Opis

 

Yi Sang (1910-1937) – autor nieznany polskiemu czytelnikowi – jako pierwszy w historii literatury koreańskiej sięgnął po nowatorską technikę strumienia świadomości i podjął próbę wglądu w psychikę jednostki. Narrator jego opowiadań relacjonuje wydarzenia z własnej, subiektywnej perspektywy, przez pryzmat rozszczepionej jaźni, która odziera otaczającą go rzeczywistość z realności i konkretnej formy. Tworzy wycinkowy obraz świata, którego nie rozumie i nie potrafi zdefiniować. Zanurzony we własnym „ja” nie pojmuje działań ludzi go otaczających ani mechanizmów rządzących światem.

Kości dziecka są zbiorem jednych z najdziwniejszych literacko opowiadań (stawiających przed tłumaczem wyjątkowe trudności) z początku XX wieku na Dalekim Wschodzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


TYTUŁ ORYGINAŁU:(Tonghae)
REDAKTOR PROWADZĄCY: Paweł Orzeł
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Il Lee, BK-002, 2006Courtesy of artist and Art Projects International, New York
PROJEKT OKŁADKI: Anna Sztwiertnia
REDAKCJA NAUKOWA: Anna Paradowska
OPIEKA REDAKCYJNA I KOREKTA: Aleksandra Zoń
KOREKTA: Magda Lotkowska
SKŁAD I ŁAMANIE: Mimi Wasilewska
Wydanie pierwsze
Warszawa 2019
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019 © Copyright for the Polish translation by Ewa Rynarzewska
ISBN 978-83-8196-001-4
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

SKRZYDŁA

(Nalgae)

Wiecie, co czuje „wypatroszony geniusz”? To przyjemne doznanie. Wtedy nawet miłość jest przyjemna.

Dopiero, gdy ciało słania się z wycieńczenia, umysł zaczyna myśleć jasno. A kiedy mój żołądek – zżerany przez pasożyty – zaczyna chłonąć nikotynę, w mojej głowie rozwija się biała kartka. Na kartce tej rozstawiam żarty i paradoksy – rozstawiam jak pionki na planszy do gry. To odrażająca choroba zdrowego rozsądku.

Znowu planuję życie z kobietą. Ja – nieudolny nawet w miłosnych podchodach; ja – który na moment zdołał wspiąć się na szczyt intelektu; innymi słowy – ja jakby rozdwojony. I w tym rozdwojeniu planuję życie – tylko z połową kobiety, która jest połową wszystkiego. Stawiam w to życie tylko jedną nogę, staję naprzeciw siebie – wpatrujemy się w siebie jak dwa identyczne słońca i zaczynamy chichotać. Nie mogę znieść rutyny życia. Jest tak nudne, że mogę je sobie odpuścić. Goodbye.

Goodbye. Czy zdarza ci się tęsknić za potrawą, której z całego serca nienawidzisz? Spróbuj czasami doświadczyć tej ironii. Żarty i paradoksy......

Możesz też stworzyć swoją własną imitację. Warto. Twoje dzieło będzie wspaniałe – tym wspanialsze, że nie będzie miało nic wspólnego z pierwowzorem.

Porzuć XIX wiek – wyjdź z niego, jeśli możesz. Ten duch Dostojewskiego – szkoda zachodu. Kto przyrównał Hugo do kromki francuskiego chleba? Trafniej nie mógł tego wyrazić. Nie daj się zwieść detalom życia, czy też raczej imitacji życia. Unikaj złego losu. Bardzo cię o to proszę......

(Kiedy zerwiesz bandaż, cieknie krew. Wierzę, że rana wkrótce się zagoi. Goodbye).

Uczucia – to pewna poza. (Sam nie wiem, być może mam na myśli tylko jakąś elementarną cząsteczkę tej pozy).

Kiedy ta poza zastygnie w bezruchu, uczucia natychmiast odcinają swoje źródło dostawy.

Moja niezwykła dojrzałość pozwoliła mi wypracować sobie opinię na temat życia.

Królowa pszczół i wdowa – czy na tym świecie, pełnym kobiet, znajdzie się choć jedna, która faktycznie nie jest wdową? Nie! A czy moja hipoteza, która zakłada, że każda kobieta w codziennym życiu jest wdową – czy ta hipoteza czasami nie obraża kobiet? Goodbye.

„Numer 33” – może się kojarzyć z domem publicznym, bo wszystkie mieszkania wyglądają tak samo.

Osiemnaście mieszkań – pod tym samym numerem. Ciągną się wzdłuż ulicy, stłoczone obok siebie. Takie same drzwi, takie same piece. Co więcej, wszyscy domownicy są tak samo młodzi. Wszyscy żyją w półmroku. Ale udają, że muszą się kryć przed słońcem. Dlatego rozciągają drut nad drzwiami wejściowymi, wieszają na nim swoją poplamioną pościel i pod pretekstem, że muszą ją przewietrzyć, odcinają dostęp promieniom słonecznym.

W tak przyciemnionych pokojach śpią za dnia. Nie sypiają w nocy? Nie wiem. Nie mogę wiedzieć, bo ja śpię nieustannie – i w dzień, i w nocy. Osiemnaście mieszkań pod numerem 33 przez cały dzień wypełnia spokój.

Spokój panuje tylko za dnia. Kiedy zapada zmierzch, pościel zostaje zdjęta i wniesiona do środka. A kiedy zapalą się lampy, osiemnaście mieszkań bije blaskiem jaśniejszym niż światło dnia. Do późna w nocy co rusz dolatuje dźwięk rozsuwanych drzwi. Wyczuć można poruszenie. Unoszą się różne zapachy. Pieczonego śledzia, ciemnego pudru Tango, płukanego ryżu, mydła......

Ale najważniejsze są tabliczki z imionami.

Do osiemnastu mieszkań wiedzie główna brama. Usytuowana została wprawdzie na uboczu, ale jest. I godnie reprezentuje mieszkańców. Równie dobrze mogłoby jej nie być, bo i tak jest stale otwarta. Różni kupcy, domokrążcy, sprzedawcy wchodzą i wychodzą przez tę bramę – o każdej porze dnia i nocy. Nie sprzedają tofu przed bramą, lecz otwierają rozsuwane drzwi domostwa i sprzedają tofu w pokojach. Dlatego umieszczenie na głównej bramie imion wszystkich zamieszkujących pod numerem 33 straciło jakikolwiek sens.

Zaczęto, choć nie wiadomo, kto i kiedy, przybijać tabliczki imienne do rozsuwanych drzwi, tuż obok szyldów, takich choćby jak Komnata Odwiecznego Spokoju czy Komnata Szczęśliwości.

Przybicie do naszych drzwi tabliczki z moim imieniem, nie! – mojej żony – tabliczki wielkości jednej czwartej karty do gry, miało zadośćuczynić temu powszechnemu zwyczajowi.

Ja się z nikim tutaj nie zadaję. Nikomu się nawet nie kłaniam. Nikogo, poza moją żoną, nie chcę znać. Nie kłaniam się innym ludziom i nie zadaję się z innymi ludźmi, bo zakładam, że w ten sposób wystawiłbym na szwank reputację mojej żony. Tak bardzo moja żona jest mi droga.

Moja żona jest mi tak bardzo droga, ponieważ wiem, że spośród wszystkich kobiet zamieszkujących osiemnaście mieszkań pod numerem 33 jest ona najdrobniejsza i najpiękniejsza – podobnie jak tabliczka z jej imieniem. Spośród wszystkich kwiatów, jakie rozkwitają w osiemnastu mieszkaniach, moja żona jest kwiatem najpiękniejszym i to ona rozświetla każdy zaułek ulicy, skrytej pod warstwą cienkich dachówek, które nie przepuszczają promieni słonecznych. A ja ten kwiat chronię...... Nie! „Ja” się pod nim chronię. Przyssałem się do niego i przeistoczyłem w żałosny byt, którego nie sposób opisać żadnymi słowami.

W moimi pokoju – nie w mieszkaniu, nie mam mieszkania – wszystko mi się podobało. Temperatura pokoju jak najbardziej odpowiadała temperaturze mojego ciała, a stopień zaciemnienia pokoju zadowalał mój wzrok. Nie potrzebowałem innego pokoju – ani chłodniejszego, ani cieplejszego. Nie chciałem pokoju jaśniejszego, nie chciałem pokoju przytulniejszego. Mój pokój chyba dla mnie tylko jedynego utrzymywał takie warunki, więc byłem mu za to stale wdzięczny. I radowała mnie myśl, że być może tylko po to przyszedłem na świat, żeby w nim zamieszkać. W tym wszystkim nie rozważałem, czy jestem szczęśliwy, czy jestem nieszczęśliwy. To znaczy, nie musiałem zastanawiać się, czy jestem szczęśliwy, ale też – z drugiej strony – nie musiałem zastanawiać się, czy jestem nieszczęśliwy.

Skoro mogłem bezczynnie i bez określonego celu spędzać każdy dzień, wszystko było w najlepszym porządku.

Mogłem oddawać się lenistwu w pokoju, który pod każdym względem odpowiadał moim potrzebom fizycznym i duchowym, niczym dobrze skrojone, wygodne ubranie. W tym lenistwie osiągałem stan całkowitego spokoju i zadowolenia – stan, który pozwalał mi wznieść się ponad takie doczesne sprawy jak szczęście i nieszczęście. Innymi słowy, osiągałem stan kongenialny. Podobał mi się ten stan.

Mój kongenialny pokój, jeśli liczyć od głównej bramy, jest dokładnie – siódmy. Lucky seven – trudno nie zauważyć w tym głębszego sensu. Czciłem tę liczbę siedem, jakby była zasłużonym odznaczeniem. Kto mógł przypuszczać, że ten podzielony pokój, którego dwie części odgradzały ciężkie przesuwane drzwi, stanie się symbolem mojego przeznaczenia.

Część pokoju, położona przy drzwiach wejściowych, jest mimo wszystko jaśniejsza. Rano wpada wiązka promieni słonecznych i na podłodze rysuje plamę wielkości chusty. Ta plama maleje powoli i po południu jest wielkości chusteczki do nosa. Do drugiej części pokoju, położonej w głębi, nigdy nie wpadają promienie słoneczne. Tę część, oczywiście, zamieszkuję ja. Jasna część pokoju – dla mojej żony, mroczna część pokoju – dla mnie. Nie pamiętam już, kto podjął tę decyzję – ja czy moja żona. Nie mam też o to żadnych pretensji. Bo kiedy tylko żona jest nieobecna, zakradam się do jej pokoju, otwieram okno i przyglądam się, jak ciepłe poranne promienie wschodzącego słońca otulają światłem toaletkę żony – wszystkie te fiolki, flakoniki i buteleczki, które zaczynają migotać i mienić się różnymi barwami. Przyglądam się temu migotaniu i to przyglądanie jest jedną z najlepszych moich rozrywek.

Wyjmuję niewielkie szkło powiększające i bawię się nim, przypalając papierowe chusteczki, których używa wyłącznie moja żona. Załamuję promienie słoneczne i skupiam je w jednym punkcie chusteczki, ta najpierw się nagrzewa, potem zaczyna skwierczeć, aż w końcu wydziela cienką smużkę dymu i pokazuje niewielki otwór. Wszystko to trwa zaledwie kilka chwil, ale to czekanie i towarzyszący mu niepokój sprawiają mi niebywałą frajdę, której nic nie może się równać.

Kiedy mam już dosyć tej rozrywki, zaczynam bawić się podręcznym lusterkiem żony. Lustro ma zastosowanie praktyczne tylko wtedy, gdy odbija twarz. W pozostałych sytuacjach jest po prostu zabawką.

Również ta rozrywka szybko mnie nuży. Moje poczucie uciechy cechuje jakiś brak spójności, który miota mną między ciałem i duchem. Odkładam lusterko, podchodzę do toaletki żony i przyglądam się tym wszystkim fiolkom, flakonikom i buteleczkom. Ustawione obok siebie w równym szeregu budzą zachwyt, jakiego nic na tym świecie nie zdoła wzbudzić. Wybieram jeden flakonik, z namaszczeniem zdejmuję nasadkę, przystawiam flakonik do nosa i lekko wdycham zapach – tak lekko, że właściwie wstrzymuję oddech. Egzotyczna, zmysłowa woń wnika w moje płuca, a ja czuję, jak powieki moich oczu same się zamykają. Nie mam wątpliwości: tę woń roztacza ciało mojej żony. Nakładam nasadkę na flakonik i zagłębiam się w rozważaniach. Która część ciała mojej żony roztacza tę woń? Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ zapach ciała mojej żony jest sumą różnych woni, które się tutaj unoszą.

Pokój mojej żony zawsze zachwycał mnie swoim przepychem, czego nie mogę powiedzieć o swoim skromnym pokoju. U mnie trudno byłoby doszukać się nawet gwoździa w ścianie. W pokoju mojej żony gwoździe wbite były do wszystkich ścian – od sufitu do podłogi. Na tych gwoździach wisiały kolorowe spódnice i bluzki. Miło było popatrzeć na te wszystkie kolory. Miło było sobie wyobrazić, że w fałdach tych spódnic kryje się ciało mojej żony, że jej ciało przyjmuje wszystkie możliwe pozy. Te wyobrażenia wiodły mnie zawsze do nieprzyzwoitych myśli.

Powinienem jeszcze dodać, że nie miałem ubrań. Nie dostałem od żony żadnego ubrania. Mój jedyny sztruksowy garnitur był jednocześnie moją piżamą, ubraniem domowym i strojem wyjściowym. A golf służył mi za podkoszulek, który nosiłem przez cały rok na okrągło. I garnitur, i golf były w kolorze czarnym. Zakładam, że nie był to przypadek. Dzięki temu mój widok nie budził odrazy nawet wówczas, gdy mój strój prany był tak rzadko jak to możliwe. Miałem na sobie bokserki, uszyte z miękkiego materiału, w które wszyta była elastyczna guma. I ta guma mnie uwierała – w trzech miejscach: w pasie i wokół ud. A jednak nie protestowałem. Potrafiłem zająć się sobą.

Wiązka promieni słonecznych, która tworzyła na podłodze plamę wielkości chusteczki, znikła nie wiedzieć kiedy. Żona jeszcze nie wróciła. Poczułem zmęczenie, bo nawet błahe czynności mnie męczyły. Pomyślałem też, że przed powrotem żony powinienem wrócić do swojego pokoju. Wróciłem więc do swojego pokoju. W moim pokoju panował półmrok. Zagrzebałem się cały pod kołdrą i zapadłem w drzemkę. Moje posłanie, którego nigdy nie składam, powitało mnie serdecznie, jakby było częścią mojego ciała. Czasami udawało mi się szybko zapaść w sen. Ale czasami czułem, jakby całe moje ciało przeszywał prąd i w ogóle nie byłem w stanie zasnąć. Wtedy zatapiałem się w rozważaniach na wybrany temat – na różne tematy. Pod tą wilgotną kołdrą dokonałem wielu odkryć. Zdołałem też napisać wiele rozpraw. I stworzyć wiele wierszy.

Jednak w chwili, kiedy zapadałem w sen, one wszystkie ulatniały się nie wiedzieć gdzie, niczym zapach mydła, który ulatnia się w powietrzu zawieszonym ciężko w moim pokoju. Po przebudzeniu moja głowa przypominała już tylko poduszkę wypchaną trocinami. A ja byłem tylko strzępem nerwów. I tylko tyle.

Dlatego tak nienawidzę pluskiew. Pełno ich w całym moim pokoju, nawet zimą. Nienawidzę tych pluskiew i to mnie martwi. Jeżeli cokolwiek mnie w ogóle martwi. Pogryzione przez pluskwy rany swędzą, więc drapię je do krwi. Czuję szczypanie. Czuję subtelną przyjemność – czuję ją wyraźnie. Zapadam w długą drzemkę.

Okryty szczelnie kołdrą, oddaję się głębokim rozważaniom, lecz nie potrafię wymyślić nic konstruktywnego. Bo właściwie nie muszę. A zresztą nawet gdyby udało mi się wymyślić coś konstruktywnego, z pewnością musiałbym to skonsultować z żoną i z pewnością zostałbym za to przez żonę zbesztany...... Ta perspektywa budziła we mnie nie tyle przerażenie, co raczej rozdrażnienie. Uznałem, że nie chcę pracować, jak przystało na porządnego, kompetentnego obywatela; uznałem, że nie chcę narażać się na wymówki żony. Uznałem, że chcę się nurzać w lenistwie – stać się najbardziej leniwą istotą na ziemi. I, jeżeli to jest w ogóle możliwe, zrzucić tę niedorzeczną ludzką maskę.

Czułem się wykluczony ze społeczeństwa. Czułem się wykluczony z życia. Wszystko było obce i niezrozumiałe.

Żona myje się dwa razy dziennie.

Ja nie myję się wcale.

Nad ranem, między trzecią a czwartą, idę do wychodka. W pogodną noc przystaję na dworze i stoję tak przez jakiś czas zamyślony. A potem wracam do pokoju. To dlatego nie spotykam dziewcząt z osiemnastu mieszkań. A jednak znam je prawie wszystkie. Żadna nie może się równać z moją żoną.

Pierwsza toaleta mojej żony odbywa się około jedenastej przed południem i jest raczej prosta. Druga toaleta odbywa się około siódmej wieczorem i wymaga już wielu zabiegów. Ubranie, które żona wkłada wieczorem, jest ładniejsze i schludniejsze niż ubranie, które nosi w dzień. Z domu wychodzi i w dzień, i wieczorem.

Czy żona wychodzi do pracy? Czy żona gdzieś pracuje? Nie wiem. Gdyby żona nigdzie nie pracowała, nie musiałaby nigdzie wychodzić. Siedziałaby w domu ze mną, siedziałaby w domu jak ja. A ona wychodziła. Nie tylko wychodziła, przyjmowała też wielu klientów. W dniu, kiedy żona miała wielu klientów, ja musiałem cały dzień leżeć pod kołdrą w swoim pokoju.

Nie mogłem bawić się szkłem powiększającym. Nie mogłem wąchać kosmetyków. W takim dniu dopadała mnie melancholia. A wtedy żona dawała mi srebrną monetę. Pięćdziesiąt chŏnów. Lubiłem dostawać srebrne monety. Nie wiedziałem jednak, co z nimi zrobić, więc za każdym razem wrzucałem je za poduszkę, aż w końcu uzbierał się spory stos. Moja żona zobaczyła go któregoś dnia i kupiła mi skarbonkę w kształcie szkatułki. Wrzuciłem do niej wszystkie monety – jedną po drugiej, a moja żona zabrała ze sobą klucz. Pamiętam, że później także wrzucałem do skarbonki srebrne monety. I pławiłem się w lenistwie. Po jakimś czasie we włosach żony pojawiła się ozdobna spinka – wystawała jak pryszcz. Nie widziałem jej wcześniej. Czy to przez nią moja skarbonka w kształcie szkatułki stała się taka lekka? Skarbonka leżała wciąż za poduszką, lecz ja przestałem się nią interesować. Moje lenistwo nie pozwalało mi zawracać sobie głowy takimi błahostkami.

Kiedy moja żona przyjmowała klientów, nie mogłem zasnąć, choćbym nie wiem jak szczelnie zakrył się kołdrą. Nie mogłem zasnąć – tak samo jak w deszczowe dni. Kiedy nie spałem, analizowałem sytuację. Dlaczego moja żona ma zawsze pieniądze? Dlaczego ma ich tak dużo?

Klienci chyba nie wiedzą nic o mojej obecności. W swojej zuchwałości pozwalają sobie na zabawy, których nawet ja nie ośmieliłbym się proponować żonie.

Jednak kilku klientów żony zachowuje się zawsze w miarę przyzwoicie. To ci, którzy krótko po północy żegnają się grzecznie i wychodzą. Inni nie są aż tak dobrze wychowani – oni na ogół każą zamówić jedzenie na dowóz. Zjadają i bawią się dalej. Odzyskują wigor, ale przeważnie nie sprawiają już problemów.

Uznałem, że najpierw spróbuję ustalić, jaki żona ma zawód. To jednak okazało się zbyt trudne przez mój ograniczony punkt widzenia i niepełną wiedzę. Niewykluczone, że nigdy nie dowiem się, jaki moja żona ma zawód.

Żona zawsze nosi modne buty. Żona przygotowuje także posiłek. Wprawdzie nigdy nie widziałem, żeby żona przygotowywała posiłek, ale przynosi go do mojego pokoju zawsze, kiedy zbliża się pora jedzenia – rano i wieczorem. Tutaj nikt, poza mną i moją żoną, nie mieszka. A zatem posiłki przygotowuje żona. To przecież oczywiste.

A jednak żona ani razu nie zaprosiła mnie do swojego pokoju. Jadłem i spałem sam – w swojej części pokoju. Jedzenie było niedobre. Jedzenie było źle przygotowane. Przełykałem szybko, szeroko otwierając usta jak pisklę albo szczeniak. Posłusznie zjadałem wszystko, choć – przyznaję – w duchu wielokrotnie pomstowałem. Pobladłem na twarzy, zmarniałem. Z każdym dniem wyraźnie traciłem siły. W moim jedzeniu brakowało składników odżywczych, więc zostały ze mnie tylko kości. Uwierały, kiedy leżałem, więc nie mogłem spać. Przewracałem się z jednego boku na drugi wiele razy i z trudem znosiłem ból.

To dlatego owinięty w kołdrę oddawałem się przeróżnym rozmyślaniom. Czasami zastanawiałem się, skąd moja żona ma zawsze pieniądze. Innym razem, kiedy zapach jedzenia przenikał przez szczeliny drzwi, zastanawiałem się, co przygotowała na kolację. Nie mogłem zasnąć.

Wreszcie zrozumiałem. Zrozumiałem, że moja żona ma pieniądze od klientów, których – sam nawet nie wiem, dlaczego – uważałem za zwykłych dziwaków. To pewnie oni dawali mojej żonie pieniądze. Tylko dlaczego mieliby dawać jej pieniądze? I dlaczego moja żona miałaby je brać? Nijak nie potrafiłem pojąć mechanizmu tej wymiany grzeczności.

Czy to była kwestia jedynie kurtuazji? A może jakaś forma wynagrodzenia? Zapłata za usługę? Wyraz współczucia? Czy moja żona wzbudzała w nich litość?

Im dłużej o tym myślałem, tym większy i większy czułem w głowie zamęt. Przed zaśnięciem udało mi się dojść tylko do wniosku, że cała ta sytuacja jest niebywale niezręczna, nie dopytywałem się jednak żony o nic. Po części dlatego, że nie chciałem sobie zawracać tym głowy, a po części dlatego, że następnego dnia po przebudzeniu byłem zupełnie innym człowiekiem i o niczym nie pamiętałem.

Żona odwiedza mnie czasem późnym wieczorem. Po wyjściu klientów, czasem też po powrocie z miasta przebiera się w codzienny strój i wchodzi do mojego pokoju. Zagląda pod kołdrę i ożywionym głosem szepcze mi do ucha kilka słów pocieszenia. Przyglądam się pięknej twarzy żony z uśmiechem bez cienia drwiny, bez cienia kpiny, bez cienia szczerości. Żona też się do mnie uśmiecha. Widzę, jak smutek błąka się po jej twarzy.

Żona wie, że jestem głodny. A jednak nigdy nie daje mi resztek jedzenia pozostawionego przez klientów. Przyjmuję to jako oczywisty dowód jej ogromnego szacunku. Doceniam jej intencje, nawet głodny. Żona szczebiocze coś tam ożywiona, a po jej odejściu zapada cisza. Tylko srebrna moneta, którą żona kładzie tuż za moją głową przed wyjściem, odbija się niewyraźnie w świetle lampy.

Ile takich srebrnych monet jest w mojej skarbonce? Nie zamierzałem sprawdzać. Ja tylko wrzucałem monety – wciskałem je przez szczelinę przypominającą krawędź guzika. Wyzuty z pragnień, wyzuty z marzeń.

Dlaczego klienci dawali mojej żonie pieniądze? Na to pytanie nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. Podobnie jak nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego moja żona daje mi pieniądze. W zasadzie nie miałem nic przeciwko temu, choć jej gest wzbudzał tylko nieznaczną, przelotną podnietę zmysłową. Pojawiała się, kiedy brałem w palce monetę. I znikała, kiedy moneta znikała bez śladu w skarbonce. Cała radość – nic ponadto.

Pewnego dnia wrzuciłem skarbonkę do latryny. Nie wiem dokładnie, ile w niej było monet, ale na pewno było dużo.

Na myśl, że żyję na ziemi, a ziemia, na której żyję, gna z prędkością światła w przepastną, nieskończoną przestrzeń, ogarnęło mnie dotkliwe poczucie nicości. Zapragnąłem wyskoczyć z tej zagonionej, umęczonej ziemi i uczynić to jak najszybciej, zanim ta ziemia doprowadzi mnie do utraty przytomności.

Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy leżałem owinięty szczelnie kołdrą i przez te myśli wszystko mnie nużyło, nawet wrzucanie srebrnych monet do skarbonki. Miałem nadzieję, że żona przejmie skarbonkę. Czekałem, aż żona zabierze skarbonkę do swojego pokoju, bo tak naprawdę to ona potrzebowała pieniędzy. I skarbonki. Dla mnie od samego początku nie miała ona żadnego znaczenia. Jednak żona nie zabrała skarbonki. Zacząłem więc rozważać, czy nie podrzucić jej do pokoju żony, ale miała tak wielu klientów, że nie mogłem znaleźć odpowiedniego momentu. Nie pozostało mi nic innego, jak wrzucić skarbonkę do latryny.

Z ciężkim sercem i niepokojem czekałem na reprymendę żony. Ale ona nie zadała żadnych pytań, w ogóle się nie odezwała. Co więcej, wciąż jakby nigdy nic zostawiała monety za poduszką. W krótkim czasie ponownie uzbierał się z nich spory stos.

Okryty