Królowa Krwi - Ann Dove - ebook

Królowa Krwi ebook

Dove Ann

0,0

Opis

W świecie, gdzie magia miesza się z cieniem, nic nie jest tym, czym się wydaje.

Świat wampirów i ludzi pogrąża się w chaosie. Bezwzględne rządy Królowej Krwi niosą ze sobą jedynie śmierć i zniszczenie. Jedyną szansą na zaprowadzenie pokoju między zwaśnionymi rasami jest Ivar – potężny czystokrwisty, który wieki temu stracił wszystko, co kochał.

Jednak droga do odzyskania tronu i zjednoczenia nieśmiertelnych wymaga czegoś więcej niż brutalnej siły. Starożytne prawo jest nieubłagane: aby władać, Ivar musi mieć u swego boku królową.

Gdy z głębin jeziora wyławia tajemniczą czarownicę, czas staje w miejscu. Wampir jest przekonany, że los w końcu zwrócił mu jego utracone światło. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że kobieta, którą uratował, może stać się jego ostateczną zgubą. Ona jako jedyna jest zdolna doprowadzić do upadku wampira, który odważył się rzucić wyzwanie tyranii.

W tej grze o koronę i krew lojalność jest złudzeniem, a namiętność bywa najostrzejszym ostrzem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ANN DOVE

KRÓLOWAKRWI

Dynastia nocy tom I

Wydawnictwo SmokKraków2026

Dla wszystkich osób, które pragną wiecznej miłości

Szanowna czytelniczko, szanowny czytelniku – książka, którą masz przed sobą, jest osadzona w kilku punktach osiemnastego wieku. O ile moim staraniem było dążenie do jak największej poprawności pod względem historycznym, zaznaczam, że jest to książka fantasy i niektóre wydarzenia historyczne wplecione w powieść, które odbywają się w sporych od siebie odstępach czasowych (bestia z Gévaudan oraz erupcja wulkanu Laki), zostały do siebie zbliżone ze względu na ciągłość fabuły.

W książce pojawiają się lokalizacje faktycznie istniejące i te wymyślone na potrzeby książki. Niektóre fakty historyczne również nie pokrywają się z rzeczywistością: użycie kusz zostało oficjalnie zakazane w średniowieczu przez papieża Innocentego II, w tym uniwersum jednak łowcy weneccy mają zgodę kościoła na użycie owej broni w celu zwalczania demonicznego pomiotu, za jaki uważa się wampiry. Użycie mieczy w XVIII wieku jest tutaj celowe – popularne wówczas szpady nie stanowiłyby bowiem skutecznej broni w walce z krwiopijcami.

Miłej lektury!

Prolog

Są takie chwile w życiu, zwykle na pograniczu zasypiania lub wybudzania się, kiedy tkwimy zawieszeni w nieznanym nam miejscu, nie do końca pewni własnej tożsamości. Nasza świadomość, uwięziona w innym strzępie czasu, walczy o wydostanie się na zewnątrz – niczym bańka powietrza uwięziona w lodzie, który nagle stopniał, pędząca ku powierzchni. Jednak zanim ją pochwycimy, pęka i znika. Budzimy się do przypisanych nam ról, nie mogąc odnaleźć innego życia. Nie czujemy jednak z tego powodu żalu, ponieważ pozostaje ono poza naszą świadomością.

Do momentu, aż zostanie uwolniona kolejna bańka…

I. Tchnienie życia

Ivar

Zaniepokoił go ruch na idealnie gładkiej powierzchni wody. Ivar podszedł powoli do brzegu polodowcowego jeziora. Mrużąc oczy, spojrzał na zniekształcone odbicie gwiazd. Jego wzrok szybko odnalazł źródło niewielkich kręgów, które falowały na wodzie – pojedynczy bąbelek, a zaraz po nim kolejny. Włosy zjeżyły mu się na karku, gdy zdał sobie sprawę, że pod ciemną taflą znajduje się istota, która właśnie tonęła. Jego serce podskoczyło, gdy oznaki życia przestały wyłaniać się na powierzchnię. Mężczyzna odpiął pas z mieczem, rzucił go na ziemię, po czym prędko ściągnął z siebie koszulę. Nim toń wygładziła się, Ivar wzburzył ją raz jeszcze, rzucając się w jej głąb.

Natychmiast pochłonęły go zimne wody, które zamknęły się nad jego głową niczym szczęki potwora. Sięgnął do jego gardła, by skraść mu ofiarę. Kształt był nieruchomy jak posąg: biała perła wewnątrz ciemnej toni.

Głowa dziewczyny była zwrócona ku górze, a wstążki ciemnych, długich włosów powoli opadały wokół jej twarzy w kolorze kości słoniowej, gdy ciało tonęło. Wyciągała rękę ponad głowę, jakby chciała złapać pasmo światła gwiazd. Chwycił tę dłoń, próbując ją przyciągnąć, ale napotkał opór. Zupełnie jakby nogi niewiasty były przywiązane do niewidzialnej kotwicy, która bezlitośnie ciągnęła ją w kierunku dna. Ivar podpłynął bliżej do młodej kobiety, objął ją ramieniem i podzielił się z nią swoim oddechem. Przez chwilę miał wrażenie, że go przyjęła, bo jej usta poruszyły się. Pełen nadziei kopnął mocno nogami, sprawiając, że wyłonili się ponad taflę. Jego nadzieja prysła, gdy odkrył, że ona nie oddycha.

Prędko skierował się w stronę brzegu. Położył ją na twardym gruncie i zaczął przywracać do życia, podczas gdy w jego umyśle szalała burza. Uniósł dłoń nad jej głową, zmuszając wodę do opuszczenia płuc. Następnie położył rękę na klatce piersiowej kobiety i skupiając swą magię na krwi, kazał jej przepływać do serca, ale z jakiegoś powodu nie posłuchała tego polecenia. Nigdy wcześniej moc go nie zawiodła. Ivar przeklął, po czym wgryzł się we własny nadgarstek i pozwolił życiodajnej krwi kapać do ust dziewczyny.

Wydała z siebie nagłe sapnięcie, a w chwili, gdy jej oczy otworzyły się, jakaś dziwna energia przeszyła jego kręgosłup. Dziewczyna wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami w kolorze srebra, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie. Coś we wnętrzu wampira poruszyło się niczymzaspany, przeciągający się lew. Serce Ivara zaczęło walić niekontrolowanie i nie miało to nic wspólnego z faktem, że dziewczyna była zupełnie naga. Jej rysy twarzy, idealnie ukształtowane ciało, mleczna cera, nienaturalnie długie, ciemne włosy – to wszystko sprawiło, że przez moment odniósł wrażenie, jakby ktoś wrzucił go w studnię przeszłości, w której głębinę wpadał, odczuwając przyjemny stan nieważkości. Poczuł, jakby miał przed sobą dawno utraconą osobę, a nie czarownicę, na której dokonano samosądu poprzez utopienie.

Krzyk ostrzeżenia wyrwał go z zamyślenia i zmusił do działania. Mężczyzna przetoczył się, pociągając za sobą dziewczynę, na sekundę przed tym, jak bestia rzuciła się na miejsce, w którym chwilę wcześniej leżeli. Kobieta wylądowała na nim i natychmiast odepchnęła się od niego, z szokiem i przerażeniem wypisanymi na twarzy. Oboje poderwali się na nogi, zanim zaatakował kolejny potwór. Ivar dopadł swojego porzuconego pasa z bronią i wyciągnął sztylet. Obrócił się w samą porę, by zatrzymać ostrze, które miało odciąć mu głowę. Brzęk zderzających się broni był ogłuszający. Bez większego wysiłku odepchnął wroga, sprawiając, że tamten się potknął. Wykorzystując ten moment, wyciągnął miecz. Agresor nie był tak wysoki jak Ivar, ale atakował zaciekle. Na jego szyi i skroniach widoczne były ciemne żyły, a podarte ubranie było brudne i umazane zaschniętą krwią.

Niedawno przemieniony… – przemknęło mu przez myśl.

To wyjaśniało użycie broni zamiast kłów i pazurów: jakieś resztki człowieczeństwa pozostały w tym potworze. Napastnik odsunął się na chwilę, uniósł ostrze ponad głowę i natarł całym ciężarem ciała. Zamiast go zablokować, Ivar błyskawicznie wykonał obrót, unikając ciosu, po czym sieknął swoim ostrzem w kark bestii, odrąbując jej głowę od tyłu. Zanim zdążył sprawdzić, co z dziewczyną, trzy inne wampiry zaatakowały jednocześnie. Lekko zirytowany, wezwał swój ulubiony żywioł: woda buchnęła z jeziora, sprawiając, że atakujący zatrzymali się na krótką chwilę, zamierając w szoku. Przezroczysta kurtyna cieczy w okamgnieniu rozdzieliła się na sekcje, które zamieniły się w solidne włócznie, po czym spadły na wampiry. Lodowe pociski przebiły ciała potworów na wylot, unieruchamiając je. Wiedział jednak, że to nie wystarczy, by je zabić, więc kilkoma potężnymi uderzeniami ostrza pozbawił bestie głów.

– Ivarze! Jesteś cały?

Jego złotowłosy przyjaciel przedarł się przez krzaki ze szpadą w dłoni. Mężczyzna w odpowiedzi machnął ręką, zapewniając o tym, że nic mu nie jest. Zwycięzca szybko wrócił do miejsca, w którym zostawił nieznajomą, znacząc swoją ścieżkę krwią kapiącą z jego miecza. Gabriel podążył za nim, narzekając na gniazdo upadłych wampirów gdzieś w pobliżu.

Nie było jej nigdzie w zasięgu wzroku. Brakowało też jego koszuli – musiała ją zabrać, by zakryć swoją nagość.

– Widziałeś ją? – Odwrócił się i wbił wzrok w Gabriela.

– Kogo?

– Dziewczynę! Zostawiłem ją tutaj po tym, jak wyciągnąłem ją na wpółprzytomną z jeziora! Przysiągłbym, że…

– Nadchodzą! – Jego myśli zostały zburzone niczym domek z kart poprzez pojawienie się ich towarzyszki, która wyskoczyła z zarośli, unosząc w dłoniach krótki miecz. Krótkie, kręcone włosy oblepiały jej twarz, co świadczyło o tym, że i ona stoczyła niedawno walkę, która kosztowała ją sporo wysiłku.

– Do mnie! – krzyknął Ivar i wszyscy przyjęli postawę obronną.

– Gabrielu, tarcza, jeśliś łaskaw – zwrócił się do kompana, decydując się na użycie żywiołu, który lubił najmniej. Jego brat krwi ledwo zdążył wykonać polecenie, gdy pierścień ognia wyrósł z ziemi wokół nich, a potem eksplodował na zewnątrz, powalając atakujące bestie. Smród spalonych ciał wypełnił powietrze. Ivar i Chiara podeszli do wampirów, które przeżyły atak, i ścięli im głowy, podczas gdy Gabriel użył własnej ognistej magii, by spopielić resztę ocalałych. Nie lubił brudzić sobie rąk.

– Wygląda na to, że zebrali się wokół tego jeziora – oznajmiła Chiara, wycierając swoje ostrze chusteczką. Była lekko zdyszana, a czoło Gabriela zrosił pot. Jedynie Ivar nie wykazywał żadnych oznak zmęczenia, mimo że chwilę wcześniej użył potężnego zaklęcia.

– W tym jeziorze była dziewczyna. Umknęła, gdy nas zaatakowano – mruknął, próbując uspokoić myśli po bitwie. Jego towarzysze wymienili zaskoczone spojrzenia.

– Myślisz, że była jedną z nich? – Chiara podniosła wzrok w stronę swego pana.

– Nie wyglądała jak draugar… – Ivar potrząsnął głową.

– Być może sama została niedawno przemieniona – rzucił Gabriel, wzruszając ramionami.

– Ona oddychała jak śmiertelnik – odparł Ivar, próbując zwalczyć niewytłumaczalne uczucie irytacji. Przecież to niemożliwe, że teraz, kiedy ją odnalazł, ona tak po prostu mu uciekła…

– W takim razie może to była wampirzyca wyższego stanu – stwierdziła Chiara.

– Czy oni naprawdę myśleli, że banda nieokrzesanych wampirów pokona czystokrwistego?! – Gabriel prychnął, po czym schował szpadę, którą nikogo nawet nie tknął.

– Niemniej jednak powinniśmy znaleźć i przesłuchać tę kobietę. A co, jeśli jest w zmowie z jakimś przywódcą klanu i to był jej pomysł na zdobycie czystej krwi? – dodał szybko.

– Naprawdę myślisz, że zaryzykowaliby bezpośredni atak? – zapytała Chiara, unosząc ciemne brwi. – Upadłe wampiry nie rozróżniają przyjaciela i wroga, szukają tylko krwi. Nawet szalona królowa nie posunęłaby się do czegoś takiego!

– A skąd możesz wiedzieć, do czego ona jest zdolna? – Gabriel obrzucił kobietę spojrzeniem wypełnionym pogardą. Jej zaciśnięte usta były jedyną oznaką tego, że nie zgadzała się ze swoim stwórcą.

– Przeszukamy las, by znaleźć tego, kto stworzył tych draugar. Jeśli to była pułapka, muszą być w pobliżu – powiedział spokojnie Ivar, kręcąc głową. Nie miał zamiaru dzielić się z nimi swoimi domysłami. Jeszcze nie. Najpierw musiał się upewnić. Zaraz po zakończeniu bitwy nasłuchiwał jakichkolwiek dźwięków, które mogłyby ją zdradzić, ale jego uszy niczego takiego nie wyłapały… Musiała uciec dość daleko. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że przed nim nie da się uciec.

Rozkazał Gabrielowi ruszyć na północ, a Chiarze na zachód, podczas gdy sam śledził jej zapach. Chciał porozmawiać z nią na osobności. Jej woń przeplatała się z odorem upadłego wampira, którego ciało najwyraźniej zaczęło już gnić. Serce zabiło mu żywiej, gdy w jego nozdrza uderzył dym i wkrótce dotarł do czarnej plamy wypalonej ziemi. Czystokrwisty przyklęknął i dotknął miejsca, w którym popiół miał nieco inny kolor.

Spopielony krwiopijca… – Poczuł lekkie oszołomienie i przyjemny zawrót głowy, gdy to do niego dotarło. Podmuch ognia musiał być potężny, a jego temperatura niesłychanie wysoka, by spowodować takie zniszczenia. Nawet Gabriel nie był w stanie stworzyć takiego płomienia. To zaś potwierdzało jego przypuszczenia i Ivar poczuł entuzjazm przyjemnie buzujący pod skórą – coś, czego nie czuł od dekad. Niestety swąd spalenizny całkowicie pochłonął jej zapach, uniemożliwiając mu podążanie jej tropem.

– Mój królu! Musisz to zobaczyć!

Choć Chiara znajdowała się w sporej odległości od Ivara, wampirzy słuch pozwolił mu łatwo zlokalizować, gdzie się znajdowała. Wspiął się na wapienną skałę, na której przysiadła, chcąc wyśledzić z góry, dokąd zmierza dziewczyna. Gdy tylko znalazł się ponad koronami drzew, oczarował go widok kolorowych wstęg światła w różnych odcieniach fioletu, różu, czerwieni i zieleni przemykających po niebie.

– Co to takiego? – Wampirzyca odwróciła się w stronę swojego pana, wyraźnie wstrząśnięta.

– Zorza polarna… – odpowiedział szeptem, ledwo wierząc własnym oczom. Ivar został nagle zalany wspomnieniami z poprzedniego życia.

– Nie wiedziałam, że można je tu zobaczyć.

– Przyznam szczerze, że to bardzo nietypowe – odezwał się czystokrwisty. – Choć nie całkiem niemożliwe. Słyszałem relacje innych wampirów, które widziały zorzę polarną we Francji. Było to jednak na północy kraju, nie tutaj.

– Zawsze uważałam, że tęcze są piękne, ale to po prostu zapiera dech w piersi – przyznała wampirzyca, podziwiając spektakl na niebie. Serce Ivara ścisnęło się boleśnie, gdy dotarło do niego, że Chiara nie widziała światła słonecznego i tęczy odkąd ją przemieniono – od ponad siedemdziesięciu lat.

– Tak, to prawda – przyznał, zanurzając się we własnych wspomnieniach, tym razem jednak bez poczucia przytłaczającej beznadziejności.

Ivar zarządził odwrót, ku wielkiemu niezadowoleniu Gabriela, który upierał się, że dziewczyna jest szpiegiem Królowej Krwi i z pewnością zastawiła na nich pułapkę. Czystokrwisty nie miał ochoty tłumaczyć mu swoich domysłów. Jeszcze nie w tamtej chwili.

Dam ci trochę wolności, moja mała złodziejko, bo jak wpadniesz w moje ręce, to się już nie uwolnisz – pomyślał z rozbawieniem, spoglądając ostatni raz w stronę jeziora, w którym znalazł swoje serce.

Interludium

Dawno, dawno temu, na skraju lasu żyła sobie czarownica. Nie była ani młoda, ani stara, ani piękna, ani paskudna. Las żywił ją i dbał o nią, a ona wykorzystywała swoją moc, by zwalczać pasożytujące w nim szkodniki, które go niszczyły. Jej dom był wielki i pachnący – smukłe pnie drzew, zdające się podtrzymywać strop nieba, były niczym kolumny w sali balowej. Dywany ze szmaragdowego mchu ścieliły się pod stopami, a krzewy były obwieszone drogocennymi leśnymi darami, które osładzały posiłki. Jej łazience nie dorównywały nawet antyczne miejskie łaźnie – turkusowe jezioro, do którego spływał huczący wodospad, stanowił wannę, jakiej nie posiadali nawet najzamożniejsi królowie. Gdy nadciągała zimniejsza pora roku, czarownica wycofywała się do swej pieczary, gdzie naturalny komin skalny odprowadzał opary ogniska ogrzewającego ją w najchłodniejsze dni.

Zbytki nowoczesnego życia czasem ją kusiły, wobec czego wymieniała skóry z upolowanych zwierząt na luksusowe produkty jak masło, mleko czy mydło. Im dłużej obcowała z mieszkańcami pobliskiej wioski, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że życie w dziczy jest dla niej całkowicie wystarczające. Nie chodziło jedynie o nieufność ludzi, ale głównie o ich odrzucający, kwaśny fetor… Bogatsi usiłowali go maskować perfumami, jednak smród zawsze pozostawał wyczuwalny pod warstewką innych, przyjemniejszych zapachów.

Czarownica wiodła spokojne, szczęśliwe życie. Co jakiś czas powracało jednak dziwne uczucie pustki, którego nie dało się zapełnić jedzeniem. Dopiero gdy do jej lasu napatoczyła się banda głośnych, nieokrzesanych ludzi, zrozumiała, czym ona jest…

II. Czarownica

Najdziwniejsze w strachu jest to, że trudno go odróżnić od podniecenia. Objawy są niemal takie same: przyspieszony puls, spocone dłonie, rozszerzone źrenice, a w przypadku czarownic namacalny przypływ ich mocy, który odstrasza wszystkie żywe stworzenia. Jego to bynajmniej nie odpychało. Och, wręcz przeciwnie – jej pobudzenie zintensyfikowało kobiecy zapach, sprawiając, że prawie stracił panowanie nad sobą.

Nie miał zamiaru straszyć dziewczyny, a jedynie ją obserwować, tak jak robił to wiele razy wcześniej. Lubił patrzeć, jak wykonuje swoje codzienne obowiązki: zastawia pułapki i wyciąga zdobycze, które udało się schwytać; jak drzemie w swoim hamaku rozciągniętym wysoko między drzewami.

Większość dnia młoda kobieta spędzała na polowaniu, a latem również na zbieraniu ziół i leśnych owoców oraz grzybów. Do pobliskiego miasteczka chodziła bardzo rzadko, jedynie wtedy, gdy zmuszały ją do tego okoliczności – zwykle po to, by przehandlować skóry na broń lub ubranie. Nie przychodziło jej to łatwo, bo w opinii ludzi kobieta mieszkająca samotnie w lesie to z pewnością czarownica. Cóż, w pewnym sensie mieli rację – sam był świadkiem tego, jak potężną magią władała, ale on nienawidził tego określenia w stosunku do płci pięknej.

Był przekonany, że znowu ją stracił, gdy na kilka miesięcy przepadła bez wieści. Gdy tylko ponownie pojawiła się w lesie postanowił, że już nigdy więcej nie spuści jej z oczu.

Kusiło go, by się ujawnić i z nią porozmawiać, ale wiedział, że musi być ostrożny, by i tym razem mu się nie wymknęła. Tej nocy był jednak nieuważny – przyspieszone bicie serca czarownicy świadczyło o tym, że wyczuła jego obecność. Być może zdradził go zmrożony śnieg chrupiący pod stopami – pozostałości po powoli odchodzącej zimie. Skoro już tak się stało, to równie dobrze mógł wyjść z cienia. Łowca zauważył lekką zmianę w jej chodzie i zatrzymał się. Sztywna postawa kobiety była jedyną oznaką tego, co miało się wydarzyć. Miał mniej niż jedno uderzenie serca, by uskoczyć za drzewo i uniknąć potężnego, ognistego podmuchu, który spalił ziemię, osmalił pnie iglastych drzew i spopielił ich niższe gałęzie. Tarcza, którą stworzył wokół siebie, wytrzymała, ale musiał w nią włożyć sporo energii. Jego serce przyspieszyło, ale nie było to spowodowane strachem, choć potencjalnie mogła zmieść go z powierzchni ziemi w okamgnieniu.

Pani Jeziora włada ogniem niczym smok. Kto by pomyślał? – Usta łowcy rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

Odważył się na nią zerknąć zza drzewa, o które się opierał, i zauważył jej skonsternowaną minę. Czarne brwi kobiety były ściągnięte, a usta wygięte, jakby w niezadowoleniu. Odrzuciła na bok ciemny warkocz, lustrując uważnie okolicę. Najwidoczniej nie była pewna, czy udało jej się trafić w cel. Rozumiał jej tok myślenia: żadna żywa istota nie poruszała się tak szybko jak on, by uniknąć tamtego ataku. Z drugiej strony trudno było wywnioskować z ilości popiołu, który został na ziemi, czy cel został zneutralizowany, czy nie, bo podmuch, którego użyła, był zbyt gwałtowny i rozniósł cząsteczki wszędzie wokół. Łowca kazał swojemu sercu zwolnić i użył magii, aby wysłać delikatny powiew wiatru wśród koron drzew. Ku jego uldze, nocne ptaki podjęły na nowo swoje pieśni, a szelest suchych liści wskazywał na to, że małe zwierzęta wznowiły swoją aktywność. Uspokojona nieco czarownica rozejrzała się po raz ostatni i odwróciła się.

A potem nagle zerwała się do biegu niczym młoda sarna. Ivar zaklął pod nosem i ruszył za nią.

~*~

Czrownica

– Stój!

Jego krzyk wywołał zastrzyk adrenaliny i dziewczyna przyspieszyła kroku, przedzierając się przez zarośla. Czarownica doskonale wiedziała, dokąd zmierza – las był jej domem przez kilka ostatnich miesięcy i potrafiła poruszać się po nim z zawiązanymi oczami. Wykonała gwałtowny zwrot, by zdezorientować prześladowcę.

Wtem z jej gardła wydarł się okrzyk zaskoczenia i zamarła, wpatrując się w ostrze blokujące jej drogę. Czubek miecza tkwił głęboko w pniu drzewa, kilka centymetrów przed jej twarzą. Ciemnowłosa odwróciła się prędko, przezwyciężając szok, tylko po to, by stanąć twarzą w twarz ze swoim prześladowcą. Krew odpłynęła jej z głowy na jego widok. Wyglądał jak bóg albo gigant wyrwany z nordyckiej sagi. Jego długie jasne włosy wydawały się niemalże białe w świetle księżyca. A jego twarz… Serce ścisnęło jej się boleśnie, a ciepło zalało brzuch. Jego rysy wyglądały, jakby zostały wyrzeźbione przez artystę, którego celem było odtworzenie mściwego anioła – pięknego i przerażającego.

Wyjęła nóż, który miała wetknięty za pasek, i bez zbędnych ceregieli rzuciła nim, celując prosto w jego oko. Liczyła, że uchyli się i na moment zdekoncentruje. Ta chwila wystarczyłaby jej, by czmychnąć ku urwisku.

Ku jej absolutnemu zaskoczeniu, prześladowca po prostu odbił nóż w powietrzu swoim sztyletem, który wyciągnął nie wiedzieć kiedy. Ani na chwilę nie spuścił z niej wzroku. Nie doceniła go, a niedocenianie przeciwnika zawsze kończyło się źle. Zanim zdążyła choćby pomyśleć o dalszej ucieczce, zmaterializował się przed nią. Sapnęła z przerażenia i instynktownie cofnęła się, a jej plecy uderzyły o pień drzewa. W okamgnieniu jej dłonie znalazły się nad głową. Jedną ręką przytrzymał je w miejscu, a w drugiej uniósł sztylet, celując w jej uwięzione nadgarstki. Zacisnęła zęby, przygotowując się na ból.

O dziwo, ten nie nadszedł. Jedynym dyskomfortem, jaki poczuła, był ucisk, i szybko zdała sobie sprawę, że drań unieruchomił jej ręce – rękawy były przybite sztyletem do drzewa! Oparł dłonie na pniu po obu jej stronach, a zwycięski uśmiech rozciągał jego usta. Serce galopowało czarownicy w piersi jak rozpędzony koń.

– Teraz możemy spokojnie porozmawiać.

– Naprawdę sądzisz, że przygwożdżenie mnie do drzewa to najlepszy sposób na rozpoczęcie konwersacji?!

– Nie chciałaś się zatrzymać.

– Gonił mnie przerośnięty samiec o nieznanych intencjach! Każda kobieta by uciekała!

– Nie mam w zwyczaju gonić za kobietami. Są subtelniejsze sposoby na pozyskanie ich uwagi i sprawienie, by same do mnie przyszły… – Zaśmiał się cicho.

Mężczyzna wydawał się niezwykle rozbawiony zaistniałą sytuacją, co tylko jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Jej policzki płonęły ze złości, a skóra głowy mrowiła. Zachowywał się jak kot bawiący się myszą!

Przeklęty krwiopijca! Myśli, że świat się kręci wokół niego! – Przemknęło jej przez głowę, że wypadałoby mu utrzeć nosa.

– Jakoś ci ze mną nie wyszło, bo domyślam się, że to nie pierwszy raz, kiedy mnie śledziłeś.

Wiedziała, że prędzej czy później kłusownictwo skończy się źle. Nie miała jednak wyboru.

Jego kształtne usta rozciągnęły się w drapieżnym uśmiechu.

– Gdybyś się zatrzymała, to być może udałoby mi się przekonać cię, żebyś sama do mnie przyszła. A tak muszę się zniżać do barbarzyńskich obyczajów naszych przodków. Choć niektóre kobiety uważają, że bycie uprowadzoną jest niesamowicie romantyczne.

– Kobiety? Chyba chciałeś powiedzieć bezrozumne istotki, których istnienie kręci się wokół sukienek, biżuterii i planowania dnia swojego ślubu!

Odpowiedział jej tylko śmiech.

– Czego ode mnie chcesz?! – warknęła.

~*~

Ivar

Kącik jego ust uniósł się w górę – nie mógł nic na to poradzić. Przyprawiała go o zawrót głowy. Ivar czuł się jak nastolatek, którym rządzą hormony, gdy był tak blisko niej po raz pierwszy od wyciągnięcia jej z jeziora. Z trudem przełknął ślinę, czując suchość w gardle, nagle przytłoczony jej bliskością. Bicie jej serca sprawiało, że rozkoszne dreszcze rozchodziły się wzdłuż jego kręgosłupa. Trudno było mu się skoncentrować, gdy jej krew energicznie przepływała w żyłach, intensyfikując jej zapach. Pulsowanie głównej tętnicy na jej szczupłej szyi było niemal jak zaproszenie. Ivar zdał sobie sprawę, że nie chce zatopić w niej kłów – chciał ją pocałować, przycisnąć do tego drzewa tak, by nie było między nimi ani centymetra i zatopić się w niej w takt jej serca…

Boże, minęło tak wiele czasu, od kiedy ostatni raz to czuł! Przytłoczyła go tęsknota mieszająca się z pożądaniem.

– Powiedz mi, jak masz na imię, moja mała złodziejko – powiedział, patrząc jej w oczy.

– Uwolnij mnie, to może ci powiem – odparła, unosząc brew.

– Oboje wiemy, że rzucisz się do ucieczki, gdy tylko wyjmę ten sztylet z drzewa. – Ivar nachylił się ku niej, a jego głos przeszedł w niski pomruk. Dziewczyna przygryzła wargę. Fala gorąca przetoczyła się po jego ciele, kradnąc mu oddech. Wbił wzrok w jej usta jak zahipnotyzowany, czując nagłą potrzebę, by jej posmakować.

Opanuj się! – nakazał sobie twardo.

Czarownica musiała to wyczuć, bo wyraźnie zbladła. Jej brawura wyparowała jak lód wrzucony do ognia.

– Czego ode mnie chcesz? – powtórzyła swoje pytanie z wyraźnym przejęciem.

Och, absolutnie wszystkiego, ale jeszcze nie czas na to. – Uśmiechnął się do swoich myśli.

– Na początek chciałbym poznać twoje imię. W przeciwnym razie będę skłonny uwierzyć, że jesteś mityczną Panią Jeziora, która wabi pięknych chłopców do głębokich wód, by pożreć ich dusze.

– Och, a ty się uważasz za chłopca, wampirze? – wymówiła to określenie niczym przekleństwo. Wiedziała więc, kim jest, a mimo to nadal mu się przeciwstawiała. To sprawiło, że miał ochotę wybuchnąć śmiechem.

– Przestałem być chłopcem wieki temu, moja złodziejko.

– Nie masz prawa mnie tak nazywać!

– Oczywiście, że mam do tego prawo. Ukradłaś mi coś. – Jego wzrok padł na koszulę, wystającą spod jej rozpiętego płaszcza. Policzki czarownicy zarumieniły się, gdy najwyraźniej uświadomiła sobie, że wciąż nosi ubranie, które skradła w noc ich pierwszego spotkania. Kobieta ponownie przygryzła wargę, a Ivar ledwo powstrzymał jęk frustracji na ten widok.

– Przestań… – wyszeptał, a ona zamrugała, wyraźnie zdezorientowana. Jego kciuk musnął jej dolną wargę, wysuwając ją spomiędzy zębów. Dziewczyna zamarła w bezruchu i przez chwilę wyglądała, jakby miała zemdleć z przerażenia. A jednak uparcie odmawiała odpowiedzi na najprostsze pytania. Miał ich tak wiele… Przesłuchanie jej wydawało się jednak zadaniem niewykonalnym – Ivar spotykał muły mniej uparte niż ona.

– Oddychaj, dziewczyno! – nakazał tonem człowieka przyzwyczajonego do wydawania rozkazów.

– Powiesz mi w końcu, czego ode mnie chcesz i skończysz z tym?! – warknęła na niego, próbując ukryć swoją chwilową słabość.

– Chciałbym, żebyś udała się ze mną do mojego domu. Tutaj nie jesteś bezpieczna.

Wiedźma prychnęła z pogardą.

– A z tobą niby będę?! Wierz mi, wiem, jakie zagrożenia na mnie czyhają tutaj i wolę to po stokroć, niż stanie się pożywką dla krwiopijcy!

– Już ci mówiłem: to kobiety przychodzą do mnie. Nie mam potrzeby ich do niczego zmuszać.

Złodziejka prychnęła tylko w odpowiedzi.

– Zabijanie drapieżników, które błąkają się po tym lesie to dziecinna igraszka w porównaniu z przeciwstawieniem się niebezpieczeństwu, które mam na myśli. Wyszkolona grupa łowców czarownic przybyła niedawno do Francji. To kwestia czasu, kiedy zaczną przeczesywać te tereny, a ty przez swoje nietypowe zwyczaje już dawno zostałaś uznana za czarownicę przez lokalnych wieśniaków.

– Jakoś do tej pory żaden z nich mi nie zagrażał pomimo ich jawnej niechęci!

Teraz to on prychnął.

– Nie mówię o chłopach, którym zamarzyło się zostać rycerzami, choć jedyna broń, jaką mieli w dłoniach, to widły. Ludzie, których mam na myśli, nie tylko są szkolonymi żołnierzami, ale w ich szeregach znajdują się magowie.

Zamrugała nerwowo, słysząc tę informację.

– Dam sobie radę! – wycedziła w końcu przez zęby.

Na jej twarzy wypisany był bunt. To było urocze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że mógł z łatwością pozbawić ją przytomności i zabrać ze sobą, zamiast próbować dojść z nią do porozumienia. Nie byłaby w stanie zrobić absolutnie niczego, by go powstrzymać. Ten pomysł wydał mu się nagle niezwykle kuszący.

– A co, jeśli grzecznie poproszę? – Rzucił jej figlarny uśmiech.

– Przezabawne! – Wbiła w niego lodowate spojrzenie, jednak dreszcz, który nią wstrząsnął, był nie do ukrycia: ekscytował ją tak samo jak ona jego.

– Zatem znowu zmuszasz mnie do barbarzyńskiego zachowania. – Wyjął gwałtownie sztylet. Nagle uwolniona, złodziejka opadła na niego, a jej dłonie wsparły się na jego torsie. Ich oczy spotkały się i odniósł wrażenie, że piorun przeszył jego kręgosłup. Przez chwilę podejrzewał, że to sprawka kobiety, ale jej oddech przyspieszył, a oczy rozszerzyły się w wyraźnym zaskoczeniu. Ona też to poczuła. Spoglądali na siebie, a ich serca galopowały w pozornie zsynchronizowanym rytmie. W końcu zamrugała i przełknęła ciężko ślinę, po czym odsunęła się od niego, z wyraźnym zamiarem ucieczki.

Co to, to nie!

Szarpnął ją ku sobie i przykucnął nagle, po czym przerzucił ją sobie przez ramię. Ruszył przed siebie z taką prędkością, że pęd powietrza na moment sprawił, iż czarownica nie mogła wykrztusić z siebie słowa.

Zdołała jednak się opamiętać, bo po chwili poczuł mocne uderzenie w okolicy lędźwi – trochę niżej i trafiłaby w nerkę, a to bolałoby znacznie bardziej. Kto wie, może nawet wówczas poluzowałby uścisk.

– Trzeba było tego nie robić, moja złodziejko. – Przystanął na moment i skupił się na żywiole wody, który wypełniał jej ciało, po czym zmusił krew do spowolnienia przepływu.

Kiedy miał absolutną pewność, że faktycznie zapadła w stan niebytu, a nie tylko udawała, Ivar zdjął ją z barku i wziął w ramiona, przyglądając się przez chwilę jej rysom twarzy rozluźnionym przez sen. Rozkoszował się tą chwilą, choć wiedział, że będzie miał jeszcze sporo czasu, by nasycić nią wzrok.

Florencja, maj 1612 Miłości moja,

Gdyby ktoś mi powiedział, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, zanim Cię spotkałem, to wyśmiałbym go bezlitośnie. Teraz wyśmiewam tych, którzy wątpią w istnienie tego zjawiska, bo sam go doświadczyłem w możliwie najcudowniejszy i najbardziej bolesny sposób… To było tak, jakbym przebywał pod wodą przez większość istnienia, jak gdyby moje zmysły odbierały świat, ale wszystko wydawało się przytłumione… Kiedy wbiłaś we mnie swoje szare oczy wypełnione nieufnością (ale też i zaciekawieniem), poczułem, jakbym się powoli wyłaniał ku powierzchni: wzrok nagle zaczął się wyostrzać, uszy wyczuliły, a skóra odbierała bodźce dotykowe z niezwykłą mocą. Tęsknota, tak samo żarliwa jak pożądanie, a jednocześnie o wiele głębsza, bo sięgająca poza cielesne zmysły, niemal doprowadziła mnie wtedy do szaleństwa. Pamiętam doskonale, że gdy pierwszy raz nasze usta się zetknęły – kiedy byłaś dla mnie wciąż kompletnie obcą osobą (a jednak w głębi duszy wiedziałem, że nie do końca tak jest, bo moje serce Cię znało) – poczułem, jakby uderzył we mnie piorun. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to faktycznie uderzył on w okolicy chaty. Mogłem się wówczas jedynie domyślać, co to oznacza…Moja pamięć jest wciąż potargana niczym stare pergaminy nadgryzione zębem czasu. Mimo to usiłuję stworzyć z nich całość. Wiem, że po to się właśnie przebudziłem, by Cię odnaleźć. A kiedy to zrobię, odzyskam na nowo swoje zmysły i serce.Na zawsze Twój,Ivar

III. Raven

Śniła o swoim lesie, zupełnie jakby jej umysł już tęsknił za tym, co było.

Udało jej się ukraść trochę ubrań, które suszyły się rozciągnięte na sznurach między domostwami, po czym wróciła do puszczy – wioska przytłoczyła ją nadmiarem hałasów i zapachów. Tam, zaraz po zmierzchu, wdrapała się na drzewo i przewiązała skradzionym prześcieradłem dwie gałęzie, tworząc sobie prowizoryczne legowisko, z dala od polujących w dole drapieżników. Nauczyła się zbierać jadalne owoce, grzyby i łapać pomniejszą zwierzynę – a może zawsze umiała to robić?

Jej dom troszczył się o nią, a jak się niebawem okazało, nie tylko ona szukała w nim schronienia. Kobieta odmierzała swoje dni wschodami i zachodami słońca. Nie posiadając takich rzeczy jak zegarek czy kalendarz, trudno było określić, jak wiele czasu upłynęło od jej przebudzenia w jeziorze. Pewnego dnia, gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, obudził ją hałas kłócących się ludzi. Natychmiast się rozbudziła i złapała za nóż, który udało jej się ukraść na targowisku w pobliskiej wsi. Przyzwyczaiła się już, że od czasu do czasu jakiś śmiałek szukał czarownicy, by się jej pozbyć, a potem opowiadać o swoim męstwie. Gdy jednak zerknęła w dół ze swego legowiska, dostrzegła grupkę składającą się z dwóch niewiast, dwóch mężczyzn oraz młodego chłopaka. Ciemnowłosa kobieta narzekała na coś głośno, żywo gestykulując, a jeden z mężczyzn usilnie starał się ją uciszać.

Ospały umysł czarownicy nie był w stanie przetworzyć potoku słów wypływających z ust kobiety (bynajmniej nie dlatego, że jej nie słyszała). Mówiła śpiewnym językiem, który przywodził na myśl przedstawienie sceniczne z pięknymi kostiumami i muzyką wywołującą dreszcze podziwu. Nagłe ukłucie w skroniach rozproszyło ten obraz, przywracając ją do teraźniejszości i pozostawiając w niej uczucie straty.

Konsternacja zdawała się być nieodłącznym towarzyszem wiedźmy, odkąd wyłoniła się z tamtego jeziora. Czasem w jej głowie rozkwitały nie do końca zrozumiałe myśli, które być może były wspomnieniami. Znikały jednak równie szybko jak lód wrzucony do wrzątku.

Czarownica zmusiła się, by pojąć znaczenie słów, którymi wymieniali się towarzysze, i coś jakby przeskoczyło w jej umyśle, uwalniając tamę zrozumienia.

– Może gdybyś nie zgubił kompasu, to nie znaleźlibyśmy się w tak beznadziejnym położeniu! – kontynuowała swoje narzekanie ciemnowłosa. Przechodziła teraz tuż obok drzewa, na którym znajdowała się czarownica.

– Może gdybyś nie próbowała się utopić, to nie musiałbym rzucać ci się na ratunek, a wówczas kompas nie wyleciałby z mojej kieszeni! Ach, dodam jeszcze, że nie utopiłbym wówczas swojej mapy! – odgryzł się mężczyzna.

– Pani de Valier, stryju! Przestańcie się sprzeczać! To naprawdę nas donikąd nie zaprowadzi! – jęknął młodzieniec z udręczeniem. Wspomniany mężczyzna zdjął swój trójgraniasty kapelusz i przegarnął brązowe włosy, wzdychając ciężko. Ich piąty towarzysz o niespotykanie ciemnej karnacji nie brał udziału w tej wymianie zdań, najwyraźniej nie mając ochoty na sprzeczkę.

– A owszem, nie zaprowadzi! Tak samo jak Bruno, który nie ma pojęcia, gdzie się mamy udać, by wydostać się z tej przeklętej puszczy! – żachnęła się kobieta. – A tobie już mówiłam, że masz mnie nie nazywać tym parszywym nazwiskiem mojego męża! Jestem Regina i tak się do mnie zwracaj!

Zrozumienie spłynęło na czarownicę – ta dziwna grupa najwyraźniej przed kimś lub przed czymś uciekała. To wyjaśniało ich wygląd: brudne podarte szaty, wychudzone policzki i niewielkie tobołki, które zapewne zawierały ich skromny dobytek. Irytacja i zmęczenie owych ludzi były niemalże fizycznie namacalne.

Głosy zaczęły się stopniowo oddalać, wobec czego czarownica włożyła na głowę skradziony kapelusz i ponownie wsunęła się w kokon swojego hamaka. Jednak jakiś irytujący głosik w jej głowie mówił, że powinna za nimi iść i wskazać im drogę.

A co, jeśli okażą się dla mnie zagrożeniem? – usiłowała przekonać samą siebie, że najlepszym wyjściem będzie zignorowanie ich.

Radziłaś sobie z dużo potężniejszymi wrogami – odpowiedział jej jakiś dziwny głos, a w nim znać było pewność siebie kobiety, której nie straszny był żaden przeciwnik.

Czarownica czasem czuła się, jakby jej byt był podzielony na dwoje: jedna jej część była kruchą dziewczyną zagubioną w świecie, a druga bezwzględną wojowniczką, której nikt nie mógł zagrozić. Ten dualizm był dla niej wykańczający i podejrzewała, że obie te osoby zjednoczą się dopiero, gdy odzyska swoje wspomnienia…

Wygramoliła się z hamaka z westchnieniem rezygnacji, a następnie po cichutku zeszła na dół i ruszyła tropem przybyszy. Prędko okazało się, że to była właściwa decyzja.

Jej serce zatłukło się w piersi, gdy Regina pochyliła się nad stertą zebranego chrustu, uderzyła krzesiwem o hubkę, po czym szerokim zamachem dłoni sprawiła, że z iskier buchnął wesoło płomień. Potem druga dziewczyna uniosła swoje dłonie, a wiatr zatańczył w jej jasnych włosach i podartej spódnicy. Skierowała ręce ku ognisku, a wówczas płomienie strzeliły wysoko, oświetlając zmęczone twarze zebranych wokół niego.

Władają magią tak jak ja!

Wówczas do czarownicy dotarło, że być może to jej szansa na kontakt z kimś, kto potencjalnie mógł ją znać i powiedzieć jej, kim jest. Jeśli magia była dziedziczna albo władający nią tworzyli kręgi znajomości, to z pewnością byliby w stanie pomóc jej odnaleźć rodzinę…

Przygryzając wargę, rozważała, czy będzie to dla niej bezpieczne, by się ujawnić – wiedziała przecież, że ta piątka to uciekinierzy. Nie wiedziała, czy prześladowano ich z powodu magii, czy też to oni dopuścili się jakiegoś wykroczenia. To, że kobiety władały mocą, wcale jeszcze nie czyniło ich sojuszniczkami…

Młodsza podniosła się z gruntu i położyła dłonie w dolnej części brzucha, po czym skinęła w stronę zarośli. Czarownica mogła się tylko domyślać, że dziewczyna potrzebuje spełnić swoją potrzebę fizjologiczną.

– Idź, ale nie oddalaj się za bardzo – odezwał się Bruno.

Jakiś instynkt kazał jej pójść za nastolatką, która – ku jej zdziwieniu – wcale nie przykucnęła w krzewach, a przedarła się przez nie, zmierzając w kierunku pobliskiego potoku. Oddalanie się od grupy było nader nieroztropnym posunięciem – drapieżniki zawsze czekały, aż najsłabsza sztuka oddzieli się od stada. Nie uszła nawet trzydziestu kroków, gdy czarownica wyczuła obecność bestii, polującej wyłącznie po zmroku.

Gdy dziewczyna dotarła nad strumień, z boku zakradał się człekokształtny potwór zwabiony jej zapachem – to z powodu tych stworzeń czarownica była zmuszona prowadzić nocny tryb życia i odpoczywać w świetle dziennym. Jego kroki były niemal bezszelestne, gdy skradał się przez zarośla z zaskakującą ostrożnością. Zapadnięte policzki i fioletowe żyły wijące się na jego szyi świadczyły o tym, że długo się nie pożywiał. Niczego nieświadoma jasnowłosa zaczęła przemywać ręce i twarz w strumieniu.

Czarownica zdjęła z ramienia łuk i nałożyła nań strzałę, upominając siebie, by ją potem odzyskać – przez swoją nieroztropność straciła ich już trzy i zostały jej cztery, co skutecznie utrudniało polowanie. Na nowe zdecydowanie nie było jej stać. Potem z premedytacją nadepnęła na gałąź, która chrupnęła głośno, zwracając uwagę drapieżnika. Ten prędko spostrzegł dziewczynę, chwilę jednak trwał w niepewności, najwyraźniej świadomy tego, że jasnowłosa wciąż stanowi łatwiejszy cel – w końcu nie tylko nie wiedziała o jego obecności, ale i była nieuzbrojona, podczas gdy czarownica mierzyła mu strzałą w sam środek klatki piersiowej.

Serce zabiło jej żywiej w piersi, bo miała nadzieję, że tamten zwyczajnie odpuści, odwróci się i umknie. Krwiopijcy z tej puszczy dobrze ją znali i nauczyli się już trzymać od niej z daleka. Ten jednak musiał być zdesperowany, bo odsłonił kły, wydał z siebie głośny warkot, po czym rzucił się na nią. Strzała poszybowała w kierunku atakującego, jednak uchylił się zwinnie, przez co pocisk trafił go w bark. W jej żyłach zapłonął ogień walki, gdy uświadomiła sobie, że lada moment jej dosięgnie. Bez zastanowienia uwolniła swoją moc, a wówczas wrzący podmuch ognistego wiatru uderzył wampira. Jej nozdrza wypełnił smród, a chwilę później, gdy płomień zniknął całkowicie, w powietrzu widać było jedynie tańczące drobinki popiołu.

– I tym sposobem zniszczyłaś kolejną strzałę, idiotko… – powiedziała do siebie, wygaszając butami wątłe płomyki liżące leśne podłoże.

Trzeba było go od razu spalić… – Pomyślała z rozgoryczeniem. Chciała jednak oszczędzać energię, na wypadek, gdyby nieznajomi okazali się wrogo nastawieni. Wiedziała już, że po takim użyciu mocy nie będzie w stanie z niej korzystać przez kilka kolejnych dni.

Jasnowłosa leżała teraz częściowo na ziemi, częściowo w strumyku, z szeroko otwartymi oczami, a jej usta poruszały się bezgłośnie niczym u ryby.

– Chodź, zaprowadzę cię do twoich przyjaciół. Nie jest to bezpieczne, by oddalać się od grupy. – Czarownica wygasiła pozostały ogień, po czym podała jej dłoń i pomogła wstać, a nastolatka skinęła głową w podziękowaniu.

Gdy tylko weszły w okrąg światła rzucanego przez ognisko, niemal została zlinczowana – ciemnoskóry mężczyzna, chłopak i kobieta natychmiast rzucili się ku niej, mierząc do niej z dwóch pistoletów skałkowych, a Bruno wyjął szpadę. Uniosła dłonie, gotowa się bronić, a przez głowę przemknęło jej jedynie to, że kontakty z innymi jak dotąd nauczyły ją jedynie tego, by trzymać się z daleka od ludzi. Nim jednak zdołali się do niej zbliżyć, jasnowłosa zasłoniła czarownicę własnym ciałem i spiorunowała tamtych spojrzeniem.

– Piękne podziękowanie za to, że nie zostawiłam jej na pastwę wampira… – mruknęła pod nosem. Wówczas oczy ciemnowłosego mężczyzny, który trzymał szpadę, skupiły się na niej.

– To prawda? – zwrócił się do nastolatki, a tamta kiwnęła głową.

Czarnoskóry mężczyzna, młody chłopak i kobieta o poparzonej twarzy natychmiast opuścili swoje bronie, a czarownica zaczęła się zastanawiać, dlaczego jasnowłosa dotąd nie wypowiedziała ani słowa.

– Jeśli chcecie się stąd wydostać, to mogę wam pomóc. Mam już dość waszego hałasu, który odstrasza mi zwierzynę – oświadczyła oschle, krzyżując ramiona.

Spojrzenie ciemnowłosego powiodło wówczas po jej ciele, jednak nie dostrzegła w nim obrzydzenia czy dezaprobaty, z jaką zwykle się spotykała – kobiety noszące spodnie uchodziły albo za prostytutki, albo za niespełna rozumu. Jednak czarownica nie miała zamiaru przedzierać się przez zarośla w spódnicy – to by ją prędzej czy później doprowadziło do śmierci.

– Wybacz, niecelowo zakłócaliśmy twój spokój. Z wielką chęcią wydostaniemy się z tego lasu.

– Usiłujemy dostać się do Toskanii – dodała Regina, za co została natychmiast zgromiona przez Bruna.

– O cóż ci chodzi?! Nie widzisz, że ona jest w takiej samej sytuacji jak my? Ukrywa się w lesie przed ludźmi, więc albo jest czarownicą, albo kogoś zamordowała!

– No w twoim przypadku to jedno i drugie! – warknął w odpowiedzi brązowowłosy.

Kobieta odpowiedziała mu wściekłym spojrzeniem.

– Nie żeby to nie była twoja wina!

Nagły zawrót głowy sprawił, że kolana niemal się pod nią ugięły. Doprawdy, ci przybysze dosłownie drenowali ją z sił witalnych. A może użyła zbyt dużo mocy?

– Im mniej wiem na wasz temat, tym lepiej. Nie da się jednak ukryć, że wasze wydzieranie się na całą okolicę co nieco mi już ujawniło, Regino i Brunonie. – Rzuciła im znaczące spojrzenia, na które ich miny natychmiast zrzedły.

– Mogę was zaprowadzić do wsi, z której wiedzie trakt do najbliższej wioski. Później musicie sobie już radzić sami. Nie wiem, kim są ci łowcy, przed którymi umykacie, ale domyślam się, że istnieje wiele osób, które nie pałają miłością do nas, władających magią.

Cała piątka zwróciła się ku jasnowłosej, jakby szukając potwierdzenia tych słów. Ta skinęła głową.

– Jakim żywiołem władasz? – wyrwało się chłopakowi, który dotąd milczał.

Zawahała się. Jeśli zdolności magiczne były dziedziczne, tak jak się domyślała, to zdradzenie im tej informacji mogło dać jakiś trop w kierunku odnalezienia jej rodziny.

– Ogniem.

Oczy całej piątki zrobiły się wielkie jak spodki, zdradzając szok. Zmarszczyła brwi i znajome uczucie niezrozumienia rozgościło w jej umyśle.

– Kto był twoim mistrzem? – wyrwało się Reginie.

I to był właśnie moment, w którym czarownica musiała zadecydować, czy im zaufać. Podawanie półprawd doprowadziłoby ją donikąd. Zacisnęła powieki i wzięła głębszy oddech, usiłując uspokoić dzikie bicie serca, w którym rozkwitła mimowolnie nadzieja na to, że w końcu znajdzie swoich…

– Nie pamiętam. W zasadzie to niczego nie pamiętam. Ocknęłam się na brzegu jeziora, kompletnie przemoczona, nie mając pojęcia, co się stało, kim jestem, ani nawet gdzie jestem…

– Mój Boże… – westchnęła z przejęciem Regina, zasłaniając dłonią usta.

– Domyślam się, co mogło cię spotkać – oświadczył ponuro Bruno.

Milczący, czarnoskóry mężczyzna usiadł na ziemi i wskazał gestem, by pozostali do niego dołączyli. Potem wyrysował patykiem na ziemi napis: Beniamino, i wskazał na siebie palcem. Jasnowłosa została przedstawiona jako Francesca, natomiast najmłodszy z ich grupy zwał się Matteo.

Regina pomogła jasnowłosej zdjąć przemoczoną spódnicę, po czym trzymała ją na tyle blisko płomieni, by jak najprędzej się wysuszyła. Patrząc na zniszczone ubrania tych ludzi, zaczęła się zastanawiać, jak długo już uciekają i ile trwała ich podróż. Czarownica siadła tuż obok brązowowłosego, wbijając w niego wyczekujące spojrzenie.

– W wielu krajach alchemiczki są prześladowane. Gdy ktoś podejrzewa kobietę o czary, wówczas poddaje się ją osądowi poprzez wrzucenie jej do jeziora, stawu lub rzeki. Jeśli uda jej się utrzymać na wodzie, to zarzut zostaje potwierdzony, a ona skazana na śmierć. Jeśli jednak tonie, to świadczy o jej niewinności.

– Co za niedorzeczność! Przecież jedna i druga sytuacja zakłada śmierć oskarżonej!

– Owszem, jeśli nikt nie rzuci jej się na ratunek, to taka niewiasta ginie. Podejrzewam, że ktoś troszczył się o ciebie na tyle, by wyciągnąć cię na brzeg.

Niejasne wspomnienie tego, jak czyjaś dłoń wyszarpnęła ją na powierzchnię, pojawiło się w głowie dziewczyny.

– A jednak nie na tyle, by zabrać mnie do domu… – wymamrotała, a uczucie tonięcia powróciło do niej ze zdwojoną siłą, mrożąc krew w żyłach.

– Może to był twój kochanek? Ocalił cię, gdy wszyscy już się rozeszli, jednak bał się zabrać cię ze sobą, obawiając się opinii publicznej – podsunął cicho Matteo.

Ona jednak mogła tylko snuć przypuszczenia, a gorycz, która zalała jej usta, nie ułatwiała tego.

– Zatem też jesteście czarownicami? – zwróciła się do kobiet, usiłując pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia. Bruno i Beniamino skrzywili się.

– W naszych kręgach nazywamy siebie alchemikami i alchemiczkami.

Gdzieś w mrocznych zakamarkach pamięci zatliła się iskierka, gdy usłyszała tę nazwę, jednak znikła równie szybko, co się pojawiła, pozostawiając ją w ciemnościach zapomnienia.

– Jak zwał, tak zwał. Widziałam, że ty – zwróciła się ku kobiecie, na której policzku wiła się blizna od poparzeń. – …władasz również ogniem.

– Nie władam ogniem, tylko wiatrem. By wzniecić płomień, potrzebuję iskry. Nie da się stworzyć czegoś z niczego, to raczej oczywiste. Skoro zatem jesteś w stanie przywołać ogień, to znaczy, że umiesz również wykrzesać iskry. To sztuka niezwykle trudna, stąd zaczęłam się zastanawiać, kto był twym mistrzem.

Czarownica znowu zmarszczyła brwi, sięgając w czarną studnię wspomnień. Niestety nic z niej nie wydobyła.

– Skoro ty znasz nasze imiona, to może zechcesz się podzielić swoim? – zapytał ciemnowłosy, rzucając jej zaczepny uśmiech.

Wówczas dostrzegła zarost na jego twarzy, który nie mógł mieć więcej niż zaledwie kilka tygodni. Zatem miała swoją odpowiedź na pytanie, od jak dawna tamci błąkali się w poszukiwaniu właściwej drogi.

– Może i bym zechciała, ale jak wspominałam, nie mam pojęcia, kim jestem…

– Myślicie, że to tonięcie odebrało jej pamięć? A może łowcy na niej eksperymentowali i to dlatego? – bąknął cicho Matteo do Bruna.

Mężczyzna zasępił się na wspomnienie tamtych ludzi.

– Nie może tak być, żebyś pozostawała bezimienna! – wykrzyknęła Regina z oburzeniem, po czym, Bruno, Regina i Matteo zaczęli się prześcigać w propozycjach imienia dla czarownicy. Ta wbiła spojrzenie w ciemnoskórego mężczyznę. Jeśli kiedykolwiek widziała kogoś o takiej karnacji, to niestety tego nie pamiętała. Wyczuwając jej spojrzenie na sobie, otworzył usta, po czym wykonał gest, jakby wyrywał sobie język. Dreszcz przeszył dziewczynę i mimowolnie się skrzywiła.

– Tamci łowcy ci to zrobili?

Mino skinął głową, a w jego oczach tliła się żywa nienawiść.

– Raven. – Słowo wypowiedziane tak cicho, że ledwo słyszalnie w zgiełku, którego narobiła pozostała trójka, padło z ust jasnowłosej.

Cała grupa zamarła, wbijając w nią spojrzenie. Regina nagle wybuchła płaczem. Rzuciła się ku dziewczynie i objęła ją, a mężczyźni wymienili spojrzenia wypełnione ulgą. Brwi czarownicy po raz kolejny się ściągnęły, ujawniając konsternację.

– Francesca nie wypowiedziała słowa od… wielu tygodni… Została niesamowicie skrzywdzona przez tych zwyrodnialców: łowców czarownic – wyjaśnił cicho Bruno.

Czarownica dostrzegła, jak dłoń Matteo zacisnęła się mimowolnie na rękojeści noża, który miał przymocowany u pasa, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce gniewu.

– Może to naiwne z mej strony, że ci to zdradzam, ale… czuję, że można ci zaufać.

Regina odkleiła się w końcu od dziewczyny, ale wciąż gładziła jej policzki, powtarzając w kółko, jak szczęśliwa jest, że wraca do zdrowia. Dziewczyna uniosła pytająco brew, by Bruno kontynuował.

– Łowcy ubzdurali sobie, że potrzebują w