Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 139 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kim ona jest? - Merline Lovelace

Potentat przemysłu naftowego Alex Dalton dowiaduje się, że on, lub jego brat bliźniak, jest ojcem dziecka podrzuconego do domu ich matki. Bracia zaczynają dociekać prawdy. Alex odnajduje Julie Bartlett, z którą przed rokiem spędził namiętną noc. Julie zaprzecza, że jest matką małej Molly, lecz odmawia zrobienia testów DNA. Alex nie daje jednak za wygraną…

Opinie o ebooku Kim ona jest? - Merline Lovelace

Fragment ebooka Kim ona jest? - Merline Lovelace

Merline Lovelace

Kim ona jest?

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Hm…

Julie Bartlett, zaniepokojona pełnym rezygnacji pomrukiem mechanika, uniosła głowę. Spocona, zmęczona i umazana olejem napędowym, nie miała nastroju na złe wiadomości o kolejnej usterce. Samolot, przy którym się uwijali, był od niej dwa razy starszy, i zanim trafił w ręce jej partnerów z Agro-Air, wysłużył się w dwóch, a może i trzech innych firmach zajmujących się opryskiwaniem pól uprawnych. Bez wymiany kilku kluczowych przerdzewiałych części PA-36 Pawnee i tak nie wzbije się w powietrze, pomyślała ponuro. Nawet jeśli sam szef i mechanik w jednej osobie, Chuck Whitestone, będzie zaklinał rzeczywistość swoimi pomrukami. Podobnie jak jej drugi wspólnik, Dusty Jones, Chuck przepracował w lotnictwie rolniczym kilkadziesiąt lat i nauczył się podchodzić do wszystkich trudności ze stoickim spokojem, graniczącym z lekceważeniem. Może dlatego, mimo że kryzys w rolnictwie miał się ku końcowi, ich firma założona na fali pokryzysowego optymizmu nadal nie przynosiła spodziewanych zysków. Żaden inny pilot, włączając w to samą Julie, nie mógł się równać z Dustym. Zobaczyła go, gdy miała dziewięć lat, jak opryskiwał pole jej rodziców, i natychmiast zapragnęła latać. Małomówny pilot pozwolił podekscytowanej dziewczynce wznieść się w powietrze, a już podczas drugiego lotu dał jej potrzymać stery. Dzięki niemu Julie zdobyła licencję pilota, zanim jeszcze nauczyła się jeździć samochodem. Kiedy rodzice Julie zginęli tragicznie w wypadku, praca pilota dała jej utrzymanie i umożliwiła zgromadzenie środków na czesne za studia na Uniwersytecie w Oklahomie. Niestety wkrótce po tym, jak świeżo upieczona absolwentka dostała pracę w lokalnych liniach lotniczych, kryzys paliwowy zmusił ją do zrewidowania planów na przyszłość. Zamiast powoli piąć się w górę z zamiarem zdobycia szlifów pilota samolotów pasażerskich latających na trasach międzynarodowych, ze względów ekonomicznych wyspecjalizowała się w ryzykownych lotach samolotami towarowymi w trudnodostępnych rejonach północnej, centralnej i południowej Ameryki. Przez cztery lata sypiała w wynajętych pokojach, górskich chatach i hotelikach, nie zagrzewając nigdzie miejsca na dłużej. Aż pewnego dnia, dwa miesiące temu, Dusty odnalazł ją w jakiejś trudno dostępnej górskiej bazie i zaproponował wspólny biznes. Zarówno on, jak i Chuck zbliżali się już do siedemdziesiątki i wkrótce zmuszeni będą przejść na emeryturę. Zanim jednak to się stanie, chcieliby wykorzystać koniunkturę na rynku rolniczym i wypracować sobie porządne świadczenia emerytalne. Jedyne, czego potrzebowali, to niewielki zastrzyk gotówki, twierdził Dusty, spoglądając na Julie z miną krezusa łaskawie dzielącego się swą wielką fortuną. Oczywiście słowo „niewielki” w ustach Dustego oznaczało wszystkie oszczędności Julie, która spędzając większość czasu nad polami uprawnymi, z pewnym opóźnieniem zorientowała się, że Dusty tyle samo czasu co w powietrzu, spędza w kasynach. Część jej gotówki zamiast pójść na zakup sprzętu, musiała pokryć najbardziej palące długi wspólnika. W duchu przeklinała słabość staruszka, ale ponieważ był dla niej jak rodzina, zaciskała zęby i próbowała połatać prawie półwieczny samolot, by po raz kolejny wzniósł się w powietrze.

– Hm…? – Powtórzyła jak echo i uniosła niechętnie głowę.

Mechanik splunął i kiwnął głową w kierunku wejścia do hangaru.

– Mamy gościa.

Julie zerknęła przez ramię w falujący upał unoszący się nad polną drogą prowadzącą do bramy. Chmura czerwonego pyłu charakterystycznego dla Oklahomy unosiła się nad pędzącym niczym rumak najnowszym modelem jaguara.

– Cholera!

Julie poczuła skurcz żołądka – tylko wierzyciele Dustego mogli pozwolić sobie na tak luksusowe auto. Chuck najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, bo pokiwał z rezygnacją głową i mruknął:

– Dusty znów wpakował się w tarapaty.

Julie zacisnęła zęby, przetarła twarz umorusaną olejem napędowym, poprawiła kombinezon i nasunęła czapkę z daszkiem niżej na czoło. Spocona i zła, nie zamierzała wdawać się w dyskusję z wierzycielami Dusty’ego. Potrząsnęła groźnie włosami zebranymi w płomiennorudy koński ogon i parsknęła gniewnie. Straciła nieco rezon, gdy ze srebrnego samochodu wysiadł kierowca. Nie wyglądał jak mafioso z kasyna… Julie zsunęła okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa i zmrużyła oczy. Z charakterystyczną dla pilotów szybkością oceny sytuacji ogarnęła go wzrokiem i zauważyła brązową gęstą czuprynę, szerokie umięśnione barki, a przede wszystkim elegancką białą koszulę i wyprasowane w kant czarne spodnie na szczupłych biodrach. Wysoki, diabelnie przystojny mężczyzna emanował klasą.

– O mój Bo… – rozpoznała go dopiero po chwili. Zrobiło jej się jeszcze bardziej gorąco. Obrazy jego nagiego ciała, dużych, męskich dłoni na jej piersiach, silnych ud ocierających się o jej nogi… Julie potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Pamiętała każdy jego dotyk, ale za nic w świecie nie mogła przypomnieć sobie… imienia! Andy? Aaron? Przecież tylko raz zdarzyło jej się pójść do łóżka z nieznajomym! Była na takie wyskoki zbyt ostrożna i porządna. Zazwyczaj. Gdyby nie wpadli na siebie w barze obok małego lotniska w Nuevo Laredo, kiedy czuła się wyjątkowo podle, gdyby nie zaproponował jej drinka… Cóż, czasu nie da się cofnąć. Pamiętała świetnie dziesięć dni potwornego stresu, gdy miesiąc później czekała na okres. Zabezpieczyli się, ale… Na szczęście, wszystko skończyło się dobrze, a opóźnienie miesiączki wynikało zapewne z przepracowania. Nigdy jednak nie zapomniała uczucia przerażenia, które ją wtedy sparaliżowało. Szybko zakryła z powrotem oczy okularami i odwróciła się tyłem z ledwie widocznym wzruszeniem ramionami.

– Zastałem Julie Bartlett? – Przybysz zwrócił się do Chucka, kompletnie ją ignorując. Mechanik zmierzył go wzrokiem od góry do dołu i splunął.

– Zależy, kto pyta.

– Alex Dalton.

Alex, oczywiście! Julie ucieszyła się, że chociaż co do pierwszej litery się nie pomyliła. Chuck zmierzył mężczyznę podejrzliwym spojrzeniem.

– Właściciel kasyna?

Dalton nie krył zdziwienia.

– Nie. Nasza firma produkuje wyposażenie odwiertów ropy naftowej – odpowiedział, po czym powtórzył: – Zastałem Julie Bartlett?

Chuck nie odpowiedział, ale rzucił jej wymowne spojrzenie. Julie wytarła z namysłem dłonie i wzięła głęboki oddech.

– Tak. To ja.

W jego oczach ujrzała niedowierzanie. Krew się w niej zagotowała. Mogła mu wybaczyć, że jej nie poznał, ale tego było już za wiele. Najwyraźniej nie wierzył, że kiedykolwiek zwrócił uwagę na takiego kocmołucha, pomyślała ze złością.

– O co chodzi? – zapytała lodowatym tonem, patrząc mu twardo w oczy.

– Chcę porozmawiać. Na osobności. – Spojrzał na Chucka, który wzruszył obojętnie ramionami i pochylił się nad silnikiem.

W pierwszej chwili miała zamiar posłać go do diabła, ale dobre wychowanie wzięło górę.

– Przejdźmy do biura.

Nawet Dusty nie nazywał tak pokoiku na tyłach blaszanego hangaru, w którym zamontował hałaśliwą klimatyzację i postawił wielki, wiecznie zawalony papierami stół. Dalton stanął w progu i rozejrzał się z ledwie skrywaną dezaprobatą. Sama zareagowała podobnie, kiedy dwa miesiące wcześniej pierwszy raz weszła do biura, które miała dzielić z Dustym, Chuckiem i ich wielką, łakomą i leniwą kotką Belindą. Teraz zwierzak okupował jedyne krzesło i łypał wrogo na Daltona. Julie rzuciła okiem na nieskazitelne ubranie gościa i zrezygnowała ze zganiania kota z siedzenia. Blinda w dowód wdzięczności przewróciła się na plecy i pokazała wszystkim obecnym swój tłusty brzuch. Dalton nawet nie mrugnął. Zachowywał się wyjątkowo powściągliwie, a przecież ostatnio, gdy się widzieli, nie mógł od niej oderwać rąk i ust. Julie zarumieniła się na samo wspomnienie.

– O co chodzi? – warknęła, próbując ukryć zmieszanie.

– Pamiętasz mnie? – odpowiedział pytaniem.

Jak mogłaby zapomnieć?! Oczywiście musiała zachować twarz, więc wydęła pogardliwe usta i odpowiedziała z przesadną nonszalancją:

– Trochę potrwało, zanim skojarzyłam. Nuevo Laredo, rok temu. Ale ty mnie chyba nie poznałeś, prawda? – Zdjęła okulary, czapkę i potrzasnęła grzywą rudych włosów.

– A teraz? – zapytała z kpiącym uśmieszkiem.

W błękitnych oczach przybysza błysnęły iskry. Przypomniał sobie ognistowłosą pilotkę o przenikliwym spojrzeniu dwukolorowych oczu: jedno jej oko było zielone, drugie – piwne. Pamiętała, że wtedy zauważył tę nietypową cechę i bardzo go zaintrygowała. Tak bardzo, że całował na przemian jej powieki, by po chwili zejść niżej – czuła jego wargi na swych ustach, szyi, a w końcu na boleśnie napiętych z pożądania sutkach. Na samą myśl o szorstkim, wilgotnym języku dotykającym jej skóry poczuła mrowienie w piersiach. Usta Daltona rozciągnęły się w leniwym uśmiechu.

– Teraz lepiej.

Seksowny uśmiech, przy którym wokół błękitnych oczu pojawiały się wesołe, promieniste zmarszczki, sprawił, że z przystojnego nieznajomego zamienił się w mężczyznę, któremu nie można się oprzeć. W każdym razie rok temu jej się nie udało; wystarczył jeden taki uśmiech, kolacja, kilka piw i już była jego. I wcale tego nie żałowała. Było tak wspaniale, że od tamtej pory żaden mężczyzna nie zdołał zrobić na niej wrażenia.

– Trudno cię znaleźć – zauważył.

Szukał jej? Proszę, proszę, pomyślała z zadowoleniem, chociaż nie chciało jej się wierzyć, że zadał sobie tyle trudu, bo nie potrafił o niej zapomnieć. Nawet jeśli zamierzał znów ją uwieść, tym razem na pewno nie pójdzie mu tak łatwo, postanowiła z mocą. Żeby tylko przestał się uśmiechać… Jak na zawołanie, Alex spoważniał.

– Zniknęłaś, zanim się obudziłem. – W jego głosie pobrzmiewała autentyczna uraza.

– O piątej rano miałam odprawę na lotnisku. – Nie skłamała, choć nie powiedziała mu wszystkiego. Z ciepłego łóżka wygoniły ją wyrzuty sumienia; przygody na jedną noc uważała za haniebne i nieodpowiedzialne, a fakt, że noc z przystojnym Alexem dała jej nieporównywalną z niczym rozkosz, czynił całą sytuację jeszcze bardziej nieznośną. Żeby zapomnieć o swoim lekkomyślnym wyskoku, rzuciła się w wir pracy w odległym regionie Chile. Kiedy weszła w spółkę ze starym przyjacielem rodziny, Agro-Air niepodzielnie zapanował nad jej czasem i myślami. Skłamałaby jednak, gdyby powiedziała, że zapomniała o Aleksie Daltonie. Nawet tony nawozów i toksycznych środków grzybobójczych nie mogły otumanić jej na tyle, by przestała o nim myśleć. Nawet teraz powinna poświęcić całą uwagę zepsutemu samolotowi, a nie Alexowi. Przecież samolot już za dwa tygodnie musiał znów wznieść się w powietrze, jeśli chciała odsunąć widmo bankructwa jeszcze o kilka miesięcy.

– Pochlebia mi, że zadałeś obie tyle trudu, by mnie odnaleźć, ale nie mam teraz czasu na… głupoty.

– Nie o to mi chodzi. – Machnął lekceważąco ręką, choć jego oczy rozbłysły na chwilę.

– Po co więc przyjechałeś? – Nadąsała się urażona. Miała nadzieję, że nie odnalazł jej po to, żeby zniszczyć Agro-Air lub ją wykupić. Mimo że Dalton International nie zajmowało się jeszcze rolnictwem, nie mogła wykluczyć, że postanowili skorzystać ze zbliżającej się koniunktury i rozszerzyć działalność. Przeraziła się.

– Chciałem zapytać, czy nie zaszłaś wtedy ze mną w ciążę.

Nie uśmiechał się już. W jego oczach dostrzegła ogromne napięcie.

– Co? – wykrztusiła.

– Słyszałaś. – Spojrzał na nią groźnie i powtórzył: – Zaszłaś wtedy w ciążę? Dwa tygodnie temu na progu domu mojej matki ktoś zostawił niemowlaka.

– Żartujesz, prawda? – Julie stała z otwartą buzią i wpatrywała się w Alexa okrągłymi oczyma.

– Nie.

Zacisnęła mocno zęby, a zdumienie ustąpiło cichej furii. Jak mógł ją posądzać o coś tak niegodziwego?! Potrąciła krzesło, potknęła się o przeraźliwie miauczącą Blindę i dopadła w końcu drzwi. Otworzyła je na oścież i warknęła:

– Uwierz mi, gdybym urodziła dziecko, na pewno bym go nie porzuciła. A teraz zapakuj się do swojego błyszczącego jaguara i spadaj!

Stał nieporuszony, niczym skała.

– Osiem miesięcy temu zniknęłaś gdzieś w Chile i nikt nie wie, co się z tobą działo. Zatrudniłem detektywa, ale on też nie zdołał zweryfikować, gdzie byłaś w tym czasie.

Wcale jej to nie zdziwiło, sama nie pamiętała nazw wszystkich górskich lotnisk i wiosek, w których gościła podczas intensywnego sezonu w chilijskich Andach. Jednak wzmianka o detektywie nie przypadła jej do gustu ani trochę.

– Nie twoja sprawa, co się ze mną działo. Kim ty jesteś, żeby…

– Myślę, że jestem ojcem malutkiej dziewczynki – przerwał jej pełną złości tyradę. – Testy DNA wykazały siedemdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo.

Zbił ją z pantałyku.

– Myślałam, że te testy dają prawie stuprocentową pewność.

– W większości przypadków, ale nie jeśli ma się brata bliźniaka – odpowiedział spokojnie.

– Jest was dwóch? – wyrwało jej się.

– Tak. – Uśmiechnął się pod nosem.

Niewiarygodne! Dwóch takich przystojniaków! Kobiety powinny się strzec… Właśnie! Przecież cudowni bracia z pewnością nie żyli jak mnisi, każdy z nich musiał posiadać długą listę możliwych kandydatek na matkę porzuconej dziewczynki. Ta myśl zmroziła ją.

– Nie mam czasu na pogawędki o twoich problemach, muszę się zająć cieknącym silnikiem. Żegnam. – Głową wskazała mu drzwi.

Znów nic, żadnej reakcji.

– Jest tylko jeden sposób na określenie ojcostwa ponad wszelką wątpliwość – powiedział, ignorując jej ramię przytrzymujące drzwi i minę wyrażającą skrajne zniecierpliwienie. – Trzeba porównać DNA dziecka z genotypem ojca i matki.

– Już powiedziałam, to nie mój problem. Nie wierzę, że nie masz innych kandydatek. Spróbuj szczęścia z nimi.

– Już to zrobiłem, jesteś ostatnia na liście – odpowiedział bez mrugnięcia okiem.

Sama się o to prosiła. Zanim sobie o niej przypomniał, sprawdził wszystkie inne, zapewne lepsze opcje.

– Wiesz, co możesz zrobić ze swoją listą? – spytała z jadowitym uśmieszkiem.

Dalton parsknął gniewnie, ale nie ruszył się z miejsca.

– Nie jest długa, nie mam w zwyczaju podrywać każdej napotkanej kobiety, choć pewnie mi i tak nie uwierzysz. Nieważne, potrzebuję jedynie próbki śliny albo włosów. – Mówił stłumionym głosem, przez mocno zaciśnięte zęby.

– Wynoś się! – Julie straciła resztki opanowania i krzyknęła.

Alex ruszył się w końcu i to niespodziewanie energicznie. Jednym susem znalazł się tuż przy niej. Z bliska wydawał się jeszcze wyższy i potężniejszy. Julie nie należała wcale do niskich, ale on górował nad nią o dobre dwie głowy. Przyglądał się bladej bliźnie na jego podbródku i starała się nie patrzeć w oczy, które przeszywały ją na wskroś wzrokiem pełnym determinacji.

– Posłuchaj, nie chodzi tylko o mnie. – Z wyraźnym trudem panował nad gniewem. – Żadne dziecko nie zasługuje na taki los. Chodzi też o względy zdrowotne, na przykład potencjalne choroby dziedziczne.

O tym nie pomyślała. Naturalnie należało sprawdzić, jakie choroby groziły maleństwu i jak im zapobiegać. Prawie się poddała, ale wtedy Dalton popełnił błąd. Obraził ją.

– Zapłacę ci – zaproponował.

– Słucham?!

– Tysiąc dolarów za próbkę. Natychmiast, w gotówce.

Zatkało ją. Nie dość, że posądzał ją o porzucenie własnego dziecka, to jeszcze próbował ją kupić!

– Wynocha! – ryknęła.

Uniósł palec wskazujący i skierował go w jej klatkę piersiową.

– To nie koniec – ostrzegł.

– Bo co? Naślesz na mnie detektywa, który potajemnie skradnie kosmyk moich włosów albo brudną szklankę?

– Nie wykluczam tego, ale widzę też inne możliwości. – Powiódł wzrokiem po biurze, powoli, z namysłem.

– Moja propozycja będzie aktualna do jutra. Przemyśl to.

Korciło ją, żeby przywalić mu pięścią prosto w jego czarująco uśmiechniętą, przystojną twarz. Musiała niestety zadowolić się trzaśnięciem za nim drzwiami tak mocno, że odbiły się od framugi i prawie ją uderzyły.

Tytuł oryginału: The Paternity Proposition

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2012 by Merline Lovelace

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2211-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.