Luta Karabina. Prawo matki - Przemysław Piotrowski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Luta Karabina. Prawo matki ebook i audiobook

Przemysław Piotrowski

4,7

540 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwsza część nowego cyklu Przemysława Piotrowskiego, autora bestsellerowych kryminałów z komisarzem Igorem Brudnym!

Luta Karabina, kiedyś jedna z najlepszych kobiet w siłach specjalnych, obecnie zarabia na życie pracując na platformie wiertniczej u wybrzeży Norwegii. Samotnie wychowuje dwójkę dzieci i spędza z nimi każdą wolną chwilę.

W trakcie rodzinnego wypoczynku dochodzi do tragedii – jej córka zostaje porwana!

Czas ucieka, działania policji nie dają rezultatów, a przecieki świadczą, że dziewczynka padła ofiarą wyjątkowo brutalnej szajki handlarzy żywym towarem. Kobieta nie ma wyjścia, bierze sprawy w swoje ręce. Rozpoczyna się dramatyczna walka o odzyskanie córki. Do śledztwa dołącza Zygmunt Szatan, twardy glina i tropiciel, który ma do wyrównania rachunki sprzed lat.

Luta – czy tego chce czy nie – też musi wrócić do swojej mrocznej przeszłości. To w niej znajduje się klucz do odzyskania ukochanej córki…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 55 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,7 (131 ocen)
105
17
8
1
0
Sortuj według:
Adella60
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita. To już chyba niedługo, gdy Przemysław Piotrowski strąci Remigiusza Mroza z tronu
Faraonka_1977

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita historia, wartka akcja, bez owijania w bawełnę! Jak sam autor pisze, inspirowana prawdziwymi zdarzeniami! Interpretacja lektora, ton, wypowiedzi tylko świadczy o wielkim zaangażowaniu w swoją pracę! Dziękuję, że mogłam stać się słuchaczem tej historii! Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg historii Lutki i Szatana! Polecam!
40
Krystyna64

Nie oderwiesz się od lektury

Wciąga od pierwszych stron, nie da się odstawić. Super, czekam na kolejne
40
margola25

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna i do końca trzymająca w napięciu.POLECAM
30
marta1126

Nie oderwiesz się od lektury

Jeden z najlepszych thrillerów jaki czytałam. Mam nadzieję, że kontynuacja pojawi się wkrótce.
20

Popularność




PROLOG

Po raz ostatni spoj­rzał w zimne oczy trupa.

Były prze­krwione i spo­wite mgłą, jałowe, jakby ni­gdy nie tliło się w nich życie. Nagie ciało, które zostało już umyte i zdą­żyło stę­żeć, nosiło ślady pobi­cia, twarz była czer­wona i spuch­nięta. Żało­sny widok. Ot, kupa poła­ma­nych kości, zmiaż­dżo­nych mię­śni i pozry­wa­nych ścię­gien oble­czona skórą. Nic wię­cej. Ta myśl jed­nak nie spra­wiła mu spo­dzie­wa­nej przy­jem­no­ści. Może wcze­śniej, teraz już nie. Czuł co naj­wy­żej odrazę. I strach przed tym, co nastąpi. W świe­cie, w któ­rym żył, długi trzeba było spła­cać.

– Wystar­czy tych poże­gnań – oznaj­mił jeden ze sto­ją­cych obok ludzi. Echo jego słów, wypo­wie­dzia­nych lekko ochry­płym gło­sem, odbiło się od zim­nych ścian prze­stron­nej hali.

– Jesz­cze chwila.

– Nie mam na to czasu. I tak zbyt wiele go dla cie­bie zmar­no­wa­łem. A mój czas jest cenny.

– Wiem o tym i…

– No wła­śnie nie jestem tego tak do końca pewny – prze­rwał mu i wytarł dło­nie w chu­s­teczkę. – I, kurwa, spójrz na mnie, gdy do cie­bie mówię! – wark­nął.

Męż­czy­zna pochy­la­jący się nad tru­pem prze­łknął ślinę i prze­niósł wzrok na roz­mówcę. Ten mie­rzył go suro­wym spoj­rze­niem. Na co dzień nie wyglą­dał na tak groź­nego, jak w rze­czy­wi­sto­ści był. Pomimo spo­rej nad­wagi nosił dobrze skro­jone gar­ni­tury i czę­sto się uśmie­chał. Biz­nes­men, inwe­stor, filan­trop. W mie­ście znał każ­dego – i każdy się z nim liczył. Był sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem, pro­wa­dził sze­reg intrat­nych inte­re­sów i regu­lar­nie pła­cił podatki. Spon­so­ro­wał nawet place zabaw dla dzieci. Dzia­łał w wielu bran­żach, w tym w sek­to­rze trzody chlew­nej, a miej­sce, w któ­rym wła­śnie się znaj­do­wali, było ponurą ema­na­cją tego, o czym więk­szość zja­da­czy scha­bo­wych ni­gdy nie chcia­łaby sły­szeć i czego ni­gdy nie chcia­łaby oglą­dać.

– Prze­pra­szam, sze­fie. Za dużo emo­cji.

– Emo­cje to zły doradca. Ni­gdy nie kie­ruj się emo­cjami, bo skoń­czysz jak on.

– Rozu­miem, sze­fie.

– Nie rozu­miesz. Ale kie­dyś zrozu­miesz. Chcesz dać tatuś­kowi buziaka?

Nie odpo­wie­dział, tylko skrzy­wił się z odrazą. Odniósł wra­że­nie, że szef z niego kpi. Odsu­nął się od zwłok.

– W takim razie koń­czymy imprezę.

Facet w gar­ni­tu­rze prze­tarł czoło i scho­wał chu­s­teczkę do kie­szeni. Ski­nął na swo­jego czło­wieka sto­ją­cego obok. Mię­śniak o apa­ry­cji niedź­wie­dzia wycią­gnął rękę, w któ­rej na dłu­gim kablu trzy­mał ste­row­nik z kil­koma kolo­ro­wymi przy­ci­skami. Prze­ka­zał go roz­mówcy swo­jego szefa. Ten przez chwilę ważył urzą­dze­nie w dłoni, po czym ostatni raz spoj­rzał na trupa.

– Spłoń w pie­kle, skur­wy­synu – mruk­nął i splu­nął na zwłoki. Gdy wci­snął zie­lony guzik, halę wypeł­nił zgrzyt mecha­ni­zmu uru­cha­mia­nej linii pro­duk­cyj­nej.

Patrzył w mil­cze­niu, jak ciało powoli się oddala. Na­dal nie czuł satys­fak­cji. Nie spodo­bało mu się to, bo liczył, że będzie się kar­mił tym uczu­ciem dłu­gie mie­siące, a może nawet lata. Ogar­nął go zawód, tym więk­szy, że zda­wał sobie sprawę ze swo­jego poło­że­nia. Wie­dział, że kiedy przyj­dzie czas zapłaty, nie będzie mógł odmó­wić.

– Zapo­wiada się dużo roboty – ode­zwał się męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, jakby czy­tał mu w myślach. – Możesz mi się przy­dać, więc nie ruszaj się z mia­sta.

Ski­nął na znak, że usły­szał, i prze­niósł wzrok z powro­tem na sunące po taśmie pro­duk­cyj­nej zwłoki. Dud­niący echem w pustej hali odgłos prze­my­sło­wej roz­drab­niarki mięsa wybrzmie­wał jakby coraz gło­śniej, wwier­cał się w skro­nie, nie­mal roz­sa­dzał czaszkę. Wtedy poczuł ukłu­cie lęku. Co on naj­lep­szego naro­bił? Czy naprawdę było warto? To nie tak, kurwa, miało wyglą­dać! Tylko co z tego? Było już za późno. Teraz mógł tylko patrzeć.

Zaci­snął powieki, zdjęty odrazą do samego sie­bie. Wtedy zwłoki zsu­nęły się z taśmy. Coś zachrzę­ściło, coś mla­snęło. I już nie było spuch­nię­tej głowy ani jało­wych oczu, nie było rąk, nóg ani oble­czo­nego skórą worka kości.

Pozo­stał dług.

ROZDZIAŁ 1

– Metrowa spira, dwie metrowe vangi i chuja. – Luta przy­mknęła oko i raz jesz­cze się upew­niła, czy kąt się zga­dza, a jej plan prze­bu­dowy rusz­to­wa­nia nie spali na panewce.

– Chuja? – Młody chło­pak wyraź­nie się spe­szył.

– No chuja, chuja. Wiesz, jak wygląda chuj?

– No… wiem.

Luta wes­tchnęła.

– Dobra, nie wiesz – mruk­nęła, po czym zeszła z rusz­to­wa­nia. Popra­wiła kask i uśmiech­nęła się do chło­paka. – Chuj to taki vange router z wysta­ją­cym bol­cem. Wiesz, jak wygląda zwy­kły vange router?

– Wiem. Takie coś z łań­cusz­kami.

– Otóż to. Więc to coś z łań­cusz­kami ma jesz­cze bolec. Mniej wię­cej taki. – Roz­su­nęła dło­nie na około trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. – I to coś z łań­cusz­kami i bol­cem potocz­nie nazy­wamy chu­jem. Powi­nie­neś go zna­leźć w jed­nym z tam­tych meta­lo­wych koszy. – Wska­zała na pokaźne pojem­niki sto­jące na prze­stron­nym bal­ko­nie.

– Okej.

– Tylko migiem, bo chcę skoń­czyć przed prze­rwą, żeby już tu nie wra­cać.

– Metrowa spira, dwie vangi…

– Metrowe.

– I chuj. Już się robi.

Odpro­wa­dziła chło­paka wzro­kiem. Poru­szał się, roz­glą­da­jąc po całej kon­struk­cji, tak jakby chwilę wcze­śniej tele­por­to­wał się tu z innej pla­nety albo przy­pad­kiem zna­lazł się na statku kosmicz­nym obcych. Z jed­nej strony kom­plet­nie prze­ra­żony, z dru­giej – total­nie zafa­scy­no­wany. Pra­wie każdy świe­żak zacho­wy­wał się tak samo. Ona kie­dyś też. Co prawda minęło już dobrych kilka lat, ale dosko­nale pamię­tała to uczu­cie, gdy po raz pierw­szy zna­lazła się na zado­ko­wa­nej w stoczni plat­for­mie wiert­ni­czej. Ogrom kon­struk­cji ją przy­tło­czył, a kole­dzy jej byłego męża – choć wzięli na nią poprawkę – dodat­kowo nie uła­twili jej zada­nia.

– Luta, weź no mi po… tfu, nacią­gnij druta – pole­cił jej Daniel pierw­szego dnia pracy. Jego szy­der­czy uśmie­szek i chi­chot kum­pli spra­wiły, że w środku się zago­to­wała. Zacho­wała jed­nak kamienną twarz.

– A jak dłu­giego chcesz tego druta? – zapy­tała.

– No…

– No jakiego? – powtó­rzyła.

Na deku zapa­dła cisza. Zamil­kły nawet szli­fierki. Poczuła na sobie spoj­rze­nia kil­ku­na­stu męż­czyzn w czer­wo­nych robo­czych dre­li­chach. Nawet spa­wa­cze zdjęli maski i odło­żyli sprzęt.

– Mogę ci poka­zać – odparł Daniel, choć wyraź­nie bez prze­ko­na­nia.

Przej­rzała go natych­miast. Zna­lazł się pod pre­sją kole­gów i chciał bły­snąć. Były mąż ostrze­gał ją, że to krewki typ i lubi się napi­nać, ale bez wąt­pie­nia szep­nął też chło­pa­kom kilka słów na jej temat. Ona rów­nież miała swoją histo­rię.

– To pokaż – pole­ciła, wbi­ja­jąc w faceta surowe spoj­rze­nie.

Sekunda. Dwie, trzy, pięć. Mię­sień pod jego lewym okiem drgnął kilka razy. To musiał być ner­wowy tik i na pewno nad nim nie pano­wał. Potra­fiła czy­tać z mowy ciała. Daniel wyraź­nie się zaga­lo­po­wał i teraz nie do końca wie­dział, jak wybrnąć z sytu­acji.

– No, pokaż jej! – ponio­sło się za jej ple­cami.

– Musi się dzie­wu­cha jakoś wku­pić, co nie?

– Niech młoda cha­pie dzidę!

Posy­pały się nie­wy­bredne tek­sty, ale zigno­ro­wała je. Patrzyła pro­sto w oczy Daniela. Była w tym dobra. W kosza­rach twardsi wymię­kali i zwie­szali głowy. Gdy dostrze­gła, że part­ner z teamu się szy­kuje, aby coś powie­dzieć, pozwo­liła mu unik­nąć kom­pro­mi­ta­cji.

– Żar­to­wa­łam. – Uśmiech­nęła się życz­li­wie. – To ile ci nawi­nąć tego druta?

– Ty… – prych­nął i pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. – Kilka metrów. Janusz mówił, żeby na deku wyżej powią­zać jakieś planki.

– W porządku.

Za ple­cami sły­szała śmie­chy, ktoś nawet gwizd­nął, ale kom­plet­nie to olała. Przy­go­to­wała się na takie przy­tyki. Szy­mon ją uprze­dził, że lekko nie będzie. To był świat męż­czyzn. Wiel­kich, buzu­ją­cych od testo­ste­ronu koni pocią­go­wych, czę­sto z baga­żem doświad­czeń, cza­sem po wyro­kach. Wie­działa, że nie może prze­sa­dzać, zwłasz­cza że nie wszy­scy musieli koja­rzyć jej byłego męża, a ona była świe­ża­kiem i pracę znała tylko z teo­rii, nie licząc kilku małych robót w Pol­sce, które jed­nak nie miały pra­wie żad­nego prze­ło­że­nia na warunki panu­jące na plat­for­mie. Tutaj wszystko było nowe i po pro­stu inne. Może z wyjąt­kiem face­tów. Oni bez względu na czas i miej­sce zawsze pozo­sta­wali takimi samymi ogrami.

– Wejdź na górę i spró­buj to zamon­to­wać – powie­działa, gdy chło­pak wró­cił z zamó­wio­nymi ele­men­tami rusz­to­wa­nia. – Wiesz mniej wię­cej, jak to zro­bić?

– No…

– Dobra, wytłu­ma­czę ci. Właź, a ja podam ci mate­riał.

Mariusz nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego, ale dłu­żej się nie ocią­gał. Wie­działa, że jeśli ma się cze­goś nauczyć, to prę­dzej z nią niż z innymi. Nie chciała gene­ra­li­zo­wać, ale podej­rze­wała, że ze swoim mięk­kim cha­rak­te­rem i apa­ry­cją uczniaka młody szybko sta­nie się ofiarą docin­ków ze strony star­szych i bar­dziej doświad­czo­nych kole­gów, zwłasz­cza tych z zani­żoną samo­oceną, któ­rzy kom­pleksy pró­bo­wali tuszo­wać nie­zli­czoną liczbą tatu­aży i sztucz­nie zawy­żo­nym stę­że­niem testo­ste­ronu we krwi.

Ski­nęła dwóm kole­gom prze­cho­dzą­cym obok i podała ele­menty rusz­to­wa­nia Mariu­szowi, który popra­wiw­szy kask, zabrał się do mon­tażu. Musiała wytłu­ma­czyć mu jak kro­wie na rowie, ale osta­tecz­nie chło­pak pora­dził sobie cał­kiem zgrab­nie.

– Będą z cie­bie ludzie – pochwa­liła go, gdy zesko­czył na dek. – Za pięć minut prze­rwa. Idź coś zjeść.

– A wła­śnie… wiesz, gdzie jest kan­tyna?

Luta wes­tchnęła i ski­nęła, aby chło­pak ruszył za nią. W prze­ci­wień­stwie do Mariu­sza, który dopiero zaczy­nał rota­cję, ona swoją na dziś koń­czyła. Pomy­ślała, że zanim chło­pak trafi pod skrzy­dła kogoś innego, pomoże mu się zado­mo­wić i poczuć odro­binę pew­niej.

W kan­ty­nie usia­dła na swoim miej­scu, w towa­rzy­stwie naj­bliż­szych kom­pa­nów. Przed­sta­wiła im Mariu­sza – który zacho­wy­wał się, jakby wło­żył czapkę nie­widkę – a potem przy akom­pa­nia­men­cie nie­wy­bred­nych żar­tów zje­dli obiad zło­żony z ryżu i kur­czaka curry, popili ohydną kawą i wró­cili do pracy. Ostat­nie trzy godziny cią­gnęły się jak flaki z ole­jem, roboty też było nie­wiele, więc pod rusz­to­wa­niem wypy­tała tro­chę mło­dego, kim jest i czym się wcze­śniej zaj­mo­wał. Oka­zało się, że Mariusz to ratow­nik medyczny, który w pew­nym momen­cie miał już ser­decz­nie dość swo­jej pracy, zupeł­nie stra­cił do niej serce i posta­no­wił zająć się czymś, co zapewni jego rodzi­nie byt na przy­zwo­itym pozio­mie. Zdzi­wiła się, gdy oznaj­mił, że ma dwie córki – sze­ścio- i dzie­wię­cio­let­nią – a żona jest w ciąży z trze­cim dziec­kiem. W końcu miał być syn.

– Dla­tego tu przy­je­cha­łeś? – zapy­tała.

– Mia­łem kum­pla, który tu jeź­dził. Od dłuż­szego czasu mnie nama­wiał, ale ja prze­cież ni­gdy nie mia­łem nic wspól­nego z budow­lanką. Gdy Mal­wina zaszła w trze­cią ciążę, a ja zrozumia­łem, że ten cho­lerny koro­na­wi­rus może tak szybko nie odpu­ścić, zde­cy­do­wa­łem się spró­bo­wać. Uwierz mi, bycie ratow­ni­kiem to naprawdę prze­rą­bana praca. Cią­gle w tych kom­bi­ne­zo­nach, maskach, nawet wysi­kać się nie można. Tra­ge­dia…

– Tro­chę z desz­czu pod rynnę. – Luta się roze­śmiała, ale szybko umil­kła. – Pocze­kaj, jak ruszą roz­biórki, zwłasz­cza po czar­teku, albo co gor­sza w ruch pój­dzie pyro­gel. To cho­ler­stwo jest dopiero szko­dliwe, podobno sil­nie rako­twór­cze. Bez maski i szczel­nego kom­bi­ne­zonu ani rusz.

– Sły­sza­łem. Ale przy­naj­mniej ludzie nie będą cię wyzy­wać od mor­der­ców i ban­dy­tów. A to już coś.

Godzinę przed koń­cem Luta poże­gnała się z Mariu­szem, wcze­śniej dając mu kilka wska­zó­wek odno­śnie do pracy na plat­for­mie, po czym poszła do szatni, aby się prze­brać i spa­ko­wać sprzęt. W środku cze­kało już kil­ku­na­stu kum­pli z rota­cji, któ­rzy od dłuż­szego czasu odli­czali minuty, aż odbiją kartę i opusz­czą teren stoczni. Nie miała opo­rów, żeby się przy nich prze­bie­rać – zresztą oni przez lata zdą­żyli się już do tego przy­zwy­czaić – więc po przy­bi­ciu kilku pią­tek zrzu­ciła pas z narzę­dziami, kask oraz dre­lich, pod któ­rym w lecie nosiła jedy­nie obci­słe szorty i spor­towy sta­nik nie­mal do zera spłasz­cza­jący jej i tak mało wydatny biust. Do tej pory tylko jedna część ciała Luty spra­wiała, że kole­gom, nawet tym naj­bar­dziej otrza­ska­nym z jej obec­no­ścią, trudno było cza­sem odwró­cić wzrok. Jej wyro­bione przez lata cięż­kich tre­nin­gów pośladki były duże i jędrne, a talia z pła­skim brzu­chem i lekko zary­so­wa­nym sze­ścio­pa­kiem odci­nała się od sze­ro­kich bio­der, jakby ktoś wyrzeź­bił jej syl­wetkę z mar­muru. Rów­nież dłu­gie i umię­śnione nogi budziły respekt, zwłasz­cza że nie­je­den ze współ­to­wa­rzy­szy prze­ko­nał się o ich sile na macie, na któ­rej od czasu do czasu spo­ty­kali się po pracy entu­zja­ści sztuk walki, a ona – od ponad dwu­dzie­stu lat regu­lar­nie tre­nu­jąca i odno­sząca suk­cesy w kick-boxingu, judo i bra­zy­lij­skim jiu-jitsu – więk­szo­ści z nich w ciągu pierw­szych sekund udo­wad­niała, że jej repu­ta­cja nie wzięła się z niczego. Tylko jeden jedyny raz przy­tra­fiła jej się przy­kra sytu­acja w szatni. To było cztery dni po jej przy­jeź­dzie do Nor­we­gii. Nie­jaki Bar­tosz, ksywa Wuju, naste­ry­do­wany kur­du­pel o nala­nej, wyjąt­kowo nie­przy­jem­nej twa­rzy, chcąc zaim­po­no­wać kole­gom, klep­nął Lutę w tyłek. Ale nie zdą­żył nawet zaci­snąć dłoni na pośladku, gdy w jego nad­garstku i łok­ciu coś chrup­nęło, a on sam, jęcząc z bólu, wylą­do­wał w par­te­rze z twa­rzą doci­śniętą do pod­łogi.

– Warto było? – zapy­tała, gdy go dosia­dła i zaci­snęła kolana na jego żebrach.

– Pusz­czaj, bo mi rękę zła­miesz, głu­pia cipo – odwark­nął, czu­jąc na sobie spoj­rze­nia zszo­ko­wa­nych kum­pli.

– Następ­nym razem… – Luta się nachy­liła i resztę zda­nia wyszep­tała mu do ucha.

Wuju tylko jęk­nął i poki­wał głową. Wtedy z niego zeszła, a w szatni roz­le­gły się głosy podziwu dla jej umie­jęt­no­ści i szy­der­stwa z Wuja, który zdru­zgo­tany zaist­niałą sytu­acją dwa dni póź­niej wyje­chał i na kolejną rota­cję już nie wró­cił.

Od tej pory zyskała sza­cu­nek kole­gów, a Wuju nie zagrzał już miej­sca na żad­nym nor­we­skim pro­jek­cie, bo wia­do­mo­ści o jego kom­pro­mi­ta­cji wyprze­dzały go, zanim zado­ko­wał na innej stoczni, rafi­ne­rii czy plat­for­mie wiert­ni­czej. Osta­tecz­nie ponoć zde­cy­do­wał się pod­jąć pracę na pro­jek­tach w Holan­dii, a przy­naj­mniej takie krą­żyły plotki.

– A ty, Luta, masz jakieś plany na waka­cje? – zapy­tał Tomek Cza­cho­wicz, zwany Cza­chą, wielki jak tur facet z Gdań­ska. Jak wielu tutaj miał cie­kawą histo­rię, swoje w pier­dlu odsie­dział, ale choć momen­tami wku­rzały ją jego ste­ry­dowe odpały, tole­ro­wała go, bo był inte­li­gentny, a cza­sem nawet cał­kiem sym­pa­tyczny.

– Zabie­ram dzie­ciaki nad morze – odparła, zamy­ka­jąc szafkę na klucz.

– Gdzie kon­kret­nie, jeśli można spy­tać?

– Sia­no­żęty.

– Znam. Ale to prze­cież wio­cha. Co ty tam będziesz robić?

– Jadę z dziećmi – pod­kre­śliła Luta. Więk­szość swo­jego życia spę­dziła w towa­rzy­stwie face­tów i nauczyła się z nimi roz­ma­wiać, nie uży­wa­jąc zbyt wielu słów. Tak naprawdę w ogóle nie była zbyt roz­mowna i zamiast bić pianę, wolała dzia­łać. Za to chyba ją sza­no­wali, bo ni­gdy się nie tłu­ma­czyła, nie doszu­ki­wała się we wszyst­kim dru­giego dna i nie dzie­liła włosa na czworo. Tro­chę jak prze­ciętny samiec. Krótko, jasno i na temat. A gdy nie było innego wyj­ścia, tak jak samiec po pro­stu waliła w pysk.

– Baw się dobrze, Luta – rzu­cił za nią Cza­cha, gdy z torbą na ramie­niu opusz­czała szat­nię. Kilku kom­pa­nów mu zawtó­ro­wało.

– Wy też, ogry – odparła, posy­ła­jąc im zalot­nego buziaka. Za ple­cami usły­szała prze­ko­ma­rzanki kole­gów kłó­cą­cych się o to, kto był jego adre­sa­tem. Przy­zwy­cza­iła się i nawet to lubiła, cza­sem rzu­cała im kawa­łek mięsa, aby się tro­chę pona­krę­cali i nie zapo­mi­nali, że mimo wszystko jest kobietą.

Gdy wyszła na zewnątrz, odgar­nęła włosy i zro­biła z dłoni daszek nad oczami. Obu­do­wana olbrzy­mim rusz­to­wa­niem maje­sta­tyczna plat­forma wiert­ni­cza stała w doku, rzu­ca­jąc cień na budynki gospo­dar­cze. Luta ode­tchnęła głę­biej, wpa­tru­jąc się w posre­brzoną pro­mie­niami słońca taflę fiordu. Chwilę póź­niej odbiła kartę i pew­nym kro­kiem ruszyła w kie­runku bara­ków pra­cow­ni­czych. Marzyła już tylko o tym, aby zjeść kola­cję, wziąć kąpiel i poło­żyć się spać. Rano miała wsiąść na pokład samo­lotu i pole­cieć do domu, a potem cze­kał ją tydzień waka­cji z Fran­kiem i Werką. Pomy­ślała, że bar­dzo się za nimi stę­sk­niła.

ROZDZIAŁ 2

Nadko­mi­sarz Zyg­munt Sza­tan wyszedł z budynku Komendy Miej­skiej w Zie­lo­nej Górze i od razu zapa­lił papie­rosa. Druga połowa czerwca była dość upalna, a on nie lubił, jak żar leje się z nieba. W ostat­nim cza­sie w ogóle wku­rzało go wszystko, zwłasz­cza kolejne przy­dzie­lane sprawy. Na jego biurku pię­trzył się taki stos teczek, że nie wyobra­żał sobie, aby z tego wybrnął przed świę­tami Bożego Naro­dze­nia. Wymu­sze­nia, pobi­cia, w tym jedno ze skut­kiem śmier­tel­nym, mor­der­stwo na dział­kach, a teraz jesz­cze to…

– Kurwa mać – zaklął pod nosem, odchark­nął i splu­nął. Miał sucho w ustach, a do tego bolało go gar­dło. Szkoda mu było pie­nię­dzy na tabletki czy syrop. Ostat­nio było u niego kru­cho z kasą. Nie żeby kie­dy­kol­wiek pła­wił się w luk­su­sach, ale teraz prządł naprawdę kiep­sko.

– Cześć, Zygi – rzu­ciła w jego kie­runku Magda, niska i krępa aspi­rantka z fry­zurą na jeża.

Nie lubił, jak młodsi funk­cjo­na­riu­sze zdrab­niali jego imię, ale przy­zwy­czaił się, że trak­tują go tro­chę jak wie­kowy wik­to­riań­ski mebel, który jest na tyle stary, że głu­pio go wyrzu­cić, cho­ciaż nikt już nie chce z niego korzy­stać. Wolał po pro­stu Sza­tan albo nawet Stary, ale Zygi czy Zyga go wkur­wiało. Odmach­nął jej i wró­cił do pale­nia.

Przez dłuż­szą chwilę zasta­na­wiał się, jak ugryźć temat. W końcu podrep­tał do pobli­skiego sklepu i kupił zimne piwo. Wypił je dusz­kiem. Wpraw­dzie gusto­wał w moc­niej­szych alko­ho­lach, ale zimny bro­war naj­szyb­ciej gasił pra­gnie­nie. Może od tego bolało go gar­dło? Ta myśl odcią­gnęła go od głów­nego pro­blemu, jed­nak na krótko. Chwilę póź­niej długi znów o sobie przy­po­mniały. Jak z takim bała­ga­nem w gło­wie miał szu­kać tego dzie­ciaka?

– Przyj­rzyj się spra­wie. Masz naj­więk­sze doświad­cze­nie – pole­cił mu pod­in­spek­tor Zbi­gniew Kurow­ski. Facet miał ksywę Kura, ale to była wer­sja ofi­cjalna. Kurwa była tą bar­dziej roz­po­wszech­nioną, bo nale­żało uczci­wie przy­znać, że naczel­nik wydziału nie nale­żał do ludzi spra­wiedliwych, a tym bar­dziej życz­li­wych czy ser­decz­nych. Sza­tan jed­nak też nie był święty i chyba dzięki temu, w prze­ci­wień­stwie do wielu młod­szych pod­ko­mend­nych, jakoś się doga­dy­wali.

– Wiesz, ile mam roboty? – zapy­tał swoim wiecz­nie zachryp­nię­tym gło­sem. – Niech ktoś inny weź­mie tego dzie­ciaka.

– A wiesz, ilu ja mam ludzi?

– Tak chcesz podejść sta­rego lisa? Zli­tuj się, Zby­chu. To naprawdę gów­niana wymówka.

– Tak jak i twoja. Zawsze możesz spró­bo­wać cof­nąć czas i oddać komuś innemu Mali­niaka i całą resztę. Umowa stoi?

– Tonący brzy­twy się chwyta… – Sza­tan skrzy­wił się i chwy­cił akta. Chciał otwo­rzyć teczkę, ale zre­zy­gno­wał. – Poza tym masz jakieś dowody, że została porwana?

– W świe­tle ostat­nich zagi­nięć dzie­cia­ków i sygna­łów z War­szawy zakła­damy, że to praw­do­po­dobne.

– Znowu wci­skają nos w nie swoje sprawy. – Sza­tan potarł spo­cone czoło i wes­tchnął z nie­sma­kiem. – Jeśli to ma być prio­ry­tet, to nie licz, że pozo­stałe śledz­twa ruszą choćby o mili­metr – ostrzegł prze­ło­żo­nego.

– Nie pali się. Pocze­kają.

– No to… pocze­kają.

Nad­ko­mi­sarz popra­wił kra­wat i wstał z krze­sła. Zawa­hał się, jakby chciał coś dodać, ale osta­tecz­nie bez słowa obró­cił się na pię­cie i ruszył do wyj­ścia.

– Pocze­kaj! – zawo­łał za nim Kurow­ski. – Znam przy­ja­ciółkę matki tej dziew­czyny, więc nie odwal jakiejś maniany.

Sza­tan się zatrzy­mał i odchrząk­nął. Podej­rze­wał, że ta sprawa ma dru­gie dno.

– Nie można było tak od razu? – Odwró­cił się i posłał prze­ło­żo­nemu zde­gu­sto­wane spoj­rze­nie.

– Może i było można. Mogę ci dać kogoś do pomocy…

Znali się wiele lat, a Kurow­ski do tej pory cza­sem trak­to­wał go jak faceta z połową mózgu. Był naprawdę wku­rza­jący, ale los tak się uło­żył, że to on został naczel­ni­kiem, a nie Sza­tan. Zyg­munt się z tym pogo­dził i w sumie tole­ro­wał Kurę, pomi­ja­jąc te idio­tyczne zagrywki.

Chuj by go strze­lił, pomy­ślał.

– Wiesz dobrze, że pra­cuję sam, więc nie zmie­niaj tematu – odburk­nął.

– Tylko pyta­łem…

– Ile mam czasu?

– Wiesz, że przy porwa­niach czas to…

– Pytam o tych z cen­trali.

– Aha… – Kurow­ski podra­pał się po czole i spoj­rzał w kalen­darz. – Zapo­wie­dzieli się na czwar­tek. Rzuć im tro­chę mięsa, żeby się odje­bali. Mogę na cie­bie liczyć?

Nad­ko­mi­sarz pomy­ślał, że jeśli przed chwilą zna­lazł się w czar­nej dupie, to teraz będzie musiał zacząć się w niej urzą­dzać. Już dawno chciał rzu­cić tę robotę w cho­lerę. Po tylu latach pracy dostałby nawet cał­kiem przy­zwo­itą eme­ry­turę. Tylko co z tego? Zostałby odcięty od infor­ma­cji, a na to nie mógł sobie pozwo­lić. Stara sprawa wciąż tkwiła w nim niczym drza­zga pod paznok­ciem, a on sam nie chciał pogo­dzić się z tym, co wyda­rzyło się przed laty. Obie­cał sobie, że nie popu­ści, i tego się trzy­mał. Tego wyma­gała przy­zwo­itość.

– Jasne – odparł, po czym wyszedł z gabi­netu szefa.

Spoj­rzał na akta. Naj­chęt­niej by je spa­lił, wyrzu­cił przez okno, ewen­tu­al­nie zakradł się z powro­tem do biura Kurow­skiego i wci­snął mu je w dupę, ale w zaist­nia­łej sytu­acji żadna z tych opcji nie wcho­dziła w grę.

Nie­stety, w tym mie­ście to Sza­tan był łowcą pedo­fili. Taką łatę przy­kle­iły mu media i gene­ral­nie nie mógł mieć o to pre­ten­sji. Na tym się sku­piał od bli­sko dwu­dzie­stu lat. Zaczęło się od nie­ja­kiego Igna­cego Mali­niaka, nauczy­ciela, psy­cho­loga i pedo­fila, który w jed­nym z gim­na­zjów napa­sto­wał młode dziew­czyny, obie­cu­jąc im karierę w mode­lingu. Facet nie­źle kom­bi­no­wał, w związku z czym cał­kiem długo uni­kał wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Miał nieco ponad trzy­dzie­ści lat, dbał o sie­bie, był przy­stojny i wyspor­to­wany, więc wiele dziew­cząt robiło do niego maślane oczy. Swoje ofiary wybie­rał bar­dzo skru­pu­lat­nie, dzia­łał ostroż­nie i pla­no­wał każdy ruch z wyprze­dze­niem. Naj­pierw wyszu­ki­wał dziew­czyny z naj­po­waż­niej­szymi pro­ble­mami – głów­nie z rodzin pato­lo­gicz­nych, zagu­bione, zahu­kane, bywało, że już wcze­śniej bite i mole­sto­wane przez ojców. Następ­nie dzięki odpo­wied­nim sztucz­kom socjo­tech­nicz­nym wzbu­dzał ich zaufa­nie, a gdy już czuł, że ma je w gar­ści, roz­ta­czał przed nimi wizję świa­to­wej kariery. „Tylko pamię­taj, że to tajem­nica – ostrze­gał. – Wybra­łem wła­śnie cie­bie, bo widzę w tobie ogromny poten­cjał. Ale jeśli piśniesz choćby słowo kole­żan­kom, na pewno zaczną ci zazdro­ścić, a może nawet będą chciały ci zaszko­dzić i wsko­czyć na twoje miej­sce. Wtedy wszystko się posy­pie, cała kariera legnie w gru­zach. Ni­gdy nie wyje­dziesz na Zachód”. Zma­ni­pu­lo­wane i zapa­trzone w nauczy­ciela dziew­czyny po kil­ku­mie­sięcz­nym ura­bia­niu były w sta­nie zro­bić dla niego wszystko. Zaczy­nało się od poka­zy­wa­nia zdjęć tych już zatrud­nio­nych, potem były tele­fo­niczne roz­mowy po angiel­sku z ludźmi z branży, w końcu pierw­sza pikantna sesja, pod­czas któ­rej Mali­niak zwy­kle przy­stę­po­wał do ataku. Żadna nie odma­wiała seksu. Potra­fił je ocza­ro­wać do tego stop­nia, że były gotowe speł­nić każdą jego zachciankę, przez co sto­sun­kowo szybko koń­czyło się na wymyśl­nych prak­ty­kach spod znaku BDSM, zwy­kle w jego domku na pod­miej­skiej działce. Aby jesz­cze moc­niej je do sie­bie przy­wią­zać, regu­lar­nie wspo­ma­gał je finan­sowo, zwy­kle małymi kwo­tami, aby nie wzbu­dzać podej­rzeń rodzi­ców czy opie­ku­nów praw­nych, byle miały na sukienkę czy nowe per­fumy. A gdy koń­czyły szkołę, dotrzy­my­wał obiet­nicy – wysy­łał je na Zachód, nie wspo­mi­na­jąc jed­nak, że ich zada­niem nie będzie cho­dze­nie po wybie­gach dla mode­lek, tylko kur­wie­nie się w nie­miec­kich, fran­cu­skich czy holen­der­skich bur­de­lach, na któ­rych łapy trzy­mały rosyj­skie, albań­skie albo turec­kie gangi sute­ne­rów. Z tymi ostat­nimi miał naj­lep­sze kon­takty i wypra­co­wał sobie świetne warunki, a oni za młode, ale już doświad­czone, wyuz­dane, gene­ral­nie świet­nie przy­go­to­wane do pracy pięt­na­sto- czy szes­na­sto­latki pła­cili nawet po kil­ka­na­ście tysięcy euro za sztukę. Ich znik­nię­cia zwy­kle nie były trak­to­wane przez poli­cję zbyt poważ­nie, zwłasz­cza że pato­lo­giczni opie­ku­no­wie albo nie zgła­szali zagi­nięć pod­opiecz­nych, albo robili to dopiero po kilku czy kil­ku­na­stu dniach. Szybki wywiad suge­ru­jący, że zagi­niona nie nale­żała do grzecz­nych dziew­czy­nek, tylko utwier­dzał śled­czych w prze­ko­na­niu, że to naj­pew­niej ucieczka z domu – i tak kolejne sprawy lądo­wały na dnie stosu akt, aż w końcu o nich zapo­mi­nano. Mali­niak popeł­nił jed­nak jeden błąd, bo choć zawsze skru­pu­lat­nie prze­świe­tlał naj­bliż­sze oto­cze­nie swo­ich poten­cjal­nych ofiar, nie był w sta­nie usta­lić, że sio­stra matki jed­nej z nich pota­jem­nie spo­tyka się z Sza­tanem. Nad­ko­mi­sarz, popro­szony przez kochankę, przyj­rzał się spra­wie i wpadł na trop. Sto­sun­kowo szybko dostrzegł, że wspól­nym mia­now­ni­kiem pię­ciu zagi­nięć mło­dych dziew­cząt jest młody i przy­stojny nauczy­ciel Ignacy Mali­niak, który choć musiał się zarzy­nać, pra­cu­jąc aż w trzech pla­ców­kach, o dziwo dwa, a nawet trzy razy w roku mógł sobie pozwo­lić na wyjazdy na Fili­piny albo do Taj­lan­dii. Reszty można było się domy­ślić. Sza­tan zawnio­sko­wał o obser­wa­cję i zasa­dził się na podej­rza­nego, a gdy już był pewny, że facet jest śli­ski, doci­snął jedną z dziew­cząt, która pękła i wszystko mu opo­wie­działa. Potem wystar­czyło już tylko wysłać ją do domu na działce i przy­ła­pać pedo­fila na gorą­cym uczynku.

Nad­ko­mi­sarz ścią­gnął mary­narkę, prze­wie­sił ją przez opar­cie ławki i polu­zo­wał kra­wat. Przez chwilę sie­dział, bez­myśl­nie obser­wu­jąc mija­ją­cych go ludzi. Koszula kle­iła mu się do ple­ców, był kom­plet­nie zaje­chany, a w jego gło­wie koła­tały się ponure myśli, w tym ta naj­bar­dziej zło­śliwa.

Dług.

W jego oce­nie urósł do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów. Może prze­sa­dzał, ale pod­skór­nie czuł, że czło­wiek, który od lat spon­so­ro­wał jego pry­watne śledz­two, wcze­śniej czy póź­niej się o niego upo­mni. Cyryl Maj­ski był boga­tym i wpły­wo­wym inwe­sto­rem z aspi­ra­cjami do wiel­kiej poli­tyki, ostat­nio nie miał jed­nak dobrej prasy i cią­gnął się za nim smród z cza­sów, gdy zaczy­nał zdo­by­wać swój mają­tek. Tak jak więk­szość lokal­nych kacy­ków, doro­bił się w cza­sach prze­miany ustro­jo­wej – głów­nie na prze­my­cie papie­ro­sów, choć zarzu­cano mu poważ­niej­sze prze­stęp­stwa. Po latach oczy­wi­ście nikt nie miał na nie żad­nych dowo­dów, a nawet jeśli miał, sprawy dawno ule­gły przedaw­nie­niu albo roz­myły się na tyle, że bio­rąc pod uwagę sze­reg doko­nań Maj­skiego na polu gospo­dar­czym, poli­tycz­nym czy cha­ry­ta­tyw­nym, posą­dza­nie go o takie „pier­doły” z prze­szło­ści nie miało sensu. Ta sytu­acja zaczy­nała jed­nak Sza­ta­nowi cią­żyć, bo choć nie mógł odmó­wić Maj­skiemu wspar­cia, był gliną i rozu­miał, że spon­sor nie zawsze dzia­łał zgod­nie z pra­wem. Co z tego, jeśli los tak mocno ich ze sobą zwią­zał? Co, jeśli Maj­ski był jedy­nym czło­wiekiem, któ­remu zale­żało na szu­ka­niu spra­wie­dli­wo­ści? Sza­tan nie był naiwny i wie­dział, że gdyby kie­dyś jego życie poto­czyło się ina­czej, dziś zostałby zupeł­nie sam.

Nad­ko­mi­sarz prze­cią­gnął dło­nią po bliź­nie na szyi. Codzien­nie przy­po­mi­nała mu o tym, co się stało dwa­dzie­ścia pięć lat wcze­śniej. Szrama cią­gnęła się od ucha do ucha i była dowo­dem bestial­stwa ludzi, któ­rych ści­gał nie­prze­rwa­nie od tam­tych mrocz­nych dni. Nie była jedyną pamiątką, kolej­nych pięć stra­szyło na kor­pu­sie: wszyst­kie mię­dzy żebrami tuż pod ser­cem. Miał wtedy ogromne szczę­ście, że nie umarł, choć do dziś nie mógł pozbyć się nęka­ją­cych go wyrzu­tów sumie­nia. Może gdyby pomoc przy­była kil­ka­dzie­siąt sekund wcze­śniej, jego żona i córka wciąż by żyły?

Popra­wił kra­wat. Wąt­pił, aby powie­rzona mu sprawa Mar­tyny Piskor­skiej miała jaki­kol­wiek wspólny mia­now­nik z ludźmi odpo­wie­dzial­nymi za to, co wyda­rzyło się przed laty, ale oczy­wi­ste było, że tamci zwy­rod­nialcy wciąż nie zostali uka­rani i bez cie­nia zaże­no­wa­nia pro­wa­dzą swoją haniebną dzia­łal­ność. Taki był świat i tylko ci, któ­rzy nie zetknęli się bez­po­śred­nio z jego mroczną stroną, mogli żyć w swo­jej szkla­nej bańce. On nie miał tego kom­fortu. On był, jest i będzie potę­piony na zawsze.

Jesz­cze przez chwilę obser­wo­wał tych wszyst­kich mniej lub bar­dziej szczę­śli­wych ludzi, a potem pod­niósł się z ławki i zanu­rzony w ponu­rych myślach ruszył pod adres wid­nie­jący w doku­men­ta­cji. Matka Mar­tyny Piskor­skiej musiała prze­ży­wać hor­ror. Rozu­miał to lepiej niż jaki­kol­wiek gli­niarz w mie­ście. W końcu żył w tym kosz­ma­rze od dwu­dzie­stu pię­ciu lat.

ROZDZIAŁ 3

Porucz­nik Luto­sława Kara­bina była kobietą silną i pra­wie zgrabną. „Pra­wie” sta­no­wiło jedno z jej ulu­bio­nych słów, bo – jak twier­dziła – była pra­wie Polką, żyła pra­wie na wła­snych zasa­dach i pra­wie miała faceta. Więk­szość jej rówie­śni­czek z pew­no­ścią marzy­łaby o takiej figu­rze, ale ona – jak to kobieta – widziała rze­czy, któ­rych nie widzieli męż­czyźni, jak choćby w jej oce­nie masywne i umię­śnione nogi, które z pew­no­ścią dys­kwa­li­fi­ko­wa­łyby ją na wybiegu dla mode­lek, ale bez­sprzecz­nie przy­da­wały się na ringu czy macie, sie­jąc pośród spa­ring­part­ne­rów praw­dziwy ter­ror. W wieku trzy­dzie­stu sze­ściu lat wciąż wyglą­dała bar­dzo młodo i nie­po­zor­nie. Dłu­gie kru­czo­czarne włosy, które zwy­kle zwią­zy­wała gum­kami albo robiła z nich fan­ta­zyjne war­ko­cze, duże czarne oczy i nieco ciem­niej­sza cera wyróż­niały ją spo­śród kole­ża­nek, przez co w szkole nie miała lekko. Rówie­śnicy dawali jej odczuć, że jest inna – od cza­sów przed­szkol­nych doro­biła się kilku prze­zwisk, począw­szy od Żaby, a koń­cząc na Czar­nu­chu, ale osta­tecz­nie na dłu­żej przy­lgnęła do niej Cyganka. Nie lubiła tej ksywki, podob­nie jak swo­jego peł­nego imie­nia – Luto­sława, które koja­rzyło jej się z kimś sta­rym i brzyd­kim. Nie­stety kole­gom i kole­żan­kom rów­nież, dla­tego czas na prze­rwach zwy­kle spę­dzała sama, słu­cha­jąc muzyki albo się ucząc, przez co rówie­śnicy dodat­kowo uwa­żali ją za kujona. Piątki i szóstki ze spraw­dzia­nów dla prze­śla­dow­ców były jak woda na młyn. Gnę­bili ją przy każ­dej oka­zji. Do czasu.

– Chodź, kocha­nie, coś ci pokażę – rzekł do niej dzia­dek, gdy w wieku trzy­na­stu lat zdo­była się na odwagę i powie­działa mu o swo­ich pro­ble­mach. Odwie­dziła go w jego rodzin­nej wsi Balikçilar, nie­wiel­kiej nad­mor­skiej osa­dzie na pół­noc­nym wscho­dzie Tur­cji, nie­całe dwie godziny od gra­nicy z Gru­zją. – Może tro­chę już wysze­dłem z formy, ale wiedz, że twój dzia­dek był kie­dyś nie­złym choj­ra­kiem. – Uśmiech­nął się, ale zaraz znów spo­waż­niał. – Myślę, że nad­szedł czas, abyś poznała prawdę.

Tego wie­czoru Luto­sława Kara­bina usły­szała histo­rię swo­jej rodziny, a parę dni póź­niej znała już kilka tech­nik, dzięki któ­rym była w sta­nie powa­lić więk­szego i sil­niej­szego prze­ciw­nika.

Czę­sto wra­cała myślami do tam­tego czasu, zwłasz­cza do cie­płej nocy w domku na wzgó­rzu. Pamię­tała gra­jące cykady, świece, zapach tyto­niu i pło­nący w kominku ogień. Dziadka w fotelu, z fajką w dłoni, któ­rej koń­cówka nikła pod dorod­nym wąsem kry­ją­cym mię­si­ste usta. Głę­bo­kie bruzdy na jego czole i policz­kach, cień rzu­cany na ścianę z orde­rami.

– Kara­bina to w Tur­cji sza­no­wane nazwi­sko, moje dziecko – zaczął senior, gdy uznał, że nad­szedł już czas. – Powin­naś być z niego dumna i ni­gdy, ale to ni­gdy nie wsty­dzić się swo­jego pocho­dze­nia. Jesteś Luto­sława Kara­bina, córka Ogüna Kara­bina, wnuczka Tuna­hana Kara­bina, eme­ry­to­wa­nego pod­puł­kow­nika Millî İstihbarat Teşkilatı.

Dzia­dek opo­wie­dział jej swoją histo­rię, a ta była nie­zwy­kła, tak jak nie­zwy­kła była histo­ria jego jedy­nej wiel­kiej miło­ści, nie­mal fil­mo­wej, nie­spo­ty­ka­nej, spon­ta­nicz­nej i zaka­za­nej. Babci Luta ni­gdy nie poznała, bo Ana­sta­sia Kara­bina z domu Kraw­czenko zmarła dwa lata przed jej naro­dzi­nami – dopadł ją nowo­twór, znie­nacka, zde­wa­sto­wał jej orga­nizm w trzy mie­siące i dziś leżała pod zie­mią, nie­da­leko domu dziadka, na nie­wiel­kim cmen­ta­rzu na wzgó­rzu. Poznali się w Ode­ssie, gdzie dzia­dek cza­sem bywał jako ope­ru­jący na tere­nie ZSRR dyplo­mata, a przy­naj­mniej ofi­cjal­nie, bo prawda była tro­chę inna, bar­dziej zło­żona i z dyplo­ma­cją nie miała zbyt wiele wspól­nego. To było niczym erup­cja wul­kanu, praw­dziwa Tam­bora miło­ści, która nie miała prawa się zda­rzyć, a jed­nak się zda­rzyła. Już rok póź­niej na świe­cie poja­wił się syn, który pomimo nie­na­chal­nych sprze­ci­wów matki otrzy­mał imię Ogün, pół­krwi Turek, pół­krwi Ukra­iniec, chło­pak pie­kiel­nie zdolny, tak po ojcu, „dyplo­ma­cie”, jak i po matce, wybit­nej onko­log, która okrut­nym zrzą­dze­niem losu dwa­dzie­ścia lat póź­niej zmarła na raka.

W cza­sie pie­re­strojki i odwilży, która zapa­no­wała w sto­sun­kach mię­dzy­na­ro­do­wych, ojciec Luty poszedł w ślady dziadka i został dyplo­matą, tym razem przed duże „d”, gdyż w prze­ci­wień­stwie do Tuna­hana jego funk­cja rze­czy­wi­ście pole­gała na dyplo­ma­cji, a nie nie­bez­piecz­nych taj­nych misjach wywia­dow­czych. Ponie­waż Ogün odzie­dzi­czył po ojcu zdol­no­ści do nauki języ­ków obcych, już w wieku dwu­dzie­stu trzech lat wła­dał bie­gle turec­kim, angiel­skim, ukra­iń­skim i rosyj­skim, a dzięki bli­skim kon­tak­tom z rodzi­nami pol­skich i nie­miec­kich dyplo­ma­tów cał­kiem dobrze radził sobie rów­nież z pol­skim i nie­miec­kim. Tuna­han był z niego dumny, jed­nak tęsk­nił za ojczy­zną, zwłasz­cza że dwa lata wcze­śniej ode­szła jego uko­chana Ana­sta­sia i już nic go w Ukra­inie nie trzy­mało. A że szpie­gow­ska prze­szłość też nie dzia­łała na jego korzyść, posta­no­wił nie kusić losu i wró­cił do Tur­cji, Ogün zaś się uparł, że chce zostać w Ode­ssie, w któ­rej się wycho­wał i którą poko­chał całym ser­cem. Miał ku temu także inne powody, a jed­nym z nich była Kry­styna, dwu­dzie­sto­let­nia turystka z Pol­ski, którą poznał przez swoją przy­ja­ciółkę Agnieszkę, córkę amba­sa­dora, pod­czas wspól­nych waka­cji nad Morzem Czar­nym. Być może kie­ro­wała nimi mło­dzień­cza fan­ta­zja, a może do głosu doszły geny, w każ­dym razie Ogün zako­chał się w Kry­sty­nie po uszy, a i ona gotowa była pójść za wybran­kiem na koniec świata.

– Jesteś córką praw­dzi­wej bogini, Luciu – powta­rzał ojciec, gdy Luta zaczęła zada­wać pierw­sze, nie­ko­niecz­nie prze­my­ślane pyta­nia. – Ni­gdy nie zapo­mnę, jak spóź­niony dotar­łem na plażę i ją zoba­czy­łem. Mamu­sia z cio­cią Agą aku­rat wycho­dziły z morza i…

– I co? I co? – dopy­ty­wała, kiedy odpły­wał myślami.

– I… wtedy… tatuś… – dozo­wał kolejne słowa, roz­bu­dza­jąc cie­ka­wość dziew­czynki. Jej oczy błysz­czały z pod­nie­ce­nia, a on co rusz wymy­ślał kolejne nie­stwo­rzone histo­rie, które chło­nęła całą sobą. – I wtedy tatuś rzu­cił się do wody i naj­pierw poko­nał rekina, a potem wie­eelką ośmior­nicę! A gdy już myśla­łem, że mamu­sia jest bez­pieczna, z wody wyło­nił się ogromny wąż i…

– Jego też poko­na­łeś?

– Porwał mamu­się, ale chwy­ci­łem go za ogon i zanur­ko­wa­łem. Potem wspią­łem się po jego twar­dym pan­ce­rzu i wyrwa­łem mamu­się z jego pasz­czy.

– I co było dalej? – Mała Luta miała oczy okrą­głe jak spodki.

– Wsa­dzi­łem ją na konia i ruszy­li­śmy hen, za góry i lasy. A póź­niej na świat przy­szłaś ty.

Wtedy zaczy­nał ją gil­go­tać albo ubar­wiał histo­rię, opo­wia­da­jąc o potycz­kach ze smo­kiem czy sforą wil­ków.

Prawda oczy­wi­ście była nieco inna, choć samo uczu­cie nie mniej baj­kowe, bo od momentu, gdy Kry­styna wyszła z wody, Ogün już wie­dział, że kie­dyś ta wysoka bru­netka o ciele Afro­dyty zosta­nie jego żoną. Już rok póź­niej, w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści pod Pozna­niem, sta­nęli na ślub­nym kobiercu. Nie miał pro­blemu z kato­lic­kim obrzę­dem, bo sam nie przy­wią­zy­wał wagi do reli­gii, a że przy­szłą żonę wycho­wano w głę­bo­kiej wie­rze, poszedł jej na rękę. Na cere­mo­nię przy­je­chał Tuna­han z wujami i kuzy­no­stwem. Bra­ko­wało tylko matki, która ode­szła dwa lata wcze­śniej, czego Ogün bar­dzo żało­wał. Ojciec, który wciąż miał konek­sje w świe­cie dyplo­ma­cji, posta­rał się o angaż dla syna w kon­su­la­cie Tur­cji w Pozna­niu, a także wsparł go przy budo­wie domu, z któ­rym trzeba było się spie­szyć, bo mała Luta już się pchała na świat. A potem przy­szła i roz­go­ściła się w Pusz­czy­ko­wie, gdzie rodzina Kara­bi­nów osia­dła i zaczęła wieść życie spo­kojne, zwy­czajne, powsze­dnie, jakiego więk­szość ludzi mogłaby zazdro­ścić, bo było w nim szczę­ście. Do czasu…

Luta się zbu­dziła, gdy samo­lot wylą­do­wał. Pod­szcze­ciń­skie lot­ni­sko w Gole­nio­wie było małym por­tem obsłu­gu­ją­cym głów­nie trasy kra­jowe i kie­runki skan­dy­naw­skie w związku z dużym zapo­trze­bo­wa­niem tam­tej­szego rynku na tanią siłę robo­czą z Pol­ski. Docho­dziła dzie­siąta. Niebo było bez­chmurne, tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała w gra­ni­cach dwu­dzie­stu kilku stopni, a z zachodu niósł się lekki ożyw­czy wiatr. Wysta­wiła twarz do słońca i ode­tchnęła głę­boko, by już po chwili wraz z kole­gami z rota­cji prze­bić się przez halę przy­lo­tów. Nie musiała cze­kać na bagaż, bo wszyst­kie robo­cze ciu­chy i narzę­dzia zosta­wiła w stoczni. Miała przy sobie tylko pod­ręczny spor­towy ple­cak z kil­koma nie­zbęd­nymi rze­czami.

Po wyj­ściu z ter­mi­nala poże­gnała się z kom­pa­nami i ruszyła w stronę par­kingu. Uśmiech­nęła się na widok cze­ka­ją­cej na nią maszyny.

– Cześć, kochany – mruk­nęła, gdy zbli­żyła się do czarno-zie­lo­nego kawa­saki ninja. Kochała motory i wiatr we wło­sach, a od bli­sko dzie­wię­ciu lat była wierna swo­jemu ulu­bio­nemu mode­lowi. Matka cza­sem przy­nu­dzała, że powinna go sprze­dać, bo kie­dyś się zabije, ale taka opcja nie wcho­dziła w grę. Nawet Lucie coś się od życia nale­żało.

– Sze­ro­kiej drogi! – usły­szała za ple­cami.

Odwró­ciła się i przez uchy­loną szybę audi ujrzała uśmiech­niętą twarz Andrzeja, z któ­rym kilka razy przy­szło jej pra­co­wać w teamie. W Pol­sce pro­du­ko­wał miody, miał kilka pasiek. Lubiła go, bo był natu­ralny i ni­gdy nie uda­wał kogoś, kim nie jest. Musiał wyjść z samo­lotu jako jeden z pierw­szych i wła­śnie wyjeż­dżał z par­kingu.

– Dzięki. I pamię­taj o zamó­wie­niu! – rzu­ciła, wycią­ga­jąc z ple­caka skó­rzaną kurtkę.

– Masz to jak w banku. A wrzo­sowy to mer­ce­des wśród mio­dów. Zaufaj mi!

– Trzy­mam za słowo.

– Raz jesz­cze spo­koj­nej podróży, Luta.

Andrzej odje­chał, a ona wło­żyła kurtkę i kask. Chwilę póź­niej sil­nik mruk­nął z zado­wo­le­nia, a gdy wyje­chała na asfal­tówkę i odkrę­ciła manetkę, znów poczuła się wolna.

Droga do Zie­lo­nej Góry minęła jak z bicza strze­lił. Luta nie pędziła na zła­ma­nie karku, cho­ciaż gdy na S3 robiło się luź­niej, momen­tami pod­krę­cała do dwu­stu na godzinę. Na osie­dle Pomor­skie dotarła przed połu­dniem. Zapar­ko­wała motor pod blo­kiem, tra­dy­cyj­nie wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie bawią­cych się w oko­licz­nym skate parku dzie­cia­ków. Do miesz­ka­nia wpa­dła, po czym z niego wypa­dła, prze­brana w szorty i krótki obci­sły top, odkry­wa­jący pępek. Jej druga maszyna nie była już tak efek­towna. Szes­na­sto­letni volks­wa­gen pas­sat w wer­sji kombi trzesz­czał i pisz­czał, jakby zaraz miał wydać z sie­bie ostat­nie tchnie­nie. A jed­nak wciąż jeź­dził i nawet spe­cjal­nie się nie psuł. Dotarła nim na drugą stronę mia­sta, gdzie miesz­kała jej matka. To tam Szy­mon zawsze zosta­wiał dzieci, gdy wymie­niali się rota­cjami, z tą róż­nicą, że on wyla­ty­wał do pracy z Ber­lina.

Osie­dle Leśne przy­wi­tało ją zapa­chem żywicy i grzy­bów. Luta zapar­ko­wała pod jed­nym ze sto­sun­kowo nowych czte­ro­pię­trow­ców, zamknęła szybę i wysia­dła.

– Mama!

Odwró­ciła się zasko­czona. Zwy­kle była bar­dziej czujna. Może to te buzu­jące w niej emo­cje? Tęsk­nota? Przy ławce dostrze­gła dwie postaci, z któ­rych jedna wystrze­liła do niej jak z procy. Prze­bie­rała małymi nóż­kami, jakby zaraz miała się wywró­cić i wyrżnąć brodą w płytę chod­ni­kową.

– Werka, chodź do mnie, kocha­nie… – Luta mocno przy­tu­liła córkę i jak zwy­kle w takich momen­tach poczuła, że oczy jej wil­got­nieją. Trzy­mała ją mocno przez kilka sekund, a potem dodat­kowo wyca­ło­wała. – Bar­dzo się za tobą stę­sk­ni­łam, wiesz?

– Bibi Kotek też się stę­sk­nił.

Luta wytarła łzę. Do tej pory nie miała poję­cia, skąd jej trzy­let­niej córce wpadł do głowy pomysł, by przy­brać taką ksywkę. Kilka mie­sięcy temu po pro­stu oznaj­miła, że jest Bibi Kot­kiem – i do tej pory upar­cie się tego trzy­mała.

– A gdzie Fra­nek?

– Gra na table­cie – odparła mała.

– Jest w domu z Niko­sem – dodała sto­jąca przy ławce kobieta. Choć już po pięć­dzie­siątce, Kry­styna Kara­bina wciąż trzy­mała się świet­nie. Jej szla­chetne rysy kon­ser­wo­wały nie­prze­ciętną urodę, choć córka miała wra­że­nie, że oczy matki już na zawsze pozo­staną smutne.

– Z Niko­sem? – Luta zmarsz­czyła brwi, a kąciki jej ust nie­znacz­nie opa­dły. Nie spo­dzie­wała się, że matka może być tak nie­od­po­wie­dzialna. Pod­nio­sła Werkę i zro­biła krok w jej kie­runku.

– Poja­wił się wczo­raj. Wygląda lepiej niż ostat­nio…

– Na pewno – obru­szyła się Luta, rzu­ca­jąc rodzi­cielce pełne wyrzutu spoj­rze­nie. – Nie powin­naś…

– Jestem też jego matką – weszła jej w słowo Kry­styna, kiedy córka prze­mknęła obok, wyraź­nie roz­draż­niona. – Mam nadzieję, że zjesz z nami obiad. Zro­bi­łam rosół i gołąbki – dodała, ale nie docze­kała się odpo­wie­dzi.

Osta­tecz­nie Luta została, choć nie­chęt­nie. Zja­dła, chwilę poba­wiła się z dziećmi, ale wobec brata trzy­mała wyraźny dystans. Krótko póź­niej się poże­gnała i wyszła. Gdy tylko wsia­dła do samo­chodu, ode­tchnęła z ulgą.

– Co się stało, mamo? – zapy­tał Fra­nek, który naj­wy­raź­niej dostrzegł, że coś jest nie w porządku.

– Nic takiego, bąbel. Mama jest po pro­stu tro­chę zmę­czona.

– Faj­nie, że wujek wró­cił, no nie?

– No… faj­nie.

Wcale nie była z tego powodu zado­wo­lona. Nikos był ćpu­nem, pija­kiem i hazar­dzi­stą, a jesz­cze do nie­dawna bez­dom­nym mene­lem. Z przy­rod­nim bra­tem ni­gdy nie żyła bli­sko – po pierw­sze dzie­liła ich duża róż­nica wieku, po dru­gie nie zno­siła ojczyma, który go spło­dził, a po trze­cie Nikos sta­no­wił jej cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo. Ow­szem, kiedy jesz­cze był dziec­kiem, a ona zaczy­nała wyjeż­dżać na misje, kilka razy sta­rała się prze­mó­wić mu do rozumu, a gdy to nie pomo­gło, pró­bo­wała wycią­gnąć go z kolej­nych tara­pa­tów. Nie­stety, choć zawsze obie­cy­wał poprawę, i tak zawsze koń­czył w rynsz­toku. Nieco ponad trzy lata temu, tuż po naro­dzi­nach Werki, miarka się prze­brała i Luta powie­działa mu kilka słów prawdy, być może o kilka za dużo. Od tam­tej pory się nie widzieli, ale na mie­ście cho­dziły słu­chy, że nie­wiele się zmie­nił. To tylko utwier­dziło ją w prze­ko­na­niu, że pod­jęła słuszną decy­zję, a Nikos, aby się odbić, naj­pierw musi się­gnąć dna.

Gdy wyje­chała na główną drogę, myśli o bra­cie ule­ciały, a humor popra­wił się jej na tyle, że zapro­po­no­wała dzie­cia­kom lody. Kiedy kwa­drans póź­niej sie­działa z Fran­kiem i Werką pod para­so­lem jed­nej z kawiarni, gdzieś cał­kiem nie­da­leko prze­stra­szona dziew­czynka pła­kała w kącie, bo bar­dzo się bała, tęsk­niła za mamą, a do tego usły­szała od brzyd­kiej kobiety ze szpi­cza­stym nosem i papie­ro­sem w ustach, że jest za młoda i za gruba i naj­pierw trzeba ją „tro­chę oszli­fo­wać”. Mar­tyna Piskor­ska nie miała poję­cia, że tylko dzięki temu zdo­łała uszczk­nąć z życia kilka dni względ­nego spo­koju.

ROZDZIAŁ 4

Cyryl Maj­ski był sześć­dzie­się­cio­dwu­let­nim męż­czy­zną, któ­rego mają­tek wyce­niono na bli­sko sześć­set osiem­dzie­siąt milio­nów zło­tych. Miał nie­zwy­kle bystry umysł i wie­dział, z kim pić wódkę, zwłasz­cza na prze­ło­mie lat osiem­dzie­siątych i dzie­więć­dzie­sią­tych, gdy w Pol­sce powsta­wały pierw­sze for­tuny. Sam zaczął zara­biać na przy­gra­nicz­nym baza­rze, gdzie jego ojciec Miro­sław Maj­ski pro­wa­dził sto­isko z prze­my­ca­nymi zza muru ber­liń­skiego ciu­chami, a potem pod­rób­kami róż­nych zachod­nich marek, komik­sami, słynną nie­miecką che­mią i oczy­wi­ście por­no­sami, w któ­rych wystę­po­wały panie z owło­sie­niem wsze­la­kim i brzu­chaci pano­wie z dorod­nym wąsem.

„Pra­cuj ciężko, a będziesz żył lekko”, powta­rzał ojciec, lecz Cyryl jego słowa jed­nym uchem wpusz­czał, a dru­gim wypusz­czał. Miał sie­dem­na­ście lat i nie chciało mu się wysta­wać całymi dniami na zbi­tym z bla­chy fali­stej stra­ga­nie. Wolał pić wódkę, palić zioło i bzy­kać na potęgę inne dzieci kwiaty, oczy­wi­ście przy akom­pa­nia­men­cie roc­ko­wych ryt­mów Led Zep­pe­lin, Sex Pistols czy Rol­ling Sto­ne­sów.

Lata osiem­dzie­siąte rzą­dziły się swo­imi pra­wami i zda­rzało się, że dzieci robiły sobie dzieci. Brak edu­ka­cji sek­su­al­nej i kiep­ski dostęp do środ­ków anty­kon­cep­cyj­nych, a do tego mło­dzież na haju bzy­ka­jąca się na prawo i lewo – wszystko to zaowo­co­wało wyżem demo­gra­ficz­nym, jakiego nie powsty­dzi­łyby się kraje afry­kań­skie. Cyryl Maj­ski rów­nież wpi­sał się w ten sche­mat i pew­nej czerw­co­wej nocy w sta­rym ojcow­skim namio­cie spło­dził syna, któ­remu dzie­więć mie­sięcy póź­niej dał na imię Flo­rian. Życie spra­wiło, że musiał nieco otrzeź­wieć, zwłasz­cza że Teresa, matka Flo­rianka, z chę­cią wzięła na sie­bie rolę wier­nej i dobrej żony pil­nu­ją­cej domo­wego ogni­ska. Mło­demu, acz nie do końca wyhu­la­nemu Cyry­lowi pozo­stał więc powrót na przy­gra­niczny stra­gan z bla­chy fali­stej i sprze­da­wa­nie nie­miec­kich por­no­sów.

Inte­res szedł cał­kiem nie­źle, a sytu­acja poli­tyczna sprzy­jała jak ni­gdy wcze­śniej. Cyryl może i nie nale­żał do przo­dow­ni­ków pracy, ale w prze­ci­wień­stwie do swo­jego nie do końca roz­gar­nię­tego ojca miał łeb na karku i potra­fił kom­bi­no­wać, dla­tego sto­sun­kowo szybko nawią­zał zna­jo­mo­ści z rosyj­skimi i nie­miec­kimi prze­myt­ni­kami. Wypił z nimi morze wódki, a że był łeb­skim face­tem i prze­wyż­szał kom­pa­nów pod wzglę­dem ilo­razu inte­li­gen­cji przy­naj­mniej o trzy­dzie­ści punk­tów, szybko przy­kle­pał pierw­sze poważne inte­resy na cał­kiem zno­śnych dla sie­bie warun­kach, a przez następne lata pro­wa­dził biz­nes w taki spo­sób, aby wszy­scy myśleli, że ruchają go w odbyt, pod­czas gdy to on ruchał ich, i to bez mydła. Kiedy nie­długo póź­niej pewien elek­tryk dopro­wa­dził do upadku komuny w Pol­sce, a za zachod­nią gra­nicą runął mur ber­liń­ski, przed Cyry­lem otwo­rzyły się moż­li­wo­ści, o jakich nawet nie śnił.

Maj­ski strzep­nął tytoń do popiel­niczki i odchy­lił się w fotelu, który lekko zaskrzy­piał pod jego cię­ża­rem. Wes­tchnął na myśl o sta­rych dobrych cza­sach. Wszystko toczyło się ide­al­nie aż do tam­tej feral­nej nocy.

Zga­sił do połowy wypa­lo­nego papie­rosa, gdy usły­szał stu­kot szpi­lek jed­nej ze swo­ich dłu­go­no­gich sekre­ta­rek. Chwilę póź­niej roz­le­gło się puka­nie i drzwi ustą­piły.

– Przy­szedł umó­wiony gość, pro­fe­so­rze – oznaj­miła młoda blon­dynka o figu­rze modelki.

Oczy­wi­ście Maj­ski nie miał tytułu pro­fe­sora ani nawet dok­tora, ale podobno papier przyj­mie wszystko, a w swo­ich papie­rach był pro­fe­so­rem prawa, co, jak sądził, brzmiało lepiej niż dyrek­tor, prze­wod­ni­czący czy po pro­stu szef.

– Niech wej­dzie – pole­cił, po czym nie­chluj­nym gestem kazał dziew­czy­nie opu­ścić gabi­net.

Chwilę póź­niej próg prze­kro­czył stary zna­jomy.

– Cześć, Cyryl – mruk­nął nad­ko­mi­sarz Zyg­munt Sza­tan.

– Cześć. – Maj­ski poru­szył się nie­zgrab­nie w fotelu. – Wyglą­dasz jak gówno.

– Dzięki.

– Nie ma za co. Znów pijesz?

– Piję, nie piję. Jakie to ma zna­cze­nie?

– Fun­da­men­talne. No chyba że…

– Może po pro­stu mi nalej.

Maj­ski wydął usta i cmok­nął nie­pysz­nie, ale chwilę póź­niej wstał, pod­szedł do barku i wyjął karafkę oraz dwie szklanki z gru­bego szkła. Nalał do każ­dej po solid­nej por­cji whi­sky i jedną z nich wrę­czył Sza­ta­nowi.

– Zdro­wie tych, któ­rych nie ma z nami. – Wzniósł toast i upił słuszny łyk.

– Zdro­wie. – Sza­tan uniósł swoją szklankę i w mil­cze­niu wychy­lił do dna. Alko­hol lekko nim wstrzą­snął.

– Dawno cię tu nie było, Zyg­munt. Co cię do mnie spro­wa­dza? – zapy­tał Maj­ski, gdy usie­dli przy sto­liku kawo­wym.

Nad­ko­mi­sarz pocze­kał, aż gospo­darz naleje mu drugą por­cję. Kie­dyś w biu­rze Maj­ski­Corp bywał znacz­nie czę­ściej, nawet kilka razy w mie­siącu. Obaj potra­fili zarwać noc na pla­no­wa­niu cze­goś, co dziś wyda­wało się już tylko złud­nym poczu­ciem trwa­nia w przy­się­dze zło­żo­nej nad gro­bami tych, któ­rych kochali ponad wszystko. Mieli już swoje lata, byli reali­stami. On, znisz­czony przez życie gli­niarz, któ­remu nie udało się pogo­dzić z trau­ma­tyczną prze­szło­ścią, i Maj­ski – bogaty przed­się­biorca, który ow­szem, żył w luk­su­sach i coraz odważ­niej zgła­szał aspi­ra­cje poli­tyczne, ale tak naprawdę wciąż taplał się w bagnie tam­tej czerw­co­wej nocy. Obie rany ropiały i nie chciały się zabliź­nić, choć od lat regu­lar­nie pod­le­wali je moc­nymi i szla­chet­nymi trun­kami z pół­nocy Wysp Bry­tyj­skich, mimo to żaden z nich ni­gdy nie miał odwagi, aby powie­dzieć „dość”. I choć obec­nie widy­wali się nie czę­ściej niż raz, góra dwa razy do roku, żaden ni­gdy ofi­cjal­nie nie wyco­fał się z umowy, jaką zawarli bli­sko ćwierć wieku temu.

– A czy coś musi mnie do cie­bie spro­wa­dzać? – odpo­wie­dział pyta­niem Sza­tan. Wziął kolejny łyk, się­gnął po paczkę papie­ro­sów i wbił spoj­rze­nie w gospo­da­rza, który wyraź­nie cze­kał na roz­wój sytu­acji. – No dobra, kon­kret­nie… – pod­jął i odpa­lił jed­nego. – Wczo­raj dosta­łem sprawę zagi­nio­nej dziew­czyny. Nazywa się Mar­tyna Piskor­ska, ma dwa­na­ście lat i według wstęp­nych usta­leń mogła zostać zawi­nięta przez nową grupę zaj­mu­jącą się han­dlem żywym towa­rem. A wiesz, jak jest. Wszy­scy, któ­rzy ope­rują na tym tere­nie, wcze­śniej czy póź­niej nawią­zują kon­takt z Tur­kami albo Albań­czy­kami.

– Hmm…

– To musi być gruba sprawa, bo roz­kazy przy­szły z samej góry. A jeśli w śledz­two zaan­ga­żo­wał się bez­po­śred­nio Wydział do Walki z Han­dlem Ludźmi, to pew­nie CBŚ współ­pra­cuje z Niem­cami.

– Jaka w tym twoja rola?

– Mam zba­dać temat tej Piskor­skiej. Poszpe­rać, popy­tać, dowie­dzieć się, co w tra­wie pisz­czy. A jeśli jest choć mini­malna szansa, żeby…

– Naprawdę jesz­cze w to wie­rzysz? – Maj­ski nie dał mu dokoń­czyć.

Kąciki ust Sza­tana opa­dły bez­wied­nie. Cyryl zasko­czył go tym pyta­niem. Do tej pory nic nie wska­zy­wało na to, że pla­nuje odpu­ścić. Ow­szem, obaj dosko­nale zda­wali sobie sprawę, że pew­nych rze­czy nie da się prze­sko­czyć, a dotar­cie do ludzi odpo­wie­dzial­nych za ich krzywdę może być bar­dzo trudne, ale wła­śnie nada­rzała się oka­zja – nikła bo nikła, ale jed­nak – by nieco odku­rzyć temat i spró­bo­wać coś na tym ugrać.

– Nie rozu­miem – mruk­nął, wyraź­nie znie­sma­czony.

– Minęło dwa­dzie­ścia pięć lat, Zyg­munt. Dwa­dzie­ścia pięć cho­ler­nych lat. I co? Co zdo­ła­łeś osią­gnąć przez ten czas? Pomi­ja­jąc oczy­wi­ście te twoje kalam­bury w piw­nicy…

Nad­ko­mi­sarz zastygł z papie­ro­sem przy skroni. Wpa­try­wał się w roz­mówcę, jakby nie do końca rozu­miał, co wła­śnie usły­szał. Kalam­bury? Zamru­gał ner­wowo. A więc dwa­dzie­ścia pięć lat infil­tro­wa­nia, dema­sko­wa­nia i roz­kła­da­nia na czyn­niki pierw­sze klanu Oza­la­nów to dla Maj­skiego pier­do­lone kalam­bury? Tego klanu Oza­la­nów, który…

– Co ty do mnie pier­do­lisz? – wark­nął, a nad­miar popiołu z papie­rosa spadł na pod­łogę.

– Tylko bez takich…

– Powtórz, bo chyba się prze­sły­sza­łem. Co mia­łeś na myśli, mówiąc o kalam­bu­rach w piw­nicy?

– Zyg­munt… – Maj­ski wypił drinka do dna i odsta­wił pustą szklankę na sto­lik, po czym się nachy­lił, skra­ca­jąc dystans. – Minęło dwa­dzie­ścia pięć lat, a my wciąż żyjemy, jakby to było dwa­dzie­ścia pięć godzin. Róż­nica jest taka, że dwa­dzie­ścia pięć lat temu Hakan Oza­lan był jesz­cze do zdję­cia, a dziś… – Wykrzy­wił usta w ner­wo­wym gry­ma­sie. – Dziś jest w Niem­czech pier­do­lo­nym bogiem. Jego mają­tek sza­cuje się na kilka miliar­dów euro. Ma kil­ku­set krew­nych i kilka tysięcy żoł­nie­rzy goto­wych oddać za niego życie w każ­dej chwili. Kon­tro­luje szlaki prze­rzu­towe koka­iny z Kolum­bii, hero­iny z Afga­ni­stanu i żywego towaru z Rosji na zachód Europy. Pod­po­rząd­ko­wał sobie Albań­czy­ków, Ser­bów, boi się go nawet cosa nostra, a na jego dziel­nice w Ber­li­nie poli­cja nawet nie zajeż­dża, bo wie, że nie ma tam czego szu­kać. Jak ty sobie, kurwa, wyobra­żasz, że jeste­śmy w sta­nie mu zagro­zić? Naprawdę myślisz, że jakiś fra­jer z CBŚ albo nawet ten zasrany Inter­pol ruszą pal­cem, bo w Zie­lo­nej Górze znik­nęła gów­niara, a bez urazy, nikomu nie­znany moczy­morda żyjący traumą z prze­szło­ści usta­lił, że dziew­czyna mogła zostać porwana i sprze­dana do ber­liń­skiego bur­delu ludziom z jego klanu? – Maj­ski wymow­nie pokrę­cił głową.

Czas zwol­nił, jakby ktoś nasy­pał pia­sku do zegara odmie­rza­ją­cego kolejne sekundy. Sza­tan wpa­try­wał się w gospo­da­rza, który się­gnął po karafkę i ponow­nie napeł­nił szklanki.

– Chcesz odpu­ścić? – zapy­tał po dłu­giej chwili mil­cze­nia.

– A jesteś w sta­nie podać mi choć jeden sen­sowny powód, aby tego nie zro­bić?

– Przy­się­ga­li­śmy…

– Nie zna­jąc realiów! Zyg­munt, zro­zum to, kurwa mać! Dzia­ła­li­śmy pod wpły­wem emo­cji. Od początku to wszystko nie miało naj­mniej­szego sensu. A nawet jeśli kie­dyś mie­li­śmy jakieś szanse, to w ciągu tych dwu­dzie­stu pię­ciu lat stra­ci­li­śmy je bez­pow­rot­nie.

Znów zapa­dła cisza. W tle dało się sły­szeć tyka­nie ścien­nego zegara i cichy szum miej­skiego zgiełku za oknem.

– I chcesz to wszystko wyrzu­cić na śmiet­nik? Chcesz o tym zapo­mnieć, ot tak? Jakby to się ni­gdy nie stało? – W tonie nad­ko­mi­sa­rza po raz pierw­szy dało się wyczuć nara­sta­jącą trwogę.

– Mój syn stra­cił życie, bo taką wybrał sobie pracę. Poli­cjanci cza­sem giną na służ­bie. I naj­wyż­szy czas się z tym pogo­dzić.

– Mój syn nie zgi­nął na służ­bie. Nawet się nie uro…

– Daj spo­kój, Zyg­munt. To już nie ma sensu.

– Moja żona i córka też nie nosiły odznaki, a wra­cały do mnie mie­sią­cami w kawa…

– Dość! – Maj­ski rąb­nął pię­ścią w stół z taką siłą, że jedna ze szkla­nek pod­sko­czyła. Wychla­pana whi­sky stwo­rzyła nie­re­gu­larny roz­bryzg na bla­cie.

Nie­mal natych­miast drzwi do gabi­netu się otwo­rzyły i w progu sta­nął postawny ochro­niarz. Cyryl wygo­nił go mach­nię­ciem dłoni i pró­bu­jąc zapa­no­wać nad emo­cjami, pod­jął:

– Zro­zum, Zyg­munt, że nie jeste­śmy w sta­nie nic pora­dzić. Musisz się z tym pogo­dzić albo to cię zeżre, prze­trawi i wysra.

– Ni­gdy się z tym nie pogo­dzę, i dobrze o tym wiesz.

– W takim razie musisz sobie radzić sam. Ja już nie mogę dłu­żej babrać się w tym gów­nie. Nie­długo zaczyna się kam­pa­nia. Mam szansę dostać się do par­la­mentu i…

– A więc o to cho­dzi. – Usta Sza­tana wygięły się w pod­kowę. Pod­niósł się z fotela i popra­wił kra­wat. Przez chwilę z nie­ukry­wa­nym obrzy­dze­niem przy­glą­dał się sta­remu towa­rzy­szowi nie­doli. – Zmie­ni­łeś się, Cyryl. Zmie­niła cię kasa i te pier­do­lone luk­susy. Twój syn… – Się­gnął po szklankę i wychy­lił alko­hol do dna. – Prze­wraca się w gro­bie, jak na to patrzy.

– Wypier­da­laj – syk­nął Maj­ski. – Wypier­da­laj i ni­gdy tu nie wra­caj!

– Powo­dze­nia w wybo­rach.

Chwilę póź­niej nad­ko­mi­sarz Zyg­munt Sza­tan odwi­nął się na pię­cie i opu­ścił biuro szefa Maj­ski­Corp. W dro­dze do domu myślał już tylko o tym, aby jak naj­szyb­ciej się dopić.

ROZDZIAŁ 5

Dwa kolejne dni Luta spę­dziła z dziećmi, pró­bu­jąc nad­ro­bić stra­cony czas. Rosły jak na droż­dżach i strasz­nie żało­wała, że nie może z dnia na dzień obser­wo­wać, jak się roz­wi­jają. Ale czy tu, na miej­scu, zaro­bi­łaby tyle co na plat­for­mie? Zaraz po odej­ściu ze służby zaha­czyła się w fir­mie ochro­niar­skiej, potem jeź­dziła w kon­wo­jach, ale choć praca wyma­gała peł­nej dys­po­zy­cyj­no­ści, zara­biała gro­sze. Odpo­wiedź była zatem oczy­wi­sta. Jeśli chciała utrzy­mać rodzinę na przy­zwo­itym pozio­mie, musiała wyje­chać, a sys­tem rota­cyjny, pole­ga­jący na tym, że pra­co­wała dwa tygo­dnie, a póź­niej trzy miała wolne, i tak był o niebo lep­szy od wie­lo­mie­sięcz­nych misji, na które jeź­dziła przed uro­dze­niem Franka. Gdy tylko nacho­dziły ją ponure myśli, przy­po­mi­nała sobie o nie­za­leż­no­ści, którą tak ceniła, oraz o codzien­nych dyle­ma­tach i pro­ble­mach zna­jo­mych, któ­rych ona nie musiała doświad­czać. Chciała kupić córce nowe buciki? Pyta­nie nie brzmiało, czy kupi, tylko jakie. Pra­gnęła zafun­do­wać sobie nowe per­fumy albo wypad w góry? Pro­szę bar­dzo. W skle­pach też nie musiała szu­kać pro­mo­cji i do koszyka wkła­dała to, na co aku­rat miała ochotę. Gene­ral­nie dzie­ciom niczego nie bra­ko­wało, no, może z wyjąt­kiem matki. Ale i to miało swoje plusy, bo pod­czas jej nie­obec­no­ści – przy­naj­mniej w teo­rii, bo czę­sto lądo­wały u dziad­ków – Franka i Werkę wycho­wy­wał były mąż Luty. Uwa­żała, że dzieci powinny mieć ojca, nawet jeśli był nie­doj­rza­łym synal­kiem mamusi, który po zje­cha­niu z rota­cji więk­szość czasu spę­dzał na prze­sia­dy­wa­niu z kole­gami na par­ko­wej ławce, pale­niu zioła i bzy­ka­niu mało­lat. Cza­sem się zasta­na­wiała, gdzie miała oczy, gdy za niego wycho­dziła, ale tłu­ma­czyła sobie, że miłość jest ślepa. Była wtedy młoda i głu­pia. Tylko że ona z tego wyro­sła, a on głupi pozo­stał.

Po obie­dzie u matki zabrała dzieci do domu i resztę dnia spę­dzili, cie­sząc się swoim towa­rzy­stwem. Ryso­wali, grali w plan­szówki, a Fra­nek jak zwy­kle przy­ma­ru­dził i musiał posza­leć na table­cie. Nie obyło się bez wszyst­kich tych głup­ko­wa­tych zabaw w zom­bie, duchy czy samo­loty, które w sumie powinny być domeną ojca, ale Luta sta­rała się go god­nie zastę­po­wać. Potem przy­szedł czas na zapasy, które usku­tecz­niała głów­nie z Fran­kiem, a następ­nie wojna na poduszki – tu bry­lo­wała Werka. Wycień­czone aktyw­nym popo­łu­dniem dzie­ciaki usnęły już przed dzie­wiątą, a ona mogła chwilę poczy­tać i obej­rzeć film. Zadzwo­niła też do Emila, swo­jego kochanka. Wszak brak sta­łego part­nera nie ozna­czał, że nie potrze­buje czy nie ma prawa do bli­sko­ści.

– Mogę przy­je­chać jutro wie­czo­rem? – zapy­tała, gdy już się przy­wi­tali.

– Jasne – odparł męż­czy­zna. – Mam wino, sery, jakieś owoce. No i spe­cjal­nie z myślą o tobie kupi­łem nowy zesta­wik…

– Wrr…

Umó­wili się na kolejny wie­czór, bo musiała się upew­nić, czy może liczyć na swoją przy­ja­ciółkę. Mirka jako jedyna znała jej małą tajem­nicę i gdy Luta potrze­bo­wała poskro­mić żądze, poma­gała jej w opiece nad dziećmi. Chwi­lowo taki układ jej paso­wał, bo zna­la­zła męż­czy­znę, który potra­fił speł­nić jej ocze­ki­wa­nia, co wbrew pozo­rom wcale nie było takie łatwe, gdyż miała potrzeby nie­ko­niecz­nie przy­jęte powszech­nie za stan­dar­dowe.

Kolejny dzień posta­no­wiła spę­dzić z dziećmi w Nie­su­li­cach nad pobli­skim jezio­rem Nie­słysz. Umó­wiła się z Kamą i Elą, kole­żan­kami jesz­cze z cza­sów liceum, a dziś tak jak ona samot­nymi mat­kami. Cała piątka ich malu­chów w podob­nym wieku doga­dy­wała się świet­nie – plu­skały się w wodzie, łobu­zo­wały i jadły lody, a Luta, popi­ja­jąc piwo mali­nowe w cie­niu rosną­cego przy plaży dębu, roz­ko­szo­wała się tymi chwi­lami.

Póź­nym popo­łu­dniem wró­ciła do Zie­lo­nej Góry, spę­dziła z dziećmi jesz­cze kilka godzin w domu, a potem przy­szła Mirka, która prze­jęła pałeczkę, aby Luta mogła się opo­rzą­dzić przed randką. Gdy dzieci zasnęły, wsia­dła na motor i popę­dziła do Emila, który już na nią cze­kał w stroju wie­czo­ro­wym, a kon­kret­nie w stroju Adama. Tylko przez chwilę był dla niej miły – potem ode­grali zapla­no­wany sce­na­riusz, o który Luta sama wcze­śniej popro­siła.

– Na kolana! – wark­nął kocha­nek, chwy­ta­jąc ją za włosy, a ona posłusz­nie przed nim uklę­kła, dopa­dła jego penisa i zaczęła go dra­pież­nie ssać.