43,99 zł
Niektóre układy można złamać. Inne trzeba przypłacić krwią.
Ivy Benton wygrała niebezpieczny turniej o serce króla wróżek i została królową Anglii. Cena tego zwycięstwa okazała się jednak wyższa, niż przypuszczała. Obejmując tron, nowy król otworzył bramy między światami i uwolnił wróżki, które przez stulecia pozbawione były swoich ulubionych rozrywek. Teraz nadrabiają stracony czas, dopuszczając się okrutnych czynów w całym królestwie.
Aby przetrwać, Ivy musi odgrywać rolę idealnej, oddanej żony. Ale musi zrobić wszystko, by obalić Brama, ocalić swoją siostrę i odnaleźć mężczyznę, którego naprawdę kocha. Jednak będąca pod wpływem wróżek Lydia oddala się od niej każdego dnia, a Emmett pozostaje uwięziony w świecie wróżek - poza zasięgiem i kontrolą Ivy - przez co dziewczyna zaczyna wątpić, czy zdoła ich uratować.
W świecie, w którym układy są silniejsze niż uczucia, a lojalność w kilka chwil zmienia się w zdradę, Ivy będzie musiała zdecydować, na czym naprawdę jej zależy. Bo kiedy stawką jest korona, królowa musi być gotowa na każde poświęcenie. Nawet jeśli oznacza to zniszczenie tego, co próbowała ocalić…
Porywający finał dylogii „Układ Róż”, która zachwyciła czytelników na całym świecie!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 422
Data ważności licencji: 5/12/2027
Tytuł oryginału: The Thorn Queen
Copyright © 2026 by Sasha Peyton Smith
Bonus chapter copyright © 2026 by Sasha Peyton Smith
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Kinga Markiewicz
Opieka wydawnicza: Natalia Karolak
Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza
Przyjęcie tłumaczenia: Aleksandra Szpak
Adaptacja makiety na potrzeby wydania i ozdobniki w książce: Agnieszka Gontarz
Adiustacja i korekta: CHAT BLANC Anna Poinc-Chrabąszcz
Promocja i marketing: Magdalena Wojtanowska
Jacket art © 2026 by Tran Nguyen Jacket design by Molly Fehr
Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Agnieszka Gontarz
ISBN 978-83-8399-587-8
Cytaty zamieszczone na →:L. Glück, Averno, przeł. A. Lizakowski, Wydawnictwo Pisarze.pl, 2001, https://pisarze.pl/2021/01/12/louise-gluck-poemat-averno-w-przekladzie-i-analizie-adama-lizakowskiego/ (dostęp: 10.05.2026).
W. Shakespeare, Sonet 147, przeł. K. Pieńkowski, Biblioteka ATeKa, zbiór prywatny T. Kijowskiego.
www.moondrive.pl
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.plWydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków Wydanie I, 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla Casey. Mam Ciebie. Więcej mi nie trzeba.
Takie miejsca są wszędzie,miejsca, do których wchodzisz jako młoda dziewczyna,z których nigdy nie wrócisz.
Louise Glück
Averno
Ty, którą zwałem piękną i promienną,Jak noc i piekło jesteś czarną, ciemną.
William Shakespeare
Sonet 147
Ciągle zapominają o tym, żeby mnie nakarmić.
Budzi mnie ból żołądka, a nie rytmiczne kapanie kropel wody spadających ze ścian na moją twarz. Po wielu tygodniach przyzwyczaiłem się do tego, ale uczucia głodu nie potrafię wyciszyć.
Przez kilka pierwszych dni przynosili tace z czerstwym chlebem i poobijanymi owocami, których nie rozpoznawałem. A przynajmniej wydawało mi się, że robili to codziennie. Tu, na dole, nie ma światła, więc nie jestem pewien.
Potem przerwy między posiłkami zaczęły się wydłużać.
– Musicie częściej mnie karmić – powiedziałem do jednego ze strażników. Głos miałem ochrypły od długiego milczenia. – Jestem człowiekiem. Umrę, jeśli nie będziecie mnie karmić.
Bram może chcieć mnie ukarać, ale nie chce, żebym umarł. A przynajmniej muszę w to wierzyć.
Strażnik mruknął coś niezrozumiałego i poszedł w swoją stronę, mamrocząc pod nosem o tym, że ludzie są zbyt delikatni.
To było pięć nocy temu.
Unoszę dłoń i dotykam świeżej blizny na głowie w miejscu, w którym pierwszego dnia oberwałem rękojeścią miecza jednego ze strażników tak, że straciłem przytomność. Zdążyła się już zagoić i była moim jedynym sposobem na odmierzanie czasu. Minęły co najmniej dwa tygodnie.
Dokonuję dalszych oględzin swojej sylwetki. Koszulę mam całkiem podartą, pokrytą plamami krwi i brudną. Spod niej wystają mi żebra, niepokojąco wyraźne. W kącie leży mój zwinięty w kulę płaszcz. Używałem go jako poduszki. Inne pozostałości z wesela – mój zwiędły kwiatek z butonierki, roztrzaskany zegarek kieszonkowy i królewska szarfa z błękitnego jedwabiu – są ciśnięte w kąt. Przeszukałem je, lecz znalazłem tylko jedno użyteczne narzędzie.
Myślenie o tym dniu boli bardziej od jakiejkolwiek rany, ale mój umysł wraca do niego za każdym razem, gdy zamykam oczy. Jej twarz. Sposób, w jaki zapadła się, gdy dotarło do niej, że zawiedliśmy.
Ja ją zawiodłem.
Zawodzę ją w każdej chwili spędzonej w tej celi.
Dłużej tak nie wytrzymam. Jeśli mam chociaż cień nadziei na ucieczkę, muszę działać teraz, kiedy nadal mam siłę.
Mam majaki, ale na pewno nie wyobraziłem sobie odgłosów kroków na kamiennych stopniach. Tym razem należą do niższego strażnika, którego już widziałem. To dobrze. Gdyby przyszło co do czego, myślę, że mógłbym go obezwładnić.
Strażnik wpycha tacę z jedzeniem przez szparę na dole krat, nic sobie nie robiąc z tego, że woda z kubka wylała się na chleb, przez co stał się rozmokły, a ja nie mam nic do picia.
Przełykam jedzenie małymi kęsami, żeby go nie zwymiotować, i czekam godzinę lub dwie, by uleżało się w żołądku. Czekałem całymi tygodniami z nadzieją, że Bram mnie uwolni, ale za chwilę zabraknie mi sił na kolejną próbę ucieczki. Nie mam zamiaru położyć się i umrzeć. W tej chwili boję się tego bardziej niż wszystkiego, co czeka mnie za kratami.
Biorę srebrną szpilkę użytą w dniu ślubu do zamocowania kwiatka do butonierki i wsuwam ją w żelazny zamek w drzwiach mojej celi. Szperam w środku mechanizmu, po kilku ciągnących się w nieskończoność chwilach coś klika, a drzwi otwierają się ze skrzypnięciem.
Zalewa mnie taka ulga, że prawie wybucham płaczem, lecz muszę zachować skupienie.
Kryję się w cieniu, pełznąc wzdłuż ściany. Na dole znajduje się jeszcze kilku więźniów, ale wszyscy są skuleni w kątach, zbyt nieprzytomni, słabi lub apatyczni, żeby mnie wydać.
Skręcam raz, potem drugi raz. Idę wijącym się lochem, aż w końcu dostrzegam klatkę schodową z grubo ciosanego kamienia. Moją drogę ucieczki.
Wchodzę na piętro i po raz pierwszy od dnia ślubu widzę słońce. Ciepłe, złociste światło wlewa się przez bramę na szczycie schodów niczym blask latarni. Jestem prawie u celu, stojąc z wyciągniętymi rękami, gdy słyszę za plecami odgłosy kroków. Strażnik nie mówi ani słowa, tylko chwyta mnie od tyłu i zrzuca moje zdecydowanie zbyt lekkie ciało ze schodów, jak gdyby nigdy nic.
Uderzam skronią o stopień, a krew zalewa mi bok twarzy i wypływa z ucha przyprawiającą o mdłości falą. Strażnik wymierza mi kopniaka w brzuch, po czym trafia mnie rękojeścią miecza prosto między oczy.
Podobno, kiedy człowiek jest bliski śmierci, to życie przelatuje mu przed oczami, ale ja nie widzę nic innego oprócz niej. Ivy na tyłach ciemnego powozu, Ivy ubrudzona błotem z majową koroną na głowie, Ivy przygryzająca dolną wargę, Ivy leżąca pode mną w zajeździe. Pieg na jej ramieniu, który pragnąłem pocałować. Luźne pasmo blond włosów. Łagodne brązowe oczy. Rumieniec na policzkach.
Ivy. Ivy. Ivy. Ivy.
Nie żałuję żadnej z tych rzeczy. To wszystko znaczyło, że należała do mnie.
Gdy ogarnia mnie ciemność, moim ostatnim wspomnieniem jest Ivy Benton w sukni ślubnej, otoczona złocistą aureolą promieni słonecznych. Po raz pierwszy od tygodni jest mi ciepło.
Anglia, październik 1848
– Opowiedz mi jeszcze raz historię o wróżkowym królu.
Jest perłowoszary wieczór, tak zimny, że nawet gorąco bijące z płonącego kominka nie dociera do łóżka. Strumienie deszczu spływają wartko po nierównych szklanych oknach, tworząc mgliste opary unoszące się nad znajdującymi się poniżej brukowanymi ulicami.
Bram patrzy na mnie, trzymając głowę na moich kolanach, a jego połyskujące w słabym świetle oczy mają ten sam kolor co niebo. Głowę oparł na stercie koców okrywających moje nogi.
– Opowiedz mi, Ivy.
Delikatnie przeczesuję palcami jego włosy i wzdycham.
– Musisz odpocząć.
Zamyka oczy, kręcąc głową.
– Poopowiadaj mi na dobranoc.
Wsuwa stopy pod koce, a ja wiem, że teraz nie ma mowy, aby opuścił moje łóżko.
– Pewnego razu był sobie wróżkowy król uwielbiany przez swój lud – zaczynam.
Zadowolony Bram wydaje z siebie gardłowy pomruk. Delikatnie muskam palcem spiczasty czubek jego ucha, a on zwija się jeszcze bardziej w kłębek, niczym kot wygrzewający się na słońcu.
– Był piękny, dobrotliwy i umiał oczarować każdego, kogo spotkał.
– I zabawny – poprawia mnie Bram, nadal nie otwierając oczu.
Wyciągam fragment konfetti, które zaplątało się w puklach jego miękkich włosów.
– Najzabawniejszy na świecie.
To pierwszy raz od wielu dni, kiedy go widzę. Był nieobecny, bo bawił się wraz ze swoim dworem.
– I przystojny – dodaje Bram.
– Zabójczo przystojny.
Okłamuję go przez cały czas, ale akurat to stwierdzenie jest prawdziwe.
Spoglądam na jego twarz – delikatne, niebieskawe żyłki na powiekach, ostro zarysowana linia szczęki, pełne różowe usta, gęste brwi o odcień ciemniejsze od jego wypłowiałych od słońca, złocistych włosów, idealny nos. Przesuwam małym palcem po jego grzbiecie.
Świerzbi mnie, aby zacisnąć dłoń w pięść i go rozbić. Oczami wyobraźni widzę, jak krew ścieka w zagłębienie łuku Kupidyna, spływa po brodzie i wsiąka w kołnierz rozpiętego, zielonego surduta. Ale to nie jest odpowiedni moment. Jeszcze nie.
Od mojego nieszczęsnego wesela, które zakończyło się zaginięciem Emmetta i Lydii oraz zakuciem królowej Mor w łańcuchy, minęły prawie cztery miesiące. Kraj pogrążył się w chaosie po tym, jak wszystkie umowy z królową zostały zerwane.
Przez kilka pierwszych miesięcy naszego małżeństwa Bram niemal całkowicie mnie ignorował. Zostałam sama, uwięziona w Pałacu Kensington jedynie w towarzystwie moich dam dworu i starego psa Emmetta, Prosiaczka. Gdyby nie to, że budziłam się i zastawałam Brama śpiącego w moim łóżku, uznałabym, że całkiem zapomniał o moim istnieniu. Dochodziło do tego bardzo rzadko, na tyle rzadko, że pomyślałam, że będąc w stanie upojenia po ucztach, zgubił się i przez pomyłkę trafił do mojej sypialni. Jednak z czasem zaczęło dochodzić do tego coraz częściej, tak samo jak do tego, że szeptał moje imię przez sen. O świcie budziło mnie zwykle powtarzane w kółko „Ivy, Ivy, Ivy”.
To był jedyny sposób, w jaki dostrzegał moje istnienie.
Po czym kilka tygodni temu, pod koniec września, oznajmił, że na jesień przenosimy się do Bath, i poinstruował służące, aby spakowały moje rzeczy. Kilka dni później zajechaliśmy powozem pod naszą nową rezydencję, podczas gdy w drugim powozie znajdowała się cała masa kufrów (wszystkie w jasnoniebieskim kolorze z moją wytłoczoną w złocie nową królewską pieczęcią oczywiście).
Royal Crescent to perła architektury Bath. Ciąg trzydziestu tarasowych budynków w kształcie półksiężyca wzniesionych z jasnego wapienia, ozdobiony wspaniałymi kolumnami i rzeźbionymi fasadami, przed którym rozciąga się rozległy zielony trawnik. Pierwszym przedsięwzięciem była magiczna renowacja, w trakcie której zburzono ściany, dodano sekretne – i wcale nie aż takie sekretne – przejścia między budynkami, zmieniając Crescent we w pełni funkcjonalny zimowy pałac. To prawdziwy labirynt tajemnych korytarzy i sal balowych, pełen Innych wypoczywających w bogato zdobionych salonach.
Zamieszkaliśmy w One Royal Crescent w ostatnim budynku z najlepszym widokiem w mieście. Być może to przez wzgląd na mniejsze komnaty, a może Bram staje się coraz bardziej niefrasobliwy, ale jego wizyty stały się coraz częstsze. Przychodzi do mnie ze szklistym spojrzeniem o świcie albo po południu, albo wieczorami, kiedy słońce wisi już nisko – czyli wtedy kiedy kończą się jego krwawe uczty – i kładzie głowę na moich kolanach dla pociechy.
Jego oddech zwolnił, a ja wiem, że jest o krok od zaśnięcia. To właśnie w chwilach takich jak ta jest najmniej czujny.
– Jak oni się mają? – pytam cichym szeptem.
Jego brwi drgają w wyrazie niezadowolenia, a ja boję się, że przeciągnęłam strunę.
Chwilę później jego twarz się odpręża, a on wzdycha.
– Nie wiem, o co ci chodzi.
Jestem pewna, że Emmett i Lydia są w Pozaziemiu. Niby gdzie indziej mieliby być? Mimo moich starań, aby ich odnaleźć, w Anglii nie został po nich ślad.
Bram w ogóle nie przyjmuje do wiadomości faktu ich istnienia.
Wkrótce po naszym weselu kazał usunąć portrety Emmetta z Pałacu Kensington, a mnie nie wolno nawet wspominać o Lydii. Zupełnie tak, jakby chłopak, którego kocham, oraz moja siostra nigdy nie istnieli.
Krzyczę w myślach, ale nadal delikatnie przeczesuję dłońmi włosy Brama, aż w końcu jego oddech staje się płytki i miarowy, a ja mam pewność, że zasnął.
Gdy już śpi jak kamień, wstaję z łóżka, modląc się, aby przespał wieczorną zabawę.
Za drzwiami mojej sypialni panuje krzątanina. Służące rozpalają kominki w każdym z pokojów i podtrzymują ogień, aby zwalczyć październikowy ziąb. Lokaje biegają od pokoju do pokoju, by się upewnić, że wszystko na dzisiejszy wieczór jest perfekcyjnie przygotowane. W powietrzu unosi się posmak strachu. Robię, co w mojej mocy, aby ochronić służbę przed gniewem Brama, ale nikt nie chce popaść w jego niełaskę.
Przechodzę przez trzecie piętro na drugi koniec moich prywatnych komnat i pozwalam pokojówkom przebrać mnie w wieczorową suknię. Wśród nich jest Lottie, której znajoma twarz przynosi nieustającą pociechę. Jako wieloletnia przyjaciółka Emmetta jest jedną z nielicznych osób, z którymi mogę otwarcie rozmawiać. Czeka, trzymając w dłoni gorące żelazko do zakręcania włosów.
– Spóźniłaś się.
– Jestem królową. To wszyscy inni są za wcześnie.
Żart nie do końca się udaje, ale Lottie mimo wszystko parska niewesołym śmiechem.
– Jak się miewa król? – pyta, układając moje włosy.
– Śpi – rzucam lakonicznie. Zna mnie wystarczająco dobrze, aby nie naciskać dalej.
Zasznurowuje na mnie jasnozieloną suknię z mory, a na głowę wkłada mi tiarę. Jestem ubrana bardziej elegancko niż wtedy, gdy mieszkałam przy Belgrave Square, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to przebranie. Patrzę na siebie ponuro w lustrze i wypuszczam wstrzymywane w płucach powietrze.
Tunel prowadzący na ucztę jest ozdobiony tęczowymi serpentynami, które bez przerwy zaplątują mi się w tiarę. Emmy wyciąga rękę zza moich pleców i wyjmuje kolejną serpentynę.
– Będziesz wyglądała jak żyrandol.
– Nie zrobiłoby to im żadnej różnicy. Uznaliby, że to jakaś ludzka moda i na zabawę w przyszłym tygodniu założyliby kapelusze z krepiny.
Moje cztery damy dworu – Marion Thorne, Faith Fairchild, Olive Lisonbee i Emmy Ito – wcześniej rywalizowały ze mną o Brama, lecz od tamtej pory stały się dla mnie najbliższymi powierniczkami.
Wkraczamy na ucztę jako grupa. Sala balowa należy do Rhiona, najbliższego przyjaciela i doradcy Brama. Otrzymał dom obok naszego domu, co było jak najbardziej stosowne, jeśli wziąć pod uwagę jego pozycję na dworze. Podczas dworskich uczt zawsze jestem podenerwowana, ale dziś wieczorem moje zdenerwowanie sięga zenitu. Pojawi się na niej Aurelia Vallen, a ja mam w zanadrzu plan, który muszę wykonać.
Splatam dłonie za plecami, aby ukryć to, jak bardzo są spocone, i zerkam z niepokojem na Faith.
– Oddychaj – szepcze.
Coś mokrego wsiąka w mój jedwabny pantofel. Spoglądam w dół, modląc się, aby to był poncz. Podłoga jest już wymazana krwią. Dość wcześnie jak na taką noc, ale zerkam na środek sali, gdzie widzę grupkę ludzi o szklistych oczach kręcących się w kółko. Ich stopy są poranione do krwi od tańca. Nie mogę znieść sposobu, w jaki Olive nieruchomieje u mojego boku i chwyta mnie za dłoń dla dodania sobie otuchy. Jest przerażona i to moja wina. To przez wszystkie popełnione przeze mnie błędy, które umożliwiły Bramowi zdobycie tak wielkiej władzy.
Jest tu pogrążony w cieniu, ozdobiony więdnącymi gałęziami wiśni i woskowymi świecami wewnętrzny balkon, na którym przygrywa zespół na ludzkich i wróżkowych instrumentach. Dudnienie basowych bębnów przenika mnie aż do szpiku kości.
Na tych zabawach nie obowiązują żadne pozory przyzwoitości. Żadnych karnetów, przyzwoitek i mam próbujących swych sił na matrymonialnym rynku. Nie ma potrzeby wymykać się do najciemniejszych zakątków ogrodu, żeby móc się całować, kiedy w pełni akceptowalne jest przyparcie drugiej osoby do ściany na oczach wszystkich.
– Niczego nie pijcie – ostrzegam pozostałe dziewczęta.
– Nie martw się o nas. – Faith przewraca oczami. – Już to wiemy.
Inni uwielbiają tematy przewodnie, a dzisiejszym jest Dziki Gon.
Goście są ubrani w klasyczne angielskie stroje myśliwskie, czerwone kurtki i tweedy, zestawione z czymś, co musi być tradycyjnym ubiorem w Pozaziemiu, czyli z kutymi złotymi zbrojami i bogato zdobionymi zielonymi tunikami. Niektórzy założyli zwierzęce kostiumy, tworząc groteskową zbieraninę lisich masek, dziczych kłów i ogarów.
Mam na plecach kołczan pełen strzał, przypięty do gorsu sukni pasem ze szmaragdami na grubym złotym łańcuchu.
Marion szturcha mnie w bok.
– A oto i ona.
Pod ścianą po drugiej stronie gwarnej sali balowej stoi Aurelia Vallen, przyciskając do piersi złoty kielich. Wbija wzrok w podłogę, ale nie licząc naszej piątki, nikt nie zwraca na nią uwagi.
– Lepiej chodźmy teraz, zanim Bram się obudzi – mówię.
Olive nadal blednie na myśl o szpiegostwie, ale zachowuje zimną krew.
Aurelia Vallen jest drobniutka, niespotykanie niska jak na wróżkę. Ma złociste, sięgające pasa włosy i ogromne oczy w kolorze morskiej zieleni. Jest ubrana zgodnie z modą panującą na dworze Brama. Ma rozszerzane rękawy spływające do samej podłogi oraz dziwną mieszaninę elementów ludzkiego ubioru: częściowo widoczną krynolinę, pantofle nie do pary oraz czerwoną kurtkę łowiecką zawiązaną w talii. Aby wpasować się w temat przewodni wieczornej zabawy, założyła na głowę rogi.
– Jak miło cię widzieć, Aurelio – witam ją z uśmiechem. To nie jest moje przyjęcie, ale ponieważ jestem królową, zawsze oczekuje się ode mnie, że będę zachowywać się jak ktoś w rodzaju gospodyni.
– Zaproszenie od Rhiona to dla mnie prawdziwy zaszczyt, Wasza Wysokość.
Pochyla głowę w ukłonie, ale głos ma cienki i drżący.
Wyjmuję pusty kielich z jej ręki i podaję Marion, która zastępuje go pełnym.
– Jak się miewa twój mąż? – pytam.
Pax zalicza się do grona najbardziej zaufanych doradców Brama. Ze swoimi blond włosami i szyderczym wyrazem twarzy jest jedną z moich najmniej ulubionych osób.
– Ma się dobrze, Wasza Wysokość – odpowiada Aurelia, nie podnosząc wzroku.
Posyłam jej ciepły uśmiech.
– Proszę, te formalności są zbędne. Mam nadzieję, że uznasz nas wszystkie – robię pauzę, wskazując na pozostałe dziewczęta – za swoje przyjaciółki.
Na jej ustach pojawia się lekki uśmiech.
– Dziękuję, Wasza Wysokość.
Marion staje obok mnie i z wprawą przekierowuje temat rozmowy na ostatnią wizytę u modystki. Pozostałe dziewczyny przyłączają się do niej, rozprawiając o kompletowaniu nowej garderoby na zbliżające się zimne miesiące. Tak daleko na zachód od Londynu poranki bywają już lodowato zimne z powodu wiatrów wiejących znad pobliskiego morza, choć naprawdę zimno zrobi się dopiero za miesiąc lub dwa.
Wygląda na to, że Aurelia uspokaja się i odpręża podczas rozmów o nowych rękawiczkach i obszytych futrem pelerynach, a ja się delektuję. To wszystko część planu. Wieczorna zabawa to najnowszy krok w spisku, który opracowywałyśmy od miesięcy.
Niełatwo było znaleźć najsłabsze ogniwo na dworze Brama. Jego doradcy są mu niezachwianie wierni, a ich żony wydają się tak samo lojalne wobec swoich mężów. Nie mogłam powiedzieć niczego bez obawy, że dotrze to później do uszu Brama.
Ale Aurelia była inna. Na pierwszej uczcie, w której wzięłam udział, zobaczyłam, jak inne żony naśmiewają się z niej zza wachlarzy w kształcie owadzich skrzydeł. Potem jedna z nich celowo potknęła się o czubek swojego spiczastego buta i umazała ciastem suknię Aurelii. Miało to wyglądać na wypadek, ale wiedziałam, że wcale nim nie było.
Właśnie wtedy zaczęłyśmy układać plan. Najpierw Faith i Marion zaprosiły ją do siebie, podsuwając wskazówki, jak usunąć z jedwabiu plamy po maślanym kremie. Emmy zabrała ją na konną przejażdżkę. Ja wysłałam jej nowy szal, twierdząc, że nie pasował do niczego w mojej garderobie.
Dziś wieczorem nastąpi punkt kulminacyjny naszych wysiłków mających na celu sprawienie, by płochliwa Aurelia otworzyła się przed nami. Krążymy wokół niej jak stado sępów gotowych uderzyć w każdej chwili.
Nachylam się i od niechcenia poprawiam jej lekko przekrzywiony diamentowy naszyjnik.
– Chciałam zapytać, jak minęła ci podróż.
– Och, bardzo przyjemnie, Wasza Wysokość. – Upija łyk z kielicha. – Zaczarowali domy wzdłuż Royal Crescent tak, żeby były połączone, więc nawet nie musiałam wychodzić na zewnątrz.
– Moja droga, nie chodziło mi o twoją podróż na zabawę. – Uśmiecham się. – Tylko o podróż do Anglii z Pozaziemia.
Aurelia milknie jak królik schwytany w sidła, a mnie ogarnia przerażenie, że zaczęłam na nią naciskać zbyt szybko. Jednak chwilę później upija większy łyk i rozpromienia się w uśmiechu.
– Podróż do Anglii była wspaniała! Król Bram…
Nie wiadomo skąd zjawiają się dwaj strażnicy Brama i podnoszą Aurelię. Wydaje z siebie pełen przerażenia krzyk i wierzga stopami w butach nie do pary.
– Natychmiast ją odstawcie! – mówię stanowczo. – To rozkaz od waszej królowej.
Jednak strażnicy nawet na mnie nie patrzą.
Aurelia szlocha, gdy wywlekają ją z sali balowej.
– Tylko nie mów królowi, proszę. Nie chcę, żeby był na mnie zły. Będę grzeczna. Będę grzeczna. Będę grzeczna.
– Zostawcie ją – żądam, ale strażnicy zachowują się tak, jakbym była dla nich niewidzialna.
Krzyki Aurelii stają się niezrozumiałe, a błaganie ustępuje miejsca absolutnemu przerażeniu. Strażnicy nie zwracają na nią uwagi. Długo ją odciągają, a drzwi prowadzące do innego domu lub korytarza zamykają się z trzaskiem. Szarpię za klamkę, ale są zamknięte.
Szarpię za nią raz za razem, aż w końcu oczy zachodzą mi łzami frustracji. Emmy kładzie dłoń na moim ramieniu.
– Ivy, przestań. Robisz scenę.
Odsuwam się i wycieram oczy.
Teraz wiem już dwie rzeczy. Pierwsza: poniosłam porażkę w realizacji jedynego planu, jaki obmyśliłam, aby dowiedzieć się czegoś o Pozaziemiu, co miało być pierwszym krokiem do odzyskania Emmetta i Lydii. Druga: Bram i jego strażnicy obserwują mnie o wiele uważniej, niż zdawałam sobie sprawę.
W tym momencie cichnie muzyka. Goście zastygają w bezruchu.
Do środka wkracza Bram.
Bram chwyta mnie za ramię, przedzierając się przez tłum, po czym przyciąga mnie do siebie tak mocno, żeby zabolało.
– Myślałam, że chcesz odpocząć – mówię słodkim głosem.
Liczyłam na to. Czekałam na taką zabawę, w której Bram nie będzie chciał brać udziału z powodu zmęczenia, ale wygląda na to, że mój plan poszedł w diabły.
Bram patrzy na mnie z góry, a w jego szarych oczach kłębią się emocje.
– Stwierdziłem, że wolę być z tobą. Gdybym cię lepiej nie znał, obraziłbym się. To prawie tak, jakbyś mnie tu nie chciała.
Zachowuje neutralny wyraz twarzy i łagodny ton głosu, ale znam go na tyle, by wiedzieć, że pod powierzchnią tli się wściekłość. Wyczuwam ją w bolesnym nacisku na żebra, gdy przytula mnie do swego boku. Tłum mógłby pomyśleć, że po prostu jesteśmy zakochani. Bram puszcza mnie równie szybko, jak złapał.
Wchodzi na podwyższenie znajdujące się z przodu sali i gestem dłoni nakazuje mi, abym do niego dołączyła. Nie ma drugiego tronu, więc mam usiąść mu na kolanach albo stanąć za jego plecami.
Tęsknię za tamtym czasem, kiedy mogłam spojrzeć na drugą stronę sali balowej i pochwycić jego wzrok, a wtedy on posyłał mi dodający otuchy uśmiech.
Teraz wiem, że to było udawane, ale był w tym tak dobry, że równie dobrze mogło być prawdą. Dla mnie było prawdziwe.
Podchodzę do podwyższenia i całując go w policzek, upewniam się, że jego dworzanie patrzą. Jedną z najdziwniejszych rzeczy w Bramie jest to, że jego ciało nigdy nie jest ciepłe tak jak ciało człowieka. Skórę zawsze ma tej samej temperatury co otaczające go powietrze. Gdy muskam ustami jego skórę, mam wrażenie, jakbym całowała trupa.
Nie uśmiecha się, ale wyraz jego oczu łagodnieje, kiedy na mnie spogląda. Kosmyk jasnobrązowych, pojaśniałych od słońca włosów opada mu na czoło.
– Królu Bramie! – Jakaś nadludzko piękna kobieta ze srebrzystymi włosami zaplecionymi w skomplikowany warkocz doskakuje do niego. – Zatańcz ze mną!
– Jestem z Ivy – mówi cichym głosem Bram.
Kobieta uśmiecha się tak szeroko, że dosłownie mogę zajrzeć w głąb jej gardła.
– Nie znamy jej! Ona jest bez znaczenia!
Bram zstępuje z podwyższenia i podstawia jej nogę, przez co kobieta potyka się i upada na kolana na marmurową posadzkę. Chwyta garść jej włosów i szarpnięciem odsuwa jej głowę do tyłu, tak że teraz nieznajoma patrzy na mnie, wydając z siebie zbolały okrzyk.
– To twoja królowa – mówi lodowatym głosem. – Przeproś.
– Przepraszam – jąka się kobieta.
– Wasza Królewska Mość – poprawia ją Bram. – Przepraszasz Jej Królewską Mość.
– Przepraszam Waszą Królewską Mość – mówi piskliwym głosem kobieta.
Bram puszcza jej włosy niemal obojętnym ruchem dłoni.
Kobieta patrzy na mnie z pogardą, wstając na równe nogi, ale nie ma odwagi powiedzieć nic więcej, kiedy Bram jest w pobliżu. W mgnieniu oka zostaje pochwycona za łokieć i wciągnięta w korowód Innych tańczących w kołach. Patrzę na Brama, a on wyciąga serpentynę, która najwyraźniej zaplątała się w moją tiarę.
– Nie musiałeś tego robić – mówię.
– Oczywiście, że musiałem.
Otwieram usta. Znowu je zamykam. Nie wiem, co odrzec.
W chwilach takich jak ta łatwo byłoby sobie wyobrazić, że mu na mnie zależy. Wtedy jednak zauważam grupkę zaczarowanych ludzi oraz ich przemoczone od krwi stopy na środku sali balowej i wiem, że Bram nie jest zdolny do prawdziwej troski.
Łączy nas coś znacznie dziwniejszego i mroczniejszego: nie jest to troska i z całą pewnością nie jest to miłość.
– Powinnaś być ostrożniejsza.
Wyraz jego twarzy jest nieodgadniony, co mrozi mi krew w żyłach.
– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli.
Zaprzeczaj, zaprzeczaj, zaprzeczaj. To jedyne narzędzie, jakie mam w arsenale.
– Mam dla ciebie prezent. Powinien zjawić się tu jutro – mówi, nadal zimny i nieprzystępny.
Po chwili znika, dołączając do bawiącej się grupy złośliwych doradców.
Stojące po drugiej stronie sali Faith i Marion bezbłędnie robią to, co do nich należy. Stoją przy bankietowym stole, pogrążone w rozmowie z Rhionem. Plan z Aurelią spalił na panewce, ale to nie znaczy, że nasza praca już się skończyła.
– Wasza Królewska Mość.
Faith przywołuje mnie do nich gestem. Trudno jest wyczuć Rhiona, ale mam nadzieję, że Bram ucieszy się, gdy zobaczy, jak z nim rozmawiam. Jeśli mi się poszczęści, to może Rhion powie mu, jak bardzo jestem oddana i lojalna.
Gdy podchodzę, Rhion schyla głowę w ukłonie.
– Nie ma takiej potrzeby – mówię, śmiejąc się łagodnie. – Nie wtedy, gdy jesteśmy w waszym domu.
Wewnętrzna strona moich sięgających łokci rękawiczek jest mokra od potu. Przy Rhionie zawsze robię się nerwowa. Nie chodzi wyłącznie o jego przystojną twarz – krótko obcięte, czarne włosy, bladą jak księżyc skórę i intensywnie niebieskie oczy – tylko o sposób, w jaki się wysławia, tak jakby wszystko było żartem, jakby uznawał okrucieństwa na dworze Brama za coś niesamowicie śmiesznego.
Opieram dłoń o stół bankietowy dla równowagi, ale przez przypadek wsadzam ją prosto w przekrojony owoc granatu. Jego przypominające klejnoty pestki pękają pod moim ciężarem, przez co moja rękawiczka wygląda jak unurzana we krwi.
Fiona Devon i Althea Jones podchodzą do nas niespiesznie. Wyczuwam irytację Marion. Obie zadebiutowały z nami w ubiegłym roku. Althea, która zawarła umowę z królową o to, aby być piękniejsza, znów ma znajomo wyglądającą, lekko myszowatej urody twarz. Doszły mnie plotki, że jej mąż, baron Rousting, był wielce rozczarowany, gdy umowy królowej Mor stały się nieważne.
– Ivy! – wita mnie ciepło Althea. Potem oblewa się rumieńcem i poprawia: – To znaczy chciałam powiedzieć „Wasza Wysokość”.
W dalszym ciągu nie wiem, jak zachowywać się w towarzystwie osób, które znam przez całe życie. Mam ochotę wrzasnąć na Altheę i Fionę, żeby zabrały swoich świeżo upieczonych mężów i uciekały z tego dworu gdzie pieprz rośnie, ale brytyjska arystokracja podążyła za Bramem do Bath. Wydało jej się to całkiem modne, a ludzie nie są w stanie oprzeć się syreniemu śpiewowi większej magii, umów i nieludzko pięknych Innych.
– Jak ci się wiedzie? – pyta, całując mnie w oba policzki.
– Och, sama wiesz. Urządzanie nowego domu zawsze jest wyczerpujące – rzucam krótko. – Moi rodzice zostali w Londynie, a Bram, rzecz jasna, jest stale zajęty, więc nie miałam zbyt wiele pomocy.
– A gdzie podziewa się Emmett? – pyta lekkim tonem Fiona.
Krew odpływa mi z twarzy. Nie mogę o nim myśleć, nie tu i nie teraz.
– Nie ma go na dworze – odpowiadam wypranym z emocji tonem.
Tej samej odpowiedzi udziela Bram. Rozpuścił plotki, że Emmett zrzekł się swoich obowiązków księcia i spędza czas na piciu gdzieś w odległej, przytulnej posiadłości, uwodząc wszystkie mleczarki, jakie tylko napotka.
Tylko moje damy dworu znają prawdę o tym, że jest gdzieś więziony za to, że mnie pokochał. Albo martwy. Nawet nie biorę tej ewentualności pod uwagę.
– Nie do wiary, że najbardziej osławiony hulaka Wielkiej Brytanii przegapiłby okazję do uwiedzenia nowych zastępów pięknych panien na dworze – chichocze Fiona.
Althea marszczy brwi.
– Ze mną nigdy nie próbował. Czuję się lekko urażona.
– Pocałował mnie raz na bożonarodzeniowym występie chóralnym u lorda Gregory’ego.
– Co było potem? – pyta Althea, wstrzymując oddech.
Fiona wzrusza ramionami.
– Znudził się mną i zabrał się za pannę Tremaine. Nią też się znudził, a potem przyszła twoja kolej, Faith.
Faith unosi brwi.
– Coś w tym stylu – mówi napiętym głosem.
Pomieszczenie kołysze się lekko, a ja boję się, że zaraz zwymiotuję.
Rhion chwyta mnie za rękę, tę lepką od soku z granatu, i ciągnie.
– Chodź ze mną zobaczyć ogniska!
– Nie, wolałabym zostać.
Po katastrofie z Aurelią muszę zadbać o to, by Bram widział, jak odgrywam rolę oddanej, posłusznej żony, ale uścisk Rhiona jest mocny, a ja nie chcę zrobić sceny przez stawianie mu oporu. Jeśli mam być szczera, jestem nawet wdzięczna za możliwość opuszczenia Fiony i Althei i nieuczestniczenia w ich rozmowie o Emmetcie.
– Nonsens.
Rhion ujmuje mnie pod łokieć i razem opuszczamy salę balową, wychodząc na zimne nocne powietrze. Na wieczór owalny trawnik przed Royal Crescent został poddany całkowitej transformacji. Rozpalono na nim kilka ognisk, wśród których bawią się grupy wróżek i ludzi.
Niektórzy dworzanie pląsają, kręcąc się w kółkach, a inni odpoczywają na stosach aksamitnych poduszek w towarzystwie swoich ludzkich kompanów. Choć być może słowo „kompan” jest zbyt życzliwe. Bardziej pasuje „pupil”.
Wszystkim, co Emmett i ja chcieliśmy zrobić, było położenie kresu okrutnemu systemowi umów królowej Mor. Udało nam się osiągnąć cel, ale teraz, zamiast walczyć z jedną wróżką zawierająca umowy, mamy do czynienia z dziesiątkami. To zupełnie jak hydra z książek, które czytał mi ojciec. Odrąbałam jedną głowę, a na jej miejscu wyrosła kolejna setka.
Oszukiwanie ludzi przez wróżki, kuszenie ich do zawierania złych umów lub zmuszanie do udziału w niemożliwych do wygrania grach stało się codziennością. Co gorsza, ludzie byli przyzwyczajeni do kodeksu postępowania Mor. Zawierała swoje umowy z pewnym poczuciem honoru. Te nowe wróżki w ogóle go nie mają. Ich celem jest okrucieństwo.
Rhion zajmuje nam miejsca obok jednego z ognisk, gdzie uczestnicy grają w coś w rodzaju pijackiej gry. Wysoki blondyn rzuca złotą monetą. Gdy wypada orzeł, pije on. Gdy wypada reszka, pije siedzący obok niego człowiek. Za każdym razem wypada reszka, więc człowiek godzący się na udział w tej zaczarowanej grze jest zmuszony co chwila podnosić do ust swój kielich. Klęczy u stóp wróżki we łzach, błagając go, aby przestał. Powieki opadają mu na szkliste oczy i prawie traci przytomność. Wymiotuje, brudząc cały przód koszuli.
Pozostałe wróżki zanoszą się śmiechem, gdy mężczyzna błaga i bełkocze pod nosem.
Wyrywam monetę z ręki wróżki i ciskam ją w płomienie.
– Co to ma znaczyć?! – krzyczy gniewnym głosem mężczyzna.
– Co to ma znaczyć, Wasza Wysokość – poprawiam go.
Wrzeszczy dalej, ale nie zwracam na niego uwagi. Klękam, aby znaleźć się na wysokości pijanego człowieka, i szepczę:
– Wracaj do domu. Uciekaj stąd najdalej jak to tylko możliwe.
Resztkami sił podźwiga się na nogi i znika w ciemności.
Ale to tylko jeden człowiek i jeden koszmar. Wszędzie wokół mnie rozgrywają się podobne tortury. Jedno ognisko dalej grupka wróżek zaczęła grę, która – jak mi się wydaje – jest czymś w rodzaju kopii Dzikiego Gonu, czyli tematu przewodniego dzisiejszej zabawy. Domyślam się tego tylko dlatego, że wróżki co chwila krzyczą „Polowanie!” na całe gardło. W kręgu wokół ogniska gonią dziewczynę, która porusza się na czworakach z maską jelenia na twarzy.
Podchodzę do nich stanowczym krokiem, zbierając cały autorytet, jaki mam, i krzyczę:
– Dość tego!
Zachowują się tak, jakby wcale mnie nie widzieli. Omijają mnie w trakcie kolejnego okrążenia ogniska.
Schylam się i pomagam dziewczynie wstać. Ma drobną posturę, a jej ubłocona suknia jest w strzępach. Podejrzewam, że dziewczyna jest o kilka lat młodsza ode mnie.
– Idź do domu – mówię jej, tak jak tamtemu mężczyźnie. – Błagam cię.
Ubłoconymi rękami ciągnie za maskę. Wielkie otwory na oczy sprawiają, że przypomina czaszkę. Widać przez nie jej niebieskie zapłakane oczy.
– Nie mogę – lamentuje i ciągnie dalej. Dociera do mnie, że maska jest zaczarowana. Jakaś paskudna wróżka namówiła ją podstępem do tej gry. – Powiedział, że będę mogła dołączyć do dworu. – Czka. – Nie mogę nawet wrócić do domu. Rodzice dowiedzą się, gdzie byłam. Kto mnie teraz poślubi?
Odwracam się w stronę ognia.
– Zdejmijcie czar.
Nikt nie reaguje.
– To rozkaz. Zdejmijcie czar! – mówię głośniej.
Postawny mężczyzna, który zarzucił sobie dziecięcą sukienkę jak szal, beka, po czym patrzy na mnie.
– To zaklęcie Westcotta. Poszedł sobie. Pewnie śpi czy coś w tym stylu. Nie wiem.
Upija kolejny łyk z kielicha i wraca do przerwanej rozmowy.
Przez kilka miesięcy po naszym ślubie zastanawiałam się, dlaczego Bram trzyma mnie przy sobie. Po co zawracał sobie głowę, by zrobić ze mnie królową, skoro nie zamierza okazywać mi lojalności ani pozwalać uczestniczyć w wypełnianiu żadnych królewskich obowiązków?
Teraz podejrzewam, że zrobił to, ponieważ miał świadomość, że nigdy nie zdobędę szacunku jego dworu. Nawet ze swoim tytułem i pozycją jestem całkowicie bezsilna. I pewnie traktują mnie jak pośmiewisko.
Możliwe, że jestem wyłącznie pupilkiem Brama, a on rozkoszuje się sposobnością torturowania mnie w taki sam sposób, w jaki inne wróżki lubują się w swoich gierkach wokół ognisk. Trzyma mnie blisko, bo bawi go sprawianie mi cierpienia.
Albo to, albo czuje do mnie jakiegoś rodzaju przywiązanie, co jest mi jeszcze trudniej pojąć.
Ktoś ciągnie mnie za rękaw, więc odwracam się i widzę Rhiona. Na jego przystojnej twarzy maluje się dezorientacja.
Czuję bolesne ściskanie w żołądku. Dziś wieczorem miałam być idealna. Zamiast tego zrobiłam scenę, krzyczałam na dworzan Brama i okazałam jeszcze większą lojalność wobec naszych ludzkich poddanych.
– Moja pani, wygląda na to, że źle się czujesz. Pozwól, że odprowadzę cię do domu.
– Och – mówię słabym głosem. – Tak, dziękuję, Rhionie.
Pochylam się nad dziewczyną w masce i zniżam głos do szeptu.
– Przyjdź do mnie z samego rana. Razem znajdziemy Westcotta i zmusimy go, żeby złamał umowę.
Dziewczyna pociąga nosem, a Rhion odciąga mnie od niej.
Rzucam ostatnie spojrzenie na ognisko. Dziewczyna znów klęczy na czworakach, a wróżki ją gonią. Rogi jej maski odcinają się na tle płomieni. Nie wiem, jak inaczej jej pomóc. Jeszcze nigdy nie czułam się tak okropnie jak w tej chwili.
Rhion zostawia mnie u podnóża schodów mojego domu i całuje w oba policzki. Podobnie jak u Brama jego skóra ma tę samą temperaturę co otaczające nas chłodne powietrze.
– Przepraszam za dzisiejszy wieczór. – Staram się robić dobrą minę do złej gry. – Miałam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. W końcu ty i mój mąż jesteście sobie bardzo bliscy, a my jesteśmy sąsiadami.
Rhion się uśmiecha, cała jego twarz promienieje.
– Ja również bardzo bym tego chciał, Wasza Wysokość. Przyjdź do mnie rano z wizytą. Możemy omówić naszą świeżo nawiązaną przyjaźń podczas śniadania.
Śniadanie to dość wczesna pora jak na wróżkowego dworzanina. Większość z nich wstaje dopiero bliżej południa. Rhion faktycznie jest jedyny w swoim rodzaju.
– Będę zaszczycona – odpowiadam ze sztucznym uśmiechem.
– Jest tyle rzeczy, o których chciałbym z tobą porozmawiać, tak wiele ludzkich obyczajów, które chciałbym lepiej poznać. Przykładowo, czy to zupełnie normalne dla damy dworu, aby załatwiać sprawy w przebraniu?
– Że co proszę? – pytam, skonfundowana.
– Chodzi o jedną z twoich dwórek, tę rudą. Tę, która nosi się na zielono.
– Olive? – potwierdzam ostrożnie. Nie bardzo wiem, dokąd to zmierza, ale ścinające mnie od środka uczucie strachu mówi mi, że bardzo mi się to nie spodoba.
– Dlaczego wychodzi każdego ranka około jedenastej, ubrana w zgrzebną pelerynę i z twarzą owiniętą szalem, jak jakaś żebraczka? Czy to taka moda? Powinienem sobie taki sprawić?
– Z pewnością się mylisz. O jedenastej Olive jest w domu. Zwykle spotykamy się wtedy na lunch w Royal Crescent.
Rhion tylko wzrusza ramionami.
– Ach, ci ludzie! – mówi z emfazą. – Nigdy nie pojmę waszych zwyczajów! To cudowne, że mogę się o was tyle nauczyć.
Oszołomiona, wchodzę do pogrążonego w ciemności domu. Pokonuję marmurowy westybul i wspinam się po schodach. Służące nie zostawiły dla mnie ani jednej zapalonej lampy, więc prowadzą mnie wyłącznie blady blask księżyca i długie cienie. Rhion nie miał powodu, aby kłamać w sprawie Olive, ale byłabym głupia, gdybym próbowała doszukać się logiki w czynach jednego z dworzan Brama.
Pokonuję kolejne schody prowadzące na trzecie piętro, ale kiedy otwieram drzwi sypialni, znajduję za nimi pogrążoną w mroku bibliotekę ze spiralnymi schodkami.
Wzdycham. Pokoje bez przerwy się zmieniają. Nie wiem, czy to celowe działanie, czy coś poszło nie tak w zaklęciu użytym do połączenia ze sobą kamienic Royal Crescent.
Otwieram kolejne drzwi, a za nimi jest salon. Za następnymi znajduje się pokoik dziecięcy. Snop księżycowego światła pada na puste łóżeczko i starego konia na biegunach.
Trzeci pokój to prosto urządzona sypialnia. Pod ścianą stoją dwa osobne łóżka przykryte starannie wyprasowanym kocem. Na prostym stoliku obok znajdują się miska do mycia i dzban z białej jak kość porcelany. Pokój prawdopodobnie jest przeznaczony dla kogoś ze służby, ale jestem zbyt wyczerpana, żeby szukać dalej, więc opadam na szorstki koc przykrywający łóżko.
Prawie udaje mi się zasnąć, gdy zaskakuje mnie szmer czyjegoś oddechu.
– Kto tu jest?! – wołam.
Nikt nie odpowiada.
Na zewnątrz podmuch wiatru porusza uschniętymi liśćmi czepiającymi się kurczowo jesiennych gałęzi drzew.
Pod łóżkiem rozlega się łoskot.
Schylam się i zaglądam tam z sercem podchodzącym do gardła. Dostrzegam kulącego się Prosiaczka. Wygląda równie żałośnie jak ja, a jego ciałko drży ze strachu. Nie podoba mu się ten nowy, dziwny dom. Nie przepada też za wróżkami. Szczeka za każdym razem, gdy któraś z nich przechodzi obok moich drzwi.
Pewnie się zgubił, gdy pokoje zostały zamienione, i nie mógł znaleźć drogi powrotnej do moich komnat.
– Chodź tutaj – mówię łagodnie.
Zakopuje się pod kocem i zwija w kłębek u mojego boku. Głaszczę jego mały, włochaty łebek i pozwalam, aby łzy popłynęły mi po policzkach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby Emmett tu był, wiedziałby, co robić.
Tęsknię za nim tak bardzo, że to aż boli.
Jeśli Emmett i Lydia są w Pozaziemiu, tak jak podejrzewam, boję się, że powoli kończy mi się czas. Czy życie przecieka im przez palce w zastraszającym tempie, podczas gdy ja siedzę tu i planuję wszystko zbyt wolno? Jaki będzie pożytek z ratunku, skoro moja siostra będzie starą kobietą, gdy wreszcie zrealizuję swój plan? Czy to możliwe, że Emmett spędził już całe lata beze mnie? Czy jestem dla niego wyłącznie odległym wspomnieniem nieszczęsnej młodzieńczej miłości? Nie mogę poświęcać temu zbyt dużo myśli, w przeciwnym razie stracę nadzieję, a nadzieja to jedyne, co mam.
Przytulam Prosiaczka do piersi i razem stawiamy czoła kolejnej samotnej nocy.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Książę Emmett De Vere
Rozdział 1. Anglia, październik 1848
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
