Kroczący wśród cieni. Tatuaże i krew - Jarosław Kukiełka - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Kroczący wśród cieni. Tatuaże i krew ebook i audiobook

Kukiełka Jarosław

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Vartik powraca, a wraz z nim krew, magia i sekret, który może zmienić los Dominium.

W Iwinterii leje się krew. I woda.

Zdrada goni zdradę, brat poluje na brata, a siostra na… siostrę.

Delhyjczycy okupują Ptasie Wyspy, kościelna rebelia ogarnia Sevenię, przewrót przetacza się przez Dominium Suezy. Nawet potężne Księstwo Trzech Rzek mobilizuje siły.

W chaosie bitwy o Tin-Leve młody Jarto popełnia kosztowne błędy, a Braffen i Merst, legendarni sztukmistrze, ujawniają swą drugą naturę. Miłość Berry do wnuka zachwieje się, gdy zrozumie, dlaczego rodzina go porzuciła. Sime Rahne będzie musiała zdecydować, po czyjej stronie stoi, lecz zrobią to także jej siostry.

W miejscu pozbawiającym człowieczeństwa i nadziei zakuty Vartik kolekcjonuje gniew. Niewidoczne dotąd duchy, Arevia i Ahled, wciąż knują i wprawiają w ruch własne scenariusze.

Nadchodzi katastrofa, w której wściekłość Vartika i jego nowe moce zderzą się z żywiołem. Bo przez Dominium przetoczy się nie tylko przewrót.

Tajemnice nabierają kształtu, a o wszystkim zdecydują tatuaże.

I krew.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 4 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści
Okładka
Strony tytułowe
Dedykacja
Mapa
Prolog
Rozdział 1

Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Epilog Podziękowania

Strona redakcyjna
Reklamy

Mamie i Tacie, za balans.

PROLOG

1.

Podobno woda to życie.

Zupełnie nie jak kamień. Szorstki, zimny i niezmienny. Ostateczny. Tłumi krzyk, zabija ruch, pozostawiając wyłącznie apatię, bezczynność i milczenie. Nie ma nadziei, nie ma współczucia ani ukojenia, gdyż twarda, niewzruszona ciemność pieczętuje, zamyka, odcina od światła i wszystkiego. Kamień to znaczy śmierć.

Ale woda…

Źródło życia, wieczne w swoim ruchu, niby delikatne, a tak potężne. Woda nie zamyka, lecz oplata, nie ucisza, lecz zagłusza. Wieczny szum, wieczne drżenie. W niczym nie przypomina kamiennego grobowca, a jednocześnie jest jak uwięzienie bez jakichkolwiek granic. I choć obejmuje, nie pozwala odpocząć.

Wtedy, tam pod Tin-Leve, zimno kamienia równoważył dotyk ciała kobiety. Teraz sama woda jest opływającym mnie ciepłem. Tam nie byłem nawet w stanie drgnąć w ciasnocie kamienia, tu mogę poruszać rękami, mogę nawet chodzić, choć nie mam dokąd wędrować.

Wtedy kamień odebrał mi poczucie czasu, teraz woda je rozmywała.

Pozostawało wyłącznie trwanie. Bo tutejsza woda nie zabija szybko. Jest bardziej cierpliwa niż kamień. Ten swym zimnem od razu odbierał nadzieję, a ona wciąż złudnie się porusza, ale tylko na tyle, by nie pozwolić mi zapomnieć, gdzie jestem. A jestem… zakuty.

Woda nade mną. Woda pode mną. Woda wokół mnie.

Woda we mnie.

Lecz skoro nawet wtedy, w tym zimnym i bezlitosnym kamiennym więzieniu, świat zdecydował, że muszę przeżyć… to i tym razem z pewnością istnieje jakieś wyjście.

Czymże jest kamień lub woda wobec zaświatów, z których także zdołałem zbiec?

Mnie się nie da zatrzymać. Tym razem też znajdę sposób, aby stąd uciec.

A wtedy… usłyszysz mój krzyk!

2.

Merst i Braffen dyszeli ciężko i patrzyli na siebie, szczerząc zęby jak wilki.

– No, bracie – pierwszy odezwał się arcykapłan – jednak nie jesteś jeszcze tak zdziadziały, jak myślałem.

– Z wzajemnością – odparł dziwnie radosny Merst.

Trybun Sevenii, znany niegdyś jako orator Rehqu, przybył tu na polecenie kanclerza Hirreta, który wierzył, że śmierć arcykapłana to jedyny sposób, aby zniwelować polityczną przewagę Kościoła po tym, jak kler porwał królową. Merst miał zabić własnego brata, arcykapłana Kościoła Żywych, dawnego mima o pseudonimie Lupir. Wiekowi sztukmistrze sięgali już po broń, ale rozlew krwi powstrzymało najście pierwszego kapłana Noretiego wraz z cieniobójcami.

Właściwie to nie. Rozlew krwi nie został powstrzymany. Merst zerknął na leżące trupy kapłanów. Trupy tych, którzy jeszcze wczoraj dzielili braci, a dziś na powrót połączyli legendarnych sztukmistrzów i zabójców. To z powodu napaści Noretiego Merst zaufał Braffenowi.

Zadowolenie wypełniające trybuna kazało mu sięgnąć wspomnieniem do jego życia sprzed wielu lat. Początki wiązały się z długimi i wymagającymi naukami w akademii sztukmistrzów w Potrójnym Mieście Aperoj, gdzie wiecznie trwały uczty, hulanki i tańce, gdzie wszyscy bez ustanku pili, bawili się i chłonęli najznakomitsze występy teatralne, operowe, cyrkowe i wszelkie inne, jakie tylko spragniona duchowej rozrywki natura człowieka może sobie wyobrazić.

Później wędrowali wraz z bratem przez świat, budując swoją legendę. Sami dawali występy przyciągające tysiące widzów w każdym liczącym się mieście Iwinterii. Jednocześnie podejmowali się szalenie niebezpiecznych zadań polegających na zdobywaniu tajnych informacji lub zabójstwach nawet najlepiej chronionych ludzi. Wszystko to trwało do czasu, aż nie podzieliło ich ostatnie zlecenie dotyczące delhyskiego księcia. To, co ten człowiek wiedział o zbrodniczej historii Kościoła, przerażało.

Sentymentalny uśmiech spełzł z twarzy Mersta, gdy Braffen wykrzywił się i oderwał pokrytą czerwienią dłoń od brzucha.

– To nic takiego – stęknął arcykapłan i opadł na krzesło. – Nic mi nie jest.

– Ściągnij to – powiedział zdziwiony własnymi słowami trybun. Przecież jeszcze modlitwę temu sam zamierzał zakończyć życie brata.

– Nie wydurniaj się – warknął Braffen. – To… oszołomienie. Zablokowałem pchnięcie, ledwie przebiło skórę.

– A jeśli ostrze było zatrute?

– Nie było – powiedział Braffen z pewnością w głosie. – Nie szykowali się na trudną walkę. Za to podobała mi się twoja sztuczka z trucizną. Wiesz, ta z igłą w kołnierzu. Skurczybyk tak cię chwycił, że nie mogłeś wyrwać dłoni. Wielki, silny jak byk, a ty tą swoją złotoustą gębą cyk! po igłę. I cyk! mu w gardło. Nogi mu się ugięły w trzy oddechy. – Naraz arcykapłan stężał. – Przyznaj się. Tę sztuczkę przyszykowałeś na mnie?

Trybun po chwili kiwnął głową i rzekł:

– Zaskakujące, że po czterdziestu latach od przygotowania trucizna wciąż działała.

Braffen parsknął śmiechem.

– Stary dobry dowcip o przeterminowanej truciźnie?

Merst nie zdołał powstrzymać nikłego uśmiechu.

– A twoja bransoleta z kwasem to z kolei na mnie? – Przypomniał sobie moment, kiedy Braffen wbił igłę wystającą z ozdoby na nadgarstku jednemu z cieniobójców w czerep.

– Od jakichś trzydziestu dziewięciu lat.

Umilkli na chwilę, znowu przyglądając się pobojowisku. Pięć trupów. Czterech cieniobójców i sam pierwszy kapłan Wielkiej Matki, Noreti.

– To prawie zabawne – rzucił oschle Merst. – Gdybym nie przyszedł cię zabić, już byłbyś martwy.

Arcykapłan skrzywił się z niechęcią.

– Nie dałbym im rady. Pewnie zabrałbym ze sobą dwóch czy trzech, tylko…

– Nie przechwalaj się, bo boski Syn Ukus patrzy, a on akurat pychy nie znosi – przerwał mu ostro trybun, czując nagły poryw gniewu. – Lepiej przyznaj się od razu, dlaczego zabiłeś Noretiego? Mogłeś go obezwładnić. Byłoby z nim o czym pogadać.

– Teraz lekko mnie przeceniasz, bracie – odparł Braffen, wydymając usta. – Widzisz, gdy poczułem, że jego ostrze sięg­nęło moich bebechów, trochę… spanikowałem. Syn Verde gniewem przesłonił mi oczy, a wtedy Córka Justi przyniosła Noretiemu sprawiedliwość.

– Dobra, sam się prosiłem o metafory, wiem. Ale już dość.

Braffen wyszczerzył zęby w całkowicie niegodny duchownego sposób. Dość było powiedzieć, że gdyby ktokolwiek, nawet trybun, wypowiedział publicznie te same słowa, zgniłby w kościelnym lochu po ekskomunice, którą osobiście nałożyłby na niego arcykapłan Kościoła Żywych całej Iwinterii.

 – Dlaczego po ciebie przyszli? – zapytał Merst, chwytając za czubek buta, aby naciągnąć stopę. Paskudny skurcz w łydce trzymał go już dłuższy czas.

– Niewiele zrozumiałem ze słów Noretiego. Nie miałem pojęcia, że wiedział o tym miejscu, bo… – odparł arcykapłan, ale gdy tylko napotkał krytyczny wzrok brata, warknął: – Nie patrz tak na mnie! To ja tu jestem od robienia groźnych min! Ty od groźnych okrzyków! I nie, nie kłamię, a oto dowód! – Wskazał trupa pierwszego kapłana. – Mam nadzieję, że etap niewiary mamy już za sobą.

Trybun przyjrzał się badawczo bratu. Czy faktycznie może mu wierzyć?

– Trzeba cię opatrzyć – powiedział z troską. – I musimy…

– Trzeba mnie przesłuchać, chciałeś powiedzieć – prychnął arcykapłan. – Tak jak ciebie nie zwiodą moje miny, tak mnie nie zwiedzie twój słodki głos. Oszczędźmy sobie tego. Jestem gotów stawić się przed… No właśnie. Królową rzeczywiście porwano?

Merst skinął głową, a Braffen westchnął ciężko.

– Czyli Hirret?

Ponowne skinienie.

– Czy będziesz w stanie zapewnić mi bezpieczeństwo? Wiesz… nie chciałbym zgnić w lochu na stare lata. A jeszcze bardziej nie chciałbym stracić palców, zębów, oczu, uszu, fiuta, rąk…

– Uspokój się! Zrobię, co w mojej mocy. Masz na to moje słowo. Pamiętaj tylko, że to nie ja decyduję.

Braffen chwilę spoglądał mu w oczy, aż w końcu dźwignął się z kanapy.

– Ja pierdolę, na Rodziców – syknął, łapiąc się za brzuch. Jego oblicze naraz poszarzało. – Jednak jestem starym dziadem.

Merst parsknął cicho.

– Piękne słowa w ustach arcykapłana Kościoła Żywych całej Iwinterii.

Braffen skrzywił się z goryczą.

– Prowadź. Albo czekaj… Możesz załatwić jakiś powóz?

– To nie takie proste w tym miejscu o tej porze. Ech, szkoda twojego służącego, choć nie wydawał się zbyt bystry. Przydałby się chłopina.

– Wątpię – skwitował zimno Braffen. – Był wyjątkowo głupi. Prowadź.

Nawet Bracia przyznawali, że Kościół Żywych odegrał znaczącą rolę w odparciu mroku, jaki po Odrzuceniu na lata objął w swe posiadanie Iwinterię. Nawet Bractwo nie miało wątpliwości, że bez pomocy Kościoła świat najpewniej nigdy nie dźwignąłby się z klęczek. Jednocześnie właśnie owa skuteczność Kościoła w wypieraniu Związanych i powstańców wzbudziła zainteresowanie Bractwa.

 

ROZDZIAŁ 1

1.

Coś zgrzytnęło potężnie, jakby pazur giganta drapnął skałę.

Vartik z trudem wyrwał się z letargu. Co to za pora? Co się dzieje? Gdzie on jest?

Woda!

Rozejrzał się nieprzytomnie. Nawet w nikłym blasku ognisk widział dziesiątki wyjących i jęczących skazańców. Więźniowie powoli się podnosili, jakby ten zgrzyt stanowił jakiś znak, na który wszyscy czekali.

Vartik został na swoim miejscu. Nie miał ochoty się ruszać. Co byłoby dość trudne, biorąc pod uwagę, że łańcuch z potężną obejmą zatrzaśniętą na kostce ograniczał mu pole manewru. Tropiciel westchnął. Siedział w wodzie, w czymś na kształt olbrzymiego, skrytego w wielkiej pieczarze stawu. Woda musiała w jakiś sposób łączyć się z jeziorem z centrum Awtyymok, gdyż była ciepła, aczkolwiek zdecydowanie mniej cuchnęła.

Z trudem wrócił myślami do poprzedniego wieczoru, kiedy Sueza skazała go na więzienie. Żegnaj, Sevenio. Wszystko przez tego kilkunastoletniego nieszczęśnika, którego bezlitos­na władczyni na oczach detektywa strąciła z klifu.

To wtedy coś w nim pękło. Wtedy zdecydował się nie wydawać spiskowców. Balwierz Barbo i Seveńczyk Tokles zginęli z jego ręki, kiedy uwalniał się z ich niewoli. Pozostał Szczurek i… Utterin. Kucharz Suezy, prawdopodobny przywódca niedoszłego puczu, któremu, można powiedzieć, władczyni jadła z ręki i właściwie miała go… na widelcu.

Tropiciel zachichotał obłąkańczo, a to sprawiło, że zamarł.

Rahne! Utterin wpatrywał się w Rahne! A ona w niego! Najwyraźniej maczała w tym wszystkim palce. A później wyrzekła się Vartika, zelżyła i napluła mu w twarz, byle tylko uniknąć gniewu Suezy.

Z komnat Suezy poprowadzono go do Nyfte. Administratorka wypełniła jakieś dokumenty i powiedziała ledwie kilka słów do Strażniczek Tajemnic. Tropiciel miał wrażenie, że na jej twarzy zagościły żal i współczucie, choć trwało to tak krótko, że musiał się pomylić. Próbował zagaić rozmowę, ale zignorowano go, jakby nie istniał. Może właśnie tak było?

Przeszli nocą wzdłuż skalnej ściany Awtyymok aż do wejścia, do którego kiedyś odprowadził Folana. Dochodzące stamtąd pełne cierpienia krzyki napełniły go zgrozą. Nogi mu zesztywniały i szarpnął się, zdjęty nagłą paniką. Był zdeterminowany, aby spróbować ucieczki, a towarzyszyły mu zaledwie dwie kobiety. Uderzył jedną ze Strażniczek barkiem, ta jednak, zamiast odlecieć, jakby walnął ją taran, odskoczyła, zwinnie amortyzując cios. W tym czasie druga bezlitośnie grzmotnęła go w głowę, aż gwiazdozbiór Włóczni zawirował mu przed oczami. Na szyi zaciśnięto mu pętlę poskromu, jakim w Tin-Leve straż miejska chwytała żbiki. Poczuł, jak sznur wpił mu się mocno pod brodą. Ubezwłasnowolnionego detektywa zaciągnięto do przypominającego szatnię przedsionka.

Jego ubranie rozcięto do ostatniej nitki. Vartik nawet nie zdążył poczuć zażenowania, bo jakiś pryszczaty brodacz obwiązał go kilkukrotnie szarfą w pasie i między nogami. Później poprowadzono Vartika długimi schodami w dół, a z każdym krokiem czuł, jak coś dławi go coraz bardziej. I nie był to wyłącznie poskrom. Jeszcze raz spróbował zaskoczyć prześladowców. Chciał gwałtownym szarpnięciem pociągnąć i zrzucić ze schodów trzymającą kij Strażniczkę, choć związane z tyłu ręce utrudniały manewr. Pętla zacis­nęła się bezlitośnie jak na psie, uniemożliwiając krzyk, gdy dosięgło go uderzenie w wątrobę. Dziwaczny wizg wydarł mu się z ust.

Pochodnia rzucała szalone cienie pięciu osób na ściany. Droga była prosta, choć długa. Smród zgniłych jaj – coraz intensywniejszy. Krzyki i jęki – coraz głośniejsze. Strach Vartika – coraz większy.

W końcu stanęli u progu niewielkiego jeziora. Właśnie wtedy ujrzał dziesiątki wrzeszczących skazańców. Za to jeden śmiał się głośno, jakby go coś serdecznie bawiło. Nie brakowało tu kobiet, jednak już na pierwszy rzut oka większość stanowiła silna płeć. Dobre sobie. Mężczyźni w Dominium byli antytezą siły.

Na ich widok wycie, piski, błaganie o litość w obu językach się wzmogły. Wzdłuż brzegu stało kilkanaście sporych kamiennych kręgów. W sześciu z nich płonął ogień, rzucając blask na wodę i znajdujących się w niej skamlących ludzi. Tkwili oni obok wyrastających spod powierzchni skalnych słupów, przypominjących stalagmity, choć zbyt na to regularnych.

Vartika bezlitośnie wepchnięto do wody, a że nie widział, gdzie jest dno, źle postawił stopę i zapadł się w toń, rozpaczliwie wierzgając.

„Woda nade mną!”

Wyszarpnięto go i gdy się otrząsnął, zmuszono go do brodzenia przez taflę. Woda okazała się zaskakująco ciepła, a jej smród znośny. To tutejsze powietrze cuchnęło. Nadepnął na coś ostrego i jęknął, ale nikt się tym nie przejął. Strażniczki Tajemnic w swych kolorowych sukniach prowadziły go do najbliższego wolnego słupa. Za nimi człapało dwóch mężczyzn. Ten, który go przepasał, niósł ze sobą spory młot. Drugi przypominał kowala. Może dlatego że był wielki, barczysty jak dąb i targał coś na kształt wysokiego kowadła, strasznie przy tym dysząc.

Kowal postawił w wodzie kowadło, które ledwie wystawało nad jej powierzchnię. Klęknął i zaczął macać dno przy słupie. Po chwili wyciągnął solidny łańcuch zakończony potężną obejmą. Vartika zmuszono do podniesienia nogi i postawienia jej na kowadle. Jedna Strażniczka przytrzymała go, dzięki czemu zdołał utrzymać równowagę. Olbrzym zatrzasnął mu żelastwo tuż nad kostką. Dwa otwory na obręczy zetknęły się, a kowal przepchnął przez nie stalowy trzpień i kilkoma uderzeniami rozpłaszczył końcówki tak, że uniemożliwiały otwarcie kajdan.

Stało się. Został zakuty.

Mężczyźni zabrali majdan i ruszyli w powrotną drogę. Strażniczka Tajemnic w końcu rozcięła mu więzy na rękach i wraz z towarzyszką także odeszła.

Vartik został sam, z wciąż rozbrzmiewającym w głowie dźwiękiem stukającego młota, którego echo nadal zagłuszało pytania i okrzyki innych więźniów. Wracające do ramion krążenie sprawiło mu ból, a serce toczył czarny robak. Głowa mu zwisła, wbił nieobecny wzrok w czarną taflę.

„Woda pode mną!”

Czuł, jak słabną mu nogi, i w końcu zwalił się w toń.

Zaskakująco przyjemne ciepło koiło zmarznięte z nerwów ciało, choć coś uwierało go w tyłek. Oparł się plecami o słup, zacisnął powieki i przez chwilę chciał nie myśleć o niczym.

Dopiero po kilku modlitwach, gdy obojętność ogarnęła cały jego organizm i zechciał się położyć, zrozumiał… Groza ścisnęła go za szyję tak, że natychmiast otrzeźwiał. Siedział, a woda sięgała mu do piersi. Więc… jak spać? Przecież jeśli się położy…

Nagła furia nakazała mu się podnieść. I działać. Wytężył wzrok. W półmroku trudno było mu rozróżniać poszczególne twarze, ale ten śmiech… Czy nie słyszał go już wcześniej? Kojarzył barwę głosu, lecz zmęczony umysł niechętnie podsuwał podpowiedzi.

Dwa słupy obok, może cztery sążnie dalej, siedział mężczyzna z pochyloną głową i upiornie chichotał, czasami plaskając ręką w wodę. Vartik postąpił w jego stronę dwa kroki, zaraz jednak napięty łańcuch uniemożliwił mu dalszą drogę. Tropiciel szarpnął nogą w przypływie wściekłości. W odpowiedzi żelazo tylko ukąsiło go boleśnie.

– Coś cię bawi, padalcu? – zapytał gniewnie, korzystając ze sposobności, aby dać upust wzburzeniu.

Żartowniś uniósł głowę, a Vartik zamarł, gdy rozpoznał mężczyznę, którego zakuto dzięki jego śledztwu. Folan, wytwórca biżuterii i gwałciciel, odwdzięczał mu się obłąkanym, lecz pełnym dzikiej satysfakcji wzrokiem.

– I jak? – zapytał głosem ociekającym szyderstwem. – Podoba ci się tutejsza sprawiedliwość, detektywie? Ostrzegałem cię!

Vartik gwałtownie się odwrócił i odszedł na przeciwległą stronę słupa. Dyszał ciężko i nie wiedział, co ma ze sobą począć. Gdy usiadł, coś znowu go ubodło. Sięgnął pod siebie i wydobył rybi kręgosłup. Z wstrętem odrzucił znalezisko, lecz myśli skierował w stronę jedzenia, a jego wzrok przykuła postać tkwiąca kilka słupów dalej. Z pewnością kobieta, gdyż długie, okropnie skołtunione włosy były jedynym okryciem jej piersi. Więźniarka rwała coś zębami, pochrząkując przy tym. A picie? Vartik spojrzał na taflę ciemnej, śmierdzącej wody akurat w chwili, gdy inny z więźniów wstał, bez większego skrępowania wystawił przyrodzenie i oddał mocz do wody, kołysząc się i pogwizdując przy tym jakąś rwaną, bezsensowną melodię.

Głód i pragnienie na ten widok wyparowały, a chęć, aby napić się tej wody, do której przecież musiał trafiać nie tyko mocz, zniknęła bezpowrotnie. Naraz detektyw pobłogosławił śmierdzące zepsutymi jajami powietrze, które maskowało gorszy smród.

Większość skazańców popadła w apatię. Pobudzenie, które towarzyszyło jego przyjściu, minęło. Prawie wszyscy siedzieli, być może drzemiąc. Co jakiś czas ktoś ześlizgiwał się plecami z wąskiego słupa i wpadał w wodę, czyniąc niemały raban podczas wstawania.

Koszmarne myśli osaczyły tropiciela. Wepchnęły się w kolejkę, wolę walki spychając „na później”. Jakby odcięło mu świadomość. Pogardliwa twarz Rahne stanęła mu przed oczami, a wszystko inne zniknęło. Zaufał jej, a ona go wystawiła… Jakże to bolało! Tylko dlaczego? Przecież sam chciał zaproponować, aby powiedziała Suezie to, co musi. Może właśnie to kłuło go najmocniej – że nie czekała na jego pozwolenie? Nie, nawet nie to. To ta pogarda, ten lodowaty, ale tak szczery ton. „Gardzę tobą. Zasługujesz na zgnicie w wodzie”. I jeszcze to splunięcie! Po co?! Przecież Sueza nie oczekiwała od niej żadnego splunięcia!

– Nie – rzekł do siebie cicho. – Przestań.

Nie przestał. Wspominał. Pasł się tym, a złe emocje tężały i rosły w nim niczym dmuchany rybi pęcherz.

„Staniesz się mięsem do karmienia ryb”. A później gorliwość, z jaką sime całowała dłonie siostry. Na co właściwie liczył? Dwie chwile zapomnienia w Jaworowcu zarówno dla niego, jak i dla niej były nienaturalne. On pożądał Arevii i robił wszystko, aby ją odnaleźć. A Rahne najpewniej tylko nim manipulowała. Jedno warte drugiego.

Tylko czy nie czuł do niej czegoś podobnego, a może i większego niż to, co łączyło go z Arevią? Czy i Rahne nie wydawała się… zaangażowana? Ciepła? Serdeczna? Tak inna niż po powrocie tutaj? Gdy zobaczył ją w łaźni, nagą, wychudzoną, ale wciąż piękną i pociągającą, jednak już tak pragmatyczną i chłodną… Ale jaka miała być? Po tym, jak zaciągnął ją i Lyfne w śmiertelną pułapkę pod Tin-Leve… Gdy mówił do Arevii tak, jakby Rahne nie istniała… Czego się spodziewał?

Dlaczego w ogóle ta durna kapłanka nie mogła wyjść mu z głowy? Gdzie ona teraz jest? Gdzie się chowa?

– I tak cię odnajdę – mruknął, rozważając, czy gdyby mu się to udało, nie powinien jej od razu zamordować. Doskonale pamiętał, jak wyznała, że był tylko łatwym do zmanipulowania narzędziem, potrzebnym jedynie do otwarcia grobowca Ahleda.

Ahled? A co z nim?! Co kombinuje?

– Gdzie jesteś, skurwysynu?! – Nienawistny syk wyrwał się z ust Vartika.

Czuł podskórnie, że wszystko to sprawka tego mistrza manipulacji. Miał wrażenie, że on gdzieś tu jest i zaraz zaśmieje się tym swoim dudniącym, ale suchym jak u mumii głosem.

– Co z tobą, przyjacielu? – Do Vartika dotarły słowa Folana. – Ledwieś tu przybył, a już majaczysz? Nie pędź tak! Poczekaj kilka dni! Wtedy zobaczysz!

Tropiciel zignorował szyderstwo.

Czas wlókł się wczoraj niemiłosiernie. Nikt nic nie mówił, nie robił. Wszyscy siedzieli lub drzemali. Ktoś tam mruczał. Jeden z mężczyzn chyba płakał, a wcześniejszy gwizdajło z muzykalnym sercem stukał teraz łańcuchem o swój słup, zupełnie nieźle wybijając różne rytmy.

Ogień w koszach powoli przygasał i właśnie wtedy Vartik pogrążył się w tym letargu, z którego przed chwilą, zanim zaczął wspominać, wyrwał go potężny zgrzyt, na który wszyscy zaczęli wstawać.

Miał nadzieję, że to pora karmienia.

2.

– Trybunie! – Hirret wziął się pod boki. – Nie potrzebuję adwokata, aby przeprowadzić rozmowę z arcykapłanem!

– Oczywiście – odparł pogodnie Merst. – Wierzę jednak, że mogę być przydatny. Sprawnie wykryję kłamstwa Braffena, a także mogę stanowić… ochronę. Jak by to powiedzieć? On w kilka oddechów zabił trzech cieniobójców. To co? Wyjść?

Brwi kanclerza powędrowały w górę. Przyglądał się trybunowi, jakby rozważając, czy ten nie koloryzuje, choć wiedział, że to nie w jego stylu. Po chwili zerknął na arcykapłana ze zdecydowanie większym respektem.

– W takim razie zapraszam – mruknął.

Bracia weszli do biura kanclerza i rozsiedli się w wielkich, wygodnych fotelach. Jarto wydał ostatnie polecenia stojącym na zewnątrz ludziom i podążył za Hirretem, który specjalnie zaczekał przy drzwiach.

– Miej na niego baczenie – szepnął mu kanclerz. – Podobno jest niebezpieczny.

Młodzieniec wyprężył się służbiście. Doskonale znał legendę tych dwóch dziadków, wychował się na niej. Choć ich zdolności w tym wieku nie mogły już zaskakiwać, nie zamierzał lekceważyć Braffena. Wbił w niego nienawistny wzrok, pomny porażki w archikatedrze, gdzie powstańcy przerzedzili jego doborowych koronnych, a on sam nabawił się blizny na twarzy.

– Czynisz mi zaszczyt, arcykapłanie – powiedział Hirret, starając się nie brzmieć ani pompatycznie, ani szyderczo. – Przyznaję, wyczekiwałem możliwości tej rozmowy. Jednocześnie wiedz, że doceniam twoją dobrą wolę. Dlatego rozmawiamy tutaj.

Braffen skinął głową, masując miejsce, gdzie został ranny.

– Czy opatrzono cię wystarczająco?

Kolejne skinięcie.

Hirret nalał wina do czterech kielichów i zrobił zapraszający ruch ręką. Tylko Jarto nie skorzystał.

– No dobrze – zaczął gospodarz, gdy upił solidny łyk. – Tematów do omówienia mamy sporo. Aż nie wiem, od czego zacząć.

– Postaram się zatem pomóc – zagaił Braffen, zerkając na brata. – Widzisz, kanclerzu, niedawno doszliśmy z trybunem do wniosku, że przyszła pora na szczerość. Tak więc wyspowiadam się. Zgrzeszyłem.

„Niejednokrotnie” – pomyślał Hirret, zachowując kamienną twarz.

– Głównie zaniedbaniem – kontynuował arcykapłan. – A może i nadmierną wiarą?

– Szanuję wolę spowiedzi, arcykapłanie – wycedził kanclerz. – Będę jeszcze bardziej wdzięczny za pominięcie nadmiernej kwiecistości.

Braffen uśmiechnął się dobrotliwie, a Merst z niedowierzaniem pokręcił głową. Arcykapłan, legendarny sztukmistrz, mim, łgarz i szuja, potrafił tak doskonale grać twarzą, że w tej chwili pewnie każdy w pomieszczeniu miałby ochotę przytulić tego serdecznego dziadka.

– Od kwiatków w głosie i wypowiedziach jest Merst – rzekł Braffen, zupełnie neutralnie. – Jednak słusznie prawisz, kanclerzu. Zacznijmy od tego, że arcykapłanem jestem już nieomal wyłącznie z tytułu. Nie chciałbym powiedzieć, że zostałem zdetronizowany, w końcu nie zasiadam na tronie. Niestety, z bólem muszę przyznać, że Noreti i moja uczennica, Tunna, przejęli wszystko. Pochłonięty własnymi badaniami, pozwoliłem im opętać mnie pajęczyną zdrady. Trochę się tego spodziewałem, oni knują bez ustanku. Jednak zaskoczyło mnie to, że za tą pajęczyną jest sto następnych, jeszcze gęstszych, bardziej klejących. Trudniejszych do rozerwania.

Hirret niecierpliwie zabębnił palcami o blat, ale nie skomentował metafor.

– Pośród Kościoła rozniosła się wieść, że ukryłeś królową, kanclerzu. I wespół z Radą Państwa przejąłeś władzę. Dziś Merst rzucił na to światło. Zasugerował mi, że to mogła być nasza sprawka.

– Zasugerował?! Mogła?! – wybuchnął kanclerz. – Nie bądź taki skromny, arcykapłanie!

Braffen wytrzymał wrogie spojrzenie i rzekł z wyrozumiałością:

– Wasz atak na archikatedrę nabiera sensu. Miałem to za zdradę, ruch uprzedzający następne posiedzenie. Teraz wiem, że było to bolesne, jednak potrzebne posunięcie. Na Matkę i Ojca, chyba sam postąpiłbym podobnie.

– Jakim cudem mieliście na smyczy powstańców?

Kapłan poszarzał na twarzy i tym razem Merst po raz pierwszy mógłby obstawić, że to szczera konsternacja. Tak góra pięćdziesiąt jeden do czterdziestu dziewięciu.

– Dopiero wtedy usłyszałem o tych obrzydliwych praktykach. Bratanie się i posługiwanie powstańcami? Obłęd! To były sprawki Noretiego, a ja nie miałem pojęcia o tym procederze. Właśnie po waszej akcji dotarło do mnie, jak bardzo straciłem posłuch. Pierwszy kapłan ani myślał mi się tłumaczyć. Co więcej, większość wezwanych przeze mnie ludzi kręciła i nie przejmowała się pytaniami, które im zadawałem. A przecież po to przeszliśmy transformację z Kościoła Jasności do Kościoła Żywych, aby walczyć z tymi potworami. Owszem, plotkowano po tej bitwie o profanacji, szeptano o powstańcach. Co odważniejsi kapłani czynili znaki odganiające złe uroki. Najpierw myślałem, że to żarty cieniobójców albo budowanie przez nich własnej legendy. – Arcykapłan pokręcił głową. – Dopiero później zauważyłem lęk wśród zwykłych kapłanów. Niestety, większość cieniobójców podlegała już Noretiemu, więc nikt nie odważył się na konfrontację z nim.

– Nie myślałeś o skrytobójstwie? – wtrącił Merst. – Przecież mogłeś go usunąć wielokrotnie. Nawet sam.

Braffen westchnął ciężko, na jego ustach zagościł brzydki grymas. Dość długo rozważał odpowiedź.

– Przecież przysięgaliśmy, że sami już nigdy… No dobra! – dodał, widząc kpiące spojrzenie brata. – Gdy w mojej głowie pojawiła się ta myśl, zauważyłem, że kanalia pilnuje się zdecydowanie lepiej, niż kiedyś.

– Ale…

– Ale – Braffen nie dał sobie przerwać – wiem, na jaką odpowiedź czekasz. Gdybym chciał, pewnie zrobiłbym to. Niestety, prawdą jest, że zwyczajnie pozwoliłem mu na przejęcie władzy. Jestem już stary, a Kościół potrzebował mocnego przywódcy. On miał mnóstwo zadatków.

– A czym jest broń cieniobójców? – Do rozmowy włączył się Jarto, jak zwykle praktyczny do bólu.

Arcykapłan stężał na to pytanie.

– To broń pobłogosławiona przez Ojca i Matkę, która…

– Nie pieprz! – przerwał mu młodzieniec. – Miało być bez kwiatków!

– Jarto! – upomniał go Hirret, chociaż zaciekawione spojrzenie wbił w kapłana. – Odrobinę uprzejmiej! Przynajmniej w tej chwili…

Braffen pokręcił głową.

– Nie mam nic do dodania w tej sprawie. Przynajmniej w tej chwili – dodał, gdy ujrzał, jak Jarto wyciąga w jego kierunku palec. – Teraz musimy zająć się żywymi, nie martwymi. Rzeczy pozostają bez związku. Czy mogę jeszcze odrobinę wina? Wyborne. Który to rocznik?

– Czterysta pierwszy – odparł kanclerz, obsługując arcykapłana i siebie. – To asciutoo, zakupione od ulubionego dostawcy z Południowego Aperoj w Księstwie Trzech Rzek.

– Czternastoletnie! Zaiste, wyborne – powtórzył kapłan, delektując się z wyraźną rozkoszą. – Ach, gwarne Aperoj, czyli w języku imperialnym „Występy”, choć i tak wszyscy nazywają je Potrójnym Miastem, bo otacza Jezioro Wiedzących i właśnie tam stykają się granice wszystkich trzech Księstw! To w tamtejszej akademii mieliśmy okazję się kształcić jak wszyscy inni sztukmistrze. Ileż wspomnień, co, mój bracie? Ile wina tam wypiliśmy…

Merst milczał. Wbijał morderczy wzrok w arcykapłana, jakby chciał mu uświadomić, że ten powiedział zbyt wiele. Zainteresowane spojrzenia Hirreta i Jarto także tego dowodziły. Miejsce kształcenia sztukmistrzów od zawsze okrywała tajemnica i zła sława.

Braffen odchrząknął zakłopotany, po czym wrócił do opowieści:

– Na czym to ja… Aaa, tak. Wewnętrzne walki. Szukałem wsparcia i ochrony u pierwszej kapłanki, Tunny. To moja dawna uczennica. Jakież było moje zdziwienie, gdy zrozumiałem, że ta kobieta dorosła, a zdolnościami do knowań przerasta nawet Noretiego. Jednak znalazłem między nimi różnicę. On zachowywał się jak orator, głośno, donośnie, z przechwałkami. Tunna natomiast przypominała mima. Odgrywała swoje przedstawienie w ciszy, nie przyciągając zbędnej uwagi.

Braffen przerwał, wymownie spojrzał na brata i wznowił:

– Dokładnie wtedy zrozumiałem, że nie mam nikogo, komu mógłbym zawierzyć. Przyjaciele zamienili się we wrogów i mnie osaczyli. Ale nie poddawałem się. Doprowadziłem do spotkania, co wcale nie było łatwe, bo oni śmiertelnie sobie nie ufali. Próbowałem przemówić im do rozsądku, ale pierwszy kapłan i pierwsza kapłanka największej wiary świata zachowywali się jak niedorostki. Przynajmniej na pokaz. Aż dziw bierze, że się wtedy wszyscy nie pozabijaliśmy.

– To oni działają także przeciwko sobie?

– Myślę – odparł zamyślony arcykapłan – że oni działali przede wszystkim przeciwko sobie. Kilka dni temu uzyskałem dowody na to, że ludzie Noretiego ścierali się już wielokrotnie z kapłankami Tunny. Wszystko skrycie, tak aby nie zostawiać świadków wśród przegranych. – Westchnął. – Mamy rozłam w Kościele. Zdrada goni zdradę. A ze mną nie liczy się już nikt. Podczas ostatniej rozmowy odniosłem wrażenie, że tolerują mnie bardziej z sentymentu i politycznego znaczenia w Radzie Kościoła, niż… Najstraszniejsze było jednak odkrycie, że jestem ślepy.

Teraz nawet Merst podniósł brwi.

– Tak, mój bracie, nie dziw się tak mocno – podjął smutno Braffen. – Jestem arcykapłanem Kościoła Żywych. Powinienem panować nad świątyniami całej Iwinterii, choć żaden poprzedni hierarcha nie mógłby tego powiedzieć o sobie. Na początku mej kadencji odzyskałem nieco władzy nad kościołami w innych państwach. Ostatnio jednak wyszło na jaw, jak długo mnie zwodzono w sprawie wszystkich filii. Fałszowano listy i dokumenty w wielce przemyślny sposób. Weźmy na ten przykład Księstwo Trzech Rzek. Ono nigdy nie podchodziło do naszego Kościoła z nadmiernym zaufaniem. Ich politeizm zawsze stanowił największą siłę tego państwa.

– Piękne słowa w ustach arcykapłana naszej jedynej wiary – wtrącił kwaśno Hirret, na co Braffen się wyszczerzył i podjął:

– Mają ten swój wulkan Dio, któremu lubią oddawać cześć i nawet wrzucać tam ofiary, ale wierzą w to, co im wygodne. Jeśli mnie pamięć nie myli, wznoszą modły do dwudziestu siedmiu bóstw…

– Rzeczy pozostają bez związku – wszedł mu w słowo Jarto z zaciętą miną. – Mamy się zajmować żywymi, nie bóstwami.

– Słusznie, młodzieńcze! – Kapłan zerknął na niego po raz pierwszy z żywym zainteresowaniem. – Zatem kościelna władza najsłabiej sięgała właśnie trzech Księstw. Jednak patrząc na to, co się tam teraz dzieje… Niemal, hm, proklamowali niepodległość. Tak! Wiem! – Braffen podniósł głos, gdy Hirret chciał mu przerwać. – To ważne i pewnie powinniśmy was powiadomić, jednak… Po pierwsze, współpraca niezbyt się nam ostatnio układała. Po drugie… nie to było najgorsze. Nie Księstwo Trzech Rzek. Straciliśmy całkowicie kontakt z Kościołem z Delhy. Przynajmniej ja straciłem.

Na te słowa pozostała trójka spojrzała po sobie. Czy to mogło mieć cokolwiek wspólnego z najazdem Delhyjczyków na Ptasie Wyspy?

– Co masz na myśli? – zapytał kanclerz, wywołując irytację Braffena.

– Powiedziałem coś niewyraźnie? Nie mam pojęcia, co się tam dzieje! I podobno nie tylko ja, lecz każdy inny kapłan!

– No dobrze – rzekł Hirret, opierając się wygodniej. Sam przed sobą udawał, że nie widzi butelki z winem. Od pamiętnego spotkania z Jastą i wyjącym jak upiór Kavlem, któremu coś fioletowo lśniło w oczach, sięgał po alkohol zbyt często. – Brzmi to wszystko… przeciętnie wiarygodnie. Jesteś najwyższym zwierzchnikiem Kościoła, a nagle okazuje się, że, wybacz, za nic nie ponosisz winy. Tu nie masz już władzy, niczego nie wiesz, tam straciłeś posłuch, jeszcze inni się zbuntowali. Jednak może po śmierci Noretiego…

– Widzicie, ja także początkowo uważałem, że wszystko to sprawka Noretiego – bezceremonialnie przerwał mu Braffen. – Teraz jestem pewien, że niepozorna Tunna ma własne plany. Wiem, że weszła w konszachty z jakimiś ludźmi, których nazywa Wyznawcami, ale nie mam pojęcia, kim oni są. Mój archiwista Jufi i, jak myślałem, przyjaciel miał ją dla mnie obserwować poprzez własnych ludzi. Ale zdradził. Współpracował z Noretim i rzucał mi wyłącznie mylące ochłapy. Poza tym sądzę, że też dał się Tunnie wyprowadzić w pole.

– Skąd to przypuszczenie? – indagował Hirret, czując, że ta odpowiedź może wiele wyjaśnić.

Braffen ważył słowa.

– Bo w całym tym gównie nawet Noreti nie wypowiadał się o pierwszej kapłance z należytym respektem. Uważał ją za tępą idiotkę. Chyba że grał przede mną. Cóż, wydawało mi się, że przeszłość sztukmistrza pozwala mi dobrze rozpoznać grę, ale jak widać… – Urwał, a twarz ozdobił mu gorzki jak piołun grymas.

Hirret wydawał się jednak nieczuły na mimikę Braffena. Spoglądał na niego beznamiętnie, stukając palcami o kostki złożonych pod brodą rąk.

– Widzę – powiedział powoli – że ty masz zdecydowanie więcej szacunku do Tunny.

– To prawda. Uczyłem ją jeszcze jako dziewczynkę. Jest szalenie bystra. Pewnie bystrzejsza niż my wszyscy tu razem wzięci. Jest też obezwładniająco niepozorna. I obyta. Jej ojciec, znakomity kupiec, od dziecka zabierał ją w podróże z karawanami w cały świat. Po kilku takich wyprawach zginął w tajemniczych okolicznościach, a Tunna odziedziczyła cały majątek, który pozwolił jej… Dopiero do mnie to dociera… Niebywałe! Ona bez najmniejszego rozgłosu czy szumu wokół siebie osiągnęła rangę pierwszej kapłanki. Chyba powinienem się jej bać. Wszyscy powinniśmy.

Hirret odkaszlnął.

– A czego ona może chcieć?

– Jeszcze do wczoraj nie byłem pewny – mruknął Braffen, kurcząc się odrobinę. W tej chwili wydawał się kruchy i stary. – Ale słyszałem, że jej kapłani i kapłanki podburzają ludzi przeciwko… wam.

– Potwierdzam – wtrącił Jarto energicznie. – Słyszałem już takie… hm, doniesienia… – Ostatnie słowo powiedział bardzo powoli i zmarszczył brwi, jakby coś istotnego mu się przypomniało. Nagle pobladł i wyprostował się, a na jego twarzy wykwitła konsternacja. –Wrócę za modlitwę! – krzyknął, trzaskając drzwiami i nie pytając o zgodę.

Zdumiony Hirret nie zdołał wykrztusić ani słowa. Zmieszany zerknął na Mersta, a później, odrobinę nerwowo, na Braffena. Wspomniał ostrzeżenie trybuna. Niepostrzeżenie przełknął ślinę i odetchnął, chwytając się myśli, że za drzwiami ma dwóch koronnych. Tym bardziej że arcykapłan nie wydawał się szukać sposobności do nagłego ataku. Siedział z kielichem i perorował w najlepsze:

– Jeśli pamiętasz, kanclerzu, przy każdym wyborze nowego seveńskiego monarchy my wszyscy, czyli arcykapłan, pierwszy kapłan i pierwsza kapłanka, składamy przysięgę wierności. Lecz tylko władającemu. I właśnie to wykorzystuje Tunna. Twierdzi, że posłuszeństwo Radom i kanclerzowi dłużej nie obowiązuje, bo… ukradliście władzę królowej, a ją samą zamordowaliście. – Braffen przerwał, a przywdziewana dotąd maska spokoju opadła. Jego oblicze wykrzywił strach. Zmęczone oczy przeniósł z kanclerza na Mersta. – Obawiam się, że Tunna może dążyć do wojny domowej.

Zapadła nieprzyjemna cisza.

„A co mi tam!” – pomyślał Hirret i opróżnił butelkę do końca. Zignorował wyrzut w oczach Braffena i jego pusty kielich. „Jeszcze czego, żeby na tę kanalię tyle dobrego wina marnować. Chleb i woda, ot, co mu się należy! Jeszcze trafisz do izolatki, bratku! Jeszcze będziesz wyć na przesłuchaniu!”

– Mam dwa pytania, arcykapłanie – powiedział głoś­no. – Pierwsze: czy masz jakieś pomysły, jak moglibyśmy powstrzymać Tunnę? I drugie: jakie są twoje możliwości w kwestii odzyskania władzy, chociażby w Sevenii?

Zanim Braffen zdążył coś powiedzieć, na korytarzu rozległy się kroki i po chwili do pomieszczenia wpadł zdyszany Jarto.

– Kanclerzu, ważne wieści! – powiedział, mierząc ponurym spojrzeniem Braffena.

Poirytowany Hirret zabrał młodzieńca do ulokowanej obok sypialni. Nie w takim miejscu powinni prowadzić przesłuchanie. Nie w biurze! Od tego są głębokie lochy!

– No?! – ponaglił młodzieńca, siadając na niewielkim stole. Niepokój bulgotał mu w brzuchu, bo Jarto nie dawał się zbyt łatwo wyprowadzać z równowagi.

– Pamiętasz ten Gang Siekier, który zatrudniliśmy do szpiegowania kapłanów?

– Mówże!

– Dziś w końcu dostarczyli wiadomość! Już miałem się z nią zapoznać, kiedy dowiedziałem się, że mamy Braffena, no i zostawiłem pismo na…

– Jarto!

– Tak jest! Gang zameldował kilka rzeczy. Najważniejsze, że skala podburzeń przez kapłanów rozciągnęła się na całe miasto. Skurczybyki potrafią to robić. Motłoch spotyka się nocami niemal wszędzie, knuje i… oni planują szturm na zamek.

Hirret zbladł nagle i dopiero po chwili odzyskał rezon. Odrobinę rezonu.

– A niech sobie zęby połamią na murach – mruknął, ocierając pot z czoła. – Ale to znak, że powinniśmy uprzedzić…

– Nie mamy czego uprzedzać! – przerwał mu Jarto. – Atak ma nastąpić następnego wieczoru! I podobno bardzo liczą na zdrajców.

– Oż ty, kurwa! – Kanclerz kopnął krzesło i mebel grzmotnął w ramę łóżka. – Niech to szlag! Kurwa! Szlag!

Oddech. Drugi. Trzeci. Dziesiąty. Głowa pracowała mu na najwyższych obrotach. Kalkulacje, plany, możliwości. Walczyć? O co? Uciekać? Dokąd? Zostawić to miasto? Ten kraj? Nigdy!

– Chodź!

Wrócili do biura, gdzie czekał zaniepokojony Merst.

– Jeśli Jarto się nie myli – zaczął Hirret – to jutro będziemy mieć szturm na zamek.

Braffen cmoknął, a trybun zrobił wielkie oczy i wycedził:

– To niedobrze. Zakładaliśmy, że mamy czas, że król Barol jednak nie rzuci przeciwko nam swoich Delhyjczyków zimą, bo to idiotyczne, i że mamy czas. Teraz zaczynam w to wątpić.

– To może być względnie niegroźne, bo tu nie tak łatwo się dostać – oznajmił kanclerz. – Mimo tego musimy zakładać najgorsze. Ktoś mógł się do tego przygotować.

– Tunna – szepnął Braffen. – Pewnikiem już wie, że pierwszy kapłan zginął.

Hirret rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.

– Tak szybko?

– Mogła obserwować Noretiego. Ja zniknąłem, pewnie uważa, że nie żyję. A to dla niej szansa jak nigdy.

– Arcykapłanie, zostaniesz z nami. Zechciej mi wybaczyć, bo muszę cię odizolować. Przysięgam na Ojca i Matkę, że zadbamy o wszelkie wygody. Z pewnością rozumiesz, że w obecnej sytuacji tylko tak możemy cię ochronić. I wierzę, że nie pozbawisz nas swej pomocy. Co możesz dla nas zrobić?

Braffen skrzywił się na myśl o czekającym go uwięzieniu. Do archikatedry na razie nie może wrócić, bo cieniobójczynie Tunny będą na niego polować. Dopóki się nie zorientuje, czy po śmierci Noretiego odzyska panowanie nad jego kapłanami, nie powinien się wychylać ani korzystać z własnych kryjówek. W końcu podczas zamieszek w mieście może być strasznie. Westchnął z rezygnacją.

– Mam garstkę przyjaciół w kościele i własny oddział cieniobójców. Myślę, że akurat na nich mogę polegać. No, przynajmniej mam taką nadzieję – dodał ponuro. – Stanę po stronie władz Sevenii. I wierzę, że później władza stanie po mojej stronie.

– Doskonale. Powiesz nam, jak możemy się skontaktować z twoimi ludźmi, w czym pomoże nam pewien gang. My zajmiemy się organizacją obrony. Musimy zaprząc do tego wszystkich koronnych, bo inni… No, zobaczymy, kto za kim stanie, kto dał się przekabacić. Ściągnijcie do mnie Retovię Molene. Niech sposobi straż miejską i ten niewielki oddział najemników stacjonujący w koszarach. Czy Trewol nie wypłacał im niedawno żołdu?

– Tak – odparł Jarto.

– To źle, bo mniej im będzie zależeć. Ale nie mamy wyboru. Niech Szrama zachęci ich jakąś premią. Anele miała zebrać ochotników. Znasz efekty jej pracy?

– Mizerne.

– Trudno, niech daje wszystkich. I najważniejsze: gdzie jest Rellas li Morano? Jasta miała go sprowadzić.

– Rozmawiałem z nią dwa dni temu – powiedział Merst z wahaniem. Dziwiło go, że kanclerz tak otwarcie mówi o wszystkim w obecności Braffena. I bardzo mu się to nie podobało. – Podobno Rellas wykazał się zrozumieniem dla twojego wezwania. Zmierza tu z oddziałem jakichś pięciu setek weteranów. Tylko tyle mógł zabrać, aby poruszać się szybko, bez wzbudzania sensacji na traktach Sevenii, no i żeby nie osłabić zanadto północnej granicy.

– Pytałem, gdzie jest, a nie czy się wykazał zrozumieniem!

– Nie mam pojęcia, gdzie się znajduje ani kiedy przybędzie – odparł niewzruszony trybun.

– Jarto, znajdź mi Jastę, jak już odprowadzisz arcykapłana do… izby. Później trzeba będzie pozbyć się z zamku podejrzanego elementu. I wtedy pozamykać bramy.

– Jeśli mogę, kanclerzu – przerwał im Braffen, wstając. – Chciałem tylko zapytać: co z królową? Jesteście pewni, że to my ją porwaliśmy? Może nie wiecie, ale znaczna część kleru rzeczywiście kocha i szanuje Jarehę. Gdyby udało się ją uwolnić z naszych świątyń, mogłaby sporo zdziałać. Wielu z naszych świętych mężczyzn i kobiet zwątpiłoby w słowa Tunny. Wydaje mi się to ogromną szansą na pokój. A przynajmniej na zmniejszenie rozlewu krwi.

Jarto z Hirretem spojrzeli po sobie. Kanclerz w końcu odpowiedział, choć niezbyt chętnie:

– Mamy podstawy wierzyć, że królowa została uprowadzona do Dominium Suezy.

– Co? – zdumiał się Braffen. – To w takim razie nie może być nasza sprawka!

– Podobno jednak jest – odparł chłodno Hirret. – W każdym razie wysłaliśmy za nią… specjalistę. Detektywa. Tfu, tropiciela, czy jak mu tam, taka jego mać. – Pokręcił głową i powoli cedził: – Dziwny, pyskaty. Ale skuteczny. Podobno najlepszy w swoim fachu. Jestem przekonany, że tej misji na imię „sukces”, bo jego obecność zawsze gwarantuje oczekiwany rezultat.

Kroczący wśród cieni. Tatuaże i krew

Copyright © Jarosław Kukiełka 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Marta Kładź-Kocot

Korekta – Julia Młodzińska, Paweł Wielopolski

Skład i łamanie – Julia Dominika Rombel

Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Tomasz Ryger

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384060896

ISBN mobi: 9788384060889

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Dedykacja

Mapa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Epilog

Podziękowania

Mapa

Strona redakcyjna

Reklamy

Punkty orientacyjne

Spis treści