Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 158 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dwie gorące noce - Merline Lovelace

Gdy Nowy Jork jest zasypany śniegiem, skąpana w słońcu wyspa to znakomite miejsce na spędzenie świąt. Zia uznała, że w takiej scenerii będzie łatwiej podjąć ważną decyzję zawodową. Nie spodziewała się, że spotka tam mężczyznę marzeń. Spędza z nim Dwie gorące noce i z rozdartym sercem wraca do Nowego Jorku. Nie wie, że Mike ruszy za nią...

Opinie o ebooku Dwie gorące noce - Merline Lovelace

Fragment ebooka Dwie gorące noce - Merline Lovelace

Merline Lovelace

Dwie gorące noce

Tłumaczenie:

PROLOG

„Wydaje się, że moje życie zatoczyło koło. Przez lata koncentrowało się na ukochanych wnuczkach, które dorosły i teraz mają własne życie. Spokojna Sara ma kochającego męża, robi karierę jako pisarka i oczekuje pierwszego dziecka. Pełna energii Eugenia jest żoną dyplomaty i matką bliźniaczek. Obie te role pełni z radością.

Dominic, mój wnuk cioteczny, wyjątkowo przystojny mężczyzna, wciąż nie przywykł do tego, że nosi teraz tytuł Wielkiego Księcia Karlenburgha. Chyba tęskni za swoim poprzednim życiem, kiedy pracował jako tajny agent Interpolu. Lecz gdy przenosi wzrok na żonę, jego niepokój znika. Natalie jest taka słodka, rozważna i inteligentna!

Zdumiewa nas wszystkich swoją wiedzą – w tym także znajomością historii mojego ukochanego Karlenburgha.

Obecnie w dużym stopniu jestem skupiona na Anastazji, siostrze Dominica. Bezwstydnie wykorzystałam nasze pokrewieństwo, by przekonać Zię do zamieszkania ze mną podczas jej stażu na oddziale pediatrii w Nowym Jorku. Do końca wyczerpującego trzyletniego stażu zostało jej parę miesięcy. Ta perspektywa powinna przepełniać ją radością. Tymczasem wyczuwam, że coś ją niepokoi. Nie chce o tym rozmawiać, a ja nie naciskam. Nie akceptuję wtrącania się w cudze sprawy, choćby wypływało z troski. Mam nadzieję, że wakacje, które zaplanowałam, pomogą Zii pozbyć się problemów skrywanych za pięknym uśmiechem”.

Z dziennika Charlotte

Wielkiej Księżnej Karlenburgha

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Huk fal był tak ogłuszający, że Zia ledwie usłyszała wołanie. Zaabsorbowana decyzją, która wisiała nad nią niczym miecz Damoklesa, wymknęła się rankiem, by pobiegać brzegiem wyspy Galveston w Teksasie. Ledwie zauważała zieloną wodę i fale Zatoki Meksykańskiej. Potrzebowała czasu i pustego brzegu, by pomyśleć. Samotności, by zmagać się z prywatnymi demonami.

Zia kochała rodzinę, uwielbiała starszego brata Dominica, ciotkę Charlotte, która w zasadzie ją adoptowała, kuzynki, z którymi w ciągu minionych lat bardzo się zżyła, a także ich mężów i pełne energii potomstwo. Ale święta na Galveston z całym klanem St. Sebastianów nie dawały jej wiele czasu na zastanowienie. Na podjęcie decyzji zostały jej trzy dni. Trzy dni do powrotu do Nowego Jorku…

– Łap, Buster! – rozległ się głos.

Zia spędziła minione dwa i pół roku na stażu na oddziale pediatrii Kravis Children’s Hospital, który stanowił część szpitala klinicznego Mount Sinai w Nowym Jorku. Wszystkie te satysfakcjonujące i jednocześnie bolesne godziny pracy z dziećmi wyczuliły ją do tego stopnia, że natychmiast stwierdziła, iż głos należał do pięcio- lub sześciolatka o całkiem zdrowych płucach.

Odwróciła się i uśmiechnęła. Rudowłosy i piegowaty chłopiec biegł po płyciźnie trzydzieści metrów dalej. Gonił szorstkowłosego brązowo-białego teriera. Pies z kolei ścigał frisbee. Chłopiec i pies radośnie rozchlapywali wodę, nieświadomi niczego poza fioletowym dyskiem.

Zia uśmiechnęła się szerzej, ale gdy spojrzała dalej i nie zobaczyła żadnej dorosłej osoby, zawróciła. Gdzie są rodzice chłopca? Albo niania? Czy choćby starsze rodzeństwo? Na tym odcinku plaży znajdowało się kilka luksusowych hoteli. Chłopiec był zbyt mały, by samotnie brykać na brzegu.

Wpadła w złość. Wiele razy miała do czynienia z konsekwencjami braku rodzicielskiej opieki, by patrzeć na to ze spokojem. Kolejny krzyk chłopca znów przyciągnął jej uwagę. Tym razem w jego głosie usłyszała panikę. Serce zabiło jej mocniej. Chłopiec brnął przez fale do psa, który płynął do brzegu z frisbee w zębach. W tym miejscu występował nagły spadek, a prąd był na tyle silny, by wciągnąć dorosłego. Nagle chłopiec zniknął jej z oczu. Przerażona wlepiała wzrok w miejsce, gdzie widziała rudą czuprynę. Rzuciła się w fale.

Zanurkowała. Fala odpływu zabrała z sobą zbyt wiele piasku, który kłuł ją w oczy. Na ślepo wymachiwała rękami. Paliło ją w płucach, więc gwałtownie wypłynęła na powierzchnię i znów zanurkowała.

Sekundę przed kolejnym zanurzeniem się kątem oka dojrzała sterczący ogon teriera. Pies doprowadził ją do chłopca ciągniętego przez prąd podpowierzchniowy. Prześcignęła psa i chwyciła chłopca za nadgarstki. Przez kilka trudnych chwil, dopóki bezwzględny prąd nie odpuścił na tyle, by mogła skręcić w stronę lądu, musiała płynąć równolegle do brzegu.

Chłopiec nie oddychał. Położyła go na plecach i zaczęła reanimować. Rozum jej mówił, że był w wodzie za krótko, by doznać ostrego niedoboru tlenu, jednak wargi miał lekko posiniałe. Całkowicie skupiona na dziecku ignorowała psa, który skomlał i jak szalony kopał w piasku wokół głowy chłopca. Zignorowała też inny okrzyk.

– Davy! Jezu!

Drobna klatka piersiowa drgnęła. Chwilę później chłopiec wygiął się i zwymiotował wodę. Z cichą modlitwą dziękczynną do świętego Stefana, patrona jej rodzinnych Węgier, Zia przewróciła go na bok i przytrzymała mu głowę, dopóki nie zwrócił większości tego, co połknął. Później powoli znów go położyła. Z nosa płynęły mu dwa strumyki, z oczu łzy, ale, o dziwo, zdusił szloch.

– C…co? Co się stało?

Uśmiechnęła się do niego.

– Za daleko wszedłeś do wody i wciągnął cię prąd.

– Ja… ja się topiłem?

– Prawie.

Chłopiec objął za szyję psa, powoli strach w jego brązowych oczach zastępowało podekscytowanie.

– Zaczekaj, aż powiem mamie i Kevinowi, i abuelicie i… – Przeniósł wzrok w prawo nad ramieniem Zii. – Wujek Mickey! Słyszałeś? Prawie się utopiłem!

– Tak, łobuzie, słyszałem.

To był ten sam głos, który Zia zarejestrowała chwilę wcześniej. Teraz słyszała w nim ulgę zabarwioną czymś, co brzmiało jak hamowane rozbawienie. Jezus Maria! Czy ten idiota nie rozumie, jak niewiele brakowało, by chłopiec zginął? Oburzona wstała i odwróciła się do mężczyzny. Już miała zaatakować, gdy zdała sobie sprawę, że mężczyzna tylko przez wzgląd na chłopca udawał rozbawienie. Zauważyła, że zaciskał dłonie w pięści.

Miał szerokie ramiona i wyraźnie zarysowaną szczękę z malutkim dołeczkiem. Jego nos zderzył się kiedyś z czyjąś pięścią, zaś oczy połyskiwały zielenią. Krótko ostrzyżone włosy miały ciemnobrązowy kolor. Reszta też była godna uwagi. Muskularne uda odsłonięte przez spodnie z obciętymi nogawkami, stopy w skórzanych klapkach. Mężczyzna spojrzał na nią z wdzięcznością i przyklęknął przy chłopcu.

– Młody człowieku – odezwał się. – Wpadłeś po uszy w kłopoty. Doskonale wiesz, że nie wolno ci samemu wychodzić na plażę.

– Buster musiał się wysikać.

– Powtarzam, nie wolno ci samemu chodzić na plażę.

Zia, kiedy jej złość zelżała, skryła uśmiech, słysząc nutę żalu w głosie Davy’ego.

– Mówiłeś, że mam się opiekować Busterem, jak mi go dałeś, wujku. Powiedziałeś, że muszę chodzić z nim na spacer i dawać mu jeść, i zbierać jego ku…

– Dość! Później dokończymy tę rozmowę. Jak się czujesz?

– Okej.

– Dasz radę wstać?

– Pewnie.

Chłopiec uśmiechnął się zawadiacko i wstał. Pies dodawał mu otuchy szczekaniem. Obaj pognaliby przed siebie, gdyby wuj nie położył mu ręki na ramieniu.

– Nie chciałbyś przypadkiem powiedzieć czegoś tej pani?

– Dziękuję, że mnie pani wyciągnęła z wody.

– Nie ma za co.

Wuj drugą rękę wyciągnął do Zii.

– Mike Brennan. Nie wiem, jak pani dziękować.

Zia ujęła jego dłoń, poczuła jej siłę i ciepło.

– Anastazja St. Sebastian. Cieszę się, że zdążyłam.

Przerażenie, które zachwiało światem Mike’a, gdy dojrzał kobietę wyciągającą z wody bezwładne ciało Davy’ego, ustąpiło na tyle, by skupił na niej uwagę. Jej mokre włosy sięgały nieco za ramiona. Oczy miała ciemne i jakby odrobinę skośne. Supermodelki dałyby się zabić za jej wysokie kości policzkowe. Różowy elastyczny top podkreślał kształty, podobnie jak czarne szorty z lycry. No i nie zauważył na jej palcu obrączki.

– Myślę, że nic mu nie będzie – oznajmiła, zerkając na chłopca – ale przez kilka godzin proszę go obserwować. Przyśpieszony oddech i tętno lub niewielka gorączka są normalne w pierwszych godzinach po takiej przygodzie.

Jej akcent był równie intrygujący jak cała reszta. Wschodnioeuropejski, ocenił Mike, choć zbyt krótko ją znał, by być tego pewnym.

– Jest pani ratownikiem?

– Lekarzem.

Teraz był podwójnie pod wrażeniem. Kobieta o egzotycznych oczach, ciele kusicielki i na dodatek lekarka. Wygrał los na loterii.

– Mam nadzieję, że pozwoli pani, żebyśmy w ramach podziękowań zaprosili panią na śniadanie.

– Dziękuję, już jadłam.

– W takim razie na kolację.

– Jestem tu z rodziną.

– Ja też. Niestety. – Pokazał chłopcu minę, a ten zaśmiał się i również zareagował grymasem. – Byłbym wdzięczny, gdyby dała mi pani pretekst, żebym na chwilę ich opuścił.

– Cóż…

Wahanie Zii nie umknęło jego uwadze. Ani jej ukradkowe spojrzenie na jego lewą dłoń. Biały ślad po obrączce dawno znikł. Szkoda, że nie mógł tego samego powiedzieć o śladach odciśniętych na jego duszy.

– Gdzie pani mieszka?

Lustrowała go tymi swoimi egzotycznymi oczami. Na moment zawiesiła wzrok na spodniach z obciętymi nogawkami i znoszonych skórzanych klapkach.

– W Camino del Rey – odparła niemal z niechęcią.

Mike powściągnął uśmiech.

– Wiem, gdzie to jest. Przyjadę po panią o siódmej trzydzieści. – Ścisnął zniecierpliwionego chłopca za ramię. – Pożegnaj się z panią doktor, łobuzie.

– Do widzenia, pani doktor.

– Do widzenia, Davy.

– Do zobaczenia, Anastazjo.

– Mówią do mnie Zia.

– Zia. Zapamiętam. – Zasalutował, przykładając palce do skroni, po czym pociągnął chłopca i ruszyli plażą.

Odprowadzała ich wzrokiem aż do rzędu domów na palach. Nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na tę kolację. Jakby nie miała teraz dość na głowie.

Splotła ramiona i patrzyła na skaczącego teriera. Przypomniał jej równie energicznego charta węgierskiego, którego przywiozła z sobą jej szwagierka. Natalie była w nim do szaleństwa zakochana i nazywała go Księciem, co niezbyt się podobało bratu Zii, Dominicowi, który wciąż nie przywykł do zmiany statusu z agenta Interpolu na Wielkiego Księcia Karlenburgha.

Księstwo Karlenburgh stanowiło niegdyś część cesarstwa austro-węgierskiego. Od dawna istniało wyłącznie na stronach książek historycznych, co nie powstrzymało paparazzich przed ściganiem nowego europejskiego księcia. Dominic ożenił się z Natalie, która odkryła, że był dziedzicem tytułu. Rodzina Zii powiększyła się o dobrą i mądrą szwagierkę oraz dwie wspaniałe kuzynki. No i, oczywiście, Charlotte, nadzwyczaj dzielną i zdeterminowaną głowę rodziny St. Sebastianów, która przyjęła Zię do swojego domu. Zia nie wiedziała, jak by sobie poradziła w szpitalu, gdyby nie wsparcie księżnej.

Dwa i pół roku, myślała, rezygnując z dalszego biegu. Dwadzieścia osiem miesięcy dyżurów. Niekończące się dni i noce, gdy zamartwiała się pacjentami. Trudne godziny żałoby spędzone z rodzicami dzieci, których nie udało się uratować. Teraz musi zdecydować, czy chce przez kolejne trzydzieści lub czterdzieści lat pracować z chorymi dziećmi, czy też przyjąć propozycję doktora Rogera Wilbanksa, szefa Pediatrycznego Centrum Naukowo-Badawczego. Czy ma porzucić wyzwania i stres codziennej praktyki lekarskiej i zamienić je na regularne godziny pracy i kuszące zarobki w światowej sławy nowoczesnym centrum naukowym.

Pytanie to nie dawało jej spokoju, gdy szła w stronę hotelu, gdzie zamieszkał klan St. Sebastianów. Słońce świeciło na błękitnym niebie, miłośnicy słońca wylegali na plażę. Nad rzędami leżaków rozkwitały kolorowe parasolki. Na piasku rozkładano ręczniki. Blade dekolty i wydęte brzuchy tylko czekały, żeby się pokazać.

Wróciła myślami do Mike’a Brennana. On nie miał wydętego brzucha. Same mięśnie i zabójczy uśmiech. Jego swobodny strój sugerował, że czuł się z sobą dobrze.

Teraz, gdy o tym pomyślała, ucieszyła się, że pójdą na kolację. Może potrzebuje leniwego wieczoru z dala od najbliższych. Na kilka chwil odsunie od siebie podjęcie decyzji. Przelotny flirt…

Ale przecież nie interesują jej przygody. Praca jej na to nie pozwalała, a poza tym była na to zbyt rozważna, zbyt odpowiedzialna, no dobrze – zbyt wymagająca. Raz się sparzyła i wystarczy. Skrzywiła się na wspomnienie przystojnego ortopedy, który zapomniał ją poinformować, że od rozwodu dzielą go jeszcze lata świetlne.

Wciąż sobie wyrzucała ten nieszczęsny błąd, gdy otwierała drzwi apartamentu z sześcioma sypialniami. Choć był wczesny ranek, hałas był nie do wytrzymania, głównie za sprawą trzyletnich bliźniaczek Giny. Błękitnookie blondynki były jak miniaturki ich żywiołowej matki.

Zia uniosła kąciki warg w uśmiechu. Za oszkloną ścianą pokoju widniała panorama Zatoki Meksykańskiej, lecz żadna ze znajdujących się w pokoju osób nie była nią zainteresowana. Wszyscy z przejęciem obserwowali bliźniaczki, które usiłowały swoim wujom powiesić na szyi dzwonki. Dominic i Devon siedzieli po turecku na podłodze, zaś tata bliźniaczek, Jack, przyglądał się temu z nieskrywaną satysfakcją.

– Co tu się dzieje? – spytała Zia.

– Mikołaj jedzie – odparła z podnieceniem Amalia o kręconych włosach.

– Wujek Dom i wujek Dev pomogą ciągnąć sanie – dodała Charlotte.

Dziewczynki nosiły imiona po księżnej, której wszystkie imiona i tytuły zajmowały linijkę druku. Niemal tak samo wyglądały imiona i tytuły Sary i Giny. A także Zii, która zatrzymała się w drzwiach i patrzyła na radosną scenę.

Nie znała trzech innych mężczyzn równie do siebie niepodobnych, a mimo to o niemal identycznych charakterach. Jack Harris, ojciec bliźniaczek i ambasador USA w ONZ, miał brązowe włosy, był wysoki i dystyngowany. Devon Hunter o szczupłej twarzy i inteligentnych oczach z właściciela niewielkiej firmy transportu lotniczego wyrósł na miliardera. Zaś Dominic…

Czy był ktoś równie charyzmatyczny jak brat Zii, który po śmierci ich rodziców został jej prawnym opiekunem? Był przyjacielem i doradcą, przeprowadził ją przez pełne turbulencji lata wczesnej młodości. Zachęcał ją do nauki. A dla ukochanej kobiety porzucił pełną adrenaliny karierę.

Natalie też go kochała. Kochała go bezwarunkowo i radośnie. Jedno spojrzenie na twarz szwagierki wystarczyło, by w jej ciepłych oczach dojrzeć oddanie. Natalie siedziała teraz na jednym z końców wygodnej kanapy, trzymając za obrożę wiercącego się psa, by nie dołączył do świątecznej brygady.

Kuzynki Zii siedziały obok Natalie. Gina, w czapce Mikołaja na platynowych lokach, w legginsach w paski jak cukierki na choinkę, wyglądała jak nastolatka, a nie matka bliźniaczek, żona dyplomaty i partnerka w jednej z najbardziej znanych nowojorskich firm organizujących rozmaite imprezy. Starsza siostra Giny, Sara, zajmowała drugi koniec kanapy. Położyła rękę na ledwie widocznym brzuchu, w którym nosiła pierwsze dziecko. Emanowała elegancją i spokojną radością z czekającego ją macierzyństwa.

Lecz to kobieta, która siedziała wyprostowana, ściskając w dłoniach hebanową główkę laski, przykuła uwagę Zii. Wielka Księżna Karlenburgha mogła być wzorem dla kobiet w każdym wieku. Jako młoda mężatka zamieszkiwała w rozmaitych europejskich zamkach. Między innymi w zamku nad przełęczą na granicy Austrii i Węgier. Zamek zaatakowali sowieci, którzy później brutalnie zgnietli powstanie węgierskich patriotów. Zmuszona do oglądania egzekucji męża Charlotte odważyła się na ucieczkę przez pokryte śniegiem Alpy z maleńkim dzieckiem w ramionach i klejnotami ukrytymi w pluszowym misiu. Teraz, sześćdziesiąt lat po tamtych wydarzeniach, nieugięta księżna o białych włosach i skórze jak bibułka rządziła swoją powiększającą się rodziną żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce.

To z jej powodu spędzali święta w Teksasie. Charlotte nigdy nie narzekała, Zia zauważyła jednak, że podstępne zimno i rekordowe opady śniegu, który z początkiem grudnia pokrył ulice Nowego Jorku grubym dywanem, zaostrzyły artretyzm księżnej. Jedno słowo Zii zelektryzowało całą rodzinę.

Dev i Sara natychmiast wynajęli apartament z sześcioma sypialniami. Jack i Gina tak ułożyli swoje kalendarze, by spędzić święta w południowym Teksasie. Rodzina przekonała też Marię, gospodynię i towarzyszkę księżnej, by spędziła z nimi opłacone przez nich wakacje.

Zia nie mogła pozostać w Teksasie tak długo jak cała reszta. Choć stażyści drugiego i trzeciego roku w Mount Sinai mieli prawo do miesiąca urlopu, niewielu z nich oddalało się od szpitala. Mając na głowie decyzję dotyczącą propozycji Wilbanksa, Zia nie wyruszyłaby na Galveston, gdyby Charlotte nie naciskała. Księżna, jakby czytała w jej myślach, właśnie podniosła wzrok. Zacisnęła sękate palce na gałce laski. Uniosła brwi.

Charlotte wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, o czym Zia myśli. Że Charlotte jest stara i niedołężna, i potrzebuje teksańskiego słońca, by ogrzało jej kości. Cóż, może to i prawda. Ale Charlotte pragnęła też, by policzki Zii nabrały koloru. Była zbyt blada, za chuda i wciąż zmęczona. Podczas dwóch pierwszych lat stażu dosłownie harowała. Ilekroć Charlotte usiłowała wysondować, skąd te cienie pod jej oczami, Zia uśmiechała się i zbywała ją wymówką, że zmęczenie to stały element trzeciego roku stażu w tak prestiżowym szpitalu.

Charlotte przekroczyła już osiemdziesiątkę, lecz umysł miała trzeźwy. A gdy chodziło o dobro rodziny, nie wahała się ani trochę. Żadne z nich nie miało pojęcia, że to ona wymyśliła te wakacje. Wystarczyło niezbyt dyskretne masowanie artretycznych palców i na pozór mimowolne napomknienie, że w tym roku grudzień jest wyjątkowo zimny i wilgotny.

Rodzina zareagowała zgodnie z jej oczekiwaniami. Przejrzeli rozmaite oferty od Florydy do Kalifornii, od willi na Riwierze do bungalowów na Pacyfiku. Wybrali południowy Teksas, najbardziej dla wszystkich dogodny. W ciągu tygodnia Charlotte i Maria zostały ulokowane w nadmorskim skąpanym w słońcu luksusie, a członkowie rodziny dołączali do nich na krócej czy dłużej.

Charlotte przekonała nawet Zię, by wzięła tydzień urlopu. Dziewczyna nadal była wychudzona i zmęczona, ale jej policzki nabrały koloru. W oczach pojawiła się jakaś iskra. Teraz jej lśniące włosy były mokre i sprawiały wrażenie, jakby wplątały się w nie wodorosty. Zaintrygowana księżna postukała laską o podłogę.

– Charlotte, Amalio, proszę o chwilę ciszy.

Piski dziewczynek odrobinę przycichły.

– Usiądź obok mnie, Anastazjo, i powiedz mi, co się stało na plaży.

– Skąd wiesz, że coś się stało?

– Z włosów zwisają ci wodorosty.

Zia uniosła ręce i znalazła nitkę wodorostów.

– To prawda. – Zaśmiała się.

Zia tak rzadko się śmiała, że jej śmiech zwrócił uwagę wszystkich osób w pokoju.

– Więc co się stało? – powtórzyła księżna.

Zia, czując na sobie wzrok zebranych, udawała, że coś sobie przypomina.

– Mały chłopiec został wciągnięty przez prąd. Skoczyłam do wody, wyciągnęłam go na brzeg, a potem reanimowałam.

– Dobry Boże! I co z nim?

– W porządku. Jego wuj też jest w porządku – dodała. – Dlatego zgodziłam się pójść z nim na kolację.

Tytuł oryginału: The Texan’s Royal M.D.

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2015

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2015 by Merline Lovelace

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2476-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.