Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kłamstwa - T. M. Logan

Joe Lynch jest zwykłym facetem, szczęśliwym mężem i ojcem. Aż do czasu, gdy jedna decyzja w ułamku sekundy rujnuje mu życie.

Pewnego dnia zauważa, że jego żona w godzinach pracy jedzie na hotelowy parking. Zaintrygowany rusza za nią i staje się świadkiem jej kłótni ze wspólnym znajomym, Benem. Postanawia interweniować, wdaje się w szarpaninę. Zadaje z pozoru nieszkodliwy cios, a Ben upada na ziemię i przestaje się ruszać…

Uwaga, to naprawdę jest thriller!

Najpierw nie będziecie mogli przestać go czytać, a potem zwątpicie w siebie i nie będziecie pewni, czy możecie ufać tym, których kochacie!

Opinie o ebooku Kłamstwa - T. M. Logan

Fragment ebooka Kłamstwa - T. M. Logan

TYTUŁ ORYGINAŁU: Lies

Copyright © TM Logan, 2017 All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-8074-151-5

PROJEKT OKŁADKI: © www.blacksheep-uk.com FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: © Shutterstock REDAKCJA: Iwona Gawryś KOREKTA: Magdalena Fortuniak REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Niebo nie zna wściekłości takiej, jak miłość w nienawiść zmieniona. William Congreve, The Mourning Bride

Kłamca musi mieć dobrą pamięć.

Często zastanawiam się, co by było, gdybym nie zobaczył wtedy jej samochodu.

Gdybym miał zielone światło, a nie czerwone.

Gdyby mój syn spał albo się zamyślił, albo patrzył w inną stronę.

Gdyby jazda zatłoczonymi londyńskimi ulicami zajęła mi o pięć sekund mniej albo o pięć sekund więcej.

Gdyby, gdyby, gdyby.

Ale zobaczyłem jej samochód.

A wszystko inne wypłynęło z tej jednej chwili, pociągnięte przez grawitację, z narastającym pędem, aż stało się nieodparte, niepowstrzymane. Nieuniknione.

Czy gdybym po prostu pojechał do domu, wszystko ułożyłoby się inaczej?

Może.

A może nie.

Może tak chciało przeznaczenie.

1

Pierwszymi słowami, jakie wypowiedział mój syn, nie były „tata” ani „mama”. Jego pierwsze słowo brzmiało „audi”. To trochę dziwne, skoro nigdy nie miałem samochodu marki Audi, a z moją pensją raczej nie było szans, żebym kiedykolwiek mógł go mieć. William jednak bawił się autkami, kiedy jeszcze nie umiał chodzić, a znaki firmowe rozpoznawał, zanim nauczył się czytać nazwy. W wieku nieco ponad czterech lat był już kimś w rodzaju eksperta i zajmował się odgadywaniem marek samochodowych, których emblematy zdołał dostrzec ze swego zamontowanego z tyłu fotelika, podczas gdy przebijaliśmy się przez korki w północnym Londynie.

– Audi.

– Renault.

– Beemka.

Już prawie byliśmy w domu. Światła przed nami zaczęły się zmieniać i musiałem stanąć jako trzeci w kolejce, kiedy zapaliło się czerwone. W lusterku widziałem, że William ściska w obu dłoniach swój pierwszy dyplom superucznia, jakby bał się, że porwie go wiatr. Z głośników niósł się dźwięk piosenek odtwarzanych cicho z płyty CD. I am the music man, I come from down your way…

William nadal wymieniał marki samochodów.

– Ford.

– Znowu ford.

– Samochód mamy.

Uśmiechnąłem się. Moja żona, mama Williama, jeździła golfem. Jeżeli jakiegoś zobaczył, tak go nazywał – nie „volkswagen”, ale „samochód mamy”.

– To samochód mamy. Patrz, tato.

Telefon w uchwycie zaczął wibrować: powiadomienie z Facebooka.

– O co chodzi, Wills?

– Tam, zobacz.

Na przeciwległej jezdni, po drugiej stronie skrzyżowania rząd aut przesuwał się w stronę zjazdu przy zewnętrznym pasie. Godzina szczytu – wszyscy wracali do domu. Zniżające się słońce świeciło mi w oczy, ale dostrzegłem volkswagena golfa. Faktycznie wyglądał jak jej samochód. Bladoniebieski, pięciodrzwiowy, z taką samą zasłonką z wizerunkiem SpongeBoba Kanciastoportego, przyssaną do tylnej bocznej szyby.

– Sokole oko, brachu. Rzeczywiście wygląda jak wóz mamy.

Opuściłem szybę i poczułem na twarzy podmuch chłodnego miejskiego powietrza. Golf ruszył szybciej w zjazd, tworząc za sobą lukę w strumieniu samochodów. Na tablicy dostrzegłem liczbę 59. Tę samą miał samochód mojej żony. Zmrużyłem oczy, by odczytać litery.

KK59 DWD.

To ten sam numer. Ten pojazd nie przypominał jej wozu, to był jej wóz. Poczułem znajome wibracje, ognik wciąż płonący mi w piersi, ilekroć ona pojawiała się w pobliżu. Volkswagen włączył lewy migacz, opuścił zjazd i wjechał na parking przy hotelu Premier Inn. Skierował się w stronę ciemnego wjazdu do garażu podziemnego i zniknął z pola widzenia.

Pewnie rozmawia z klientem. Sprawy zawodowe. Lepiej jej nie przeszkadzać. Ostatnio długo zostawała w pracy.

– Możemy się spotkać z mamą? – spytał William pełnym nadziei głosem. – Możemy, możemy, możemy?

– Na pewno jest zajęta, Wills. Ma pracę.

– Mogę jej pokazać mój superdyplom.

Usłyszałem trąbienie auta stojącego z tyłu. Światło zdążyło zmienić się na zielone.

– No…

– Proszę, tatusiu! – Podskakiwał w swoim foteliku. – Zrobilibyśmy jej niespodziankę.

Znów się uśmiechnąłem. Przecież był już prawie piątek.

– Pewnie tak.

Wrzuciłem bieg. Pod wpływem chwili podjąłem decyzję, która miała zmienić moje życie.

– Jedziemy zrobić mamie niespodziankę.

2

Nie mogłem skręcić w prawo ze swojego pasa, więc musiałem przeciąć dwa następne. Zanim ktoś mnie wpuścił – co nie mogło się obejść bez nawrotu wściekłego trąbienia – znów zapaliło się czerwone.

– Dokąd pędzi mamusia? – spytał William.

– Nie martw się, dogonimy ją.

Moja komórka w uchwycie zamrugała na niebiesko komunikatem z Facebooka. Dotknąłem ekranu, wyświetlając zdjęcie Williama na szkolnym boisku, odbierającego od nauczycielki klas młodszych swą pierwszą nagrodę dla superucznia. Post zebrał cztery lajki i nowy komentarz Lisy, matki chrzestnej Williama: Jeeejku, ale śliczny! :-) Jaki grzeczny chłopiec! Ucałuj go ode mnie xx.

Kliknąłem ikonkę polubienia pod jej wpisem.

Znów włączyły się zielone światła, a ja skręciłem, żeby ruszyć w ślad za samochodem mojej żony – najpierw zjazdem, a potem w lewo na plac przed Premier Inn i dalej w dół, do parkingu podziemnego z niskim sufitem i ciemnymi miejscami, gdzie nie sięgało światło jarzeniówek. Powoli mijałem rzędy zaparkowanych aut.

Jest! Jej volkswagen golf stał przy windzie. Mel nie było nigdzie widać. Na betonowym filarze widniał napis: Parking wyłącznie dla gości Premier Inn. Przy jej wozie wszystko było zastawione, więc jechałem dalej, zataczając koło, aż wreszcie znalazłem miejsce w następnym rzędzie i wjechałem tyłem naprzeciw przerośniętej terenówki, zdecydowanie zbyt dużej jak na zajmowane miejsce.

– Możemy już wyjść i poszukać mamy? – spytał William. Wciąż ściskał w obu rękach dyplom szkolnej supergwiazdy, jakby zamierzał wręczyć go królowej.

– Dobra, chodźmy poszukać jej na górze. Jest winda.

Oczy mu zabłysły.

– Mogę nacisnąć guzik?

Hotelowy hall miał anonimowy wystrój, podłoga była ciemna i lśniąca. W recepcji przyjmował samotny chłopak w kamizelce. Stanęliśmy, rozglądając się za Mel, a ciepła rączka Williama mocno chwyciła moją dłoń. Z hotelu wymeldowywał się wymięty, znużony facet z pokrowcem na garnitur i teczką, za nim stały jakaś kobieta i nastolatka. Nieco dalej siedziało dwoje starszych Japończyków ślęczących nad mapą. Ale nie było ani śladu mojej żony.

– Dokąd poszła mamusia? – spytał William scenicznym szeptem.

– Chodźmy jej poszukać.

Hall z recepcją miał kształt litery L. Kierując się znakami wskazującymi, że za rogiem jest restauracja, oddaliliśmy się od głównego wejścia. Lokal był prawie pusty. We wnęce po lewej znajdowały się windy i podwyższenie zajmowane przez wielkie czarne fotele oraz ustawione między nimi niskie stoliki.

Zobaczyłem ją. Siedziała tyłem do nas, ale wszędzie rozpoznałbym wysmukły łuk jej szyi i włosy w kolorze miodu.

Hej! Niespodzianka!

Zaraz.

Była z kimś – z mężczyzną, mówiącym podekscytowanym tonem.

Coś mnie powstrzymało. Znałem gościa, z którym rozmawiała: to Ben Delaney, mąż jednej z najlepszych przyjaciółek Mel. Właściwie był nie tyle podekscytowany, ile wściekły – aż pociemniał na twarzy ze złości. Celując w moją żonę palcem, przerwał jej bliskim wybuchu warknięciem. Ona pochyliła się i położyła mu dłoń na ramieniu. Facet cofnął się, kręcąc głową.

Czegoś tu nie rozumiałem.

Instynktownie przesunąłem się przed Williama, żeby nie widział tej sceny. W pierwszej chwili chciałem podejść i sprawdzić, czy Mel nic nie jest, ale nie mogłem tego zrobić w towarzystwie syna. Gestykulowała teraz, a Ben wpatrywał się w nią i nadal kręcił głową.

William nie powinien tego oglądać.

– Chodźmy, Wills – powiedziałem. – Mamusia jest zajęta. Wracamy na dół.

– Wyszła stąd?

– Poczekajmy na nią w aucie, brachu. Będziemy blisko.

– I wtedy pokażę jej mój dyplom?

– Aha.

Zjechaliśmy windą z powrotem na parking i wsiedliśmy do samochodu. Numer telefonu Mel był na samej górze ulubionych połączeń w mojej komórce. Przeszedłem od razu do poczty głosowej.

– Witam, tu telefon komórkowy Mel, proszę zostawić wiadomość. Oddzwonię jak najszybciej. – Sygnał dźwiękowy.

Rozłączyłem się i zaraz znów zadzwoniłem. Ponownie wybrałem pocztę głosową. Tym razem zostawiłem wiadomość.

– Cześć, kochanie, to ja. Oddzwonisz? Chcę tylko wiedzieć, czy u ciebie… czy wszystko gra. Zadzwoń.

Siedziałem tam jeszcze przez pięć minut i zaczynałem się czuć trochę głupio. Miałem już być w domu, przygotować synowi kąpiel. Napić się winka. Powoli zabierać się do sprawdzania prac. Zamiast tego tkwiłem na podziemnym parkingu przy Północnej Obwodnicy, próbując dociec, co dzieje się na górze. Miałem ochotę pójść tam i sprawdzić, ale nie chciałem zostawiać Williama. Koszula lepiła mi się do skóry, po żebrach spływał strumyk potu.

To jaki mamy plan, mistrzu? A jeśli u Mel coś nie gra? O co chodzi temu Benowi? Ile czasu będę siedział i rozmyślał w tej dziurze, w której ledwie można złapać sygnał sieci komórkowej?

Nie miałem planu. Nie zamierzałem nic robić. Po prostu siedziałem i czekałem. Chciałem zrobić żonie niespodziankę.

Nie miałem planu. To stało się samo.

3

Uruchomiłem na iPadzie aplikację Angry Birds i dałem go Williamowi, a sobie włączyłem radio. W Piątce BBC leciał materiał o portalach randkowych – wywiady z kobietami opisującymi cechy kandydata na partnera. Najwyraźniej kobiety te miały dość wysokie oczekiwania. Idealny mężczyzna powinien mieć co najmniej sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, poczucie humoru, miły uśmiech i sześciopak. Musi być silny, ale nie może należeć do typu macho. Czuły, ale dobry w majsterkowaniu. Pewny siebie, lecz nie zarozumiały. Ma sporo zarabiać, ale mieć czas na prace domowe.

Jasny szlag! Męczące było już samo wysłuchiwanie tego wszystkiego.

W komórce Mel znów włączyła się od razu poczta głosowa. Opuściłem szybę i wystawiłem łokieć przez okno, bawiąc się bezwiednie czarną skórzaną bransoletką na prawym nadgarstku, przy wtórze trajkotania prezentera radiowego. Mel dała mi ją na naszą rocznicę ślubu: skórzana na trzylecie. Teraz zbliżała się ta okrągła – dziesiąta. Miałem już sporo pomysłów na jej uczczenie. To tak zwane cynowe gody, ale, jak ktoś powiedział, cynę można zastąpić kamieniami szlachetnymi. Podobała mi się ta koncepcja. Zawsze zamierzałem dać Mel brylant większy niż ten, na który było mnie stać, kiedy jako początkujący nauczyciel…

– Tatusiu?

– Słucham, brachu.

– Mogę dostać chomika?

– Hm, nie wiem, Williamie. Zobaczymy.

Zobaczymy. Gryps rodziców oznaczający: Nie wrócę już do tego, poczekam, aż zapomnisz.

– Jacob P. ma chomika.

– Tak?

– Nazywa się Pan Czekoladuś.

– Fajne imię.

Uśmiechnąłem się do niego, patrząc w lusterku wstecznym, jak gra na swoim iPadzie. Mój synek, obraz swojej matki. Wiedziałem, że będzie miał branie, kiedy dorośnie. Odziedziczył po mamie twarz, karnację, jej brązowe oczy.

Nagle zobaczyłem ją po drugiej stronie parkingu. Maszerowała szybkim krokiem do swojego auta: moja śliczna żona, z wysoko związanym blond kucykiem, w różowej bluzie Adidasa, którą wkładała, kiedy wychodziła na tenisa.

Szła ze spuszczoną głową, marszcząc brwi.

Wygląda, jakby miała się rozpłakać.

Nagle ucieszyłem się, że zmieniliśmy plany.

– William, pójdę tylko na chwilkę z kimś pogadać, w porządku? Zostań i bądź grzeczny. Zaraz wracam.

Spojrzał na mnie tymi wielkimi brązowymi oczami.

– Z mamusią?

– Zostań na minutkę i nie wysiadaj, dobra? A zaraz potem spotkamy się z mamusią.

– A jeżeli przyjdą źli ludzie?

– Nie przyjdą, stary. Będziesz mnie widział, a ja będę widział ciebie. – Uniosłem palec. – Jedną chwilkę.

Powoli skinął głową, ale nie wyglądał na przekonanego.

Wciąż trzymając komórkę w ręce, wysiadłem i zamknąłem pilotem samochód. Podziemne powietrze było zastałe i skisłe.

Volkswagen Mel szybko wycofywał się z miejsca parkingowego. Dzieliły mnie od niej dwa rzędy zaparkowanych aut.

Pomachałem.

– Mel!

Golf ostro skręcił, a moja żona jedną ręką zaciągnęła pas bezpieczeństwa, jednocześnie przyspieszając, by jak najszybciej opuścić parking. Nie zauważyła mnie. Przepychałem się pomiędzy stojącymi autami, zawadziłem nogą o niską betonową barierkę rozdzielającą rzędy miejsc parkingowych, odzyskałem równowagę i znów krzyknąłem:

– Mel! – Mój głos odbił się od niskiego betonowego sufitu.

Samochód, w którym siedziała moja żona, znikł za wzniesieniem wyjazdu i przepadł w strumieniach sunących przez Londyn pojazdów.

4

Z drugiej strony parkingu dobiegł łagodny dźwięk dzwonka windy. W rozsuniętych drzwiach ukazał się Ben z teczką w dłoni i papierosem w ustach. Zapalił go, podniósł głowę, by wypuścić dym, i chyba dostrzegł mnie kątem oka. Wyjął telefon z kieszeni dżinsów.

Na pewno mnie zobaczył.

Szedł dalej, jakby wcale nie był świadom mojej obecności.

– Ben! – zawołałem, machając ręką.

Zwolnił, przyglądał mi się przez chwilę i bez przekonania uniósł rękę, podczas gdy do niego podchodziłem. Zatrzymał się przy swoim wozie, perłowobiałym porsche cayenne z literami DBSC1AK na tablicach rejestracyjnych. Był ubrany w tym niby-swobodnym stylu, na który trzeba wydać mnóstwo pieniędzy – dżinsy od znanego projektanta i marynarka szyta na miarę. Spojrzał na mnie, jakbym był ostatnią osobą, którą chciałby spotkać, i znów pociągnął papierosa.

Nastąpiła chwila ciszy. Obłok tytoniowego dymu unosił się leniwie pomiędzy nami.

– Joe – powiedział w końcu, odstawiając teczkę. – Co ty…? Co słychać, byku?

– Wszystko w porządku. Jest świetnie. A u ciebie?

– Taa, nieźle. Interesy idą jak po maśle. A ty wciąż robisz rewolucję w nauczaniu?

Nigdy nie byłem dobry w Konwersacjach Sztywniaków. A Ben nigdy nie traktował mnie jak równego sobie – raczej jak kolejnego przegranego, przycupniętego w sektorze publicznym mięczaka, który nie przetrwałby pięciu minut w zamieszkiwanym przez niego brutalnym świecie.

– Coś w tym rodzaju – odparłem z nieszczerym uśmiechem. – Miałeś spotkanie w hotelu?

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, lecz je zamknął. Odwrócił wzrok.

– Taa. – Ponownie się zaciągnął i wypuścił dym kącikiem ust. – Spotkanie.

– Praca?

– Z potencjalnym klientem. Mała rozgrzewka.

– A nie widziałeś Mel?

– Co?

– Mojej Mel. Właśnie tu była.

Niemal się wzdrygnął na dźwięk jej imienia, ale zapanował nad sobą i tylko pokręcił głową, kierując swoje ciemne oczy w stronę samochodu.

– Nie, stary, nie widziałem jej.

Jak na kogoś, kto zazwyczaj odgrywa samca alfa, zachowywał się dziwnie – unikał kontaktu wzrokowego, odpowiadał wymijająco, a może wręcz szukał wykrętów. Podczas jedynej partii pokera, jaką u niego rozegrałem, zabawiał uczestników opowieścią o swoim dawnym pracowniku, który odszedł, żeby założyć własną, konkurencyjną firmę. Ben uznał to za zdradę – a zatem wyznaczył sobie misję zrujnowania reputacji tego faceta w branży, ostrzegając przed nim klientów. W końcu nowa firma byłego pracownika zbankrutowała, przez co stracił on dom. Opowiadając to, Ben nie krył dumy ze zniszczenia rywala, w myśl hasła „nie wkurzaj lwa, bo lew to ja”. Taki właśnie był – typ, z którym lepiej nie zadzierać.

– Jesteś pewien? – spytałem. – Bo wydawało mi się, że rozmawiałeś z nią na górze. Wyglądało to poważnie.

– Nie. – Pstryknął niedopałek papierosa. – Słuchaj, Joe, naprawdę muszę lecieć.

Poczułem, że krawat zaczyna mnie dusić. Ben chciał mnie ominąć, ale instynktownie położyłem mu dłoń na ramieniu.

– Nie chcę robić z tego wielkiej sprawy, Ben, ale martwię się o…

Zrobił półobrót, złapał mnie obiema rękami za koszulę i rzucił na bok swojego SUV-a. Miał zadziwiająco dużo siły jak na swój wzrost, a ja byłem zupełnie zaskoczony tym napadem złości.

– Odpuść sobie! – krzyknął, nie próbując zapanować nad typową dla północnego dialektu modulacją głosu. Poczułem na twarzy jego papierosowy oddech. – Po prostu to sobie odpuść, ty przerośnięty, tępy ćwoku! Nie masz o niczym pojęcia! Jesteś klasycznym żałosnym nieudacznikiem i nawet nie potrafisz być nikim innym!

Szalał z wściekłości, ale ja jestem duży. Mam sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, o piętnaście więcej niż on. Byłem też o dobre dwadzieścia kilo cięższy.

– Co mam sobie odpuścić? – spytałem. – O czym ty gadasz?

– Jesteś, kurde, takim baranem, że nawet nic nie zauważyłeś, co nie?

– Czego nie zauważyłem?

Z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Najbardziej ślepi są ci, którzy nie chcą widzieć, prawda, Joe?

Szarpnął mnie, żeby znów rzucić na to wielkie porsche. Poczułem ból u podstawy czaszki. Moje dłonie zacisnęły się w pięści, ale jakiś na pozór dawno zapomniany podwórkowy kodeks moralny zabraniał mi uderzenia mniejszego, niższego, chudszego typa. To nie byłaby uczciwa walka. Chwyciłem więc go za ręce, oderwałem od mojej koszuli i nieco go odepchnąłem, żebyśmy nie stali tak blisko siebie.

Zatoczył się do tyłu, potknął o swoją teczkę i upadł.

W wąskiej przestrzeni między zaparkowanymi autami nie mógł wyciągnąć ramion, by zamortyzować upadek. Walnął ciężko o beton.

Stałem nad nim przez chwilę.

Leżał na plecach, z zamkniętymi oczami, miał rozchylone usta. Jego nogi były skrzyżowane.

– Ben?

Nie poruszył się. Wstawaj, muszę wiedzieć, o co ci chodziło. I dlaczego jesteś taki wściekły.

– Ben?

Dotknąłem czubkiem buta jego podeszwy. Może udawał?

– Ben, nic ci nie jest? – Najgłupsze pytanie na świecie. Zazwyczaj zadawane wtedy, gdy znamy odpowiedź.

Nie reagował.

A chociaż oddychał? Kucnąłem, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

Porusz się tylko, Ben. Zrób coś. Cokolwiek.

– Ben, słyszysz mnie? Wstawaj, stary.

Żołądek przeszyło mi pierwsze ukłucie paniki. Z ucha Bena wypływał strumyk krwi.

O Boże, tylko nie to.

– Co się stało tatusiowi Alice? – spłoszył mnie głosik dobiegający zza moich pleców. Obróciłem się i zobaczyłem Williama. Biała koszula wyszła mu ze spodni i wystawała spod swetra. Przyglądał się badawczo nieruchomemu ciału.

Wstałem, próbując zasłonić je przed Williamem.

– No… upadł, brachu.

– Nic mu nie będzie?

– Nic mu nie jest. Musi tylko odzyskać oddech.

Krew wyciekająca z ucha Bena skapywała na szary cement podłogi, tworząc niewielką kałużę.

Jezu. Coś ty narobił?

– Tatusiu, krew.

Williamowi głos się załamał – aż za dobrze znałem ten rodzaj ściśnięcia gardła. Mój syn próbował coś jeszcze powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w krtani, z której wydobywało się tylko astmatyczne rzężenie.

– Wszystko z nim okej, Wills – zapewniłem. – Dobrze się czujesz?

Jego pierś znów się podniosła.

– Nie mogę oddy…

Kucnąłem przed nim, zasłaniając mu widok. Jego twarz robiła się szara. Pierwszy atak astmy, który dopadł go zupełnie niespodziewanie, gdy William miał roczek, był najbardziej przerażającym doświadczeniem w moim życiu. Paniczne wydzwanianie na 999, pędzący ratownicy i niepohamowany, bezradny lęk. Wspomnienie tamtego strachu wracało przy każdym kolejnym napadzie.

Tak jak teraz.

William wziął płytki, postrzępiony wdech, który brzmiał jak świst wiatru w suchych trzcinach. Jego oczy były szeroko otwarte z przerażenia.

Chroń syna. Weź inhalator.

– Wills, gdzie jest twój ciumciak? – spytałem ostro.

Pokręcił głową, z trudem łapiąc powietrze, które znów utknęło w jego niemal zupełnie zaciśniętej krtani. Chwyciłem go w ramiona i pognałem do samochodu. Wsunąłem rękę do schowka pasażera, żeby wyciągnąć rezerwowy inhalator, który zawsze tam trzymałem.

Nie było go. Cholera jasna!

Odwróciłem szkolny plecak Williama do góry nogami i wysypałem zawartość na fotel. Książki, kredki, piórnik, kasztany, papierki po cukierkach, breloczek, trzy autka i nierozpakowany lizak przyklejony do pogniecionego listu.

Inhalatora nie było.

Kolejny napad paniki.

Trzeba przywrócić mu oddech. Na górę, do recepcji hotelu? Nie – strata czasu. Najlepiej szybko do domu.

Ale co z Benem?

Wszystkie szczegóły naraz znalazły się w centrum mojej uwagi. Ciemne skórzane podeszwy butów Bena. Czarny range rover w górnej części wjazdu. W oddali, ponad powierzchnią ziemi – dźwięk syreny. Mój syn z trudem wciągał powietrze, płycej niż poprzednim razem. Lekko chwiał się na nogach, jego ruchy były coraz wolniejsze.

Wybieraj. Już!

Ben wciąż leżał nieruchomo na wznak.

Chroń syna.

Należało zostać z Benem, pójść na górę, żeby zawiadomić obsługę hotelu, wezwać karetkę. Może powinienem był sam zawieźć go do szpitala. Coś na pewno trzeba było zrobić. Ale ja słyszałem tylko, że moje dziecko zaczyna się dusić. Więc nie wykonałem żadnej z tych czynności. Nie zrobiłem nic.

Po prostu wpadłem w panikę.

Zapiąłem pas Williama i wskoczyłem na siedzenie kierowcy.

5

Przejechałem dwa razy na czerwonym świetle, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie, czy po drodze do domu jest jakaś apteka, supermarket albo przychodnia. Na siedzeniu pasażera obok mnie William chrapliwie łapał powietrze. Wytrzymaj, synku. Wytrzymaj. Zaraz dojedziemy. Pomożemy ci. Trzymaj się. Zobaczyłem aptekę, ale była zamknięta. Pomknęliśmy dalej i przejechaliśmy kolejne skrzyżowanie na żółtym świetle zmieniającym się na czerwone, nie zważając na klaksony wokół nas.

– Wszystko będzie dobrze, Wills. Za minutkę będziemy w domu i dostaniesz ciumciaka, w porządku?

Skinął niepewnie głową, ale nie odpowiedział. Miał teraz śmiertelnie bladą twarz, opadały mu powieki.

Trafiliśmy na wolny fragment Północnej Obwodnicy, więc dodałem gazu. Wyprzedziłem zewnętrznym pasem jakąś furgonetkę, a potem wjechałem na wewnętrzny, żeby ominąć SUV-a.

Ben.

Powinienem zadzwonić do hotelu. Wezwać dla niego pomoc.

Tyle że nigdzie nie widziałem mojej komórki. Nie miałem jej tam gdzie zwykle – w kieszeni marynarki czy dżinsów. Uchwyt na telefon był pusty, schowek pasażera też.

Wciąż prowadząc, sięgnąłem pod fotel. Tu też nic nie znalazłem. Ta sprawa musiała zaczekać do chwili, gdy będę mógł skorzystać z telefonu stacjonarnego w domu.

Zdawało mi się, że to najdłuższa jazda samochodem w moim życiu.

W końcu dotarłem na nasz podjazd, zahamowałem z piskiem opon, chwyciłem Williama, pognałem do domu, do kuchennej szuflady z zapasowym inhalatorem – żeby tylko tam był, żeby tylko tam był – i posadziłem chłopca na krześle, podczas gdy nabierał ventolinu w płuca. Potem odetchnął głęboko i wziął kolejny haust aerozolu. Uklęknąłem przed nim, podtrzymując go i nasłuchując, jak jego oddech powoli pogłębia się, wydłuża, powraca do normy.

– W porządku, Will. Nic ci nie jest. Czujesz się lepiej?

Poważnie pokiwał głową.

– Trochę lepiej.

W miarę jak jego policzki traciły chorobliwą bladość, znikało też moje przerażenie. Jego miejsce zajmowało uczucie ulgi.

– Posiedź sobie przez chwilkę, brachu. Spokojnie.

Nasz rzadko używany aparat stacjonarny stał na kuchennym blacie. Gdy informacja telefoniczna połączyła mnie z hotelem, sześciokrotnie rozbrzmiał sygnał mówiący, że nikt nie odbiera, a potem zostałem przekierowany na automatyczną listę opcji.

Ostatnią z nich była rozmowa z człowiekiem.

– Proszę posłuchać – zacząłem. – Na waszym parkingu podziemnym leży mężczyzna, który może być ranny. Musi pan posłać tam kogoś, żeby mu pomógł.

– Przepraszam pana, tu hotel Premier Inn na Redfield Way – odpowiedział mi głos młodzieńca, niemającego więcej niż dwadzieścia, może dwadzieścia kilka lat. – Czy na pewno wybrał pan właściwy numer?

– Tak! W podziemnym parkingu jest człowiek, który upadł i uderzył się w głowę. Nazywa się Ben Delaney. Możecie sprawdzić, czy nic mu się nie stało?

– Czy to gość naszego hotelu?

– Nie, ale znajduje się na jego terenie. Może pan się upewnić, czy on nie potrzebuje pomocy?

– Niestety, nie wolno mi opuszczać recepcji, ale za chwilkę powinien wrócić mój przełożony. Jeżeli uważa pan, że tymczasem należy wezwać pogotowie do osoby potrzebującej pomocy, powinien pan się rozłączyć i natychmiast to zrobić.

– Nie mógłby pan po prostu zejść na dół i sprawdzić, czy nic mu nie jest? Zamknąć drzwi na dwie minuty i szybko obejrzeć parking?

Nastąpiła chwila ciszy.

– Czy to jakiś kawał?

– Mniejsza z tym – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę.

Wziąłem butelkę wody dla Williama, przytuliłem go i posłuchałem, jak oddycha. Jego drogi oddechowe wracały do normy. Wsadziłem inhalator do kieszeni marynarki i podniosłem mojego syna.

– Dokąd idziemy, tatusiu?

– Pojedziemy przed kąpielą na krótką wycieczkę.

– Znów będziemy szybko jechać?

– Dość szybko, ale nie tak jak ostatnio.

Gdy ruszyłem, moja wyobraźnia, wolna już od obaw o stan Williama, weszła na wysokie obroty, podsuwając mi nowe myśli. Powróciły wszystkie obrazy widziane w ciągu ostatniej godziny. Próbowałem wyciągnąć z tego wszystkiego jakieś wnioski.

Co widziałeś?

Co naprawdę widziałeś?

Widziałem, że on był wściekły, a ona zmartwiona. Czym ją tak zmartwił?

Widziałem go leżącego na betonie. Krew.

A co, jeśli on wciąż tam leży?

Przecież to niemożliwe.

Chyba jednak możliwe.

Więc co, jeśli tam leży?

A do tego najwyraźniejsze ze wszystkich wspomnień – to okropne łupnięcie jego głowy o beton.

Może pękła mu czaszka. Od tego się umiera? Jasne. Jeżeli zostawisz kogoś takiego bez pomocy, to tak.

Może gdy tam dojadę, na miejscu będzie policja. Może już ogradzają taśmą miejsce zbrodni, kładą na podłodze oznaczenia dowodów. Zainstalowali reflektory. Może szykują się do ustawienia tego białego namiotu, który widuje się w wiadomościach, kiedy policja chce osłonić zwłoki przed wzrokiem gapiów.

Zaschło mi w ustach. Poczułem, że tracę grunt pod nogami, jakby z mojego życia został wybity jakiś element, bez którego wszystko się rozsypało. Nic nie było już na swoim miejscu.

Zostawiłem go tam. A on krwawił.

Należało jednak wrócić do hotelu. To ja powinienem był zadbać o tę sprawę – i tyle. Typowy czwartkowy wieczór nagle stał się nierealny, poplątany i zupełnie przerażający, ale wciąż jeszcze miałem czas, aby wszystko naprawić. Po prostu musiałem zrobić co należy.

Nic mu się nie stało. Nabił sobie tylko guza. Mel będzie wiedziała, jak się tym zająć, wspólnie to rozgryziemy.

Niczego tak nie pragnąłem jak rozmowy z żoną. Chciałem się upewnić, że przez to nieprzyjemne spotkanie z Benem nie doznała jakiejś krzywdy. Żeby tylko Mel nic nie było. Z całą resztą damy sobie radę. Razem. Nie miałem telefonu komórkowego od zaledwie niecałej godziny, ale wystarczyło to, żebym czuł się, jakby odcięto mnie od reszty świata.

Opuściłem szybę i wciągnąłem szare miejskie powietrze. Włączyłem radio, chcąc znaleźć coś, co pozwoliłoby mi na chwilę oderwać się od zmartwień. Pogłośniłem muzykę. Zanim dotarłem na Północną Obwodnicę, niemal zdołałem przekonać samego siebie, że Benowi nic nie jest. Pewnie już stamtąd odjechał i popija drogą whisky przy barze w salonie swojego ogromnego domu w Hampstead. Nikt nie umiera od walnięcia się w głowę podczas upadku. Po prostu nie. Inaczej w każdą sobotnią noc na każdej głównej ulicy i na każdym rynku każdego miasta w całej Wielkiej Brytanii dochodziłoby do mniej więcej trzydziestu morderstw. Zjechałem na placyk przed hotelem. Przez oszklony front budynku widziałem, że za biurkiem recepcji ten sam młodzian w kamizelce, który był tam wcześniej, rozmawia przez telefon.

Wjazd na parking podziemny otwierał się niczym rozdziawiona paszcza.

Szlaban się podniósł, minąłem go i powoli zjechałem w podziemia blado oświetlone przez fluorescencyjne lampy. Beton spowijały głębokie cienie. Zatrzymałem się i wysiadłem, znów zostawiając w samochodzie Williama – tym razem nie prosił, żebym zabrał go z sobą. Przeszedłem wzdłuż czterech rzędów aut. Dotarłem do miejsca, które przed dwiema godzinami zajmował SUV Bena.

Nie zagradzała go policyjna taśma. Nie było białego namiotu. Ani policji. Nic tam nie było.

Ben znikł – wraz ze swoim samochodem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

PODZIĘKOWANIA

Ta książka zawdzięcza pojawienie się na świecie wielu osobom. Moja agentka, Camilla Wray z agencji Darley Anderson, dała mi szansę oraz mnóstwo wspaniałych porad i wskazówek, a także udzieliła ogromnego wsparcia. Myślę, że nie pisałbym tych słów, gdyby nie ona. Jestem wdzięczny Celine Kelly za dokładną pracę redaktorską i detektywistyczną dbałość o każdy szczegół. Dziękuję też Naomi Perry z DA za przepchnięcie tego dzieła (i przesłanie mi najwspanialszego e-maila w moim życiu).

Umiejętności, przenikliwość i entuzjazm Joela Richardsona udoskonaliły tę historię na tak wiele sposobów, że nie sposób tu ich wszystkich wymienić. Wielkie dzięki dla Joela i całego zespołu Bonnier Zaffre i Twenty7.

Dziękuję inspektorowi Robowi Griffinowi z Policji Nottinghamshire za podzielenie się wiedzą dotyczącą poszukiwania zaginionych osób i innymi szczegółami pracy policji. Oczywiście wszelkie pomyłki czy braki w tej dziedzinie są wyłącznie moją winą. Dziękuję bardzo mojemu przyjacielowi, pisarzowi Paulowi Coffeyowi, za możliwość nawiązania kontaktu z inspektorem Griffinem.

Chciałbym podziękować mojemu bratu, Olemu za wiele długich dyskusji na temat fabuły w pubach hrabstwa Devon. Któryś z tych przychodzących późną nocą pomysłów być może trafił na te strony… choć trudno stwierdzić to na pewno, bo nazajutrz nigdy niczego nie pamiętałem (pewnie powinienem zacząć robić notatki). Dziękuję mamie, tacie i starszemu bratu, Ralphowi, za zachętę i zainteresowanie okazywane przez wiele lat – dziękuję. Jestem też winien wdzięczność Jenny, Bernardowi, Johnowi i Sue za opiekę nad dziećmi znacznie wykraczającą poza to, czego mógłbym oczekiwać, oraz wiele innych uprzejmości, bez których nie miałbym czasu pisać.

I wreszcie podziękowania dla drużyny domowej. Dla moich niesamowitych dzieci: Sophie, za pomoc w dziedzinie mediów społecznościowych, i Toma, któremu zawdzięczam pierwsze zdanie pierwszego rozdziału. A przede wszystkim dla mojej żony, Sally, która była przy narodzinach tej historii i pomogła mi ją ożywić. Dziękuję Wam wszystkim za wiarę we mnie. Ta książka jest dla Was.