Kraj, który patrzy - Maja Kołodziejczyk - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kraj, który patrzy ebook i audiobook

Maja Kołodziejczyk

5,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Ligvash to tajemnicze państwo w Azji, które przez lata pozostawało odcięte od reszty globu. Teraz otwiera się na świat, gdyż obecny dyktator, pragnąc ocieplić swój wizerunek, postanawia uchylić drzwi przed turystami.

W ramach eksperymentalnego programu do kraju zostaje zaproszona grupa europejskich influencerów podróżniczych i dziennikarzy. Każdemu z nich przydzielono opiekuna z Ligvashu – partnera dobranego z niepokojącą precyzją.

Jedną z par tworzą Jennishi i Konrad, dla których wspólna wyprawa szybko staje się czymś znacznie więcej niż zaplanowaną atrakcją. On do projektu dostał się przypadkiem. Ona budzi zainteresowanie jako córka kobiety ocalałej z katastrofy nuklearnej. Razem muszą stawić czoło zadaniom przygotowanym przez organizatorów. Z czasem zaczynają otrzymywać podejrzane wiadomości i utwierdzają się w przekonaniu, że nad Ligvashem nadal wisi cień mrocznej przeszłości.

W świecie, w którym nic nie dzieje się przypadkiem, a każdy gest może być obserwowany, bohaterowie muszą zdecydować, komu zaufać – i czy są gotowi odkryć to, co Ligvash skrywa przed obcymi, a oni sami przed sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 532

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 26 min

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
natwro93

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna cudna książka twórczości Mai. Historia wciągająca od pierwszych stron, autentyczni bohaterowie i podróż po świecie niby fantastycznym, a jednak realnym. Z niecierpliwością czekam na kontynuację.
00



Copy­ri­ght © by Maja Koło­dziej­czyk 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Justyna Tech­mań­ska Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Pro­jekt gra­ficzny okładki i stron tytu­ło­wych: Agnieszka Zawadka Rysu­nek postaci: Zofia Lange

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

ISBN 978-83-8343-792-7 War­szawa 2026

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Ostrzeżenie

Nie­które tre­ści przed­sta­wione na kar­tach powie­ści mogą być nie­od­po­wied­nie dla osób wraż­li­wych. Należą do nich prze­moc, wątki zwią­zane z han­dlem ludźmi, opisy zbrodni wojen­nych oraz życia codzien­nego w pań­stwie tota­li­tar­nym.

Cho­ciaż Ligvash został umiesz­czony na rze­czy­wi­stej mapie świata, wszyst­kie wyda­rze­nia, które się w nim dzieją są fik­cyjne. Doty­czy to rów­nież odwie­dza­nych przez boha­te­rów miejsc, struk­tur poli­tycz­nych, reli­gii oraz wszyst­kich zagad­nień zwią­za­nych z kata­strofą w Futa­mie.

I. Witamy w Ligvashu

Murong, Ligvash

Tego dnia w auto­bu­sie pano­wał okropny ścisk. Bla­szana puszka, wypeł­niona ludźmi, ich odde­chami i zmar­twie­niami, w końcu ruszyła. Jen­ni­shi musiała sta­nąć na pal­cach, by dosię­gnąć meta­lo­wego uchwytu. Zagry­zła zęby, aby nie syk­nąć z bólu. Skóra na jej brzu­chu napięła się nie­przy­jem­nie.

– Niech pani usią­dzie, futai – usły­szała obcy głos.

Męż­czy­zna w śred­nim wieku wstał z fotela, aby ustą­pić jej miej­sca. Jen­ni­shi nie lubiła, gdy nie­zna­jomi się tak do niej zwra­cali. To okre­śle­nie przy­po­mi­nało dziew­czy­nie, że była inna. Cza­sem wolała o tym zapo­mnieć. Mimo to obda­ro­wała współ­pa­sa­żera uśmie­chem.

– Dzię­kuję – odpo­wie­działa i opa­dła na fotel.

Z prze­wie­szo­nej przez ramię torby wyjęła zeszyt. Prze­kart­ko­wała go i szybko zna­la­zła zapi­ski, które powinna prze­czy­tać przed dzi­siej­szym egza­mi­nem. Szcze­gólny nacisk kła­dła na naukę tak zwa­nych słów zastęp­czych. W roz­mo­wie z obco­kra­jow­cami nie można było nazy­wać bólu bólem. To był silny dys­kom­fort. Smu­tek nale­żało zastą­pić wyra­zem „zanie­po­ko­je­nie”. Cho­ciaż uży­cie tego okre­śle­nia także zale­żało od kon­tek­stu. Na kolej­nej stro­nie Jen­ni­shi zano­to­wała przy­kła­dowy dia­log. Zda­nie „Mar­twię się, że mojej rodzi­nie zabrak­nie pie­nię­dzy na opła­ce­nie rachun­ków” z uży­ciem słów zastęp­czych brzmiało: „Zasta­na­wiam się, czy obecna sytu­acja rodzinna pozwoli na tak swo­bodne pokry­cie kosz­tów zwią­za­nych z utrzy­ma­niem, jak miało to miej­sce do tej pory”. W pod­ręcz­ni­kach przy­po­mi­nano, by zawsze szu­kać pozy­ty­wów. W tym wypadku pozy­ty­wem był fakt, że dotych­czas nie natra­fiono na trud­no­ści zwią­zane z opła­ce­niem rachun­ków.

– Mamo, zobacz! – Nagle roz­legł się dzie­cięcy gło­sik.

Jen­ni­shi pod­nio­sła wzrok znad zeszytu i dostrze­gła chłopca sie­dzą­cego po dru­giej stro­nie pojazdu. Wska­zy­wał na nią pal­cem. Matka kil­ku­latka szybko zare­ago­wała. Pochy­liła się nad synem i szep­nęła mu coś do ucha. Jen­ni­shi pokrę­ciła głową. Wie­działa, że białe włosy i fio­le­towe oczy wyróż­niały ją z tłumu. Dzieci czę­sto nie potra­fiły zapa­no­wać nad swoją cie­ka­wo­ścią. Za zbyt wścib­skie pyta­nia gro­ziły jed­nak kary. Doro­śli bali się, że ktoś na nich donie­sie. Co prawda oby­wa­teli rzadko spo­ty­kały takie repre­sje, jak kil­ka­dzie­siąt lat temu, ale nikt nie chciał spę­dzić mie­siąca czy dwóch w kolo­nii kar­nej. Gdy auto­bus przy­sta­nął na świa­tłach, a Jen­ni­shi spu­ściła na moment wzrok, zro­zu­miała, że tym, co zwró­ciło uwagę chłopca, nie był wcale kolor jej wło­sów. Na bia­łej, świeżo wypra­so­wa­nej koszulce dziew­czyny poja­wiła się szkar­łatna plama. Jeden ze szwów musiał puścić. Dziew­czyna prze­klęła w myślach. Pospiesz­nie scho­wała zeszyt do torby. Nie chciała pobru­dzić stron. Się­gnęła do kie­szeni mary­narki w nadziei, że znaj­dzie tam jakąś chu­s­teczkę. Nic z tego. Cho­ciaż w auto­busie pano­wał zaduch, zapięła guziki mary­narki, by choć tro­chę ukryć plamę. Oparła czoło o szybę. Patrzyła na mijane budynki, drzewa, auto­busy, poje­dyn­cze samo­chody i ludzi na rowe­rach. Musiała wytrzy­mać. Cho­ciaż na tym eta­pie powinna już przy­wyk­nąć do bólu, cza­sami wciąż był dla niej trudny, szcze­gól­nie kiedy wią­zał się z upo­ko­rze­niem. Jen­ni­shi nie lubiła sytu­acji, w któ­rych obcy ludzie widzieli ją w chwi­lach naj­więk­szej sła­bo­ści. Teraz myślała tylko o tym, co zro­bią egza­mi­na­to­rzy, gdy zoba­czą, w jakim jest sta­nie. Naj­bar­dziej bała się, że zosta­nie wypro­szona z sali.

– Pro­szę, futai – ode­zwała się pasa­żerka podró­żu­jąca z dziec­kiem.

Jen­ni­shi ode­rwała wzrok od szyby. Auto­bus zatrzy­mał się na kolej­nym przy­stanku. Kobieta z dziec­kiem naj­pew­niej chciała wysiąść, jed­nak nim to zro­biła, podała dziew­czy­nie hafto­waną chu­s­teczkę.

– Dzię­kuję – szep­nęła Jen­ni­shi, z zaże­no­wa­nia spusz­cza­jąc wzrok.

Gdy tylko kobieta wysia­dła, Jen­ni­shi dys­kret­nie wsu­nęła zło­żoną chu­s­teczkę pod bluzkę. Skrzy­wiła się, czu­jąc wil­gotny opa­tru­nek. Zostały dwa przy­stanki. Musiała prze­trwać. Do końca trasy nie utrzy­my­wała z nikim kon­taktu wzro­ko­wego. Gdy wresz­cie wstała, szybko zagry­zła zęby, sta­ra­jąc się przy­brać neu­tralny wyraz twa­rzy. Popra­wiła mary­narkę i z kie­szeni wyjęła odli­czoną kwotę. Podała drobne kie­rowcy, pozdro­wiła go uśmie­chem, po czym wysia­dła z pojazdu. Cie­płe powie­trze nie przy­nio­sło jej ulgi. Zda­wało się lep­kie, duszące. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach roz­pię­łaby kilka guzi­ków. Nie­stety, nie mogła. Pew­nym kro­kiem ruszyła przed sie­bie. Egza­min odby­wał się w daw­nej pod­sta­wówce Jen­ni­shi. Dosko­nale znała roz­kład pomiesz­czeń i liczyła, że zdąży sko­rzy­stać z łazienki. Gdy tylko weszła na teren szkoły, usły­szała za sobą zna­jomy głos.

– Jenny!

Obró­ciła głowę i dostrze­gła męż­czy­znę sie­dzą­cego na ławce pod drze­wem. Pozo­stali szli pro­sto do budynku, ale on ewi­dent­nie kogoś wypa­try­wał. Gdy wstał i zaczął iść w kie­runku dziew­czyny, ta uświa­do­miła sobie, że cze­kał wła­śnie na nią.

– Cześć, Vash – powi­tała męż­czy­znę, ale bez entu­zja­zmu.

Cho­ciaż ni­gdy tego nie przy­znała, nie prze­pa­dała za Vashem. Znali się z pracy. Ona była pomocą lekar­ską, on mło­dym leka­rzem. W szpi­talu widy­wali się regu­lar­nie, ale poza nim Jen­ni­shi nie chciała mieć z Vashem nic wspól­nego. Widy­wał ją w sta­nie, w któ­rym wolała nie być oglą­dana. W sytu­acjach pry­wat­nych pra­gnęła o tym zapo­mnieć.

– Zasta­na­wia­łem się, czy przyj­dziesz na egza­min – powie­dział z tro­ską w gło­sie.

Jen­ni­shi nie potra­fiła stwier­dzić, czy szcze­rze się o nią mar­twił. Gdy jed­nak Vash na moment poło­żył dłoń na jej ramie­niu, prze­biegł ją nie­przy­jemny dreszcz.

– Dla­czego mia­ła­bym nie przyjść? – zapy­tała.

Vash rozej­rzał się na boki, jakby spraw­dzał, czy ktoś ich nie pod­słu­chuje. Gdy miał pew­ność, że nikogo nie ma w pobliżu, pod­szedł do niej jesz­cze bli­żej. Prze­wyż­szał Jen­ni­shi o głowę. Uniósł jej pod­bró­dek, tym samym zmu­sza­jąc, aby spoj­rzała mu w oczy. Był to gest krótki, z pozoru deli­katny, a jed­nak pełen wład­czo­ści.

– Bo przed­wczo­raj mia­łaś ope­ra­cję.

– Nie pierw­szą. Nie ostat­nią. Zresztą skąd możesz wie­dzieć, skoro sze­fo­stwo dało ci urlop? Od dwóch dni odpo­czy­wasz i zapewne powta­rzasz do egza­minu – powie­działa.

– Nim posze­dłem na urlop, spoj­rza­łem w gra­fik. Ope­ro­wał Tan Samin. Wiesz, że sprze­ci­wia się, aby futai uczest­ni­czyli w pro­jek­cie. Nie zro­zum mnie źle, ale…

– Dla­tego tak bez­na­dziej­nie mnie zszył? – wypa­liła Jen­ni­shi, nim zdą­żyła ugryźć się w język.

Natych­miast poża­ło­wała tych słów. By­naj­mniej nie dla­tego, że zostały wypo­wie­dziane ze zło­ścią. Po pro­stu nie­chcący poin­for­mo­wała Vasha o swoim małym pro­ble­mie. Szybko dostrze­gła kon­ster­na­cję na jego twa­rzy.

– Szwy puściły? – zapy­tał, jesz­cze bar­dziej pochy­la­jąc się nad dziew­czyną.

Nie potra­fiła roz­róż­nić, czy prze­ma­wiała przez niego nadzieja, czy też tro­ska.

– Jeśli puściły, powin­naś wró­cić do szpi­tala, Jenny – dodał, gdy nie docze­kał się odpo­wie­dzi.

– Nawet jeżeli pusz­czą, nic mi się nie sta­nie. Rząd dopu­ścił do tego pro­gramu futai. Gdyby Tan Samin wygła­szał publicz­nie swoje poglądy, mógłby mieć pro­blemy. I nie będzie miało zna­cze­nia, jak dobrym jest chi­rur­giem – orze­kła sta­now­czo.

Wymi­nęła Vasha i pew­nym kro­kiem ruszyła w stronę szkoły. Tuż obok budynku wid­niał maszt z ligvań­ską flagą. Białą, niczym włosy futai, z fio­le­to­wym rom­bem pośrodku. Jen­ni­shi przy­spie­szyła, cho­ciaż poru­sza­nie się spra­wiało jej ból. Led­wie przy­sta­nęła na schod­kach, a Vash ją dogo­nił.

– Nie chcia­łem cię ura­zić.

Teraz obser­wo­wali ich straż­nicy strze­gący wej­ścia do budynku. Jen­ni­shi było to na rękę, gdyż miała pre­tekst, by uciąć wszel­kie szpi­talne tematy. Udział w pro­jek­cie miał pozwo­lić jej ode­tchnąć. Choć na chwilę zdy­stan­so­wać się od mono­ton­nej, bole­snej codzien­no­ści.

– Wiem, po pro­stu nie chcę się spóź­nić na egza­min – powie­działa.

Nie patrzyła na Vasha. Zaczęła prze­szu­ki­wać torebkę, aż w końcu wyjęła doku­menty.

– Dobry dzień w Ligva­shu – powi­tała straż­ni­ków.

– Opatrz­ność nad nami czuwa. Czy możemy popro­sić doku­menty, futai? – Wyż­szy męż­czy­zna w mun­du­rze zwró­cił się do dziew­czyny.

W odpo­wie­dzi podała im gra­na­tową ksią­żeczkę. Z per­spek­tywy obco­kra­jowca umię­śniony żoł­nierz z kara­bi­nem mógł wyglą­dać groź­nie, jed­nak na pra­cow­ni­kach ligvań­skiego szpi­tala taki widok nie robił wra­że­nia.

– Jen­ni­shi Mashen. Lat dwa­dzie­ścia jeden. Pomoc lekar­ska – prze­czy­tał męż­czy­zna, a pomię­dzy jego brwiami poja­wiła się pio­nowa zmarszczka. – Życzę powo­dze­nia. Praw­do­po­dob­nie futai są pożą­dani w pro­jek­cie – oznaj­mił i odha­czył jej nazwi­sko w tabeli, po czym oddał doku­menty.

Jen­ni­shi mogłaby przy­siąc, że sły­szy, jak oddech Vasha przy­spie­szył.

– Gdzie to, do cho­lery, jest… – mam­ro­tał pod nosem, szu­ka­jąc doku­men­tów w skó­rza­nej tor­bie.

Nie cze­ka­jąc na niego, Jen­ni­shi prze­szła do holu, gdzie gro­ma­dzili się pozo­stali zda­jący. Na tablicy powie­szono kartkę z roz­pi­ską sal. Stała przed nią grupka ludzi spraw­dza­ją­cych, do jakiego pokoju powinni się udać.

– Jenny, zacze­kaj! – zawo­łał Vash.

Ci, któ­rzy jesz­cze przed chwilą nie dostrze­gali poja­wie­nia się Jen­ni­shi, odru­chowo spoj­rzeli w jej kie­runku. Zmu­to­wane dzieci osób oca­la­łych po tra­ge­dii w Futa­mie trak­to­wano z nale­ży­tym sza­cun­kiem. Szcze­góły dzia­łal­no­ści futai obej­mo­wała tajem­nica pań­stwowa. Wszy­scy dostrze­gali ich odmienny wygląd, wie­dzieli, że robą coś waż­nego i są cenni dla rządu, ale nikt nie chciał zanadto się do nich zbli­żać. Cza­sem Jenny zasta­na­wiała się, czy to wyklu­cze­nie spo­łeczne wyni­kało z cha­rak­te­ry­stycz­nych dla Ligvań­czy­ków dys­kre­cji i taktu, czy może ze stra­chu. Bywały dni, kiedy marzyła, by ktoś się przed nią otwo­rzył, ale ludzie rzadko mówili przy futai o pry­wat­nych spra­wach. Tak jakby oba­wiali się, że przy­pad­kiem wejdą na tematy objęte tajem­nicą rzą­dową, a za to gro­ziły kary. Jenny wolała nawet nie myśleć, jakie kon­se­kwen­cje by ją spo­tkały, gdyby powie­działa kilka słów za dużo. Na przy­kład o swo­jej pracy. Zasta­na­wiała się, jak wygląda codzien­ność innych futai. Wie­działa, że były dziel­nice, w któ­rych ludzie przy­wy­kli do ich obec­no­ści. Naj­czę­ściej widy­wano futai przy szpi­ta­lach albo obiek­tach woj­sko­wych. W tym okręgu nie­wielu z nich zapi­sało się na egza­min. Na pierw­szym eta­pie Jen­ni­shi widziała jesz­cze dwie osoby takie jak ona, nie miała jed­nak pew­no­ści, czy prze­szły dalej.

– Dzię­kuję. – Kiw­nęła głową w stronę dziew­czyn, które ustą­piły jej miej­sca.

Szybko odna­la­zła na liście swoje nazwi­sko. Przy­dzie­lono ją do sali dwa­dzie­ścia dwa. Nie­stety, Vash miał zda­wać w sąsied­niej, dwa­dzie­ścia trzy. Kiedy Jen­ni­shi odsu­nęła się od tablicy, ponow­nie zła­pał ją za ramię.

– Hej, jesteś na mnie zła? – zapy­tał.

Miała ochotę przy­tak­nąć. Powstrzy­mała się jed­nak przed tym gestem, bo Vash zacząłby drą­żyć temat. Nie chciała draż­nić chło­paka. Po pro­stu wolała zostać sama. Dener­wo­wało ją, że zada­wał nie­wy­godne pyta­nia i pod­no­sił głos, jesz­cze bar­dziej zwra­ca­jąc na nich uwagę. Jen­ni­shi czuła na sobie cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Próba spła­wie­nia Vasha zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem.

– Chodź – powie­działa cicho.

Do egza­minu pozo­stało jakieś pięt­na­ście minut. Popro­wa­dziła więc chło­paka do ciem­nej wnęki znaj­du­ją­cej się na końcu kory­ta­rza, nie­da­leko sali dwa­dzie­ścia dwa. Jen­ni­shi celowo sta­nęła za wysoką paprotką. Prze­su­szona roślina sta­no­wiła barierę pomię­dzy nią a Vashem.

– Wie­dzia­łeś, że Tan Samin będzie pró­bo­wał spa­prać sprawę w nadziei, że nie pojadę na egza­min. Nie powie­dzia­łeś mi o tym.

– Rany, Jenny, nie mogłem nic zro­bić w tej kwe­stii. – Zła­pał się za głowę.

– Oczy­wi­ście, że mogłeś.

– Na przy­kład co, Jenny?

– Na przy­kład wziąć za niego ten dyżur i prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję. Mogłeś rów­nież wynieść dla mnie wię­cej leków prze­ciw­bó­lo­wych. Wiesz, że pod tym wzglę­dem on jest bar­dzo skąpy. Ja czuję ból, jak każdy czło­wiek. Nie zapo­mi­naj o tym.

Vash otwo­rzył usta, aby coś powie­dzieć, ale po chwili je zamknął. Ewi­dent­nie bił się z myślami.

– Zro­zum mnie, Jenny. Nie mogę tak po pro­stu pod­wa­żać decy­zji ordy­na­tora – rzekł w końcu.

– A ordy­na­tor nie może tak po pro­stu pod­wa­żać decy­zji pod­ję­tych przez rząd. Futai mogą brać udział w pro­gra­mie. Sta­no­wimy część kul­tury tego kraju. Nasza rola jest ważna.

Chło­pak kiwał głową na znak, że się z nią zga­dza, ale Jen­ni­shi mu nie ufała.

– Powiedz mi cho­ciaż, jak się czu­jesz. Mówi­łaś, że coś spa­prał.

W odpo­wie­dzi dziew­czyna wsu­nęła dłoń pod bluzkę i wyjęła spod niej pro­wi­zo­ryczny opa­tru­nek. Krew zaczęła już krzep­nąć. Bez słowa podała chu­s­teczkę Vashowi. Chło­pak nawet się nie skrzy­wił. Ku zdzi­wie­niu Jen­ni­shi tak po pro­stu wło­żył zakrwa­wioną tka­ninę do kie­szeni. Tak jakby była jakimś tro­feum. Tkwili w nie­zręcz­nej ciszy, dopóki nie roz­brzmiał dzwo­nek. Na kory­ta­rzu zapa­no­wało poru­sze­nie.

– Chodź. Zaczęli wpusz­czać do sali – oznaj­miła Jen­ni­shi.

Ruszyła w stronę pomiesz­cze­nia, ale nawet nie spoj­rzała, czy Vash za nią szedł. Wie­działa, że tak było. Już od dłuż­szego czasu podą­żał za nią jak cień.

Warszawa, Polska

Kon­rad jesz­cze bar­dziej odsu­nął tap­czan, cho­ciaż na tym eta­pie już wie­dział, że nic pod nim nie zoba­czy. Gra­na­towa kosme­tyczka znik­nęła, a wraz z nią dzie­sięć tysięcy. Zna­lazł tylko pomiętą chu­s­teczkę, zbite kłębki kurzu i bilet auto­bu­sowy. Oddy­chał ciężko, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad emo­cjami.

– I co? Jest? – usły­szał za sobą niski, kobiecy głos.

Odgar­nął z twa­rzy przy­długą grzywkę i obej­rzał się, aby spoj­rzeć na bab­cię. Stała w progu w tej swo­jej gra­na­to­wej podomce, którą Kon­rad pamię­tał jesz­cze z dzie­ciń­stwa. Krzy­żo­wała ręce na pier­siach i marsz­czyła czoło. Po jej minie chło­pak wie­dział, że już prze­czu­wała, co się stało.

– Pew­nie Fabian zabrał kasę. – Nagle do pokoju wpa­ro­wała dzie­się­cio­latka i sta­nęła tuż obok babci z rów­nie posępną miną.

Kon­rad wstał. Otrze­pał kolana z kurzu, po czym spoj­rzał na sio­strę.

– Skąd wiesz? – zapy­tał.

– Bo wcze­śniej ukradł stówę z mojej skar­bonki i pró­bo­wał zwa­lić winę na moją kum­pelę.

– Laura, ale za kanapą mie­li­śmy odło­żone dzie­sięć tysięcy na czarną godzinę.

– Naj­wy­raź­niej nasz brat się roz­kręca – oznaj­miła i skrzy­żo­wała ręce na pier­siach, podob­nie jak jej bab­cia.

Wtem w kie­szeni Kon­rada zawi­bro­wała komórka.

– Mam nadzieję, że to Fabian w końcu oddzwa­nia, bo mamy do pogada… – Prze­rwał, gdy na wyświe­tla­czu zoba­czył napis „Kuba praca”. – Hej, stary. Wybacz, ale nie za bar­dzo mogę teraz roz­ma­wiać – powie­dział po tym, jak ode­brał.

– Słu­chaj, tak się składa, że mamy awa­ryjną sytu­ację. Chciał­bym, żebyś przy­je­chał teraz na Moko­tów. To naprawdę pilne.

Kon­rad prze­klął pod nosem. Zner­wi­co­wany krą­żył po pokoju.

– Kuba, zepsuła nam się pralka. Do tego nie mogę zna­leźć kasy i…

– Kra­ski kupi ci nową pralkę. Będzie na jutro. Prawda, Kra­ski?

Kon­rad usły­szał jakieś mruk­nię­cie, które naj­wy­raź­niej było potwier­dze­niem.

– Na pewno? To brzmi, jakby u was było bar­dzo źle.

– Nie, nie jest źle. To zna­czy, nie jest też jakoś dobrze. Powie­dział­bym, że tak jak zwy­kle. Po pro­stu Kra­ski zapo­mniał o jed­nej pro­po­zy­cji.

Kon­rad pod­szedł do okna i odsu­nął firankę. Nie chciał patrzeć na bab­cię ani sio­strę, gdy roz­ma­wiał przez tele­fon. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wolał utkwić wzrok w smut­nym pra­skim osie­dlu.

– Pamię­tasz, że ofi­cjal­nie jestem jego mon­ta­ży­stą? Nie jakimś asy­sten­tem.

– No niby tak. U mnie było podob­nie, ale wiesz, jak to wygląda w prak­tyce. To co? Przy­je­dziesz na Moko­tów?

– A obie­cu­jesz, że Kra­ski kupi tę pralkę? To naprawdę pro­blem, stary.

– No, jasna sprawa, że kupi. Zaraz prze­leje ci też za Ubera.

Jesz­cze kilka sekund po skoń­czo­nej roz­mo­wie Kon­rad patrzył w okno. Powi­nien szu­kać brata. Usta­lić, w co tym razem się wplą­tał. Fabian może i skoń­czył osiem­na­ście lat, ale postę­po­wał jak doj­rze­wa­jący nasto­la­tek.

– Prze­pra­szam. Będę musiał wyjść. Wiem, że jest pro­blem, ale go roz­wiążę. Na jutro będzie nowa pralka – wyrzu­cił z sie­bie potok słów, gdy ponow­nie spoj­rzał w oczy babci.

– No dobrze, ale co z Fabia­nem? On naprawdę zabrał ci te pie­nią­dze? – zapy­tała seniorka.

Te słowa bolały bar­dziej, niż chło­pak mógł przy­pusz­czać. To nie on powi­nien odpo­wia­dać na podobne pyta­nia, a jego ojciec. Naj­chęt­niej spro­wa­dziłby go tu i zapy­tał, dla­czego po śmierci matki wyje­chał do Holan­dii, a potem stop­niowo zapo­mi­nał o dzie­ciach. Kon­rad miał dopiero dwa­dzie­ścia trzy lata. Wolałby stu­dio­wać, odkry­wać sie­bie. Zamiast tego musiał zostać głów­nym żywi­cie­lem rodziny. Po pro­stu nie było innego wyj­ścia.

– Nie wiem. Myślę, że jest to moż­liwe. Napisz­cie mi, jeśli w końcu raczy oddzwo­nić. Każ­cie mu natych­miast wra­cać do domu.

Wymi­nął bab­cię i sio­strę, po czym wyszedł na kory­tarz. Boaze­ria oraz per­ski dywan w przed­po­koju przy­po­mi­nały jesz­cze czasy PRL-u. Kon­rad pod­niósł pęk klu­czy ze sto­ją­cej na komo­dzie krysz­ta­ło­wej misy. Kie­dyś, w lep­szych cza­sach słu­żyła za popiel­niczkę. Ją rów­nież pamię­tał z dzie­ciń­stwa.

– To Kra­ski kupi nam pralkę? – oży­wiła się Laura. – Jak powiem o tym moim kole­żan­kom, to padną. Ostat­nio oglą­dały jego vloga z podróży do Chin. Tej, którą odbył auto­sto­pem. Nie chciały wie­rzyć, że mój brat dla niego pra­cuje. A potem zoba­czyły nasze nazwi­sko w napi­sach. Gdy­byś tylko widział ich miny!

Kon­rad wes­tchnął ciężko. Pospiesz­nie narzu­cił na sie­bie skó­rzaną kurtkę i zasznu­ro­wał glany.

– Kra­ski nie jest taki, na jakiego kreuje się w inter­ne­cie – uciął oschle, po czym otwo­rzył drzwi. – Abso­lut­nie nie cze­kaj­cie na mnie z kola­cją. Myślę, że tro­chę nam tam zej­dzie.

Bab­cia powie­działa coś o tym, żeby się nie prze­mę­czał. Do chło­paka nie docie­rały jed­nak te słowa. Czujka od razu wyła­pała ruch i na obskur­nej, poba­zgra­nej graf­fiti klatce scho­do­wej roz­bły­sło świa­tło. Kon­rad obrzu­cił nie­na­wist­nym spoj­rze­niem ścianę, z któ­rej pła­tami scho­dziła farba. Nie pamię­tał, kiedy ten budy­nek był remon­to­wany. Ruszył w stronę drzwi wyj­ścio­wych, ale zatrzy­mał się, gdy dostrzegł kogoś na scho­dach. W pierw­szym momen­cie pomy­ślał, że znów zakradł się tutaj jakiś bez­domny. Póź­niej usły­szał cichy szloch. Zakap­tu­rzona postać sie­dząca na ostat­nim stop­niu nie musiała poka­zy­wać twa­rzy. Kon­rad już wie­dział, kim była.

– Dla­czego nie odbie­rasz naszych tele­fo­nów i nie odpi­su­jesz na wia­do­mo­ści? – zapy­tał oschle.

Fabian pró­bo­wał coś powie­dzieć, ale wydał z sie­bie tylko nie­wy­raźny beł­kot. Kon­rad rap­tow­nie uklęk­nął przy bra­cie. Nie czuł alko­holu. Jedy­nie ostry zapach fajek. Ujął w dło­nie twarz chło­paka. Łzy spły­wały po jego policz­kach.

– Dla­czego ukra­dłeś moje pie­nią­dze? – pró­bo­wał zadać to pyta­nie tak łagod­nie, jak tylko potra­fił.

– Nie ukra­dłem. Ja… Ja je tylko poży­czy­łem – wychli­pał.

– Obaj wiemy, że to nie­prawda. Dla­czego to zro­bi­łeś?

Orta­lio­nowy dres i łysa głowa w teo­rii miały nada­wać Fabia­nowi groźny cha­rak­ter. Star­szy brat jed­nak wciąż widział w nim małego chłopca. Szcze­gól­nie teraz, gdy tak się trząsł i pró­bo­wał wydu­kać jakieś wyja­śnie­nie.

– Bo mia­łem długi. Ale… Wszystko oddam!

Kon­rad deli­kat­nie zła­pał Fabiana za ramiona, po czym spoj­rzał mu w oczy. Jesz­cze kilka minut temu był bez­gra­nicz­nie wście­kły, teraz ten gniew w nim top­niał.

– Powiedz szcze­rze, Fab. Odda­łeś wszystko?

Chło­pak prze­tarł nos ręka­wem i prze­cząco pokrę­cił głową.

– Ile jesz­cze?

– Pięć koła.

– Na pewno?

– Tak! – załkał Fabian.

– Jeżeli jest tego wię­cej, musisz mi teraz powie­dzieć. Pomyśl o babci i Lau­rze. One też muszą god­nie żyć. Miesz­ka­nie się sypie. Dziś padła pralka.

– Zostało tylko pięć tysięcy. Przy­się­gam.

Tele­fon zawi­bro­wał w kie­szeni Kon­rada. Na wyświe­tla­czu znów wid­niało „Kuba praca”. Prze­klął cicho.

– Idź do domu. Zjedz kola­cję. Nie wychodź i nie rób niczego głu­piego. Pomogę ci spła­cić resztę, a ty to odpra­cu­jesz.

Fabian zaczął pła­kać jesz­cze gło­śniej.

– Mówię prawdę, Koni. Naprawdę. Obie­cuję. Oddam wszystko. Już będzie lepiej.

Kon­rad obser­wo­wał, jak jego młod­szy brat wstaje i na drżą­cych nogach wraca do miesz­ka­nia. Czy mu ufał? Nie­ko­niecz­nie. W obec­nej sytu­acji czuł jed­nak, że nie może zro­bić nic wię­cej. Pocze­kał, aż drzwi za mło­dym się zamkną. Potem wyszedł przed klatkę. Spraw­dził w apli­ka­cji połą­cze­nia. Auto­bus odjeż­dżał za pięć minut.

– Cho­lera – wark­nął i szyb­kim kro­kiem ruszył w stronę przy­stanku.

Kro­ple desz­czu sma­gały go po karku, ale nawet nie myślał, by wró­cić po para­solkę. Minął ogró­dek z kapliczką pamię­ta­jącą pew­nie jesz­cze schy­łek wojny, poszedł na główną ulicę i zaczął biec, widząc nad­jeż­dża­jący auto­bus. Do pojazdu wsiadł zdy­szany. Opadł na pierw­sze wolne sie­dze­nie. Po prze­je­cha­niu kilku przy­stan­ków napi­sał Kubie wia­do­mość. Tłu­ma­czył, że miał poważną roz­mowę z bra­tem, a póź­niej długo cze­kał na Ubera. Nie przy­znał się, że pie­nią­dze prze­słane na tak­sówkę wolał zacho­wać na czarną godzinę. Wysiadł pół godziny póź­niej. Skrę­cił za przy­stan­kiem i dostrzegł zna­jomą bramę pro­wa­dzącą na strze­żone osie­dle. Przy­wi­tał się ze straż­ni­kiem. Zaczął tłu­ma­czyć, gdzie idzie, ale ten go roz­po­znał.

– Dobry wie­czór. Pan pew­nie pod sześć­dzie­siątkę? – Poczciwy senior uśmiech­nął się, sku­biąc koń­cówkę wąsa.

– Dobry wie­czór. Tak, jak zawsze.

– To niech pan bie­gnie. Spraw­dza­łem w inter­ne­cie. Zaraz roz­pada się jesz­cze bar­dziej.

Kon­rad poszedł za radą straż­nika. Może nie pobiegł, lecz znacz­nie przy­spie­szył kroku. Minął kilka jasnych, zadba­nych budyn­ków, aż w końcu dostrzegł ten wła­ściwy. Doszedł do klatki i zadzwo­nił pod sześć­dzie­siątkę.

– Wresz­cie, stary. Już myśla­łem, że do nas nie dotrzesz – usły­szał głos Jakuba, który nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, otwo­rzył drzwi.

Kon­rad prze­szedł przez zadbany hol. Przy­wi­tał kolej­nego dozorcę sto­ją­cego za ladą i pod­szedł do windy. Tak szybko z obdra­pa­nej, pra­skiej kamie­nicy prze­niósł się do cie­płych, przy­tul­nych wnętrz. Jesz­cze pach­ną­cych nowo­ścią i luk­su­sem. Patrząc w lustro, popra­wił włosy. Wil­gotna grzywka kle­iła mu się do czoła. Na swo­jej bla­dej twa­rzy widział oznaki zmę­cze­nia. Policzki miał zapad­nięte, a oczy pod­krą­żone. Naj­chęt­niej zako­pałby się pod koł­drą we wła­snym łóżku, ale czuł, że tego wie­czoru będą go cze­kać kolejne rewe­la­cje.

W inter­ne­cie Kra­ski był podróż­ni­kiem, inte­lek­tu­ali­stą i wielką gwiazdą. W życiu codzien­nym stał się ćpu­nem wyma­ga­ją­cym sta­łej opieki. Kon­rad nie zauwa­żył wyraź­nego momentu, w któ­rym on i Kuba wyszli z ról mon­ta­ży­sty i asy­stenta. Po pro­stu nagle stali się opie­ku­nami. Ludźmi od wszyst­kiego. Jakub zdo­łał dry­fo­wać po tym grzą­skim lądzie. Potra­fił szybko gasić pożary. Reago­wać, gdy Kra­ski coś odwa­lił, i pil­no­wać, by pewne rze­czy nie wyszły na świa­tło dzienne. Kon­rad znał się na mon­tażu. Bar­dzo czę­sto doda­wał też opisy do fil­mów. Praca jed­nak wywo­ły­wała w nim ogromny stres. Od dłuż­szego czasu widział, że Kra­ski balan­suje na bar­dzo cien­kiej linie. Bał się, że w końcu upad­nie. A tym samym zabie­rze im pracę.

II. Propozycja nie do odrzucenia

Murong, Ligvash

Jen­ni­shi wyszła z sali słaba, lecz szczę­śliwa. Napi­sała wszystko, cho­ciaż wciąż miała wąt­pli­wo­ści doty­czące kon­kret­nych odpo­wie­dzi. Naj­gor­sze były zada­nia przed­sta­wia­jące hipo­te­tyczny dia­log z obco­kra­jow­cem. W teo­rii Mashen wie­działa, jak powinna pokie­ro­wać roz­mową. W prak­tyce zże­rał ją stres. Dopiero kiedy wyszła przed budy­nek, poczuła ulgę. Mogła zemdleć. Mogła paść. Ale co z tego? Egza­min został napi­sany. Już nikt jej tego nie odbie­rze.

Słońce inten­syw­nie świe­ciło, a Jenny roz­pięła guziki mun­duru. Na tym eta­pie nie myślała o zaschłej czer­wo­nej pla­mie. Była futai. Futai mają prawo do dys­funk­cji. Co wię­cej, futai są rów­nież pożą­dani w pro­jek­cie. Dopeł­niła więc oby­wa­tel­skiego obo­wiązku. Naj­chęt­niej posie­dzia­łaby przez chwilę oparta o sze­roki murek. W każ­dym momen­cie Vash mógł jed­nak wyjść z budynku. Ta świa­do­mość naj­bar­dziej moty­wo­wała ją do moż­li­wie szyb­kiego powrotu do domu. Obo­lała szła w stronę głów­nej drogi. Prze­cho­dzący obok nie­zna­jomy chciał pomóc jej iść, ale odmó­wiła. Futai mieli do wyboru dwie ścieżki kariery. Albo woj­sko, albo pomoc w szpi­talu. Jen­ni­shi przy­pa­dło w udziale to dru­gie. Jak prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści. Mashen dora­stała ze świa­do­mo­ścią, że jej rola w spo­łe­czeń­stwie miała duże zna­cze­nie. Odkąd pamię­tała, prze­strze­gano ją, że wszystko, co robi jako futai, musi trzy­mać w tajem­nicy. Nie mogła opo­wie­dzieć nikomu, na czym dokład­nie pole­gała jej praca, a to wią­zało się z dużym poczu­ciem osa­mot­nie­nia i wyklu­cze­nia. Pozo­sta­wała także pod kon­trolą rządu – wszy­scy futai mieli obo­wią­zek nosze­nia bran­so­le­tek z loka­li­za­to­rami. W głębi serca zazdro­ściła tym, któ­rzy mieli więk­szą swo­bodę, mogli sami sta­no­wić o swoim losie i nie prze­cho­dzili tak licz­nych ope­ra­cji. Wie­działa jed­nak, że nie wypa­dało jej narze­kać. Ligvash był wspa­niały i trosz­czył się o swo­ich oby­wa­teli. Tak mówili wszy­scy. Jako futai Jenny poma­gała swoim roda­kom, a to było ważne. Matka czę­sto opo­wia­dała jej o tym, jak kraj roz­wi­nął się na prze­strzeni lat. „Dzi­siaj ludzie nie zni­kają już tak czę­sto bez śladu” – powta­rzała. To zda­nie szcze­gól­nie wyryło się w gło­wie dziew­czyny.

W końcu na drżą­cych nogach Jen­ni­shi dotarła do głów­nej ulicy. Aby dojść na wła­ściwy przy­sta­nek, musiała przejść przez kładkę. Zaci­snęła zęby i przy­ło­żyła dłoń do brzu­cha. Bolało. Bar­dzo bolało.

– Jenny! – Ktoś zawo­łał jej imię.

Obró­ciła się i dostrze­gła męż­czy­znę jadą­cego na sta­rym sku­te­rze. Zapar­ko­wał przy kra­węż­niku, po czym mach­nął w jej stronę.

– Pan Taki! – zawo­łała roz­ra­do­wana. – Co pan tu robi?

– Przy­je­cha­łem po cie­bie. Wsia­daj, nasza repre­zen­tantko z Tongi.

Na twa­rzy dziew­czyny poja­wił się sze­roki uśmiech. Była nie­sa­mo­wi­cie wdzięczna męż­czyź­nie.

– Dzię­kuję. Jesz­cze nie wiem, czy mnie wybiorą. Jest bar­dzo dużo chęt­nych.

– A ja czuję, że się uda. W końcu dopu­ścili cię do kolej­nego etapu. Dasz radę usiąść? – zapy­tał, widząc na jej twa­rzy waha­nie.

– Tak – powie­działa nie­pew­nie.

Przy­trzy­mała się ramie­nia męż­czy­zny, po czym prze­ło­żyła nogę przez sie­dze­nie. Syk­nęła. Ból był tak silny, że na kilka sekund pociem­niało jej przed oczami. Zdą­żyła jed­nak zapa­no­wać nad tym odru­chem. Nie takie rze­czy zno­siła. Mocno objęła męż­czy­znę w pasie. Dostrze­gła Vasha, który rów­nież opu­ścił teren szkoły.

– Pro­szę jechać! – popę­dziła męż­czy­znę w oba­wie, że kolega z pracy znów będzie pró­bo­wał ją zacze­piać.

Jen­ni­shi miesz­kała w dziel­nicy Tonga sły­ną­cej głów­nie z jed­nego osie­dla, a wła­ści­wie spe­cy­ficz­nego kom­pleksu miesz­ka­nio­wego. Wzno­sząca się na czter­na­ście pię­ter mie­sza­nina blo­ko­wisk roz­ro­sła się jesz­cze za cza­sów poprzed­niej wła­dzy. To wła­śnie tu miesz­kali naj­bied­niejsi, a także oby­wa­tele, któ­rzy skoń­czyli odby­wać kary i mieli pro­blemy ze zna­le­zie­niem innego lokum. W Ton­dze pod pew­nymi wzglę­dami obo­wią­zy­wała samo­wolka. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że każdy odpro­wa­dzał podatki, nie zakłó­cał spo­koju oby­wa­teli i z sza­cun­kiem wypo­wia­dał się o obec­nym rzą­dzie. Tu nie obo­wią­zy­wało prawo budow­lane. Jeżeli samo­zwań­cze wła­dze osie­dla wyra­ziły na to zgodę, nowi loka­to­rzy dobu­do­wy­wali kolejne kon­dy­gna­cje. Tonga stała się więc ciem­nym, zawil­go­co­nym zlep­kiem nie­wiel­kich miesz­kań, które i tak w dość dużym stop­niu róż­niły się od sie­bie stan­dar­dem. Ponure kory­ta­rze skrę­cały w różne strony, a oprócz małych lokali miesz­kal­nych można było tra­fić rów­nież na usłu­gowe. Szwal­nie, pral­nie, sklepy spo­żyw­cze, bary były pod ręką. Lokalni miesz­kańcy chęt­nie korzy­stali rów­nież z usług miej­sco­wych leka­rzy nie­po­sia­da­ją­cych kon­ce­sji. W Ton­dze funk­cjo­no­wały także restau­ra­cje, ale przy­rzą­dzano w nich dania, któ­rych ludzie z zewnątrz wole­liby nie pró­bo­wać. Wszystko przez kiep­skie warunki sani­tarne i kom­pletny brak kon­troli jako­ści żyw­no­ści. Miesz­kańcy naj­wyż­szych pię­ter mieli też pro­blem z kana­li­za­cją. Musieli scho­dzić niżej i odcze­kać swoje w dłu­gich kolej­kach, aby wziąć prysz­nic. Woda rów­nież pozo­sta­wiała wiele do życze­nia. Babka Jen­ni­shi twier­dziła, że to za sprawą zardze­wia­łych rur.

– Ten dok­to­rek z two­jej pracy wygląda na takiego, który mógłby sobie pozwo­lić na zamó­wie­nie tak­sówki – powie­dział pan Taki, gdy przy­sta­nęli na skrzy­żo­wa­niu.

– A pozwala sobie na znacz­nie wię­cej, niż przy­stoi – burk­nęła Jenny i moc­niej objęła go w pasie.

Min Taki miał sześć­dzie­siąt pięć lat i wraz z synem pro­wa­dził sklep spo­żyw­czy w Ton­dze. Posia­dał też pewne towary spod lady. Takie, które pozwo­liły mu się wku­pić w łaski samo­zwań­czej rady osie­dla. Był szczu­pły, nie­wy­soki, ale miał w sobie coś, co budziło respekt w dziel­nicy. Może były to ramiona pokryte tajem­ni­czymi tatu­ażami i zacięte spoj­rze­nie. Może fakt, że robił inte­resy z ludźmi, któ­rych oba­wiali się nawet inni miesz­kańcy Tongi. A może plotki o tym, iż za młodu uczest­ni­czył w wal­kach ulicz­nych. Co do tego ostat­niego Jenny nie miała żad­nej wąt­pli­wo­ści. Kiedy była dziec­kiem, pan Taki pro­wa­dzał ją na naj­wyż­sze kon­dy­gna­cje blo­ko­wego labi­ryntu. Dzięki niemu wie­działa, jak poru­szać się po zaka­mar­kach Tongi. Wraz z synem męż­czy­zny, Yonem, wcho­dzili aż na dach. Z tego miej­sca roz­cią­gał się widok na cały Murong. Jen­ni­shi potra­fiła przy­mknąć oko na śmieci i kable wiszące nad budyn­kami niczym paję­cza sieć. Z tej per­spek­tywy mia­sto zawsze wyda­wało się jej piękne. Silne, wszech­mocne, wycho­dzące za hory­zont. To wła­śnie na dachu pan Taki uczył syna i Jenny, jak należy się bić.

– Żyjesz, mała? Już pra­wie jeste­śmy – oznaj­mił pan Taki, gdy minęli kolejny zakręt.

– Tak. Naprawdę dzię­kuję. To był wyczer­pu­jący tydzień. W zasa­dzie mie­siąc.

Min zapar­ko­wał tuż przy sza­rym beto­no­wym placu, który aktu­al­nie słu­żył grupce dzie­cia­ków za boisko. Pocze­kał, aż dziew­czyna ostroż­nie zej­dzie ze sku­tera.

– Naj­waż­niej­sze, że dotar­łaś. Teraz masz trzy dni odpo­czynku, prawda? – zapy­tał, przy­pi­na­jąc pojazd dru­tem do meta­lo­wej siatki. To wła­śnie ona odgra­dzała Tongę od reszty mia­sta.

– Tak mi obie­cali – odpo­wie­działa Jen­ni­shi.

Ruszyli w stronę zardze­wia­łej bramy, która zawsze pozo­sta­wała otwarta. Aktu­al­nie opie­rało się o nią dwóch chło­pa­ków z okrop­nymi wypry­skami na twa­rzy i rękach. Jeden powi­tał ich kiw­nię­ciem głowy. Drugi zdjął czapkę z dasz­kiem. Jenny wymru­czała jakieś powi­ta­nie. Szła powoli, trzy­ma­jąc się za brzuch. Pan Taki chciał podać dziew­czy­nie ramię, ale ta odmó­wiła. Nie naci­skał i nie wni­kał. Jenny była futai, a nad nimi czu­wała Opatrz­ność. Wielu w nią wie­rzyło. Nawet wyjęci spod prawa miesz­kańcy wyż­szych kon­dy­gna­cji w Ton­dze cho­dzili do świą­tyń, w któ­rych ukry­wano reli­kwie z Futamy. Fio­le­towe krysz­tały będące sym­bo­lem roz­kwitu kraju i nadej­ścia nowego rządu.

Pół­nocne wej­ście do Tongi prze­cięt­nemu obser­wa­to­rowi mogło przy­po­mi­nać zaple­cze obskur­nego baru. Nale­żało wejść do wąskiego, ciem­nego tunelu, w któ­rym migał czę­ściowo wypa­lony zie­lony neon. Płyny wycie­ka­jące z kli­ma­ty­za­to­rów i rury cią­gną­cej się wzdłuż sufitu two­rzyły kałuże na beto­no­wej posadzce. Jen­ni­shi szła przo­dem. Min Taki za nią. Wolał mieć oko na dziew­czynę, gdyby zasła­bła. Ta była jed­nak twarda. Ener­gicz­nie pchnęła meta­lowe drzwi. Obrzu­ciła krót­kim spoj­rze­niem znisz­czony auto­mat do gier, który stał tuż obok. Nie wie­działa, kto i w jakim celu go tu posta­wił. Nie dzia­łał, odkąd się­gała pamię­cią. Gdy była dziec­kiem, bawiła się, że jest ina­czej. Obdra­pany rysu­nek na jego boku przed­sta­wiał postać chłopca ska­czą­cego po chmur­kach. Budził w niej pozy­tywne sko­ja­rze­nia.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał pan Taki.

– Tak, prze­pra­szam. Zaga­pi­łam się – odpo­wie­działa, po czym weszła do środka.

Wewnątrz enklawy pano­wał mrok. Jedyne źró­dło świa­tła sta­no­wiły ledowe szyldy lokali usłu­go­wych. Aby zoba­czyć pierw­sze okno, nale­żało wejść po brud­nych, wąskich scho­dach. Loka­to­rzy dobrze wie­dzieli, w jaki spo­sób poru­szać się po tym mrocz­nym labi­ryn­cie. Jenny zła­pała się porę­czy i odgar­nęła nogą zawil­go­cone ulotki, które ktoś roz­sy­pał na pierw­szych stop­niach. Zapra­szały do lokalu ze strip­ti­zem na pią­tym pię­trze.

– Nie mów, że jesteś zgor­szona. Miesz­kasz tu nie od dziś – zachi­cho­tał pan Taki.

– Po pro­stu nie chcę się tu pośli­zgnąć.

Miesz­kań­com Tongi odpo­wia­dał fakt, że w takiej ciem­no­ści trudno było dostrzec nie­które twa­rze. Wielu z łatwo­ścią mogło się tu ukryć, ale nie Jen­ni­shi i jej matka. O nich wie­dzieli wszy­scy. Nawet ci, któ­rzy ni­gdy z nimi nie roz­ma­wiali. „Oca­lała z Futamy i jej córka futai” – wła­śnie tak okre­ślano jej rodzinę, cho­ciaż w lokalu na dru­gim pię­trze miesz­kała z nimi też babka.

– Dzień dobry w Ligva­shu! – zawo­łała sąsiadka nio­sąca pla­sti­kową misę z suro­wym mię­sem.

Poma­chała im wolną, brudną dło­nią. Nie miała ręka­wi­czek, a zawar­tość naczy­nia by­naj­mniej nie zachę­cała do spo­ży­cia. Nawet pan Taki wyraź­nie się skrzy­wił, choć nie­jedno już widział i sprze­dał w swoim skle­pie.

– Opatrz­ność nad nami czuwa – odpo­wie­działa Jenny.

– Nad tobą niech czuwa szcze­gól­nie, futai. Bar­dzo liczymy na to, że będziemy mieć repre­zen­tantkę z Tongi. No, a ja pędzę. Muszę to zemleć na pul­pety. – Wska­zała na miskę i skrę­ciła w inny, ciemny kory­tarz.

– Coś czuję, że długo nie tknę pul­pe­tów – szep­nął pan Taki, gdy tylko kobieta znik­nęła im z pola widze­nia.

Miesz­ka­nie Jen­ni­shi mie­ściło się na końcu kory­ta­rza przy oknie i według stan­dar­dów panu­ją­cych w Ton­dze ucho­dziło nie­malże za luk­su­sowe. Mie­rzyło pięt­na­ście metrów kwa­dra­to­wych, miało pry­watną łazienkę, dwa pal­niki i kawa­łek blatu robo­czego, na któ­rym można było jeść. Posia­dało rów­nież okno, dzięki któ­remu do środka wpa­dało natu­ralne świa­tło. Co prawda zarobki Jenny pozwo­li­łyby na wyna­jem nie­wiel­kiego miesz­ka­nia w nieco lep­szej dziel­nicy, ale matka kazała jej inwe­sto­wać wszystko w edu­ka­cję. Ist­niał także jesz­cze jeden powód takiej decy­zji. Miesz­kańcy Tongi przy­wy­kli do wyglądu Nishy Mashen. Nikogo nie dzi­wiło, że cho­dzi z zaban­da­żo­waną twa­rzą. Nikt się nie gapił, gdy robiła zakupy, sia­dała na ławce przed enklawą albo cho­dziła na kawę z kole­żan­kami z pracy. Zaczy­na­nie od nowa na tym eta­pie wyda­wało jej się prze­ra­ża­jące.

– Dzię­kuję za pomoc, panie Taki. Droga powrotna komu­ni­ka­cją w moim obec­nym sta­nie byłaby okropna – powie­działa Jen­ni­shi.

Nie zdą­żyła jed­nak nawet dotknąć klamki, a drzwi otwo­rzyły się na oścież. W progu sta­nęła matka ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach rękoma. Jak zawsze na gło­wie miała wzo­rzy­stą chu­stę, twarz była szczel­nie owi­nięta ban­da­żami, zasła­nia­ją­cymi wszyst­kie dawne bli­zny. Zosta­wiała jedy­nie otwory na usta i oczy, a te matka malo­wała mocno ciemną kredką. Twier­dziła, że w ten spo­sób zasła­nia nie­rów­no­ści skóry, eks­po­nu­jąc jedyną ładną część ciała, jaka jej pozo­stała.

– Dzień dobry w Ligva­shu, Nisho – przy­wi­tał się pan Taki.

– Opatrz­ność nad nami czuwa. A w tym wypadku to raczej ty nad nami czu­wasz. Dzię­kuję, że przy­wio­złeś Jenny. To wiele dla mnie zna­czy.

– Powiedz mu, żeby wpadł jutro do lokalu. Dosta­nie dar­mową por­cję pie­ro­gów z kapu­stą – usły­szeli ochry­pły głos docho­dzący z wnę­trza miesz­ka­nia.

Jen­ni­shi zaśmiała się pod nosem. Bab­cia zapewne sądziła, że tele­wi­zor wszystko zagłu­szy.

– Mówię ci – powie­działa Nisha, patrząc męż­czyź­nie w oczy.

– Nie omiesz­kam sko­rzy­stać. A teraz muszę wra­cać do pracy. Odpo­czy­waj­cie i dbaj o Jenny.

Warszawa, Polska

Kon­rad zadzwo­nił do drzwi zna­jo­mego miesz­ka­nia. Zza ściany dobiegł go krzyk:

– Otwarte!

Wytarł buty o wycie­raczkę i wszedł do środka. Już od progu ude­rzył go inten­sywny, leśny zapach. Dobrze go znał. Wła­śnie tak pach­niały deter­genty kupo­wane przez Swie­tłanę. Naj­wy­raź­niej dopiero co sprzą­tała. Kra­ski miał piękne, dwu­po­zio­mowe miesz­ka­nie, z wielką wanną, pro­jek­to­rem i świet­nie wypo­sa­żoną kuch­nią. Nie­stety, zupeł­nie o nie nie dbał. Bywały dni, w któ­rych to Kon­rad lub Jakub zbie­rali butelki i wyrzu­cali resztki sub­stan­cji, które woleli ukryć przed czuj­nym okiem sprzą­taczki. To oni zatrud­nili Swie­tłanę, ale nie mieli pew­no­ści, na ile jest dys­kretna. Kuba i Kon­rad nie tylko dbali o to, aby w mediach spo­łecz­no­ścio­wych Kra­ski pre­zen­to­wał się tak, jak należy, ale także usi­ło­wali porząd­ko­wać jego życie pry­watne. Nie­jed­no­krot­nie było tak, że to któ­ryś z chło­pa­ków robił zakupy spo­żyw­cze, gdy lodówka podróż­nika świe­ciła pust­kami. To oni moty­wo­wali go do nagry­wa­nia mate­ria­łów, a z cza­sem zaczęli przy­go­to­wy­wać sce­na­riu­sze. Nie­gdyś Kra­skiemu nie bra­ko­wało kre­atyw­no­ści. Miał radiowy głos i wręcz magne­tyczną pew­ność sie­bie. Ludzie lubili słu­chać, co ma do powie­dze­nia. Pro­blem pole­gał na tym, że od dłuż­szego czasu nie potra­fił wziąć się w garść. Impre­zo­wał z ludźmi o wąt­pli­wej repu­ta­cji, a póź­niej zapra­szał do sie­bie nie­zna­jo­mych, z któ­rymi zaży­wał zaka­zane sub­stan­cje. Raz Kon­rad zastał go zarzy­ga­nego, leżą­cego na dywa­nie w salo­nie. Kulił się ze zsu­nię­tymi do kolan majt­kami, beł­ko­cząc coś o tym, że jedna z dziew­czyn zabrała mu pie­nią­dze. Fak­tycz­nie, Kon­rad odno­to­wał wów­czas liczne straty, znik­nęły mię­dzy innymi Rolex i para butów z limi­to­wa­nej edy­cji. Naj­wy­raź­niej dziew­czyna dosko­nale wie­działa, co robi. Póź­niej Kon­rad i Jakub pró­bo­wali jej szu­kać przez social media. Udało się, ale twier­dziła, że ma nagra­nia. Po sta­nie, w jakim zna­leźli Kra­skiego, Kon­rad domy­ślał się, co na nich było. Odpu­ścili.

– Zro­bić ci kawy, Koni? – zapy­tał Jakub, który nagle wyło­nił się z głębi pomiesz­cze­nia i sta­nął przed chło­pa­kiem ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach rękoma. Po jego minie Kon­rad już wie­dział, że sprawa jest poważna. Kuba był tęż­szym męż­czy­zną, z umię­śnio­nymi ramio­nami i gęstą brodą. Lubił gesty­ku­lo­wać. Miał też bar­dzo żywą mimikę.

– Tak, pro­szę – rzekł, odwie­sza­jąc skó­rzaną kurtkę. – Jest bar­dzo źle? – zapy­tał na wstę­pie.

– Nie. Dla­czego mia­łoby być bar­dzo źle? – zdzi­wił się Jakub.

Kon­rad zmarsz­czył czoło. W gło­sie kum­pla nie wyczuł sar­ka­zmu. Pro­po­zy­cja kawy póź­nym wie­czo­rem zwia­sto­wała jed­nak długą roz­mowę.

– No nie wiem… Może dla­tego, że on wyraź­nie sobie nie radzi? Ścią­gną­łeś mnie tu w try­bie pil­nym. Raczej nie zro­bi­łeś tego bez powodu – szep­tał.

Nie wie­dział, w któ­rym pomiesz­cze­niu prze­bywa obec­nie Kra­ski, ale wolał go nie draż­nić.

– Pamię­tasz, jak w zeszłym roku we trzech poje­cha­li­śmy do Czar­no­byla?

Kon­rad uniósł brew. Zasko­czyło go to pyta­nie.

– Do Pry­peci – dopre­cy­zo­wał.

– No, w każ­dym razie ten film miał zaje­bi­ste wyświe­tle­nia. Nad­zo­ro­wa­li­śmy wszystko. Puści­li­śmy drona, a mon­taż był super.

– Wiem, Kuba. Pamię­tam, prze­cież tam byłem – odpo­wie­dział.

Miał na końcu języka, że od tam­tego czasu nie dostali żad­nej porząd­nej pod­wyżki. Kra­ski nie pła­cił zbyt dużo jak na war­szaw­skie stan­dardy, ale cho­ciaż w ciągu ostat­nich trzech lat jego mają­tek stop­niał, wciąż mógł się pochwa­lić nie­złą sumą na kon­cie, a dla Kon­rada liczył się każdy grosz. Czy myślał o zmia­nie pracy? Bywały takie dni. Prze­ra­żał go jed­nak zastój zwią­zany z szu­ka­niem nowego zaję­cia. Poza tym Kuba był jego kum­plem z liceum. To on ogar­nął mu tę fuchę, gdy Koni miał pro­blemy finan­sowe. Cały czas czuł, że ma wobec niego dług.

– Na hory­zon­cie poja­wiło się coś lep­szego niż Czar­no­byl. – W oczach Jakuba bły­snęła eks­cy­ta­cja.

– Pry­peć – kon­se­kwent­nie popra­wił go Kon­rad.

Chło­pak usiadł na stołku w prze­stron­nej otwar­tej kuchni. Obser­wo­wał kum­pla, który krzą­tał się przy eks­pre­sie. Wyjął z szafki dwa kubki, wci­snął kilka guzi­ków, a maszyna wydała cha­rak­te­ry­styczny dźwięk.

– To wyobraź sobie taką Pry­peć, ale azja­tycką. W sen­sie wiesz, inte­re­su­jącą ludzi, bo wie­dzą, że stało się tam coś kom­plet­nie poje­ba­nego – powie­dział Kuba z wyraź­nym zapa­łem.

Kon­rad zare­ago­wał instynk­tow­nie. Pochy­lił się nad bla­tem i roze­śmiał gło­śno. Cho­ciaż obca osoba mogłaby uznać ten odruch za szy­der­czy, w rze­czy­wi­sto­ści wyni­kał on z bez­rad­no­ści.

– Hiro­szima to dzi­siaj nowo­cze­sne mia­sto. Poza tym Kra­ski jest w takim sta­nie, że nie da rady pole­cieć na drugi koniec świata. Pamię­tasz, jak w zeszłym roku znik­nął z hotelu i go szu­ka­li­śmy?!

– I zna­leź­li­ście. Wielki mi pro­blem – usły­szał gdzieś z tyłu spo­kojny, roz­le­ni­wiony głos.

Kon­rad obej­rzał się przez ramię i dostrzegł postać scho­dzącą po scho­dach. Przez szklaną balu­stradę dosko­nale widział atła­sowy szla­frok Kra­skiego. W tym wyda­niu przy­po­mi­nał mu młod­szą wer­sję Hugh Hef­nera. Z tą róż­nicą, że miał jasne włosy i małą czwórkę wyta­tu­owaną nad brwią. Koni ni­gdy nie pytał o zna­cze­nie tego tatu­ażu.

– To była krótka kąpiel, stary. Zro­bić ci kawy? – zapy­tał Jakub.

– Wolę tonik z podwój­nym ginem – oznaj­mił Kra­ski i rów­nież usiadł na stołku baro­wym.

– Myślę, że w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach to nie jest naj­lep­szy pomysł.

Kra­ski oparł łok­cie o stół.

– Dobra. To zrób mi jakieś cap­puc­cino czy co tam uwa­żasz.

Jedną z rze­czy, któ­rych Kon­rad szcze­rze nie lubił w swoim pra­co­dawcy, był fakt, że ten ni­gdy nie prze­pra­szał i nie oka­zy­wał skru­chy. Cza­sami resztką sił powstrzy­my­wał się, by nie pod­nieść na niego głosu. Tak było i tym razem.

– Uwa­żasz, że jesteś w wystar­cza­jąco dobrym sta­nie, aby pole­cieć na wyprawę do Azji i nakrę­cić sen­sowne filmy z takiego wyjazdu? – zapy­tał Koni, sta­ra­jąc się przy­brać moż­li­wie łagodny ton.

– Chyba nie. Wła­ści­wie to omi­nął­bym tę pro­po­zy­cję, gdyby Kuba nie przej­rzał dokład­nie mojej skrzynki mailo­wej. Całe szczę­ście, że was mam. – Pokle­pał Kon­rada po ramie­niu.

Ten gest nie spodo­bał się chło­pa­kowi. Jed­nak nie śmiał pro­te­sto­wać.

– No i zna­la­złem tam pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia – oznaj­mił Jakub. Posta­wił na bla­cie dwa paru­jące kubki i przyj­rzał się towa­rzy­szom badaw­czo.

– Niech zgadnę, z pro­po­zy­cją nie do odrzu­ce­nia, na którą sam nie jest w sta­nie poje­chać – dopre­cy­zo­wał Kon­rad, który ewi­dent­nie nie podzie­lał entu­zja­zmu kum­pla.

– Nie jest to moja naj­lep­sza forma, przy­znaję. Cie­szę się, że Kuba wygrze­bał te maile – rzekł Kra­ski.

– Więc było ich wię­cej?

– Tak, i to fak­tycz­nie jest pro­po­zy­cja nie do odrzu­ce­nia. Powiem szcze­rze, to wręcz prze­łom, który cał­ko­wi­cie odmieni mój kanał.

– A dasz radę wziąć udział w tym prze­ło­mie bez wcze­śniej­szego odwyku? – zapy­tał Kon­rad.

– Nie, dla­tego wyślemy cie­bie. Tylko cie­bie.

Zapa­dła cisza. Męż­czyźni mie­rzyli się wzro­kiem. W końcu Koni par­sk­nął śmie­chem, uzna­jąc to za żart. Spo­waż­niał, gdy po kilku sekun­dach żaden z jego towa­rzy­szy nie zare­ago­wał roz­ba­wie­niem. Pobladł i ponow­nie spoj­rzał na Kra­skiego.

– Jaja sobie robisz – oznaj­mił.

– Otóż nie.

Dla Kon­rada czas zwol­nił. Zszo­ko­wany obser­wo­wał, jak jego pra­co­dawca w spo­koju popija cap­puc­cino. Bez względu na oko­licz­no­ści czuł się panem świata. Wielki podróż­nik Rafał Kra­sow­ski. Czło­wiek, któ­rego wszy­scy podzi­wiali. Mimo lawiny pro­ble­mów w oczach opi­nii publicz­nej pozo­sta­wał nie­ska­zi­telny.

– Kuba, bła­gam cię. – Tym razem Koni zwró­cił się do kum­pla.

Ten wes­tchnął ciężko i kla­snął w dło­nie.

– Cóż mogę rzec. To ja odgrze­ba­łem tego maila. Skon­tak­to­wa­li­śmy się z orga­ni­za­cją. Nie można prze­pu­ścić takiej oka­zji. Trzeba się szy­ko­wać – oznaj­mił z zapa­łem.

Kon­rad wstał. Patrzył to na jed­nego, to na dru­giego. Ocze­ki­wał wyja­śnień. Wciąż wie­rzył, że to dow­cip, a Kuba i Kra­ski zaraz wypro­wa­dzą go z błędu.

– To jakiś absurd. Mam na tym nagra­niu poka­zać swoją twarz? Nie mam doświad­cze­nia w takich rze­czach, a moja domowa sytu­acja jest, deli­kat­nie mówiąc, nie­cie­kawa. Dla­czego ja? – mówił szybko, sta­ra­jąc się zebrać myśli.

– Ponie­waż tobie można ufać. Kuba nie­długo zosta­nie ojcem. Pisa­łeś mi już kwe­stie do nagrań. Nie­źle ci szło. Byłeś też z nami w Czar­no­bylu. Znasz się na tej pracy – mówił Kra­ski, po czym nie­wzru­szony upił cap­puc­cino.

– Zgo­dzi­łem się pra­co­wać jako mon­ta­ży­sta. Nie było mowy o poka­zy­wa­niu swo­jej twa­rzy w inter­ne­cie. I tak moje obo­wiązki zna­cząco prze­kra­czają…

– Czter­dzie­ści tysięcy.

– Co?

– Twoja stała, mie­sięczna pen­sja plus czter­dzie­ści tysięcy zło­tych – oznaj­mił Kra­ski i odsta­wił pusty kubek na stół.

– No i pięt­na­ście pro­cent od wyświe­tleń mate­riału. – Kuba wymow­nie spoj­rzał na swo­jego pra­co­dawcę.

– Niech będzie.

Koni przy­słu­chi­wał się tej dys­ku­sji i już wie­dział, że pod­jęto decy­zję za niego. Począt­kowy opór znik­nął. Opadł na sto­łek barowy i ukrył twarz w dło­niach. Chciał zacho­wać dumę, ale jak miał to zro­bić, gdy ojciec od mie­sięcy nie wysłał im ani gro­sza, a lodówka zaczy­nała świe­cić pust­kami?

– Gdzie jest haczyk? To jakiś survi­val? Mogę sobie nie pora­dzić? – zapy­tał cicho.

– No cóż, ten wyjazd nie będzie wyma­gał od cie­bie żad­nych szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści. To nie jest wspi­naczka na Czo­mo­lungmę czy biegi w trud­nych warun­kach. Nikt nie spraw­dzi two­jej kon­dy­cji – zaczął Kuba.

– Gdzie jest haczyk? – powtó­rzył Kon­rad. – Zaczę­li­śmy tę roz­mowę od wspo­mi­na­nia Czar­no­byla. Zakła­dam więc, że w tej wypra­wie są ele­menty wspólne.

– To wyjazd do kraju, który do nie­dawna ucho­dził za jeden z naj­bar­dziej zamknię­tych na świe­cie. No, zaraz po Korei Pół­noc­nej – dopre­cy­zo­wał Kra­ski.

– Nie jestem w nastroju na zga­dy­wanki.

– Zapro­po­no­wano nam trzy­mie­sięczny wyjazd do Ligva­shu.

To zda­nie wybrzmiało w gło­wie chło­paka gło­śnym echem. Pierw­szym, co zare­je­stro­wał, byłyby cho­lerne trzy mie­siące. Dru­gim, nazwa pań­stwa. Potra­fił wska­zać Ligvash na mapie. Leżał pomię­dzy Wiet­na­mem a Chi­nami. Koja­rzył ten kraj z kata­strofą jądrową, do któ­rej doszło wiele lat temu pod­czas defi­lady w mie­ście Futama. W jej wyniku zmarł ówcze­sny wódz. Potem wła­dzę objął jego syn. Rze­komo bar­dziej libe­ralny, ale Koni nie zgłę­bił dokład­nie tego tematu. Rozu­miał jed­nak, dla­czego ludzi tak bar­dzo inte­re­so­wało życie w stre­fach odizo­lo­wa­nych od reszty świata.

– Ligvań­czycy mają dziwną reli­gię. Powstała po wybu­chu gło­wicy nukle­ar­nej w dwu­ty­sięcz­nym czwar­tym roku. W tym zja­wi­sku widzą jakąś boską inge­ren­cję. Twier­dzą, że wybrała ich Opatrz­ność. Po tra­ge­dii w kopalni odkryto krysz­tały, które są wydo­by­wane do dziś – opo­wia­dał Jakub.

– I osią­gają zawrotne sumy – wtrą­cił Kra­ski.

Oszo­ło­miony nad­mia­rem infor­ma­cji Koni oddy­chał ciężko, pró­bu­jąc sobie wszystko upo­rząd­ko­wać. Czuł nie­przy­jemne pul­so­wa­nie w mostku.

– Ale ja się kom­plet­nie na tym nie znam. Co mam tam robić? Krę­cić doku­ment? Bra­kuje mi wie­dzy. Nie jestem jakimś kul­tu­ro­znawcą.

– To nie jest istotne. Zapro­po­no­wano współ­pracę mojemu kana­łowi. – Rafał ude­rzył się w pierś, jakby ten gest miał dodać mu powagi. – Ty nagrasz mate­riał wideo. Tro­chę się poka­żesz. Ja dodam komen­ta­rze, gdy wró­cisz albo wcze­śniej, jeśli pozwolą na dosy­ła­nie tre­ści w trak­cie wyjazdu. Coś się z tego wykle­pie. Mam naj­więk­szy kanał podróż­ni­czy w Pol­sce. Wybrali sześć osób z całej Europy. Wyobra­żasz sobie, jakie to wyróż­nie­nie?

Kon­rad miał ochotę wytknąć mu, że sam powi­nien tam jechać. Wie­dział jed­nak, że przez kilka ostat­nich mie­sięcy Kra­ski był w fatal­nym sta­nie, a takie dni jak ten, kiedy mówił trzeźwo i z wyraź­nym entu­zja­zmem, nie zda­rzały się czę­sto.

– Więc poje­dzie pięć osób pro­wa­dzą­cych naj­bar­dziej zasię­gowe kanały podróż­ni­cze w Euro­pie i ja? – par­sk­nął Koni.

Dopiero teraz chwy­cił swój kubek z kawą. Była już let­nia. Mimo to prze­łknął kilka szyb­kich łyków. Miał w gło­wie kom­pletny chaos. Chciał zadać dzie­siątki pytań, ale każde z nich grzę­zło mu w gar­dle.

– Takie roz­wią­za­nie zapro­po­no­wa­li­śmy orga­ni­za­to­rom pro­jektu. Na początku nie byli zachwy­ceni. Chcieli Rafała – przy­znał szcze­rze Kuba.

– No wła­śnie! – Kon­rad odsta­wił pusty kubek na blat. – Ja nie jestem tym, czego chcą ci ludzie. Będą roz­cza­ro­wani. Nie mam doświad­cze­nia. Czy ta orga­ni­za­cja nie wolała wziąć kogoś innego?

Kra­ski zastu­kał pal­cami o blat. Nie był zasko­czony reak­cją Koniego. Chło­pak zacho­wy­wał się dokład­nie tak, jak przy­pusz­czał.

– Może i roz­wa­żała, ale w Pol­sce jestem na topie. Inne kanały podróż­ni­cze są znacz­nie mniej zasię­gowe. Ist­niało więc praw­do­po­do­bień­stwo, że wymie­ni­liby nasz kraj na jakiś inny. W tych dwóch warian­tach tra­cimy duże pie­nią­dze. Nie możemy do tego dopu­ścić – oznaj­mił.

Kon­rad ner­wowo roz­ma­so­wał czoło. To nie tak, że kwota nie była kusząca. Poja­wiła się też eks­cy­ta­cja wyni­ka­jąca z chęci prze­ży­cia przy­gody. Nikt jed­nak nie przed­sta­wił mu zasad tego pro­jektu. Nie wie­dział, o co tu cho­dzi, co będzie musiał robić i jak może się przy­go­to­wać.

– I ta orga­ni­za­cja tak po pro­stu zgo­dziła się zamie­nić cie­bie na jakie­goś ran­doma? – Spoj­rzał na Kra­skiego.

– No, nie od razu. Dzi­siaj mie­li­śmy z nimi spo­tka­nie na zoo­mie. Połą­czy­li­śmy się z Kubą – odpo­wie­dział spo­koj­nie, bawiąc się sznur­kiem od szla­froka.

– Świet­nie. Czyli wszystko za moimi ple­cami – par­sk­nął Kon­rad.

– Stary, to jest plan poła­tany taśmą kle­jącą, jasne? Znasz Kra­skiego. Wiesz, co się z nim dzieje. – Wska­zał na swo­jego pra­co­dawcę. – Bez obrazy, Rafał, ale takie są fakty – dodał szybko, jakby w oba­wie, że go urazi.

Kra­ski w odpo­wie­dzi mach­nął tylko ręką. Nie wyglą­dał na prze­ję­tego.

– No mam gor­szy czas, zapro­sze­nie zaplą­tało się w mailach i tyle. Naj­waż­niej­sze, że to odko­pa­li­śmy.

– To prawda – szybko zgo­dził się Kuba. – Sytu­acja wygląda tak, że skon­tak­to­wała się z nami wielka mię­dzy­na­ro­dowa orga­ni­za­cja tury­styczna. Kon­kret­nie World Tra­vel and Tourism Asso­cia­tion, czyli WTTA. Jako pierw­sza na świe­cie nawią­zała współ­pracę z Ligva­shem, do któ­rego do tej pory prak­tycz­nie nikt nie miał wstępu. Pań­stwo chce otwo­rzyć się na tury­stykę, ale pla­nuje robić to małymi kro­kami. Hej, Koni, nie rób takiej kwa­śnej miny. To nie jest Korea Pół­nocna. Tam nie ma już takich repre­sji jak dwa­dzie­ścia lat temu.

Kra­ski poru­szył się na krze­śle.

– Nie, ale ten kraj wzbu­dza wiel­kie emo­cje. Naj­pierw był poje­bany dyk­ta­tor. Potem kata­strofa jądrowa. Potem nowa wła­dza, dziwne odkry­cia i reli­gia, która nie ma wyznaw­ców ni­gdzie indziej. Tro­chę sekty, a tro­chę tajem­nicy z domieszką maso­wej tra­ge­dii. Ludzie to kupią – wtrą­cił Rafał.

Kuba wytrzesz­czył oczy i odru­chowo ude­rzył rękami o blat.

– Ja pier­dolę, brzmisz jak jakiś psy­cho­pata. Ja tu się sta­ram, żeby nie prze­stra­szyć naszego Koniego, a ty wyjeż­dżasz z…

– Mówię tylko, że mate­riał z takiego wyjazdu będzie bar­dzo cie­kawy dla odbior­ców – rzekł spo­koj­nie Kra­ski.

– Czy ty znowu coś bra­łeś? – Jakub zmru­żył oczy.

– Dla­czego pytasz?

– Bo to podej­rzane, że cię nic nie wkur­wia.

Kon­rad sądził, że poczuł ogromny przy­pływ adre­na­liny po swoim odkry­ciu sprzed dwóch godzin. Pie­nią­dze znik­nęły i wtedy myślał tylko o tym, jak ogar­nie rodzinny budżet. Teraz zale­wały go nie­kon­tro­lo­wane fale cie­pła. Kipiał od emo­cji. Miał wra­że­nie, jakby śnił snem sza­lo­nym i pozba­wio­nym więk­szej logiki. To jed­nak była jawa. Żaden kosz­mar ani film science fic­tion.

– Dosyć tego! Takie dys­ku­sje nie są teraz ważne. Co powie­działa ta orga­ni­za­cja? Zgo­dziła się, żeby zamiast cie­bie poje­chał ktoś inny?

– Powiem tak, musie­li­śmy to wyne­go­cjo­wać. Zazna­czę jed­nak, że cztery lata temu mia­łem bar­dzo dobrą współ­pracę z WTTA. Krę­ci­łem wtedy mate­riał z Sudanu. Też tro­chę kon­tro­wer­syj­nie. Byli zado­wo­leni. Teraz powie­dzia­łem po pro­stu, że pod­upa­dłem na zdro­wiu. Zgo­dzi­łem się zre­ali­zo­wać mate­riał na moim kanale, z moimi komen­ta­rzami, ale na miej­sce ma poje­chać inna osoba.

– No i co? Zgo­dzili się? – zapy­tał Kon­rad.

Nim Kra­ski zdą­żył odpo­wie­dzieć, uprze­dził go Jakub.

– Tak, bo ponie­kąd odpo­wiada to warun­kom reali­za­cji pro­gramu. To zna­czy, cho­dzi o to, że w Ligva­shu panują spore ogra­ni­cze­nia zwią­zane z inter­ne­tem. W teo­rii rząd chce zapo­bie­gać uza­leż­nie­niom od smart­fo­nów, z któ­rymi mie­rzą się oby­wa­tele kra­jów zachod­nich. Obo­wią­zuje zakaz posia­da­nia wszel­kich urzą­dzeń połą­czo­nych z sie­cią, ale są kawia­renki inter­ne­towe. Uczest­nicy mogą z nich korzy­stać w okre­ślone dni. Wła­śnie w ten spo­sób będą też pod­sy­łać mate­riały do mon­tażu i kon­tak­to­wać się z wybraną osobą – wyja­śnił.

– Czyli tak łączył­bym się z Kra­skim? I wy byście mon­to­wali nie­które rze­czy jesz­cze przed moim powro­tem?

– Zga­dza się. Tylko wiesz, w takich kawia­ren­kach może być pod­słuch. Lepiej więc nie mówić gło­śno rze­czy, które raczej nie przy­pa­dłyby do gustu ligvań­skiemu rzą­dowi, bo mogą cię wyrzu­cić z pro­gramu. Po pro­stu stanę się twoim łącz­ni­kiem. Będę też kon­tro­lo­wał, co inni wrzu­cają do sieci, co się klika. Poin­stru­uję cię – odpo­wie­dział Rafał.

Cała sytu­acja była tak abs­trak­cyjna, że Kon­ra­dowi wciąż trudno było połą­czyć poszcze­gólne fakty. Nie prze­ra­żał go sam pomysł, lecz dez­in­for­ma­cja.

– Inni? Ci z pozo­sta­łych kra­jów?

– Tak jak mówi­li­śmy, WTTA wysyła sześć osób z sze­ściu państw. Nie wia­domo jesz­cze, z kim poza nami się skon­tak­to­wali. W pro­gra­mie będzie sze­ściu tury­stów i sze­ściu lokal­sów. Tych dru­gich nazy­wają prze­wod­ni­kami – tłu­ma­czył Kuba.

– No dobra, ale co mamy tam robić? Oglą­dać zabytki?

III. Czas zmian

Murong, Ligvash

Jen­ni­shi leżała na pię­tro­wym łóżku w luź­nej baweł­nia­nej piża­mie. Kilka ostat­nich guzi­ków koszuli pozo­sta­wiła roz­pięte. Obser­wo­wała, jak z każ­dym odde­chem jej brzuch się unosi. Czuła ulgę po zmia­nie opa­trun­ków. Była czy­sta i nie miała już żad­nych obo­wiąz­ków. Mogła w spo­koju docho­dzić do sie­bie. Oddy­chała płytko, ale to prze­cież nor­malne. Przy­ło­żyła dłoń do bla­dego czoła. Wydało jej się gorące. Tak było zawsze. Orga­nizm odre­ago­wy­wał i wra­cał do rów­no­wagi.

– Potrze­bu­jesz cze­goś, Jenny? Zro­bić ci zimny okład? – zapy­tała matka.

Wraz z bab­cią sie­działy na łóżku niżej. Tam mate­rac był szer­szy i spo­koj­nie mie­ścił dwie osoby. Oglą­dały tele­wi­zję, popi­ja­jąc przy tym zimną her­batę.

– Nie. Dzię­kuję. Jest mi dobrze.

Kine­sko­powy tele­wi­zor stał na naroż­nej półce, którą nie­gdyś zamon­to­wał pan Taki. Zarówno leżąca na górze Jenny, jak i kobiety zaj­mu­jące posła­nie na dole miały dosko­nały widok na to, co aktu­al­nie działo się na ekra­nie. Nisha opo­wia­dała córce, że kie­dyś ist­niał tylko jeden kanał infor­ma­cyjny. Nowy rząd kładł jed­nak więk­szy nacisk na to, by zapew­nić swoim oby­wa­te­lom dostęp do infor­ma­cji i roz­rywki, dzięki czemu teraz mieli ich aż sześć – z wia­do­mo­ściami, przy­rod­ni­czy, dzie­cięcy, muzyczny, a także dwa, na któ­rych emi­to­wano seriale i filmy. Cza­sem także te zagra­niczne.

– Pogło­śnij tele­wi­zor, bo mówią o cie­ka­wych rze­czach, a przez ten stary, rzę­żący wen­ty­la­tor nie­wiele sły­chać. – Obu­rzona bab­cia wska­zała pal­cem na przed­miot sto­jący pod ścianą.

Jen­ni­shi usły­szała, jak matka krząta się w poszu­ki­wa­niu pilota. Cza­sami babka ją bawiła. Freya miała sie­dem­dzie­siąt lat, na­dal pra­co­wała, posia­dała wielką krzepę i wie­działa wszystko o wszyst­kich. Przy­naj­mniej tak mawiano w Ton­dze.

– Dla mnie to jest po pro­stu straszne. Ci ludzie są zupeł­nie nie­obecni – powie­działa z prze­ję­ciem babka.

Pogrą­żona we wła­snych myślach Jenny dopiero teraz sku­piła się na przed­sta­wio­nych w pro­gra­mie tre­ściach. Pierw­sze uję­cie wyko­nano w ber­liń­skim metrze. Bez względu na to, czy ludzie sie­dzieli, czy też stali, łączyło ich jedno. Nie patrzyli na sie­bie. Prak­tycz­nie nie roz­ma­wiali. Wszy­scy sku­piali się na ekra­nach tele­fo­nów. Póź­niej poja­wiły się uję­cia także z innych kra­jów. Lek­tor grzmiał o uza­leż­nie­niu, a Freya komen­to­wała wszystko roz­e­mo­cjo­no­wana.

– To jest nie­nor­malne. Ludzie sie­dzą obok sie­bie i patrzą w tele­fony. Prze­cież to chore. Jak mogą się do sie­bie nie odzy­wać?

– Może po pro­stu mają sie­bie nawza­jem dosyć. Sama masz dni, kiedy wsta­jesz ner­wowa i potem bur­czysz na klien­tów – wtrą­ciła Nisha.

– Bez względu na to, czy bur­czę, czy też nie, gotuję zawsze dobrze. Nie narze­kam na brak gości. Moje pie­rożki sprze­dają się zde­cy­do­wa­nie lepiej niż te pul­pety Kisy.

– Wszystko w Ton­dze sprze­daje się lepiej niż pul­pety Kisy – par­sk­nęła Nisha.

– A ja to rozu­miem. W sen­sie te tele­fony – powie­działa Jenny, na co dwie pozo­stałe kobiety zamil­kły.

Jen­ni­shi mogła tylko wyobra­zić sobie, jak wymie­niają wymowne spoj­rze­nia. Chciały dobrze, ale to nie one bory­kały się z nie­do­bo­rem leków prze­ciw­bó­lo­wych. Nie one leżały w szpi­ta­lach w towa­rzy­stwie osób, któ­rych wola­łyby nie oglą­dać. Nie one miały dość oto­cze­nia bia­łych kafel­ków i tego cho­ler­nego, mię­to­wego płynu do pod­łóg. Nie one czuły, jak ban­daże kleją się do nie­od­po­wied­nio zszy­tych ran. I nie one musiały zno­sić to wszystko z pokorą i wystu­dio­wa­nym uśmie­chem.

– Co ty mówisz, Jenny? – zapy­tała babka.

– Po pro­stu cza­sem chcia­ła­bym się wyłą­czyć. Dostać zabawkę, która sprawi, że moje myśli gdzieś odfruną. – Spoj­rzała na obraz wiszący nad drzwiami.

Krysz­tał na bia­łym tle był nie tylko sym­bo­lem naro­do­wym, ale także zna­kiem reli­gij­nym. Przy­po­mi­nał, że Opatrz­ność ma Ligvań­czy­ków w swo­jej opiece. Fio­let i biel. Barwy oczu oraz skóry futai. Gdy jest się tak waż­nym dla kraju, nie wypada powie­dzieć dość. Pro­blem pole­gał na tym, że Jen­ni­shi osią­gała swój limit. Wycią­gnęła dło­nie i spoj­rzała na bran­so­letkę zdo­biącą jej lewy nad­gar­stek. Tylko raz pró­bo­wała prze­ciw­sta­wić się pro­gra­mowi. Miała wów­czas dwa­na­ście lat. Rząd narzu­cił na futai obo­wią­zek pod­ję­cia pracy wła­śnie w tym wieku, przy jed­no­cze­snym kon­ty­nu­owa­niu nauki. Zresztą nawet gdyby mogła zre­zy­gno­wać ze szkoły, matka ni­gdy by jej tego nie wyba­czyła. Swój pierw­szy dzień w pracy Jen­ni­shi pamięta tak dokład­nie, jakby wyda­rzył się wczo­raj. Kiedy usły­szała, czego od niej wyma­gano, ogar­nęło ją prze­ra­że­nie tak wiel­kie, że zapra­gnęła uciec. Stres zwią­zany z tym obo­wiąz­kiem, wszech­obecna pre­sja, wymóg zacho­wa­nia mil­cze­nia i utrata kon­troli nad wła­snym życiem przy­tło­czyły ją tak bar­dzo, że posta­no­wiła się ukryć. Weszła na dach i scho­wała się za zbior­ni­kiem na wodę. Mimo loka­li­za­tora żoł­nie­rze nie potra­fili jej odna­leźć w plą­ta­ni­nie ciem­nych, wil­got­nych kory­ta­rzy Tongi. Z pomocą przy­szedł pan Taki. Cho­ciaż w poszu­ki­wa­nia Jenny zaan­ga­żo­wało się wiele osób, to on ją odna­lazł. Wizja zesła­nia na pewien czas do kolo­nii kar­nej nie prze­ra­żała dziew­czynki z racji tego, że była nie­let­nia.

„Chcesz, żeby zesłali twoją matkę?” – pan Taki przy­po­mniał jej wtedy, że kon­se­kwen­cje może ponieść prawny opie­kun.

Ten argu­ment prze­mó­wił do Jen­ni­shi. Dobro­wol­nie wró­ciła do pracy, choć nie obyło się bez kary. Na szczę­ście, tylko finan­so­wej. Bab­cia bar­dzo ubo­le­wała nad tym, że musieli oddać tele­wi­zor. Póź­niej pod­nie­siono zarobki futai i Jenny mogła kupić jej nowy.

– No prze­cież mamy tele­wi­zję. To nasze okno na świat – ode­zwała się w końcu Freya. – W szpi­ta­lach nie ma tele­wi­zo­rów?

– Jest jeden na salę. Na takim małym tele­fo­nie chyba każdy może oglą­dać, co chce – odpo­wie­działa Jenny.

– Dla mnie to jest uza­leż­nie­nie, kiedy zamiast z kimś roz­ma­wiać, wolisz oglą­dać filmy na tele­fo­nie. Prze­cież ty też masz komórkę. Możesz dzwo­nić i grać w gry – przy­po­mniała bab­cia.

– Tylko dwie. Węża i spa­da­jące klocki. Oni muszą mieć tego wię­cej.

– A po co wię­cej? Spa­da­jące klocki są świetne. Sama czę­sto gram w prze­rwie od pracy.

– Patrzysz w tele­fon, zamiast roz­ma­wiać z kole­żan­kami?

Tym krót­kim pyta­niem Jen­ni­shi spryt­nie wytknęła babci hipo­kry­zję. Usły­szała, jak ta poru­szyła się ponow­nie. Nim jed­nak wymy­śliła jakąś ripo­stę, Nisha posta­no­wiła inter­we­nio­wać.

– Zapo­mnia­łam wam poka­zać, co dziś uszy­li­śmy w pracy! Zle­cono nam nie­ty­powy pro­jekt. Ja zro­bi­łam wykroje – mówiła szybko, byleby osta­tecz­nie zakoń­czyć temat tele­wi­zo­rów i komó­rek.

Obok prze­peł­nio­nej szafy stał roz­kła­dany sto­lik, który w zależ­no­ści od potrzeb robił za dodat­kową półkę albo blat kuchenny. Obec­nie pra­wie ugi­nał się pod cię­ża­rem sto­ją­cych na nim pla­sti­ko­wych pude­łek z lekami i przy­pra­wami, kosme­ty­kami, które nie mie­ściły się w łazience, oraz sto­sem nota­tek Jenny z lek­cji angiel­skiego. To nie tak, że kobiety nie dbały o czy­stość. Sta­rały się zacho­wać porzą­dek, ale było to bar­dzo trudne z racji małej prze­strzeni. Aby umyć pod­łogę, musiały wyno­sić nie­które przed­mioty na kory­tarz. Spo­mię­dzy leżą­cych na bla­cie rze­czy Nisha wygrze­bała swoją torebkę. Wycią­gnęła z niej bre­lo­czek i rzu­ciła go córce. Mimo swo­jego kiep­skiego stanu Jenny zła­pała go w locie. Z zasko­cze­niem odkryła, że była to mała maskotka przy­po­mi­na­jąca futai. Laleczka miała wyszy­wane, fio­le­towe oczy i białe włosy sta­ran­nie wyko­nane z kawał­ków mate­riału. Była ubrana w ludowy ligvań­ski strój. Do głowy figurki przy­mo­co­wano meta­lowe kółko.

– A czemu ma to słu­żyć? – zdzi­wiła się Jenny.

– Pro­pa­go­wa­niu kul­tury. Rząd chce otwo­rzyć sklepy z pamiąt­kami przy wszyst­kich muze­ach oraz miej­scach, które mogą zacie­ka­wić tury­stów. Ludzie z Zachodu lubią takie bre­loczki. Mogą sobie przy­cze­pić do toreb i ple­ca­ków – wyja­śniła.

– Spie­szą się z tymi pamiąt­kami, zwa­żyw­szy na fakt, że na początku wpusz­czą tylko sześć wybra­nych osób – mruk­nęła Jen­ni­shi.

– Może, ale w radiu zapo­wia­dali, że w tym mie­siącu zniosą koniecz­ność posia­da­nia zezwo­le­nia na podróże mię­dzy­mia­stowe. Nasi też będą prze­miesz­czać się po kraju.

– Pokaż­cie mi ten bre­lo­czek! Ja też chcę zoba­czyć! – zawo­łała zacie­ka­wiona bab­cia.

Warszawa, Polska

Kon­rad obu­dził się koło dzie­sią­tej. Miał za sobą bar­dzo inten­sywną noc. Do domu wró­cił po trze­ciej nad ranem. Głowa puchła mu od nad­miaru infor­ma­cji, któ­rych jesz­cze nie zdo­łał prze­two­rzyć. Spał nie­spo­koj­nie. Prze­wra­cał się z boku na bok męczony róż­nymi kosz­ma­rami. Śnił mu się wyjazd. Raz zgu­bił pasz­port, innym razem obce woj­ska zatrzy­mały go za prze­wóz cze­goś nie­le­gal­nego. Teraz leżał, patrzył w popę­kany sufit i słu­chał nie­rów­nego odde­chu brata, który spał na łóżku pod oknem.

– To wariac­two – szep­nął pod nosem.

Prze­tarł oczy i się­gnął po tele­fon, który leżał na szafce noc­nej. Odblo­ko­wał ekran, po czym wpi­sał w wyszu­ki­warce trzy wyrazy – „Wiki­pe­dia” oraz „tra­ge­dia w Futa­mie”. Szybko odna­lazł to, czego potrze­bo­wał. W napię­ciu zaczął czy­tać.

Tra­ge­dia w Futa­mie – wypa­dek jądrowy, który nastą­pił 12 grud­nia 2004 pod­czas defi­lady w Futa­mie. W następ­stwie nie­wy­ja­śnio­nej awa­rii doszło do deto­na­cji gło­wicy jed­nej z pre­zen­to­wa­nych na wyda­rze­niu rakiet. Wyemi­to­wana w wyniku wybu­chu radio­ak­tywna chmura roz­prze­strze­niła się na tere­nie Ligva­shu, a także kilku innych państw Azji Środ­ko­wej. Wsku­tek tra­ge­dii doszło do śmierci około trzech tysięcy osób, w tym pre­zy­denta i dyk­ta­tora Ligva­shu Kerama Nur­siego oraz jego naj­star­szego syna Kerama Dan­kiego Nur­siego. Rząd Ligva­shu nie udo­stęp­nił danych doty­czą­cych liczby osób, które zmarły w wyniku prze­wle­kłej cho­roby popro­mien­nej. W związku z tra­ge­dią ewa­ku­owano i prze­sie­dlono ponad 250 tysięcy osób. Po śmierci głowy pań­stwa i jego następcy rządy objął młod­szy syn Kerama Nur­siego – Lei Nursi.

– Nie śpisz już, prawda, Koni? – zapy­tał nagle Fabian.

Kon­rad przy­pusz­czał, co miało na celu to pyta­nie. Młody widział, że nie spał. W końcu leżał na łóżku z tele­fo­nem w ręku. W gło­sie nasto­latka wyczuł jed­nak skru­chę.

– Nie, a co?

– Prze­pra­szam za tamtą sytu­ację. Naprawdę chcę się popra­wić. Obie­ca­łem sobie, że wszystko odpra­cuję. Poszu­kam doryw­czej pracy na maga­zy­nie albo…

– Nie, Fab. Przede wszyst­kim masz się uczyć. To jest teraz naj­waż­niej­sze. I zerwij kon­takt z tam­tymi ludźmi. Wolę, żebyś poma­gał babci. Bar­dziej dbał o dom. Czę­ściej wyno­sił śmieci, robił zakupy, pra­nie i tak dalej – powie­dział sta­now­czo.

Młod­szy brat patrzył na niego podejrz­li­wie.

– Myśla­łem, że będziesz bar­dziej wku­rzony – wypa­lił.

„Był­bym, gdy­bym wczo­raj nie dostał pro­po­zy­cji, która zmieni nasze życie” – pomy­ślał Kon­rad, ale nie powie­dział tego na głos.

– Złość tutaj nie pomoże. Musimy szu­kać innych roz­wią­zań. Zacznijmy od małych kro­ków. Pomóż babci przy­go­to­wać śnia­da­nie. Potem wypi­jemy kawę i o wszyst­kim poroz­ma­wiamy – zde­cy­do­wał.

Młody pode­rwał się z łóżka, jakby dostał nowej ener­gii. Poki­wał głową na znak, że akcep­tuje plan brata, po czym wyszedł z pokoju. Przez dobrą minutę Kon­rad sie­dział sztywno, wpa­tru­jąc się w ścianę. Powi­nien uzu­peł­nić swoją wie­dzę na temat Ligva­shu. No i wni­kli­wiej prze­czy­tać pro­gram prze­słany przez orga­ni­za­cję odpo­wie­dzialną za reali­za­cję pro­jektu. Nale­żało rów­nież powia­do­mić o wszyst­kim rodzinę. Po tym, jak ojciec ich porzu­cił, nie roz­sta­wał się z rodzeń­stwem na dłu­żej niż tydzień. Osta­tecz­nie stwier­dził, że naj­lep­szym pomy­słem będzie po pro­stu prysz­nic.

– W łazience myśli się naj­le­piej – powie­dział pod nosem.

Za piżamę słu­żyły mu szare dresy i jasny pod­ko­szu­lek. Chwilę pokrę­cił się po pokoju, aż w końcu zna­lazł bluzę. Zało­żył ją, po czym wyszedł na kory­tarz. Tam spo­tkał sio­strę. Po tur­ba­nie na wło­sach wywnio­sko­wał, że wła­śnie opu­ściła łazienkę.

– Już wolna? Mogę iść się myć? – zapy­tał.

– Możesz. A ochrza­ni­łeś już Fabiana?

– A co to ma do rze­czy?

– Chcia­ła­bym zoba­czyć, jak to robisz. Nie wie­rzy­łeś, gdy mówi­łam, że ukradł mi pie­nią­dze ze skar­bonki.

Kon­rad wes­tchnął ciężko. Z ogrom­nym tru­dem kon­cen­tro­wał się teraz na rze­czach, które w obec­nej sytu­acji tra­ciły na zna­cze­niu.

– To nie tak, że ci nie wie­rzy­łem. Po pro­stu nikt nie zła­pał go wtedy na gorą­cym uczynku. Nie można bez dowo­dów kogoś oczer­niać.

– Ale moja intu­icja oka­zała się słuszna – upie­rała się Laura.

– Obie­cuję, że odzy­skasz swoje pie­nią­dze. Poga­damy o tym po śnia­da­niu, dobra?

Dziew­czynka skrzy­wiła się nieco, ale osta­tecz­nie kiw­nęła głową. Kon­rad ode­tchnął z ulgą. Zamknął się w łazience, zdjął ubra­nie i rzu­cił je na zepsutą pralkę. Spoj­rzał na swoje odbi­cie w lustrze. Czarny wąż opla­tał całą rękę chło­paka od nad­garstka po ramię. Prze­czy­tał kie­dyś, że tatu­aże nie są dobrze postrze­gane w Japo­nii. Zasta­na­wiał się, jak patrzy się na nie w Ligva­shu.

– Kolejna rzecz do spraw­dze­nia – mruk­nął.

Wszedł pod prysz­nic. Stru­mień cie­płej wody nie przy­niósł uko­je­nia. Kon­rad nie mógł zatrzy­mać goni­twy myśli. Czuł eks­cy­ta­cję pomie­szaną z lękiem. Led­wie zdą­żył spłu­kać szam­pon, kiedy roz­legł się dźwięk domo­fonu. Usły­szał kroki, naj­pew­niej sio­stra poszła ode­brać.

– Kto to?! – krzyk­nął przez drzwi, wycie­ra­jąc się pospiesz­nie.

– Jakaś dostawa. Może facet od nowej pralki? – odpo­wie­działa Laura.

Kon­rad prze­klął pod nosem. Nacią­gnął na sie­bie dresy i pod­ko­szu­lek, po czym wyszedł z łazienki. Otwo­rzył drzwi. Spo­dzie­wał się męż­czyzn wno­szą­cych pralkę, zoba­czył jed­nak chu­der­la­wego mło­dzika trzy­ma­ją­cego cztery torby z zaku­pami. W pierw­szym odru­chu wziął to za jakiś żart. Może kole­sie, któ­rym Fabian wisiał pie­nią­dze, kupili coś z płat­no­ścią przy odbio­rze?

– Ja nie zapłacę za te rze­czy. Niczego nie zama­wia­łem – odpo­wie­dział.

Dostawca zer­k­nął na ekran komórki.

– Pan Kon­rad Bury? – zapy­tał.

– Tak, to ja.

– Zamó­wie­nie zostało już opła­cone.

W tym momen­cie chło­pak miał pew­ność, kto za tym wszyst­kim stał.

– Rozu­miem. Dzię­kuję – odpo­wie­dział.

Wziął od męż­czy­zny zakupy, po czym prze­niósł je do salonu. Laura była zajęta nakry­wa­niem do stołu, dla­tego Kon­rad posta­wił siatki na sto­liku przy kana­pie.

– Co to jest? – zain­te­re­so­wał się Fabian.

Aku­rat wyszedł z kuchni z dwoma kub­kami. Posta­wił je na stole, po czym pod­szedł do toreb.

– Pre­zent od Kra­skiego – odpo­wie­dział Koni.

– A od kiedy on daje ci pre­zenty?

– Od wczo­raj.

Fabian spoj­rzał na brata z nadzieją, że roz­wi­nie swoją wypo­wiedź, ale ten zabrał się do roz­pa­ko­wy­wa­nia zaku­pów. Dwu­li­trowe opa­ko­wa­nie lodów, kawa, syropy do kawy, mro­żone steki, ryby, warzywa, sło­dy­cze…

– Widzę, że ten twój Kra­ski ma gest – stwier­dził Fabian.

– Uwierz, że nie jest bez­in­te­re­sowny.

Kon­rad prze­niósł naj­waż­niej­sze pro­dukty do zamra­żal­nika. W tym cza­sie bab­cia nało­żyła wszyst­kim sporą por­cję jajecz­nicy. Kiedy wresz­cie zasie­dli do stołu, zapa­dła cisza. Zazwy­czaj gło­śno dys­ku­to­wali przy posiłku. Teraz domow­nicy patrzyli na Koniego. Instynk­tow­nie czuli, że coś się zmie­niło.

– Co się stało, wnu­siu? Skąd te zakupy? – zapy­tała Jadwiga.

– Od mojego pra­co­dawcy. Może naj­pierw zjedzmy, bab­ciu, a potem wszystko wyja­śnię – zapro­po­no­wał.

– Widzimy, że dzieje się coś dziw­nego. Jesteś zde­ner­wo­wany. Wró­ci­łeś nad ranem – powie­działa bab­cia.

– I nie ochrza­ni­łeś nale­ży­cie Fabiana, cho­ciaż wszy­scy wiemy, że na to zasłu­żył – wtrą­ciła Laura.

– W sumie racja. Spo­dzie­wa­łem się porząd­nej zjebki – stwier­dził Fabi, który naj­wy­raź­niej nie zamie­rzał iść w zaparte.

Jadwiga zru­gała chło­paka za prze­kleń­stwo, a Koni zyskał chwilę, aby upić kilka łyków kawy.

– Dosta­łem pro­po­zy­cję od mojego prze­ło­żo­nego. To dość stre­su­jące, ponie­waż wiąże się z zagra­nicz­nym wyjaz­dem i w zasa­dzie peł­nym udo­stęp­nie­niem mojego wize­runku. Wyprawa ma trwać trzy mie­siące, wymaga ode mnie dużego przy­go­to­wa­nia. Oprócz sta­łej pen­sji Kra­ski zapro­po­no­wał mi pięt­na­ście pro­cent od wyświe­tleń każ­dego filmu, który pojawi się na jego pro­filu z moim udzia­łem, oraz dodat­kowo czter­dzie­ści tysięcy zło­tych – powie­dział na jed­nym wde­chu.

Wszy­scy patrzyli na niego onie­miali. Cze­kali, czy jesz­cze coś doda, ale Kon­rad mil­czał.

– To chyba zaje­bi­ście? A dla­czego nie wyje­dzie sam? Przez te swoje pro­blemy, o któ­rych wcze­śniej mówi­łeś? – zapy­tał Fabian.

Nie chciał wspo­mi­nać o nar­ko­ty­kach przy Lau­rze.

– Dokład­nie tak. W zasa­dzie to oferta tego wyjazdu zagu­biła mu się gdzieś w natłoku innych maili. Kuba na nią natra­fił. Nie było jesz­cze za późno.

– To wspa­niale. Gra­tu­luję, wnu­siu. Nie rozu­miem tylko, dla­czego jesteś smutny?

Kon­rad spoj­rzał babci pro­sto w oczy. Prze­łknął kolejny łyk moc­nej kawy i wes­tchnął ciężko.

– Ponie­waż będę musiał zde­cy­do­wać się udo­stęp­nić swój wize­ru­nek prak­tycz­nie całemu światu. To po pierw­sze. Po dru­gie, to wyjazd do kraju, który przez ostat­nie lata był cał­ko­wi­cie zamknięty dla tury­stów. Wysy­łają nas do Ligva­shu. Tam mamy nie tylko nakrę­cić tre­ści na kanał, ale też wziąć udział w reali­za­cji jakie­goś lokal­nego pro­gramu. W zasa­dzie to na­dal tego nie wiem. Pobież­nie prze­czy­ta­łem te wszyst­kie papiery. Dziś muszę pod­jąć decy­zję. W ponie­dzia­łek mam potwier­dzić orga­ni­za­cji swój udział, wysłać skan pasz­portu i innych doku­men­tów, prze­czy­tać jakieś umowy. Pod­pi­sać je. Ja nie wiem, co robię.

Gdy mówił, cały czas kur­czowo ści­skał wide­lec. Ten nie­kon­tro­lo­wany gest miał mu pomóc w stłu­mie­niu emo­cji.

– Cho­lera, Koni, ale się odwa­liło – pod­su­mo­wał Fabian. – I co? Weź­miesz w tym udział?

– Czy tam dalej jest tak nie­bez­piecz­nie, wnu­siu? Pamię­tam, jak było gło­śno o wybu­chu w Futa­mie. Mówili o tym w tele­wi­zji – powie­działa Jadwiga.

– Co to Ligvash? – zapy­tała Laura.

Koni nie wie­dział, na które z tych pytań odpo­wie­dzieć w pierw­szej kolej­no­ści. Wtem ponow­nie zadzwo­nił domo­fon. Kon­rad wstał bez słowa, po czym pod­niósł słu­chawkę.

– Halo?

– Dzień dobry, przy­wio­złem pralkę. Na które pię­tro wnieść?

Murong, Ligvash

Week­end minął Jen­ni­shi zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko. Nastał ponie­dzia­łek, który miał być jej ostat­nim dniem wol­nym po ope­ra­cji. We wto­rek wpi­sano jej w gra­fik jedy­nie daw­stwo szpiku. Mimo to nie miała ochoty wra­cać. Cza­sami marzyła, aby zaszyć się gdzieś daleko od wszyst­kiego i wszyst­kich. Cha­rak­ter pracy i styl życia rzadko jej na to pozwa­lał. Dziew­czynę łączyły dobre rela­cje z matką i bab­cią. Gdy jed­nak kobiety wyszły rano do pracy, odczuła wyraźną ulgę. W tym małym, cia­snym miesz­kanku cisza oraz pry­wat­ność uro­sły do miana luk­susu. Lubiła brać prysz­nic, kiedy była sama. Mogła swo­bod­nie się roze­brać i zosta­wić ubra­nia na krze­śle. Łazienka była tak cia­sna, że woda z umiesz­czo­nego nad toa­letą natry­sku opry­ski­wała wszyst­kie ściany, całą pod­łogę i umy­walkę. Gdyby zosta­wiła tam ubra­nia i ręcz­nik, byłyby tak samo mokre. Zwy­kle ktoś jej je poda­wał – mama albo bab­cia. Pod­czas ich nie­obec­no­ści Jenny mogła swo­bod­nie cho­dzić nago.

Powie­trze w łazience było lep­kie i wil­gotne. Gdy jed­nak odkrę­ciła kurek z zimną wodą, momen­tal­nie się wzdry­gnęła. Przy­gry­zła wargę, w poko­rze zno­sząc chłód prze­szy­wa­jący drobne ciało. Spoj­rzała na bli­znę na brzu­chu. Nie było śladu po obrzęku sprzed kilku dni. Z pew­no­ścią ktoś jutro zdej­mie jej szwy i wkrótce ciało wróci do pier­wot­nej formy.

– Jak zawsze – wypo­wie­działa na głos swoją myśl.

Na umy­walce stały jedy­nie dwie butelki. Jedna z szam­po­nem, druga z mydłem w pły­nie. Jenny się­gnęła po pierw­szą. Led­wie zaczęła myć włosy, gdy nagle roz­le­gło się puka­nie do drzwi wej­ścio­wych. W pierw­szej chwili pomy­ślała, że się prze­sły­szała, a gdy ktoś ponow­nie zastu­kał, wyszła z zało­że­nia, że któ­raś z domow­ni­czek zapo­mniała jakie­goś przed­miotu.

– Jestem pod prysz­ni­cem! – krzyk­nęła.

Zarówno mama, jak i bab­cia miały wła­sne kom­plety klu­czy. Powinny więc wejść. Zamiast tego puka­nie się nasi­liło. Zanie­po­ko­jona Jen­ni­shi spłu­kała resztki szam­ponu, wyszła do pokoju i się­gnęła po ręcz­nik leżący na pla­sti­ko­wym stołku.

– Pani Mashen, pro­simy otwo­rzyć. Tu Raki Bork z Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego.

Druga część zda­nia zadzia­łała jak zastrzyk adre­na­liny. Jenny aż wstrzy­mała oddech. Pospiesz­nie wło­żyła bie­li­znę i szarą, zno­szoną sukienkę, którą przy­go­to­wała wcze­śniej. W panice rozej­rzała się po wnę­trzu, w któ­rym pano­wał nie­ład.

– Prze­pra­szam, moment! – zawo­łała.

Agenci prak­tycz­nie ni­gdy nie zapusz­czali się do Tongi. Mówiono, że ten kom­pleks był pod pew­nymi wzglę­dami ponad pra­wem. Oczy­wi­ście dopóty, dopóki nie dzia­łano w nim na szkodę pań­stwa. Jenny pospiesz­nie rzu­ciła mokry ręcz­nik na pod­łogę w łazience i popra­wiła koł­drę na łóżku babci. Potem z biją­cym ser­cem otwo­rzyła drzwi. Zoba­czyła za nimi trzech męż­czyzn, któ­rzy by­naj­mniej nie paso­wali do tego miej­sca. Mieli ide­al­nie przy­strzy­żone włosy, wypra­so­wane koszule oraz dosko­nale skro­jone czarne mary­narki. Nie przy­po­mi­nali woj­sko­wych ani funk­cjo­na­riu­szy patro­lu­ją­cych ulice. Jenny się domy­śliła, że ma do czy­nie­nia z kimś wyż­szym rangą.

– Dzień dobry w Ligva­shu, jak już mówi­łem, nazy­wam się Raki Bork. Przy­dzie­lono mnie do pracy nad pro­jek­tem Open­World orga­ni­zo­wa­nym we współ­pracy z orga­ni­za­cją WTTA. Zapo­zna­li­śmy się z pani kan­dy­da­turą. Możemy wejść?

Jenny wyobra­żała sobie tę scenę dzie­siątki razy. Nie sądziła jed­nak, że będzie tak prze­bie­gać.

– Opatrz­ność nad nami czuwa. – Ukło­niła się uprzej­mie. – Oczy­wi­ście. Pro­szę wejść.

Była bar­dzo zakło­po­tana. Liczyła, że o tej wizy­cie ktoś ją uprze­dzi. Cho­ciażby zadzwoni. Wtedy zapewne zdą­ży­łaby poży­czyć krze­sło od sąsia­dów. Teraz musiała rato­wać się tym, co było pod ręką. Wska­zała pla­sti­kowy tabo­ret i mate­rac na dole łóżka pię­tro­wego.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej. Nie zdą­ży­łam się przy­go­to­wać.

– To nic – odpo­wie­dział Raki.

Wska­zał swoim towa­rzy­szom miej­sce na mate­racu. Usie­dli bez słowa, niczym dwa wierne psy. Byli bar­dzo wysocy i umię­śnieni. Ich obec­ność wpro­wa­dzała nie­po­kój.

– Napiją się pano­wie cze­goś? Może zapa­rzę her­batę? – zapro­po­no­wała.

– Nie, nie. Nie ma takiej potrzeby – odpo­wie­dział szybko Raki.

Jen­ni­shi przy­pusz­czała, z czego wyni­kała tak gwał­towna odmowa. Zardze­wiałe rury w Ton­dze raczej nie wpły­wały korzyst­nie na jakość wody. Ludzie z zewnątrz bali się tu jeść i pić.

– Dobrze. Rozu­miem – odpo­wie­działa Jenny i z braku innego wyboru uklę­kła na pod­ło­dze przed męż­czy­zną.