Kolekcjoner oczu - Sebastian Fitzek - ebook

Kolekcjoner oczu ebook

Sebastian Fitzek

1,0

Opis

 

 

Najpierw zabija matkę, następnie ukrywa dziecko i daje ojcu 45 godzin na jego znalezienie. Po tym terminie dziecko ma zginąć. Taka jest metoda działania przestępcy. Po wyznaczonym czasie dziecko umiera w swojej kryjówce. Ale na tym groza się nie kończy: w znalezionych zwłokach za każdym razem policja stwierdza brak lewego oka. 
Kolekcjoner oczu nie pozostawia po sobie żadnych przydatnych dla śledztwa śladów. Ale pewnego dnia zgłasza się tajemniczy świadek: Alina Gregoriev, niewidoma psychoterapeutka, która przez dotyk potrafi wejrzeć w przeszłość swoich pacjentów. Kobieta jest niemal pewna, że jej pacjent jest właśnie poszukiwanym mordercą. 

 

Cykl: Kolekcjoner oczu, t. 1 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Człuchowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 413

Rok wydania: 2011

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
paulax3

Nie polecam

Nie da się przeczytać książki rozdziały idą do tyłu napisy nachodzą na siebie
00



 

Sebastian Fitzek

kolekcjoner oczu

 

PrzełożyłaBarbara Tarnas

 

 

Pamięci Rüdigera KreklauaTo fantaści zmieniają świat, nie dusigrosze.

 

Verlagsanstalt

KG, Munich, Germany

 

The book was negotiated through AVA International GmbH, Germany

(www.ava-international.de)

 

Copyright for the Polish Edition © 2011 G + J Gruner + Jahr Polska

Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

 

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41-42

 

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

 

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta: Bronisława Dziedzic-Wesołowska

Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca serię: Agnieszka Koszałka

 

ISBN: 978-83-62343-40-9

 

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Druk: Abedik S A.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych - również częściowe - tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

 

Gra jest eksperymentowaniem z przypadkiem.Novalis

 

It’s the end where I begin.

The Script

 

Epilog

 

Alexander Zorbach (ja)

 

Zdarzają się historie, które są jak spirale śmierci i wbijają się zardzewiałym końcem coraz głębiej i głębiej w świadomość tego, kto musi ich wysłuchać. Nazywam je perpetuum morbile. Historie, które nigdy się nie zaczęły i nigdy się nie kończą, ponieważ traktują o wiecznym umieraniu.

Czasem opowiadają je pozbawieni skrupułów ludzie, aby rozkoszować się przerażeniem widocznym w oczach swoich słuchaczy i koszmarami, jakie z pewnością wywołują, kiedy w nocy człowiek leży sam w łóżku i wpatruje się w sufit, ponieważ nie może zasnąć.

Tego rodzaju perpetuum morbile można czasem znaleźć pomiędzy okładkami i wtedy trzeba szybko zatrzasnąć książkę, żeby stamtąd nie uciekły. Już na początku radzę wam, nie czytajcie dalej!

Nie wiem, jak natrafiliście na tę opowieść, wiem tylko, że nie była przeznaczona dla was. Protokół grozy nie powinien nikomu wpaść w ręce. Nawet waszym największym wrogom.

Uwierzcie mi, bo mówię to z doświadczenia. Nie mogłem zamknąć oczu. Nie potrafiłem odłożyć książki. Ponieważ historia człowieka, któremu łzy płynęły z oczu jak krople krwi - historia człowieka, który przyciskał do siebie zwinięty tobół ludzkiego mięsa, mięsa, które zaledwie kilka minut wcześniej oddychało, kochało i żyło - ta historia nie jest filmem, legendą, książką.

Ta historia jest moim fatum.

Moim życiem.

Ponieważ człowiekiem, który w apogeum swoich męczarni zorientował się, że agonia dopiero się zaczęła - tym człowiekiem jestem ja.

 

Ostatni rozdział. Zakończenie

 

Ach śpij, kochanie,

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz...

 

- Powiedz jej, żeby przestała - wrzasnął dowódca bezpośrednio w moje prawe ucho.

 

Czego pragniesz, daj mi znać,Ja ci wszystko mogę dać...

 

- Ma natychmiast przestać śpiewać tę cholerną piosenkę.
- Dobra, dobra. Wszystko jasne. Już wiem, co mam zrobić - odpowiedziałem do malutkiego mikrofonu, który technik z oddziału specjalnego przyczepił kilka minut wcześniej do mojej koszuli i przez który utrzymywałem łączność z dowódcą. - Jeśli dalej będzie pan tak wrzeszczał, wyrwę ten przeklęty guzik z ucha, zrozumiał pan?

Zbliżałem się do środka kładki dla pieszych nad A100. Autostrada miejska, jedenaście metrów pod nami, była teraz zamknięta w obu kierunkach - raczej aby chronić kierowców niż obłąkaną kobietę, która stała oddalona ode mnie o długość autobusu.

- Angelique? - krzyknąłem głośno jej imię. Z krótkiej odprawy w prowizorycznym sztabie oddziału wiedziałem, że ma trzydzieści siedem lat, wcześniej dwa wyroki za uprowadzenie dzieci, za co spędziła w zakładzie zamkniętym co najmniej siedem z ostatnich dziesięciu lat. Niestety, cztery tygodnie temu jakiś mądrala psycholog sporządził ekspertyzę, w której rekomendował jej powrót na łono społeczeństwa.

Wielkie dzięki, panie kolego. Dzięki panu mamy teraz ten cały pasztet!

- Podejdę trochę bliżej, jeśli nie ma pani nic przeciwko - powiedziałem i uniosłem ręce. Zero reakcji. Opierała się o zardzewiałą balustradę, jej skrzyżowane na piersiach dłonie tworzyły kołyskę. Od czasu do czasu lekko kołysała się do przodu, a wtedy jej łokcie wysuwały się poza balustradę.

Drżałem zarówno z napięcia, jak i z zimna. Co prawda temperatura nawet nie zbliżała się do zera, co było dość dziwne jak na grudzień, ale w moim odczuciu dorównywała temperaturze panującej w Jakucku. Spędziłem zaledwie trzy minuty na wietrze i już prawie odpadły mi uszy.

- Halo, Angelique?

Pod moimi ciężkimi butami zatrzeszczał żwir i wtedy po raz pierwszy odwróciła głowę w moim kierunku, bardzo powoli, jak na zwolnionym filmie.

- Nazywam się Alexander Zorbach i chciałbym z panią porozmawiać.

Bo to moja praca. Dzisiaj jestem negocjatorem.

- Czy to nie jest piękne? - zapytała tym samym monotonnym śpiewnym głosem, którym nuciła kołysankę.

Ach śpij, kochanie...

- Czy moje dziecko nie jest cudowne, przecudowne? Potwierdziłem, chociaż z daleka ledwie widziałem, co przyciska do szczupłego torsu.

Mógł to być zarówno wałek pod głowę, złożone prześcieradło, jak i szmaciana lalka. Jednak nie dopisało nam tyle szczęścia. Potwierdziła to kamera termowizyjna. Trzymała w ramionach coś żywego, coś ciepłego. Jeszcze tego nie widziałem, lecz słyszałem.

Płakało sześciomiesięczne dziecko. Trochę wycieńczone, ale jeszcze ciągle płakało.

Jak do tej pory była to najlepsza wiadomość tego dnia.

Zła wiadomość była taka, że niemowlę miało przed sobą zaledwie kilka minut życia.

Nawet gdyby ta obłąkana kobieta nie zrzuciła go z kładki.

Do diabła, Angelique. Tym razem wybrałaś sobie pod każdym względem niewłaściwe dziecko.

- Jak ma na imię ten słodki bobas? - ponownie spróbowałem nawiązać z nią rozmowę.

Po spartolonej aborcji kobieta nie mogła mieć dzieci. Właśnie z tego powodu postradała rozum. Już trzeci raz uprowadziła cudze niemowlę i podawała je za swoje. I po raz trzeci zauważyli to przechodnie w pobliżu szpitala. Dzisiaj już po półgodzinie kurier rowerowy zwrócił uwagę na bosą kobietę z plączącym dzieckiem stojącą na kładce.

- Jeszcze nie ma imienia - powiedziała Angelique. Proces wyparcia zaszedł tak daleko, że w tej chwili z całych sił wierzyła, iż dziecko w jej ramionach naprawdę było jej ciałem i krwią. Nawet nie próbowałem jej przekonywać, wiedziałem, że to nie miało sensu. Jeśli nie pomogło jej siedmioletnie intensywne leczenie, mnie na pewno nie udałoby się zrobić tego w siedem minut - ale też nie to było moim zamiarem.
- Co pani powie na Hansa? - zaproponowałem. Teraz dzieliło mnie od niej najwyżej dziesięć metrów.
- Hans? - Zdjęła jedną rękę z zawiniątka i rozchyliła kocyk. Ulżyło mi, kiedy usłyszałem, jak dziecko zaczęło ryczeć.
- Hans, ładnie brzmi - powiedziała Angelique, zapominając o sobie. Zrobiła mały krok do tyłu i teraz nie stała już tak blisko poręczy - Jak Szczęśliwy Hans.
- Tak - przyznałem jej rację i ostrożnie zrobiłem następny krok do przodu.

Dziewięć metrów.

- Albo jak Hans z innej bajki.

Odwróciła się do mnie i spojrzała pytającym wzrokiem.

- Jakiej innej bajki?
- No, tej o nimfie wodnej Ondynie.

Żeby być dokładnym, była to raczej germańska saga, a nie baśń, ale w tej chwili nie miało to znaczenia.

- O Ondynie? - Uniosła kącik ust. - Nie znam.
- Nie? Aha, w takim razie muszę ją pani opowiedzieć. Jest przepiękna.
- Co pan zamierza? Czy już całkiem panu odbiło? - krzyknął dowódca w moim prawym uchu, co zignorowałem.

Osiem metrów. Krok po kroku przesuwałem się na jej pole karne.

- Ondyna była istotą boską, nimfą tak przecudnej urody jak żadna inna. Zakochała się do szaleństwa w rycerzu Hansie.
- Słyszysz, mój skarbie? Jesteś rycerzem!

Niemowlę skwitowało to głośnym krzykiem.

A więc jeszcze oddycha. Dzięki Bogu.

- Tak, ale rycerz był tak przystojny, że latały za nim wszystkie kobiety - kontynuowałem. - I niestety zakochał się w innej i zostawił Ondynę.

Siedem metrów.

Poczekałem, aż znów usłyszę skrzeczenie dziecka, i mówiłem dalej:

- To tak rozgniewało ojca Ondyny, boga morza Posejdona, że rzucił przekleństwo na Hansa.
- Przekleństwo? - Angelique przestała się kołysać.
- Tak. Od tej pory Hans nie mógł sam bezwiednie oddychać. Musiał się na tym koncentrować. - Głośno nabrałem w płuca zimnego powietrza i mówiąc, stopniowo je wypuszczałem. - Wdychać. Wydychać. Wdychać. Wydychać. - Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała demonstracyjnie. - Hans umarłby, gdyby chociaż raz zapomniał o oddychaniu.

Sześć metrów.

- Jak kończy się ta baśń? - zapytała podejrzliwie Angelique, kiedy ostrożnie próbowałem zbliżyć się do niej na długość samochodu. Przy czym wydawało się, że bardziej nie podobała jej się moja bliskość niż to, jaki obrót przybrała bajka.
- Hans robi wszystko, żeby nie zasnąć. Walczy ze zmęczeniem, ale w końcu zamyka oczy.
- Umiera? - spytała bezdźwięcznie. Z jej wycieńczonej twarzy ustąpiły ostatnie oznaki radości.
- Tak. Ponieważ we śnie niechybnie zapomni oddychać. A to oznacza jego śmierć.

Coś zatrzeszczało mi w uchu, jednak tym razem dowódca trzymał gębę na kłódkę. Tutaj na dworze nie było słychać nic prócz oddalonego szumu ruchu ulicznego.

Wysoko nad naszymi głowami leciało na wschód stado czarnych ptaków.

- To nie jest ładna baśń. - Angelique lekko zachwiała się do przodu, teraz całym ciałem kołysała mocno przyciśnięte do piersi niemowlę. - Nie podoba mi się.

Wyciągnąłem do niej rękę i podszedłem jeszcze bliżej.

- To prawda, nie jest. I w zasadzie nie jest też baśnią!
- A czym?

Zawiesiłem głos, znów czekałem na jakąkolwiek oznakę życia małego. Nic nie słyszałem. Tylko ciszę. Miałem sucho w ustach, kiedy jej to powiedziałem.

- To prawda.
- Prawda?

Energicznie potrząsnęła głową, już się domyśliła, co chciałem teraz powiedzieć.

- Angelique, proszę mnie posłuchać. Dziecko na pani rękach cierpi na klątwę Ondyny, chorobę nazwaną tak od bajki, którą właśnie pani opowiedziałem.
- Nie!

A jednak.

Tragizm sytuacji polegał na tym, że nie zaserwowałem jej jakiegoś taktycznego kłamstwa. Klątwa Ondyny jest rzadkim zaburzeniem centralnego układu nerwowego. Dotknięte nią dzieci duszą się, kiedy wbrew własnej woli nie koncentrują się na oddychaniu. Klątwa Ondyny jest ciężką, zagrażającą życiu chorobą. W wypadku Tima (tak w rzeczywistości nazywało się niemowlę), aby dostarczyć małemu organizmowi dostateczną ilość tlenu, wystarczało oddychanie w fazach czuwania. Trzeba go było respirować tylko wtedy, kiedy spał.

- To jest moje dziecko - znów zaprotestowała Angelique swoim sennym głosem.

Ach śpij, kochanie...

- Niech pan tylko popatrzy, jak grzecznie śpi w moich ramionach.

O Boże, nie. Miała rację. Dziecko przestało wydawać jakiekolwiek odgłosy.

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz...

- Tak, to pani dziecko, Angelique - powiedziałem dobitnie i zbliżyłem się o jeszcze jeden metr. - Nikt temu nie zaprzecza. Ale ono nie może zasnąć, rozumie pani? W przeciwnym razie umrze, tak jak Hans w bajce.
- Nie, nie, nie! - Uparcie potrząsała głową. - Moje dziecko nie było złe. Nie zostałoby przeklęte.
- Oczywiście, na pewno nie. Ale jest chore. Nich pani da mi chłopca, a lekarze go wyleczą.

Teraz znajdowałem się tak blisko niej, że czułem słodkawo-zjełczały zapach jej nieumytych włosów. Zapach psychicznego i cielesnego zaniedbania, którym był przepojony jej tani dres do joggingu.

Odwróciła się do mnie i pierwszy raz mogłem rzucić okiem na dziecko. Na jego lekko zaczerwienioną, na jego drobną... na jego śpiącą buzię. Wystraszony spojrzałem na Angelique. I wtedy zrozumiałem.

- Cholera, nie, nie rób tego! - w moim uchu ryknął głos dowódcy, którego do tej chwili w ogóle nie słyszałem. - Zejdź stamtąd. Schodź!

To i następne zdania wywnioskowałem z protokołu z akcji, który okazał mi przewodniczący komisji śledczej.

Dzisiaj, kiedy minęło siedem lat od dnia, w którym moje życie legło w gruzach, nie jestem już pewny, czy rzeczywiście to widziałem.

To.

To coś w jej spojrzeniu. Wyraz najczystszego, całkowicie rozpaczliwego poznania samej siebie. Wtedy byłem pewny

Nazwijcie to przeczuciem, intuicją, jasnowidztwem. Co będzie, to będzie, i wszystkimi zmysłami poczułem, że w sekundzie, kiedy Angelique odwróciła się do mnie, uświadomiła sobie swoją chorobę psychiczną. Poznała samą siebie. Wiedziała, że jest chora. Że dziecko nie należy do niej. I że już nigdy go nie odzyska, jeśli trafi w moje ręce.

- Stój, ani kroku dalej.

Dzięki treningom bokserskim miałem dość doświadczenia, żeby wiedzieć, na co trzeba zwracać uwagę, kiedy człowiek chce z wyprzedzeniem wyczuć ruchy przeciwnika. Na jego barki! A barki Angelique poruszały się w kierunku, który dopuszczał tylko jedną interpretację, zwłaszcza że teraz powoli wyciągała przed siebie ręce.

Trzy metry. Jeszcze tylko przeklęte trzy metry.

Chciała zrzucić dziecko z kładki.

- Opuścić broń. Powtarzam: natychmiast opuścić broń.

I dlatego nie zwracałem uwagi na głos w moim uchu, tylko wycelowałem pistolet prosto w jej czoło.

I strzeliłem.

 

Najczęściej budzę się z krzykiem w tym momencie i przez chwilę cieszę się, że to wszystko jest tylko sennym koszmarem. Dopóki nie wyciągnę ręki i na drugiej połowie łóżka obok mnie nie wyczuwam dotykiem pustki. Dopóki nie przypomnę sobie, że te zdarzenia naprawdę miały miejsce. Martwię się, że straciłem pracę, rodzinę i zdolność do przespania nocy bez budzenia się z powodu dręczących koszmarów

Od owego strzału żyję w strachu. Czystym, zimnym i przenikającym do szpiku kości strachu. Posilam się koncentratem z moich snów.

Wtedy na wiadukcie zabiłem człowieka. I aczkolwiek wmawiam sobie, że dzięki temu mogłem uratować inną duszę, jestem pewny, że to równanie nie da się rozwiązać. No bo jeśli wtedy się myliłem? Co by było, jeśli Angelique nie zamierzała targnąć się na życie dziecka? A może wyciągnęła ręce tylko po to, żeby podać mi dziecko? W chwili, w której wystrzelony przeze mnie pocisk roztrzaskał jej czaszkę. Tak szybko, że jej mózg nie zdążył wysłać impulsu, aby jeszcze bardziej rozluźniła ręce. Tak szybko, że mogłem złapać dziecko, zanim wyślizgnęło się z jej martwych dłoni.

Ale jeśli wtedy na wiadukcie zabiłem niewinnego człowieka?

Wówczas, byłem tego w stu procentach pewny, któregoś dnia będę musiał zapłacić za swój błąd.

Wiedziałem to. Nie wiedziałem tylko, że ten dzień nadejdzie tak szybko.

 

Rozdział 83

 

I znów odwiedziłem z moim synem miejsce, o którym mówiło się, że w całym Berlinie dzieci nie mają lepszego do umierania.

- Serio? Helikopter? - powiedziałem, wskazując podbródkiem na otwarty papierowy karton, który wniosłem do długiego korytarza. - Dobrze się zastanowiłeś? Bądź co bądź jest to heli z powerboostem Captain Jacka.

Julian przytaknął gorliwie, kiedy obiema rękami ciągnął po linoleum wypchaną torbę z IKE-i.

Kilka razy oferowałem mu pomoc, ale koniecznie chciał sam przetaszczyć przez szpital ciężki pakunek. Typowy przypadek stanu „jestem już dość silny „, który osiągają wszyscy chłopcy gdzieś pomiędzy etapem „chcę, ale nie sam” a „możecie mnie wszyscy...”.

Jedyne, co mogłem zrobić, aby nie urazić jego dumy, to tylko iść trochę wolniej.

- Już go nie potrzebuję! - powiedział stanowczo. Potem zaczął kaszleć. Najpierw brzmiało to, jakby się tylko zakrztusił, potem kaszel stawał się coraz bardziej gardłowy.
- Wszystko w porządku, mały? - Wziąłem od niego pakunek.

Już kiedy pojechałem po niego do domu, moją uwagę przykuła jego zaczerwieniona twarz, ale Julian sam przydźwigał ciężki pakunek do ogrodu, i przyjąłem, że ten wysiłek tłumaczył jego spocone dłonie i sklejone na karku mokre włosy.

- Czy jeszcze ciągle jesteś przeziębiony? - spytałem zatroskany.
- Nie, już jest dobrze, tato. - Odtrącił moją dłoń, którą chciałem dotknąć jego czoła.

Wtedy znów zakaszlał i rzeczywiście, teraz kaszel brzmiał trochę lepiej niż wcześniej.

- Czy mama była z tobą u lekarza?

Może powinniśmy kazać cię przebadać, skoro już jesteśmy w szpitalu?

Julian potrząsnął głową.

- Nie, tylko... - Chłopiec zaciął się i poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość.
- Tylko co?

Odwrócił się ode mnie w poczuciu winy i złapał uchwyty torby.

- Chwileczkę, chyba nie byliście znów u tego szarlatana?

Przytaknął nieśmiało, jakby się przyznawał, że coś nabroił. Tylko że tym razem w ogóle nie było w tym jego winy. Winę ponosiła matka, która coraz bardziej schodziła na ezoteryczną złą drogę i wolała ciągać naszego syna do sprawiającego cuda hinduskiego guru niż do lekarza od gardła, nosa i uszu.

Dawno temu, kiedy właśnie zakochałem się w Nicei, jej spliny jeszcze mnie bawiły, nawet frapowało mnie, kiedy chciała odczytywać przyszłość z linii mojej dłoni albo kiedy wyjawiła mi, że we wcześniejszym wcieleniu była grecką niewolnicą. Jednak z upływem lat jej nieszkodliwe dziwactwa przeistoczyły się w kompletnego bzika, który zapewne częściowo przyczynił się do tego, że zerwałem z nią najpierw duchowy, a następnie fizyczny kontakt. Przynajmniej chętnie to sobie wmawiam, żeby nie ponosić wyłącznej winy za rozpad naszego małżeństwa.

- Co ten znach... ten szaman powiedział? - zapytałem i podszedłem do syna. Kosztowało mnie dużo wysiłku, żeby mój głos nie brzmiał agresywnie. Julian mógłby to odnieść do siebie, a przecież nie ponosił winy za to, że jego matka nie wierzyła w klasyczną medycynę ani w teorię ewolucji.
- On uważa, że mam nieprawidłowo naładowane czakramy.
- Czakramy?

Krew uderzyła mi do głowy.

No jasne, czakramy. Dlaczego sam na to nie wpadłem? Prawdopodobnie to one spowodowały, że dwa lata temu nasz syn złamał nadgarstek podczas jazdy na skateboardzie - zrobiłem Nicei niemy wykład. Już wtedy z pełną powagą pytała chirurgów, czy nie można by zastąpić narkozy hipnozą.

- Powinieneś czegoś się napić - powiedziałem, żeby zmienić temat, i wskazałem na automat z napojami. - Co chcesz?

To jasne. Colę.

Nicei urwałaby mi głowę, na pewno.

Moja jeszcze-żona w zasadzie robiła zakupy wyłącznie w sklepach ekologicznych oraz w działach ze zdrową żywnością w supermarketach i z całą pewnością zawierająca kofeinę lemoniada nie znalazłaby się na jej liście zakupów.

No tak, ale nie ma tu herbaty z kopru włoskiego, pomyślałem i pomacałem kieszenie marynarki, szukając portmonetki. Niespodziewany głos za moimi plecami, młody, a już zużyty, podziałał na mnie tak, że aż mną wstrząsnęło.

- Co za niespodzianka, Zorbachowie!

Pielęgniarka z blond włosami, którą dość enigmatycznie pamiętałem jeszcze z czasu naszej wizyty w ubiegłym roku, a to z powodu frapującego piercingu w górnej wardze, zmaterializowała się jakby z niczego i teraz stała na szpitalnym korytarzu z kolorowo pomalowanym wózkiem, którym rozwoziła herbatę.

- Cześć, Moni - powiedział Julian, który najwidoczniej również ją rozpoznał. Posłała mu wyuczony uśmiech „mali pacjenci są moimi kumplami”. Potem jej wzrok padł na naszą torbę.
- Tak dużo w tym roku?

Przytaknąłem z roztargnieniem, ponieważ wciąż nie mogłem znaleźć portfela.

Proszę, tylko nie to! Wszystkie dokumenty, karty kredytowe, nawet karta magnetyczna, bez której nie dostanę się do biura.

Przypomniałem sobie, że miałem go wczoraj przed automatem z napojami stojącym w redakcji. Mógłbym przysiąc, że z powrotem włożyłem go do kieszeni marynarki. Teraz przepadł jak kamień w wodę.

- Tak, co roku jedna zabawka więcej - mruknąłem pod nosem i w tym samym momencie zezłościłem się, że w moim głosie zabrzmiało tak wyraźnie poczucie winy. Na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać jak przydział według jakiegoś rozdzielnika, ale w rzeczywistości zawsze lubiłem kupować synowi prezenty. Oczywiście bardziej wartościowy pod względem pedagogicznym byłby drewniany traktor niż świecący w ciemności pistolet na wodę, który siostra wyjęła z torby z IKE-i. Ale określenie „wartościowy pedagogicznie” było argumentem, którym już ja aż nadto męczyłem swoich rodziców, a oni za żadne skarby nie chcieli pojąć, że potrzebuję walkmana albo roweru BMX dlatego, że wszyscy moi koledzy już to mają. Nazwijcie mnie powierzchownym, lecz chciałem oszczędzić synowi takiego losu outsidera, co nie znaczy, że kupowałem mu każdy bzdet tylko dlatego, że brakowało mu czegoś do kompletu. Ale też nigdy nie wysyłałem go z pustymi rękami na darwinowską bitwę o przeżycie, jaką codziennie na nowo staczał na szkolnym dziedzińcu.

Moni tymczasem przyglądała się ostrożnie lalce Spidermana.

- Uważam za rzecz godną najwyższego podziwu to, że chcesz się rozstać z tymi wszystkimi wspaniałymi zabawkami - powiedziała i uśmiechnęła się do mojego syna.
- Nie ma sprawy. - Julian odpowiedział jej uśmiechem. - Chętnie to robię.

Powiedział prawdę. Chociaż był to mój pomysł, żeby raz w roku uprzątnąć jego pokój, zanim otrzyma na urodziny nową dostawę zabawek, natychmiast przystał na tę propozycję.

- Robimy coś dobrego i jednocześnie zyskujemy więcej miejsca! - powtórzył moje słowa i od razu zabrał się do dzieła. I tak narodził się nasz „Dzień Promyka Słońca”. Tak właśnie go nazwaliśmy. Dzień, w którym ojciec i syn taszczą stare zabawki do hospicjum dziecięcego i rozdają je małym pacjentom.
- To na pewno dla Tima - powiedziała z uśmiechem pielęgniarka i odłożyła Spidermana do innych zabawek. Potem pożegnała się i poszła w swoją stronę.

Popatrzyłem za nią i stwierdziłem ku mojemu zdumieniu, że z trudem udawało mi się powstrzymać łzy.

- Wszystko w porządku? - zapytał Julian i spojrzał na mnie. Już się przyzwyczaił, że z jego ojca robił się beksa, kiedy przekraczał próg oddziału „Promyk Słońca” na drugim piętrze. On sam nigdy tu nie płakał. Prawdopodobnie dlatego, że śmierć była dla niego czymś bardzo odległym i niewyobrażalnym. Ale na mnie hospicjum dla ciężko chorych, umierających dzieci zawsze robiło bardzo przygnębiające wrażenie. Oczywiście można by założyć, że ktoś, kto już zastrzelił innego człowieka, był trochę otępiały - zwłaszcza ja, który po zwolnieniu z policji zarabiałem na życie jako policyjny reporter. Od czterech lat pracowałem dla największej i zarazem najbardziej krwiożerczej gazety w mieście, gdzie pisałem o najokrutniejszych morderstwach popełnianych w Niemczech, i przez ten czas zdobyłem nawet pewnego rodzaju uznanie. Jednak im więcej pisałem o najstraszniejszych okrucieństwach tego świata, tym mniej byłem gotów akceptować śmierć. A już w ogóle, kiedy chodziło o śmierć niewinnych dzieci, które chorowały na białaczkę, niewydolność serca albo klątwę Ondyny.

Tim!

- Tak nazywa się chłopiec, którego wtedy uratowałeś, tak?

Przytaknąłem i ostatecznie zrezygnowałem z poszukiwania portfela. Jeśli miałem szczęście, leżał na siedzeniu mojego volvo, choć najprawdopodobniej gdzieś go zgubiłem.

- Zgadza się. Ale to nie on. Ten tylko tak samo się nazywa.

Tim, którego porywaczkę zastrzeliłem, regularnie przysyłał mi kartki na Boże Narodzenie. Takie, do jakich zmuszają rodzice: kulfoniaste litery i słowa, których żadne dziecko dobrowolnie by nie wypowiedziało. Kartki, które przyczepia się na lodówce i na które nie zwraca się uwagi, dopóki same nie spadną na podłogę. Ale bądź co bądź były oznakami życia, które pokazywały mi, że mimo ciężkiej choroby Tim prowadzi w miarę normalne życie w domu swoich rodziców, a nie dożywa ostatnich dni w hospicjum dla dzieci.

- Mama mówi, że od tamtego wypadku na wiadukcie nie jesteś już stary.

Wtedy na wiadukcie.

Czasem słowa opisują cały wszechświat. Na przykład „kocham cię” albo „jesteśmy rodziną”. Kombinacja niewinnych liter, które nadają sens twojemu życiu. Potem padają zdania, które go ponownie odbierają. „Wtedy na wiadukcie” należało definitywnie do tej drugiej kategorii. Gdyby to nie było takie smutne, człowiek mógłby śmiać się z tego, że w kręgu rodziny zachowujemy się jak postacie z książek o Harrym Potterze, kiedy mówimy „już ty wiesz kto”, zamiast nazywać rzeczy po imieniu. Angelique, kobieta umysłowo chora, której odebrałem życie, stała się moim osobistym Voldemortem.

- Julianie, idź już do świetlicy, gdzie czekają na nas dzieci, okay? - Ukląkłem, żeby być na wysokości jego oczu. - Ja tylko szybko sprawdzę, czy nie zostawiłem portfela w samochodzie.

Julian przytaknął bez słowa.

Odprowadziłem go wzrokiem, aż zniknął za rogiem, i słyszałem jeszcze stąpanie jego tenisówek oraz szuranie ciężkiej torby.

Potem odwróciłem się, wyszedłem ze szpitala i już nigdy tam nie wróciłem.

 

Rozdział 82

 

Volvo stało w porannym zimowym półmroku pod olbrzymim kasztanowcem rosnącym przed kliniką, dlatego przekręciłem kluczyk w stacyjce, żeby zapalić światło nad siedzeniem pasażera. Szukałem wszędzie: pod nogami, na tylnej kanapie, pod stertą starych gazet obok mnie. Chyba niczego nie nienawidziłem podczas prowadzenia samochodu tak bardzo jak wypchanych kieszeni spodni, dlatego z reguły rzucałem klucze, komórkę i portfel na siedzenie pasażera, zanim jeszcze usiadłem za kierownicą. Rytuał, który najwidoczniej tym razem złamałem. Ponieważ nie znalazłem niczego oprócz długopisu i napoczętej paczki gumy do żucia. Przełożyłem gazety na podłogę i zajrzałem nawet do szpar w tapicerce. Nic. Portfel przepadł jak kamień w wodę.

Następnie jeszcze raz sprawdziłem pod siedzeniami, otworzyłem schowek na rękawiczki, chociaż byłem pewny, że nigdy nie chowałem tu niczego poza skanerem, służącym do podsłuchiwania policyjnego radia. Na początku mojej kariery reportera za każdym razem, kiedy słyszałem głosy byłych kolegów, miałem wrażenie, jakby ktoś wbijał we mnie szpilkę. Później przyzwyczaiłem się, zrozumiałem, że już do nich nie należę. Zresztą moja szefowa, Thea Bergdorf, zatrudniła mnie wyłącznie z powodu mojej znajomości środowiska i dostępu do poufnych informacji. Niepisanym warunkiem umowy o pracę było słuchanie radia policyjnego zawsze podczas jazdy samochodem. Zwłaszcza w dni, kiedy liczyliśmy się z najgorszym. A więc ustawiłem skaner tak, aby włączał się automatycznie po przekręceniu kluczyka, i dlatego syczące urządzenie migotało w schowku jak bożonarodzeniowa choinka.

Właśnie zamierzałem skończyć poszukiwania i wrócić do Juliana, kiedy usłyszałem głos, który sprawił, że natychmiast zapomniałem o zgubionym portfelu.

- ... Westend, Kühlen Weg, róg Alte Allee...

Zajrzałem do schowka, następnie pogłośniłem skaner.

- Powtarzam. Jeden-zero-siedem przy Kühlen Weg. Jednostki mobilne KO4 wkroczyć do akcji.

Mój wzrok powędrował do zegara na desce rozdzielczej.

Cholera. Och nie, tylko nie to.

Jeden-zero-siedem. Oficjalny kod oznaczający znalezienie ciała.

KO4.

Zaczęła się czwarta runda gry kolekcjonera oczu.

 

Rozdział 81

 

(jeszcze 44 godziny i 38 minut do wygaśnięcia ultimatum)

 

Tobias Traunstein (lat 9)

 

Ciemność. Czerń. Nie, nie czerń.

To niewłaściwe słowo.

To nie było takie jak lakier na nowym samochodzie taty Również nie takie jak plamista ciemność, która przeszywa oczy, kiedy się je nagle zamknie. I nie była to też ta okropna mroczna czerń znana z nocnych wędrówek, które odbywał z panią Quandt. Ta tutaj była inna. Jakaś gęściejsza. Jakby zanurzył się w beczce z olejem i otworzył oczy.

Tobias znów otworzył powieki.

Nic.

Ciemna dziura wokół niego była jeszcze bardziej nieprzenikniona niż las otaczający obóz wakacyjny, na który pojechał ze swoją klasą ostatniego lata. Inaczej niż w Postfenn nie było tu poświaty księżyca ani świateł latarki, kiedy szukali znaków na leśnej drodze podczas podchodów w Grunewaldzie. Tutaj nie czuło się zapachu ziemi, liści, odchodów dzików, a Lea, straszna beksa, nie trzymała się jego ręki ani nie kuliła się przy każdym szeleście i trzasku. Tutaj w ogóle nie było słychać żadnych odgłosów, które mogłyby napędzić strachu jego bliźniaczej siostrze. Tutaj, obojętne gdzie to tutaj było, nie było... niczego.

Niczego poza paraliżującym bezgranicznym strachem. Bo chociaż wiedział, że ciemność nie ma ręki (tak jak od doktora Hartmanna, swojego nauczyciela plastyki, wiedział, że czerń nie była kolorem, lecz po prostu tylko brakiem światła), czuł się tak, jakby czerń trzymała go w mocnym uścisku.

Ciągle nie wiedział, czy stoi, czy leży Być może nawet wisiał głową w dół, co wyjaśniałoby ucisk w głowie, i dlatego był w bojowym nastroju. Albo pijany, jak mawiał jego ojciec, kiedy wracał do domu po pracy i kazał mamie, żeby napuściła mu wody do wanny.

Toby nigdy nie odważył się zapytać, co właściwie znaczyło pijany. Tata nie lubił, kiedy jego dzieci chciały za dużo wiedzieć. Tej lekcji nauczył się podczas urlopu. Dwa lata temu, we Włoszech, kiedy przy kolacji jeszcze raz zapytał, czy caldo naprawdę oznacza zimny. Tata upomniał go, żeby wreszcie przestał zadawać głupie pytania, a surowe spojrzenie mamy ostrzegało, że lepiej nie wątpić w ojca znajomość włoskiego. Ale nie mógł powstrzymać się od uwagi, że w takim razie każdy kran w hotelu musi być zepsuty, ponieważ z tych z napisem caldo leciała tylko ciepła woda. Tata nie wytrzymał i trzepnął go w twarz. Po tym policzku w restauracji przestał zadawać za dużo pytań, lecz to okazało się jeszcze większym błędem. Teraz nie wiedział, co oznacza pijany, nie miał pojęcia, dlaczego jest mu tak niedobrze i dlaczego nie może się poruszać. Wydawało mu się, że jego stopy i głowa tkwią w zacisku śrubowym, ponadto całkiem stracił czucie w rękach.

Nie, nie tak. Czuł je jeszcze do ramion i być może odrobinę poniżej, gdzie nagle zaczęło go okropnie swędzieć, jakby jego najlepszy przyjaciel Kevin grał z nim w „tysiąc szpilek”. Kevin, ten szpaner, który właściwie miał na imię Konrad, ale groził, że spuści manto każdemu, kto nazwie go tym „pedalskim imieniem”.

Kevin, Konrad, zasraniec...

Wszystko poniżej łokci, a więc to, co normalnie zawsze leżało na prawo, na lewo i przed nim, dyndało albo wisiało, jego przedramiona, nadgarstki, dłonie (cholera, gdzie są moje dłonie?), wszystko to znikło.

Chciał krzyczeć, ale miał za sucho w ustach i w ogóle w całym gardle. Zdobył się jedynie na nędzne skrzeczenie.

Dlaczego nic mnie nie boli? Dlaczego nie pływam we krwi, skoro mam obcięte dłonie? Amputowane albo jak to się tam nazywa. Cholera, o to też nie zapytałem.

Do nosa Toby’ego wdarł się nieświeży zapach, słodkawy jak zjełczałe masło, tylko nie tak bardzo intensywny. Minęła krótka chwila, zanim się zorientował, że zacisk, w którym leżał, musiał być otoczony ścianami, od których odbijał się jego brzydki oddech. Po dłuższej chwili poczuł bezgraniczną ulgę, kiedy odnalazł swoje dłonie. Pod plecami.

Jestem związany. Nie, to nie tak. Jestem unieruchomiony.

Myśli kłębiły mu się w głowie.

W każdym razie leżę na moich rękach.

Gorączkowo myślał, co ostatnio robił, zanim się tu znalazł. Tu w tym niczym. Ale w głowie chlupotała mu tylko fala bólu, która, jak się wydawało, całkowicie wypłukała pamięć.

Ostatnie, co zapamiętał, to że wieczorem grali w salonie w tenisa, w tę walniętą grę komputerową, podczas której musiał jak jakiś głupek skakać po pokoju i w którą zawsze wygrywała Lea. Potem mama zaprowadziła ją do łóżka. A teraz był tutaj. Tutaj, w tym niczym.

Toby przełknął ślinę i nagle jego strach stał się jeszcze większy Tak duży że nie zauważył śmierdzącej strugi pomiędzy nogami. Strach, że zostanie żywcem pogrzebany, sprawił to, co nie do końca zdziałała ciasnota niewidzialnego więzienia. Sparaliżował go.

Zrobiło mu się niedobrze, tak jak wtedy podczas długiej jazdy samochodem, kiedy chciał poczytać, i tata się wkurzył, ponieważ musiał się zatrzymać. Wstrzymał oddech, żeby nie zwymiotować, kiedy nagle...

Cholera, co...?

Toby obracał językiem w ustach i natrafił na obce ciało. O Boże, co to jest?

Ta rzecz przykleiła się do górnego podniebienia jak chips ziemniaczany, który mocno się do niego przyssał. Tylko że powierzchnia tej rzeczy była twardsza i gładsza.

I zimniejsza.

Dalej przesuwał językiem po tej rzeczy i poczuł, jak w ustach zbiera mu się coraz więcej śliny. Intuicyjnie oddychał tylko przez nos i powstrzymywał drażniącą potrzebę przełykania. Tak długo, aż obce ciało z lekkim cmoknięciem odkleiło się od podniebienia i poczuł je na języku.

I wtedy już wiedział. Nawet gdyby Toby nie mógł sobie przypomnieć, jak się tu znalazł, kto go tu przywlókł i dlaczego tu przetrzymuje, nawet jeśli nie miał najmniejszego pojęcia, czym w ogóle była ta ciemna nicość, która go otaczała, to przynajmniej rozwiązał tę jedną zagadkę.

Moneta.

Zanim Tobias Traunstein został wrzucony do najciemniejszego lochu na świecie, ktoś włożył mu do ust monetę.

 

Rozdział 80

 

(jeszcze 44 godziny i 31 minut do wygaśnięcia ultimatum)

 

Alexander Zorbach (ja)

 

- Ty nieczuły, nieodpowiedzialny, egoistyczny dupku.

- W obrzydliwy i bezczelny sposób zapomniałeś.

Mój głos brzmiał spokojnie, dużo spokojniej niż zawsze, kiedy kłóciłem się z moją jeszcze-żoną. Jeszcze, ponieważ podczas naszego ostatniego spotkania postanowiliśmy się rozwieść. Teraz Nicei powtórzyła zdanie, które tamtego wieczoru wbiła mi do głowy:

- Czasem naprawdę zadaję sobie pytanie, jak w ogóle mogłam kiedyś się z tobą związać!

Dobre pytanie. Proszę o pomoc publiczność!

Mówiąc poważnie, zupełnie nie rozumiałem, co kobiety widzą we mnie. Nawet na wydziale psychologii, gdzie poznaliśmy się z Nicei, studiowała masa mężczyzn, którzy byli bardziej atrakcyjni, wyżsi i z pewnością bardziej szarmanccy. Mimo to wybrała mnie. Nie mogło chodzić o mój wygląd zewnętrzny. Nie cierpię oglądać się na zdjęciach. Z dwustu fotek, na których jestem uwieczniony, nie wstydzę się najwyżej jednej. Przeważnie zdjęcia są poruszone albo prześwietlone, nie widać na nich, że mój podbródek powoli się podwaja. Dawniej często porównywano mnie z Nicolasem Cage’em z powodu smutnego spojrzenia, obecnie nasze podobieństwo ogranicza się co najwyżej do rzadkich włosów. Od moich trzydziestych urodzin co roku dokładam kilogram do wagi ciała. Mimo że unikam fast foodów i biegam dwa razy w tygodniu. Kiedyś Nicei trafiła w sedno, nazywając mnie na początku naszego związku „obiektem miłości”. Jak wymagający renowacji oldtimer: dość stary, żeby skasować premię za złomowanie, ale mimo usterek zbyt atrakcyjny, żeby po prostu wymienić go na nowszy model. W tym punkcie jej opinia oczywiście zmieniła się od tamtej pory.

- Który ojciec zostawia swojego dziesięcioletniego syna samego w hospicjum dla umierających dzieci? - zapytała wściekle.

Nawet nie zadałem sobie trudu, żeby wyjaśnić jej, że Julian okazał pełne zrozumienie, kiedy zadzwoniłem do niego z samochodu, prosząc, aby dzisiaj sam rozdał prezenty, ponieważ zdarzył się nagły wypadek. W każdym razie musiałem pojechać na miejsce przestępstwa i trudno byłoby ciągnąć tam ze sobą dziesięcioletniego chłopca.

- A która matka wysyła syna z bronchitem do szamana? - odwzajemniłem się.

Cholera, co bym teraz dał za papierosa.

Nieświadomie złapałem się za prawe ramię, gdzie miałem przyklejony plaster antynikotynowy. Słuchawkę trzymałem pomiędzy brodą i barkiem.

- To jest poniżej wszelkiej krytyki, Alex - powiedziała Nicei po krótkiej przerwie. - Nawet nie dałeś Julianowi pieniędzy na taksówkę.
- Bo musiałem zgubić gdzieś portfel. Na Boga. Czasem coś się nie układa.

Czasem nawet uprowadza się i morduje dzieci.

- W twoim świecie, Alex - odpowiedziała. - W twoim świecie nieszczęścia zdarzają się jedno po drugim, ponieważ masz te wibracje.
- Proszę cię, nie zaczynaj znowu...

Ręce mi drżały i próbowałem się uspokoić, dlatego jeszcze mocniej chwyciłem kierownicę. Odkąd próbowałem rzucić palenie, wewnętrzny niepokój stał się jeszcze silniejszy.

Mimo swędzącego plastra na mięśniu trójgłowym.

- To twoja negatywna energia. Ty wprost przyciągasz zło - powiedziała prawie litościwie.
- Tylko o nim piszę. Relacjonuję fakty. Ponieważ po mieście krąży psychopata, który niszczy rodziny w tak okrutny sposób, że nawet ten szmatławiec, dla którego pracuję, nie ma odwagi opublikować wszystkich szczegółów.

On gra w najstarszą na świecie dziecięcą grę: w chowanego. Igra tak długo, aż rozbije całą rodzinę. Gra aż do śmierci.

Moje spojrzenie padło na leżącą na siedzeniu pasażera starą gazetę z nagłówkiem, który sam wymyśliłem:

 

Kolekcjoner oczu znów atakuje!Znaleziono trzecie martwe dziecko.

 

Podobnie jak mój wcześniejszy zawód negocjatora, tak samo nowa praca w gazecie często doprowadzała mnie do granic wytrzymałości. Jednak przypadek kolekcjonera oczu, który mordował matki uprowadzonych dzieci i dawał ojcom tylko kilka godzin na odnalezienie dzieci, zanim uduszą się w kryjówce, gdzie je więził, nadał nowy wymiar okrucieństwu. A fakt, że psychopata za każdym razem usuwał ze zwłok dziecięcych lewe oko, definitywnie rozbijał granice wyobraźni.

- Negatywne myślenie znajduje odbicie w rzeczywistości - Nicei dalej wykładała profesorskim tonem. - Myśl pozytywnie, a będą cię spotykać rzeczy pozytywne.

Tymczasem dotarłem do zjazdu na Messedamm na obwodnicy miasta i liczyłem wstecz od dziesięciu, ale to nie działało. Już przy siedmiu wypadłem z roli.

- Myśleć pozytywnie? Czy całkiem cię pogięło? Kolekcjoner oczu rozegrał już trzy partie swojej gry.

Sześć ofiar: trzy matki, dwie dziewczynki Jeden chłopiec.

- Chyba nie wierzysz, że ten czubek na tym poprzestanie, jeśli teraz zjadę na pobocze i zanucę wesołą piosenkę? Nie, jeszcze lepiej, może po prostu zwrócę się z zamówieniem do wszechświata, tak jak jest napisane w książce, która leży na twojej szafce nocnej - powiedziałem zirytowany. - Albo zadzwonię na tę astrologiczną gorącą linię, na którą wydajesz majątek. Być może na jej drugim końcu jakaś gospodyni domowa spojrzy w fusy od kawy i odczyta z nich, gdzie ukrywa się kolekcjoner oczu?

Odsunąłem komórkę od ucha, żeby zidentyfikować dobijającego się do mnie drugiego rozmówcę.

- Nie rozłączaj się, proszę - powiedziałem i z wdzięcznością odebrałem drugą rozmowę.

 

Rozdział 79

 

- Cześć, Alex. To ja, twój ulubiony wolontariusz.

Frank Lahmann.

Gdyby złapał mnie w lepszym momencie, zapytałbym go: Ulubiony wolontariusz? A co, wywalili cię z roboty? - ale nie miałem nastroju do żartów, więc poprzestałem na zwięzłym:

- Cześć.
- Niechętnie przeszkadzam ci w poobiedniej drzemce, Zorbach, ale Thea pyta, czy przyjdziesz na kolegium redakcyjne o dwunastej.

Większość moich redakcyjnych kolegów miała problemy z przemądrzałym sposobem bycia Franka, ja po prostu nie znosiłem tego dwudziestojednoletniego chłystka - być może dlatego, że ze względu na wiek nadawaliśmy na różnych falach. Większość młokosów, którzy ślęczeli w naszej redakcji, robiła to z mylnych powodów: uważali, że praca w mediach jest cool, i mieli nadzieję, że kiedyś znajdą się w centrum uwagi, jak artykuł, nad którym pracują. Z Frankiem było inaczej. Dla Franka dziennikarstwo nie było zawodem, lecz powołaniem, w którym prawdopodobnie wyżywałby się nawet wtedy, gdyby nasza gazeta płaciła mu jeszcze mniej. Jeśli chodzi o nadgodziny, które bez umiaru brał na ochotnika, jego grafik dorównywał czasowi pracy somalijskiego robotnika rolnego.

Kiedy dawniej czytałem w powieściach słowa: „Znajduję w tobie swoje własne odbicie!”, zawsze przewracałem oczami i pomijałem strony z tymi bzdurami.

Kiedy cztery tygodnie temu w pomieszczeniu z kopiarkami znalazłem śpiwór Franka, przyłapałem się na takiej samej myśli. Mój wolontariusz przypomniał mi o okresie szkolenia zawodowego w policji. Byłem całkowicie opętany, chorobliwie pracowity i częściowo pozbawiony należnego szacunku dla swojego mentora.

- Powinienem cię uprzedzić, że byłoby lepiej, gdybyś na kolegium przedstawił kilka faktów, i to nie takich, które już od dawna pojawiają się na pasku na stronach internetowych konkurencji. Bo inaczej, cytuję Smoka dosłownie, „będzie klaskanie, ale nie aplauz”.

Frank był jeszcze bardziej nakręcony niż zwykle, jak ktoś, kto właśnie spał, lecz za żadną cenę nie chce dać tego po sobie poznać. Przypuszczalnie przyczyną były niezliczone ilości kubków kawy, które zapewne dzisiaj już wlał w siebie.

Kolegium redakcyjne.

Jęknąłem cicho.

- Przekaż naczelnej, że dziś nie dam rady.

Znowu...

- O rany, człowieku - powiedział i roześmiał się. - Dostaniesz za swoje. Ale Thea wyładuje złość na mnie i wy-śle mnie na doroczną konferencję prasową wędkarzy muchowych, niech to szlag.
- Możesz o tym zapomnieć. Potrzebuję cię dzisiaj.

Frank zakaszlał nerwowo. Prawdopodobnie spojrzał ponad monitorem do biura naczelnej i przybrał minę, jakby właśnie planował spisek.

- Jakie są rozkazy, panie prezydencie? - wyszeptał.
- Podejdź do mojego biurka. W którejś szufladzie, chyba w dolnej, jest pięćdziesiąt euro i karta kredytowa. Obwiązane gumką.

Przez chwilę słyszałem tylko szum i typowe odgłosy dochodzące z hali redakcyjnej.

- Jest tylko dwadzieścia euro, ty łgarzu. I zielony Amex, nawet nie złoty
- Musisz mi je natychmiast przywieźć. Zgubiłem portfel, a w samochodzie świeci się już rezerwa.
- Twój portfel? O kurczę.

Usłyszałem skrzypienie biurowego krzesła i przed oczami ukazał mi się widok Franka siadającego przy moim biurku i przybierającego charakterystyczną dla niego postawę, kiedy rozmawiał przez telefon: komórka wciśnięta pomiędzy obojczyk i brodę, oba łokcie na stole i dłonie splecione na krótko ostrzyżonym karku.

- Czy w portfelu było przynajmniej zdjęcie dziecka? Juliana?
- Co? Nie. - Byłem trochę zmieszany.
- To źle. Bardzo źle.

Odchrząknął, pewna oznaka, że zaraz zacznie swój monolog. Ponieważ kierowca jadącego przede mną minibusa bez powodu zmienił pas, rozproszyłem się i przegapiłem okazję, aby zdusić w zarodku wykład Franka.

- Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Hertfordshire zgubione portfele są częściej zwracane właścicielom, jeśli znajduje się w nich coś osobistego. Fotografie dzieci, żony albo na przykład małych szczeniąt.
- To rzeczywiście bardzo ciekawe - powiedziałem, ale wydawało się, że nie wyczuł ironii w moim głosie.
- Celowo rozrzucili dwieście czterdzieści portfeli, żeby zobaczyć, które z nich wrócą...
- Frank, wystarczy, okay? Naprawdę nie mam czasu na te pierdoły - Wreszcie dotarłem do niego. - Bierz pieniądze i w drogę. - Podałem mu adres i skończyłem rozmowę słowami: - I pośpiesz się. Myślę, że znów się zaczyna.

Połączenie jakby nagle zamarło i obawiałem się już, że wjechałem do strefy, w której nie było zasięgu, kiedy na drugim końcu coś cicho zaszeleściło.

- Kolekcjoner oczu? - zapytał Frank.
- Tak.
- Cholera - wyszeptał. Był jeszcze za młody i za mało doświadczony, żeby rutynowo i obojętnie komentować takie wiadomości. Ale miał jedną cechę, którą w nim ceniłem. Wiedział, kiedy kończył się czas na głupie wywody.

Rok temu wyłowiłem Franka z zalewu kandydatów i przeforsowałem jego osobę wbrew woli Thei Bergdorf, która wolałaby przyjąć szarmanckiego bubka z monachijskiej Szkoły Dziennikarstwa, a nie „wymoczka”, jak zauważyła, rzuciwszy okiem na jego fotografię.

- Ten wygląda jak chłopak z opakowania sucharów, gdziekolwiek się pojawi, nikt nie potraktuje go poważnie.

Ale Frank Lahmann, ubiegając się o pracę, jako jedyny nie przedstawiał swojego życiorysu, lecz artykuł. Raport na temat najcięższych zaniedbań wobec osób chorych na demencję w prywatnych domach starców został wydrukowany na czwartej stronie. Poza tym Frank był absolutnym asem w wyszukiwaniu informacji, nawet jeśli przy każdej odpowiedniej i nieodpowiedniej okazji chciał przemycić bezużyteczną wiedzę, którą zdobywał, szperając w serwisach agencji informacyjnych, bibliotekach i internecie.

- Spotkajmy się za kwadrans - powiedziałem i wróciłem do połączenia z Nicei, która ku mojemu zaskoczeniu ciągle czekała na linii.
- Posłuchaj, przykro mi, że musisz teraz jechać po Juliana - spróbowałem, używając bardziej uprzejmego tonu. Deszcz znów przybrał na sile, temperatura ledwie przekraczała punkt zamarzania, a przede mną wlókł się mężczyzna w kapeluszu. - Obiecuję ci, że to się już nigdy nie powtórzy. Ale naprawdę mam teraz robotę.

Nicei westchnęła. Wydawało się, że ona również trochę ochłonęła.

- Och, Alex. Co się z tobą stało? Mógłbyś pisać o tak wielu sprawach. Na przykład o szczęściu i miłości. Albo o ludziach, których ofiarne bezinteresowne uczynki oraz myśli zmieniają świat.

Przejechałem obok osiedla działkowego, do końca asfaltu, i ulica zmieniła się w wyboistą leśną drogę. Dawniej często grywałem tu w tenisa, więc dobrze znałem tę okolicę. Droga nie łączyła się z Kühlen Weg, ale w takich razach jak ten lepiej nie zjawiać się nieoczekiwanie przed drzwiami frontowymi.

- Ale to zajście wtedy...

Na wiadukcie...

- ... coś w tobie zniszczyło. Co prawda zostałeś uniewinniony od wszystkich zarzutów, lecz w głębi duszy czujesz się winny, mam rację? Przecież roztrząsaliśmy to już iks razy: działałeś w stanie wyższej konieczności. Bezsprzecznie miałeś rację. Istnieje nawet amatorskie nagranie wideo, które potwierdza twoje zeznania.

Potrząsnąłem głową, nie mówiąc ani słowa.

- Zamiast zaakceptować wskazówkę daną ci przez los i zmienić swoje życie, do dzisiaj bez przerwy ścigasz przestępców. Co prawda już bez pistoletu, za to z dyktafonem i długopisem. Ciągle szukasz jakiegoś nieszczęścia - powiedziała Nicei trzęsącym się głosem. - Powiedz mi, dlaczego? Co cię tak fascynuje w śmierci, że zaniedbujesz swoje dziecko, rodzinę, a nawet siebie samego?

Ręce mi drżały i znów kurczowo ścisnąłem kierownicę.

- Czy dlatego, że chcesz się ukarać? Szukasz zła, ponieważ prawdopodobnie sam uważasz siebie za złego człowieka?

Wstrzymałem oddech i nic nie powiedziałem, lecz wpatrywałem się w przednią szybę i rozmyślałem. Kiedy wreszcie chciałem coś odpowiedzieć, zorientowałem się, że kobiety, o której sądziłem, że tylko śmierć mogłaby nas rozłączyć, nie było już na linii.

 

Leśna droga była wydeptanym traktem dla koni. Po lewej stronie ciągnął się rząd mieszczańskich altanek ogrodowych, po prawej znajdowały się korty tenisowe klubu Borussia. Zignorowałem zakaz wjazdu wszelkiego rodzaju pojazdów mechanicznych i powoli skręciłem za róg chyboczącym się na wybojach volvo.

Rzeczywiście nie jest dobrze, pomyślałem, kiedy dwieście metrów dalej zobaczyłem gromadę służbowych samochodów z włączonymi kogutami, które blokowały dojazd do Kühlen Weg... rzeczywiście nie jest dobrze, że w cudacznym sposobie postrzegania świata przez Nicei tkwi źdźbło prawdy.

Wycofałem samochód i zaparkowałem przy pokrytym błotem ogrodzeniu z drucianej siatki, które oddzielało leśną drogę od pustych kortów tenisowych.

Nie bez powodu byłem z nią tak długo, mimo przeciwieństw, mimo wiecznych kłótni o wychowanie dziecka i plany życiowe. Od pół roku żyliśmy w separacji, ale oczywiście ciągle była mi bliższa niż wszyscy pozostali dorośli ludzie na tej planecie.

Wysiadłem z samochodu, podniosłem klapę bagażnika, wyjąłem walizkę leżącą pod sportową torbą i otworzyłem ją.

Przejrzała mnie, pomyślałem, ubierając się w odzież ochronną, która miała zapobiec zostawianiu śladów na miejscu przestępstwa: śnieżnobiały kombinezon ze sztucznego tworzywa i jasnozielone plastikowe kalosze, które włożyłem na rozczłapane buty firmy Timberland.

Przyciągam zło.

Nieodparcie.

Inie wiem dlaczego.

Zamknąłem bagażnik i wyjrzałem na drogę prowadzącą do miejsca przestępstwa. Potem skręciłem i zniknąłem w lesie.

 

Rozdział 78

 

(jeszcze 44 godziny i 6 minut do wygaśnięcia ultimatum)

 

Philipp Stoya (szef wydziału zabójstw)

 

Stoya spojrzał w oczy denatki i wydawało mu się, że słyszy jej krzyk. Czuł nieme zarzuty, przed którymi dziekan medycyny sądowej zawsze ostrzega swoich studentów: nawet jeśli komuś uda się zachować dostateczny dystans wobec przerażenia, które na widok trupa od czasu do czasu ogarnia nawet doświadczonych oficerów śledczych; nawet jeśli sprofanowanego ludzką ręką, zgwałconego i zamordowanego ciała, unieszkodliwionego jak odpadek, pozostawionego na pastwę insektów, dzikich zwierząt i pogody, nie próbowało się traktować jak osobnika ludzkiego, lecz dowód w sprawie. Nawet wtedy nie można było nie usłyszeć zarzutu, jaki zwłoki wykrzykiwały do osoby, która je znalazła. Krzyczały oczami.

Philipp Stoya chciał się odwrócić i zatkać uszy, ponieważ dzisiaj krzyk był wyjątkowo głośny.

Młoda kobieta była bosa i ubrana tylko w cienki szlafrok, pod którym nie miała majtek ani stanika. Lucia Traunstein leżała brzuchem na trawie, w ogrodzie za domem, kilka kroków od szopy na narzędzia w kształcie prostopadłościanu, gdzie przed południem znalazł ją jej mąż. Miała szeroko rozłożone nogi i wystawiała na widok całkowicie ogolone łono. Jednak to, co tutaj zaszło z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, nie miało nic wspólnego ze zbrodnią na tle seksualnym.

Zaginione bliźnięta Tobias i Lea oraz stoper w ręku Lucii mówiły coś innego.

Językiem umysłowo chorego kolekcjonera oczu, pomyślał Stoya.

Najokrutniejsza seria morderstw od czasu zakończenia wojny zaczęła się trzy miesiące temu, kiedy Peter Strahl, czterdziestodwuletni murarz, chciał w weekend odwiedzić swoją rodzinę po dwóch tygodniach spędzonych na dużej budowie we Frankfurcie. Jego małżeństwo od lat cierpiało z powodu regularnych okresów nieobecności ojca rodziny, który tym razem spędził wyjątkowo długi czas na montażu. Jako rekompensatę przyniósł kwiaty dla żony i plastikową lalkę dla Karli. Jednak nie zdołał już wręczyć obu prezentów Żonę ze skręconym karkiem znalazł w przedpokoju. W ręku trzymała przedmiot, który później okazał się stoperem; popularnym w handlu modelem, przeważnie sprzedawanym w Niemczech.

Kiedy człowiek z sekcji zabezpieczania śladów chciał wyjąć sportowy chronometr z dłoni kobiety, uruchomił wsteczne odliczanie. Cyfrowy wyświetlacz ruszył. Czas zaczął biec do tyłu.

Na początku pomyślano o bombie, dlatego natychmiast ewakuowano wszystkich dwanaścioro lokatorów z czynszowej kamienicy w Treptow. Ale w końcu wyszła na jaw okrutna prawda, ultimatum dotyczyło Karli. Mała zniknęła bez śladu i już nie pojawiła się żywa. Ani policji, ani zrozpaczonemu ojcu nie udało się znaleźć kryjówki, do której psychopata zaciągnął dziewczynkę. Kryjówki, w której po upływie 45-godzinnego ultimatum została zamordowana.

Przynajmniej takie wyniki przyniosła sekcja zwłok. Mała Karla na pewno nie umarła w miejscu, gdzie ją znaleziono, na polu na peryferiach Marienfelde, ponieważ nie było tam wody Taka opinia wynikała z faktu, że dzieci się udusiły, co, jakkolwiek by na to patrzeć, odpowiadało prawdzie. Oczywiście dla dobra śledztwa zatajono istotne wyniki obdukcji: ofiary się utopiły. W pianie, która tworzy się u tonących po odruchowym zaczerpnięciu wody do tchawicy, znaleziono ślady zanieczyszczonej wody użytkowej. Ponieważ identyczna sytuacja dotyczyła wszystkich ofiar, założono, że kolekcjoner oczu uprowadzał wszystkie dzieci do tego samego miejsca. Analiza wody, jak również zanieczyszczenia na skórze nie mówiły o naturalnej wodzie, co raczej nie ograniczało zakresu poszukiwań kryjówki. W grę wchodził każdy dom z basenem w piwnicy.

Wystarczyłaby nawet przeklęta wanna, pomyślał Stoya.

Ustalono tylko jedno: ani Karla, ani Melanie, ani Robert, późniejsze dziecięce ofiary, nie zostali zamordowani na łonie przyrody. I również nie tam zostały pozbawione lewego oka.

- Zabiję go. - Stoya usłyszał za plecami napięty głos, kiedy nieruchomo klęczał przy zwłokach. Nawet śmierci nie udało się odebrać Lucii atrakcyjnego wyglądu, zahartowanego dietą i ćwiczeniami fitness, którym często charakteryzują się kobiety mające dużo starszych, dużo brzydszych i - o czym nie można zapomnieć - dużo bogatszych mężów.

Jako właściciela największej sieci pralni w Berlinie Thomasa Traunsteina z pewnością było stać na znacznie więcej niż tylko willę. I na pewno na więcej niż kobietę taką jak Lucia.

- Zabiję tego sukinsyna. Przysięgam!

Kolega, który pochylał się nad nim z tyłu, ledwie mieścił się pod namiotem, który technicy postawili w ogrodzie zaledwie kilka minut temu. Mike Scholokowsky miał prawie dwa metry wzrostu i był tego rodzaju przyjacielem, do którego człowiek dzwoni, kiedy przy przeprowadzce potrzebuje pomocy kogoś, kto jest w stanie wnieść lodówkę na piąte piętro.

- Albo ją - mruknął cicho Philipp Stoya. Kolana mu zatrzeszczały, kiedy powoli wstawał, nie spuszczając wzroku z martwej kobiety.

- Ha?

- Zabijesz jego. Scholle. Albo ją. Jeszcze nie znamy płci sprawcy.

Wszystkie ofiary, zarówno kobiety, jak i dzieci, nie były szczególnie duże ani silne. A więc morderca nie musiał przełamywać większego oporu. Brak jakichkolwiek śladów walki wskazywał, że sprawca wykorzystywał moment zaskoczenia. Osoba odpowiedzialna za śmierć Lucii Traunstein oraz uprowadzenie Tobiasa i Lei mogła być mężczyzną lub kobietą, chyba że działali w zespole. Aż tyle zdradził im profesor Adrian Hohlfort, psycholog kryminalistyczny, który współpracował z nim przy tej sprawie. Aż tyle, ale niestety niewiele więcej.

Scholle pociągnął nosem, potarł podwójny podbródek i wlepił wzrok w kobietę, której głowa była groteskowo skręcona po kątem 90 stopni. Skręcenie karku. Jeszcze jeden dowód wskazujący na wzorzec postępowania kolekcjonera oczu.

Szeroko otwarte oczy zmarłej omijały obu funkcjonariuszy i ze zdumieniem wpatrywały się w zasnute chmurami niebo.

Nie, one nie patrzą. One krzyczą.

- Do diabła, jest mi wszystko jedno. - Scholle wprost wypluwał słowa w zimne powietrze. - Nawet jeśli to będzie jakaś przeklęta zakonnica, i tak ją zabiję.

Stoya nie zaprotestował. Chociaż jego obowiązkiem jako szefa szóstego wydziału zabójstw było nakłanianie swojego asystenta do większego panowania nad emocjami. Tymczasem powiedział tylko:

- A ja ci w tym pomogę.

Już dłużej nie mogę. Mam tego wszystkiego dosyć. Tym razem musieli wygrać rundę tej perwersyjnej gry w chowanego i złapać kolekcjonera oczu, zanim upłynie termin ultimatum i jakiś następny jogger potknie się o zwłoki uduszonego dziecka.

Zwłoki dziecka, któremu zboczeniec usunął lewe oko... O Boże, co za dzień.

Stoya spojrzał na Schollego, który z wściekłości najchętniej rozerwałby namiot, i znów musiał przyznać, że nakręcały go inne motywy niż jego partnera.

Scholle chciał zemsty. On sam chciał tylko lepszego życia. Cholera, już ponad dwadzieścia lat ścigał aspołeczne świnie i w nagrodę za to w wieku czterdziestu kilku lat wyglądał jak zgniłe jabłko. Plamista cera, zmarszczki pod podkrążonymi oczami i łysy placek na potylicy. Cena, jaką człowiek płaci za długotrwały stres i brak snu. Wszystko to nie byłoby problemem, gdyby praca przynajmniej przekładała się na stan konta, co z reguły przekonuje kobiety do tego, żeby nie zwracać większej uwagi na wygląd zewnętrzny mężczyzny. Ale nic z tego. Ciągle był singlem, a na ogół przestępcy, których ścigał, w godzinę zarabiali więcej niż on przez cały miesiąc.

Scholle chce zemsty. Moim celem jest kariera.

Tak, do jasnej cholery, w przeciwieństwie do wszystkich innych nie był na tyle szczery, aby to otwarcie przyznać. Stoya nie chciał już obiema rękami grzebać się w gównie. Jego celem była posada dyrektorska ze stałym czasem pracy, lepszą pensją i dużym biurkiem, za którym można wygodnie posadzić tyłek.

Przecież inni mogą klęczeć w deszczu przy zwłokach nagiej kobiety

Jednak w tej chwili od celu, który sobie wyznaczył, dzieliły go lata świetlne i nie zanosiło się na to, że wkrótce będzie mógł odtrąbić sukces i cały szczęśliwy ogłosić, że już nigdy więcej nie musi wkładać munduru. W jednym i drugim wypadku różne motywy, ale przynajmniej Stoi i Schollemu przyświecał ten sam cel.

- Musimy znaleźć tego szaleńca.

Stoya szukał zdrętwiałymi palcami w kieszeniach spodni małej plastikowej torebki. Gdy tylko przyjechał medyk sądowy, który już przez telefon dowiedział się o szczególnych okolicznościach sprawy, Stoya wszedł do willi, gdzie mężem zamordowanej zajmował się psycholog, i zamknął się w łazience. Miał nadzieję, że w torebce zostało dość towaru, który przez następnych czterdzieści pięć godzin musiał utrzymać go na chodzie...

Co, do diabła... ?

Stoya usłyszał coś w swoim otoczeniu, zanim to zobaczył. Był to dźwięk deszczu, który w odległości dwóch metrów od namiotu nie padał już na leśne podłoże, lecz na twardą powierzchnię. Na ubranie. Dokładniej mówiąc, na biały kombinezon ochronny, jaki noszą technicy z sekcji zabezpieczania śladów.

- Cholera, co tu robi ten dupek? - zapytał Scholle. Jego bezsilna wściekłość na kolekcjonera oczu wreszcie znalazła piorunochron. Reporter, który im się przypatrywał, stojąc w zasięgu słyszalności, już od dawna był dla jego kolegi cierniem w oku. Alexander Zorbach wszedł na działkę od strony Grunewaldu i stał teraz przy ogrodzeniu z mężczyzną, który wydawał się o głowę niższy i dużo młodszy od niego.

Fritz, Frank albo Franz. Stoya jak przez mgłę przypominał sobie, że kiedyś na konferencji prasowej Zorbach przedstawił mu swojego asystenta.

- Spieprzaj stąd - wrzasnął Scholle i sięgnął po komórkę, ale Stoya uspokajająco położył rękę na jego ramieniu.
- Daj spokój, ja to załatwię.

 

Rozdział 77

 

Stoya naciągnął na głowę kaptur puchowej kurtki i wyszedł na ulewny deszcz. Chociaż z każdym krokiem wzbierała w nim złość, był zadowolony, że mógł na chwilę zapomnieć o swoim marnym losie.

- Czego tu szukasz? - zapytał, kiedy podszedł do stojącego przy ogrodzeniu Zorbacha, którego lokaj trzymał się w odległości kilku metrów. - Do jasnej cholery, co tu robisz?

Nie podał mu ręki, nie wyszedł także do niego przez furtkę na zewnątrz, żeby poszukać schronienia pod jednym z drzew.

- Powiedz tylko, czy jestem pierwszy? - zapytał Zorbach. W jego głosie przynajmniej nie wyczuwało się triumfu, raczej zdziwienie. Odkąd Stoya go znał, Aleksowi nigdy nie zależało, żeby wysuwać się na pierwszy plan. Zawsze chodziło mu tylko o dotarcie do prawdy. I przeciwnie niż wielu jego kolegów swoich dokładnie udokumentowanych artykułów nigdy nie podpisywał pełnym nazwiskiem, lecz tylko anonimowym skrótem. I tak wszyscy wiedzieli, kto kryje się za A. Z.
- Tak, jesteś pierwszy, i ciekawi mnie, jak ci się to udało.

Zorbach roześmiał się z przymusem. Miał całkiem mokre włosy i zaczerwienione z zimna dłonie, ale wydawało się, że nie robi mu to różnicy.

- Daj spokój. Jak długo już się znamy, Philipp? Przecież nie chcesz usłyszeć, że przechodziłem tędy przypadkiem.
- Jasne. W kaloszach policyjnych i kombinezonie ochronnym.

Stoya potrząsnął głową. Przypadek. Tradycyjna wymówka dziennikarskich hien, ponieważ podsłuchiwanie policyjnego radia było z oczywistych względów zabronione.

- Nie, Alex. Tym razem to nie przejdzie. Chcę znać prawdę. I nie wyjeżdżaj mi teraz ze swoją zasraną intuicją.

Zorbach był fenomenem. Już wtedy, kiedy jeszcze razem pracowali, delikatne wyczucie jego kolegi czasem budziło w Stoi grozę. Chociaż Alex nie ukończył studiów z psychologii, był najlepszym negocjatorem w policji. Jego empatia, umiejętność szanowania nawet najdrobniejszych niuansów emocjonalnego zachowania innych ludzi obrosły legendą. Wielka szkoda, że ta historia na wiadukcie ostatecznie doprowadziła go do zguby.

- Nie rozumiem, co masz na myśli - powiedział Zorbach i otarł z brwi krople deszczu. - Przecież dobrze wiesz, że cały czas śledzę tę sprawę, od samego początku. Nie piszę nic, co mogłoby wam zaszkodzić. Przeciwnie, staram się ci pomóc, poza tym myślałem, że mamy umowę.

Stoya skinął głową twierdząco i ze sztucznego futra, którym był obszyty brzeg jego kaptura, spadły grube krople deszczu. Co prawda Zorbach został oficjalnie wydalony ze służby w policji, jednak wciąż panowała pomiędzy nimi owocna symbioza. Jeszcze teraz, siedem lat po tym zajściu, spotykali się w nieregularnych odstępach czasu. I jakże często w trakcie tych nieoficjalnych spotkań, kiedy rozmowa schodziła na bieżące sprawy, poruszał decydujące wątki, dzięki którym jego śledztwo posuwało się do przodu.

Z wdzięczności i ze względu na starą znajomość i solidarność zawodową Alex cieszył się uprzywilejowaną pozycją i zawsze dostawał ważne informacje trochę wcześniej niż inni reporterzy

Dzisiaj jednak jego były kolega posunął się o krok za daleko.

- Dość tej zabawy Alex. Powiedz mi prawdę. Dlaczego tu przyjechałeś?
- Przecież wiesz.
- Powiedz mi.

Zorbach westchnął.

- Cholera, podsłuchałem w policyjnym radiu.
- Nie rób mnie w balona.
- Co ci jest? O co ci chodzi?

Stoya mocno złapał go za ramię.

- To ja cię pytam. Powiedz mi wreszcie, w co tu się bawisz!

Alex zbladł. Kącik jego ust zadrżał nerwowo, a on sam próbował bez przekonania uwolnić się z uchwytu Stoi.

- Nie pleć bzdur, chłopie. Zgłosiliście jeden-zero-siedem.

Stoya gwałtownie potrząsnął głową.

- Po pierwsze, już nie używamy tego kodu. Po drugie, od czasu znalezienia ostatniego ciała obowiązuje nas rozporządzenie wewnętrzne, aby w sprawie kolekcjonera oczu komunikować się wyłącznie poprzez bezpieczne łącza. Jeśli o tym napiszesz, opinia publiczna nas zmiażdży. Czy naprawdę myślisz, że tego rodzaju drażliwe informacje przekazujemy sobie przez zwykłe radio policyjne, żeby trafiały do uszu każdego radioamatora hobbysty?

Z oddali dobiegały pomruki grzmotów i niebo jeszcze bardziej pociemniało.

- Nie zalewasz? - zapytał z niedowierzaniem Zorbach i przejechał ręką po mokrych włosach.
- Nie. To nie mogło być policyjne radio. Niczego nie przekazaliśmy. - Stoya wpatrywał się w niego podejrzliwie i było widać, że aż kipi z wściekłości. - Teraz odpuść sobie swoje gierki, Alex, i powiedz mi prawdę: skąd, do diabła, tak szybko się dowiedziałeś, że znaleźliśmy tu ciało?

 

Rozdział 76

 

(jeszcze 13 godzin i 57 minut do wygaśnięcia ultimatum)

 

Alexander Zorbach (ja)