Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 481 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klucz do Rebeki - Ken Follet

Nazywa się Alex Wolff; Niemcy znają go jako agenta o kryptonimie Sfinks. Latem 1942 roku przybywa do Kairu wyposażony w śmiercionośny beduiński kindżał, nadajnik radiowy i egzemplarz „Rebeki” Daphne du Maurier, którym posługuje się do szyfrowania meldunków. Zadaniem Wolffa jest zdobycie informacji o ruchach wojsk i strategicznych planach aliantów w Afryce oraz przekazanie ich do sztabu marszałka Rommla. Przeciwnikami Sfinksa są major William Vandam, oficer brytyjskiego wywiadu, i piękna prostytutka Elena Fontana.

W chwili, gdy do Tobruku wkraczają niemieckie dywizje pancerne, a niebo nad Kairem przesłaniają dymy od pośpiesznie palonych tajnych dokumentów, Vandam i Wolff toczą śmiertelny pojedynek, którego stawką są losy całej wojny...

Opinie o ebooku Klucz do Rebeki - Ken Follet

Fragment ebooka Klucz do Rebeki - Ken Follet

Wydanie elektroniczne

O książce

Nazywa się Alex Wolff; Niemcy znają go jako agenta o kryptonimie Sfinks. Latem 1942 roku przybywa do Kairu wyposażony w śmiercionośny beduiński kindżał, nadajnik radiowy i egzemplarz „Rebeki” Daphne du Maurier, którym posługuje się do szyfrowania meldunków. Zadaniem Wolffa jest zdobycie informacji o ruchach wojsk i strategicznych planach aliantów w Afryce oraz przekazanie ich do sztabu marszałka Rommla. Przeciwnikami Sfinksa są major William Vandam, oficer brytyjskiego wywiadu, i piękna prostytutka Elena Fontana. W chwili, gdy do Tobruku wkraczają niemieckie dywizje pancerne, a niebo nad Kairem przesłaniają dymy od pośpiesznie palonych tajnych dokumentów, Vandam i Wolff toczą śmiertelny pojedynek, którego stawką są losy całej wojny…

KEN FOLLETT

Światowej sławy pisarz brytyjski, urodzony w Walii w 1949. Po ukończeniu studiów filozoficznych na University College w Londynie podjął pracę jako reporter w małej gazecie. Publikował powieści sensacyjne pod pseudonimem. Jedenasta z kolei, Igła, wydana w 1978, przyniosła mu światową sławę. Kolejne tytuły, m.in. Klucz do Rebeki, Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Lot Ćmy, Zamieć, Świat bez końca, Upadek gigantów oraz najnowsza Zima świata, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów i przysporzyły mu miliony czytelników na całym świecie. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, nadal za swoją najważniejszą powieść uważa Filary Ziemi z 1989 roku – sagę historyczną napisaną pod wpływem zainteresowania średniowieczem. Dorobek literacki Folletta był niejednokrotnie przedmiotem zainteresowania twórców filmowych. Na podstawie Igły powstał film z Donaldem Sutherlandem w tytułowej roli niemieckiego szpiega. Na mały ekran przeniesiono Lwy Pansziru, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów, Zamieć, Trzeciego bliźniaka oraz Filary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER

NIEBEZPIECZNA FORTUNA

CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI

ŚWIAT BEZ KOŃCA

Stulecie

UPADEK GIGANTÓW

ZIMA ŚWIATA

KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA

KRYPTONIM KAWKI

LOT ĆMY

KLUCZ DO REBEKI

NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU

ZABÓJCZA PAMIĘĆ

TRÓJKA

ZAMIEĆ

SKANDAL Z MODIGLIANIM

TRZECI BLIŹNIAK

LWY PANSZIRU

PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:

THE KEY TO REBECCA

Copyright © Ken Follett 1980

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 1999

Polish translation copyright © Michał Madaliński 1999

Redakcja: Lucyna Lewandowska

Zdjęcia na okładce:

Aliyev Alexei Sergeevich/Shutterstock (kobieta)

megastocker/Shutterstock (hieroglify)

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-002-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dedykuję Robin McGibbon

Nasz szpieg w Kairze to największy bohater ze wszystkich

Erwin Rommel, wrzesień 1942 r.

(cytat z wypowiedzi Anthony’ego

Care Browna w Bodyguard of Lies)

Część pierwszaTobruk

1

Ostatni wielbłąd padł w południe.

Był to pięcioletni biały samiec, którego kupił w Dżalu, najmłodszy i najsilniejszy z całej trójki zwierząt, a także najmniej złośliwy: lubił to bydlę, o ile w ogóle można lubić wielbłąda, to znaczy nie znosił go tylko umiarkowanie.

Wspięli się na zawietrzne zbocze niewielkiego wzgórza – człowiek i wielbłąd zanurzający w sypkim piasku wielkie, niezgrabne stopy – i zatrzymali na szczycie. Patrzyli przed siebie, widząc tylko kolejny pagórek do pokonania, a za nim tysiące następnych. Być może ten widok sprawił, że wielbłąda opuściły resztki sił. Nogi ugięły się pod nim – najpierw przednie, potem tylne. Spoczął na wierzchołku jak statua, wpatrując się w bezludną pustynię z obojętnością umierania.

Mężczyzna szarpnął zwierzę za sznur przewleczony przez chrapy. Głowa zwierzęcia poddała się, szyja wyciągnęła, ale nie wstało. Mężczyzna obszedł wielbłąda dookoła i kopnął go z całej siły od tyłu, trzy – lub czterokrotnie. Potem wyjął spiczasty, ostry jak brzytwa beduiński kindżał i dźgnął zwierzę w zad. Z rany popłynęła krew, ale wielbłąd nawet nie drgnął.

Mężczyzna wiedział, co się stało: po prostu mięśnie zwierzęcia, pozbawione od dawna pokarmu, zwyczajnie odmówiły posłuszeństwa, niczym silnik, gdy wyczerpie się paliwo. Widział już wiele razy, jak wielbłądy padały w ten sposób na obrzeżach oazy, otoczone życiodajną zielenią, na którą patrzyły obojętnie, bo nie miały już sił, żeby jeść.

Miał jeszcze w zanadrzu dwie sztuczki. Jedna polegała na tym, by nalać wielbłądowi w nozdrza wody, aż się zachłyśnie; druga – na rozpaleniu ognia pod jego zadem. Niestety nie miał ani zbędnej wody, ani drewna na opał, żeby popróbować którejkolwiek z tych metod, a poza tym i tak żadnej z nich nie dawał większych szans powodzenia.

Tak czy owak, pora się zatrzymać. Słońce stało wysoko i paliło wściekle. Zaczęło się właśnie długie saharyjskie lato; w południe temperatura dojdzie do 43oC w cieniu.

Nie zdejmując juków z wielbłąda mężczyzna otworzył jedną z sakw i wyciągnął namiot. Rozejrzał się jeszcze raz, lecz w zasięgu wzroku nie znalazł ani kawałka cienia, żadnej osłony; brak było dobrego miejsca na obozowisko. Rozbił namiot przy zdychającym wielbłądzie, na szczycie pagórka.

Usiadł po turecku pod otwartą połą namiotu, żeby sobie zrobić herbaty. Wyrównał w piasku mały kwadrat, ułożył parę cennych patyków w piramidkę i rozpalił ogień. Kiedy woda zawrzała, zaparzył herbatę na sposób beduiński: lał ją z imbryka do kubka, słodził i wlewał z powrotem kilka razy. Tak otrzymany napar, bardzo mocny i słodki jak ulepek, był najbardziej krzepiącym napojem na świecie.

Potem żuł daktyle, patrzył, jak wielbłąd zdycha, i czekał, aż słońce opuści się niżej. Jego spokój wynikał z wielodniowej zaprawy. Przebył długą drogę pustynią, ponad tysiąc siedemset kilometrów. Dwa miesiące temu wyruszył z Al-Agajli na śródziemnomorskim wybrzeżu Libii i przez osiemset kilometrów zmierzał na południe, minął Dżalu i Kufrę i dotarł do pustynnego serca Sahary. Tutaj skręcił na wschód i nie zauważony przekroczył granicę Egiptu. Przebył bezludne hamady Pustyni zachodniej i skierował się na północ opodal Al-Chargi. Teraz był już niedaleko swojego punktu docelowego. Znał pustynię, ale bał się jej – wszyscy mądrzy ludzie się jej boją, nawet Beduini, którzy spędzają na niej całe życie. Jednak nie dopuścił nigdy, by ten lęk nim zawładnął, by odebrał mu siłę ducha. Katastrofy zdarzają się zawsze: pomyłki w nawigacji, które sprawiają, że mija się studnię o kilka mil; przeciekające albo rozdarte bukłaki na wodę; wielbłądy na pozór w pełni sił, padające po kilku dniach marszu. Jedyne, co można zrobić, to powiedzieć sobie: inszallah – Bóg tak chciał.

Wreszcie słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Mężczyzna popatrzył na wielbłądzie juki zastanawiając się, ile z tego będzie w stanie udźwignąć. Były tam trzy małe europejskie walizki, dwie ciężkie i jedna lekka, ale wszystkie ważne. Była też mała torba z odzieżą, sekstans, mapy, jedzenie i pojemnik z wodą. Za dużo tego: będzie musiał zostawić namiot, zestaw do parzenia herbaty, tablice nawigacyjne i siodło.

Związał walizki, odzież, jedzenie i sekstans w jeden tobół, owinął płachtą i zrobił z tego coś w rodzaju plecaka; bukłak z koziej skóry dyndał mu u szyi.

To był ciężki ładunek.

Trzy miesiące temu niósłby go bez trudu przez cały dzień, a wieczorem rozegrałby jeszcze mecz tenisowy – był silnym mężczyzną; pustynia osłabiła go jednak. W brzuchu miał tylko wodę, skórę w strupach i stracił z dziesięć-dwanaście kilo. Bez wielbłąda daleko nie zajdzie.

Z kompasem w ręku ruszył przed siebie.

Trzymał się ściśle azymutu, nie ulegał pokusie omijania wzniesień, bo przez te ostatnie mile obliczał swoją pozycję wyłącznie według kompasu i pokonanego dystansu, więc nawet drobny błąd mógł sprawić, że minie się z celem o śmiercionośne paręset metrów. Szedł powolnym, długim krokiem. Opróżnił umysł z nadziei i obaw, skoncentrował się na igle kompasu i na piasku. Zdołał zapomnieć o bolącym, wycieńczonym ciele i stawiał jedną stopę przed drugą machinalnie, nie myśląc o niczym.

Upał dnia przeszedł w chłód wieczoru. Bukłak z wodą coraz mniej obciążał mu kark, bo jego zawartości wciąż ubywało: zużywał trzy litry dziennie i wiedział, że na następny dzień już mu nie wystarczy. Nad jego głową przeleciało z hałaśliwym piskiem stadko ptaków. Podniósł wzrok, osłaniając oczy dłonią, i rozpoznał stepówki prążkowane, pustynne ptaki przypominające brunatne turkawki, codziennie rano i wieczorem gromadzące się przy wodopojach. Zmierzały w tym samym kierunku co on, a to oznaczało, że jest na dobrej drodze; wiedział jednak, że ptaki potrafią wędrować do wody nawet osiemdziesiąt kilometrów, więc ich widok nie przyniósł mu otuchy.

Ochłodziło się, nad horyzontem zebrały się chmury. Słońce zniżyło się i zmieniło w wielki żółty balon. Po chwili na fioletowym niebie ukazał się biały księżyc.

Trzeba się zatrzymać, pomyślał. Nikt nie da rady iść całą noc. Ale nie miał namiotu, koca, ryżu ani herbaty. I był pewien, że do studni już niedaleko: z jego obliczeń wynikało, że jest tuż-tuż.

Szedł więc dalej, ale spokój zaczął go opuszczać. Postawił przeciwko bezlitosnej pustyni wszystkie siły i całe swoje doświadczenie, jednak wyglądało na to, że to ona weźmie górę. Pomyślał jeszcze raz o wielbłądzie, którego zostawił z tyłu, o tym, jak leżał na wzgórzu, w spokoju czekając na śmierć. Pomyślał, że on sam tak czekać nie będzie. Kiedy śmierć stanie się nieunikniona, wyruszy jej naprzeciw. Nie dla niego godziny cierpień – to poniżej jego godności. Ma przecież nóż.

Ale ta myśl napełniła go rozpaczą. Księżyc zaszedł, jednak nocne niebo wciąż rozświetlały gwiazdy. Zobaczył w oddali matkę, która mówiła: „Przecież cię ostrzegałam!”. Słyszał z daleka pociąg, dudniący jak jego serce. Nagle poczuł zapach pieczonego jagnięcia. Wyszedł zza krawędzi wzniesienia i zobaczył czerwoną poświatę ogniska, na którym piekło się mięso, a obok chłopaka ogryzającego kości. Wokół ognia stał krąg namiotów, spętane wielbłądy skubały kolczaste zarośla, w głębi widać było studnię. Wszedł w ten omam.

Ludzie ze snu popatrzyli na niego ze zdziwieniem. Jeden z nich, wysoki mężczyzna, wstał i coś powiedział. Podróżny sięgnął ręką do zawoju howli i odwinął go, by odsłonić twarz.

Wysoki mężczyzna postąpił krok do przodu i zawołał:

– Bracie!

Podróżny zrozumiał wreszcie, że to nie złudzenie, uśmiechnął się słabo i zemdlał.

Kiedy się ocknął, znów przez chwilę był chłopcem, a całe dorosłe życie stało się snem.

Ktoś trącał go w ramię i mówił w języku pustyni: „Wstawaj, Achmedzie”. Nikt od lat nie mówił do niego „Achmedzie”. Uświadomił sobie, że jest okryty szorstkim pledem, leży na chłodnym piasku, a głowę ma owiniętą howli. Otworzył oczy i zobaczył wspaniały wschód słońca: jakby pozioma tęcza rozciągała się nad płaskim czarnym horyzontem. Lodowaty poranny wiatr powiał mu w twarz i w tym momencie znów przeżył cały niepokój i lęk piętnastolatka, którym był kiedyś.

Czuł się wtedy zupełnie zagubiony – wtedy, gdy po raz pierwszy obudził się na pustyni. Pomyślał: „Mój ojciec nie żyje” – a potem: „Mam nowego ojca”. Przez głowę przemknęły mu urywki wersetów Koranu, przemieszane z fragmentami chrześcijańskiego Credo, którego nauczyła go potajemnie matka po niemiecku. Pamiętał ostry ból obrzezania, po którym nastąpiła owacja i strzały na wiwat – mężczyźni gratulowali mu w ten sposób, że stał się jednym z nich. Potem była długa podróż pociągiem przez pustynię, zastanawianie się, jacy okażą się jego pustynni bracia i czy będą gardzić jego białą skórą i miejskimi nawykami. Kiedy wyszedł ze stacji kolejowej, zobaczył dwóch Arabów, którzy siedzieli obok swoich wielbłądów na zakurzonym placu przed dworcem, spowici od stóp do głów w tradycyjne burnusy. Ich czarne nieprzeniknione oczy wyzierały przez niewielkie szpary w howli. Zabrali go ze sobą do oazy, ale tam nikt się do niego nie odzywał, porozumiewano się z nim tylko na migi. Wieczorem uświadomił sobie, że w oazie nie ma toalet, co wprawiło go w wielkie zakłopotanie. Kiedy w końcu musiał o to zapytać, zapadła chwila ciszy, a potem wszyscy wybuchnęli śmiechem. Jak się okazało, myśleli, że nie zna ich języka, więc porozumiewali się z nim na migi, a teraz, kiedy zapytał o toaletę, użył dziecinnego określenia, co rozśmieszyło ich dodatkowo. W końcu ktoś mu wyjaśnił, że trzeba oddalić się kawałek od kręgu namiotów i kucnąć w piasku. Później nie bał się już tak bardzo, bo choć byli to twardzi mężczyźni, okazali się życzliwi.

Te wszystkie myśli przebiegały mu przez głowę, gdy oglądał swój pierwszy wschód słońca na pustyni, i powróciły teraz, dwadzieścia lat później, boleśnie świeże, wraz ze słowami „Wstawaj, Achmedzie”.

Usiadł gwałtownie, wspomnienia rozwiały się jak poranne mgły. Przebył pustynię z ważną misją. Odnalazł studnię i nie było to urojenie: zastał tu swoich przyrodnich braci, jak zawsze o tej porze roku. Zasłabł z wyczerpania, ale oni owinęli go kocami i dali mu się wyspać przy ognisku. Poczuł ukłucie paniki na myśl o swoim cennym ładunku: czy doniósł go tutaj? – zaraz jednak zobaczył swoje bagaże, starannie ułożone koło nóg.

Obok niego siedział w kucki Izmail. Jak zawsze: kiedy obaj chłopcy spędzili cały rok na pustyni, Izmail wstawał rano pierwszy. Teraz powiedział:

– Coś cię gnębi, bracie.

– Wojna – kiwnął głową Achmed.

Izmail podał mu małą inkrustowaną miseczkę z wodą. Achmed zanurzył palce i przemył sobie oczy. Izmail odszedł.

Achmed wstał i milcząca kobieta podała mu herbatę. Wziął ją bez słowa podzięki i wypił szybko, a potem zjadł trochę gotowanego ryżu na zimno. Wokół niego trwała niespieszna obozowa krzątanina. Odniósł wrażenie, że temu odłamowi jego rodziny wciąż dobrze się powodzi: widać było trochę służby, dużo dzieci i ponad dwadzieścia wielbłądów. Owce, kręcące się w pobliżu, to tylko część stada – reszta pasie się pewnie parę kilometrów dalej. I na pewno jest więcej wielbłądów, ale rozłażą się w nocy szukając paszy – i mimo że się je pęta, potrafią się oddalić poza zasięg wzroku. Rano młodzi chłopcy pójdą ich szukać, tak jak kiedyś Achmed z Izmailem. Zwierzęta nie miały imion, ale Izmail znał historię każdego z nich. Mówił: „Tego samca mój ojciec dał swojemu bratu Abdelowi tamtego roku, kiedy zmarło wiele kobiet, ale okulał, więc ojciec dał Abdelowi drugiego, a tego wziął sobie; wciąż utyka, widzisz?”. Achmed dobrze poznał wielbłądy, ale nigdy nie nabrał do nich takiego stosunku, jaki mają koczownicy – na przykład nie rozpalił wczoraj ognia pod zadem temu zdychającemu białemu. Izmail by to zrobił.

Kiedy skończył śniadanie, zajął się swoim bagażem. Zamki walizek nie były zamknięte. Otworzył małą, skórzaną walizeczkę, która leżała na wierzchu. Gdy przyglądał się pokrętłom i wskaźnikom niewielkiej radiostacji wmontowanej w jej wnętrze, nawiedziło go nagle żywe wspomnienie: rojny i gwarny Berlin, cienista aleja Tirpitzufer, czteropiętrowy budynek z piaskowca, labirynt korytarzy i schodów, sekretariat z dwiema recepcjonistkami, skąpo umeblowany gabinet: biurko, kanapa, szafa na akta, wąskie łóżko, na ścianie japońskie malowidło przedstawiające uśmiechniętego demona oraz fotografia Franco z autografem, a z tyłu, za gabinetem, na balkonie nad kanałem Landwehr – para jamników i przedwcześnie posiwiały admirał, który mówi: „Rommel chce, żebym umieścił w Kairze agenta”.

W walizeczce była też książka, angielska powieść. Wzrok Achmeda padł na pierwszą linijkę: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”1. Spomiędzy stronic wypadła złożona kartka. Podniósł ją ostrożnie i schował z powrotem. Zamknął książkę, włożył do walizki i zatrzasnął pokrywę.

Zjawił się Izmail.

– Daleka to była podróż? – zapytał.

– Przybyłem z Al-Agajli w Libii – odparł Achmed. Ale ta nazwa nic nie mówiła jego bratu. – Przybywam od morza – wyjaśnił.

– Od morza?

– Tak.

– Sam, pieszo?

– Na początku miałem wielbłądy.

Izmail był pełen podziwu: koczownicy nie podejmują tak długich podróży, on sam nigdy nie widział morza.

– Ale po co?

– Z powodu tej wojny.

– Jedna banda Europejczyków bije się z drugą o to, kto będzie miał Kair. Jakie to ma znaczenie dla synów pustyni?

– W tej wojnie walczą rodacy mojej matki – wyjaśnił Achmed.

– Mężczyzna ma podążać śladami ojca.

– A jeśli ma dwóch ojców?

Izmail rozłożył ręce. Rozumiał ten dylemat.

Achmed podniósł większą ze swoich dwóch walizek.

– Przechowasz to dla mnie?

– Tak. – Izmail wziął ją i zapytał: – Kto zwycięży w tej wojnie?

– Ród mojej matki. Są tacy, jak Beduini: dumni, okrutni i silni. Potrafią zapanować nad światem.

Izmail uśmiechnął się.

– Achmedzie, ty zawsze wierzyłeś w pustynne lwy.

Achmed pamiętał to: w szkole dowiedział się, że kiedyś na pustyni żyły lwy i niewykluczone, że nieliczne z nich przetrwały w niedostępnych zakątkach gór, polując na jelenie, fenki i muflony. Izmail nigdy w to nie wierzył. Kiedyś obaj bardzo przejmowali się tą sprawą, a ich spór niemal przerodził się w kłótnię.

– Nadal wierzę w pustynnego lwa – uśmiechnął się Achmed.

Bracia popatrzyli na siebie. Ostatni raz widzieli się pięć lat temu. Przez ten czas świat się zmienił. Achmed pomyślał o tych wszystkich ważnych rzeczach, o których mógłby opowiedzieć: o przełomowym spotkaniu w Bejrucie w 1938 roku, o swojej podróży do Berlina, o wielkiej akcji w Stambule… Ale te sprawy nie obchodziły Izmaila, tak jak jego nie bardzo obchodziło, co przez te ostatnie pięć lat przydarzyło się bratu. Odkąd jako chłopcy odbyli razem pielgrzymkę do Mekki, poprzysięgli sobie miłość jako hadżi, ale nigdy nie mieli sobie nic do powiedzenia.

Izmail odwrócił się i zabrał walizkę do swojego namiotu. Achmed nalał trochę wody do miseczki, otworzył torbę, wyjął z niej kawałek mydła, pędzel, lusterko i brzytwę. Ustawił lusterko w piasku i zaczął rozwijać głowę z zawoju.

Odbicie własnej twarzy w lusterku wstrząsnęło nim.

Jego zazwyczaj gładkie czoło było całe w liszajach, oczy zapadnięte z wycieńczenia, otoczone siecią zmarszczek. Wychudzone policzki pokrywał ciemny, skołtuniony zarost, a skóra na dużym, orlim nosie była czerwona i popękana. Wyszczerzył zęby: wprawdzie pozostały równe i zdrowe, ale pokrywał je osad i plamy.

Namydlił twarz i zaczął się golić.

Spod piany stopniowo wyłaniała się jego dawna twarz. Była raczej kanciasta niż urodziwa i zazwyczaj gościł na niej – jak sam to określał w przypływach obiektywizmu – lekki wyraz zepsucia, teraz jednak wyglądała katastrofalnie. Wiózł ze sobą przez setki kilometrów pustyni fiolkę z wodą kolońską, żeby z niej właśnie tu skorzystać, ale pomyślał, że skóra będzie piekła nie do wytrzymania, więc zrezygnował. Dał flaszeczkę małej dziewczynce, która mu się przyglądała, a ona odbiegła w podskokach, rozradowana niespodziewaną zdobyczą.

Kiedy skończył, zaniósł torbę do namiotu Izmaila i wyprosił z niego kobiety. Zrzucił z siebie ciężki burnus i włożył białą angielską koszulę, krawat w prążki, szare skarpetki i brązowy garnitur w kratkę. Próbując założyć półbuty zauważył, że ma spuchnięte stopy: nie dawały się wbić w twardą skórę nowych butów. Nie można jednak do europejskiego ubrania nosić pustynnych sandałów skleconych z kawałków opony. W końcu ponacinał skórę nożem i wtedy stopy weszły.

Przydałoby mu się jeszcze wiele rzeczy: gorąca kąpiel, fryzjer, krem na odparzenia, jedwabna koszula, złota bransoletka, butelka schłodzonego szampana i ciepła, miękka kobieta. Ale na to musi jeszcze poczekać.

Kiedy wyszedł z namiotu, Beduini popatrzyli na niego jak na obcego. Zabrał kapelusz i wziął dwie pozostałe walizki, ciężką i lekką. Izmail podszedł do niego z bukłakiem na wodę z koźlej skóry. Bracia objęli się ramionami.

Achmed wyjął portfel z kieszeni marynarki, żeby sprawdzić, czy ma wszystkie dokumenty. Patrząc na swój dowód osobisty uprzytomnił sobie, że znów jest Aleksandrem Wolffem: wiek 34 lata, zamieszkały w Villa les Oliviers, Garden City, Kair, przedsiębiorca, Europejczyk.

Nałożył kapelusz, podniósł walizki i ruszył w chłodzie pustynnego poranka do miasta.

Starożytny szlak karawan, którym Wolff przemierzył od oazy do oazy ogromną pustać Sahary, prowadził teraz przez przełęcz w łańcuchu wzgórz i przechodził w zwyczajną szosę. Wyglądała jak linia narysowana na mapie ręką Boga, bo po jednej jej stronie leżały żółte, pyliste, nagie pagórki, a po drugiej – zielone pola bawełny, pocięte w kwadraty kanałami nawadniającymi. Pracowali na nich zgięci wpół wieśniacy – fellachowie w galabijach, prostych okryciach z pasiastej bawełny, tak różnych od ciężkich szat pustynnych nomadów. Idąc szosą na północ, mając w nozdrzach chłodne, wilgotne powiewy znad nieodległego Nilu i dostrzegając coraz więcej oznak cywilizacji, Wolff znów zaczął się czuć jak człowiek. Wieśniaków było teraz mniej. Kiedy usłyszał silnik samochodu, wiedział już, że dotarł do celu.

Pojazd zbliżał się od strony Asjutu, od miasta. Gdy wyjechał zza zakrętu, okazało się, że to wojskowy łazik. Kiedy podjechał bliżej, Wolff zobaczył, że jadący nim ludzie są ubrani w mundury angielskie, i pojął, że wpadł z deszczu pod rynnę.

Wysiłkiem woli uspokoił się. Mam prawo tu przebywać, pomyślał. Urodziłem się w Aleksandrii. Jestem narodowości egipskiej i posiadam dom w Kairze. Moje dokumenty są autentyczne. Jestem zamożnym człowiekiem, Europejczykiem, niemieckim szpiegiem na tyłach wroga…

Dżip zahamował ze zgrzytem, wzbijając tumany kurzu. Wyskoczył z niego mężczyzna. Trzy paski na naramiennikach – kapitan. Wyglądał bardzo młodo i chodząc utykał.

– Skąd się pan tu wziął, do diabła? – zapytał.

Wolff postawił walizki na ziemi i pokazał kciukiem za siebie.

– Samochód mi się zepsuł na pustyni.

Kapitan przyjął to wyjaśnienie bez komentarza – nigdy w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że jakiś Europejczyk może tu dotrzeć z Libii.

– W takim razie poproszę o dokumenty.

Wolff wręczył swoje papiery. Kapitan spojrzał na nie i podniósł wzrok. „Był przeciek w Berlinie i jestem poszukiwany – pomyślał Wolff – albo była zmiana dokumentów od czasu mojego ostatniego pobytu i moje są nieaktualne, albo…”.

– Kiepsko pan wygląda, panie Wolff. Jak długo pan tak idzie?

Wolff pomyślał, że jego wynędzniały wygląd może mu zjednać trochę sympatii drugiego Europejczyka.

– Od wczoraj po południu – powiedział. – Trochę się zgubiłem.

– Spędził pan na pustyni całą noc? – Kapitan przyjrzał się mu bliżej. – Mój Boże, rzeczywiście, widać to po panu. Podwieziemy pana. – Odwrócił się do wozu. – Kapralu, weźcie walizki.

Wolff już chciał zaprotestować, ale ugryzł się w język.

Człowiek, który szedł pieszo całą noc, nie powinien sprzeciwiać się, kiedy ktoś chce mu pomóc. To nie tylko podważyłoby wiarygodność jego opowieści, ale zwróciłoby też uwagę na walizki. Kiedy kapral wnosił je do łazika, Wolff przypomniał sobie, że nie zadał sobie trudu, by zamknąć je na kluczyk. Jak mogłem być tak głupi? – pomyślał. Ale był wciąż nastawiony na pustynię, gdzie widziało się człowieka najwyżej raz w tygodniu, i gdzie ostatnią rzeczą, jaka mogła kogokolwiek interesować, był nadajnik radiowy, który należało podłączyć do prądu. Miał zmysły wyostrzone nie na to, co trzeba: obserwował ruch słońca, węszył w powietrzu za wodą, odmierzał pokonane dystanse i przeglądał horyzont w poszukiwaniu samotnego drzewa, w którego cieniu można przeczekać upał dnia. Teraz musi o tym zapomnieć, a pomyśleć o policjantach, papierach, zamkach i kłamstwach. Postanowił zdwoić czujność.

Wskoczył do dżipa.

Kapitan zajął miejsce obok.

– Z powrotem do miasta – rzucił kierowcy.

Wolff uznał, że musi jakoś uwiarygodnić swoją opowieść, więc kiedy wóz zawracał na piaszczystej drodze, zapytał:

– Ma pan trochę wody?

– Jasne. – Kapitan sięgnął pod siedzenie i wyciągnął blaszaną manierkę w filcowym pokrowcu, odkręcił ją i wręczył Wolffowi.

Wolff pił łapczywie. Wypił przynajmniej pół litra.

– Dziękuję – powiedział i oddał manierkę.

– Nieźle był pan spragniony. Nie dziwota. Aha, przy okazji, nazywam się Newman – przedstawił się kapitan i wyciągnął rękę.

Wolff uścisnął ją i przyjrzał się bliżej oficerowi. Rzeczywiście był młody, na oko dwadzieścia parę lat, o świeżej twarzy, z chłopięcą grzywką i szczerym uśmiechem – ale w jego ruchach dało się zauważyć to dojrzałe znużenie, po którym poznaje się frontowych weteranów.

– Był pan na froncie?

– Trochę. – Newman pomacał się po kolanie.

– Dostałem w nogę na Cyrenajce, więc przysłali mnie do tej dziury. – Uśmiechnął się. – Szczerze mówiąc, nie marzę o powrocie na pustynię, ale wolałbym robić coś pożyteczniejszego niż tu tkwić. Jedyne walki, jakie się tu odbywają, to bijatyki chrześcijan z muzułmanami. Skąd pan jest? Ma pan dziwny akcent.

To niespodziewane pytanie zaskoczyło Wolffa. Na pewno Newman zadał je celowo, pomyślał. Na szczęście miał gotową odpowiedź:

– Moi rodzice byli Burami, przybyli do Egiptu z Afryki Południowej. W dzieciństwie mówiłem po afrykanersku i arabsku. – Zawahał się, bojąc się popaść w nadgorliwość w wyjaśnieniach. – Wolff to holenderskie nazwisko, a Aleksandrem ochrzczono mnie od miasta, w którym przyszedłem na świat.

– Co pana tu sprowadza? – zapytał Newman jakby od niechcenia.

Wolff i na to był przygotowany.

– Mam firmy w kilku miastach górnego Egiptu.

– Uśmiechnął się. – Lubię wpadać z niespodziewanymi wizytami.

Wjeżdżali do Asjutu. Jak na warunki egipskie było to spore miasto – z przemysłem, szpitalami, uniwersytetem muzułmańskim, dużym klasztorem; liczyło jakieś sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Wolff już miał poprosić o wysadzenie przy stacji kolejowej, kiedy Newman uchronił go od popełnienia tego błędu:

– Potrzebny panu warsztat samochodowy – stwierdził.

– Zawieziemy pana do Nasifa, on przyholuje pańskie auto. Wolff zmusił się do podziękowania. Przełknął z trudem ślinę. Muszę się wziąć w garść, pomyślał, to ta cholerna pustynia tak mnie rozłożyła. Popatrzył na zegarek. Ma dość czasu, zdąży odegrać przedstawienie w warsztacie, a potem złapać codzienny pociąg do Kairu. Rozważał, jak to rozegrać. Będzie musiał wejść do środka, bo Newman na pewno za nim spojrzy; trzeba będzie popytać o jakieś części zamienne czy coś w tym rodzaju, potem wyjdzie i uda się na stację.

Jeśli dopisze mu szczęście, Nasif i Newman nie zgadają się więcej na temat niejakiego Alexa Wolffa.

Auto przeciskało się wąskimi, zatłoczonymi uliczkami. Znajome widoki egipskiego miasta sprawiały Wolffowi przyjemność: jasne bawełniane stroje, kobiety z tobołkami na głowach, policjanci o urzędowych minach, cwaniaczki w ciemnych okularach, sklepiki wysypujące swoje towary na wyboistą ulicę, stragany, poobtłukiwane samochody i objuczone do granic wytrzymałości osły. Zatrzymali się przed rzędem niskich budynków z suszonej na słońcu cegły. Droga była do połowy zatarasowana przez jakąś starożytną ciężarówkę i resztki rozebranego fiata. Na chodniku siedział chłopiec i majstrował przy bloku silnika.

– Tutaj muszę pana niestety opuścić – powiedział Newman. – Służba nie drużba.

– Bardzo panu dziękuję – Wolff uścisnął mu rękę.

– Ale nie chcę tak pana zostawiać na pastwę losu – dodał Newman. – Jest pan wykończony. – Zmarszczył czoło, lecz po chwili rozpogodził się. – Wiem, zostawię panu do pomocy kaprala Coxa.

– To bardzo miło, ale…

Newman nie chciał słyszeć o odmowie.

– Cox, weźcie bagaże i miejcie oczy otwarte. Macie się panem Wolffem zaopiekować. I żeby mu nic nie ukradli, zrozumiano?

– Tak jest! – odparł Cox.

Wolff aż jęknął w duchu. Teraz straci jeszcze trochę czasu, żeby pozbyć się kaprala. Uprzejmość kapitana Newmana stawała się uciążliwa; czyżby to było zamierzone?

Wolff i Cox wysiedli, a łazik pojechał dalej. Wolff wszedł do warsztatu Nasifa, Cox z walizkami za nim.

Nasif był pogodnym młodym człowiekiem w wysmarowanej galabii. Naprawiał akumulator przy świetle lampki oliwnej. Kiedy ich zobaczył, odezwał się po angielsku:

– Chcą panowie wynająć piękne auto? Mój brat, on ma piękny bentley…

Wolff przerwał mu w egipskiej arabszczyźnie:

– Zepsuł mi się samochód. Podobno może go pan przyholować.

– Tak. Zaraz się tym zajmiemy. Gdzie ten samochód?

– Na szlaku pustynnym, jakieś siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt kilometrów stąd. To ford. Ale ja zostaję w mieście. – Wyciągnął portfel i wręczył Nasifowi angielski banknot jednofuntowy. – Jak pan wróci, proszę zgłosić się do mnie do Grand Hotelu przy dworcu.

Nasif skwapliwie wziął pieniądze.

– Doskonale. Już jadę!

Wolff skinął głową i odwrócił się. Wyszedł z warsztatu z Coxem idącym za nim krok w krok i zaczął zastanawiać się nad konsekwencjami rozmowy z Nasifem. Mechanik wyjedzie w pustynię swoją ciężarówką i zacznie szukać samochodu. Wreszcie wróci do Grand Hotelu, by przyznać się do porażki. Dowie się, że Wolff wyjechał. Na pewno uzna, że dostał dość pieniędzy za stracony dzień, ale to go nie powstrzyma przed opowiadaniem na prawo i lewo o fordzie, który znikł, i jego równie tajemniczym kierowcy. Bez wątpienia ta historia prędzej czy później dotrze do uszu Newmana. Kapitan może i nie domyśli się, co się za tym kryje, ale z pewnością sprawa wyda mu się wystarczająco tajemnicza, żeby się nią bliżej zainteresować.

Wolff spochmurniał, bo zrozumiał, że jego plan wśliźnięcia się do Egiptu po cichu wziął w łeb.

Trzeba z tego jakoś wybrnąć. Popatrzył na zegarek. Wciąż jeszcze ma szansę złapać pociąg. Coxa pozbędzie się w hotelowym holu, a potem może jeszcze zdąży coś przegryźć i wypić, jeśli się pospieszy.

Cox był niskim brunetem i mówił z taką odmianą brytyjskiego akcentu, której Wolff nie umiał rozpoznać. Na oko był mniej więcej rówieśnikiem Wolffa, więc prawdopodobnie – skoro nie zaszedł wyżej niż do stopnia kaprala – nie był zbyt błyskotliwy. Idąc za Wolffem przez Midan el-Mahatta zapytał:

– Zna pan to miasto, sir?

– Byłem tu kiedyś – odparł Wolff.

Weszli do Grandu. Dysponował dwudziestoma sześcioma pokojami i był tym większym z dwu hoteli w mieście.

– Dziękuję, kapralu, możecie wracać do służby.

– Nie ma pośpiechu, sir – odparł wesoło Cox. – Zaniosę pana walizki na górę.

– Na pewno mają tu tragarzy…

– Nie dowierzałbym im na pańskim miejscu, sir.

Sytuacja Wolffa przypominała koszmarny sen albo farsę – dobre chęci innych wpędzały go w coraz bardziej bezsensowne działania i kolejne kłamstwa. Czy to aby na pewno przypadek? Przeszło mu przez głowę, że być może wiedzą o nim wszystko, a teraz robią sobie z niego kpiny.

Odepchnął tę myśl i odezwał się do Coxa z całą uprzejmością, na jaką go było stać:

– Cóż, w takim razie dziękuję.

Odwrócił się do kontuaru i poprosił o pokój. Rzucił okiem na zegarek: ma piętnaście minut. Wypełnił szybko formularz, podając zmyślony adres w Kairze – może kapitanowi Newmanowi wyleci z głowy prawdziwy adres z dowodu osobistego. Nie chciał zostawiać zbyt wyraźnych śladów.

Nubijski boy zaprowadził ich na górę do pokoju. Wolff dał mu w drzwiach napiwek. Cox położył walizki na łóżku.

Wolff wyciągnął portfel: pewnie Cox też miałby ochotę na parę groszy.

– No, kapralu – zaczął – bardzo mi pomogliście…

– Rozpakuję pana, sir – przerwał mu Cox. – Kapitan prosił, żeby się panem zaopiekować.

– Nie, dziękuję – odparł stanowczo Wolff. – Teraz chciałbym się na chwilę położyć.

– Niech się pan kładzie – zgodził się wspaniałomyślnie kapral. – Ja się uwinę raz-dwa…

– Nie otwieraj tego!

Ale Cox już podnosił wieko walizki. Wolff sięgnął za pazuchę myśląc: niech go szlag trafi! Czy uda się nie narobić hałasu? Kapral wlepiał wzrok w starannie ułożone pliki nowych angielskich banknotów funtowych, które wypełniały mniejszą walizkę.

– Jezu Chryste, ale pan nadziany! – wyjąkał.

Pewnie nigdy w życiu nie widział takiej forsy, pomyślał Wolff. Cox zaczął się odwracać, mówiąc jednocześnie:

– Co pan chce zrobić z tą całą…

Wolff wyciągnął krzywy beduiński kindżał, napotkał wzrok kaprala; tamten zamrugał i otworzył usta do krzyku, ale ostre jak brzytwa ostrze wślizgnęło się już głęboko w miękką skórę szyi i krzyk strachu wydobył się jako krwawy bulgot. Po chwili kapral był martwy. Wolff nie czuł nic poza rozczarowaniem.

2

Był maj, wiał chamsin, gorący wiatr niosący pył i piasek z południa. Stojąc pod natryskiem William Vandam pomyślał z przygnębieniem, że dziś przez cały dzień będzie to jego jedyna chwila chłodu. Zakręcił wodę i wytarł się szybko. Całe ciało miał obolałe. Wczoraj grał w krykieta, po raz pierwszy od lat. Wydział Wywiadu Sztabu Generalnego wystawił drużynę przeciwko lekarzom ze szpitala polowego (szpiedzy kontra konowały, tak się to nazywało) i Vandam – chcąc uchronić swoją drużynę od przegranej, co mu się jednak nie udało – twardo stawiał się medykom. Dziś odczuwał skutki tego wysiłku. Musiał przyznać, że nie jest w najlepszej kondycji. Dżin i papierosy robią swoje, no i ma zbyt wiele zmartwień.

Zapalił papierosa, odkaszlnął i zaczął się golić. Zawsze palił przy goleniu, bo tylko w ten sposób mógł pokonać nudę tej nieuniknionej codziennej czynności. Piętnaście lat temu przysiągł sobie, że zapuści brodę, gdy tylko wyjdzie z wojska, ale jeszcze nie wyszedł.

Ubrał się w swój codzienny strój: ciężkie sandały, skarpety, bluzę polową i szorty khaki z klapkami, które można było odwinąć i spiąć pod kolanami dla ochrony przed moskitami. Ale nikt nigdy nie korzystał z tych klapek, a młodsi oficerowie z reguły je odpruwali, bo wyglądały idiotycznie.

Na podłodze obok łóżka stała pusta butelka po dżinie. Vandam spojrzał na nią i poczuł niesmak do samego siebie – pierwszy raz zabrał ze sobą tę cholerną butelkę do łóżka. Podniósł ją, zakorkował i wrzucił do wiadra na śmieci, a potem zszedł na dół.

W kuchni krzątał się Gaafar, robił herbatę. Był Koptem w podeszłym wieku i pociągał nogami, ale wydawało mu się, że jest lokajem w angielskim stylu. Nigdy nim tak naprawdę nie będzie, miał jednak w sobie pewną godność i był uczciwy, a Vandam zdawał sobie sprawę, że to cechy niezbyt często spotykane u egipskiej służby domowej.

– Billy już wstał? – zapytał.

– Tak, sir, już schodzi.

Vandam kiwnął głową. Na kuchence gotowała się w rondelku woda. Włożył jajko do wrzątku i nastawił minutnik. Ukroił dwie kromki chleba i zrobił grzanki. Posmarował je masłem i pokroił w paski, wyjął jajko z wody i odciął czubek.

Do kuchni wszedł Billy.

– Dzień dobry, tatusiu.

Vandam uśmiechnął się do swojego dziesięcioletniego syna.

– Jak się masz, stary. Śniadanie gotowe.

Mały zabrał się do jedzenia. Vandam usiadł naprzeciw niego z filiżanką herbaty i przyglądał mu się przez chwilę. Billy często ostatnio rano wyglądał na zmęczonego. Kiedyś zawsze przy śniadaniu był pełen energii. Może źle sypia, bo jego przemiana materii przestawia się na dorosłe tory? A może to dlatego, że czyta po nocy kryminały, przyświecając sobie pod kołdrą latarką?

Wszyscy uważali, że Billy to skóra zdjęta z ojca, ale Vandam nie widział w nim podobieństwa do siebie. Dostrzegał natomiast w twarzy syna rysy jego matki: szare oczy, delikatną skórę i tę pełną lekkiej wyższości minę, kiedy ktoś mu się sprzeciwiał.

Vandam zawsze sam przygotowywał synowi śniadanie.

Rzecz jasna służący doskonale mógł zadbać o chłopaka i robił to na ogół, Vandam jednak cenił sobie ten mały rytuał. Często był to jedyny moment w ciągu dnia, który spędzał z synem. Nie rozmawiali wiele – Billy jadł, a Vandam palił – ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było, że mogli razem rozpocząć dzień.

Po śniadaniu Billy umył zęby, a Gaafar wyprowadził motocykl Vandama. Billy pojawił się przed domem w szkolnej czapce, a Vandam założył swoją, oficerską, po czym zasalutowali sobie wzajemnie. Billy wyskandował:

– Sir, chodźmy wygrać tę wojnę!

I wyszli.

Biuro Vandama znajdowało się w Gray Pillars, jednym z budynków ogrodzonych płotem z drutu kolczastego, w których mieściła się ND, czyli brytyjskie Naczelne Dowództwo na Bliski Wschód. Na biurku czekał na niego meldunek. Usiadł, zapalił i zaczął czytać.

Meldunek nadszedł z Asjutu, leżącego pięćset kilometrów na południe, i na początku Vandam nie mógł zrozumieć, po co przekazano go kontrwywiadowi. Była to informacja, że jakiś patrol podwiózł idącego drogą Europejczyka, który potem zamordował nożem kaprala. Zwłoki znaleziono ubiegłej nocy, zaraz po tym, gdy odkryto nieobecność kaprala, ale upłynęło już kilka godzin od jego śmierci. Mężczyzna odpowiadający rysopisowi podwiezionego kupił na stacji bilet do Kairu, jednak zanim znaleziono ciało, pociąg już dojechał do Kairu i zabójca rozpłynął się w mieście.

Nie było żadnych wskazówek co do motywu.

Policja egipska i brytyjska żandarmeria wojskowa zaczęły dochodzenie w Asjucie, a ich koledzy w Kairze, tak jak Vandam, zostali poinformowani o sprawie dziś rano. Dlaczego zaangażowano w to kontrwywiad?

Vandam zmarszczył czoło i zamyślił się. Europejczyk na pustyni. Mówi, że zepsuł mu się samochód. Bierze pokój w hotelu. Wychodzi, łapie pociąg. Samochodu ani śladu. Zwłoki żołnierza znalezione w nocy w pokoju hotelowym.

O co tu może chodzić?

Podniósł słuchawkę i zażądał połączenia z Asjutem. Wojskowa centrala polowa przez dłuższą chwilę lokalizowała kapitana Newmana, ale w końcu znaleziono go w zbrojowni i przywołano do telefonu.

– To mi wygląda na zabójstwo z powodu zdemaskowania agenta – oświadczył Vandam.

– Tak mi się wydawało, sir – zgodził się Newman.

– Dlatego przesłałem meldunek do kontrwywiadu.

– Bardzo dobrze. Powiedzcie mi, kapitanie, jakie ten człowiek zrobił na was wrażenie.

– Kawał chłopa…

– Dostałem od was rysopis, metr osiemdziesiąt trzy, siedemdziesiąt sześć kilo, brunet, ciemne oczy, ale to mi nie mówi, jaki on jest.

– Rozumiem – odparł Newman. – Cóż, mówiąc szczerze, z początku nie miałem najmniejszych podejrzeń. Był bardzo zmęczony, co zgadzałoby się z jego opowieścią o samochodzie zepsutym na pustyni, ale sprawiał wrażenie praworządnego obywatela: biały, dobrze ubrany, mówił płynnie po angielsku z akcentem, który sam określił jako holenderski czy może raczej afrykanerski. Dokumenty miał bez zarzutu i nadal jestem przekonany, że były autentyczne.

– Co wobec tego wzbudziło wasze podejrzenia?

– Twierdził, że przyjechał skontrolować swoje interesy w Górnym Egipcie.

– To brzmi prawdopodobnie.

– Być może, ale nie wyglądał mi na człowieka, który pakuje pieniądze w jakieś sklepiki, fabryczki czy pola bawełny. To pewny siebie światowiec, raczej zainwestowałby pieniądze na londyńskiej giełdzie czy zdeponował je w banku szwajcarskim. To tylko takie mgliste poczucie, ale rozumie pan, o co mi chodzi, prawda?

– Oczywiście. – Ten facet mówi niegłupio, pomyślał Vandam. Co on robi w takiej dziurze jak Asjut?

– A potem przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby się dowiedzieć, skąd on się wziął na tej pustyni… – ciągnął Newman – więc kazałem biednemu Coxowi z nim zostać pod pozorem udzielenia pomocy, bo chciałem mieć pewność, że mi nie zwieje, póki nie sprawdzimy jego opowieści. Powinienem był go od razu aresztować, wiem, ale miałem tylko cień podejrzenia i…

– Nie sądzę, żeby można było mieć o to do was pretensje, kapitanie – powiedział Vandam. – Spisaliście się doskonale zapamiętując nazwisko i adres. Alex Wolff, Villa les Oliviers, Garden City, tak?

– Tak.

– W porządku. Proszę mnie informować na bieżąco, gdybyście mieli coś nowego.

– Tak jest, sir.

Vandam odłożył słuchawkę. Podejrzenia Newmana pokrywały się z jego własnymi domysłami. Postanowił porozmawiać ze swoim bezpośrednim przełożonym. Wyszedł z gabinetu, zabierając ze sobą meldunek o zabójstwie.

Szef od spraw wywiadu miał tytuł Dyrektora Wywiadu Wojskowego (DWW). Funkcję tę sprawował brygadier2. DWW miał dwóch zastępców: ZDWW(O) – od spraw operacyjnych i ZDWW(K) – od kontrwywiadu. Zastępcami byli pułkownicy. Szef Vandama, podpułkownik Bogge, podlegał ZDWW(K). Bogge odpowiadał za wydział zabezpieczenia kadry i większość czasu spędzał na administrowaniu. Vandam zajmował się przeciekami tajnych informacji. Wraz ze swoim zespołem dysponował siatką informatorów w Kairze i Aleksandrii; w większości barów i klubów miał przynajmniej jednego z kelnerów na swojej liście płac, miał też współpracowników wśród personelu ważniejszych arabskich polityków – pracował dla niego na przykład osobisty służący króla Faruka, a także najbogatszy kairski złodziej. Musiał wiedzieć, kto za dużo gada i kto słucha, a wśród tych, co słuchają, szczególnie interesowali go przedstawiciele ruchu niepodległościowego. Jednak wyglądało na to, że tajemniczy człowiek z Asjutu stanowi zagrożenie zupełnie innego rodzaju.

Wojenna kariera zawodowa Vandama odznaczyła się jak dotąd jednym spektakularnym osiągnięciem i jedną wielką wpadką, która miała miejsce w Stambule. Do Turcji uciekł wtedy z Iraku Raszid Ali. Niemcy chcieli go stamtąd zabrać i wykorzystać w celach propagandowych, Anglicy woleli trzymać go w cieniu, a Turkom, pilnie strzegącym swojej neutralności, zależało na tym, żeby nikogo nie urazić. Zadaniem Vandama było dopilnować, żeby Ali został w Stambule, tymczasem tamten pod nosem Vandama zamienił się na ubrania z niemieckim agentem, wymknął się z kraju i po kilku dniach na falach hitlerowskiego radia zaczął wygłaszać propagandowe przemówienia kierowane na Bliski Wschód.

Vandam zdołał się jednak potem zrehabilitować w Kairze. Londyn miał podstawy przypuszczać, że wychodzą stamtąd poważne przecieki. Po trzech miesiącach drobiazgowego dochodzenia Vandam odkrył, że pewien dyplomata amerykański wysokiego szczebla wysyła z Kairu do Waszyngtonu depesze używając niepewnego szyfru. Szyfr zmieniono, przeciek zlikwidowano i Vandam dostał awans na majora.

Gdyby był cywilem albo wojskowym w czasach pokoju, mógłby być dumny ze swojego triumfu, zapomnieć o poprzedniej wpadce i powiedzieć sobie: „Raz na wozie, raz pod wozem”. Ale w czasie wojny pomyłka oficera może oznaczać śmierć jego ludzi. Jednym z następstw afery z Raszidem Alim było zabicie agentki i Vandam nie umiał sobie tego wybaczyć.

Zapukał do drzwi gabinetu podpułkownika Boggego i wszedł. Reggie Bogge był niskim, krępym mężczyzną po pięćdziesiątce w nieskazitelnym mundurze, o wybrylantynowanych czarnych włosach. Miał zwyczaj pokasływać nerwowo, gdy nie bardzo wiedział, co powiedzieć, to znaczy dość często. Siedział za wielkim biurkiem, większym niż biurko samego DWW. Zawsze bardziej chętny do rozmowy niż do działania, wskazał Vandamowi krzesło, wziął do ręki jaskrawoczerwoną piłeczkę krykietową i zaczął się nią bawić.

– Dobrze wczoraj graliście, majorze – powiedział.

– Pan też się nieźle przykładał – odparł Vandam. Była to prawda, Bogge był jedynym naprawdę dobrym zawodnikiem w ich drużynie i właśnie dzięki jego chytrym rzutom zdobyli większość punktów. – A jak tam z wojną, wygrywamy?

– Niestety nie. – Poranna odprawa jeszcze się nie odbyła, ale Bogge zawsze miał wiadomości wcześniej, nieoficjalną drogą. – Spodziewaliśmy się frontalnego ataku Rommla pod Al-Ghazalą. Ale ten łotr nigdy nie walczy fair. Obszedł nasze południowe skrzydło, zdobył kwaterę główną Siódmej Pancernej i wziął do niewoli generała Messervy’ego.

Tego rodzaju wieści przygnębiająco się powtarzały. Vandam poczuł ogarniające go znużenie.

– To kiepsko.

– Na szczęście nie zdołali dotrzeć do wybrzeża, więc nie odcięli samej Al-Ghazali. Jednak…

– Kiedy go wreszcie zatrzymamy?

– Dalej nie pójdzie. – Nie była to inteligentna uwaga, ale Bogge po prostu nie chciał krytykować generalicji. – Co tam macie ciekawego?

Vandam podał mu meldunek o morderstwie w Asjucie.

– Chciałbym się tym sam zająć – powiedział.

Bogge przeczytał kartkę i podniósł wzrok.

– Nie widzę w tym żadnego sensu.

– Wygląda to na zabójstwo przez zdemaskowanego agenta.

– Co?

– Morderstwo bez motywu, więc trzeba spekulować – wyjaśnił Vandam. – Prawdopodobnie ten Europejczyk nie był tym, za kogo się podawał, i kapral to odkrył, więc tamten go zabił.

– Nie był tym, za kogo się podawał? Myślicie, że był szpiegiem? – Bogge roześmiał się. – A jak dostał się do Asjutu? Zrzucili go na spadochronie czy przyszedł na piechotę?

Na tym właśnie polega cały problem z Boggem, pomyślał Vandam. Wyśmiewa się z każdego cudzego pomysłu tylko dlatego, że sam na niego nie wpadł.

– Mały samolot mógłby się prześlizgnąć – powiedział.

– A pustynię da się przewędrować.

Bogge rzucił meldunek, który poszybował nad rozległym blatem biurka i opadł na podłogę.

– Według mnie to mało prawdopodobne – oświadczył.

– Szkoda waszego czasu.

– W porządku, sir. – Vandam podniósł meldunek, tłumiąc uczucie zawodu i gniew. Rozmowy z Boggem zawsze przeradzały się w zakamuflowane ataki i najmądrzej było wtedy wycofać się z gry. – Zażądam jednak, żeby policja informowała nas o postępach sprawy: kopie notatek i tak dalej, żebyśmy mieli to w aktach – powiedział.

– Dobrze. – Bogge nigdy nie miał nic przeciwko temu, żeby przysyłano mu dokumenty do odłożenia na półkę, trzymał dzięki temu rękę na pulsie nie ponosząc za nic odpowiedzialności. – Słuchajcie, majorze, a co powiecie na zorganizowanie treningów krykieta? Trzeba doprowadzić drużynę do formy, bo szykują się następne mecze.

– Doskonały pomysł, sir.

– Możecie coś zorganizować?

– Tak, oczywiście.

Vandam wyszedł. Po drodze do swojego gabinetu zastanawiał się, co dolega polityce kadrowej armii brytyjskiej, że taki dureń jak Reggie Bogge mógł dosłużyć się stopnia podpułkownika. Ojciec Vandama, który był kapralem w pierwszej wojnie światowej, zwykł mawiać, że żołnierze angielscy to „lwy pod wodzą osłów” i Vandamowi wydawało się często, że nic się pod tym względem nie zmieniło. Bogge był nie tylko tępy. Czasem podejmował złe decyzje, bo nie był dość inteligentny, żeby podjąć słuszne, Vandam miał jednak wrażenie, że na ogół podejmował złe decyzje, bo interesowało go coś zupełnie innego: na przykład, żeby dobrze wypaść albo pokazać, kto tu rządzi, albo coś w tym rodzaju.

Na korytarzu pozdrowiła go kobieta w białym szpitalnym fartuchu, więc zasalutował jej machinalnie. Kobieta odezwała się:

– Pan major Vandam?

Zatrzymał się i spojrzał na nią. Była na wczorajszym meczu, przypomniał sobie nawet jej nazwisko: Abuthnot.

– Dzień dobry, pani doktor. – Była wysoką, opanowaną kobietą mniej więcej w jego wieku. Chirurg, rzadkość jak na kobietę, nawet w czasach wojennych – do tego w stopniu kapitana.

– Bardzo się pan wczoraj napracował – powiedziała.

– I dziś cierpię z tego powodu – uśmiechnął się Vandam. – Ale dobrze się bawiłem.

– Ja również. – Miała niski, spokojny głos i dużo pewności siebie. – Czy zobaczymy pana w piątek?

– Gdzie?

– Na przyjęciu w związku.

– Aha. – Związek Angielsko-Egipski był klubem dla znudzonych Europejczyków, który podejmował czasem próby uzasadnienia swojej nazwy, wydając przyjęcia dla zaproszonych Egipcjan. – O której?

– O piątej.

Vandam miał w tym swój zawodowy interes: była to dla Egipcjan okazja podsłuchania różnych rzeczy, które mogły być użyteczne dla wroga.

– Oczywiście, przyjdę.

– Świetnie. A zatem do zobaczenia – powiedziała i odwróciła się.

– Miło mi będzie – mruknął do jej pleców. Przyglądał się, jak odchodziła, i zastanawiał, co nosi pod fartuchem. Była elegancka, zadbana i samodzielna. Przypominała mu jego żonę.

Wszedł do swojego gabinetu. Nie miał zamiaru organizować treningów krykietowych ani zapominać o morderstwie w Asjucie. Bogge niech idzie do diabła, trzeba się brać do roboty.

Porozmawiał jeszcze raz z kapitanem Newmanem i kazał mu zadbać o to, żeby rysopis Alexa Wolffa został jak najszybciej rozpowszechniony.

Potem połączył się z policją egipską i upewnił się, że sprawdzą dziś kairskie hotele i pensjonaty.

Skontaktował się z jednostką przedwojennych Sił Ochrony Kanału i polecił przez kilka dni wzmóc kontrolę dokumentów na ich posterunkach.

Zadzwonił do szefa kwestury brytyjskiej, żeby zwrócił szczególną uwagę na fałszywe banknoty.

Powiadomił służbę nasłuchu radiowego o możliwości rozpoczęcia emisji przez nową miejscową stację. Pomyślał, że dobrze byłoby, gdyby choć raz udało im się namierzyć nadajnik.

Wreszcie kazał sierżantowi ze swojej komórki zorganizować inspekcje we wszystkich sklepach radiowych w Dolnym Egipcie – nie było ich zbyt wiele – i polecił, by ich właściciele informowali o wszelkich zakupach sprzętu, który mógłby służyć do budowy albo naprawy radiostacji.

Potem udał się do Villa les Oliviers.

Nazwa domu pochodziła od zagajnika oliwnego znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Teraz akurat był on w pełni kwitnienia, białe płatki opadały jak śnieg na wysuszoną, brązową trawę.

Budynek otaczał wysoki mur z ciężką rzeźbioną drewnianą bramą. Korzystając z ornamentów jako chwytów i stopni Vandam wspiął się na bramę i zeskoczył po drugiej stronie. Znalazł się na dużym dziedzińcu. Bielone ściany były zszarzałe, okna zamknięte obłażącymi z farby okiennicami. Na środku dziedzińca stała kamienna fontanna. Przez pusty zbiornik prysnęła jaskrawozielona jaszczurka.

Nie było tu nikogo co najmniej od roku.

Vandam odemknął okiennicę, stłukł szybę, sięgnął do klamki, otworzył okno i przelazł przez parapet do środka domu.

Nie wygląda to na dom Europejczyka, pomyślał chodząc po chłodnych, ciemnych pokojach. Brak myśliwskich fotografii na ścianach, brak schludnych szeregów powieści Agaty Christie i Dennisa Wheatleya w kolorowych okładkach, brak kompletu wypoczynkowego z Maples lub od Harrodsa. Wnętrze było umeblowane pufami i niskimi stolikami, na podłodze leżały ręcznie tkane dywany i kilimy.

Na piętrze budynku znalazł zamknięte na klucz drzwi. Wyłamał je bez trudu. Za nimi znajdował się gabinet.

Pokój był czysty i wysprzątany, umeblowany skąpo, ale luksusowo: niska, szeroka otomana z aksamitnym obiciem, rzeźbiony niski stolik, komplet trzech antycznych lamp, na podłodze niedźwiedzia skóra, piękne inkrustowane biurko i skórzany fotel.

Na biurku był aparat telefoniczny, czysty biały notatnik, obsadka z kości słoniowej i wysuszony kałamarz. W szufladzie Vandam znalazł jakieś sprawozdania handlowe ze Szwajcarii, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Na małym stoliku stał pokryty kurzem piękny, ręcznej roboty komplet do kawy z miedzi. Na półce za biurkiem było trochę książek w kilku językach: dziewiętnastowieczne powieści francuskie, słownik oksfordzki, arabski tomik z erotycznymi ilustracjami – jak sądził Vandam, była to poezja – oraz Biblia po niemiecku.

Żadnych dokumentów osobistych.

Żadnych listów.

Usiadł w miękkim skórzanym fotelu przy biurku i rozejrzał się po pokoju. Był to pokój mężczyzny, dom kosmopolitycznego intelektualisty, człowieka z jednej strony ostrożnego, dokładnego i uporządkowanego, a z drugiej – wrażliwego i zmysłowego.

Vandam był zaintrygowany.

Europejskie nazwisko, ale całkowicie arabski dom. Ulotka na temat maszyn biurowych i arabska poezja. Tradycyjny tygielek do parzenia kawy i nowoczesny telefon. Bogactwo informacji na temat charakteru gospodarza i ani jednej wskazówki, gdzie go szukać.

Pokój został dokładnie wyczyszczony.

Powinny tu być wyciągi bankowe, rachunki, metryka i testament, listy od kochanki, fotografie rodziców i dzieci. Ale ten człowiek zabrał to wszystko ze sobą, nie zostawiając żadnych śladów swojej tożsamości, jakby wiedział, że któregoś dnia zjawi się tu ktoś, kto będzie ich szukać.

– Aleksie Wolffie, kim jesteś? – zapytał na głos Vandam.

Wstał z fotela i wyszedł z gabinetu, a potem z domu na skwarny, zakurzony dziedziniec. Przelazł z powrotem przez bramę i zeskoczył na ulicę. Po jej drugiej stronie w cieniu drzewa oliwnego siedział po turecku Arab w galabii w zielone prążki i przyglądał się obojętnie Vandamowi. Vandam nie miał zamiaru wyjaśniać, że włamał się do domu służbowo – mundur oficera brytyjskiego był w Kairze wystarczającą legitymacją. Zastanawiał się, skąd by tu dowiedzieć się czegoś o właścicielu domu. Księgi hipoteczne, miejscowi kupcy, którzy mogli zaopatrywać dom, kiedy był zamieszkany, może sąsiedzi? Poleci swoim ludziom, żeby to wszystko sprawdzili, a dla zamydlenia oczu Boggemu wymyśli jakąś historyjkę. Wskoczył na motocykl i kopnął rozrusznik. Silnik zadudnił ochoczo i Vandam odjechał.

3

Wolff siedział przed swoim domem, pełen gniewu i rozpaczy, i patrzył na odjeżdżającego Anglika.

Wspominał czasy, kiedy był jeszcze małym chłopcem: dom tętnił wtedy gwarem, śmiechem, życiem. Obok wielkiej rzeźbionej bramy trzymał zawsze straż czarnoskóry olbrzym z Nubii. Na dziedzińcu co rano świątobliwy mąż, stary i prawie ślepy, czytał sury Koranu. W chłodzie arkadowych podcieni na niskich otomanach siedzieli męscy przedstawiciele rodziny i palili nargile, a chłopcy ze służby przynosili im kawę w dzbanuszkach z wysmukłymi szyjkami. Drugi czarny wartownik stał u drzwi haremu, za którymi nudziły się i tyły kobiety. Dni były wtedy długie i ciepłe, rodzina bogata, a dzieciom nic nie brakowało do szczęścia.

Ale ten oficer w szortach i na motocyklu, z tą arogancką gębą i oczkami szpicla schowanymi pod daszkiem mundurowej czapki rozbił i zbrukał te wspomnienia. Wolff żałował, że nie udało mu się zobaczyć jego twarzy, bo miał ochotę go zabić.

Myśl o rodzinnym domu nie opuszczała go przez całą drogę. W Berlinie, Trypolisie i Al-Agajli, w bólu i wysiłku marszu przez pustynię, w strachu i pośpiechu ucieczki z Asjutu wydawał mu się rajem na ziemi, bezpiecznym schronieniem, miejscem, gdzie odpocznie, obmyje się i nabierze sił. Z utęsknieniem czekał, kiedy będzie mógł wziąć kąpiel, wysączyć filiżankę kawy na dziedzińcu i położyć się do wielkiego łoża z kobietą.

Teraz jednak musi stąd odejść i nie wolno mu wracać.

Krążył wokół domu przez cały ranek, spacerował albo siedział pod oliwką, na wypadek, gdyby kapitan Newman zapamiętał adres i przysłał tu kogoś. Kupił przedtem na suku galabiję, bo wiedział, że będą szukać Europejczyka, nie Araba.

Popełnił błąd pokazując swoje prawdziwe dokumenty. Ale zrobił to dlatego, że nie miał za grosz zaufania do podróbek Abwehry. Zbyt wiele nasłuchał się od innych agentów o nieudolnościach i bykach w dokumentach produkowanych przez niemiecki wywiad: o spapranym druku, nieodpowiednim papierze, błędach ortograficznych w prostych słowach angielskich. W szkole wywiadowców, gdzie przechodził kurs szyfrowania przekazów radiowych, krążyła pogłoska, że każdy policjant angielski potrafi na podstawie serii i numerów karty przydziałowej zidentyfikować jej posiadacza jako niemieckiego szpiega.

Dlatego wybrał tę możliwość, która wydawała mu się mniej ryzykowna. Niesłusznie, jak się okazało, i teraz nie ma gdzie się podziać.

Wstał, wziął walizki i ruszył przed siebie.

Pomyślał o swojej rodzinie. Matka i ojczym nie żyją, ale ma w Kairze przyrodnie rodzeństwo – trzech braci i siostrę. Nie może ich jednak narażać. Anglicy zaczną ich przesłuchiwać, gdy tylko ustalą tożsamość właściciela domu, a to nie zajmie im zbyt wiele czasu. Rodzina może kłamać, żeby go chronić, ale na dyskrecję służby nie można liczyć. Co więcej, tak naprawdę nie ufał swojemu rodzeństwu, ponieważ po śmierci ojczyma jako najstarszy syn dostał zarówno dom, jak i udział w pozostałej części spadku, mimo że był Europejczykiem i został synem tylko przez adopcję. Wywołało to pewne rozgoryczenie, a nawet spowodowało jakieś kroki prawne przeciwko niemu. Wybronił się wtedy, ale przyrodnie rodzeństwo nigdy mu tego nie wybaczyło.

Pomyślał o hotelu Shephearda. Niestety policja też z pewnością o nim pomyśli – jego obsługa miała już na pewno rysopis mordercy z Asjutu. W pozostałych hotelach będzie tak samo. Ale są jeszcze pensjonaty. Nie wiadomo, czy zostały powiadomione, to zależy od gorliwości policji i od wagi, jaką przywiązuje do sprawy. Ponieważ jednak w grę wchodzi Anglik, policja pewnie zechce się wykazać. Ale właściciele małych domów noclegowych może nie będą się przejmować wścibskimi policjantami i przymkną oko na podejrzanego gościa.

Z Garden City ruszył w stronę śródmieścia. Ulice były jeszcze bardziej zatłoczone niż wtedy, gdy wyjeżdżał z Kairu. Roiło się od mundurów – nie tylko angielskich, ale również australijskich, nowozelandzkich, polskich, jugosłowiańskich, palestyńskich, hinduskich i greckich. Wesołe egipskie dziewczyny w bawełnianych sukniach, obwieszone biżuterią, biły na głowę urodą swoje spocone, czerwone na twarzach i znużone europejskie konkurentki. Starsze kobiety już nie wszystkie ubierały się w tradycyjne czarne szaty z kwefami. Mężczyźni jak dawniej witali się wylewnie, zamaszyście podawali sobie dłonie, ściskali je minutę czy dwie i rozmawiali z ożywieniem. Żebracy i włóczędzy naciągali bez litości naiwnych Europejczyków. Wolff w swojej galabii nie wzbudził ich zainteresowania, ale każdego cudzoziemca otaczał wianuszek kalek, matek z brudnymi niemowlętami, pucybutów i sprzedawców najrozmaitszych nic niewartych drobiazgów, począwszy od używanych żyletek do gigantycznych piór z gwarantowanym zapasem atramentu na pół roku.

Na jezdniach panował jeszcze większy tłok. Ślamazarne, poobtłukiwane tramwaje zapchane były do granic możliwości, pasażerowie zwisali gronami z każdego pomostu, tłoczyli się w kabinach motorniczego i siedzieli po turecku na dachach. Nie lepiej wyglądały autobusy i taksówki: dawały o sobie znać braki części zamiennych, wiele wozów miało wybite okna, brakowało im reflektorów, wycieraczek, powietrza w ogumieniu, silniki krztusiły się i kopciły. Wolff zauważył starego morrisa i jeszcze starszego packarda, które zamieniono w dorożki ciągnięte przez osły. W przyzwoitym stanie były tylko ogromne amerykańskie krążowniki bogatych kairczyków i nieliczne angielskie austiny. Z samochodami konkurowały pojazdy zaprzęgowe: konne jednokółki gharra i wozy wieśniaków zaprzężone w muły wraz z towarzyszącym im inwentarzem: wielbłądami, owcami i kozami, którym wstępu do centrum zabraniało najbardziej bezsilne z praw egipskiego kodeksu.

No i hałas. Wolff zapomniał już, jaki w mieście panuje hałas.

Tramwaje dzwoniły bez przerwy. Kierowcy korzystali z klaksonów przy każdej okazji – albo i bez niej. Woźnice nie chcieli być gorsi: krzyczeli ile sił w płucach. Sklepy i kafejki puszczały arabską muzykę z tanich radioodbiorników rozkręconych na cały regulator. Uliczni sprzedawcy nieustannym wołaniem starali się wabić klientelę, a przechodnie głośno się od nich opędzali. Szczekały też psy, a od czasu do czasu zagłuszał to wszystko grzmot przelatującego nad miastem samolotu.

To moje miasto, pomyślał Wolff, tutaj mnie nie złapią.

Było tu kilkanaście popularnych pensjonatów, przyjmujących turystów różnych narodowości: Szwajcarów, Austriaków, Niemców, Holendrów i Francuzów. Pomyślał o tych kwaterach, ale odrzucił możliwość skorzystania z nich jako zbyt oczywistą. Przypomniał sobie tani dom noclegowy prowadzony przez zakonnice w dzielnicy portowej, w Bulaq. Zatrzymywali się tam głównie marynarze, kursujący po Nilu parowymi holownikami i barkami z ładunkiem bawełny, węgla, papieru i kamienia. Wolff mógł być pewien, że nikt go tam nie obrabuje, niczym nie zarazi ani nie zamorduje, no i nikt go tam nie będzie szukał.

Wyszedł z dzielnicy hoteli. Tłok panował tu mniejszy, ale niewiele. Nie widać było stąd rzeki, ale od czasu do czasu przemknął mu w szczelinie między budynkami trójkątny żagiel feluki.

Schronisko mieściło się w dużym, mocno zniszczonym budynku, który niegdyś był rezydencją jakiegoś bogacza. Nad łukiem wejścia wisiał teraz krucyfiks z brązu. Zakonnica w czarnym habicie podlewała klomb przed budynkiem. Wolff zobaczył przez bramę chłodny, cichy hol. Przemaszerował dzisiaj ładnych parę kilometrów z ciężkimi walizkami i nie mógł się doczekać odpoczynku.

Ale z wnętrza wyszło dwóch egipskich policjantów.

Na widok szerokich skórzanych pasów, okularów przeciwsłonecznych i ostrzyżonych po wojskowemu włosów Wolff poczuł niepokój. Odwrócił się tyłem do policjantów i odezwał się po francusku do zakonnicy-ogrodniczki:

– Dzień dobry, siostro.

Wyprostowała się i uśmiechnęła do niego.

– Dzień dobry – odparła. Była bardzo młoda. – Szuka pan noclegu?

– Nie. Wystarczy błogosławieństwo siostry.

Policjanci zbliżyli się i Wolff stężał, szykując odpowiedzi na wypadek, gdyby zaczęli go wypytywać, i zastanawiając się, którędy uciekać. Ale oni minęli go rozmawiając o wyścigach konnych.

– Niech pana Bóg błogosławi – powiedziała zakonnica. Wolff podziękował jej i ruszył dalej. Było gorzej, niż sobie wyobrażał. Policja sprawdza każdy punkt noclegowy. Stopy go paliły, a ręce bolały od dźwigania bagażu. Był zaniepokojony i trochę zirytowany, bo zazwyczaj nic w tym mieście się nie działo, teraz jednak widać zmobilizowano wszystkie siły. Ruszył z powrotem do śródmieścia. Zaczynał się czuć podobnie jak na pustyni, jakby miał iść bez końca i donikąd nie dotrzeć.

Nagle w oddali zobaczył wysoką znajomą postać: Hussein Fahmy, kolega szkolny, stary przyjaciel. Stanął jak wryty. Hussein oczywiście by go przechował i można by mu nawet zaufać, ale ma żonę i trójkę dzieci, a jak im wyjaśnić, że jeżeli wujek Achmed zamieszka u nich, będzie to tajemnica i nikomu o tym ani słowa… No i jak wyjaśnić to samemu Husseinowi? Kiedy tamten popatrzył w jego stronę, Wolff odwrócił się i przeszedł na drugą stronę ulicy, uskakując w ostatniej chwili przed tramwajem, a potem ruszył szybko naprzód, nie oglądając się za siebie. Nie, nie może szukać schronienia u starych szkolnych kolegów.

Wyszedł na drugą ulicę i uświadomił sobie, że znalazł się blisko szkoły niemieckiej. Ciekaw był, czy nadal jest czynna, bo wiele osób narodowości niemieckiej mieszkających w Kairze internowano. Kiedy jednak podszedł bliżej, zobaczył posterunek żandarmerii polowej, więc odwrócił się na pięcie i ruszył tam, skąd przyszedł.

Nie może się tak włóczyć po ulicach.

Poczuł się jak szczur w labiryncie – w którąkolwiek stronę się kierował, wszędzie napotykał przeszkody. Zobaczył taksówkę, wielkiego starego forda buchającego parą spod maski. Machnął na nią i wskoczył do środka. Podał kierowcy adres i wóz szarpnął na trzecim biegu, najwidoczniej jedynym, jakim dysponował. Gdy po drodze dwukrotnie zatrzymywali się, żeby dolać wody do chłodnicy, Wolff kulił się na tylnym siedzeniu, starając się ukryć twarz.

Taksówka zwiozła go do Kairu Koptyjskiego, dawnego getta chrześcijańskiego.

Zapłacił kierowcy i zszedł po schodkach. Dał parę piastrów staruszce u wejścia.

Była to wyspa cienia i ciszy na burzliwych wodach Kairu. Szedł wąskimi pasażami, chwytając uchem słaby odgłos modlitw i śpiewów dobiegający z wnętrz starożytnych świątyń. Minął szkołę, synagogę i piwnicę, w której podobno zatrzymała się Maria z dzieciątkiem Jezus, i wreszcie wszedł do najmniejszego z pięciu kościołów.

Właśnie miało się zacząć nabożeństwo. Wolff postawił swoje cenne walizki obok ławki, pokłonił się świętym obrazom, podszedł do ołtarza, ukląkł i ucałował dłoń księdza, a potem wrócił do ławki i usiadł.

Chór zaczął śpiewać urywki Pisma po arabsku. Wolff usadowił się wygodniej. Przeczeka tu bezpiecznie do zmroku. Później podejmie ostatnią próbę.

„Cza-cza” był dużym nocnym klubem na otwartym powietrzu w ogrodzie nad rzeką. Panował tu zawsze tłok. Wolff musiał poczekać w kolejce oficerów angielskich z dziewczynami, aż służba wciśnie dodatkowe stoliki w każde wolne miejsce. Konferansjer z estrady zabawiał publiczność dowcipami w rodzaju: „Poczekajcie, aż Rommel dotrze do Shephearda, tu się będzie musiał na chwilę zatrzymać”.

Po kilkunastu minutach Wolff dostał wreszcie stolik i butelkę szampana. Wieczór był upalny, a reflektory rampy jeszcze pogarszały sprawę. Publiczność hałasowała – wszyscy mieli pragnienie, a że do picia był tylko szampan, wszyscy szybko się upili i zaczęli głośno domagać się gwiazdy wieczoru, Soni el-Aram.

Najpierw jednak musieli wysłuchać I’ll see you in my dreams oraz I ain’t got nobody w wykonaniu Greczynki z nadwagą, której występ wszystkich pobudził do śmiechu. Potem zapowiedziano Sonię. Nie pojawiała się jednak przez dłuższą chwilę, więc widownia zaczęła się niecierpliwić. W końcu rozległy się bębny i publiczność umilkła.

W świetle punktowego reflektora pojawiła się Sonia. Stanęła nieruchomo pośrodku sceny z rękami wyciągniętymi w górę. Miała na sobie przezroczyste szarawary i stanik naszywany cekinami, a całe jej ciało było upudrowane na biało. Zagrała muzyka, bębny i flet, i Sonia zaczęła swój występ.

Wolff sączył szampana i patrzył na nią z uśmiechem. Wciąż była najlepsza.

Jej biodra zakołysały się, przestąpiła z nogi na nogę, ramiona zaczęły wibrować i drgać, a potem jej brzuch zaczął poruszać się hipnotycznie. Rytm przyspieszył. Sonia zamknęła oczy. Każda część jej ciała poruszała się jakby niezależnie od pozostałych. Wolffowi wydawało się, jak pewnie zresztą każdemu mężczyźnie na widowni, że jest z nią sam na sam, że ona robi to tylko dla niego, że to nie żadne przedstawienie, żaden publiczny spektakl, że zmusza ją do tego jej własne kipiące erotyką bujne ciało. Publiczność zamarła w milczeniu, pot spływał po napiętych twarzach, a Sonia poruszała się coraz szybciej i szybciej, jak w transie. Muzyka osiągnęła punkt kulminacyjny i zamilkła i w tej ciszy Sonia wydała z siebie krótki, ostry krzyk, opadła do tyłu, rozsunęła kolana i głową dotknęła desek estrady. Przez chwilę pozostawała w tej pozycji, a potem zgasły światła. Widzowie zerwali się na nogi z burzliwymi oklaskami.

Gdy światła znowu się zapaliły, scena była pusta.

Sonia nigdy nie bisowała.

Wolff wstał. Dał kelnerowi funta – dla przeciętnego Egipcjanina była to równowartość trzymiesięcznych zarobków – żeby zaprowadził go za kulisy. Kelner pokazał mu drzwi garderoby Soni i odszedł.

Wolff zapukał.

– Kto tam?

Kiedy wszedł, siedziała na stołku, w jedwabnej narzutce, zmywając charakteryzację. Zobaczyła go w lustrze i obróciła się błyskawicznie.

– Witaj, Soniu.

Wbiła w niego spojrzenie.

– Ty draniu – powiedziała po chwili.

Nie zmieniła się wcale.

Była piękną kobietą. Miała połyskujące czarne włosy, wielkie brązowe oczy i gęste rzęsy, wydatne kości policzkowe, wdzięczny i arogancki nos z lekkim garbkiem i usta pełne równych, białych zębów. Jej ciało było krągłe, ale ponieważ była wysoka, nie można było nazwać jej pulchną.

Oczy Soni rzucały gniewne iskry.

– Co tutaj robisz? Gdzie byłeś? Co się stało z twoją twarzą?

Wolff postawił swoje walizki, usiadł na otomanie i popatrzył na nią. Stała wsparta dłońmi pod boki, z dumnie podniesionym czołem, jej piersi falowały pod zielonym jedwabiem.

– Jesteś piękna.

– Wynoś się stąd.

Przyjrzał się jej uważnie. Zbyt dobrze znał Sonię, żeby ją lubić czy nie lubić – stanowiła część jego przeszłości, jak stary przyjaciel, który pozostanie przyjacielem niezależnie od wszystkich wad i popełnianych błędów. Zastanawiał się, co się z nią działo przez te wszystkie lata, gdy go nie było w Kairze. Czy wyszła za mąż, urodziła dziecko? Wiele o niej myślał tego popołudnia w chłodnym, ciemnym kościele i zastanawiał się, jak się do niej zbliżyć. Nie doszedł jednak do żadnych wniosków, bo nie był pewien, jaki jest jej stosunek do niego. I nadal nie był tego pewien. Wydawała się zła i pełna urazy, ale czy tak naprawdę do końca? Nie wiedział, jak ma się wobec niej zachować: czy być czarujący i zabawny, czy rozdrażniony i napastliwy, czy bezradny i potrzebujący pomocy?

– Potrzebuję pomocy – powiedział.

Jej twarz nie zmieniła wyrazu.

– Ścigają mnie Anglicy – wyjaśnił. – Mój dom jest pod obserwacją, we wszystkich hotelach mają mój rysopis. Nie mam dokąd pójść. Chcę się zatrzymać u ciebie.

– Idź do diabła.

– Pozwól mi wytłumaczyć, dlaczego odszedłem.

– Po dwóch latach żadna wymówka na nic się nie zda.

– Daj mi minutę, to ci wszystko wyjaśnię. Przez wzgląd na to, co nas kiedyś łączyło.