Kroniki ukrytej prawdy - Pere Calders - ebook + książka

Kroniki ukrytej prawdy ebook

Pere Calders

0,0
15,75 zł

lub
Opis

Zbiór pełnych absurdu oraz delikatnego humoru, zarazem błyskotliwych i mrocznych opowiadań jednego z najwybitniejszych pisarzy katalońskich XX wieku. Rzeczywistość Caldersa jest zakrzywiona jak w malarskich iluzjach optycznych, gdzie przestaje się rozróżniać banalny szczegół codzienności, profetyczną wizję i kadr z sennego koszmaru. Prawda bawi się tu z czytelnikiem w chowanego, wywołując na przemian reakcje śmiechu i strachu. Ukazujące się w 25. rocznicę śmierci Caldersa Kroniki ukrytej prawdy z 1955 roku w tłumaczeniu Anny Sawickiej to pierwsza książka tego autora w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 254




PROZA 53
PERE CALDERS: Kroniki ukrytej prawdy
PRZEKŁAD • Anna Sawicka
OKŁADKA, PROJEKT TYPOGRAFICZNY I SKŁAD • Artur Burszta
GRAFIKA NA OKŁADCE • Joanna Łańcucka
REDAKCJA I KOREKTA • Joanna Mueller
Copyright © Estate of Pere Calders, 1955 Copyright © Licence given by Edicions 62, S.A.5 Copyright © for Polish translations by Anna Sawicka, 2019 Copyright © Biuro Literackie, 2019
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-65358-94-3
KONWERSJA:eLitera s.c.
Dofinansowano ze środków Instytutu Ramona Llulla
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

I.

PEWNOŚĆPRZEZ ZASKOCZENIE

PUSTYNIA

Pod koniec całkiem przyjemnego czerwca zjawił się Espol z zabandażowaną prawą ręką, a pod gazowym opatrunkiem dało się odgadnąć obecność zaciśniętej pięści. Ta obecność, pełna niuansów wcześniej nieznanych, budziła przeczucia, ale nikt nie miał bladego pojęcia, jak silny będzie to cios.

Twarz Espola, na ogół niewyróżniająca się niczym szczególnym, teraz przybrała wyraz zwycięstwa podszytego smutkiem, typowego dla nowoczesnych wojen.

W dniu, w którym jego życie przybrało nieoczekiwany obrót, nic nie zapowiadało nietypowego przebiegu zdarzeń. Wstał w złym humorze, jak zwykle, i chodził tam i z powrotem, z łazienki do jadalni, z jadalni do kuchni, w nadziei, że w końcu uda mu się przebudzić. Strzykało go w prawym boku i czuł coś jakby lekkie duszności, dwa objawy, które razem występowały po raz pierwszy, i tak szybko przybierały na sile, że zaalarmowany wreszcie oprzytomniał. Powłócząc nogami i opierając się po drodze o meble, poszedł do sypialni, przysiadł na brzegu łóżka i czekał na agonię.

Lęk zawładnął całym ciałem. Zdrowie powoli wspinało się kanałami drzewa, jakie tworzą nerwy, chcąc uciec przez usta, ale w samą porę Espol się zbuntował: w momencie ostatecznego zejścia uchwycił coś ręką i z całej siły zacisnął pięść, żeby uwięzić w niej życie. Ból w boku ustał i oddech odzyskał normalny rytm; Espol z ulgą otarł pot z czoła lewą ręką, bo prawa musiała się skoncentrować na nowej misji.

Ostrożność podpowiadała, żeby nie dzielić włosa na czworo. Był pewien, od samego początku, tylko jednego: że pod żadnym pozorem nie wolno mu otworzyć pięści, bo w niej lekko pulsowało, jak mała rybka czy kropla rtęci, jego życie.

Żeby uniknąć nieszczęścia spowodowanego nieuwagą, zdecydował się zabandażować rękę, co go chwilowo uspokoiło, i ustalił prowizoryczny plan najpilniejszych działań. Uda się do szefa firmy, w której pracuje, zasięgnie rady lekarza rodzinnego i przyjaciół, a także postara się poinformować o zaistniałym fakcie wszystkie osoby, z którymi łączyły go jakieś istotne stosunki.

To był już całkiem inny Espol. Chodził ulicami z odmienioną twarzą (całkiem zrozumiałe zdumienie już nigdy go nie opuściło) i nieobecnym wzrokiem. Przechodnie, mimo że byli przyzwyczajeni do różnych rzeczy, przeczuwali, że ten bandaż jest jakiś inny, i często ukradkiem się za nim oglądali.

Tego ranka szef słucha jego wywodów z coraz większym zainteresowaniem. Kiedy Espol mówi mu, że jest zmuszony zrezygnować z pracy, bo już nigdy więcej nie będzie mógł pisać prawą ręką, odpowiada:

– Po co tak pochopnie podejmować decyzję? Ta przypadłość może minąć równie szybko, jak przyszła...

– To definitywne – nie zgodził się z nim Espol. – W dniu, w którym bym otworzył pięść, by chwycić za pióro, życie by uciekło.

– Moglibyśmy przenieść pana do działu umów sprzedaży.

– Nie.

Szef, który od pięciu lat tylko czekał na okazję, żeby się pozbyć Espola, teraz nie chce go wyrzucić. Najpierw próbuje się z nim dogadać, potem sugeruje podwyżkę (bez konkretów), wreszcie daje za wygraną. Ewentualnie mogliby się zgodzić na przedłużenie urlopu udzielonego w przyspieszonym trybie.

– Nie.

– A jak pan będzie zarabiał na życie?

– Teraz tu je mam – powiedział, unosząc prawą pięść. – Po raz pierwszy mogę je zlokalizować; teraz muszę przemyśleć sobie sposób jego wykorzystania.

Godzinę później lekarz rodzinny obojętnie wysłuchuje pacjenta. Jest zmęczony, bardzo zmęczony kolejną historią choroby, i odruchowo kiwa głową, zadając od czasu do czasu rutynowe pytania w stylu: „Kaszlesz w nocy?”, „Przechodziłeś dyfteryt?” i inne równie bezsensowne. W końcu dochodzi do wniosku, że to zaburzenie na tle alergicznym, zaleca odpowiednią dietę i do tego aplikuje Espolowi 500 000 jednostek penicyliny. Na koniec poleca mu pewną szwajcarską szkołę dla niepełnosprawnych, w której w ciągu mniej więcej sześciu miesięcy można opanować pisanie lewą ręką.

Espol wychodzi na ulicę z przeświadczeniem, że nagle stał się ważny. Odwiedza narzeczoną i zdaje jej dokładną relację. Dziewczyna w macierzyńskim odruchu upiera się, żeby na zaciśniętą rękę położyć ciepły opatrunek, a wobec zdecydowanej odmowy Espola przekonuje, że bandaż, który nosi, jest okropny i że ona chętnie mu zrobi na drutach rękawiczkę na zaciśniętą pięść, taką bez palców. Podekscytowana tym pomysłem przestaje zwracać na niego uwagę, woła matkę i mówi:

– Popatrz, Enrikowi uciekało życie i zdążył je złapać ręką. Teraz stale musi trzymać zaciśniętą dłoń, żeby mu się nie wymknęło.

– Ach!

– A ja mu obiecałam, że zrobimy na drutach rękawiczkę, w dyskretnym kolorze, żeby nie musiał nosić tej gazy.

Matka wyraża zainteresowanie.

– Tak – stwierdza – taką, jaką zrobiłyśmy Violi, kiedy złamała łapę.

Matka i córka zajmują się sobą, a Espol, zignorowany przez nie, wychodząc, słyszy jeszcze wymawiane półgłosem uwagi: „Ryżykiem? Nie. Lepiej ściegiem dżersejowym... Tyle oczek i spuścić, tyle oczek i spuścić...”.

Odruchowo, brnąc w niewidocznym piasku, Espol udaje się do serdecznego przyjaciela. Zastaje go w domu i opowiada mu o niecodziennym wydarzeniu. A przyjaciel (nie wiedzieć czemu, chyba z zazdrości) próbuje zmienić temat: „To nic takiego, zajmij czymś swoją uwagę. Twoja historia nie wytrzymuje porównania z tym, co mnie się przytrafiło – w maju miną dwa lata – w pewien poniedziałek...”. Opowiada, a jednocześnie myśli, jak on by wykorzystał podobną okazję, markotnieje i traci wątek.

Zapada cisza, zakłócana tylko lekkim powiewem, który rzeźbi fale na wydmach. Przyjaciel daje do zrozumienia, że ma zły dzień, i traci zainteresowanie gościem, a ten na odchodnym przypomina:

– Tu jest życie, wiesz? O tu, popatrz – wyciąga pięść na wysokość oczu. – Teraz właśnie czuję je, jak żywego świerszcza. Kiedy zaciskam z całej siły palce, znów mam duszności.

Wychodzi, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Miasto jest duże, a on kieruje się na wschód; po drodze widzi sklepik znajomego księgarza. Księgarz nie jest zbyt rozgarnięty i długo myśli, myśli... Potem podchodzi do Espola i wyciągniętym palcem dotyka jego pięści.

– Boli?

– Nie.

Mężczyzna nagle wpada w egzaltację. Z rozjaśnioną twarzą bierze Espola pod rękę i mówi:

– Jak wiek długi, każdy robi, co mu się podoba. Ale ja, gdybym był na pańskim miejscu, wszedłbym na dach domu, ściągnął bandaż i na widok przelatujących gołębi otworzył dłoń.

Na ulicy samotność wśród tłumu zalega mu smutkiem na sercu. Na przystanku dostrzega na omnibusie napis, który mu się kojarzy z pewnym adresem, więc podbiega, żeby wsiąść. Jedna z sióstr jego matki mieszka blisko Parku Wschodniego. To stara kobieta, która żyje w otoczeniu markieterii, mebli z inkrustacjami z masy perłowej i ścian wytapetowanych czerwonym aksamitem. Dama spędza czas na wyrabianiu sztucznych owoców i świętych z wosku, które to bibeloty następnie ustawia pod szklanym kloszem na mahoniowej podstawce.

Espol wita się z ciotką, całując ją w rękę, i bez zbędnych wstępów przechodzi do rzeczy. Starsza pani od razu wyraża zdecydowaną opinię: doradza nie zawracać sobie głowy głupstwami, zdjąć bandaż i natychmiast otworzyć pięść.

– Na samą myśl czuję, jak przyspiesza mi serce...

– Ty miglancu! Co z ciebie za mężczyzna? Co? Masz zamiar tak wegetować? Życia nie nosi się w zamknięciu, trzeba płynąć z wiatrem, bo inaczej zgaśniesz jak płytki oddech, bez śladu.

Śmieje się dumnie wyprostowana, naciągając mitenki.

„Ściągnij bandaż, ściągnij bandaż...” Promień światła odbija się tajemniczo w oczach damy i Espol przeżywa pierwszą wizję. Powoli rozwija gazę, ale kiedy już całkiem uwalnia rękę, otrzeźwia go hałas przelatującego samolotu i rzuca się do ucieczki.

Pozbawiony bandaża wpada w panikę. Na wszelki wypadek mocniej zaciska pięść i chroni rękę w kieszeni.

Wiatr, łagodny dla innych, tylko nie dla niego, wzbija w powietrze piasek; Espol, chroniąc się przed nim, przymyka oczy. Mija palmy po prawej stronie, przechodzi przez park i odczuwa dotkliwe pragnienie. Brnie dalej i dalej, stopy pogrążają się w piasku i czuje, jak mu pęka wyschnięta skóra twarzy. Na suchej pustyni jego myśli od czasu do czasu zapalają się jakieś światełka i natychmiast gasną; ogarnia go tęsknota za życiem pozbawionym takich wrażeń, a upał dokucza mu coraz bardziej.

Na dobiegający z oddali dźwięk muzyki podnosi głowę i dostrzega zmierzającą w jego stronę karawanę ludzi i wielbłądów. Czuje, że ktoś go ciągnie za marynarkę, odwraca się i napotyka wyblakłe spojrzenie małej żebraczki. Zrozpaczony Espol pochyla się i opowiada o wszystkim dziewczynce, prosząc o radę.

– Ja – mówi dziewczynka – włożyłabym pięść do dzbanka z wodą i zapadłabym w sen wolny od czasu.

Nagła, niewytłumaczalna refrakcja pogrąża ich w cieniu i Espol rusza w dalszą drogę, przemierza pustynię, a gwałtowny samum sprawia, że wirują w powietrzu rzeczy i myśli. Powoli zbliżają się wielbłądy, więc siada, żeby obserwować ich paradę. Dźwięk bębna rozprasza niską piaskową mgłę i jakieś czerwone litery drażnią wzrok Espola: „Cyrk Donamatti. Pełen asortyment atrakcji. Wkrótce premiera”.

Ogarnia go senność, ale śledzi artystów, podążając za nimi wzrokiem. Jasnowłosa akrobatka na koniu pozdrawia go gestem ręki, z wdziękiem, na co Espol, rozkojarzony, odpowiada: wyciąga prawą rękę i otwiera zaciśniętą pięść.

Wypływa bursztynowy obłoczek, a on, zaskoczony, za późno próbuje go złapać. Kurczy się w sobie, przytłoczony niewyobrażalnym smutkiem, takim, jakiego doświadcza ktoś, kto zapomniał zakręcić główny zawór gazu.

1952

SPADAJĄCA GWIAZDA

Gdy tylko minęliśmy przełęcz Area, poczułem, że muszę opowiedzieć historię, jaka mi się przydarzyła: o moim domu, o żonie i o tym, jak wszystko to, co miałem, zmieniło się w miraż.

Obok mnie siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Mijały kilometry za kilometrami, a on, zamknięty w sobie, zachowywał dość nieprzyjazne w stosunku do nas, współtowarzyszy podróży, milczenie. Miał spokojne spojrzenie osoby, której zachowane we wspomnieniu światło pozwala nie reagować na zmienność pejzażu.

Położyłem mu rękę na kolanie i ciarki mnie przeszły. Autobus podskakujący na wybojach i jego kości zatańczyły pod moją dłonią w tym samym rytmie.

– Proszę pana: chcę opowiedzieć panu pewną historię... To znaczy, chciałem powiedzieć: pewien fakt autentyczny, ale boję się, że pan mi nie uwierzy, podobnie jak inni.

Starzec odwrócił głowę. Nie wiem, zobaczył mnie czy nie. Jego oczy pozostały nieobecne, chociaż mogłem się w nich przejrzeć.

– Po co? – zapytał. A potem dodał: – Już pięć lat temu powinienem był umrzeć. Znam wszystkie historie. Więc co nam z tego przyjdzie?

– Nie wiem... Może da mi pan jakąś radę? – powiedziałem.

(To była hipokryzja, więc zaczerwieniłem się jak zawsze, kiedy kłamię. Tak naprawdę chciałem tylko opowiedzieć tę niezwykłą przygodę, tak jak to robię w tej chwili).

Starzec opierał splecione dłonie na sękatym kiju. Podniósł rękę, dając tym gestem do zrozumienia – jestem o tym przekonany – że mu wszystko jedno. Komiwojażer, który siedział naprzeciwko, poruszył się nerwowo. Najpierw zrobił taki ruch, jakby chciał wyciągnąć chusteczkę, po czym w połowie drogi zrezygnował, zapalił papierosa, zaciągnął się dwa razy i wyrzucił niedopałek przez okno.

– No dobrze, opowiem – wiedziałem już, że nie zdołają mnie powstrzymać. – Jestem mierniczym. Już tyle razy opowiadałem tę historię, a nikt mnie jeszcze nie zapytał, dlaczego właśnie mierniczym? Zresztą nie wiedziałbym, co mam odpowiedzieć. Być może przychodzimy na ten świat, żeby zapełnić miejsca, które nie zostały obsadzone, i każdy powinien przyjąć z rezygnacją to, co mu przypadło. Istnieje oczywiście coś takiego jak powołanie, ale ja nie całkiem w nie wierzę. Gdyby powołanie dochodziło do głosu w wieku, kiedy dokonuje się wyboru, mielibyśmy strażaków i żołnierzy od parady więcej niż potrzeba.

Ożeniłem się przy pierwszej okazji, a że wtedy nie miałem jeszcze żadnych zmartwień, więc było to małżeństwo z miłości. Wiadomo, Opatrzność czuwa w takich przypadkach, i zaraz potem, jak zmieniłem stan cywilny, dostałem pracę u bardzo zamożnego człowieka. Na jednej z jego posiadłości, gdzie znajdowały się trzy znane w całej Europie góry, zatrudniał robotników mających wykonać pewne niwelacje. Nie będę o nich szczegółowo opowiadał, bo zauważyłem, że dla laików to jest nużące.

Mój poprzednik kierujący pracami poróżnił się z właścicielem z powodu niezgodności charakterów, a że tamten był człowiekiem porywczym, więc zwolnił mierniczego. I wtedy dzięki znajomym znajomych ja zostałem mu przedstawiony. Zawarliśmy umowę i zobowiązałem się, że na czas trwania robót zamieszkam w domu znajdującym się na terenie jego posiadłości.

To był drewniany dom, bardzo starannie wykończony. Ktoś, kto miał dobry gust, zatroszczył się, żeby dom był ładny, i naprawdę taki był. W kolorze różu indyjskiego na zewnątrz, miał białe futryny drzwi i okien. Dach... ale nie będę go opisywał szczegółowo, bo każdy zobaczyłby co innego, podczas gdy wrażenie, jakie wywoływał, było jedyne i niepowtarzalne: kiedy się tam mieszkało, każdy dzień był przyjazny. Traciła znaczenie pogoń za sprawami tego świata, chimeryczne wizje dopalały się w spokojnym ogniu i nic nie spędzało nam snu z powiek ani nie odbierało apetytu.

Dom stał w dolinie, której dnem płynął potok, taki, o jakim zwykle marzą ludzie, kiedy wyobrażają sobie idealne miejsce do życia. Prowadziła doń droga przecinająca na wskroś malowniczą łąkę. Nawet teraz, kiedy przymykam oczy, widzę to wszystko jak na dłoni, w kolorze: skrawek nieba przeglądający się w rzece i liście drzew poruszane lekkim powiewem wiatru... I ciągle nie mogę zrozumieć, jak w takiej scenerii mogło się coś takiego wydarzyć.

(Komiwojażer wzruszył ramionami i wygłosił banalny komentarz: – Nie widzę w tym nic dziwnego – powiedział. – Na tej samej scenie wystawia się dramat i komedię, i wręcza nagrody za postępy w nauce. – I już zabierał się do przytoczenia stosownej anegdoty, kiedy mu przerwałem, kontynuując swoją opowieść).

...Ciekawe, jak często najdoskonalsze szczęście poprzedza złe chwile. Mojej żonie podobały się to miejsce i ten dom. Przyzwyczaiła się do domowych obowiązków i do zaspokajania wszelkich moich życzeń, a moje uczucie do niej stawało się coraz silniejsze.

Tak upłynęło kilka miesięcy, o których nigdy nie opowiadam, bo budzenie w innych zazdrości jest czymś podwójnie nagannym: wywołuje się uczucia negatywne i jeszcze na dodatek czerpie się z tego przyjemność.

Nadeszła jednak chwila, kiedy roboty przesunęły się daleko od domu. Wyruszałem wcześnie rano i konno pokonywałem piętnaście kilometrów dzielących mnie od obozowiska robotników. I chociaż do domu mogłem wrócić dopiero pod wieczór, dobre samopoczucie, jakie zawdzięczałem szczęściu rodzinnemu, nie opuszczało mnie. Więcej nawet (to zjawisko jest skądinąd dobrze znane): po dniu pracy dłuższym niż zwykle pragnienie powrotu do domowego ogniska i do wszystkiego, co się z nim wiąże, wprawiało mnie w stan nowej, nieznanej mi dotąd egzaltacji.

Kończyłem pracę jeszcze za dnia i miałem wrażenie, że koń, który rączo kłusował, siódmym zmysłem wyczuwając moją euforię, świadomie uczestniczył w moim pośpiechu.

Przyroda, a zwłaszcza pejzaż górski, wyzwala we mnie dwa nierozłączne uczucia: poetyckie i agrarne. Podziwiam wspaniałe widoki, a jednocześnie myślę o parcelacji gruntów. Pokonywałem drogę, błądząc myślami wokół tych spraw i sycąc oczy gamą zieleni, której subtelne zmiany, zgodne z rytmem pór roku, śledziłem wzrokiem eksperta. Za każdym razem, mniej więcej w połowie drogi, zatrzymywałem się, aby podziwiać zachód słońca, a potem bodłem ostrogami konia, aby szybciej osiągnąć kolejne etapy mojej trasy: trzy sosny, przydrożny krzyż, szałas robotników sezonowych, ruiny zabudowań, źródło – wszystkich tych milczących heroldów moich powrotów.

Z daleka widziałem światło w oknach domu i czerwonawe ciepło uchodzące z komina. W miarę, jak się zbliżałem, mogłem dostrzec sylwetkę mojej żony w drzwiach; dawałem jej znak latarką, a ona podnosiła rękę w powitalnym geście.

I tak było każdego dnia. Możecie to sobie wyobrazić? Bo trzeba sobie uświadomić, że ja to wszystko wtedy miałem na co dzień, żeby zrozumieć, jak słuszny jest mój żal i jak surowo potraktowały mnie nie wiedzieć jakie siły wyższe. Nie mogły mylić mnie zmysły, bo mój zawód polega na mierzeniu ziemi, i znałem długość drogi, odczytywałem jej zakręty i spadki wysokości, mógłbym nawet z pamięci narysować plan. Jak więc wyjaśnić to niecodzienne, niezwykłe zdarzenie, które mi się tam przytrafiło? Ale osądźcie sami...

Wydarzyło się to po szczególnie aktywnym dniu, kiedy wykonywaliśmy pomiary wymagające pokonywania dużych odległości. Nazajutrz miał być odpust, najważniejsze w tej okolicy lokalne święto. Moi podwładni zapytali mnie, czy mogliby w nim uczestniczyć. Odpowiedziałem, że nie powinni opuszczać obozowiska ani zostawiać bez opieki narzędzi, których używaliśmy. Ale byli na to przygotowani: dwaj z nich na ochotnika zgłosili się do pilnowania sprzętu i nie mogłem już dłużej oponować, bo to święto rzeczywiście było dla nich ważne. Mnie samego też skusiła perspektywa czasu wolnego, więc postanowiłem pogodzić moją rolę szefa z własnym ukrytym pragnieniem i powiedziałem im, że jeżeli w ciągu dnia skończymy pewien etap pracy, to przychylę się do ich prośby.

Pracowaliśmy z perspektywą otrzymania określonej nagrody, więc udało nam się osiągnąć zamierzony cel. Zajrzałem jeszcze do namiotów, podczas gdy pomocnicy i brygadziści już oddalali się na koniach, i po udzieleniu ostatnich instrukcji strażnikom wyruszyłem w ową pamiętną drogę powrotną.

Nigdy jeszcze nie odczuwałem z taką siłą emocji, które już usiłowałem opisać. Godzina późniejsza niż zwykle i cały szereg innych okoliczności składały się na to, że przeżywałem chęć powrotu do domu z największą intensywnością. Poprzedniego dnia moja żona po raz pierwszy poskarżyła się, że spędza czas samotnie. Wyobrażałem ją sobie niespokojną, opartą o framugę drzwi, wypatrującą mnie z daleka. Z radością układałem w myśli słowa, jakie padną między nami: o spóźnieniu i o święcie, które zrekompensuje jej oczekiwanie.

Niespodziewanie koń zaczął galopować. Nie wiem, czy ten pośpiech przekazałem mu podświadomie, czy też może był on w stanie mnie zrozumieć, w każdym razie była to jedyna logiczna i obiektywna przyczyna przynajmniej części tego, co miało później nastąpić. Ledwie wyruszyliśmy, gdy nagle koń na zakręcie nad brzegiem głębokiego wąwozu stracił równowagę na osuwającym się gruncie. Zdążyłem tylko uchwycić się czegoś, nie wiem, kępy trawy czy gałęzi, i wylądowałem na drodze. Zwierzę spadło w przepaść. Zbyt dobrze znałem to miejsce, żeby mieć jakiekolwiek wątpliwości co do losu konia: nie mógł ujść z życiem po takim upadku. A jednak mimo wszystko czasem mam wyrzuty sumienia, że nie zszedłem nad strumień, żeby go odnaleźć i w razie konieczności skrócić jego cierpienie.

Ale wtedy ogarnęła mnie niepohamowana złość na przeciwności losu i co innego było mi w głowie. Gdyby to działo się kiedy indziej, wróciłbym do obozu po drugiego konia, ale wiedziałem, że tym razem nie został tam ani jeden i że szybciej dojdę do domu pieszo, niż zajęłoby mi zaangażowanie moich ludzi w sprowadzenie dla mnie wierzchowca. Odchodziłem od zmysłów, ale nie mając na kim wyładować złości, rozpocząłem pieszą wędrówkę.

To niesamowite, jak nawet najkrótsza droga potrafi ukazać się z całkiem innej strony, jeśli zmieni się jeden drobny szczegół. Teren, po którym szedłem, zbocza i drzewa w przyćmionym świetle zmierzchu, w którym tylekroć oglądały je moje oczy, wydały mi się nieznajome. Nie chciałbym, żebyście państwo odnieśli wrażenie, że znalazłem się w jakimś szczególnym stanie ducha, który by wyjaśniał wszystko to, co się później zdarzyło. Nie, doskonale zdawałem sobie sprawę, gdzie jestem, jaką drogę już pokonałem oraz ile jeszcze mam przed sobą, a zwłaszcza z zawodową precyzją, jaką daje rutyna, mogłem ocenić zależność upływu czasu, minuta za minutą, od rytmu mojego marszu i od każdego metra, który musiałem pokonać.

Nagle dotarło do mnie, że odczuwam ból w kostce prawej nogi i że to opóźnia marsz. Uświadomiłem sobie, że jednak nie wyszedłem cało z upadku, i tylko mojemu wzburzeniu należało przypisać fakt, że dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę.

Ogarnął mnie niewytłumaczalny niepokój. Trudno to teraz sobie uzmysłowić, kiedy tu tak wygodnie razem siedzimy, bezpieczni w świetle jasnego słońca. Czasem ktoś ze słuchaczy zauważa, że nie było czym się przejmować i należało się cieszyć, że nie podzieliłem losu mojego konia. Ale ja wtedy pytam, tak jak teraz: czy zdarzyło się wam kiedykolwiek borykać z obsesyjną myślą, że nie możecie nic zrobić, aby uprzedzić zaniepokojoną, kochaną osobę; czy zdarzyło się to wam kiedykolwiek na środku drogi, w ciszy wielkich lasów, kiedy zapada noc? A do tego jeszcze dochodziło cierpienie fizyczne, które mi nie pozwalało nadążać za moim pragnieniem, i nieokreślone przeczucie, które wprawiało w stan czujności mój umysł.

Zrobiło się ciemno, a ja szedłem coraz szybciej, licząc godziny, które mnie dzieliły od punktów orientacyjnych: trzech sosen, przydrożnego krzyża, szałasu robotników sezonowych... Nadszedł taki moment, że obsesyjnie wbijałem wzrok w czarne niebo, żeby odgadywanie cieni po obu stronach drogi nie dręczyło mnie stałym przypominaniem o czasie i odległości.

I wtedy, błądząc wzrokiem gdzieś wysoko, zobaczyłem świetlistą smugę na niebie. To się stało nagle: niespodziewany widok światła, skojarzenie, że to spadająca gwiazda, i przesądne przekonanie, które sprawiło, że wypowiedziałem życzenie, aby mój dom i moja żona czekali na mnie za pierwszym zakrętem drogi. Prawie każdemu zdarzyło się podobnie postąpić na widok tego zjawiska, dla żartu. Ja też zrobiłem to w tej samej konwencji, ale wpierw jakiś ulotny impuls skłonił mnie do zaciśnięcia powiek z całą powagą, żeby nadać mojemu życzeniu większej mocy. Postanowiłem, że będę starał się uwierzyć, że znajdę to, czego pragnąłem, za najbliższym zakrętem, że potem tego samego będę wypatrywać za następnym, i tak, skracając etapy, choćby one się mnożyły, może łatwiej przezwyciężę niepokój. W taki sposób rozumowałem. Ale w wyznaczonym miejscu zobaczyłem rozświetlone prostokąty okien, czerwonawą jasność komina, a w obramowaniu drzwi tak mi drogą sylwetkę!

Zaskoczenie nie pozwoliło mi w pełni ulec czarowi. Tak jak zwykle dałem znak latarką, a ona uniosła rękę w znajomym geście. Pamiętam, że podchodząc bliżej, zapytałem: „Co wy tu robicie, ty i nasz dom?”.

Nie odważyłem się przekroczyć progu. Uścisk mojej żony tym razem był wyjątkowo opiekuńczy, jakby starała się mi przekazać, że potrafi zrozumieć wszystko, cokolwiek by mi się przytrafiło. Chciała wiedzieć, czy dużo tego dnia pracowałem, a kiedy to potwierdziłem, prosiła, żebym teraz odpoczął i żebym się już niczym nie przejmował.

Od razu powiedziałem jej prawdę, żeby wyjaśnić sytuację: że miejsce, w którym się znajdujemy, jest w odległości co najmniej ośmiu kilometrów od naszego domu i że to ja na widok spadającej gwiazdy zapragnąłem wrócić tam jak najprędzej.

„Nasz dom jest tam – odpowiedziała mi pogodnym tonem – gdzie jesteś ty i ja, i nasze domowe ognisko”. Nie chciałem, żeby się łudziła, i pokazałem jej na zachodzie zarys góry widoczny w nikłym świetle. „Widziałaś kiedyś przełęcz Area z progu naszego domu?”

Popatrzyła na mnie swobodnie i powiedziała, że jutro, w świetle dnia, będzie nam łatwiej o tym dyskutować. Następnie zainteresowała się koniem, a kiedy jej opowiedziałem o nieszczęśliwym wypadku, przeciągnęła ręką po moich włosach. „Czy tobie też coś się stało?” „Nie to, o czym myślisz”. To by było zbyt proste, gdyby można było wszystko wyjaśnić wstrząsem po upadku.

Nie chciałem wejść, gdyż z wolna zaczęło mnie ogarniać całkiem naturalne zwątpienie. „Popatrz, stół już nakryty” – powiedziała. – „Na kolację jest to, co lubisz. Czujesz, jak pachnie?”

Oczywiście, że widziałem i czułem! Ale nie mogłem tracić czasu, jeść z apetytem, a później iść spać, jak gdyby nigdy nic, żeby następnego dnia znów wróciły wątpliwości. Bo jeśli rzeczywiście moje życie było tutaj, to jaka sugestywna fikcja znajdowała się osiem kilometrów stąd? Albo odwrotnie: jeżeli to, co się działo naprawdę, było tam na końcu drogi, to czym w takim razie był ten miraż?

Stwierdziłem, że nie zaznam spokoju, dopóki nie dotrę do końca drogi, że muszę iść dalej, bez tracenia czasu na cuda i wizje. Chciała pójść ze mną, ale zaprotestowałem: „Ty zostań tutaj. Pilnuj tego i czekaj na mnie. Cokolwiek by się nie stało, wrócę, żeby ci to wyjaśnić”. Zaczęła płakać i podała mi szpilkę z kameą, którą jej kiedyś podarowałem. „Weź ją – powiedziała – jako znak mojej miłości. Nigdy się z nią nie rozstawaj; niech ci przypomina, że ja ciągle na ciebie czekam”.

(Komiwojażer, nie wiedzieć czemu, zaczął mnie wypytywać o tę szpilkę. Pokazałem mu ją: rzucił tylko okiem. „Jednego nie rozumiem – powiedział. – Jeżeli życzył pan sobie znaleźć się w domu, to czemu pan nie przyjął spełnionego życzenia z satysfakcją i radością?” Odparłem, że każdy z nas kiedyś chciał latać jak ptak, ale jeśliby ktoś, poruszając rękami, faktycznie wzniósł się kilka metrów nad ziemię, to natychmiast zapragnąłby na nią powrócić).

Szedłem jak w gorączce. Kiedy odwracałem głowę, widziałem światła domu, coraz mniejsze i mniejsze, aż w końcu zniknęły za niewielkim wzniesieniem. Wtedy wreszcie zwolniłem; w przypływie rozsądku uświadomiłem sobie, że jest całkiem możliwe, że to szczególna forma fizyczna zaburzyła w ten sposób działanie mojego umysłu. Nie zatrzymując się, szukałem skaleczenia, przesuwając ręką po włosach i czole, wszędzie, gdzie mogła być ukryta rana, przyczyna tych omamów, z małodusznym przekonaniem, że będzie tak, jak wcześniej z nogą: zlokalizuję źródło bólu, zniknie mara i mój umysł odzyska jasność.

Ale spekulacje myślowe nikomu jeszcze nie pozwoliły na zmianę kolei losu, a mój przybrał już nieodwracalny obrót. Kiedy tak szedłem, całą siłą woli starając się uwierzyć w chwilowe zaburzenie umysłu spowodowane upadkiem, w świetle latarki zarysował się przede mną kontur przydrożnego krzyża. Poświeciłem wyżej, obejrzałem go dokładnie, a ponieważ nie dowierzałem oczom, przylgnąłem rękami do kamiennej tablicy z taką siłą, że w końcu rozbolały mnie dłonie.

To było bardzo istotne, czy krzyż aby na pewno tam jest, bo był on usytuowany na największym wzniesieniu, mniej więcej w połowie mojej codziennej trasy. Gdybym się teraz odwrócił, mógłbym zobaczyć okna domu, który przed chwilą opuściłem. Ale wymagało to odwagi. Wiedziałem, jak wiele zależy od tego, co zobaczę, i upłynęła dłuższa chwila, zanim się zdecydowałem. I wiecie państwo, nie była to obawa bezpodstawna. Nie łudziły mnie zmysły: poniżej miejsca, w którym się znajdowałem, jasne punkty nadal potwierdzały obecność domu na równinie, gdzie jeszcze dziś rano nie było nic poza trawą.

Poczułem się nieludzko zmęczony. Usiadłem pod krzyżem, próbując zebrać myśli. Chciałem wrócić do domu, ale w którą stronę miałem iść, na wschód czy na zachód? Trzeba było iść naprzód, ale wiedziałem, że czegokolwiek bym nie zastał u kresu mojej codziennej drogi, już nie odzyskam spokoju. Jeżeli dom był tam, gdzie go przed chwilą pozostawiłem, to chciałbym tam wrócić; ale jeżeli nie, to w takim razie coś na zawsze przepadło, bo dla mnie życie rodzinne to były żona, dom i pejzaż, a zmiana któregokolwiek z tych elementów naruszała równowagę, którą tak kochałem. W wyobraźni widziałem siebie ciągle błądzącego na tej drodze, w poszukiwaniu sam nie wiem czego na jednym i drugim jej krańcu: czegoś, czego wartości nie umiałem oszacować.

Ponieważ nie byłem w stanie sam zmierzyć się z tym dylematem, udałem się do miasta, wierząc, że ktoś ze znajomych czy przyjaciół coś mi doradzi. Ale jak na razie nikomu się to nie udało. Od czasu do czasu w przypływie nowych sił wracam tu w nadziei, że uda mi się to wreszcie zrozumieć, ale znów zaczynam wątpić i nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny zdać się na sąd innych. Co pańskim zdaniem powinienem zrobić?

Komiwojażer powiedział, że problem jest trudny i że kiedy któremuś z jego kuzynów przytrafiło się coś równie kłopotliwego, choć nie to samo, rodzina po naradzie zdecydowała się wysłać go do Ameryki.

A starzec, który wysłuchał całej mojej opowieści w milczeniu, popatrzył na mnie i powiedział:

– Wy, młodzi, żyjecie na płytkim talerzu i topiąc się w łyżce wody, sądzicie, że wszystko jest w porządku. To, co się panu wydaje takie niezwykłe, wydarzyło się już wiele razy, i każdy zachowuje się wtedy tak, jak mu jego temperament dyktuje, podobnie jak w innych sytuacjach. Poeta przyjąłby to, czego pragnął i co się spełniło, gdy spadła gwiazda. Dom w połowie drogi stałby się jego domem i zastąpiłby mu jakikolwiek inny. Człowiek o umyśle ścisłym nie zwracałby uwagi na to, co mu się przedstawia po drodze, i po pokonaniu odpowiedniej liczby kilometrów odnalazłby swój dom tam, gdzie być powinien. Przykłady można mnożyć – niech pan się nad tym zastanowi i sam wybierze...

Autobus dotarł do ostatniego przystanku. Przy pożegnaniu nieoczekiwanie stałem się wylewny: uścisnąłem starego i podziękowałem mu za radę.

Wynająłem konia i wyjechawszy z miasteczka, zatrzymałem się przez chwilę przy drogowskazie. Gładząc dłonią kameę, przeczytałem: „Dolina Area”. Już miałem popędzić konia, kiedy znów zaczęły mnie dręczyć wątpliwości. Bo za kogo się właściwie uważałem, za poetę czy mierniczego? I co tak naprawdę mogłoby mnie utwierdzić w przekonaniu, że wybór, którego dokonam, będzie właściwy?

1947

SUMIENIE PRZYCHODZI Z WIZYTĄ

Odruch ludzkiej życzliwości przeciska się wąską szczeliną i oświeca umysł Depy Carellego, zabójcy.

Carelli przeciąga się i zrelaksowany, tak jak każdy normalny człowiek na jego miejscu, natychmiast odsuwa od siebie nieistotne skrupuły, poprzestając na refleksji, że prawdopodobnie ta sytuacja będzie się powtarzać, więc trzeba przywyknąć.

Przez okno mansardy podziwia wschód słońca nad rozciągającymi się przed nim dachami, leniwie unoszące się dymy z kominów, prześcieradła powiewające niczym sztandary, kołysane przez poranny wietrzyk, a ulotny wdzięk sylwetki widocznej w oddali góry wprawia go w poetycki nastrój. Oczywiście to specyficzny rodzaj poezji. Wyciąga palec i wyłącza alarm budzika, który właśnie się odezwał.

Wtedy, w porannej ciszy, wracają do niego dylematy, które rozważał przed zaśnięciem. Czego dziś użyć: sznura, broni palnej czy białej? Zadanie jest proste, ale długa tradycja białej broni wywołuje na jego twarzy uśmiech oznaczający decyzję: wstaje, otwiera szufladę koślawego stołu i wyciąga z niej całą kolekcję noży i sztyletów. Patrzy na jeden z nich z dreszczem, jaki wywołują sentymentalne wspomnienia z młodości. Czyta zmatowiały napis wzdłuż błyszczącego ostrza: „Dla Depy, żeby zawsze pamiętał o miłości swojej Colomy. 10-11-04”.

„Coloma, Coloma!” Przymyka oczy, wspominając idyllę oraz jej żałosny finał – siedem lat więzienia w Santa Lèdia, zakończonych ucieczką na przekór morskim bałwanom. Przechowuje to narzędzie tylko przez sentyment, mimo że w imieniu jego dawnej kochanki zardzewiały tymczasem litery „l”, drugie „o” i „y”. Warstwa rdzy przy rękojeści zawsze budzi w nim wątpliwość, czy to aby nie relikwia jej krwi.

Dzisiaj najlepiej sprawdzi się pozłacany toledański nóż do papieru, bardzo ostry. Chwyta go i wymachuje nim na próbę, z wprawą, a kiedy cofa rękę, gotów całym ciężarem ciała zadać silny cios, nagle paraliżuje go znane uczucie, jakby dotknął jego pleców jeż o tysiącu igieł, powodując metafizyczne drapanie. „To musi być on”. Odwraca się i faktycznie, staje twarzą w twarz z aniołem.

Mówi o nim „anioł” ze względu na hybrydowy charakter zjawy, ale zdaje sobie sprawę, że w żadnej nadprzyrodzonej historii nie dałoby się go tak sklasyfikować.

Gość na znak dezaprobaty kręci głową i kiwa palcem, po czym bezpłciowym głosem upomina go:

– Nie rób tego, Carelli. Zastanów się, póki czas.

Przygląda mu się bez zaskoczenia. Ten sam co zawsze biały chałat aż do ziemi i bielizna ozdobiona świecącymi cekinami, które przypominają sztuczny śnieg na witrynach sklepowych przed Bożym Narodzeniem, oraz włosy blond z przedziałkiem, jak zwykle efektownie ufryzowane. Omiata spojrzeniem różowe policzki, długie rzęsy i dobrze mu znaną czerwoną walizeczkę w prawej ręce. Jak zawsze przychodzi mu do głowy pretensjonalne francuskie słowo, które trafnie charakteryzuje zjawę: to anioł démodé. No właśnie.