Królestwo Miedzi - S. A. Chakraborty - ebook

Królestwo Miedzi ebook

S. A. Chakraborty

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Czas na powrót do magicznego miasta!

 

Nadeszły nowe czasy. Życie Nahri zmieniło się na zawsze, gdy przypadkowo wezwała Darę – budzącego grozę, tajemniczego dżinna. Zmuszona do opuszczenia Kairu została zaproszona na olśniewający, królewski dwór w Dewabadzie i szybko odkryła, że będzie potrzebowała wszystkich swoich umiejętności, by przetrwać.

 

Dewabad wciąż żyje w cieniu bitwy, w której Dara zginął z ręki księcia Alego. Nahri przyjmuje swoje dziedzictwo i moc, ale doskonale wie, że została uwięziona w niewidzialnej klatce. Jeden błąd może skazać jej pobratymców na zagładę. Ali natomiast został wygnany za to, że odważył się przeciwstawić swojemu ojcu. Ścigany przez zabójców, błądzący po bezlitosnych miedzianych piaskach ziemi jego przodków, zmuszony jest polegać na przerażających zdolnościach, którymi obdarzył go marid, duch wody. Książę poznaje też straszliwy sekret, który od wieków skrywała jego rodzina.

Tymczasem na północy kraju rośnie nowe zagrożenie: siła, która sprowadzi burzę ognia prosto pod bramy miasta…

 

„Styl pisania Chakraborty jest żywy, barwny i bardzo klarowny. Czytałem tę książkę z wielką przyjemnością”. – George R.R. Martin, autor cyklu „Gra o Tron”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 827

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Kingdom of Copper

 

Copyright © 2019 by Shannon Chakraborty

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Maps art copyright © by Virginia Norey

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Zientek, Damian Pawłowski, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Oryginalny projekt okładki: Paula Russel Szafransky

Adaptacja okładki, stron tytułowych i mapy: Magdalena Zawadzka

Ilustracja na froncie: © Aza1976 | Shutterstock, Inc.

Ilustracja na stronie rozdziałowej: © AZDesign| Shutterstock, Inc.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66657-56-4

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Shamika

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spis postaci

 

 

 

Rodzina królewska

 

Obecnie Dewabadem rządzi dynastia Kahtanich, pochodząca od Zajdiego Al-Kahtaniego, gezirijskiego wojownika, który wiele wieków wcześniej rozpoczął powstanie, by obalić Radę Nahidów i wprowadzić równość dla szafitów. Do dynastii tej należą:

Ghassan Al-Kahtani – władca magicznego królestwa, obrońca wiary,

Muntazir – starszy syn Ghassana i jego pierwszej żony z rodu Gezirich, emir, czyli następca tronu,

Hatset – z rodu Ajanle, druga żona Ghassana i królowa, wywodząca się z możnej rodziny z krainy Ta Ntry,

Zajnab – córka Ghassana i Hatset, księżniczka Dewabadu,

Alizajd, czyli Ali – młodszy z książąt, syn Ghassana i Hatset, wygnany za zdradę do Am Geziry.

 

Członkowie ich dworu i Gwardii Królewskiej:

Wadżid – kaid i dowódca armii dżinnów,

Abu Nuwas – gezirijski oficer,

Kaweh e-Pramuch – Wielki Wezyr, pochodzący z rodu Dewów,

Dżamszid e-Pramuch – jego syn, przyjaciel i powiernik emira Muntazira,

Abul Dawanik – poseł misji handlowej z Ta Ntry,

Abu Sajf – stary żołnierz i zwiadowca Gwardii Królewskiej,

Akisa i Lubajd – tropiciele i wojownicy z Bir Nabat, wioski w Am Gezirze.

 

Najwyżsi i błogosławieni Nahidzi

 

Dynastia Nahidów, pierwszych władców Dewabadu i potomków Anahid, rodzina nadzwyczajnych magicznych uzdrowicieli, pochodzących z rodu Dewa:

Anahid – wybrana przez Sulejmana, założycielka Dewabadu,

Rustam – jeden z ostatnich nahidzkich uzdrowicieli i utalentowany botanik, zamordowany przez ifryty,

Maniże – siostra Rustama, jedna z najpotężniejszych uzdrowicielek Nahidów od wieków, zamordowana przez ifryty,

Nahri – jej córka niepewnego pochodzenia, porzucona jako dziecko wśród ludzi w Egipcie.

 

Ich zwolennicy:

Darajawahusz, czyli Dara – ostatni z afszinów, rodziny z wojskowej kasty, służący jako prawa ręka Rady Nahidów. Znany jako Bicz Kwi-zi ze względu na swoje gwałtowne czyny podczas wojny i późniejszego powstania przeciwko Zajdiemu Al-Kahtaniemu,

Kartir – najwyższy kapłan Dewów,

Nisrin – była asystentka Maniże i Rustama, obecnie mentorka Nahri,

Irtemiz, Mardoniusz i Bahram – żołnierze.

 

Szafici

 

Osoby pochodzące ze związków dżinnów i ludzi, zmuszone do mieszkania w Dewabadzie. Ich prawa są mocno ograniczone:

Szejk Anas – były przywódca Tanzim i mentor Alego, stracony przez króla za zdradę,

Siostra Fatumaj – liderka Tanzim, kierująca sierocińcem tej grupy i jej przedsięwzięciami dobroczynnymi,

Subhaszini i Parimal Sen – szaficcy lekarze (lekarze szafitów).

 

Ifryty

 

Dewowie, którzy tysiące lat wcześniej nie chcieli podporządkować się Sulejmanowi i dlatego zostali przeklęci. Śmiertelni wrogowie Nahidów:

Aeszma – ich przywódca,

Wizaresz – ifryt, który w Kairze napotkał Nahri jako pierwszy,

Kandisza – ifrytka, która zniewoliła i zamordowała Darę.

 

Wyzwoleni niewolnicy ifrytów

 

Napiętnowani i prześladowani po ataku szału Dary i jego śmierci z rąk księcia Alizajda. W Dewabadzie pozostało tylko troje byłych niewolników, wyzwolonych i wskrzeszonych przez nahidzkich uzdrowicieli wiele lat wcześniej:

Razu – hazardzistka z Tocharystanu,

Elaszia – artystka z Kart Sahar,

Issa – naukowiec i historyk z Ta Ntry.

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

 

Ali

 

 

 

Po niecałym miesiącu Alizajd Al-Kahtani został zmuszony do ucieczki z karawany.

– Ratuj się, mój książę! – wykrzyknął jego towarzysz podróży, jedyny z rodu Ajanle, wpadając pewnej nocy do namiotu Alego, gdy obozowali nad południowym zakolem Eufratu. Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, z jego piersi wyłoniło się ostrze ciemne od krwi.

Ali zerwał się na równe nogi z bronią w ręku. Jednym uderzeniem zulfikara przeciął tylną ścianę namiotu i skoczył w ciemność.

Ścigali go konno, lecz tuż przed nim błyszczał Eufrat: rozgwieżdżona noc odbijała się od powierzchni niestrudzenie płynącej rzeki. Modląc się, by broń nie ucierpiała, Ali rzucił się do wody. W tej samej chwili nadleciały pierwsze strzały. Jedna z nich świsnęła mu koło ucha.

Woda była szokująco zimna, lecz Ali popłynął szybko, równie instynktownie, jakby biegł, szybciej niż kiedykolwiek i z gracją, która zaskoczyłaby jego samego, gdyby nie był zajęty ratowaniem życia. Strzały padały obok niego i za nim, znacząc jego ślad, więc zanurkował głęboko, w najmroczniejszą toń. Eufrat był szeroki, toteż przepłynięcie go zabrało księciu sporo czasu. Przeciskał się między wodorostami i walczył z silnym prądem, próbującym go znieść w dół rzeki.

Dopiero kiedy wyszedł chwiejnie z wody na przeciwnym brzegu, poczuł mdłości na myśl, że przez cały ten czas nie musiał się wynurzać, by zaczerpnąć powietrza.

Przełknął z wysiłkiem ślinę, trzęsąc się, gdy chłodny powiew przeniknął jego mokrą kandurę. Żołądek podszedł mu do gardła, ale nie miał czasu na przemyślenie tego, co stało się w rzece, skoro na drugim brzegu harcowali konni łucznicy. Namiot Alego stał w płomieniach, lecz reszta obozu wydawała się nietknięta. Panował tam przedziwny spokój, tak jakby pozostałym podróżnym z karawany przekazano cichy rozkaz ignorowania wszelkich krzyków, jakie mogliby usłyszeć tego wieczoru.

Ali został zdradzony. Nie miał zamiaru czekać, by zorientować się, czy zabójcy – albo zdradzieccy towarzysze – potrafią przebyć rzekę. Wstał z trudem i pobiegł przed siebie, byle dalej stąd.

Nogi ugięły się pod nim dopiero o świcie, a wtedy książę upadł ciężko na złoty piasek. Zostawił rzekę daleko za sobą, teraz wokół niego rozciągała się pustynia, nad którą wznosiło się niebo, niczym jasna, gorąca misa, przewrócona do góry dnem.

Ciężko dysząc, objął spojrzeniem nieruchomy krajobraz. Wyglądało na to, że został sam. W jego umyśle walczyły teraz ulga i strach. Był samiutki na rozległej pustyni, wrogowie deptali mu po piętach, a do dyspozycji miał tylko zulfikar i handżar. Żadnego pożywienia, wody ani kawałka dachu nad głową. Nie miał nawet czasu, by chwycić turban i sandały, które mogły go ochronić przed gorącem.

Był zgubiony.

„Głupcze, właśnie taki koniec miał cię spotkać. Ojciec postawił sprawę jasno”. Wygnanie Alego z Dewabadu równało się wyrokowi śmierci, co było oczywiste dla każdego, kto śledził politykę jego rodu. Czy naprawdę myślał, że potrafi z tym walczyć? Że śmierć będzie lekka i łatwa? Gdyby ojciec chciał okazać mu litość, kazałby udusić najmłodszego syna podczas snu, w pałacowych komnatach.

Po raz pierwszy Ali poczuł, jak w jego serce wbijają się szpony nienawiści. Nie zasłużył na to. Próbował pomóc swojemu miastu i rodzinie, a Ghassan nie okazał się nawet na tyle wspaniałomyślny, by zesłać mu czystą śmierć.

Oczy zapiekły go od łez wściekłości. Wytarł je energicznie, czując niesmak. Nie, nie tak zakończy się jego życie. Nie będzie się nad sobą użalał, płakał ani przeklinał rodziny, marniejąc na nieznanym spłachetku piasku. Pochodzi z rodu Gezirich i kiedy nadejdzie czas, odda życie bez płaczu, z wyznaniem wiary na ustach i ostrzem w ręku!

Spojrzał w stronę południowego zachodu i wbił dłonie w złoty piach. Tam leżała jego ojczyzna, w tym kierunku modlił się przez całe życie. Oczyścił się rytualnie przed modlitwą, wykonując wszystkie czynności tak samo, jak za każdym razem od dnia, kiedy matka pokazała mu, jak to robić.

Kiedy skończył, wzniósł dłonie, zamknął oczy i wciągnął w nozdrza ostry zapach piasku i soli, która przylgnęła do jego skóry. „Prowadź mnie” – błagał. „Ochroń tych, których zmuszony byłem zostawić, a kiedy nadejdzie mój czas… – coś ścisnęło go w gardle – …kiedy nadejdzie mój czas, proszę, okaż mi więcej litości niż mój ojciec”.

Ali dotknął palcami czoła, a potem wstał.

Tylko słońce prowadziło go przez nieprzebrany bezmiar piachu. Ali podążał za nim, kierując się jego ruchem po niebie, najpierw ignorując, a potem przyzwyczajając się do bezlitosnego upału, kładącego się brzemieniem na jego ramionach. Piasek parzył jego bose stopy, aż młodzieniec przestał czuć gorący dotyk. Był dżinnem, i chociaż nie potrafił unosić się wśród diun i tańczyć niczym kłąb dymu, tak jak czynili jego przodkowie przed błogosławieństwem Sulejmana, pustynia nie mogła go zabić. Codziennie szedł, zatrzymując się tylko na modlitwę, aż padał, całkowicie wyczerpany, i zasypiał. Pozwalał, by rozpacz nad kompletnie zrujnowanym życiem odpływała z jego umysłu prosto w jasne, rozpalone do białości słońce.

Targał nim głód. Woda nie była problemem: od kiedy opętał go marid, Ali nie czuł pragnienia. Usilnie próbował nie myśleć o konsekwencjach tamtego zdarzenia i ignorować nową, niecierpliwą część swojego umysłu, która rozkoszowała się wilgocią (odmawiał określania jej „potem”), skraplającą mu się na skórze i spływającą po kończynach.

Nie potrafił powiedzieć, od jak dawna był w drodze, kiedy krajobraz się zmienił: z piaszczystych diun wyłoniły się skaliste wzgórza niczym wielkie, łapczywe palce. Ali przetrząsnął okolicę kamienistych urwisk, szukając jakiegokolwiek jedzenia. Słyszał, że rolnicy Geziri potrafili wyczarować ucztę z resztek człowieczego jedzenia, ale książąt nigdy nie uczono takich zaklęć. Wychowywano go na kaida, przez całe uprzywilejowane życie otoczonego tłumem służących. Nie miał pojęcia, jak przeżyć bez ich pomocy.

Zrozpaczony i wygłodniały, zjadł wszystkie rośliny, które znalazł, wraz z korzeniami. To był błąd. Następnego dnia rano obudził się poważnie chory. Popiół osypywał się z jego skóry, a Ali wymiotował, aż pojawiła się niewielka ilość żarzącej się czarnej masy, która spaliła ziemię.

Miał nadzieję znaleźć choć skrawek cienia, w którym mógłby odzyskać siły, dlatego spróbował zejść w dół urwiska, ale tak mu się kręciło w głowie, że wzrok mu się zaćmiewał, a obraz tańczył przed oczami. Niemal od razu stracił równowagę na luźnym żwirze, poślizgnął się i pokoziołkował stromym zboczem.

Wylądował ciężko w skalnej szczelinie, uderzając lewym ramieniem w wystającą skałę. Rozległ się stłumiony trzask, a książę poczuł, jak rękę zalewa mu palący ból.

Wciągnął gwałtownie powietrze. Spróbował się przesunąć i jęknął: tym razem ostre ukłucie sięgnęło barku. Odetchnął przez zęby i wymruczał pod nosem przekleństwa. Przez mięśnie ramienia przebiegł gwałtowny skurcz.

„Wstawaj. Jeżeli ci się to nie uda, umrzesz tutaj”. Osłabione ciało Alego nie posłuchało jednak rozkazu. Krew poleciała mu z nosa, wypełniając usta, a on gapił się bezsilnie na surowe zbocza, wyraźnie widoczne na tle jasnego nieba. Spojrzał w głąb szczeliny: sam piasek i kamienie. Miejsce robiło wrażenie – nomen omen – wymarłego.

Zdusił łkanie. Wiedział, że mógłby umrzeć w gorszy sposób. Mogli go przecież schwytać i torturować wrogowie jego rodziny albo zawodowi zabójcy, którzy poćwiartowaliby jego ciało, by uzyskać krwawy dowód wykonania zlecenia. Tymczasem Ali, niech Bóg mu przebaczy, nie był jeszcze gotów na śmierć.

„Jesteś Geziri. Wierzysz w Najłaskawszego. Nie okryj się teraz hańbą”. Trzęsąc się z bólu, Ali zacisnął powieki i próbował znaleźć ukojenie w świętych wersach, których nauczył się na pamięć dawno temu; okazało się to jednak zbyt trudne. Przez ogarniającą go ciemność przedzierały się wspomnienia twarzy tych, którzy zostali w Dewabadzie: brata, którego zaufanie w końcu utracił; przyjaciółki, której zabił ukochanego; ojca, który skazał go na śmierć za niepopełnioną zbrodnię… Powoli osuwał się w mrok.

Zbudził się, gdy ktoś siłą wlewał mu do gardła wyjątkowo obrzydliwą substancję.

Otworzył oczy i zaczął się dławić. Usta miał pełne czegoś chrupkiego i metalicznego, co nie powinno się w nich znaleźć. Świat rozpływał mu się przed oczami. Książę potrzebował dłuższej chwili, by skupić wzrok na postaci kucającego przy nim barczystego mężczyzny. Twarz tamtego pojawiała się fragmentami: nos, złamany więcej niż raz, matowa czarna broda i ocienione kapturem szare oczy.

Oczy Gezirich.

Mężczyzna położył ciężką dłoń na czole Alego i wsunął mu do ust kolejną kopiastą łyżkę wstrętnej papki.

– Łykaj, książątko.

Ali się dławił.

– C-co to jest? – Jego głos opuszczał wysuszone gardło jako szept.

Dżinn się rozpromienił.

– Krew oryksa i szarańczaki.

Żołądek księcia natychmiast się zbuntował. Odwrócił głowę, by zwymiotować, ale mężczyzna zakrył mu usta wielkim łapskiem i rozmasował gardło, zmuszając do przełknięcia odrażającej mikstury.

– Aye, nie rzygaj. Co z ciebie za jeden, że odrzucasz jedzenie, tak starannie przygotowane przez gospodarza?

– Dewabadczyk – przemówił drugi głos, a Ali spojrzał w dół. Dostrzegł kobietę z grubymi czarnymi warkoczami. Jej twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia. – Żadnych manier. – Podniosła zulfikar i handżar Alego. – Piękne ostrza.

Mężczyzna wskazał powykręcany czarny korzeń.

– Zjadłeś coś takiego? – zapytał, a gdy Ali pokiwał głową, prychnął. – Głupiec. Masz szczęście, że nie zmieniłeś się w kupę popiołu. – Wepchnął kolejną łyżkę krwawej, chrzęszczącej mieszanki w usta księcia. – Jedz. Będziesz potrzebował sił na podróż do domu.

Ali odepchnął słabo łyżkę, wciąż oszołomiony, a teraz w dodatku zdezorientowany. Przez szczelinę wionął podmuch wiatru, który suszył wilgoć na jego skórze. Zadrżał.

– Domu? – powtórzył.

– Bir Nabat – stwierdził mężczyzna, tak jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Dom. Tak z tydzień drogi na zachód.

Ali próbował pokręcić głową, ale szyja i ramiona mu zesztywniały.

– Nie mogę – wycharczał. – Ja… muszę na południe. – Południe to najlepszy kierunek, jaki mu przychodził do głowy. Rodzina Kahtanich wywodziła się spośród posępnych pasm górskich, leżących wzdłuż wilgotnego południowego wybrzeża Am Geziry. Ali sądził, że to jedyne miejsce, gdzie znajdzie sojuszników.

– Na południe? – Mężczyzna się roześmiał. – Prawie żeś umarł, a chciałbyś przebyć całą Am Gezirę? – Wepchnął kolejną łyżkę do ust Alego. – Zabójcy szukają cię po całym kraju, pod każdym kamieniem. Słyszałem plotki, że czciciele ognia ozłocą tego, kto zabije Alizajda Al-Kahtaniego.

– To właśnie powinniśmy zrobić, Lubajdzie – wtrąciła kobieta. Skinęła nieuprzejmie głową w kierunku papki. – Zamiast marnować nasze zapasy na tego południowego bachora.

Ali z trudnością przełknął wstrętną miksturę i zmrużył oczy, patrząc na mówiącą.

– Zabiłabyś kogoś z rodu Gezirich za obce pieniądze?

– Kahtaniego zabiłabym za darmo!

Książę wzdrygnął się na jej wrogi ton. Mężczyzna, Lubajd, westchnął i rzucił jej zirytowane spojrzenie, a potem znów zwrócił się do Alego:

– Wybacz tej tu Akisie, książę, ale to niedobry czas na odwiedziny naszej ziemi. – Odstawił gliniany kubek. – Od lat nie widzieliśmy kropli deszczu. Wioskowe źródło wysycha, kończy się żywność, dzieci i starcy umierają… więc wysłaliśmy do Dewabadu prośbę o pomoc. I wiesz, co odpowiedział nasz król, a jakże, z rodu Gezirich?

– Nic! – Akis splunęła na ziemię. – Twój ojciec nawet nie raczył odpowiedzieć, więc nie opowiadaj mi o rodowych więzach, Al-Kahtani.

Ali był zbyt zmęczony, by przerazić się na widok nienawiści na jej twarzy. Spojrzał na zulfikar w jej dłoniach. Regularnie ostrzył broń, więc przynajmniej jego męka nie potrwa długo, jeśli zechcą go wyprawić na tamten świat za pomocą tego ostrza.

Przełknął kolejną falę żółci, gdy krew oryksa zgęstniała mu w gardle.

– W takim razie… – zaczął słabo – muszę się zgodzić. Nie powinniście tego na mnie marnować. – Wskazał miksturę Lubajda.

Na dłuższą chwilę zapadło milczenie, a potem Lubajd roześmiał się głośno, budząc echa w skalnej szczelinie.

Wciąż jeszcze się śmiał, gdy bez ostrzeżenia chwycił kontuzjowane ramię Alego i pociągnął je mocno.

Ali wrzasnął, a przed oczami pojawiły mu się czarne plamy. Kiedy jednak nastawiona kończyna wróciła na miejsce, palący ból natychmiast zelżał. Jego palce mrowiły, a czucie wracało falami do zdrętwiałej ręki.

Lubajd uśmiechnął się szeroko. Zdjął kefię, nakrycie głowy popularne wśród Gezirich z północy, i szybko uformował z niej temblak, a potem pociągnął za zdrowe ramię Alego, pomagając mu wstać.

– Dbaj o poczucie humoru, chłopcze. Będziesz go potrzebował.

Wielki biały oryks czekał cierpliwie u wylotu szczeliny. Bok zwierzęcia przecinała linia zaschniętej krwi. Ignorując protesty Alego, Lubajd wepchnął go na grzbiet wierzchowca. Książę złapał za długie rogi i patrzył, jak Lubajd odbiera jego zulfikar Akisie.

Rzucił go księciu.

– Pozwól wydobrzeć ramieniu, a może znów będziesz tym wywijał.

Ali spojrzał na broń z niedowierzaniem.

– Ale myślałem…

– …że cię zabijemy? – Lubajd pokręcił głową. – Nie. W każdym razie jeszcze nie teraz. Na pewno nie, skoro potrafisz coś takiego. – Wskazał wnętrze skalnej szczeliny.

Ali podążył wzrokiem za jego gestem i otworzył szeroko usta.

Jego szaty nie były mokre od potu. Tam, gdzie wcześniej leżał, czekając na śmierć, wyrastała teraz miniaturowa oaza. W miejscu, gdzie miał głowę, szemrało pomiędzy skałami źródełko, z którego spływał strumyczek o brzegach porośniętych świeżym mchem. Drugie źródło bulgotało w piachu, wypełniając zagłębienie po jego tułowiu. Jasnozielone pędy pokrywały zakrwawioną połać żwiru, a na ich rozwijających się listkach widniały krople rosy.

Odetchnął gwałtownie i wyczuł w pustynnym powietrzu świeżą wilgoć. Nowe możliwości.

– Nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś, Alizajdzie Al-Kahtani – stwierdził Lubajd. – Ale jeżeli potrafisz sprawić, żeby na jałowym kawałku piachu wytrysnęła woda, no cóż… – mrugnął porozumiewawczo – powiedziałbym, że jesteś wart o wiele więcej niż kilka obcych monet.

 

 

 

Nahri

 

 

 

W apartamencie emira Muntazira Al-Kahtaniego panowała głęboka cisza.

Banu Nahri e-Nahid przeszła przez pokój. Jej bose stopy tonęły w przepysznym dywanie. Na stoliku o zwierciadlanym blacie stała butelka wina, a obok niej jadeitowy pucharek w kształcie szedu. Wino przyniosły łagodne służące, które pomogły również Nahri rozebrać się z ciężkich weselnych szat. Zapewne zauważyły, że Banu Nahida cała się trzęsie, i pomyślały, że to jej pomoże.

Patrzyła teraz na butelkę: szkło wydawało się delikatne. Łatwo byłoby je rozbić, a jeszcze łatwiej ukryć ostry szklany odłamek pod poduszką na wielkim łożu, na które starała się nie patrzeć, i zakończyć nie tylko ten wieczór, ale coś więcej.

„Tylko że potem byś umarła”. Ghassan kazałby ściąć tysiąc jej rodaków na jej oczach, a następnie rzucić ją karkadannowi.

Oderwała wzrok od butelki. Przez otwarte okno powiał wiatr, a ona zadrżała. Miała na sobie delikatną luźną sukienkę z błękitnego jedwabiu i miękką wierzchnią szatę z kapturem: ani jedno, ani drugie nie powstrzymywało chłodu. Z wymyślnego stroju, w którym wzięła ślub, została tylko maska. Na wykonanej z misternie rzeźbionego hebanu i zabezpieczonej miedzianymi klamerkami i łańcuszkami masce widniały imiona jej i Muntazira. Po skonsumowaniu małżeństwa powinna zostać spalona, a następnego ranka popioły miały znaczyć ich ciała, dowodząc prawomocności obrzędu. Według podekscytowanych kobiet Gezirich, które droczyły się z nią podczas uczty weselnej, była to wielowiekowa tradycja ich rodu.

Nahri nie podzielała ich ekscytacji. Pociła się, od kiedy weszła do sypialni, a maska lepiła się do jej wilgotnej skóry. Poluzowała nieco klamerki, by lekka bryza schłodziła jej zarumienione policzki. Dostrzegła odbicie swojego ruchu w ogromnym zwierciadle w ramie z brązu, wiszącym po przeciwnej stronie pomieszczenia, i odwróciła oczy. Może strój i maska były piękne, ale wykonali je Geziri, a Nahri nie miała ochoty oglądać siebie w odzieniu wrogów.

„Nie są twoimi wrogami”, powiedziała sobie. „Wróg” był określeniem, którego używał Dara, a ona nie chciała o nim myśleć. Nie tego wieczoru. Nie potrafiła. To wspomnienie by ją złamało, a ostatnia Banu Nahida Dewabadu nie miała zamiaru dać się złamać. Podpisała kontrakt ślubny pewną dłonią i bez drżenia wzniosła toast razem z Ghassanem, uśmiechając się ciepło do króla, który wcześniej groził jej zamordowaniem dewańskich dzieci i zmusił ją, by wyrzekła się swojego afszina na podstawie nieudolnie sfabrykowanych dowodów. Jeśli potrafiła przetrwać to wszystko, to nie obawiała się także tego, co miało zajść w tej sypialni.

Odwróciła się i ruszyła przez pomieszczenie. Olbrzymi apartament Muntazira mieścił się na jednym z wyższych poziomów wielkiego zikkuratu w sercu pałacowego kompleksu Dewabadu. Wypełniały go dzieła sztuki: malowidła na jedwabnych zasłonach, delikatne gobeliny i przepięknie obrobione wazony, wszystko to starannie wyeksponowane i promieniujące magiczną aurą. Bez trudu potrafiła sobie wyobrazić Muntazira w tym cudownym pokoju, zasiadającego z kielichem drogiego wina, u boku światowej kurtyzany, cytującego poezję i przekomarzającego się z nią na temat błahych przyjemności życia, którego Nahri nie miała ani czasu, ani ochoty prowadzić. W zasięgu wzroku nie było żadnej książki, zarówno w tym pomieszczeniu, jak i w całej pozostałej części apartamentu, przez którą została przeprowadzona.

Zatrzymała się, by obejrzeć najbliższą miniaturę przedstawiającą dwoje tancerzy. Postacie na obrazku wyczarowały płomienne kwiaty, wirujące, iskrzące i błyskające niczym rubiny.

„Nie mam żadnych wspólnych zainteresowań z tym mężczyzną”. Nahri nie wyobrażała sobie splendoru, w jakim był wychowywany Muntazir. Nie potrafiła również pojąć, jak to jest: mieć do dyspozycji zgromadzoną w jednym miejscu wiedzę tysiącleci i nie zadać sobie nawet trudu nauki czytania. Jedyne, co łączyło ją z nowym mężem, to potworna noc na płonącym statku.

Drzwi do sypialni stanęły otworem.

Nahri instynktownie cofnęła się od malowidła, naciągając kaptur niżej na głowę. Z zewnątrz dobiegł ją cichy trzask, potem przekleństwo, a wreszcie wszedł Muntazir.

Nie był sam. Podejrzewała zresztą, że nie dałby rady dotrzeć tu samodzielnie, ponieważ opierał się ciężko na służącym. Wyczuwała jego śmierdzący winem oddech z drugiego końca pokoju. Za nimi weszły dwie pokojówki, a Nahri przełknęła ślinę, patrząc, jak pomagają mu zdjąć szatę, odwijają turban, wymieniając po gezirijsku uwagi brzmiące jak kpiny, a potem prowadzą go do łoża.

Usiadł ciężko na jego brzegu. Wyglądał na pijanego i nieco oszołomionego tym, że się tu znalazł. Tymczasem łoże, zasłane pościelą wyglądającą niczym obłoki, było dość duże, by pomieścić dziesięć osób (a przekazywane szeptem plotki na temat jej męża wskazywały, że zapełnił je, i to nie raz). W narożnej kadzielnicy żarzyło się wonne kadzidło, a obok stał kielich słodkiego mleka z liśćmi jabłoni – tradycyjny napój Dewów, warzony dla panny młodej, by pomóc jej w poczęciu. To przynajmniej mogła wykluczyć: Nisrin zapewniła ją, że tak się nie stanie. Jeśli ktoś przez dwa stulecia asystował nahidzkim uzdrowicielom, z pewnością nauczył się niemal niezawodnych metod zapobiegania ciąży.

Mimo to serce Nahri zabiło szybciej, gdy służący wyszli, zamykając za sobą cicho drzwi. W sypialni zapanowała napięta atmosfera, powietrze zgęstniało. Wszystko to kontrastowało z radosnymi odgłosami świętowania, dochodzącymi z ogrodu poniżej.

Muntazir w końcu podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy. Światło świecy igrało mu na twarzy. Być może nie był tak magicznie urodziwy jak Dara, ale uderzająco przystojny i charyzmatyczny, jak słyszała; ponoć łatwo było go rozbawić i często się uśmiechał… w każdym razie do innych dżinnów, nie do niej. Gęste czarne włosy miał krótko przycięte, a brodę – stylowo przystrzyżoną. Podczas wesela nosił królewski strój Kahtanich: hebanowoczarną szatę ze złotym wykończeniem i wzorzysty błękitno-purpurowo-złoty turban z jedwabiu, lecz teraz ubrany był w śnieżnobiałą kandurę, wyszywaną malutkimi perłami. Jedyną skazą na jego starannym wizerunku była cienka blizna przecinająca lewą brew – pamiątka po biczu Dary.

Gapili się na siebie przez dłuższą chwilę bez ruchu. Nahri dostrzegała, że pod maską pijanego zmęczenia kryło się zdenerwowanie.

W końcu przemówił:

– Nie ześlesz na mnie złośliwych wrzodów, prawda?

Zmrużyła oczy.

– Słucham?!

– Złośliwe wrzody. – Muntazir przełknął ślinę, gniotąc w dłoniach haftowaną kapę na łożu. – Twoja matka potrafiła obdarzyć nimi mężczyzn, którzy zbyt długo jej się przyglądali.

Ukłuły ją te słowa, lecz ta reakcja wcale jej się nie spodobała. Nie była romantyczką, wręcz przeciwnie, szczyciła się swoim pragmatyzmem i umiejętnością odsuwania na bok emocji – co zresztą doprowadziło ją do tego pokoju. Mimo to trwała właśnie jej noc poślubna, więc mogła mieć nadzieję, że z ust jej nowego męża padną życzliwe słowa, a on sam będzie chciał ją pieścić, a nie bać się, że ześle na niego jakąś magiczną chorobę.

Bez ceregieli zdjęła z siebie szatę i rzuciła ją na podłogę.

– Miejmy to za sobą. – Ruszyła ku łożu, manipulując przy delikatnych miedzianych klamerkach przytrzymujących maskę ślubną.

– Ostrożnie! – Dłoń Muntazira wystrzeliła ku niej, ale cofnął ją gwałtownie, gdy tylko musnął jej palce. – Wybacz – dodał szybko. – To tylko… te zapięcia należały do mojej matki.

Nahri znieruchomiała. Nikt w pałacu nigdy nie wspominał o matce Muntazira, zmarłej dawno temu pierwszej żonie Ghassana.

– Doprawdy?

Skinął głową, sięgając ku masce i wprawnie odczepiając zapięcia. W porównaniu z wykwintnym pokojem i lśniącą biżuterią, którą oboje na sobie mieli, klamerki wyglądały raczej zwyczajnie, lecz Muntazir trzymał je tak, jakby właśnie wręczono mu pierścień z pieczęcią Sulejmana.

– Są w rodzinie od wieków – wyjaśnił, wodząc kciukiem po misternej biżuterii. – Matka ciągle kazała mi przysięgać, że będą je nosić moja żona i córka. – Wygiął usta w smutnym uśmiechu. – Mówiła, że przynoszą szczęście i pozwalają począć najlepszych synów.

Nahri zawahała się, a potem zdecydowała, że spróbuje podrążyć. Utracone dawno temu matki mogły być jedynym tematem, który łączyłby ją z mężem.

– Ile wtedy miałeś…

– Byłem dość młody – przerwał jej Muntazir nieco ochryple, tak jakby pytanie sprawiało mu ból. – W dzieciństwie na pustkowiach Am Geziry ugryzł ją nasnas, a jego jad pozostał w jej ciele. Czasem dopadał ją atak choroby, ale Maniże zawsze potrafiła go załagodzić. – Jego twarz spochmurniała. – Aż pewnego lata Maniże zdecydowała, że próżnowanie w Zariaspie jest ważniejsze niż życie jej królowej.

Nahri stężała. Jego słowa wyraźnie zabrzmiały goryczą. To tyle w kwestii poczucia wspólnoty i tematów do rozmowy.

– Rozumiem – odparła sztywno.

Muntazir najwyraźniej to zauważył, bo lekko się zarumienił.

– Przepraszam, nie powinienem był ci o tym mówić.

– W porządku – zapewniła go Nahri, chociaż w rzeczywistości z każdą chwilą bardziej żałowała swojej zgody na to małżeństwo. – Nigdy nie ukrywałeś tego, co czujesz wobec mojej rodziny. Jak to mnie nazwałeś w obecności ojca? „Kłamliwa nahidzka kurwa”? Ta, która uwiodła twojego brata i kazała swojemu afszinowi zaatakować twoich żołnierzy?

Szare oczy Muntazira błysnęły żalem, zanim opuścił wzrok.

– To był z mojej strony poważny błąd – przyznał, broniąc się słabo. – Mój najlepszy przyjaciel i młodszy brat stanęli u bram śmierci. – Wstał i ruszył w kierunku wina. – Nie myślałem wtedy jasno.

Nahri usiadła na łożu, krzyżując nogi pod jedwabną sukienką. Ładna rzecz: tkanina była tak cienka, że niemal przezroczysta, przetykana delikatną złotą nicią i ozdobiona drobnymi paciorkami z kości słoniowej. Kiedy indziej – i z kimś innym – mogłaby nawet cieszyć się subtelnym, prowokującym dotykiem jedwabiu na nagiej skórze.

Teraz jednak zdecydowanie nie czuła się w ten sposób. Spojrzała na Muntazira z niedowierzaniem. Czy naprawdę sądził, że taka wymówka wystarczająco usprawiedliwia jego postępek?

Zakrztusił się winem.

– Taki wzrok nie pomaga mi zapomnieć o wrzodach – wydusił pomiędzy kaszlnięciami.

Nahri przewróciła oczami.

– Na litość boską, nie zrobię ci krzywdy. Nie potrafię. Twój ojciec kazałby zamordować setkę Dewów, gdybym cię choćby drasnęła. – Podrapała się w głowę i wyciągnęła dłoń po wino. Może alkohol pozwoli jej jakoś przetrwać tę noc. – Podaj mi trochę.

Nalał jej kielich, a ona wypiła go duszkiem i skrzywiła się na kwaśny smak.

– Wstrętne!

Muntazir wyglądał na zranionego.

– To starożytne lodowe wino z Zariaspy. Bezcenne, jeden z najrzadszych szczepów na świecie.

– Smakuje jak sok z winogron przepuszczony przez gnijącą rybę.

– Gnijącą rybę… – powtórzył cicho. Potarł czoło. – W takim razie czego byś się chciała napić, jeśli nie wina?

Nahri zastanowiła się i odpowiedziała szczerze, nie widząc w tym szkody dla siebie:

– Karkade. To herbata z kwiatów hibiskusa. – Gardło ścisnęło jej się z tęsknoty. – Przypomina mi o domu.

– O Kalikacie?

Zmarszczyła brwi.

– O czym?

– To nie stamtąd pochodzisz?

– Nie – odparła. – Jestem z Kairu.

– Och – stwierdził z lekką konsternacją. – Ale leżą blisko siebie?

„Absolutnie nie”. Nahri próbowała nie krzywić się z żenady. Miał być jej mężem, a nawet nie wiedział, skąd pochodzi jego żona! Z kraju, którego esencja wciąż była obecna w jej krwi i sercu! Kair, miasto, za którym tęskniła tak rozpaczliwie, że czasem odbierało jej dech.

„Nie chcę tego”. Ta świadomość, nagła i paląca, przebiegła przez jej umysł. Nahri nauczyła się na własnej skórze, żeby nie wierzyć nikomu w Dewabadzie. Jak mogłaby dzielić łoże z tym skupionym na sobie mężczyzną, który nic o niej nie wiedział?

Muntazir obserwował ją, a jego szare oczy złagodniały.

– Wyglądasz, jakbyś się miała pochorować.

Teraz rzeczywiście drgnęła. Może nie był tak całkowicie ślepy.

– Czuję się świetnie – zełgała.

– A wcale tak nie wyglądasz – odparł, sięgając do jej ramienia. – Cała drżysz. – Jego palce musnęły jej skórę, a Nahri napięła mięśnie, walcząc, by nie odsunąć się gwałtownie.

Muntazir cofnął dłoń, jakby się sparzył.

– Boisz się mnie? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie – odparła naburmuszona, mimo że jej policzki płonęły z zakłopotania. – Ja tylko… nigdy wcześniej tego nie robiłam.

– Czego? Nie spałaś z kimś, kogo nienawidziłaś? – Jego krzywy uśmiech zniknął, kiedy przygryzła wargę. – Och. Och. Zakładałem, że ty i Darajawahusz…

– Nie – zaprzeczyła szybko Nahri. Wolała, żeby jej mąż nie kończył tego zdania. – Sprawy między nami tak nie wyglądały. A ja nie chcę o nim rozmawiać. Nie z tobą.

– Jasne – podsumował Muntazir, a potem zacisnął usta.

Znów zapadło między nimi milczenie, przerywane tylko śmiechem i okrzykami, wpadającymi przez otwarte okno.

– Dobrze wiedzieć, że wszyscy tak się cieszą z sojuszu naszych rodów – mruknęła posępnie Nahri.

Muntazir zerknął na nią.

– Czy to dlatego się zgodziłaś?

– Zgodziłam się – wypowiedziała to wyjątkowo sarkastycznie – ponieważ wiedziałam, że i tak zostanę zmuszona do poślubienia ciebie. Stwierdziłam, że w takim razie równie dobrze mogę ochoczo wyjść za mąż i wydoić z twojego ojca tyle wiana, ile się da… a może pewnego dnia przekonam cię, żebyś go obalił. – Nie była to zapewne najmądrzejsza odpowiedź, ale Nahri coraz mniej obchodziło, co sobie pomyśli jej mąż.

Muntazir raptownie zbladł. Przełknął ślinę, wychylił resztkę wina, a potem przeszedł przez sypialnię ku drzwiom. Otworzył je i powiedział coś po gezirijsku do osoby po drugiej stronie. Nahri przeklęła się w myślach za swoje ostatnie słowa. Niezależnie od jej uczuć wobec Muntazira Ghassan był zdecydowany ich ożenić, a gdyby Nahri spróbowała udaremnić jego plan, król niewątpliwie wymyśliłby dla niej upiorną karę.

– Co zrobiłeś? – zapytała z niepokojem, kiedy wrócił.

– Zamówiłem filiżankę tej twojej dziwnej herbaty.

Mrugnęła, zaskoczona.

– Nie musiałeś tego robić.

– Ale chciałem. – Spojrzał jej w oczy. – Szczerze mówiąc, przerażasz mnie, żono, więc wolę wkraść się w twoje łaski. – Podniósł z łoża maskę ślubną. – Możesz przestać się trząść. Nie skrzywdzę cię, Nahri. Nie jestem taki. Dzisiaj wieczorem nawet cię nie tknę.

Spojrzała na maskę, która zaczynała się już żarzyć. Odchrząknęła.

– Ale wszyscy będą oczekiwać…

Maska w jego dłoniach rozsypała się w węgielki, a Nahri podskoczyła.

– Wyciągnij rękę – poprosił, a kiedy posłuchała, wysypał jej na dłoń garść popiołu. Potem przeczesał sobie pokrytymi popiołem palcami włosy i wytarł je w kołnierz tuniki oraz białą kandurę. – Proszę – powiedział ze śmiertelną powagą. – Małżeństwo zostało skonsumowane. – Skinął głową w kierunku łoża. – Mówiono mi, że we śnie strasznie się rzucam i wiercę. Będzie wyglądało, jakbyśmy przez całą noc robili wszystko, co możliwe, dla zapewnienia pokoju między naszymi rodami. – Na te słowa Nahri oblała się rumieńcem, a Muntazir uśmiechnął się szeroko. – Wierz mi lub nie, dobrze jest wiedzieć, że coś w ogóle cię niepokoi. Maniże nigdy nie okazywała emocji i to było przerażające. – Jego głos złagodniał: – W końcu będziemy to musieli zrobić. Znajdą się tacy, którzy będą nas obserwować i czekać na spadkobierców, ale zabierzemy się do tego powoli. Nie musi to być potworna męczarnia. – Oczy błysnęły mu rozbawieniem. – Mimo że robimy to wszystko pod przymusem, ta sypialnia potrafi być naprawdę przyjemnym miejscem.

Przerwało mu pukanie, i całe szczęście. Mimo że Nahri wychowywała się na kairskich ulicach, nie znalazła odpowiedzi na jego ostatnie słowa.

Muntazir podszedł do drzwi i wrócił ze srebrną tacą, na której stał czajnik z różowego kwarcu. Postawił go na nocnym stoliku.

– Twoja karkade. – Odciągnął prześcieradła i padł na stos poduszek. – A teraz, jeżeli nie jestem już potrzebny, idę spać. Zapomniałem, ile się tańczy na dewańskich weselach.

Jej niepokój powoli słabł. Nalała sobie filiżankę karkade i ignorując instynkt, każący jej wycofać się na jedną z niskich sof, rozstawionych przy kominku, ostrożnie wślizgnęła się do łoża obok męża. Wypiła łyczek herbaty, rozkoszując się wyrazistym smakiem.

Dobrze go znała, lecz pierwszym miejscem, jakie przyszło jej w tej chwili na myśl, nie była egipska kafejka, lecz Biblioteka Królewska w Dewabadzie. Siedziała tam z uśmiechniętym księciem, który doskonale orientował się w różnicy między Kalikatem i Kairem. Księciem, którego wiedza na temat człowieczego świata sprawiła, że Nahri przywiązała się do niego, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy, aż było za późno.

– Muntazirze, mogę cię o coś spytać? – powiedziała bez zastanowienia.

Jego zaspany głos był niewyraźny:

– Taa?

– Dlaczego Ali nie zjawił się na weselu?

Ciało jej męża natychmiast stężało.

– Jest zajęty swoim garnizonem w Am Gezirze.

Garnizonem. Tak, właśnie tak odpowiadał jej każdy Geziri pytany o Alizajda Al-Kahtaniego, niemal tymi samymi słowami.

W królewskim haremie w Dewabadzie trudno było jednak utrzymać tajemnicę. Dlatego do Nahri dotarły plotki mówiące, że Zajnab, siostra Alego i Muntazira, zasypiała z płaczem każdej nocy, przez wszystkie tygodnie, od kiedy odesłano jej młodszego brata. Od tamtej pory księżniczka wyglądała strasznie, nawet podczas uroczystości weselnych tego wieczoru.

Wtedy wymknęło jej się to, o co rzeczywiście chciała zapytać:

– Czy on umarł? – wyszeptała.

Muntazir nie odpowiedział od razu. Zapadło milczenie, a Nahri poczuła, jak w jej sercu splatają się sprzeczne emocje. Potem jednak jej mąż odchrząknął.

– Nie – odparł ostrożnie, z namysłem. – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałbym o nim nie dyskutować. A co do twoich wcześniejszych słów… – Popatrzył na nią z oczami błyszczącymi od uczucia, którego nie potrafiła nazwać. – Powinnaś wiedzieć, że gdyby przyszło co do czego, to jestem przede wszystkim Kahtanim. Mój ojciec jest moim władcą. Zawsze będę wobec niego lojalny. – W jego słowach wyraźnie zabrzmiało ostrzeżenie, a z głosu nagle uleciała cała intymność. To powiedział emir Dewabadu. Odwrócił się do niej plecami, nie czekając na odpowiedź.

Nahri odstawiła filiżankę ze stuknięciem, czując, jak odrobina ciepła, iskra, którą zdołali między sobą wzniecić, znika, a w jej miejscu pojawia się lód. Westchnęła z irytacją.

Jeden z gobelinów po przeciwnej stronie pokoju zadrżał w odpowiedzi. Sięgające okna cienie, padające na Muntazira, nagle się wydłużyły i wyostrzyły.

Nahri nie poczuła się zaskoczona. Ostatnio takie rzeczy zdarzały się coraz częściej: starożytny pałac wydawał się coraz bardziej świadomy tego, że w jego murach znów mieszka ktoś z rodu Nahidów.

 

 

 

Dara

 

 

 

Darajawahusz e-Afszin drzemał w purpurowym świetle słońca, które nigdy nie zachodziło.

Nie był to oczywiście prawdziwy sen, ale coś głębszego. Spokojniejszego. Nie śnił o straconych okazjach i nieodwzajemnionej miłości, nie przeżywał koszmarów z miastami skąpanymi we krwi i bezlitosnymi człowieczymi władcami. Zwykle leżał w wąwozie ocienionym cedrowym zagajnikiem, na filcowym kocu, utkanym mu przez matkę, kiedy był chłopcem. Między drzewami dostrzegał wspaniały ogród, w którym chwilami działo się coś, co przyciągało jego uwagę.

Teraz jednak nic takiego nie miało miejsca. Dara nie orientował się dokładnie, gdzie jest, ale specjalnie go to nie obchodziło. Powietrze pachniało domem, posiłkami spożywanymi z rodziną i świętym dymem ołtarzy ognia. Od czasu do czasu otwierał oczy, zanim śpiew ptaków i odległe dźwięki lutni znów ukołysały go do snu. Tylko na to miał ochotę: leżeć i odpoczywać, aż całe zmęczenie odpłynie z jego ciała, a z pamięci ulotni się zapach krwi.

Mała dłoń trąciła jego ramię.

Dara się uśmiechnął.

– Znów przyszłaś, żeby sprawdzić, jak się czuję, siostrzyczko?

Otworzył oczy. Tamima klęczała u jego boku, uśmiechając się szeroko ustami, w których brakowało zębów. Jej małą postać spowijał całun, a czarne włosy miała starannie zaplecione w warkocze. Wyglądała zupełnie inaczej, niż kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Gdy przybył do wąwozu, jej całun pokrywała krew, a skóra pocięta była imionami w tocharystańskim alfabecie. Na ten widok oszalał: rozszarpał wąwóz gołymi dłońmi, a potem znów, i jeszcze raz, aż w końcu padł obok niej i objął jej dziecięce ramionka.

Od tamtej pory znaki na jej skórze znikały, wraz z czarnym tatuażem na jego ciele, tym, który wyglądał jak szczeble zakręconej drabiny.

Tamima wbiła palce bosych stóp w trawę.

– Czekają w ogrodzie, żeby z tobą porozmawiać.

Zaniepokoił się. Podejrzewał, że wie aż za dobrze, jaki sąd czeka go w tym miejscu.

– Nie jestem jeszcze gotów – odpowiedział.

– Nie trzeba się tego bać, bracie.

Dara zacisnął powieki.

– Nie wiesz, co zrobiłem.

– W takim razie wyznaj swoje uczynki i uwolnij się od ich brzemienia.

– Nie mogę – wyszeptał. – Jeżeli zacznę, Tamimo… zatopią mnie…

Uderzenie gorąca przeszyło nagle jego lewą dłoń, aż sapnął z niespodziewanego bólu. Prawie zapomniał, jak to jest, ale parzący dreszcz zniknął tak szybko, jak się pojawił. Dara uniósł rękę.

Na palcu miał wytarty żelazny pierścień ze szmaragdem.

Wytrzeszczył oczy ze zdumieniem. Usiadł, a ciężki płaszcz senności opadł z jego ciała.

Spokój wokoło minął, chłodna bryza wywiała z wąwozu zapachy domu i sprawiła, że liście zatańczyły w koronach cedrów. Dara zadrżał. Wiatr wydawał się żywą istotą, ciągnął go za ręce i mierzwił mu włosy.

Wstał, zanim zdał sobie sprawę, co właściwie robi.

Tamima złapała jego dłoń.

– Nie, Daru – poprosiła. – Nie idź jeszcze. Nie rób tego kolejny raz. Jesteś już tak blisko.

Spojrzał na nią, skonsternowany.

– Co?

Jak gdyby w odpowiedzi, cienie w cedrowym zagajniku zgęstniały, szmaragd i czerń zaczęły się wić i splatać. To była jakaś magia… oszałamiająca, szarpiąca jego duszę. Pierścień na jego palcu pulsował niczym bijące serce.

Nagle wszystko stało się oczywiste. Pewnie, że musi iść. To jego obowiązek, a on przecież jest posłusznym afszinem.

Dlatego podporządkował się rozkazowi.

Uwolnił się od uścisku siostry.

– Wrócę – powiedział. – Przyrzekam!

Tamima zaczęła płakać.

– Zawsze tak mówisz!

Kiedy Dara wszedł głębiej w gaj cedrów, łkania siostry ucichły, podobnie jak śpiew ptaków. Zastąpił je niski buczący pomruk, który szybko zaczął go irytować. Gorące powietrze zamykało się wokół niego. Po chwili znów poczuł szarpnięcie za dłoń. Pierścień zaczął się żarzyć.

A potem afszin został zagarnięty, wykradziony z tego świata. Niewidzialna siła porwała go niczym roh i wrzuciła sobie do paszczy.

Wąwóz między cedrami zniknął, zostawiając całkowitą czerń. Nicość. Przeszył go płonący, rozdzierający ból, gorszy, niż potrafiłby sobie wyobrazić, jak tysiąc noży szatkujących każde włókno jego ciała, a on tymczasem został pociągnięty, powleczony przez jakąś substancję gęstszą niż błoto. Rozłożony i złożony z powrotem z kawałków ostrzejszych od potrzaskanego szkła.

Jakaś istota obudziła się z hukiem do życia w jego piersi, waląc niczym bęben. Wartki nurt zawirował w jego nowych żyłach, nawilżając rosnące mięśnie, a na piersi wyrósł mu dławiący ciężar. Zakrztusił się, gdy na jego twarzy uformowały się usta i wciągnęły powietrze do płuc. Powrócił mu słuch, a wtedy dobiegł go wrzask.

Jego wrzask.

Zwaliła się na niego cała góra wspomnień. Kobieta wykrzykująca, a potem szepcząca jego imię. Czarne oczy i szelmowski uśmiech, jej usta na jego twarzy, ich ciała napierające na siebie w ciemnej jaskini. Te same oczy – wstrząśnięte i pełne poczucia zdrady w zrujnowanej infirmerii. Górujący nad nim topielec pokryty łuskami i mackami, z zardzewiałym ostrzem w ociekającej wodą dłoni.

Dara otworzył gwałtownie oczy, ale zobaczył tylko ciemność. Ból powoli znikał, lecz wszystko było nie takie: ciało wydawało mu się zbyt lekkie, a mimo to zbyt rzeczywiste. Od wielu dekad, co tam, od wielu wieków nie czuł, żeby tak tętniło życiem. Znów się zakrztusił, a potem ciężko dyszał, próbując przypomnieć sobie, jak się oddycha.

Na jego ramieniu zacisnęła się dłoń: przez całe ciało Dary przebiegła fala ciepła i spokoju. Palący ból zniknął, a serce zwolniło i zaczęło teraz bić rytmicznie.

Poczuł, jak przepływa przez niego fala ulgi. Dara wszędzie rozpoznałby uzdrawiający dotyk Nahidów.

– Nahri – wyszeptał niemal bezgłośnie. Piekące łzy stanęły mu w oczach. – Och, Nahri, przepraszam, tak mi przykro, nie chciałem…

Słowa zamarły mu na wargach. Zobaczył, jak wygląda jego dłoń.

Była jasna niczym ogień, a na końcach palców wyrastały śmiertelnie ostre szpony.

Zanim zdążył krzyknąć, przed oczami pojawiła mu się twarz kobiety. „Nahri!” Nie, nie Nahri, chociaż Dara dostrzegał w jej mimice cień podobieństwa do tamtej. Ta dewańska kobieta była starsza, a na jej twarzy rysowały się lekkie zmarszczki. W czarnych włosach, przystrzyżonych niedbale na wysokości ramion, widać było siwe pasma.

Wydawała się niemal tak wstrząśnięta jak sam Dara. Uradowana, lecz wstrząśnięta. Pogłaskała go po policzku.

– To zadziałało – wyszeptała. – W końcu zadziałało!

Dara popatrzył z przerażeniem na swoje płonące dłonie. Znienawidzony szmaragdowy pierścień niewolnika błysnął na palcu.

– Dlaczego tak wyglądam? – zapytał, a głos załamał mu się w panice. – Czy ifryty…

– Nie – zapewniła go pośpiesznie kobieta. – Zostałeś uwolniony od ifrytów. I od wszystkiego innego.

Ta odpowiedź nic mu nie wyjaśniła. Dara gapił się na swoją ognistą skórę, a do jego serca wkradał się strach. Nigdy nie słyszał, żeby dżinny i dewowie wyglądali tak jak on, nawet po uwolnieniu z niewoli Sulejmana.

Gdzieś w odległym zakątku jego umysłu wciąż brzmiał głos jego siostry, błagającej, by powrócił do ogrodu przodków. Tamima. Poczuł nagły żal i łzy pociekły mu po policzkach, sycząc i parując na gorącej skórze.

Zadrżał. Magia krążąca w jego żyłach wydawała się nowa, gwałtowna i nieokiełznana. Wciągnął ostro powietrze, a ściany namiotu, w którym się znajdowali, wydęły się raptownie.

Kobieta złapała jego dłoń.

– Uspokój się, afszinie – powiedziała. – Jesteś bezpieczny. Jesteś wolny.

– Ale czymże jestem?! – Spojrzał znów na swoje szpony, czując mdłości na ich widok. – Co mi zrobiłaś?

Zamrugała, zaskoczona rozpaczą w jego głosie.

– Uczyniłam cud. Coś niebywałego. Jesteś pierwszym od trzech tysięcy lat dewą wolnym od klątwy Sulejmana.

Klątwa Sulejmana. Popatrzył na nią z niedowierzaniem, a jej słowa odbiły się echem w jego głowie. To niemożliwe. To… to odrażające! Jego lud czcił Sulejmana. Byli posłuszni jego prawom.

Niegdyś Dara zabijał w imię tych praw.

Skoczył na równe nogi. Ziemia pod nim się zatrzęsła, a klapy namiotu załopotały dziko w podmuchu gorącego wiatru. Wyszedł chwiejnie na zewnątrz.

– Afszinie!

Wciągnął gwałtownie powietrze. Oczekiwał ciemnych, zarośniętych bujnych lasem gór wokół jeziora, na którym leżała wyspa i jego miasto, ale zamiast nich ujrzał pustynię, rozległą i jałową. A potem z przerażeniem rozpoznał linię słonych wzgórz i pojedynczą kamienną wieżę, stojącą w oddali na podobieństwo strażnika.

Daszt-e Lut. Pustynia w południowym Dewastanie, tak gorąca i nieprzyjazna, że ptaki, które próbowały nad nią przefrunąć, spadały martwe z nieba. W najgorętszym okresie powstania Dewów Dara zwabił na tę pustynię Zajdiego Al-Kahtaniego. Pochwycił i zabił jego syna w bitwie, która powinna była ostatecznie obrócić losy wojny na korzyść Dewów.

Jednak dla niego ta historia na Daszt-e Lut zakończyła się inaczej.

Rechoczący śmiech przywrócił go do rzeczywistości.

– No proszę, czyli przegrałem zakład… – Chytry głos, który zabrzmiał tuż za nim, obudził w jego głowie najgorsze wspomnienia. – Nahidce rzeczywiście się udało!

Dara odwrócił się na pięcie, mrużąc oczy przed nagłą jasnością. Trzy ifryty czekały w niszczejących ruinach czegoś, co mogło być niegdyś człowieczym pałacem, teraz wydanym na pastwę czasu i żywiołów. Te same ifryty, które polowały na niego i Nahri nad rzeką Gozan, a oni ledwie przeżyli to spotkanie.

Ich lider – Dara pamiętał, że ma na imię Aeszma – zeskoczył ze zniszczonego muru i z uśmiechem ruszył nieśpiesznie w jego kierunku.

– Nawet wygląda jak my – zakpił. – Podejrzewam, że to dla niego wstrząs.

– Szkoda – odezwała się ifrytka. – Podobał mi się przedtem. – Rzuciła mu szelmowski uśmiech i wyciągnęła poobijany metalowy hełm. – Co myślisz, Darajawahuszu? Chcesz sprawdzić, czy jeszcze pasuje?

Dara utkwił wzrok w hełmie, niebieskozielonym od śniedzi. Natychmiast rozpoznał nierówną krawędź skrzydeł szedu, wyrastających z jego boków. Kiedyś grzebień szyszaka, przekazywanego z ojca na syna, zdobiły pióra szedu. Dara doskonale pamiętał, jak zadrżał, dotykając ich po raz pierwszy.

Z rosnącym przerażeniem spojrzał na sypiące się cegły… i na ciemną dziurę, którą otaczały, czarną pustkę w oświetlonym księżycem piasku. To była ta sama studnia, do której został bez litości wrzucony wieki temu, by utonąć i pojawić się ponownie z duszą zniewoloną przez ifrytkę, która teraz swobodnie kręciła jego hełmem na palcu.

Cofnął się raptownie, ściskając głowę. Nic tu nie miało sensu, ale wszystko sugerowało coś niewyobrażalnie potwornego, wbrew wszelkim regułom.

Rozpaczliwie przywołał pierwszą osobę, której imię przyszło mu do głowy.

– N-nahri… – wyjąkał. Opuścił ją, wrzeszczącą jego imię na płonącym statku, otoczoną przez wrogów.

Aeszma przewrócił oczami.

– A nie mówiłem, że zapyta najpierw o nią? Afszini są jak psy Nahidów, lojalni bez względu na to, ile razy ich wychłostano. – Zwrócił się z powrotem do Dary: – Twoja mała uzdrowicielka jest w Dewabadzie.

Dewabad. Jego miasto. Jego Banu Nahida. Poczucie zdrady w jej czarnych oczach, jej dłonie na jego twarzy, gdy błagała go, żeby uciekał.

Z jego gardła wydobył się zdławiony szloch i pochłonął go żar. Okręcił się, niepewny, dokąd miałby pójść. Wiedział tylko, że musi wrócić do Dewabadu.

A potem huknął grom, błysnął piorun i pustynia zniknęła.

Dara mrugnął i zachwiał się. Stał na skalistym brzegu, a pod nim światło odbijało się od ciemnej, żwawo płynącej wody. Po drugiej stronie wznosiły się zbocza z piaskowca, słabo lśniące na tle nocnego nieba.

„Rzeka Gozan”. Nawet nie próbował zrozumieć, jakim cudem w mgnieniu oka dostał się tu z Daszt-e Lut, ale teraz to nie miało znaczenia. Chciał tylko wrócić do Dewabadu i ocalić Nahri przed piekłem, które sam rozpętał.

Ruszył naprzód. Niewidzialna zasłona, kryjąca Dewabad przed resztą świata, zaczynała się niedaleko, tuż za Gozanem. W śmiertelnym życiu przekraczał ją niezliczoną ilość razy, wracając z polowań z ojcem i z misji wojskowych jako młody żołnierz. Była to kurtyna, która rozchylała się momentalnie dla każdego, kto miał w żyłach choćby kroplę krwi dewów, i odsłaniała zamglone zielone góry, otaczające obłożone klątwą jezioro.

Tym razem jednak nic takiego się nie stało.

Ogarnęła go panika. To niemożliwe! Spróbował po raz kolejny, przemierzał równinę i biegł wzdłuż brzegu Gozanu, rozpaczliwie usiłując odnaleźć przejście.

Spróbował chyba ze sto razy, zanim padł na kolana. Jęknął, a z jego dłoni trysnęły płomienie.

Znów zahuczał grom, a następnie rozległ się tupot biegnących stóp i zirytowane westchnienie Aeszmy.

U boku Dary klęknęła cicho dewańska kobieta. Ta sama, której twarz dostrzegł po przebudzeniu, a która przypominała mu Nahri. Dłuższą chwilę trwało między nimi milczenie, przerywane tylko drżącym oddechem Dary.

W końcu przemówił:

– Czy jestem w piekle? – wyszeptał, wypowiadając na głos lęk targający jego sercem, niepewność, która powstrzymała go od chwycenia dłoni siostry i wkroczenia do ogrodu. – Czy to kara za to, co uczyniłem?

– Nie, Darajawahuszu, nie jesteś w piekle.

Jej spokojny głos dodał mu otuchy. Dara wyznał więc zdławionym głosem:

– Nie mogę przekroczyć zasłony. Nie potrafię jej nawet znaleźć. Zostałem przeklęty. Wyrzucony z domu i…

Kobieta ścisnęła jego ramię, a potężna magia wyczuwalna w jej dotyku odebrała mu głos.

– Nie zostałeś przeklęty – zaoponowała stanowczo. – Nie możesz przekroczyć zasłony, ponieważ nie pęta cię już klątwa Sulejmana. Ponieważ jesteś wolny.

Dara pokręcił głową.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz. – Ujęła jego twarz w dłonie. Popatrzył na nią, czując się dziwnie podporządkowany naglącemu spojrzeniu jej ciemnych oczu. – Dano ci więcej mocy niż jakiemukolwiek innemu dewie od tysięcy lat. Znajdziemy sposób, byś mógł wrócić do Dewabadu, obiecuję. – Chwyciła go mocniej za podbródek. – A kiedy nam się to uda, Darajawahuszu… to zdobędziemy miasto i ocalimy naszych rodaków. W tym Nahri.

Dara popatrzył na nią z rozpaczliwą nadzieją.

– Kim jesteś? – wyszeptał.

Jej usta skrzywiły się w uśmiechu, tak znajomym, że poczuł, jak pęka mu serce.

– Nazywam się Banu Maniże.

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Nahri

 

 

 

Nahri zamknęła oczy, wystawiła twarz do słońca i rozkoszowała się jego ciepłem na skórze. Wciągnęła powietrze, smakując ziemną woń dalekich gór i świeży powiew znad jeziora.

– Spóźniają się – rzucił Muntazir ze skargą w głosie. – Jak zawsze. Wygląda na to, że lubią, kiedy czekamy na nich w pełnym słońcu.

Zajnab prychnęła.

– Ziru, nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek pojawił się na czas. Naprawdę chcesz ciągnąć tę rozmowę?

Nahri zignorowała ich sprzeczkę i jeszcze raz odetchnęła rześkim powietrzem, napawając się spokojem, jaki tu panował. Rzadko pozwalano jej na takie wyjścia, więc miała zamiar się tym nacieszyć. Przekonała się już w dotkliwy sposób, że nie ma wyboru.

Za pierwszym razem spróbowała się wymknąć z pałacu niedługo po pamiętnej nocy na statku. Rozpaczliwie pragnęła się od wszystkiego oderwać i powędrować ulicami miasta, których jeszcze nie odwiedziła, na których nie prześladowałyby jej wspomnienia Dary.

W odwecie Ghassan kazał przyprowadzić jej służącą, Danur, po czym w obecności Nahri rzucił zaklęcie na pokojówkę, odbierając jej całkowicie mowę, za to, że nie doniosła mu o nieobecności Banu Nahidy.

Za drugim razem Nahri się zbuntowała i rzuciła władcy wyzwanie. Wkrótce miała wyjść za Muntazira. Była Banu Nahidą. Za kogo Ghassan się miał, żeby zamykać ją w murach pałacu jej przodków? Tym razem postarała się lepiej: upewniła się, że jej towarzysze mieli alibi, a potem pozwoliła, by sam pałac ukrył ją w cieniach i przeprowadził przez najmniej uczęszczane korytarze.

Mimo to król i tak się dowiedział. Kazał przywlec przed nią strażnika, który zasnął na warcie, tak że mogła obok niego przemknąć, i polecił wysmagać nieszczęsnego gwardzistę, aż na plecach tamtego nie został ani jeden pasek niezakrwawionej skóry.

Za trzecim razem Nahri nawet nie próbowała się skradać. Pewnego słonecznego dnia zaraz po ślubie zdecydowała po prostu, że przespaceruje się z Wielkiej Świątyni do pałacu, zamiast skorzystać ze strzeżonej lektyki. Nie sądziła, że Ghassana – teraz już jej teścia – w ogóle to zainteresuje. Po drodze zatrzymała się w kafejce w dzielnicy Dewa i spędziła kilka przemiłych chwil, rozmawiając niezobowiązująco z parą zaskoczonych i zachwyconych jednocześnie właścicieli.

Następnego dnia król kazał przyprowadzić ich oboje do pałacu. Tym razem nie musiał nikogo krzywdzić. Kiedy tylko Nahri zobaczyła ich przerażone twarze, padła na kolana i przysięgła już nigdy nie wychodzić bez pozwolenia.

Co oznaczało, że teraz nie odrzucała żadnej okazji, by opuścić mury pałacu. Poza sprzeczką królewskiego rodzeństwa i dalekim krzykiem drapieżnika nad jeziorem panowała całkowita cisza. Powietrze opływało ją w błogosławionym spokoju.

Szybko zauważono jej widoczną ulgę.

– Twoja żona wygląda jak ktoś wypuszczony właśnie z więzienia po stuletnim wyroku – mruknęła Zajnab o kilka kroków dalej. Starała się mówić cicho, ale Nahri potrafiła dosłyszeć najlżejszy szept. – Zaczynam jej współczuć, chociaż kiedy ostatnio piłyśmy herbatę, jedno z pnączy w jej ogrodzie wyrwało mi filiżankę z dłoni.

Muntazir uciszył siostrę.

– Na pewno nie chciała świadomie zrobić nic podobnego. W jej obecności takie rzeczy się po prostu… zdarzają.

– Słyszałam, że jeden z posągów szedu ugryzł żołnierza, który spoliczkował jej pomocnicę.

– Może nie powinien był tego robić – szepnął Muntazir, tym razem nieco ostrzej. – Dość już tych plotek. Nie chcę, żeby abba słuchał takich rzeczy.

Nahri uśmiechnęła się pod welonem, przyjemnie zaskoczona, że mąż jej broni. Mimo że byli małżeństwem od niemal pięciu lat, Muntazir rzadko stawał po jej stronie przeciwko swojej rodzinie.

Otworzyła oczy i podziwiała rozciągający się wokoło widok. Był piękny dzień, jeden z niewielu, kiedy ani jedna chmura nie kalała jasnego, niezmierzonego błękitu nieba nad Dewabadem. Zajnab, Nahri i Muntazir czekali na nabrzeżu podupadłej miejskiej przystani. Chociaż doki wciąż działały, reszta portu od stuleci popadała w ruinę. Spośród popękanych kamiennych płyt nabrzeża wyrastały chwasty, a ozdobne granitowe kolumny leżały potrzaskane. Jedyny znak niegdysiejszej wspaniałości tego miejsca znajdował się za plecami Nahri – lśniące postacie jej przodków wyrzeźbione w potężnych murach miasta.

Przed nimi leżało jezioro. Zamglone zielone góry na jego przeciwleg­łym brzegu przechodziły w wąską, żwirową plażę. Samo jezioro było nieruchome. Jego mętne wody zostały przeklęte przez maridów wiele wieków wcześniej, podczas jakiegoś zapomnianego sporu z Radą Nahidów. Nahri starała się nie myśleć o tej klątwie. Próbowała również omijać wzrokiem południową część akwenu, tam, gdzie wysokie zbocza poniżej pałacu opadały do ciemnej toni. Nie miała ochoty przypominać sobie, co wydarzyło się w tej części jeziora pięć lat temu.

Powietrze na środku tafli zamigotało i zaiskrzyło, przyciągając wzrok Nahri.

Przybyli Ajanle.

Statek, który wyłonił się zza zasłony, wyglądał baśniowo. Przemykał przez mgłę z gracją, która zaprzeczała jego rozmiarom. Nahri dorastała nad Nilem, toteż przywykła do widoku łodzi: gąszczu smukłych feluk, rybackich czółen i pękatych kupieckich transportowców, które nieustannym strumieniem ślizgały się po szerokiej rzece. Ten statek jednak w niczym ich nie przypominał. Wydawał się dość wielki, by pomieścić setki pasażerów. Ciemne tekowe drewno lśniło w słońcu, gdy płynął lekko po tafli jeziora. Na jego masztach powiewały turkusowe bandery ozdobione kształtami złotych piramid i srebrnych brył soli. Ogromne żebrowane żagle bursztynowej barwy (Nahri naliczyła ich kilkanaście) z szerokich brytów wyglądały bardziej jak skrzydła niż jakiekolwiek wyposażenie przynależące do statku. Łopotały i wydymały się na wietrze jak żywe istoty, sprawiając, że błyszczące pokłady wydawały się malutkie.

Nieco oszołomiona Nahri przysunęła się do Kahtanich i zapytała:

– Jak przenieśli tutaj cały statek? – Kraj za magiczną zasłoną, okalającą olbrzymie jezioro wokół Dewabadu i zamglone góry, składał się z rozleg­łych połaci kamienistej pustyni.

– To nie jest pierwsza lepsza jednostka – odparła z uśmiechem Zajnab. – To statek piaskowy. Wynaleźli je Sahrajni. Starannie pilnują tajemnic swojej magii, ale zdolny kapitan potrafi na jednym z tych żaglowców okrążyć cały świat. – Westchnęła z podziwem i smutkiem. – Sahrajni każą płacić Ajanle fortunę za korzystanie z ich floty, ale to naprawdę robi wrażenie.

Muntazir nie wydawał się aż tak zafascynowany przepiękną jednostką.

– To interesujące, że Ajanle mogą sobie pozwolić na taki wydatek, podczas gdy Ta Ntry ustawicznie zalega z podatkami.

Wzrok Nahri powędrował ku twarzy męża. Chociaż Muntazir nigdy nie rozmawiał z nią otwarcie o problemach gospodarki Dewabadu, ich istnienie było oczywiste dla każdego, zwłaszcza dla Banu Nahidy, która uzdrawiała kontuzje żołnierzy, narzekających na zmniejszone racje, i odczyniała uroki, rzucane na siebie nawzajem przez coraz bardziej nerwowych sekretarzy Skarbu. Na szczęście spadek koniunktury nie dosięgnął jeszcze jej dewańskich rodaków, głównie dlatego, że odcięli się od handlu z innymi rodami po tym, jak Ghassan po śmierci Dary przyzwolił po cichu na zniszczenie ich straganów i pobicie kupców na Wielkim Bazarze. Dlaczego Dewowie mieliby podejmować ryzyko handlu z dżinnami, jeżeli nikt nie stawał w ich obronie?

Zbliżył się statek z Ajanle na pokładzie. Jego żagle rozłożyły się szeroko, a marynarze w jasnych pasiastych strojach ozdobionych złotem rozbiegli się po pokładach. Na najwyższym z nich przeciągało się w złotej uprzęży stworzenie podobne do chimery, o kocim ciele pokrytym rubinowymi łuskami, błyskając rogami lśniącymi niczym diamenty i smagając wokoło wężowym ogonem.

Zaraz po zacumowaniu grupa pasażerów wysypała się na brzeg, zmierzając ku królewskiej delegacji. Prym wiódł wśród nich mężczyzna w obszernej turkusowej szacie i srebrnym turbanie, owijającym jego głowę i szyję.

– Emirze Muntazirze – przywitał się z uśmiechem i nisko pokłonił. – Pokój z tobą.

– I z tobą – odparł grzecznie Muntazir. – Możesz powstać.

Ajanle zastosował się do polecenia i posłał Zajnab o wiele bardziej szczery uśmiech.

– Mała księżniczko, aleś ty wyrosła! – Roześmiał się. – Uczyniłaś zaszczyt staremu przekupniowi, przybywając mnie powitać.

– To zaszczyt raczej dla mnie – zapewniła go Zajnab ze swobodą, której Nahri nigdy nie miała cierpliwości naśladować. – Podróż upłynęła dobrze, jak sądzę?

– Tak, dzięki Najwyższemu – odparł i odwrócił się ku Nahri. Jego złote oczy zalśniły zaskoczeniem. – Czy to ta nahidzka dziewczyna? – Mrug­nął, a Nahri zauważyła, że nieznacznie się przy tym cofnął.

– To moja żona – poprawił Muntazir znacznie chłodniejszym tonem.

Nahri popatrzyła mężczyźnie prosto w oczy, prostując się i szczelniej owijając czadorem.

– Jestem Banu Nahida – powiedziała przez welon. – A ty, panie, jak słyszałam, nazywasz się Abul Dawanik.

Skłonił się.

– Dobrze słyszałaś, pani. – Jego badawczy wzrok wędrował po niej, sprawiając, że ścierpła jej skóra. Pokręcił głową. – Nadzwyczajne. Nie sądziłem, że kiedykolwiek spotkam prawdziwą Nahidkę.

Nahri zgrzytnęła zębami.

– Od czasu do czasu wypuszczają nas, żebyśmy mogli postraszyć miejscowych.

Muntazir odchrząknął.

– Opróżniłem miejsce w królewskim karawanseraju dla twoich towarzyszy i ładunku. Pozwól, że odeskortuję was tam osobiście.

Abul Dawanik westchnął głęboko.

– Niestety mamy niewiele ładunku. Mój lud potrzebował więcej czasu na przygotowanie karawany z należnym podatkiem.

Muntazir ani drgnął, lecz Nahri wyczuła, że puls mu przyspieszył.

– Nie tak się umawialiśmy – powiedział ostrzegawczo, przypominając nagle Ghassana do tego stopnia, że skóra jej ścierpła. – Jesteś świadom, jak niewiele czasu pozostało do święta Nawasatem? Trochę trudno planować obchody uroczystości wydarzającej się raz na sto lat, kiedy podatki stale się spóźniają.

Abul Dawanik spojrzał na niego zranionym wzrokiem.

– Od razu przeszliśmy do rozmowy o pieniądzach, emirze? Gościnność Gezirich, do której przywykłem, zakłada zwykle grzeczną pogawędkę o niczym przez przynajmniej dziesięć minut.

Muntazir natychmiast odparł:

– Być może wolałbyś towarzystwo mojego ojca?

Abul Dawanik nie tchórzył. Wręcz przeciwnie, Nahri usłyszała w jego głosie kpiącą nutę, gdy powiedział:

– Nie ma powodu do gróźb, Wasza Wysokość. Karawana jest o kilka tygodni za mną. – Błysnął oczami. – Niewątpliwie uradujesz się tym, co ci przywiezie.

Zza miejskich murów rozbrzmiał azan, wezwanie wiernych na południową modlitwę. Wznosiło się i opadało odległymi falami, kiedy podchwytywali je kolejni muezini, a Nahri poczuła znane ukłucie nostalgii. Azan zawsze wywoływał u niej wspomnienia z Kairu.

– Ziru, to z pewnością może zaczekać – powiedziała Zajnab, wyraźnie próbując rozładować napięcie pomiędzy mężczyznami. – Abul Dawanik jest naszym gościem i ma za sobą długą podróż. Może pójdziecie się razem pomodlić, a potem odwiedzicie karawanseraj? Zabiorę Nahri z powrotem do pałacu.

Muntazir nie wydawał się szczególnie zachwycony tym pomysłem, ale nie zaprotestował.

– Czy nie masz nic przeciwko? – zapytał uprzejmie żonę.

„A mam jakiś wybór?” Tragarze Zajnab podnosili już lektykę księżniczki, piękną klatkę, w której odtransportują Nahri do pozłacanego więzienia.

– Oczywiście, że nie – mruknęła, odwracając się od jeziora, by podążyć za szwagierką.

W drodze powrotnej zamieniły zaledwie kilka słów. Zajnab wydawała się pogrążona w myślach, a Nahri miała szczery zamiar się zdrzemnąć przed powrotem do gwarnej infirmerii.

Lektyka zatrzymała się jednak zbyt szybko. Wyrwana z półsnu Nahri przetarła oczy i zmarszczyła brwi na widok Zajnab, pośpiesznie ściągającej z siebie część biżuterii i układającej ją w stosik na poduszce. Następnie księżniczka sięgnęła pod zdobione brokatem siedzenie, wyciągnęła stamtąd dwie zwykłe bawełniane abaje i zaczęła zakładać jedną z nich na jedwabną suknię.

– Czy ktoś chce nas okraść? – zapytała Nahri głosem pełnym nadziei. Kradzież oznaczałaby opóźnienie w powrocie do pałacu, pod stałą, baczną obserwację Ghassana.

Zajnab starannie owinęła włosy ciemną chustą.

– Ależ nie, po prostu wybieram się na spacer.

– Spacer?

– Nie tylko ty masz czasem ochotę uciec, a ja korzystam z każdej okazji, która się nadarzy. – Rzuciła drugą abaję na kolana Nahri. – Szybko, zakładaj to. Twarz zostaw zasłoniętą.

Nahri spojrzała na nią z zaskoczeniem.

– Chcesz, żebym z tobą poszła?

Zajnab zmierzyła ją wzrokiem.

– Znam cię od pięciu lat. Nie zostawię cię samej z moją biżuterią.

Nahri zawahała się, skuszona, lecz pamięć natychmiast podsunęła jej przerażone twarze tych, których Ghassan ukarał za jej przewinienia. Ogarnął ją strach.

– Nie mogę. Twój ojciec…

Spojrzenie księżniczki złagodniało.

– Jeszcze mnie nie złapał. A jeśli dzisiaj mu się uda, biorę na siebie całą odpowiedzialność, przysięgam. – Zachęciła Nahri gestem do wyjścia. – Chodź. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała tego jeszcze bardziej niż ja.

Nahri szybko rozważyła możliwości. Ghassan miał słabość do jedynej córki, więc po chwili niezdecydowania pokusa zwyciężyła. Zdjęła najbardziej widoczne królewskie klejnoty, wślizgnęła się w ubranie zaoferowane przez Zajnab i wyszła za nią z lektyki.

Księżniczka zamieniła po cichu słówko z jednym ze swoich gwardzistów i porozumiewawczo mrugnęła, a Nahri wyczuła, że to rutynowa procedura. Po chwili obie kobiety zniknęły w tłumie przechodniów. Nahri wiele razy była w dzielnicy Geziri wraz z Muntazirem, gdy odwiedzali jego krewnych, ale nic nie widziała, ani zza zasłon lektyki, w której podróżowali, ani z wystawnych wnętrz posiadłości. Kobiety z pałacu nie powinny były przebywać w towarzystwie osób pośledniego pochodzenia, a co dopiero wędrować ulicami!

Na pierwszy rzut oka dzielnica wydawała się dość mała. Chociaż miastem rządziła gezirijska dynastia, większość rodaków wolała ponoć surowe pustynie i skały ojczyzny. Mimo to zabudowania przedstawiały się całkiem przyjemnie. Badgiry, wieże wiatrowe zapewniające naturalną klimatyzację, sięgały wysoko ponad dachy, posyłając podmuchy świeżego powietrza pomiędzy rzędy wysokich ceglanych budynków. Jasne fasady tych ostatnich zdobiły miedziane okiennice i białe filigranowe sztukaterie. Przed nimi rozciągał się targ, chroniony przed upałem przez plecione z wikliny maty i lśniący kanał, przecinający główną ulicę, wypełniony zaczarowanym lodem. Naprzeciwko targu stał główny meczet w dzielnicy, a zaraz za nim – spory pawilon, ocieniony palmami daktylowymi i drzewkami cytrusowymi, gdzie całe rodziny ucztowały przy ciemnej chałwie, kawie i innych specjałach z targu.

Nad tym wszystkim górowała surowa wieża Cytadeli. Ta siedziba Gwardii Królewskiej rzucała cień na dzielnicę Geziri i sąsiedni Wielki Bazar, wystrzeliwała ponad mury z brązu, oddzielające Dewabad od śmiertelnie groźnego jeziora. Nisrin powiedziała kiedyś Nahri, po raz nie wiadomo który ostrzegając ją przed Gezirimi, że Cytadela była pierwszą budowlą, którą postawił Zajdi Al-Kahtani po odebraniu miasta Radzie Nahidów. Panował stamtąd przez wiele lat, a tymczasem pałac stał się opuszczoną ruiną, na której ścianach pozostały plamy krwi jej przodków.

W tej chwili Zajnab złapała ją za ramię i pociągnęła w kierunku targu, a Nahri chętnie pozwoliła się prowadzić. Prawie nieświadomie gwizdnęła dojrzałą pomarańczę ze straganu z owocami, który mijały. Kradzież była zapewne lekkomyślnością, ale w spacerze po zatłoczonych ulicach było coś wyzwalającego. Może nie był to Kair, lecz gwar niecierpliwych przechodniów, woń jedzenia przygotowywanego w ulicznych knajpkach i tłumy wylewające się z meczetu były dość znajome, by na krótko złagodzić jej nostalgię. Po raz pierwszy od lat była anonimowa i bardzo jej się to podobało.

Kiedy tylko dotarły w zacienione zakamarki najdalszej części targu, zwolniły kroku. Nahri rozglądała się, oszołomiona widokami. Szklarka tworzyła z gorącego piasku cętkowaną butelkę, używając tylko własnych, rozżarzonych dłoni, a po przeciwnej stronie alejki zaklęte drewniane wrzeciono skakało samo, splatając jasne wełniane nici we wzorzysty dywanik modlitewny. Ze straganu pełnego kwiatów dochodził oszałamiający aromat, zaś sprzedawca perfum rozpylał wodę różaną i piżmo nad lśniącą tacą stopionej ambry. Zaraz obok spoczywała na stosie poduszek para myśliwskich gepardów w wysadzanych klejnotami obrożach, a obok nich na wystawie skrzeczały żar-ptaki.

Zajnab zatrzymała się, by pogłaskać wielkie koty, podczas gdy Nahri wędrowała dalej. W prostopadłej alejce natknęła się na rząd stoisk księgarzy i natychmiast ku nim ruszyła, przyciągana widokiem tomów wyłożonych w rzędach na dywanach i stołach. Kilka z ksiąg roztaczało wokół siebie aurę magii, ich okładki pokryte były łuskami, a