Kraina mrozu. Mroczne opowieści (edycja kolekcjonerska) - Jen Calonita - ebook + książka

Kraina mrozu. Mroczne opowieści (edycja kolekcjonerska) ebook

Jen Calonita

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Co by było, gdyby Anna i Elsa nigdy się nie poznały?

Jako przyszła królowa Arendelle, księżniczka Elsa mierzy się z ogromnymi oczekiwaniami i odpowiedzialnością — nie wspominając o licznych pytaniach. Jakiego rodzaju władczynią będzie? Kiedy będzie musiała wybrać kandydata na męża? I dlaczego od zawsze towarzyszy jej poczucie, że brak jej jakiejś istotnej części samej siebie?

Po niespodziewanej śmierci rodziców Elsa zostaje zmuszona odpowiedzieć na te pytania znacznie wcześniej, niż by tego chciała, stając się jedyną władczynią królestwa i czując się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Jednak gdy zaczynają ujawniać się tajemnicze moce, Elsa zaczyna przypominać sobie fragmenty dzieciństwa, które zdawały się zostać wymazane — fragmenty obejmujące pewną bardzo znajomo wyglądającą dziewczynę. Zdeterminowana, by wypełnić pustkę, którą od zawsze czuła, Elsa musi wyruszyć w niebezpieczną podróż przez swoje skute lodem królestwo, aby cofnąć straszliwą klątwę… i odnaleźć zaginioną księżniczkę Arendelle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 273

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: CON­CEAL, DON’T FEEL

Wydawca: Mag­da­lena Musiń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Pau­lina Kostrzyń­ska Redak­cja: Karo­lina Saga­now­ska Korekta: Wero­nika Macie­jew­ska

Copy­ri­ght © 2025 Disney Enter­pri­ses, Inc. All rights rese­rved. Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Alek­san­dra Nowa­kow­ska, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two YaNa 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-8424-338-1

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Rozdział pierwszy. Elsa

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Elsa

– Przed­sta­wiam Elsę, księż­niczkę Aren­delle!

Elsa wyszła z cie­nia rodzi­ców pro­sto w słońce. Jej lud cze­kał, grom­kimi bra­wami wita­jąc jej obec­ność na placu w wio­sce. Musiały zebrać się setki pod­da­nych, młod­szych i star­szych. Wyma­chi­wali fla­gami z her­bem rodziny kró­lew­skiej, rzu­cali kwiaty i wiwa­to­wali. Dzieci sie­działy wysoko na ramio­nach ojców, nie­któ­rzy ludzie stali na dachach powo­zów, a jesz­cze inni wychy­lali się ze znaj­du­ją­cych się nie­opo­dal okien. Wszy­scy chcieli dobrze przyj­rzeć się księż­niczce. Jej rodzice przy­wy­kli do inte­rak­cji z ludem kró­le­stwa, ale Elsa w wieku osiem­na­stu lat dopiero nie­dawno została zapro­szona, by towa­rzy­szyć im w ofi­cjal­nych wystą­pie­niach.

Prawdę mówiąc, wciąż wolała żyć w cie­niu, ale obo­wiązki wzy­wały.

– Witaj, księż­niczko Elso! – krzy­czeli ludzie. Elsa wraz z rodzi­cami stała na pod­wyż­szo­nej plat­for­mie zbu­do­wa­nej na tę oka­zję. Góro­wała nad ogrom­nym dzie­dziń­cem przed bramą do zamku, co zapew­niało Elsie dobry punkt obser­wa­cyjny, ale jed­no­cze­śnie spra­wiało, że czuła się jak wysta­wiona na tacy. Taki pew­nie był zamysł.

– Spójrz! To księż­niczka Aren­delle – usły­szała głos matki prze­ma­wia­ją­cej do córeczki. – Czy nie jest piękna? Poda­ruj jej swój pre­zent.

Dziew­czynka stała przed sceną, trzy­mała bukiet fio­le­to­wych wrzo­sów, ulu­bio­nych kwia­tów Elsy. Za każ­dym razem, gdy wycią­gała rękę, by wrę­czyć Elsie bukiet, była spy­chana przez tłumy.

Elsa spoj­rzała na swoją matkę w poszu­ki­wa­niu rady. Kró­lowa lekko potak­nęła. Elsa zeszła ze scho­dów, przy­trzy­mu­jąc dół bla­do­nie­bie­skiej sukni, do któ­rej na dzi­siej­szą oka­zję dobrała pasu­jący żakiet. Wraz z matką dzie­liły jasną barwę oczu, lecz Elsa przy­po­mi­nała bar­dziej tatę, z jasno­blond wło­sami, które zwy­kle nosiła w war­ko­czu zaple­cio­nym w kok na karku.

– Dzię­kuję za śliczne kwiaty – powie­działa Elsa dziecku, uprzej­mie przyj­mu­jąc bukiet, po czym z powro­tem wkro­czyła po scho­dach na pod­wyż­sze­nie, by prze­mó­wić do tłumu. Ojciec uczył ją wyjąt­ko­wej mocy wystę­po­wa­nia przed ludźmi.

– Cie­szymy się, że wszy­scy mogli­ście do nas dołą­czyć tego popo­łu­dnia na odsło­nię­ciu rzeźby rodziny kró­lew­skiej, którą Axel Luden­burg był łaskaw poda­ro­wać naszemu kró­le­stwu – roz­po­częła. Lud zakla­skał. – Jedna uwaga przed odsło­nię­ciem: jako że pan Luden­burg pra­co­wał nad tym dzie­łem latami, podej­rze­wam, że ukształ­to­wana z brązu będę wyglą­dać znacz­nie mło­dziej, niż teraz, sto­jąc tu przed wami.

W tłu­mie roz­le­gły się chi­choty. Elsa z dum­nym wyra­zem twa­rzy obej­rzała się na ojca. Ten frag­ment był jej pomy­słem. Ojciec posłał jej zachę­ca­jący uśmiech.

– Jego zasługi dla kró­le­stwa są nie­skoń­czone. – Elsa uśmiech­nęła się do rzeź­bia­rza. – A teraz, bez zbęd­nej zwłoki, pra­gnę przed­sta­wić pana Luden­burga. – Elsa prze­su­nęła się, pozwa­la­jąc, by dołą­czył do nich star­szy dżen­tel­men.

– Dzię­kuję, księż­niczko. – Pan Luden­burg ukło­nił się jej; jego biała broda pra­wie dotknęła jego kolan, po czym odwró­cił się do tłumu. – Jestem wdzięczny kró­lowi Agnar­rowi, kró­lo­wej Idu­nie oraz naszej wspa­nia­łej księż­niczce Elsie, za pozwo­le­nie mi stwo­rze­nia rzeźby na ich cześć. Żywię nadzieję, że owe dzieło powita każ­dego gościa podró­żu­ją­cego z bliż­szych i dal­szych wio­sek, by odwie­dzić zamek Aren­delle i sta­nąć w jego bra­mach. – Spoj­rzał na swo­jego asy­stenta, który rzu­cił się do przodu, roz­wią­zał sznur wokół mate­riału zakry­wa­ją­cego rzeźbę sto­jącą na środku fon­tanny i zdjął go. – Przed­sta­wiam rodzinę kró­lew­ską Aren­delle!

W tłu­mie roz­le­gło się gło­śne wes­tchnie­nie, a po nim nastą­pił ener­giczny aplauz.

Był to pierw­szy raz, gdy król, kró­lowa i Elsa zoba­czyli ukoń­czoną rzeźbę. Elsa pamię­tała, że pozo­wała do szki­ców pana Luden­burga, gdy miała jakieś jede­na­ście lat, ale pra­wie zapo­mniała, że arty­sta pra­co­wał nad rzeźbą, aż do nie­dawna, gdy ojciec poin­for­mo­wał ją, że to ona będzie prze­ma­wiać na wyda­rze­niu z oka­zji jej ofi­cjal­nego odsło­nię­cia.

– Jest piękna – powie­działa Elsa panu Luden­bur­gowi. I mówiła szcze­rze.

Patrze­nie na rzeźbę z brązu było jak oglą­da­nie chwili zamro­żo­nej w cza­sie. Pan Luden­burg per­fek­cyj­nie ukształ­to­wał obraz rodziny kró­lew­skiej. Młody władca wyglą­dał iście kró­lew­sko w koro­nie i sza­cie, sto­jąc przy pięk­nej kró­lo­wej we wspa­nia­łej sukni i z dia­de­mem na gło­wie. W parę kró­lew­ską wtu­lało się ich jedyne dziecko – księż­niczka Elsa z Aren­delle, która wyglą­dała na dużo młod­szą, niż jej osiem­na­sto­let­nia wer­sja.

Na widok sie­bie w wieku jede­na­stu lat Elsę zalała fala emo­cji. Dla jedy­naczki, życie na zamku było samotne. Jej rodzice byli zajęci spra­wami kró­le­stwa, a mimo że ona pobie­rała liczne nauki, i tak spę­dzała więk­szość czasu błą­ka­jąc się po pustych poko­jach i patrząc na ula­tu­jący czas. Oczy­wi­ście, rodzice zna­leźli jej towa­rzy­stwo do zabawy wśród dzieci namiest­ni­ków i szlachty, ale to nie było to samo, co posia­da­nie rodzeń­stwa, z któ­rym by się dora­stało i któ­remu można by się zwie­rzyć. Był to cię­żar, który nosiła sama, ni­gdy nie chcąc obcią­żyć rodzi­ców swo­imi odczu­ciami. Po uro­dze­niu Elsy, jej matka nie mogła mieć już dzieci.

– Czy nasza rzeźba nie jest piękna, mamo? – spy­tała Elsa.

Matka stała przy niej w ciszy. Elsa obser­wo­wała, jak jej nie­bie­skie oczy oglą­dają każdy cen­ty­metr brą­zo­wej sta­tuy, a potem matka wydała z sie­bie głę­bo­kie, pra­wie nie­sły­szalne wes­tchnie­nie. Gdy spoj­rzała na córkę, jej oczy wydały się smutne.

– Jest, naprawdę – odpo­wie­działa i uści­snęła dłoń córki. – To uro­czy por­tret naszej rodziny i tego, kim jeste­śmy. Czyż nie? – spy­tała króla.

Jak na tak rado­sną oka­zję, jej rodzice wyda­wali się nieco melan­cho­lijni. Czy cho­dziło o to, że sta­tua przy­po­mniała im czasy, gdy byli dużo młodsi? Czy smu­cili się na myśl, jak szybko upły­nął czas? Ojciec od zawsze mówił o dniu, w któ­rym Elsa przej­mie tron, mimo że wciąż był peł­nym ener­gii kró­lem. Elsa zasta­na­wiała się, co wpra­wiło ich w smu­tek, lecz zacho­wała te myśli dla sie­bie. Nie było jej rolą publicz­nie pod­da­wać w wąt­pli­wość swo­ich rodzi­ców.

– Tak, to praw­dziwy zaszczyt – odparł tata i spoj­rzał na Elsę. Wyglą­dał, jakby chciał jesz­cze coś dodać, ale ugryzł się w język. – Powin­naś podzię­ko­wać swoim pod­da­nym za przyj­ście, Elso – powie­dział w końcu. – W zamku odbę­dzie się kola­cja na cześć pana Luden­burga, więc musimy wra­cać i przy­go­to­wać się, by powi­tać wszyst­kich gości.

– Tak, tato – odpo­wie­działa Elsa i zro­biła, jak jej pole­cono.

***

– Za Axela Luden­burga i jego wybitne dzieło! – powie­dział król, uno­sząc swój kie­lich wysoko nad sto­łem ban­kie­to­wym w Wiel­kiej Sali. Pozo­stali goście uczy­nili to samo.

– Za Axela! – zawo­łali i stuk­nęli się kie­lisz­kami.

Potrawy były obfite, towa­rzy­stwo hała­śliwe, a miej­sca przy dłu­gim stole zapeł­nione co do jed­nego. Król popro­sił lorda Peters­sena, swego naj­bar­dziej zaufa­nego przy­ja­ciela, by dołą­czył do świę­to­wa­nia. Była tu rów­nież rodzina pana Luden­burga, przy­pły­nęła stat­kiem z kraju o nazwie Wesel­ton, dłu­go­let­niego part­nera Aren­delle w han­dlu. Książę Wesel­ton przy­był razem z nimi i zajął miej­sce przy Elsie.

– I za Aren­delle i Wesel­ton! – dodał książę. Bar­dzo dużo mówił jak na tak małego męż­czy­znę. Kiedy wstał, Elsa nie mogła nie zauwa­żyć, że był co naj­mniej o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów niż­szy od więk­szo­ści gości. – Niech żyją nasze kraje, niech wspól­nie się roz­wi­jają i kwitną!

– Za Aren­delle i Wesel­ton! – zawtó­ro­wali wszy­scy.

Elsa stuk­nęła się kie­lisz­kiem z matką.

– Tak się cie­szę, że w końcu mie­li­śmy oka­zję, by wspól­nie zjeść kola­cję – powie­dział książę do mamy, gdy zabrano tale­rze po kola­cji, a służba szy­ko­wała się do poda­nia deseru. – To przy­jem­ność poznać księż­niczkę i na wła­sne oczy zoba­czyć jasną przy­szłość Aren­delle. – Zmarsz­czył brwi. – Już dawno temu zauwa­ży­łem, że nie poja­wia się na zbyt wielu publicz­nych wyda­rze­niach.

Elsa grzecz­nie odwza­jem­niła uśmiech, ale nic nie odpo­wie­działa. Jedną z ról bycia księż­niczką, jak przy­po­mi­nała jej mama, było słu­chać, lecz nie odzy­wać się, aż nie trzeba będzie powie­dzieć cze­goś waż­nego.

– Elsa jest tak zajęta naukami, że jesz­cze nie pro­si­li­śmy jej, by towa­rzy­szyła nam na wielu publicz­nych wystą­pie­niach – poin­for­mo­wała mama i spoj­rzała na pana Luden­burga. – Lecz oczy­wi­ście, nie mogli­śmy pozwo­lić, by omi­nęło ją odsło­nię­cie naszej rodzin­nej rzeźby. Wła­śnie o to cho­dzi w dzi­siej­szym wie­czo­rze: o rodzinę.

Elsa zasło­niła usta, by ukryć iro­niczny uśmiech. Jej matka miała dryg do utrzy­my­wa­nia głów­nego tematu roz­mowy.

To pierw­szy raz, gdy Elsa zoba­czyła księ­cia Wesel­ton. Mogła już stwier­dzić, że wolała księ­cia Bla­ke­ston, który miał miłe oczy i zawsze, kiedy odwie­dzał zamek, kie­sze­nie miał wypeł­nione cze­ko­ladą, którą prze­my­cał księż­niczce pod­czas szcze­gól­nie nud­nych dys­ku­sji przy stole.

Poprawka: pod­czas waż­nych nego­cja­cji. Jak przy­po­mi­nała jej matka, Elsa musiała być gotowa, by prze­jąć tron, gdy nadej­dzie czas. Ostat­nio dzie­liła swój czas pomię­dzy lek­cje kali­gra­fii, nauki oraz rzą­dze­nia kra­jem z guwer­nantką, a także spo­tka­nia taty. Była już wystar­cza­jąco doro­sła, by brać udział w ban­kie­tach wypra­wia­nych w zamku, a było ich wiele. Prze­mi­nęły już czasy, gdy była wypy­chana, by przy­wi­tać się z gośćmi, a potem odsy­łana do innej sali, by zjeść kola­cję. Życie było mniej samotne, lecz wciąż pra­gnęła mieć w nim rówie­śnika, któ­remu mogłaby się zwie­rzyć. Dni zor­ga­ni­zo­wa­nych zabaw już dawno się skoń­czyły.

– Racja, racja! Lecz jest zbyt wiel­kim atu­tem, by zamy­kać ją w zamku. – Książę wal­nął w stół, jakby chciał pod­kre­ślić swoje racje. Gdy mówił, tak żywo się poru­szał, że tupe­cik ska­kał mu z tyłu głowy.

– Słuszna uwaga, Wasza Ksią­żęca Mość – stwier­dził lord Peters­sen, dołą­cza­jąc do kon­wer­sa­cji. – To już młoda dama, gotowa, by wziąć udział w kró­lew­skich roz­mo­wach.

Elsa uśmiech­nęła się do niego. Tata i lord Peters­sen byli ze sobą tak bli­sko, że nie był on tylko doradcą; był czę­ścią rodziny. Elsa zawsze myślała o nim jak o wujku. I jak na wujka przy­stało, lord ostrzegł ją przed kola­cją o ten­den­cji księ­cia do wści­bia­nia nosa w nie swoje sprawy.

– Wła­śnie! – zgo­dził się książę. – Księż­niczko Elso, jestem prze­ko­nany, że pod­czas nauk dowie­dzia­łaś się wiele o fior­dach oraz ich zna­czą­cej roli. – Elsa przy­tak­nęła. – Cóż, w Wesel­ton to mój dzia­dek odkrył pierw­szy fiord. To wła­śnie dzięki niemu…

Książę przy­nu­dzał i przy­nu­dzał, aż lord Peters­sen nie odchrząk­nął.

– Fascy­nu­jące, wasza miłość! Być może dokoń­czymy tę roz­mowę póź­niej? Chyba wła­śnie podają deser. – Odwró­cił się, zanim książę mógłby mu prze­rwać. – Panie Luden­burg, mam nadzieję, że wciąż jest pan głodny!

Jakby na zawo­ła­nie, w drzwiach poja­wiła się służba z pate­rami owo­ców i słod­ko­ści, które umie­ścili na stole.

– W Wesel­ton mamy wszyst­kie te łako­cie, a nawet wię­cej – zaczął książę i poczę­sto­wał się kawał­kiem cia­sta oraz dwoma cia­stecz­kami.

Elsa wie­działa, że nie powinna tak myśleć, ale „Wesel­ton” brzmiało bar­dzo podob­nie do „Weasel­town”, a książę wła­ści­wie miał w sobie coś z łasicy1. Spoj­rzała na tatę. Czy kie­dy­kol­wiek zauwa­żył to powią­za­nie pomię­dzy księ­ciem, a nazwą jego kraju? Jego myśli zawsze trudno było odczy­tać. W tej chwili roz­ma­wiał na boku z żoną pana Luden­burga. Lord Peters­sen roz­ma­wiał o następ­nym pro­jek­cie arty­sty z nim samym, co spra­wiło, że książę, mama i Elsa nie byli zajęci roz­mową.

– Wasza Kró­lew­ska Mość, masz uro­czą córkę – powie­dział książę, przez co Elsa od razu poczuła się winna swo­ich poprzed­nich myśli. – Będzie z niej świetna kró­lowa.

– Dzię­kuję – odparła mama. – Naprawdę będzie świetna.

– Rodzice dobrze mnie przy­go­to­wali – dodała Elsa, uśmie­cha­jąc się do mamy. – Gdy przyj­dzie mój czas, wiem, że będę gotowa, by rzą­dzić Aren­delle.

Książę przyj­rzał się jej, zain­te­re­so­wany.

– Tak! Tak! Jestem tego pewien. Szkoda tylko, że jesteś jedyną dzie­dziczką. Dla­czego na Wyspach Połu­dnio­wych król ma trzy­na­stu synów w kolejce do tronu?

Elsa ści­snęła swój kie­lich sto­jący na stole, by powstrzy­mać się przed powie­dze­niem cze­goś, czego by poża­ło­wała. Naczy­nie było dziw­nie chłodne.

– Panie, nie sądzę, by…

Mama jej prze­rwała.

– Elsa pró­buje powie­dzieć, że to bar­dzo wielu dzie­dzi­ców. – Mama widocz­nie się nie prze­jęła, jako że wcze­śniej już ją o to pytano. – Moim prze­zna­cze­niem było powić tylko jedno dziecko, ale świat jest pełen nie­spo­dzia­nek. – Spoj­rzała na Elsę, jej oczy błysz­czały. – Wiem, że w przy­szło­ści świet­nie sobie pora­dzi.

– Nasze kró­le­stwo potrze­buje tylko jed­nego sil­nego przy­wódcy – dodała Elsa sta­now­czym gło­sem. – I już go ma, w mojej oso­bie.

Książę zmarsz­czył brwi.

– Tak, ale gdyby coś miało sta­nąć na prze­szko­dzie, byś zasia­dła na tro­nie…

– Jeste­śmy cał­ko­wi­cie przy­go­to­wani, by wpro­wa­dzić Aren­delle w przy­szłość, zapew­niam cię, książę – odparła mama z uśmie­chem.

Książę podra­pał się po gło­wie, jego tupe­cik lekko się prze­krzy­wił. Pod­niósł wzrok znad oku­la­rów i prze­su­wał nim mię­dzy kró­lową, a Elsą.

– Za parę lat będzie już w odpo­wied­nim wieku. Czy na hory­zon­cie są jacyś poten­cjalni zalot­nicy? Połą­cze­nie mię­dzy naszymi naro­dami lub z innym part­ne­rem w han­dlu byłoby doprawdy korzystne.

Elsa wbi­jała wzrok w ser­wetkę na kola­nach. Czuła, jak palą ją policzki.

– Elsa ma mnó­stwo czasu, by zna­leźć zalot­nika – odparła mama. – Na razie chcemy, by nasza córka sku­piła uwagę na obo­wiąz­kach wobec kró­le­stwa.

Test z umie­jęt­no­ści rzą­dze­nia kra­jem, który tego ranka przy­go­to­wała dla niej guwer­nantka, był dużo bar­dziej pilną kwe­stią niż zna­le­zie­nie zalot­nika.

– Dzię­kuję, że o mnie pomy­śla­łeś, Wasza Ksią­żęca Mość – dodała Elsa. – Gdy znajdę już zalot­nika, z pew­no­ścią dowiesz się o tym jako jeden z pierw­szych. – Drwiła z niego, ale książę zda­wał się usa­tys­fak­cjo­no­wany jej odpo­wie­dzią. Mama posłała jej kar­cące spoj­rze­nie, ale Elsa nie mogła się powstrzy­mać.

Gdy książę w końcu odszedł, a pan Luden­burg i jego rodzina się poże­gnali, król, kró­lowa i Elsa udali się do swych pry­wat­nych kom­nat.

– Dobrze sobie pora­dzi­łaś – pochwa­liła ją mama. – Zna­ko­mi­cie pro­wa­dzi­łaś roz­mowy i zaim­po­no­wa­łaś księ­ciu zna­jo­mo­ścią nego­cja­cji han­dlo­wych.

– Wyglą­dał na zdzi­wio­nego, że aż tyle wiem– odparła Elsa. Czuła napię­cie w ramio­nach, jak gdyby przez cały wie­czór nosiła na bar­kach cię­żar kró­le­stwa. Zaczy­nała odczu­wać ból głowy i tęsk­niła za ciszą swo­jej sypialni.

– Jestem z cie­bie bar­dzo dumny – wyznał tata, po raz pierw­szy tego wie­czoru opusz­cza­jąc gardę. Uśmiech­nął się do mamy i poło­żył jej rękę na ramie­niu.

Elsa uwiel­biała patrzeć na swo­ich rodzi­ców. Wciąż wyglą­dali na zako­cha­nych. Trudno było nie zazdro­ścić łączą­cej ich więzi.

– Kie­dyś będzie z cie­bie zna­ko­mita kró­lowa, Elso – dodał.

– Dzię­kuję, tato – odparła, ale nie zasta­na­wiała się nad tym zbyt­nio.

Do zosta­nia kró­lową miała jesz­cze mnó­stwo czasu.

Rozdział drugi. Elsa

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Elsa

– W ponie­działki pod­dani są zapra­szani, by spo­tkać się z twoją matką i ze mną, by omó­wić wszel­kie kwe­stie, które ich nie­po­koją w związku z kró­le­stwem. Uwa­żam, że naj­le­piej będzie, jak utrzy­mamy te coty­go­dniowe spo­tka­nia. Ty i lord Peters­sen może­cie się na nie udać i wysłu­chać zmar­twień pod­da­nych. Bądź pełna współ­czu­cia, tak­towna i obie­caj prze­ka­zać nam wszel­kie skargi po naszym powro­cie. A teraz wtorki… Elso? Czy ty słu­chasz?

– Tak, tato – odparła, ale prawdę mówiąc, myślami była gdzie indziej.

Sie­dzieli w biblio­tece, oma­wia­jąc tygo­dniowy har­mo­no­gram, ale Elsa była roz­ko­ja­rzona. Na prze­strzeni lat spę­dziła w tym pomiesz­cze­niu wiele czasu i nawet jako mała dziew­czynka pozwa­lała umy­słowi błą­dzić, gdy ota­czały ją wszyst­kie te księgi. W ciem­nym pomiesz­cze­niu znaj­do­wały się rzędy pó­łek wypeł­nio­nych książ­kami, od pod­łogi aż po sufit. Jej ojciec uwiel­biał czy­tać i zawsze miał na biurku kilka otwar­tych ksią­żek. Tego dnia patrzył na księgę, która zda­wała się nie być napi­sana w ich języku. Była wypeł­niona sym­bo­lami i rysun­kami trolli. Elsa bar­dzo chciała wie­dzieć, co stu­dio­wał jej ojciec, ale nie zapy­tała.

W tej wła­śnie chwili ojciec chciał, by Elsa wie­działa, co robić pod­czas nie­obec­no­ści jego i mamy. Za kilka dni mieli wyru­szyć w dyplo­ma­tyczną podróż na co naj­mniej dwa tygo­dnie. Elsa nie mogła sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio nie było ich tak długo. Część niej się dener­wo­wała. Elsa wie­działa, że będzie zajęta swoją pracą i spo­tka­niami ojca, ale już tęsk­niła za rodzi­cami, a oni nawet jesz­cze nie wyru­szyli.

Ojciec zło­żył ręce na kola­nach i posłał jej nie­wielki uśmiech.

– Co się dzieje, Elso?

Nawet gdy byli tylko we dwójkę, ojciec wciąż wyglą­dał jak król. Nie cho­dziło tylko o to, że zawsze ubie­rał się dostoj­nie, zakła­dał mun­dur z wie­loma meda­lami, a na jego szyi wisiał herb Aren­delle. Czy roz­ma­wiał z zagra­nicz­nymi dygni­ta­rzami, czy dzię­ko­wał zam­ko­wej służ­bie, jego zacho­wa­nie zawsze wyda­wało się kró­lew­skie. Miał wła­dzę i spra­wo­wał kon­trolę nawet, gdy nie musiał – na przy­kład pod­czas par­tyjki w sza­chy ze swoją jedyną córką. Ona wciąż cza­sem była nie­śmiała. Po pro­stu miała taką oso­bo­wość. Czy to dla­tego, że nie miała zbyt wielu rówie­śni­ków do roz­mowy? Prze­ma­wia­nie przed wiel­kim tłu­mem na wyda­rze­niu pana Luden­burga ją stre­so­wało. Jej ojciec ni­gdy nie wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego. Czy taka pew­ność sie­bie przy­cho­dziła z cza­sem?

– Nic – skła­mała. Nie spo­sób wyra­zić kil­koma sło­wami wszyst­kiego, o czym myślała.

– Ach, wła­śnie, że coś. – Pochy­lił się na krze­śle i przyj­rzał jej uważ­nie. – Znam to spoj­rze­nie. Roz­my­ślasz nad czymś. Twoja matka mówi, że gdy się zadu­mam, w moich oczach poja­wia się nie­obecne spoj­rze­nie. A ty, moje dziecko, jesteś bar­dzo do mnie podobna.

– Naprawdę? – Elsa odgar­nęła nie­wi­dzialny kosmyk wło­sów z oczu.

Była dumna, że przy­po­mina tatę. Ubó­stwiała matkę i uwiel­biała spę­dzać z nią czas, ale czę­sto nie była w sta­nie stwier­dzić, co myśli. Mamie zda­rzało się gubić wątek, gdy wcho­dziła do sypialni Elsy albo zaczy­nała coś mówić i rap­tow­nie prze­ry­wała. Utrzy­my­wał się w niej pewien smu­tek, któ­rego przy­czyny Elsa nie potra­fiła dociec.

Weźmy na przy­kład ten dzień. Mama latami, raz na dwa mie­siące, zni­kała na cały dzień. Elsa nie miała poję­cia, dokąd się uda­wała i ani tata, ani ona ni­gdy jej tego nie wytłu­ma­czyli. Tym razem Elsa nie mogła się powstrzy­mać. Była zmę­czona tajem­ni­cami, więc w końcu zebrała się na odwagę, by zapy­tać mamę, czy może jej towa­rzy­szyć. Mama wyglą­dała na zasko­czoną, potem zmar­twioną, a w końcu spoj­rzała prze­pra­sza­jąco.

– Bar­dzo chcia­ła­bym cię zabrać, kocha­nie, ale muszę to zro­bić sama. – Dotknęła policzka Elsy, jej oczy wypeł­niły się łzami, które tylko jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wały córkę. – Chcia­ła­bym, żebyś mogła ze mną pójść. – Ale i tak poszła sama.

Z tatą było ina­czej.

– Nie myślę o niczym waż­nym, tato. Naprawdę.

– Coś się drę­czy, Elso – naci­skał. – O co cho­dzi?

Czuła się głu­pio, chcąc powie­dzieć, że nie chciała, by wyjeż­dżali, ale była to część pro­blemu. Pod­czas ich nie­obec­no­ści, Aren­delle było w jej rękach. Ow­szem, doradcy i lord Peters­sen byli na miej­scu, gdyby nale­żało zająć się czymś waż­nym, ale to ona była twa­rzą kró­le­stwa pod­czas nie­obec­no­ści rodzi­ców i czuła, jak waga tego zada­nia zaczyna jej cią­żyć. Wkrótce wrócą i życie będzie takie, jak wcze­śniej, ale ich podróż zda­wała się sta­łym przy­po­mnie­niem, że pew­nego dnia będzie musiała rzą­dzić sama. A ta myśl była prze­ra­ża­jąca.

– Elso?

Dwa tygo­dnie w tym wiel­kim zamku. Sama. Elsa nie była pewna, czy to znie­sie.

– Na pewno musi­cie jechać? – spy­tała. Nie mogła się powstrzy­mać.

– Pora­dzisz sobie, Elso – obie­cał.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

– Wasza Wyso­kość? – Wszedł Kai. Pra­co­wał w zamku jesz­cze przed naro­dzi­nami Elsy. Król rzą­dził w kró­le­stwie, a Kai na zamku. Zawsze wie­dział, gdzie wszystko i wszy­scy powinni być. Był tak istotną czę­ścią życia króla i kró­lo­wej, że nawet jego sypial­nia znaj­do­wała się przy ich kom­na­tach. Kai pocią­gnął za luźną nitkę mary­narki zie­lo­nego gar­ni­turu, który zawsze miał na sobie. – Książę Wesel­ton przy­był do pana.

– Dzię­kuję. Pro­szę, prze­każ mu, że nie­długo spo­tkamy się w sali rady – odparł tata.

– Tak jest, Wasza Wyso­kość. – Kai uśmiech­nął się do Elsy i znik­nął.

Tata odwró­cił się do niej.

– Wyglą­dasz, jak­byś miała do powie­dze­nia coś wię­cej.

Do powie­dze­nia było za dużo na tak krótką chwilę.

– Chcia­łam usta­lić, co zapro­po­no­wać na spo­tka­niu z pod­da­nymi – powie­działa zamiast tego. – Poda­je­cie jedze­nie? Myślę, że miło będzie, gdy pod­dani będą mogli się poży­wić po podróży do zamku, by się z nami zoba­czyć. Co sądzisz?

Uśmiech­nął się.

– Sądzę, że to zna­ko­mity pomysł. Zawsze lubi­łem twoje cia­steczka krum­kake.

– Moje cia­steczka? – Elsa nie mogła sobie przy­po­mnieć, by kie­dy­kol­wiek pie­kła coś dla ojca. – Przy­pi­su­jesz mi zasługi za coś, co pew­nie przy­rzą­dziła Olina, ale z chę­cią o nie popro­szę.

Olina pro­wa­dziła kuch­nię na zamku i nad­zo­ro­wała całą służbę. Kiedy Elsa była dziew­czynką, czę­sto wymy­kała się do kuchni, żeby z nią posie­dzieć. Od dawna tego nie robiła. I nie przy­po­mi­nała sobie, by kie­dy­kol­wiek pie­kła cia­steczka.

Tata zmarsz­czył brwi.

– Racja. Mimo to, byłyby świetne. Może Olina przy­rzą­dzi je dla naszych gości.

Elsa zaczęła wsta­wać.

– Coś jesz­cze, tato?

– Tak. – Wstał. – Zanim pój­dziesz, jest coś, co chciał­bym ci dać. Chodź ze mną, pro­szę.

Elsa podą­żyła za tatą do sypialni rodzi­ców i patrzyła, jak pod­cho­dzi do regału na książki sto­ją­cego wzdłuż jed­nej ze ścian, po czym naci­ska jeden z tomów. Cała ściana otwo­rzyła się jak drzwi. Za nią znaj­do­wała się nie­duża, pogrą­żona w ciem­no­ści kom­nata. Elsie nie udało się dostrzec, dokąd ojciec się udał, ale i on nie powie­dział, by za nim podą­żyła. Zamek był pełen ukry­tych kory­ta­rzy i kom­nat jak ta. Dawno, dawno temu razem z tatą bawili się w cho­wa­nego w takich przej­ściach, ale teraz Elsa wie­działa, że słu­żyły one do odgro­dze­nia rodziny kró­lew­skiej dla bez­pie­czeń­stwa w razie inwa­zji.

Kilka chwil póź­niej ojciec wró­cił z dużym, zie­lo­nym, drew­nia­nym pudeł­kiem. Miało roz­miar tacy do śnia­da­nia i było ręcz­nie malo­wane w białe i złote kwia­towe motywy, przed­sta­wia­jące kro­kusa żółtokwia­towego, ofi­cjalny kwiat Aren­delle. Wieko pudełka wygi­nało się w piękny łuk.

– Chcę, żebyś to wzięła. – Posta­wił pudełko na sto­liku przed nią. Elsa pal­cami prze­śle­dziła złoty herb kró­le­stwa wygra­we­ro­wany na pół­okrą­głym wieku. Pudełko było iden­tyczne jak to, które jej ojciec trzy­mał na biurku i zabie­rał ze sobą, gdy spo­ty­kał się z dorad­cami. Zwy­kle znaj­do­wały się w nim ważne dekrety do pod­pi­sa­nia, a także pry­watne doku­menty, listy od woj­sko­wych i sąsied­nich kró­lestw. Od dzie­ciń­stwa wpa­jano jej, że tym pudeł­kiem ni­gdy nie powinno się bawić.

– Mogę? – spy­tała. Jej dłoń zawi­sła nad zasuwą. Ojciec przy­tak­nął.

Pudełko było puste, a jego wnę­trze wyście­łane gru­bym zie­lo­nym aksa­mi­tem.

– To pudełko zostało wyko­nane na twoje pano­wa­nie – wyja­śnił, a Elsa spoj­rzała na niego zdu­miona. – Jako że jesteś następna w kolejce do tronu i już za kilka lat osią­gniesz odpo­wiedni wiek, twoja matka i ja uzna­li­śmy, że nad­szedł czas, byś miała swoje do prze­cho­wy­wa­nia waż­nych rze­czy.

– Tato, jest piękne – odparła. – Ale nie potrze­buję go teraz.

– Nie – zgo­dził się łagod­nie. – Ale kie­dyś będziesz go potrze­bo­wać i chcie­li­śmy, byś była gotowa. Kai i służba wie­dzą, jak to pudełko wygląda, a także, że jego zawar­tość jest pry­watna. Cokol­wiek w nim umie­ścisz, Elso, będzie prze­zna­czone tylko dla two­ich oczu. Twoje tajem­nice są w nim bez­pieczne. Na razie suge­ruję, byś trzy­mała je w swo­jej kom­na­cie. – Jego oczy spo­tkały się z jej, by upew­nić się, że zro­zu­miała.

Elsa prze­su­nęła pal­cami po zie­lo­nym aksa­mit­nym wnę­trzu.

– Dzię­kuję, tato.

Ojciec nakrył jej dłoń swoją.

– Może jesz­cze tego nie czu­jesz, ale pew­nego dnia całe twoje życie zmieni się w spo­sób, któ­rego nie potra­fisz sobie nawet wyobra­zić. – Zawa­hał się. – Obie­caj mi, że kiedy to się sta­nie, a mnie nie będzie, bym mógł cię popro­wa­dzić…

– Tato…

Prze­rwał jej.

– Obie­caj mi, że kiedy nadej­dzie ten dzień, zwró­cisz się do tego pudełka o radę.

Zwró­cić się o radę? To pudełko. Piękne, ale tylko pudełko. Mimo to, otrzy­ma­nie takiego samego pudełka, jakiego uży­wali tata, a także kró­lo­wie i kró­lowe przed nim, było dużym kro­kiem.

– Obie­cuję – rze­kła.

Poca­ło­wał ją w czoło.

– Odłóż je w bez­pieczne miej­sce.

Elsa pod­nio­sła pudełko i ruszyła w stronę drzwi sypialni rodzi­ców. Tata podą­żył za nią na kory­tarz, obser­wu­jąc ją.

– Obie­cuję – przy­się­gła.

Tata się uśmiech­nął, po czym wró­cił do pracy w biblio­tece.

Elsa skie­ro­wała się do swo­jej sypialni, nio­sąc pudełko w ramio­nach. Było cie­pło, lekki wia­te­rek prze­do­stał się do środka przez otwarte okna, nio­sąc ze sobą dźwięki wio­ski. Elsa przy­sta­nęła przy oknie nie­opo­dal i wpa­try­wała się w świat przed sobą, ponad murami zamku i za dzie­dziń­cem. Wio­ska tęt­niła życiem, była pełna ludzi. Konie i powozy wjeż­dżały i wyjeż­dżały. Fon­tanna przy bra­mach zamku, na któ­rej stała ich rzeźba, wyrzu­cała wodę wysoko w powie­trze niczym gej­zer. W fon­tan­nie plu­skały się dzieci w ubra­niach, by się schło­dzić. Elsa oglą­dała, jak matka wyciąga z wody syna i go beszta. Pomimo jej łaja­nia, wyglą­dało na to, że chło­piec dobrze się bawił. Kiedy Elsa ostat­nim razem dobrze się bawiła?

Żało­wała, że nie było mamy, z którą mogłaby wypić popo­łu­dniową her­batę. Jaka szkoda, że sie­działa sama w zamku w takie cie­płe, let­nie popo­łu­dnie. Gdzie podzie­wała się mama w tak piękny dzień? Dla­czego nie pozwo­liła, by Elsa do niej dołą­czyła?

– Potrze­bu­jesz cze­goś, księż­niczko Elso? – spy­tała Gerda. – Może wody? Jaki dzi­siaj upał!

Podob­nie do Kaia, Gerda pra­co­wała w zamku jesz­cze przed naro­dzi­nami Elsy. Zawsze trosz­czyła się, by Elsie niczego nie bra­ko­wało. W tej chwili nio­sła tacę ze zło­tymi kie­li­chami peł­nymi chłod­nej wody. Elsa podej­rze­wała, że były prze­zna­czone dla jej ojca i księ­cia.

– Dzię­kuję, Gerdo, nie trzeba – odparła Elsa.

Gerda pospie­szyła dalej.

– Dobrze. Póki pamię­tasz, żeby się schła­dzać. Nie chcę, żebyś się prze­grzała!

Elsa ruszyła, ści­ska­jąc moc­niej pudełko. Musiała zna­leźć coś do zro­bie­nia, by zabić czas do powrotu mamy. Może Gerda miała rację: powinna się schło­dzić. Mogłaby przejść się na spa­cer po dzie­dzińcu. Albo może przez chwilę poczyta. Ojciec wrę­czył jej kilka ksią­żek, które miała przej­rzeć, by zro­zu­mieć poro­zu­mie­nia Aren­delle z innymi kró­le­stwami.

Elsa wie­działa, że ojciec chciał, by zapo­znała się z rze­czami, które przy­da­dzą się jej w przy­szło­ści, ale w tej chwili czy­ta­nie o umo­wach kró­le­stwa nie brzmiało ani tro­chę kusząco. Elsa otwarła drzwi swo­jej sypialni i pode­szła do biurka, które miała od dzie­ciń­stwa. Odło­żyła na nie pudełko i przez chwilę się w nie wpa­try­wała. Przy resz­cie jej rze­czy, zie­lone pudełko wyglą­dało jak z innej bajki.

Może tak święte pudełko nie powinno stać na widoku. Jakie ważne doku­menty ma do niego wło­żyć? Do kogo powinna kie­ro­wać swoją kore­spon­den­cję? Nie, na razie nie była kró­lową. Pudełko nie było jej potrzebne i Elsa miała nadzieję, że będzie tak jesz­cze przez bar­dzo długi czas. Pode­szła do swo­jego kufra posa­go­wego. Pal­cami musnęła literę „E” ręcz­nie nanie­sioną na wieku pudełka i bez­pieczne zło­żyła je w środku, a potem nakryła kocem, który wyko­nała dla niej matka, gdy Elsa była dziec­kiem. Zamknęła pokrywę kufra. Chwilę póź­niej się­gnęła po książkę leżącą na sto­liku noc­nym, nie­mal cał­ko­wi­cie zapo­mi­na­jąc o pudełku.

Rozdział trzeci. Elsa

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Elsa

Elsa usły­szała puka­nie do drzwi i obu­dziła się ze wzdry­gnię­ciem. Późne popo­łu­dnie rzu­cało na ściany cie­nie wspi­na­jące się po ich powierzchni. Musiała zasnąć pod­czas czy­ta­nia.

Gerda wetknęła głowę do sypialni.

– Och, księż­niczko Elso! – powie­działa zdu­miona. – Nie chcia­łam cię budzić. Chcia­łam tylko zawo­łać cię na kola­cję, zanim udam się do two­ich rodzi­ców.

– Nic się nie stało, nie śpię – powie­działa Elsa, wycią­ga­jąc sze­roko ramiona. Jeśli rodzice będą towa­rzy­szyć jej w kola­cji, ozna­czało to, że spo­tka­nie ojca z księ­ciem Wesel­ton się skoń­czyło, a jej matka wró­ciła. – Może pójdę do nich zamiast cie­bie?

Gerda pode­szła do łóżka Elsy i zaczęła wygła­dzać koc oraz poduszki.

– Dzię­kuję, księż­niczko!

Sypial­nia Elsy znaj­do­wała się nad kom­na­tami jej rodzi­ców, które z kolei były umiesz­czone nad Wielką Salą, gdzie miała być podana kola­cja. Gdy Gerda zaj­mo­wała się upo­rząd­ko­wa­niem jej sypialni, Elsa udała się w dół scho­dami, po czym zatrzy­mała gwał­tow­nie, gdy usły­szała, że jej rodzice się kłócą. Rodzice ni­gdy się nie kłó­cili, więc Elsa była tak zasko­czona, że zaczęła pod­słu­chi­wać.

– Musi być coś, co możemy zro­bić! Nie możemy tego dłu­żej cią­gnąć!

Mówiła jej matka.

– Iduno, oma­wia­li­śmy to już nie raz. – Jej ojciec brzmiał na sfru­stro­wa­nego. – Nie mamy wyboru. Musimy cze­kać.

– Mam dosyć cze­ka­nia! Żyjemy tak już zde­cy­do­wa­nie za długo!

– Gdy magia wcho­dzi w grę, nie ma wyzna­czo­nej daty. Ostrze­gał nas.

Magia? Magia nale­żała do dzie­cię­cej wyobraźni, była tema­tem bajek. Dla­czego jej rodzice mie­liby roz­ma­wiać o czymś, co nie ist­nieje?

– Byli­śmy zde­spe­ro­wani. Nie pomy­śle­li­śmy. Powin­ni­śmy byli spró­bo­wać odmie­nić ich los. Może gdy­by­śmy jesz­cze raz udali się do Wiel­kiego Pab­biego…

– Nie! Nikt nie może nas tam zoba­czyć. Nawet twoje wyprawy do wio­ski stają się zbyt ryzy­kowne. Co by było, gdyby ktoś dowie­dział się, dokąd cho­dzisz? Z kim się widu­jesz? Wiesz, co by się stało, gdy­byś ją tu przy­pro­wa­dziła?

O kim oni mówią? Elsa pró­bo­wała usły­szeć jesz­cze wię­cej. Cho­dziło o to, gdzie mama zni­kała, gdy wycho­dziła z zamku? Nic z tego, co mówili, nie miało sensu.

– Zawsze zacho­wuję dys­kre­cję i nie zaprze­stanę odwie­dzin. – Głos matki brzmiał wyzy­wa­jąco. – Już tyle nas omi­nęło.

– To był jedyny spo­sób. Oboje to wiemy. Magia nie­długo prze­sta­nie dzia­łać.

– Minęło ponad dzie­sięć lat, a ona nie osła­bła! To nie w porządku wobec żad­nego z nas, zwłasz­cza wobec Elsy.

Elsa oży­wiła się. Co to miało z nią wspól­nego?

– Nic jej nie jest.

– Wcale, że jest, Agnar­rze. Jest samotna.

Tak!, chciała krzyk­nąć Elsa. Jestem samotna. Jej matka znała jej naj­skryt­sze myśli. Przez to Elsa pra­wie zapra­gnęła zapła­kać z ulgi. Jed­nak nie rozu­miała, co to miało wspól­nego z ich kłót­nią.

– Przed­sta­wimy ją więk­szej licz­bie osób. Książę Wesel­ton wspo­mniał o księ­ciu, z któ­rym mogłaby nawią­zać kon­takt. Pozwo­li­li­śmy jej przy­cho­dzić na kró­lew­skie wyda­rze­nia. Naj­waż­niej­sze jest to, że jest bez­pieczna. Obie są. Czy nie tego wła­śnie pra­gnę­li­śmy?

– Zasłu­guje wie­dzieć, do czego jest zdolna, Agnar­rze.

– I dowie się, gdy nadej­dzie odpo­wiedni czas. Nie zauwa­ży­li­śmy żad­nych oznak, że wciąż potrafi…

– Tu jesteś, księż­niczko! – Gerda poja­wiła się za Elsą, na co dziew­czyna pod­sko­czyła. – Zasta­na­wia­łam się, czy się nie zgu­bi­łaś. Olina jest już gotowa podać kola­cję. Roz­ma­wia­łaś z rodzi­cami?

– Ja… – Policzki Elsy poczer­wie­niały, gdy rodzice wyszli na kory­tarz, prze­su­wa­jąc wzro­kiem mię­dzy nią, a Gerdą.

Matka poca­ło­wała ją w czoło.

– Jak długo już tu sto­isz? – spy­tała.

– Wła­śnie docho­dzi­łam do waszych drzwi, gdy poja­wiła się Gerda – skła­mała.

Twarz matki roz­luź­niła się.

– Bra­ko­wało mi dziś cie­bie. – Splo­tła ręce z Elsą i ruszyła z nią kory­ta­rzem w stronę klatki scho­do­wej. – Chcę posłu­chać, co robi­łaś, gdy mnie nie było.

– Nic wiel­kiego. – Była to prawda, cho­ciaż Elsa wie­działa, że o wielu rze­czach nie wspo­mniała. Pod­czas drogi na kola­cję rodzice roz­ma­wiali o bła­hych spra­wach, ale Elsa nie potra­fiła się na nich sku­pić. Wciąż myślała o ich kłótni i o tym, co powie­dział ojciec. Wiesz, co by się stało, gdy­byś ją tu przy­pro­wa­dziła?

Elsa nie mogła nie zasta­na­wiać się nad tym, kim była owa „ona”.

Rozdział czwarty. Anna

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

Anna

Jej łóżko było cie­płe i przy­tulne, a nie­ustę­pliwe puka­nie zda­wało się dobie­gać z daleka. Anna wytarła ślinę, która wycie­kła z jej ust i pró­bo­wała spać dalej, ale było to trudne. Ktoś wciąż jej prze­szka­dzał.

– Anno?

Jej imię zabrzmiało niczym szept wia­tru. Nastą­piło po nim jesz­cze wię­cej iry­tu­ją­cego puka­nia.

– Anno?

– Hm? – Anna odkle­iła kosmyk mokrych wło­sów z ust i usia­dła.

– Prze­pra­szam, że cię budzę, ale…

– Nie, nie, nie obu­dzi­łeś mnie. – Anna ziew­nęła ze wciąż zamknię­tymi oczami. – Wsta­łam już dawno temu.

Zwy­kle tak wła­śnie było. Zawsze wsta­wała przed świ­tem, by pomóc rodzi­com przy­go­to­wać chleb. Ich sklep, Pie­kar­nia Tomally, każ­dego dnia wypie­kała dzie­siątki bochen­ków i słod­ko­ści. Lecz poprzed­niej nocy Anna miała pro­blem zasnąć, a gdy już to zro­biła, jej sny były pełne nie­po­koju. Wciąż kogoś wołała, ale nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć kogo, tylko że tęsk­niła za tą osobą. A teraz zdała sobie sprawę, że znów zaczyna odpły­wać w sen.

– Anno?

Anna wydała z sie­bie gło­śne chark­nię­cie i znów obu­dziła się ze wzdry­gnię­ciem.

– Co?

– Czas się uszy­ko­wać. Dziś przy­jeż­dża Freya.

– Oczy­wi­ście – odparła Anna, a oczy znów zaczęły jej się zamy­kać. – Freya.

Zaraz. Co?

Otwo­rzyła sze­roko oczy.

– Dziś przy­jeż­dża Freya!

Anna prak­tycz­nie wysko­czyła z łóżka i na bosaka pognała przez pokój, śli­zga­jąc się po pod­ło­dze. Nie zawra­cała sobie głowy spoj­rze­niem w lustro. Dłu­gie rude włosy, które roz­plą­tała z war­ko­czy poprzed­niego wie­czora na pewno nie były bar­dzo potar­gane, prawda? Hmm… może szybko zer­k­nie przed ścią­gnię­ciem piżamy. Spoj­rzała w lustro. Nie­do­brze. Jej włosy przy­po­mi­nały pta­sie gniazdo.

Czy miała dość czasu, by je uło­żyć?

Musiała to zro­bić.

Gdzie się podziała szczotka?

Powinna być na biurku, tak jak zawsze, ale jej tam nie było. Gdzie ją posiała?

Myśl, Anno. Pamię­tała, że szczot­ko­wała włosy rano, sie­dząc na ławeczce w oknie, bo miała z niej naj­lep­szy widok na Aren­delle. Patrze­nie na Aren­delle spra­wiało, że zaczy­nała o nim marzyć i roz­my­ślać, co by zro­biła, gdyby kie­dyś się tam prze­nio­sła. Pro­wa­dzi­łaby wła­sną pie­kar­nię, oczy­wi­ście, a jej cia­steczka byłyby tak popu­larne, że ludzie usta­wia­liby się w kolejki dniem i nocą, żeby je kupić. Pozna­łaby nowe osoby i zawarła przy­jaź­nie, a to wszystko brzmiało tak fan­ta­stycz­nie, że zaczęła śpie­wać, wiro­wać ze szczotką po pokoju… Och! Teraz przy­po­mniała sobie, gdzie ją rzu­ciła. Uklę­kła i spoj­rzała pod łóżko. Odzy­skała szczotkę i prze­su­wała nią po wło­sach, cho­dząc po pokoju.

Ręcz­nie malo­wana szafa z ubra­niami paso­wała do malun­ków na jej biurku, łóżku i wzo­rów na różo­wym kocu. Nama­lo­wała je razem z matką. Ojciec wyko­nał dla niej bujany fotel, w któ­rym sia­dała, by poczy­tać i zwy­kle otu­lała się mięk­kim bia­łym kocem. Jed­nak ulu­bio­nym pre­zen­tem, który dla niej zro­bił, był drew­niany zamek Aren­delle, który wyrzeź­bił na jej dwu­na­ste uro­dziny. Trzy­mała go na ławeczce w oknie, z któ­rego podzi­wiała zamek dniem i nocą. Jej różowy pokój nie był duży, ale i tak go uwiel­biała. Na drzwiach szafy wisiał nowy ciem­no­nie­bie­ski far­tuch z czer­wono-zie­lo­nym haftem, który zro­biła dla niej matka. Anna zacho­wała go na następną wizytę Freyi, a ta miała odbyć się dzi­siaj!

Jej rodzice byli tak zajęci pie­kar­nią, że nie pro­wa­dzili zbyt buj­nego życia towa­rzy­skiego, ale jej matka zawsze zna­la­zła czas na wizyty swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Freyi. Przy­jaź­niły się od dziecka i uwiel­biały spę­dzać razem czas. Freya zwy­kle odwie­dzała ich w Har­mon co drugi mie­siąc. Anna, jej matka i Freya spę­dzały cały dzień razem, pie­kąc i roz­ma­wia­jąc. Anna uwiel­biała słu­chać opo­wie­ści Freyi o Aren­delle, gdzie pra­co­wała jako kraw­cowa, a przy­no­szone przez nią pre­zenty spra­wiały Annie wielką przy­jem­ność. Por­ce­la­nowa lalka, ciemna cze­ko­lada, która topiła się jej na języku niczym lód, suk­nia balowa z zie­lo­nego jedwa­biu, przy­wie­ziona zza morza, która wisiała w jej sza­fie już od dwóch lat. Anna nie miała gdzie zało­żyć tak pięk­nej sukni, bo dni spę­dzała pokryta mąką i pla­mami z masła. Taka suk­nia zasłu­gi­wała, by wło­żyć ją na przy­ję­cie z tań­cami, pięk­nym oświe­tle­niem i dłu­gimi roz­mo­wami, nie pla­mami z mąki. W wio­sce odby­wały się przy­ję­cia, lecz Anna była tu jedyną pięt­na­sto­latką. Zakła­dała, że w Aren­delle było dużo wię­cej mło­dych osób niż w Har­mon.

Zało­żyła na sie­bie białą sukienkę i zie­lony swe­ter, chwy­ciła far­tuch, a potem skoń­czyła cze­sać włosy, cią­gnąc za wyjąt­kowo splą­tany koł­tun.

Roz­le­gło się ponowne puka­nie do drzwi.

– Anno!

– Już idę!

Słońce zaczęło już wsta­wać za jej oknem. Anna miała zada­nia do wyko­na­nia przed przy­by­ciem Freyi. Kobieta ni­gdy się nie spóź­niała, za to Anna miała ten­den­cję do roz­pra­sza­nia się i spóź­nia­nia kilka minut, nie­ważne, jak bar­dzo punk­tu­alna sta­rała się być.

Anna zgar­nęła buty z pod­łogi i pod­ska­ku­jąc, sta­rała się je wło­żyć, a zara­zem dotrzeć do drzwi. Pra­wie prze­wró­ciła swo­jego ojca, Johana, który cier­pli­wie cze­kał za drzwiami.

– Tatku! – Anna przy­tu­liła męż­czy­znę. – Wybacz!

– Nic się nie stało – odparł, kle­piąc ją po ple­cach.

Był krą­głym męż­czy­zną, niż­szym od córki o co naj­mniej trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów i zawsze pach­niał liśćmi mięty, które nie­ustan­nie żuł (przez więk­szość czasu męczył go ból brzu­cha). Był łysy od kiedy Anna pamię­tała, ale taki wygląd do niego paso­wał.

– Dla­czego nie przy­po­mnia­łeś mi, że przy­jeż­dża Freya? – spy­tała Anna, bez skutku pró­bu­jąc wygła­dzić włosy.

Śmiech ojca był głę­boki, wydo­by­wał się z jego okrą­głego brzu­cha (mawiał, że pró­bo­wał tyle samo cia­stek, co sprze­da­wał).

– Anno, mówi­li­śmy ci o tym każ­dego dnia przez ostatni tydzień, a wczo­raj dwa razy.

– Racja! – zgo­dziła się Anna, choć nie była pewna, czy to sobie przy­po­mi­nała. Dzień wcze­śniej dostar­czyła dwa torty do sklepu „Wędro­wiec” Oakena z oka­zji uro­dzin bliź­nia­ków (Anna nale­gała, by każde miało swój tort), zanio­sła krum­kake do sali zgro­ma­dzeń w wio­sce na spo­tka­nie rady i ukrę­ciła nową par­tię swo­ich słyn­nych bał­wan­ko­wych cia­ste­czek, by nadą­żyć z zapo­trze­bo­wa­niem. Nawet w lecie były ulu­bio­nym sma­ko­ły­kiem dzieci.

Freya też je uwiel­biała. Zawsze pro­siła o paczuszkę, którą na odchod­nym zabie­rała ze sobą. Anna zasta­na­wiała się, czy zostało tro­chę cia­ste­czek, które mogłaby jej poda­ro­wać.

– Powin­nam pójść pomóc mamie z otwar­ciem – powie­działa ojcu i zbie­gła ze scho­dów. Prze­le­ciała przez przy­tulny dzienny pokój i małą kuch­nię, po czym wypa­dła przez drzwi pro­wa­dzące do przy­le­ga­ją­cej do ich domu pie­karni. Niska kobieta z brą­zo­wymi wło­sami stała już przy drew­nia­nym stole i mie­szała w misce mąkę i jajka. Pod­nio­sła wzrok na Annę i uśmiech­nęła się.

– Naj­wyż­sza pora. – Matka poca­ło­wała ją w poli­czek, zało­żyła Annie luźny kosmyk za prawe ucho i wypro­sto­wała jej far­tuch. Zawsze chciała, by Anna wyglą­dała ład­nie, gdy odwie­dzała ich Freya.

– Wiem, prze­pra­szam – powie­działa Anna, krą­żąc po pie­karni i spraw­dza­jąc wypieki wysta­wione na sprze­daż na ladzie. Tak jak podej­rze­wała, taca z bał­wan­ko­wymi cia­stecz­kami była pusta. – I jesz­cze skoń­czyły się moje cia­steczka! Freya je uwiel­bia.

– Wła­śnie mie­szam skład­niki, żeby zro­bić kolejną por­cję. – W brą­zo­wych oczach matki odbi­jało się zmę­cze­nie.

Coraz cię­żej było jej pra­co­wać tyle godzin w pie­karni. Anna jak mogła sta­rała się nad­ro­bić pracę w cza­sie wol­nym mię­dzy lek­cjami, ale rodzice uparli się, że ma sku­pić się na nauce, nawet w waka­cje. Tata powta­rzał: „Pie­nią­dze są albo ich nie ma, ale nikt nie odbie­rze ci two­jego wykształ­ce­nia”. Anna rozu­miała te słowa, ale przez to cza­sem jej dni były wypeł­nione pracą w rów­nym stop­niu, co dni jej rodzi­ców: wsta­wała wcze­śnie, pie­kła, wyko­ny­wała obo­wiązki domowe, szła do szkoły albo uczyła się w domu, pra­cu­jąc nad umie­jęt­no­ściami czy­ta­nia, pisa­nia i mate­ma­tyką. Potem pra­co­wała w pie­karni i padała na łóżko, po czym budziła się, by robić to samo następ­nego dnia. Nie pozo­sta­wało jej zbyt dużo czasu na przy­kład na przy­jaź­nie. To dla­tego tak wycze­ki­wała odwie­dzin Freyi; były prze­bły­skiem życia poza Har­mon.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.weasel (ang.) – łasica (przyp. tłum.) [wróć]