak, to w Kattegacie zastali letnią gladę. Tu stali dwa dni, aż dmuchnęło z północnego wschodu. Wtedy szybko przeszli przez Sund i znaleźli się na Bałtyku. I znów musieli przez trzy dni halsować i dopiero doszli w pobliże Bornholmu.

Znienacka nadeszła chmura burzowa, lunął deszcz, grzmiało i błyskało się. Dariusza to ucieszyło, bo spodziewał się, że po burzy przyjdzie zachodni wiatr i prędko posunie ich do Gdańska. Tymczasem znów nastała cisza; żagle zwisały bezwładnie. Dopiero po trzech dniach doczekali się zachodniego wiatru i w jedną dobę dotarli do Gdańska.

Oddali ładunek, wzięli sto ton kuchennej soli i popłynęli do Rewy. Agnieszka stała na brzegu, gdy szkuner „Maria” rzucił kotwicę.

— Jeszcze jeden rejs i zrobimy wesele — powiedział do niej młody szyper. — Na urządzenie domu już zarobiłem.

Dziewczyna całowała narzeczonego mówiąc:

— Do grobowej deski będę ciebie kochać, mój najdroższy.

Tego samego dnia Dariusz pożegnał rodziców i narzeczoną. Podwieźli go szalupą na załadowany żaglowiec. Kazał postawić wszystkie żagle, a cała Rewa wyległa na brzeg, by popatrzeć, jak piękny szkuner z rozwiniętymi białymi żaglami wypływa z Zatoki Rewskiej na Zatokę Gdańską.

Po minięciu Półwyspu Helskiego pogoda się zepsuła i wciąż halsując ledwo posuwali się do przodu. Tak minęło pięć dni.

— Rejs się przedłuża — mówił Kreft do starego Bosmana Kryży. — A chciałem wcześnie wrócić.

— To i tak dobrze — odrzekł doświadczony wilk morski — bo nieraz, gdy pływałem na szkunerach i nawet na fregatach, to za cyplem helskim leżeliśmy czternaście dni i czekali na wiatr ze wschodu. Teraz dopiero jesień. Do Wielkanocy zdążysz się ożenić. Ale póki pogoda, będziemy pływać przynajmniej do grudnia. Potem staniemy w Zatoce Rewskej, w rowie Henryka Długiego, gdyż on tak szybko chyba nie wróci. Dowiedziałem się, że popłynął do Ameryki Południowej. W jego legowisku będziemy dobrze zimować, a obok nas staną inne szkuty.

— Słusznie radzisz, bosmanie — zgodził się z nim szyper. — Do Bożego Narodzenia, jak tylko nie będzie kry, możemy pływać. Wtedy przyjdzie czas na odpoczynek.

Na początku października zawinęli do Lubeki. W trzech dniach wyładowali sól i otrzymali nowy ładunek, między innymi wino w beczkach i olej jadalny do Sztokholmu. Pospiesznie opuścili port. Wiał dość silny wiatr zachodni, ale Dariusz cały czas trzymał się brzegu i po trzech dniach szczęśliwie dotarł do miejsca przeznaczenia. Droga powrotna do Lubeki trwała jeszcze krócej. Tu szyper przyjął skrzynie z owocami południowymi dla Gdańska.

Ledwo opuścili Zatokę Lubecką, runął sztorm. Dariusz kazał rzucić kotwicę w zaciszu lądu. Rano wiatr zawsze wzmagał się do huraganu, a wieczorem słabł, by z rana od nowa rozpocząć. Zaczęły nadchodzić chmury z gęstym śniegiem. Więc musieli czekać czternaście dni, aż sztorm się uspokoi. O tej porze roku żaglowce typu „Marii” już się układały na zimowe legowiska. Ale żeby oni mogli to zrobić, musieli wrócić do Zatoki Rewskiej, wpierw oddawszy cenny ładunek w Gdańsku.

Uspokoiło się wreszcie, Dariusz kazał wybrać kotwicę i wypłynęli. Z początku szło dobrze, gdy jednak następnego dnia minęli Arkonę, powrócił sztorm od zachodu. Ściągnęli wszystkie żagle, zostawili tylko grot. Tak żeglowali do wieczora, a wtedy sztorm znów uległ. Zrobiła się cisza, tylko rozhuśtane morze toczyło bardzo wysokie fale. Zaczął padać śnieg. Co jakiś czas sondowali głębokość dna. O godzinie szóstej rano nagle okazało się, że pod nimi tylko dwadzieścia sążni do dna.

— Jesteśmy gdzieś blisko brzegu — zauważył Dariusz.

Szkuner posuwał się z szybkością trzech mil na godzinę, ale każdej chwili mógł wrócić sztorm, czego szyper się obawiał. Nagle usłyszeli strzały armatnie.

— To chyba Rozewie daje sygnały mgło we. Musimy być bardzo blisko brzegu, skoro głos przebija się wyraźnie przez tak gęstą śnieżycę.

Dariusz Kreft sam chwycił sondę, rzucił ją do wody, po chwili stwierdził, że głębokość w tym miejscu wynosi osiemnaście sążni. Niczym to im jeszcze nie groziło, zwłaszcza że posuwali się w kierunku wschodnim, musieli więc mijać Rozewie. Wtem od strony północnej powstał jakiś szum.

— Huragan idzie! — zawołał szyper. — Ściągnąć grot!

Szkwał runął z taką siłą, że poprzewracali się na pokładzie. Potem na czworakach posuwali się do rufy. Nie było mowy, aby ktokolwiek mógł stanąć na nogi. Cała ich nadzieja była w tym, że tak gwałtowny szkwał nigdy nie trwa długo. Przychodzi naraz i tak samo ucicha.

Śnieżyca trochę zelżała i rozjaśniło się. Za to fala rosła w oczach. Reje i liny jęczały szarpane gwałtownym wiatrem.

— Zginiemy — rzekł trwożnie Kryża. — Matka Boska Swarzewska, ratuj nas! Jesteś Królową Rybaków. Spójrz na nas, jak giniemy.

Fala wysoko podnosiła szkuner, to znów rzucała go w przepaść.

— Ląd przed nami kilkaset metrów! — krzyknął Dariusz.

— Dzięki Bogu — powiedział Kryża. — Fala wyrzuci nas na brzeg i uratujemy życie.

Byli już w kipieli. Morze biło i huczało, jakby świat ginął.

— Jesteśmy na wschód od Rozewia, przy Łebskim Żłobie. Tu są na dnie same głazy! — wołał szyper. — Może nas rozbić, zanim wyrzuci na brzeg.

W tej chwili dno szkunera uderzyło o głaz, ale miot fal niósł ich bliżej brzegu. Powtórzyło się to dwa razy i wtedy Dariusz rozkazał:

— Opuścić statek!

Skakali jeden po drugim, a Dariusz wołał dalej:

— Uciekajcie zaraz do Łebskiego Żłobu, żeby was fala ze strądu nie zabrała!

Biegli do wąwozu co sił i wdrapywali się na jego zbocze. Gdy już wszyscy tam się znaleźli, szyper wyjrzał ku brzegowi za swoim szkunerem. Wielki wał pędził z morza i ogromna masa wody wlała się do wąwozu. Cofając się, toczyła ze sobą głazy. Wspięli się jeszcze wyżej. Już było po szkunerze, którym fala miotała w jedną i w drugą stronę, rozbijała o kamienie. Wybitymi otworami wylatywały skrzynki z pomarańczami i innymi owocami oraz skrzynie z wódką, którą także wieźli do Gdańska. Marynarze chcieli ocalić dla siebie chociaż kilka skrzynek wódki i owoców.

— Nikt tam teraz nie pójdzie, bo zginie — ostrzegał ich Dariusz. — Komu życie niemiłe, ten niech się przekona, czy mam rację.

Załoga zaniechała swych zamiarów. Po krótkim czasie znów uderzyła potężna fala, a gdy się cofnęła, po pięknym szkunerze nie pozostało już prawie śladu. Jeszcze tylko maszt majaczył w kipieli, ale silny żoch niósł go w kierunku Półwyspu Helskiego. I dopiero wtedy wiatr zelżał.

Udali się ku Wielkiej Wsi. Idąc wysokimi skarpami wzdłuż brzegu w Wąwozie koło Chłapowa, zauważyli moc rozbitych skrzyń, rozsypanych pomarańczy, moreli, cytryn. Kryża rozglądał się, czy wśród nich nie zauważy chociaż jednej butelki, przydałaby się, bo byli mokrzy i zmarznięci, ale nie doznali tej pociechy. Doszli aż do półwyspu. Wszędzie leżały owoce i szczątki wraka. Rybacy z Wielkiej Wsi i Chałup już zbierali te dary „złotej nordy”.

W Chałupach wysuszyli się i wygrzali, a wiatr na tyle ucichł, że stary szyper Trendel odwiózł ich do Rewy.

— Agnieszko, moja kochana, stało się wielkie nieszczęście — Dariusz rzekł z żalem do swojej narzeczonej.

— Co się stało? Utonął ktoś?

— Nikt nie utonął, cała załoga się wyratowała, ale mój szkuner rozbity doszczętnie. Nie ma go.

— Nie mogło być inaczej — powiedział na to ojciec Agnieszki, doświadczony żeglarz. — Tego dnia płynąłem z Pucka do Gdańska. Przed świtem sztorm napadł mnie na wysokości Rzucewa. Gdybym nie zdążył na czas zwinąć żagli, przewróciłoby mnie, a z tym ładunkiem kamieni, co był w szkucie, poszedłbym na dno. Ty jeszcze miałeś szczęście, że ciebie ze szkunerem wyrzuciło na brzeg. Na morzu majątek dziś jest, jutro go nie ma. Takie to nasze życie. Starzy szyprowie mówili, że już na Wszystkich Świętych trzeba małe szkunery i szkuty kłaść na zimowe legowiska, bo o tej porze nastają sztormy.

— Myślałem, że jestem bardzo nieszczęśliwy, a ojciec mojej narzeczonej mówi, że powinienem być szczęśliwy, bo wraz z całą załogą uniosłem życie.

— Bóg dał, Bóg wziął i Bóg znowu da — powiedziała Agnieszka. — Ojciec ma rację: najważniejsze jest życie, a majątek to tylko tymczasowe szczęście.

— Prawdziwym moim szczęściem jesteś ty, Agnieszko.

— Mnie możesz mieć w każdej chwili. Chodźmy do Oksywia do księdza. Damy na zapowiedzi i weźmiemy ślub.

— Rozsądnie mówisz, Agnieszko. Bardzo to dla mnie pocieszające, że po tej katastrofie nie opuszczasz mnie. A ja, zanim nadejdzie dzień naszego ślubu, postaram się w Gdańsku o pracę na jakiejś fregacie lub na barku, by zarobić na życie.

— Jeśli weźmiesz ślub z Agnieszką, to przez całą zimę zostań w domu — powiedział stary Machola. — Przez lato miałem udane rejsy i zarobiłem tyle, że starczy na życie dla nas wszystkich.

— Agnieszko, zrobimy tak: dzisiaj odpocznę, a jutro udamy się do księdza w Oksywiu. Ale przez zimę nie będę leżał w domu i leniuchował, znajdę w Gdańsku miejsce na żaglowcu, a na dzień ślubu przybędę do ciebie.

I też zaraz po daniu na zapowiedzi udał się do Gdańska. Chodził po większych szkunerach, barkach i fregatach. Prawie wszystkie należały do jednego armatora, którym była kobieta, Dora Siedler. Posiadała ona dziewięćdziesiąt osiem żaglowców. Gdyby miała jeszcze dwa, musiałaby na swój koszt utrzymywać regiment pruskich grenadierów.

Chociaż miał dyplom nawigatora, nie mógł otrzymać odpowiedniej posady, bo Dora Siedler była zagorzałą Prusaczką i na jej statkach pracowali niemal wyłącznie Prusacy od kapitana do mojżesza, czyli chłopaka okrętowego. Ostatecznie zamustrował znów na fregatę „Luise” jako zwykły marynarz.

Kapitanem na tym statku był Falkenheim, syn pruskiego junkra. „Luise” miała za trzy dni wyjść w morze i tyle czasu pozostało Dariuszowi na własne sprawy. Chodził po porcie szukając rybaków z Rewy, by z nimi najszybciej dostać się na Oksywską Kępę, bo następnego dnia chciał zawrzeć ślub ze swą Agnieszką, ale żadnych Rewian nie znalazł, widocznie ostatnio nie złowili ryb, które mogliby sprzedać w Gdańsku na Feszmarku. Za to spotkał marynarza z Chłapowa.

Bolda, bo tak zwał się ów marynarz, pływał na trzymasztowym barku, którego kapitanem był Oskar Köler, też pochodzący z Chłapowa. Ojciec Kölera miał sto pięćdziesiąt hektarów ziemi, ale Oskar chował się między synami rybaków, a to byli sami Kaszubi.

— Toteż na statku nie wstydzi się ze mną rozmawiać po polsku, co Niemcy uważają za hańbę — Bolda wyjaśniał Dariuszowi.

— A kiedy wypływacie w morze?

— Dopiero za dziesięć dni.

— Szkoda, że do was nie trafiłem. Köler mnie zna. Byliśmy razem w szkole nawigacyjnej i na pewno przyjąłby mnie jako szturmana. W dodatku mógłbym dłużej zostać przy mojej Agnieszce, z którą jutro biorę ślub.

— Ja właśnie jadę do domu — rzekł Bolda.

— Czym jedziesz?

— Ukryłem sobie w porcie łódź żaglową. Teraz do niej idę. Wiatr jest południowo-zachodni, od kilku dni mrozu nie ma, to na Zatoce Puckiej kry nie będzie. Możesz jechać ze mną.

Jeszcze tego dnia Dariusz wylądował w Rewie, a Bolda pożeglował dalej do Wielkiej Wsi. Nazajutrz młoda para klęczała przed ołtarzem przyrzekając sobie miłość i dozgonną wierność małżeńską. Ksiądz oksywski pobłogosławił ich, a obecni w kościele zaśpiewali Kto się w opiekę, po czym w Mostach odbyło się skromne wesele.

Następnego dnia rano Dariusz żegnał plączącą żonę, która teraz poznała, jak to ciężko jest rozstawać się z mężem. Odprowadziła go aż do Gdyni, on zaś w dalszą drogę udał się piechotą. Droga była ciężka, bo wiał przeciwny południowo-wschodni, mroźny wiatr.

Pierwszy szturman zaraz postawił go przy trapie, żeby liczył pasażerów, którzy z tobołkami wchodzili na statek. Miało ich być razem stu trzydziestu dwóch, w tym dzieci i starcy. Dariusz chodził z nimi do ładowni, bo chciał widzieć, jak oni będą w czasie podróży mieszkali. Uderzył go smród zgnilizny. Na dnie ładowni przeznaczonej na pomieszczenie dla emigrantów leżała stara słoma. „Luise” płynęła już trzeci raz z tą samą przegniłą słomą. Nie było krzesła ani ławki. Pasażerowie ze swych tobołków wyciągali żywność, bo z kuchni okrętowej mieli dostawać tylko obiady, resztę posiłków musieli natomiast sami sobie przygotowywać. Więc przy kuchni stało kilka beczek z solonym mięsem, na wantach wisiała w workach kapusta i marchew, był też duży zapas grochu.

Na początku podróży pogoda sprzyjała i wszyscy pasażerowie w południe stawali z miskami przy kuchni po obiad. Kucharz miał odpowiednią chochlę, którą wymierzał porcję dla jednego człowieka, i dodawał kawałek ugotowanego mięsa wołowego, bardzo słonego. Na Bałtyku emigranci jedli wszystko, gdyż fala morska od rufy popychała statek i nikt nie cierpiał na chorobę morską. Płynęli z przeciętną szybkością czternastu mil na godzinę.

Po dwóch dobach minęli Skagerrak, ale wtedy musieli rzucić kotwicę, bo dalej szalał zachodni sztorm i morze było wzburzone. Kapitan dotąd zadowolony, że podróż szła szybko, teraz wpadł w gniew. Żaglowiec stojąc na kotwicy w zaciszu tracił czas, a pasażerowie jedli, aż im się uszy trzęsły. Obawiał się, że jeżeli potrwają niekorzystne wiatry, to nie starczy mu żywności do Baltimore, gdyż płynął do tego portu.

Czekali tak sporo dni i wtedy podpłynął do nich bark „Pregel”, na którym służył Bolda.

Razem z Dariuszem na „Luise” był jego kolega ze szkoły nawigacyjnej Heika, który tu miał stopień szturmana. Powiedział on do Dariusza:

— Nic nam nie pomogło, że wyszliśmy wcześniej od nich. Gdybyś zamustrował na „Pregel”, to byś dłużej posiedział przy młodej żonie.

— Masz rację. Ale brałem, co wpadło w rękę, żeby szybko zarobić, bo chcę szczęścia dla Agnieszki.

— Ona byłaby szczęśliwa, gdybyś z nią całą zimę spał pod ciepłą pierzyną, a wiosną dopiero poszedł na statek. A tak to owoce twojego szczęścia może zbierać kto inny.

— Nie gadaj mi, człowiecze, głupot. Ona będzie szczęśliwa, kiedy wiosną wrócę i na stół wysypię zarobione pieniądze.

Wiatr wreszcie zelżał i wybrali kotwicę. Wzięli kurs na kanał La Manche, „Pręga!” ciągnął za „Luise”. Weszli na szeroki ocena. Tu spotkała ich wysoka fala. Potężne grzywacze unosiły statek wysoko, to znów opuszczały jakby w przepaść. Żaden z pasażerów nie wychodził na obiad, większość z nich chorowała, a niektórzy modlili się o śmierć skracającą cierpienia.

Dariusz Kreft przynosił im w miskach jadło, a oni leżąc na swych śmierdzących posłaniach posilali się. Ciężko chorych wyprowadzał na pokład, by zaczerpnęli morskiego powietrza. Fregata za to rozwijała dobrą szybkość, dochodzącą do piętnastu mil na godzinę. Kapitan śmiał się pełną gębą.

— Statek ostro pruje, a ci tam mało jedzą — mówił do siebie. — Gdyby nie ten głupi Kaszuba, kucharz wcale nie potrzebowałby gotować dla nich mięsa. Po tym rejsie będzie musiał swój worek spakować i wynosić się.

Wśród emigrantów było wielu Polaków z całego Pomorza i nawet z dalszych stron Polski, a także dużo Niemców. Dariusz nie wybierał, pomagał Niemcom tak samo jak swoim rodakom. Synowi junkra to się nie podobało, bo przede wszystkim chciał dobrze zarobić. Fregatę wydzierżawił od Dory Siedler i prowadził ją na własny rachunek.

Po ośmiu dniach żeglugi wiatr ścichł i żagle bezwładnie zwisły. Panował chłód, dochodziło już Boże Narodzenie. Cisza trwała jednak tylko jedną dobę, po czym wiatr zaczął wzmagać się z południowego zachodu, aż przeszedł w huragan. Teraz rozchorowali się niemal wszyscy pasażerowie.

Dariusz znów chodził po ładowni i dopytywał się, czy komuś podać coś do picia albo poprosić kucharza, żeby ugotował jakąś zupę, bo inaczej zasłabną do reszty. Niewielu było takich, którzy pragnęli posiłku. Przeważnie leżeli zagrzebani w cuchnącej słomie, zrezygnowawszy z życia, a wielu z nich oddawało na posłanie zieloną ciecz, ponieważ żołądki mieli już zupełnie puste. Mimo tego przynosił to herbatę, to zupę, sam z trudem utrzymując równowagę na rozhuśtanym statku. Kapitan przed wieczorem wyszedł na pokład i zobaczył Dariusza idącego z miską gorącej, jeszcze dymiącej strawy. Zatrzymał go i powiedział ze złością:

— Cóż ty za jałmużnę roznosisz? Przecież już dawno po obiedzie, a ja mam obowiązek wydawać im tylko obiady.

— Obiadu nie jedzą już od kilku dni, panie kapitanie, a muszą z czegoś żyć.

— Nie muszą. Niech wyzdychają — odparł Prusak. — Należy im się obiad i nic więcej.

— Wnet nie będzie komu nawet tego obiadu wydawać bo zaraz zaczną umierać.

Jeszcze tego dnia przed wieczorem Kreft wyciągnął z ładowni na pokład trzech zmarłych. Noc była księżycowa i jasna. Wyszukał płótno żaglowe, uszył worki i włożył do nich zwłoki. Podciągnął je na rufę, gdzie mniej wody przelewało się na pokład, potem udał się do drugiego szturmana Heiki i zawiadomił go, że zmarli przygotowani są do pochowania.

— Dałeś im jakiś ciężar do worków?

— Każdy dostał kostkę odlewu żelaznego.

— Zameldowałeś „staremu”?

— Nie. Boję się do niego iść.

— A czy on wie, że ta trójka umarła?

— Wie, bo widział, jak ich wyciągałem z ładowni. Spojrzał na mnie tak groźnie, że nie chcę do niego iść.

— To ja pójdę — rzekł Heika. — Niech będzie obecny przy pogrzebie.

Po chwili Heika wrócił i powiedział do Krefta: