Kiedy wilk wróci do domu - Nat Cassidy - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Kiedy wilk wróci do domu ebook i audiobook

Cassidy Nat

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Klasyka w czystej postaci. Wbijcie w nią szpony, maniacy horroru, zatopcie zębiska.

STEPHEN KING

Szaleńczo dobry, absolutnie przerażający horror... pełna jazda już od pierwszych stron.

JOE HILL

Wspaniała, mocna, epicka powieść grozy, jaką znamy z czasów, kiedy horrory podbijały rynek, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Witaj znowu, kudłaty krwawy potworze!

GRADY HENDRIX

Jedna noc zmienia życie Jess, początkującej aktorki i kelnerki. Wcześniej martwiła się tym, czy dostanie nową rolę. Teraz próbuje ocalić małego chłopca przed jego ojcem, który zamienił się w prawdziwego potwora.

Wszystko wyglądałoby inaczej…

…gdyby nie zapomniała telefonu…

…gdyby nie wyszła wtedy z mieszkania…

…gdyby nie ignorowała intuicji.

Zamiast tego musi znaleźć schronienie dla siebie i dziecka. Bestia, która ich ściga, jest brutalna i nieustępliwa.

Czy uda im się uciec z tego surrealistycznego koszmaru?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 439

Data ważności licencji: 7/8/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 53 min

Lektor: Grzesław Krzyżanowski

Data ważności licencji: 7/8/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: When the Wolf Comes Home

Projekt okładki: by Natasha MacKenzie/Images © Shutterstock

Redaktorka prowadząca: Agata Then

Redakcja: Bożena Sęk

Redakcja techniczna: Maciej Grzmiel

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Brzezińska, Renata Jaśtak

© 2025 by Nat Cassidy

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Urszula Gardner

ISBN 978-83-287-4130-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Dla Barry’ego

OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

Nie rozumiem, dlaczego niektórzy nie lubią ostrzeżeń dotyczących treści. Jeśli jesteś świrem jak ja, takie ostrzeżenie daje ci przedsmak zabawy, która cię czeka, a jeśli wolisz unikać pewnych tematów bądź mierzyć się z nimi po wcześniejszym przygotowaniu, cóż – przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?

Niniejsza powieść traktuje o strachu i jego śliskiej naturze oraz o tym, jak ważne jest radzić sobie z nim w zdrowy sposób. Dlatego tym chętniej ostrzegam cię, Czytelniku, że w książce tej znajdziesz drastyczne opisy morderstw i rozlewu krwi oraz rozczłonkowania, a także wzmiankowane będą igły, choroby przenoszone przez krew, pająki, owady, samobójstwo, maltretowanie, żałoba, alkoholizm, śmierć rodzica, śmierć dziecka, trauma dziecięca, zagrożenie bezpieczeństwa dziecka i wiele więcej. Choć sięgam po motywy bajkowe, szczęśliwe zakończenie nie jest jednym z nich.

Hej, jeżeli należysz do osób, które obraża samo istnienie ostrzeżeń dotyczących treści, przykro mi z tego powodu. Może następnym razem cię ostrzegę, że zaraz się ono pojawi, wtedy powinno być ci łatwiej…

CZĘŚĆ PIERWSZAWSZYSCY OJCOWIE TO SKURWIELE

Boję się, tak bardzo się boję!

Strach czarny i zimny tej nocy mnie ściska

Jak wtedy, gdy ratunku szukałam w modlitwach

Będąc małym dzieckiem leżącym w ciemności,

I zziębnięta zasnąć nie mogłam, na myśl o śmierci.

Sara Teasdale, Strach, przeł. Anna Ciciszwili

Nie wolno się bać.

Frank Herbert. Diuna, przeł. Marek Marszał

1

Tata krzyczy.

Wrzeszczy.

Niszczy wszystko w domu – meble, obrazki na ścianach, wszyściutko bez wyjątku – szukając chłopca.

Chłopiec siedzi skulony w spiżarce. Chowa się. Na razie.

Niedobry hałas, myśli z przerażeniem, krzywiąc się na odgłosy zniszczenia. Widział rozgniewanego Tatę nieraz w przeszłości… ale nigdy aż tak. Dziś jest on bardziej zły niż kiedykolwiek.

– Jak?! – ryczy Tata głębokim chrapliwym głosem. – Gdzie?! – Brzmi to tak, jakby słowa się zeń wydzierały, zrywając po drodze kawałki gardła. – Gdzie… atr… To?

Chłopiec – który ma zaledwie pięć lat i jest mały jak na swój wiek – kurczy się i wciska w najdalszy kąt spiżarki. Chciałby zupełnie zniknąć, ale wie, że to niemożliwe. Za kotwicę w tej rzeczywistości służy mu przedmiot, który przytula do piersi. Przedmiot, który wywołał złość Taty.

Książka.

Ostatnimi czasy chłopiec wymykał się przez okno, ilekroć Tata zażywał popołudniowej drzemki. Wiedział, że to niedozwolone i niebezpieczne, wiedział, że jest niegrzecznym chłopcem, ale nie był w stanie się powstrzymać. Zew świata był zbyt silny, a Tata – mimo narzuconych reguł i przedsięwziętych środków ostrożności – nie zorientował się jeszcze, że chłopiec od niedawna potrafi otwierać okno.

Ponieważ drzemki Taty odbywają się zawsze o tej samej porze i nigdy nie trwają długo, chłopiec nie miał okazji odejść za daleko. Zwykle tylko stał i rozglądał się wkoło, po czym gramoląc się, wracał do środka. Patrzył na inne domy. Na przejeżdżające samochody. Kamyki z migoczącymi drobinkami. Drzewa. Jaszczurkę. Bezdomnego kota. Na rzeczy, które widział za oknem już wcześniej, czemu zazwyczaj towarzyszyły suche, ale szczegółowe wyjaśnienia Taty na temat tego, na co patrzą. „Żebyś nie musiał się zastanawiać”, podsumowywał Tata.

Tylko że o wiele fajniej było ich doświadczać. Nawet zastanawianie się nad nimi było znacznie bardziej ekscytujące niż słuchanie o nich.

Kilka dni temu chłopiec pozwolił sobie na krótki spacer ulicą, dzięki czemu odkrył miniaturowy domek. Stał na frontowym trawniku sąsiadów: miniaturowy domek na niewysokim paliku. Miniaturowy domek miał szklane drzwiczki, wewnątrz zaś… wewnątrz były same książki. Nawet gdyby chłopiec umiał czytać, prawdopodobnie nadal nie wiedziałby, co oznacza Nasza Mała Biblioteka, dość, że podobał mu się zielono-niebieski napis z ozdobnymi zawijasami.

Chłopiec nie miał żadnej książki, ale naoglądał się ich w swoim życiu. Tata lubił czytać. Niestety wszystkie jego książki były nudne – w nijakich kolorach, bez obrazków, z mnóstwem tycich słów między okładkami. W niczym nie przypominały tych z Naszej Małej Biblioteki.

Tu jedne były miękkie i elastyczne, z lśniącymi obrazkami na okładkach, drugie solidniejsze, ze zdejmowanymi obwolutami, pod którymi skrywała się jednolita twarda oprawa, znana chłopcu z domu.

Jego szczególną uwagę przykuła pewna stara zniszczona książka.

Miała brzoskwiniową twardą oprawę, ale nie była jednolita – widniały na niej błyszczące złote litery, a pod spodem odciśnięta rycina. Chłopiec skądś od razu wiedział, że tę książkę ktoś kochał.

Wewnątrz roiło się od obrazków. Pięknych, kolorowych, pełnych detali, zajmujących całą stronę, a czasami nawet dwie. Przedstawiały chłopca i dziewczynkę przed dom­kiem z piernika. Dziewczynkę śpiącą na łożu z kwiatów. I inną, z rybią płetwą zamiast nóg. Chłopiec nie rozumiał, na co patrzy – nigdy nie słyszał żadnej bajki ani nie widział książeczki z obrazkami – ale mimo to był pod wielkim wrażeniem.

Do tej chwili nie miał pojęcia, że są też takie książki.

Pozostał na zewnątrz zbyt długo – czuł upływ czasu, jakby był materialny – dlatego pośpiesznie wrócił do domu razem z książką i zdążył się ukryć w swoim pokoju tuż przed tym, zanim Tata się obudził. Książkę – swoją książkę – schował pod materacem i zaglądał do niej tylko z rzadka, kiedy był pewien, że Tata nie przyłapie go na tym. Pozwalał sobie na obejrzenie jednego obrazka na raz. Rozkoszował się jego widokiem i utrwalał go sobie w pamięci. Wyobrażał sobie słowa, jakie mogłyby iść w parze z tak wspaniałymi rysunkami. Przestał nawet czuć potrzebę dalszego wykradania się za okno. Teraz ta książka stała się jego oknem.

Aż pewnego dnia natknął się na niewłaściwy obrazek. Zobaczył wielkiego, ciężkiego wilka przedzierającego się przez niemający końca las. Wilk miał ciemne lśniące futro, ostro zakończony długi pysk, którego podwinięte boki odsłaniały zakażone dziąsła i zębiska spływające pienistą śliną. Pazury wilka były ogromne, zakrzywione jak szpony i niezwykle ostre, idealnie się nadające do rozrywania miękkiego ciała małych dzieci.

Chłopiec przestraszył się obrazka. Przestraszył się go tak mocno, jak jeszcze nigdy niczego w swoim życiu. I nie był w stanie otrząsnąć się z tego uczucia. Zarazem nie potrafił też przestać gapić się na obrazek. Miał takie wrażenie, jakby ten wilk stanowił ucieleśnienie wszystkich wcześniejszych strachów, jakby czekał na niego przez cały ten czas ukryty pomiędzy światłem i cieniem.

Odtąd ilekroć zaglądał do swojej książki, szedł prosto do tego obrazka. Przyciągany przez niego. Zahipnotyzowany. Jak ofiara.

Wpatrywał się w obrazek także tego ranka, gdy przyłapał go Tata.

Ależ Tata się rozgniewał, gdy zobaczył, co chłopiec robi! Zaczął krzyczeć i tupać, i domagać się odpowiedzi. Cisnął książką. Szarpnął chłopcem. Co tylko bardziej przestraszyło chłopca.

A teraz…

Kolejny wrzask przecina ciszę.

– GDZIE…?! SKOŃCZ Z TYM!

Chłopiec słyszy oddalające się w poszukiwaniu go ciężkie kroki, które kierują się w głąb domu.

Teraz, myśli. Uciekaj!

Nie, myśli również. Pozostań w ukryciu!

Ale Tata w końcu wróci do kuchni. A wtedy…

Pamiętasz tamtego drugiego chłopca?

To sprawia, że zaczyna działać. Tamten drugi chłopiec. Jego jedyny przyjaciel.

Musi stąd wyjść. Przynajmniej na trochę. Żeby Tata się uspokoił.

Ostrożnie otwiera drzwi spiżarki. Taty nie ma, właśnie demoluje pokoje, a zniszczenia… Stół kuchenny rozbity w drobny mak. Zdewastowane, popękane ściany. Dziury wybite w tynku. Podarta tapicerka.

Chłopiec na moment zamiera, gdy ogarnia wzrokiem pobojowisko.

Powietrze wydaje się gorące. I ciężkie. Przesycone zapachem jedzenia pozostawionego za długo na kuchence. Jak wtedy, gdy Tata przypalił obiad i tak się zezłościł, a chłopiec tak się przestraszył, że…

Z pokoju obok dolatuje niedobry hałas – trach! łup! prask!

Nie ma czasu!

Nadal tuląc książkę do piersi, chłopiec na paluszkach zmierza do drzwi wyjściowych. Na podłodze leży tyle przedmiotów, o które można się potknąć i narobić hałasu. Z wielkim trudem zachowuje równowagę i skupienie, żeby nie…

Brzdęk!

Chłopiec wciąga powietrze z sykiem. Fotografia w ramce. Tata i Mama, uśmiechnięci. Chłopiec nadepnął na cienką szybkę i stłukł ją.

Niedobry hałas w pokoju obok ustaje.

Tata nasłuchuje.

Chłopiec znajduje się o metry od drzwi. Kilometry całe. Nie ma szans, żeby dopadł ich w porę. Już na to za późno. Rozgląda się i przypada do blatu przewróconego stolika. Kurczy się, jak tylko może, i zaciska mocno powieki. Może jeśli nie zobaczę Taty, Tata nie zobaczy…

Jego kostkę otacza czyjaś dłoń.

– MAM CIĘ!

Chłopiec zostaje wyrwany z kryjówki. Czuje się lekki jak piórko.

Kiedy otwiera oczy, wisi do góry nogami, mając przed sobą oczy płonące niedorzecznym gniewem. Wargi rozciągnięte w szyderczym grymasie. Oddech równie gorący jak tchnienie piekarnika. Ślinę pieniącą się między zaciśniętymi zębami.

Ledwie poznaje tę twarz.

Nie, nie, nie!

Chłopiec ponownie zaciska powieki. Przypomina sobie inny obrazek z książki. Bohater wymachuje czymś długim i ostrym tuż przed pyskiem ziejącej ogniem łuskowatej bestii. W przypływie rozpaczy chłopiec wyobraża sobie, że dzierży podobną broń, i nagle z całych sił opuszcza książkę na owłosione ramię, które go trzyma. Pod uderzeniem czuje opór solidnej kości.

Tata wyje.

Chłopiec upada na podłogę z takim łupnięciem, że aż zęby mu dzwonią. Bez najmniejszej zwłoki rzuca się w stronę drzwi, nie dbając, czy narobi przy tym hałasu.

Nie przejmuje się, że drzwi mogą być zamknięte na klucz ani że klamka może znajdować się za wysoko, ani że jego dłonie okażą się za śliskie. Trzymając teraz książkę pod pachą, pociąga drzwi do siebie i wystrzela w noc. Bosymi stopami kląska o chodnik i asfalt.

Okrzyki Taty, który został w domu, z pełnych bólu zamieniają się znów w gniewne.

– WRACAJ TUTAJ!

Chłopiec ignoruje wezwania Taty. Nie przestaje biec. Wiedząc, że Tata zaraz mu zacznie deptać po piętach, wybiera zaułki, przepycha się przez krzaki i kanały, nie zważa na żwir drapiący go w kolana. Przez cały czas ma nadzieję, że niewielkie rozmiary pomogą mu stać się niewidocznym.

– WRACAJ TUTAJ!

Głos Taty, teraz słabszy. Wielki świat pochłania dźwięki tym mocniej, im dalej odbiega chłopiec.

Ale odgłosy niedobrego hałasu nie milkną w jego uszach.

A smak strachu ani na chwilę nie opuszcza jego ust.

2

– O mój Boże, Jess, czego tak się boisz?

Jess podpiera się jedną ręką pod bok, pokazując, że zastanawia się nad odpowiedzią.

– Hmmm. Chlamydii? Rzeżączki? Sączących się krost? Tych, które z odległości metra roztaczają zapach dojrzałego sera pleśniowego?

Margie się krzywi.

– No dobra…

– Zapalenia wątroby typu A? Typu B? Typu C i D? Poza tym wciąż grasuje HIV. Nie zapominajmy o HIV-ie…

– Zamknij się! – Margie uderza ją jadłospisem. – Dobry Boże.

Jest za piętnaście dziesiąta wieczorem. Jess nie ścisza nawet głosu – ci, którzy jedzą o tej porze w Poppy’s Diner, mają wywalone na ożywioną rozmowę jedynych dwu kelnerek w lokalu. Nawet jeśli ta rozmowa kręci się wokół chorób wenerycznych.

Z miejsca, gdzie opierają się o kontuar, Jess i Margie mają dobry widok na wszystkie dziewięć stolików i piętnaście lóż, nie licząc tych kilku, które znajdują się na obu końcach pomieszczenia. Lokal zapełnia jak zwykle kilkoro nieudaczników. Nieważne, czy dany klient faktycznie przestąpił wcześniej próg Poppy’s Diner, obsada jest zawsze taka sama: kaznodzieje, kierowcy ciężarówek, goci i gotki. Ludzie, którzy uważają, że jedna kawa z dolewką za trzy i pół dolara („Najlepsza w całym północnym Hollywood!”) wystarczy, by opłacić dach nad głową na tę noc.

Ponieważ w Los Angeles nie ma nadmiaru jadłodajni otwartych całą dobę, zdaniem Jess to dziwne, że Poppy’s Diner nie przyciąga nocą większych tłumów. Choć położenie lokalu może mieć z tym coś wspólnego: idealnie pod autostradą 107 na podobieństwo jakiegoś szczątkowego organu, który ciało zapomniało wchłonąć. Poza tym zaledwie kilka kilometrów dalej otworzono niedawno całkiem przyzwoitą sieciówkę.

Margie poprawia stosik jadłospisów i dmuchnięciem pozbywa się sprzed oczu kosmyka kędzierzawych włosów.

– Przystojniak z niego.

Rzucają raz jeszcze szacujące spojrzenie na fotkę, którą Jess wydobyła z mediów społecznościowych. Ukazuje ona chłopaka, na którego Jess ma chrapkę.

– Taaa… – przyznaje teraz niechętnie. I natychmiast wyłącza ekran, po czym odkłada telefon pod kontuar, żeby dalej się tam ładował. – Tym większa szkoda, że zajmuje się improwizacją.

– Ty zajmujesz się improwizacją.

– Ja jestem dziewczyną, to co innego. Facetom jakoś ona nie wychodzi.

– No dobra. – Margie wzdycha, klepie stertę jadłospisów stanowczym gestem i nalewa sobie do białego ceramicznego kubka firmowej kawy, która bynajmniej nie jest taka dobra.

– Mówię poważnie – dodaje Jess. – Chcesz wiedzieć dlaczego?

– I tak mi powiesz.

– Dlatego, że wszyscy mamy braki wynikające z nieprawidłowej relacji z ojcem. Zupełnie jakby to była jakaś reguła czy coś. Dziewczyny przynajmniej wiedzą, co to dobra zabawa. Ale faceci? Są zwyczajnie podli. – Z rozczarowaniem kręci głową. – Pieprzeni ojcowie, Margie. Wszystko, co złe, to przez nich…

Gwoli ścisłości, pierwsza trupa, z którą Jess się spiknęła po przyjeździe do LA, miała w nazwie słowo „ojciec”, choć stanęło na Tatusiowe Buty, po tym jak część członków zaprotestowała przeciwko Wszyscy Ojcowie to Skurwiele i reszta się zgodziła, że obciachowe buty to jedyne, co ich łączy. Zanim jednak Jess zdąży podzielić się z koleżanką tym faktem, jeden z gotów wychyla się jak peryskop ze skajowej loży numer osiem i rozgląda za obsługą. Jess szybko do niego podchodzi. Oczywiście ekipa prosi o kolejną dolewkę – kawy czarnej jak ich ubrania i zapewne dusze.

Gdy Jess wraca za kontuar, Margie wyciera ladę ścierką. Na którymś etapie swojej historii Poppy’s Diner był barem stylizowanym na lata pięćdziesiąte, z kosmicznym wyposażeniem. Wprawdzie jego chromowane powierzchnie już nigdy nie zalśnią ponownie, ale Margie je poleruje, jakby to się miało jednak stać.

– No więc – podejmuje Margie, jakby im w ogóle nie przerwano. – Powinnaś go dokądś zaprosić. Nie musisz… eee… od razu wymieniać z nim płynów ustrojowych. Przynajmniej jeszcze nie.

– Sama nie wiem – odpowiada Jess i odwraca się, żeby też nalać sobie kawy. – Minęło tyle czasu, że równie dobrze mogę nie mieć w tej sprawie nic do powiedzenia. Równie dobrze może po prostu do tego dojść.

– Tyle czasu – powtarza Margie i prycha. – Jesteś taka młoda. „Tyle czasu” w twoim wypadku to ile? Miesiąc?

Jess dokonuje obliczeń w myślach.

– Trzy miesiące i trzy tygodnie.

– Pfff. Wróć się poskarżyć, jak minie sześć lat.

– Sześć la…?! Margie!

– Tak, tak.

– Musimy ci coś zorganizować jeszcze dzisiaj. – Jess się rozgląda za odpowiednim kandydatem.

– Jedyne, na czym mi zależy, to żeby ktoś opłacił moje rachunki za ten miesiąc. Mam pięćdziesiąt osiem lat i jestem samotną matką, kochanie. Chcesz rozmawiać o chorobach wenerycznych? Dzieciak to jedyna choroba weneryczna, którą musisz wysłać na studia.

– Ej, ja wysłałam na studia swoją opryszczkę. Technicznie biorąc, pojechała razem ze mną, ale…

Margie znów uderza ją jadłospisem, na co Jess się szczerzy. Lubi prowokować koleżankę. Lubi koleżankę, kropka. Z całego personelu Poppy’s Diner tylko Margie jest gotowa wdawać się z nią w przepychanki słowne. Czasami Jess zastanawia się nawet, czy by nie zjawić się w jej domu z winem i/lub trawką, żeby mogły wyluzować i pośmiać się poza pracą. Wie, gdzie Margie mieszka – kilka tygodni temu, kiedy samochód koleżanki wylądował w warsztacie, przez parę dni z rzędu podwoziła ją pod same drzwi. Jak dotąd jednak nie zreali­zowała swoich planów. Podobnie jak wielu innych, które powzięła w życiu.

Mimo wszystko z Margie jest równa babka.

A co więcej ta rozmowa naprawdę podniosła Jess na duchu. Koleżeństwo. Rozrywka. Możliwość zapomnienia o białym szumie, od którego ostatnio pęka jej głowa.

Margie tego nie wie, ale jest dobry powód, dla którego Jess myśli o ojcach. Jej znalazł się martwy tydzień temu z okładem, a ona nadal nie ma pojęcia, co powinna w związku z tym czuć.

Pieprzeni ojcowie wszystko psują.

Nie zna wszystkich szczegółów – i nie skarży się na to – ale najwyraźniej w grę wchodzi żałosny koniec równie żałosnego życia.

Nie żył już od kilku dni, kiedy ktoś go znalazł hen w Pensylwanii, gdzie wiódł swoją spartańską samotną nędzną egzystencję. Nie stwierdzono udziału osób trzecich – jego ciało zwyczajnie się poddało po latach picia i zaniedbań. Zmarł w opuszczeniu, na co sobie zasłużył jak mało kto.

Zgodnie z procedurami sprawdzono nazwisko w aktach, co doprowadziło do kontaktu z najbliższymi krewnymi: z Jess i jej matką. Ponieważ żadna z nich nie miała ochoty zająć się pogrzebem, ciało pozostało w gestii państwa. Do tej pory z pewnością zamieniło się w ubitą ciasno zawartość urny, która spoczęła gdzieś w kwaterze cmentarnej dla ubogich.

Ot tak. Po prostu. Bez zbędnego zamieszania. Nara, Tommy Bailey, i krzyżyk na drogę; ledwie cię znałyśmy (co było twoim, kurwa, wyborem).

A jednak odkąd Jess usłyszała tę wiadomość, zmieniło się dla niej coś fundamentalnego. Jakby została rozdzielona na dwie osobne istoty.

Jest więc Zewnętrzna Jess, która żyje dalej i wciąż opowiada dowcipy, w żaden sposób niewzruszona śmiercią mężczyzny, który odkąd ukończyła szósty rok życia, równie dobrze mógłby być dawcą nasienia.

I jest Wewnętrzna Jess, która wszędzie go widzi. I stara się za wszelką cenę zobaczyć wszystko w jego kontekście.

Ciekawe, czy Tata też lubił te płatki?

Jakiej muzyki słuchał ostatnio?

Wkładał skarpetki, zanim włożył spodnie, czy na odwrót?

Czy kiedykolwiek o mnie myślał?

Wewnętrzna Jess ma pierdoloną obsesję.

Od czasu do czasu pojawia się także dodatkowa obecność. Nie do końca głos, bo nigdy się nie odzywa. Raczej uczucie. Przenikający do szpiku ból, który Jess pamięta z dnia, gdy po raz pierwszy usłyszała, że Tata odchodzi. I z późniejszych nielicznych mamrotanych rozmów telefonicznych, które trwały, dopóki się nie poddał. Nazwała tę obecność Małą Jess. I Mała Jess cierpi.

Niesłychanie ją to wkurza. Bo szczerze, jak on śmie wpychać się w jej życie po dwudziestu pięciu latach nieobecności? Sprawy przybrały tak zły obrót, że Jess ostatnio nie chce nawet rozmawiać z matką, co robiła codziennie, praktycznie odkąd pamięta. Żadna z nich nie miała problemu z niemówieniem o Tommym, a nawet z niemyśleniem o nim. Teraz Jess się wydaje, że prowadzą telekonferencję we trójkę.

Chce, żeby wszystko było znów normalnie. Żeby jej ojciec był tylko ideą, paroma skalanymi wspomnieniami, czymś, z czego mogłaby sobie żartować. Nie tą irytującą zagadką. Nie tym czymś, co uwiera ją z tyłu głowy.

Ktoś tutaj zawiązał za ciasno sznurówki Tatusiowych Butów, zauważa Wewnętrzna Jess.

Zewnętrzna Jess ukrywa swój grymas w kubku z najlepszą kawą w północnym Hollywood, po czym rozgląda się po lokalu w poszukiwaniu odmiany.

Moment później ją znajduje.

– Heloł! – Jess trąca koleżankę. – Chyba znalazłam kogoś, kto przerwie twoją złą passę. Ten tam Maynard ci pasi?

Obydwie wyciągają szyje ponad kontuarem, żeby lepiej się przyjrzeć tyczkowatemu oberwańcowi, który właśnie rozsiadł się z powrotem w loży numer piętnaście. Chociaż nie, „rozsiadł się” nie jest tutaj właściwym wyrażeniem. Po wyjściu z łazienki, rozkasłany i spocony, opadł na swoje siedzisko.

Jess nie ma pojęcia, czy facet w ogóle nazywa się Maynard. Skoro już mowa o stałych klientach Poppy’s Diner, każdy, kto wygląda, jakby lada dzień miał wylądować na ulicy, bez dachu nad głową, zyskuje od personelu tę ksywkę. „Tak jest od niepamiętnych czasów”, wyjaśniła Margie koleżance, która dopiero podjęła pracę. Nocami przewija się sporo Maynardów.

Ten konkretny wygląda okropnie. Może być w każdym wieku – od trzydziestki do dziewięćdziesiątki. Zaniedbanie i pech sprawiły, że ubranie wisi na nim jak na strachu na wróble. Drży na całym ciele, zza kołnierza na jego szyję wypełzają mokre krosty, które aż się proszą, żeby je drapać. Cerę ma jakimś cudem naraz czerwonawą i zielonkawą w nieudanym podobieństwie do bożonarodzeniowych ozdób, od których zbiera się tylko na mdłości. Obrazu dopełniają spierzchnięte, pokryte białym nalotem wargi.

Pomiędzy Jess i Margie zawisa niezadane pytanie: narkotyki… czy choroba?

Zniżając głos, Jess pyta koleżankę:

– Jak myślisz, co właśnie uczynił naszej łazience?

– Nic dobrego – odszeptuje Margie. – Ktoś chyba powinien pójść to sprawdzić.

Jess stęka.

– A jeśli tego nie zrobimy i zostawimy problem Rhondzie i Fredowi?

Niemożliwe. Margie nie musi nawet mówić, że jeśli Maynard zapaskudził łazienkę, muszą to wiedzieć natychmiast. Do następnej zmiany została ponad godzina, a poza tym Rhonda nigdy jeszcze nie przegapiła okazji, by donieść szefowi, że Jess i Margie nie dopilnowały i tak niskich standardów, jeśli chodzi o higienę w Poppy’s Diner. Pieprzona Rhonda.

– Coś ci powiem – zaczyna Margie. – Mogę posprzątać łazienkę…

– Bóg zapłać.

– …pod warunkiem, że wyprosisz Maynarda.

Jess posyła jej stalowe spojrzenie.

– Przecież wiesz, że nie cierpię tego robić.

– Decyzja należy do ciebie. – Margie wzrusza ramionami. – Wiesz co? Jeśli posprzątasz łazienkę, ja wyproszę Maynarda i wezmę na siebie resztę zmiany, żebyś mogła pójść wcześniej do domu.

– Serio?

Margie potakuje.

– Noc jest spokojna jak rzadko. A w tym konkretnym momencie moje plecy i kolana docenią, że nie będę musiała się schylać.

Jess się zastanawia. Po południu czeka ją przesłuchanie do roli. W reklamie, której rozpaczliwie potrzebuje, jeśli chce spełnić swoje marzenia o ubezpieczeniu zdrowotnym i opłaceniu czynszu w tym miesiącu. Dodatkowe pół godziny snu byłoby prawdziwym błogosławieństwem.

Poza tym czy nie szukała przed chwilą odmiany? Jeśli zostanie tu dłużej i pozwoli, by w jej głowie tłukło się bez końca: „ojciec, ojciec, ojciec”, z nudów wyjawi Margie, co się stało. To spowoduje, że koleżanka złoży jej kondolencje – a wtedy Jess chyba eksploduje.

– Ech, twarda z ciebie negocjatorka. Niech ci będzie.

3

Mogło być znacznie gorzej, myśli Jess, przyglądając się niezbyt grubej warstwie szarych wymiocin pokrywających sedes.

Któregoś razu jakiś klient napisał na ścianie palcem zanurzonym w kale:

TU BYŁOM. GUWNO.

Błędy gramatyczny i ortograficzny wyprowadziły Jess z równowagi w niemal równym stopniu jak środek wyrazu.

Trzeba było wtedy dwu osób do posprzątania tego bałaganu, ponieważ smród nie pozwalał przebywać w kabinie dłużej niż minutę.

Kiedy indziej ktoś napisał nad uchwytem papieru toaletowego – Jess mogła mieć tylko nadzieję, że czerwonym markerem:

NIKT NIE ZOSTANIE OSZCZĘDZONY, KIEDY…

Niedokończona myśl wywołała dreszcz na jej ciele i nie chciała dać jej spokoju jeszcze przez długie tygodnie po sprzątaniu. Kiedy co? Dlaczego grafficiarz nie dokończył zdania? Czyżby porwało go UFO albo coś?

Biorąc jednak pod uwagę, jak zapuszczonym przybytkiem był Poppy’s Diner, sprzątanie łazienki ograniczało się zazwyczaj do przejechania szczotką klozetową wewnątrz muszli, po tym jak najlepsza kawa w Hollywood usposobiła tego czy innego kierowcę ciężarówki artystycznie w stylu starego dobrego Jacksona Pollocka. I oczywiście nieśmiertelnego ścierania sików z deski, spłuczki i podłogi, gdyż mężczyznom najwyraźniej się wydaje, że mogą włączać tryb spryskiwacza, ilekroć wchodzą do kibla.

Na szczęście tego rodzaju wymiotne popisy należały do rzadkości.

„Na szczęście”. Akurat. Jakby praca tutaj była poza tym frajdą.

Oddychając przez usta, aby smród nie sprowokował u niej reakcji wymiotnej, Jess odstawia wiadro i gąbkę, po czym sięga po komórkę, by umilić sobie sprzątanie jakimś podcastem albo muzyką. Przypomina sobie jednak szybko, że jej telefon nadal ładuje się pod kontuarem.

Przeklina półgłosem.

Zastanawia się, czy by nie pójść po niego, lecz myśl, że będzie musiała tu wrócić i od nowa zmierzyć się z cuchnącą ekspozycją, jest ponad jej siły. Zresztą chyba nie powinna wystawiać komórki na działanie panujących tu wyziewów, które stanowią zagrożenie biologiczne. Gdyby miała telefon ze sobą, czułaby się w obowiązku wymoczyć go później w lizolu, i to porządnie.

– Bierzmy się do dzieła – stęka, po czym lekko fałszując, zaczyna śpiewać: – Make our own kind of music…

Nie przerywając, wsuwa dłonie w żółte gumowe rękawice, które sięgają jej do łokcia, i spłukuje to, co Maynard zdołał z siebie wyrzucić. (Wcześniej opuszcza klapę – robi to zawsze przy spłukiwaniu, odkąd przeczytała w sieci o chmurze patogenów).

Ponieważ musi zaczekać, aż słabe ciśnienie wody, jakie mają w całym lokalu, zdziała cuda, wstawia wiadro do umywalki i zaczyna je napełniać.

Odzywa się Wewnętrzna Jess.

Ciekawe, czy Tommy dużo rzygał przed śmiercią? Czy się bał? Czy w ogóle wiedział, co się z nim dzieje? Czy zdążył pomyśleć o córce?

Mała Jess daje o sobie znać w swojej kryjówce.

Zewnętrzna Jess nuci głośniej.

Gdy wiadro jest już pełne, odwraca się do zapaskudzonego sedesu i bierze się do pracy.

W połowie sprzątania Wewnętrzna Jess mówi coś, co sprawia, że Zewnętrzna Jess zamiera.

Dlaczego mnie nie chciał?

Jest to jak uderzenie pięścią w grdykę. Proste pytanie. W rzeczywistości niemal retoryczne. Z pewnością dla niej nienowe. A jednak tak ją przytłacza, że przez chwilę nie może oddychać. Pod jej powiekami pojawiają się łzy, które musi wchłonąć w głąb czaszki samą siłą woli.

– Hola – rzuca głosem zduszonym przez emocje. Szczerze zdziwiona reakcją własnego ciała. – No dobra. Nie… nie brnijmy w to teraz.

Ale Wewnętrzna Jess już czuje smak zwycięstwa. Jej następne pytania rozbiegają się jak dzieci wypuszczone ze szkoły. Dlaczego mnie nie chciał? Dlaczego nie został z nami? Dlaczego nigdy nawet nie zadzwonił? Dlaczego z taką łatwością odciął się ode mnie? Co takiego we mnie jest, że nawet rodzony ojciec nie był w stanie mnie pokochać? Musi być ze mną coś nie tak.

– Cóż! – odpowiada sobie Jess z nieszczerą wesołością. – Za późno, by go zapytać, więc równie dobrze mogę sobie odpuścić.

Łzy cisną się do oczu mocniej. W ustach pojawia się smak smutku, jakiego jeszcze nigdy nie czuła. Stara się otrzeć oczy w miarę czystym kawałkiem rękawic.

Dlaczego tak łatwo przyszło mu mnie zostawić?

– Dlatego, że był konkursowym dupkiem! – odpowiada sama sobie przez zaciśnięte zęby. – Oto dlaczego. Czemu ja się tym w ogóle przejmuję?

Ktoś, kto by podsłuchiwał pod drzwiami, mógłby pomyśleć, że zwariowała, skoro krzyczy sama na siebie w pustym pomieszczeniu. Ale Jess ma to gdzieś. Nie tak znów głęboko rozumie, że to jedno głupie pytanie stanowi najpodstępniejszy wyraz wszystkiego, z czym się mierzyła przez ostatni kłopotliwy tydzień żałoby.

Dlaczego mnie nie chciał?

Stara się prześledzić, skąd w ogóle to pytanie wzięło się w jej głowie, w nadziei że dzięki temu zdoła je z siebie wykorzenić.

Czyści ten kibel, rozmyślając o Arniem, jednym z improwizatorów. O tym, jak z pewnością by się śmiał, widząc ją przy tej pracy. I że gdyby miała przy sobie telefon, mogłaby mu wysłać selfika z podpisem: „Myślę o Tobie”. Na zdjęciu tuliłaby obrzyganą przez Maynarda muszlę. To znowuż sprawia, że zaczyna rozwodzić się w duchu nad Maynardami tego świata. I że jej ojciec sam na pewno też był Maynardem. Czy zatrudniła się tutaj dlatego, że podświadomie chciała obracać się wśród takich jak on? Obsługiwać ich? Sprzątać po nich? To by oznaczało…

– Bzdura – przerywa sobie na głos. – Dobrze wiem, dlaczego się tutaj zatrudniłam.

Dawno, dawno temu – mianowicie pół roku wcześniej – Jess pracowała w znacznie lepszej, czterogwiazdkowej restauracji w Venice, gdzie jednak któregoś dnia po zamknięciu kierownik złapał ją za cycek. Będąc wtedy akurat w wyjątkowo parszywym nastroju, raczej bezceremonialnie odrzuciła jego awanse, po czym sama się zwolniła. Kiedy – bardzo szybko – odkryła, że ma wilczy bilet we wszystkich cztero-, trzy-, a nawet dwugwiazdkowych restauracjach, mogła tylko sobie wyrzucać, że zareagowała z tak nietypową dla siebie gwałtownością.

Nie mając żadnych kwalifikacji do pracy biurowej czy w handlu, koniec końców złożyła podanie o posadę w Poppy’s Diner, co wynikało po trosze z desperacji, a po trosze z ironii, pomyślała bowiem, że byłoby zabawnie podawać do stołu w miejscu, gdzie sama nigdy by nie zjadła, lecz – jak często w życiu bywa na przełomie dwudziestki i trzydziestki – to, co miało być tylko przejściowe, przerodziło się w permanentne. Najważniejsze jednak, że nikt, kogo znała, nie miał szans pojawić się w lokalu, dzięki czemu przynajmniej o to nie musiała się martwić. Praca na drugiej zmianie oznaczała z kolei, że w ciągu dnia Jess mogła brać udział w przesłuchaniach do ról, jakkolwiek mało ich było ostatnimi czasy. Wszystko to były zasadne powody, dla których wylądowała w tej marnej jadłodajni, i żaden nie miał nic wspólnego z jej głupim nieobecnym ojcem.

– Widzicie? – rzuca do głosów we własnej głowie. – Sprawa zamknięta. Możecie przestać.

I pochyla się znów nad muszlą, śpiewając cicho, lecz z determinacją wciąż tę samą piosenkę, Make Your Own Kind of Music. Chyba nikt nigdy jeszcze nie wykonał równie gniewnej wersji Mamy Cass.

Mimo wszystko serce jej wali. Mała Jess się przebudziła. I cierpi.

Dlaczego tata mnie nie kochał? Co jest ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafiłam go przy nas zatrzymać?

Podobne pytania mogłaby zadawać o swoją karierę aktorską.

Przez moment się wydawało, że jej się uda. Kilka lat temu wystąpiła w pilocie serialu komediowego jednego z liczących się kanałów streamingowych w roli drugoplanowej, która nie tylko była dla niej idealna, ale też przyniosła jej rozkosznie zazdrosne zachwyty koleżanek po fachu. Niestety serial ostatecznie nie powstał, a przesłuchania do ról po prostu… wyschły. Swoje na pewno zrobiła tu pandemia i strajki. Przełom w karierze, na który Jess tak liczyła, nie nastąpił.

Sprawę dodatkowo pogarszało to, że jej znajomi jednak grali. Dlaczego nie ona? Czy popełniła jakiś błąd? Czemu wszystko tak nagle się skończyło? Błagała swojego agenta, żeby jej to wyjaśnił, ale on powiedział tylko: „Tak się zdarza. Musimy dalej próbować”. Po czym dodał jeszcze: „Przykro mi to mówić, ale… w niczym nie pomaga to, że nie jesteś ani Jennifer Lawrence, ani Melissą McCarthy. Może postarasz się zrzucić dziesięć kilogramów albo przybrać dwadzieścia pięć?”.

Przełknęła to wtedy z uśmiechem. Pełna zrozumienia. Jak zawsze. Chętna zadowolić wszystkich, chętna uniknąć konfliktu. Niemająca nic przeciwko, by uchodzić za łatwą – szczególnie w oczach mężczyzn, którzy coś mogą (incydent z kierownikiem Don Rąsią był tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę). Bo przecież z jakiego innego powodu ktokolwiek by ją chciał?

– Zamknij się! – Przysiada na piętach. Tłucze głowę przedramionami. – Zamknij się, zamknij się, zamknij się!

Jeśli ta durna autoanaliza się nie skończy, zaraz utopi się w sedesie, byle zaznać odrobiny ciszy i spokoju. Pieprzona żałoba. Głupia, nieprzewidywalna, nielogiczna i w ogóle niepomocna żałoba.

– Już nigdy nie zabiorę się do żadnej pracy bez włączonego podcastu. Nigdy.

Wewnętrzna Jess zmienia taktykę.

Chyba wszyscy wiemy, dlaczego nikt cię nie chce.

– Cudownie. – Gdyby mogła, gdyby nie miała dłoni ukrytych w zabrudzonych wymiocinami rękawiczkach, potarłaby skronie z frustracją.

Dlatego, że jesteś dokładnie taka jak on.

– Dobra. Jasne.

Był tchórzem. Wszystkiego się bał.

– Zupełnie jak ja? To chcesz powiedzieć?

Ratował się alkoholem i samotnością. Dla ciebie ratunkiem są dowcipy i wymówki. Czy to nie banał? Wkładasz Tatusiowe Buty i tańczysz całą noc.

Może to jednak nieprawda? Może nie jest kompletnym tchórzem? Może nie dlatego znajduje się teraz w tej łazience? Przecież zamierzała poczynić kroki przeciwko wyrywnemu kierownikowi restauracji. Zamierzała dotrzeć do innych kobiet, które napastował, i pociągnąć go do odpowiedzialności. Planowała krucjatę. Chciała sprawiedliwości. Poza tym, abstrahując od żarcików o chorobach wenerycznych, rzeczywiście pragnęła poznać kogoś i nawiązać z nim romantyczną relację.

Wewnętrzna Jess powtarza wcześniejsze słowa Margie:

O mój Boże, Jess, czego tak się boisz?

Na to nie wytrzymuje Zewnętrzna Jess.

– Pierdolić to! – Z furią, jak prawdziwa maniaczka, zabiera się znowu za szorowanie muszli. Chce mieć za sobą zarówno to zadanie, jak i tę rozmowę. – W niczym go nie przypominam. To tylko nadmierne uproszczenie psychoterapii dla ubogich. Naoglądałaś się za dużo Instagrama, stara. Jestem dobrym człowiekiem. Po prostu przechodzę trudniejszy okres. I jest mi przykro, że mój gówniany ojciec umarł. To wszystko. Nie musimy tego od razu wyolbrzymiać. Okej?

Żadnej odpowiedzi. Teraz to Zewnętrzna Jess dorwała się do mikrofonu. Zmienia pozycję, by sięgnąć do dalszych części sedesu, nie zdając sobie nawet sprawy, że to robi.

– Niepotrzebne mi te bzdury. Mam wystarczająco ciężko i bez nich. Nie prosiłam, żeby umarł. Nie prosiłam, żeby mnie zostawił. To nie ja odcięłam się od niego. Zasługiwałam na to, żeby mieć ojca. Zasługuję na sukces. Nie powinnam w ogóle pracować w tej norze! Nie powinnam musieć sprzątać rzygowin po włóczęgach za nędzne grosze! Życie jest na to za krótkie. Do diabła, mam trzydzieści jeden lat. Praca w takim miejscu nigdy nie była częścią mojego planu!

W tym momencie spływa na nią olśnienie.

– Rzucę to w cholerę! – oznajmia łazience. – Tak, rzucę to! Jutro przyjdę tu po raz ostatni. Zasługuję na coś lepszego. Rzucam to, kurwa, w diabły!

Naprawdę? – dopytuje Wewnętrzna Jess. Z nadzieją. Z powątpiewaniem.

– O tak, naprawdę! – odpowiada Zewnętrzna Jess. – I jeszcze pozwalniam obecnych agentów. Znajdę kogoś, kto we mnie wierzy. Bo mam, kurwa, talent i generalnie jestem cudowna. Zły okres się skończy, kiedy ja sprawię, żeby się skończył.

Postanowienia wylewają się z niej szybciej, niż jest w stanie je wypowiadać.

Przełknie dumę i pogodzona z tym, że potrzebuje pracy, by związać koniec z końcem, poprosi przyjaciół o radę, o polecenie.

Puści w skarpetkach przeklętego kierownika, który nie dość, że ją wymacał, to jeszcze rozesłał wici, by nikt sensowny jej nie zatrudnił.

A dzisiaj po południu błyśnie na przesłuchaniu do roli. I może później zadzwoni do Arniego z pytaniem, czy nie chciałby z nią czegoś stworzyć. Serialu internetowego, kanału na TikToku, czegoś produktywnego. Potem będą mogli przejść do reprodukcji. Ha. Obrzydliwość. Jess nie cierpi dzieci. Ale hej, kto to może wiedzieć? Arnie ma całuśne usta, niechlujną brodę i muskularne ramiona, których powinna się uwiesić. Życie potrafi się zmienić w okamgnieniu. Zwłaszcza gdy mu pomóc. Zwłaszcza jeśli człowiek się nie boi.

Ponury, lecz szczery uśmiech pojawia się na jej twarzy, kiedy sięga za muszlę, żeby doczyścić też kolanko z odpływem. To więcej, niż się od niej wymaga, ale pieprzyć to, ten jeden, ostatni raz przejdzie samą siebie. Mały kryzys łazienkowy wyszedł jej na dobre. Zelektryzował ją. Jak to często bywa pod koniec filmu, nasza dzielna bohaterka zdała sobie sprawę, czego jej trzeba, i postanowiła zacząć swoje życie na do…

Coś gryzie ją w palec, mocno. Uśmiech znika, zastąpiony przez grymas szoku.

Jess gwałtownie wyciąga rękę zza muszli i pada na tyłek. Co, do kurwy…?!

W pierwszej chwili myśli, że skaleczyła się o część armatury. Ale cokolwiek ją dziabnęło, było za chude, za kręte, żeby stanowić element sedesu.

Wąż? Jess gapi się w mroczne miejsce pomiędzy ścianą i ceramiką, czekając, aby się przekonać, czy coś zębatego i jadowitego wystrzeli z ciemności.

Gdy nic takiego się nie dzieje, przez moment się zastanawia, czy przypadkiem sobie wszystkiego nie wyobraziła. Ale wtedy dostrzega kropelkę krwi, która wydostaje się z dziurki na obleczonym w żółć palcu wskazującym. Ściąga rękawiczkę. W opuszce ma punktową rankę – właśnie wycieka z niej kolejna czerwona kropla przypominająca klejnocik.

Wolnym ruchem sięga za muszlę drugą dłonią, wciąż ubraną w rękawiczkę, w poszukiwaniu tego, co ją ugryzło.

Wie, co znajdzie, nawet przed tym, zanim jej palce to otulają. Ponieważ pamięta, jak wyglądał Maynard. Jaki był zielony.

Wydobywa przedmiot na światło dzienne.

To nie wąż.

Strzykawka.

Brudna, ewidentnie używana strzykawka.

– Ha! – rzuca Zewnętrzna Jess. – Szlag!

Cóż, odpowiada jej Wewnętrzna Jess. Chciałaś czegoś, co odwróci twoją uwagę.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji