48,99 zł
Popularność treści dotyczących zdrowia psychicznego w mediach społecznościowych doprowadziła do prawdziwej epidemii dezinformacji na ten temat.
Influencerzy i coache tworzą viralowe filmy, w których namawiają ludzi do zerwania kontaktów z problematycznymi rodzicami, osoby po rozwodzie z dumą ogłaszają na Instagramie, że w końcu uwolniły się od „narcystycznego” partnera, choć można odnieść wrażenie, że nie wiedzą, co to słowo znaczy, a nastolatki masowo dzielą się trudnościami wynikającymi z neuroróżnorodności zdiagnozowanej na podstawie trzydziestosekundowych rolek.
PsychoDEZinformacja powoduje, że zbyt często podejmujemy decyzje, które wywracają nasze życie do góry nogami, nadmiernie eksponujemy błahe problemy, a także trywializujemy poważne sprawy, kierując się fałszywymi przekonaniami, półprawdami i radami samozwańczych ekspertów.
W tej książce licencjonowany psychoterapeuta Joe Nucci rozprawia się z czterdziestoma najpopularniejszymi mitami na temat zdrowia psychicznego. Oto niektóre z nich:
• każdy doświadczył traumy i potrzebuje terapii,
• praktyka mindfulness jest dobra dla każdego,
• osoba, której trudno się skoncentrować, na pewno ma ADHD,
• ktoś, kto wyraża inne zdanie, stosuje gaslighting,
• trzeba zawsze polegać na swoich uczuciach.
Nucci, dzieląc się rzetelną wiedzą, doświadczeniem i inspirującymi historiami swoich klientów, zastępuje mity wyzwalającymi prawdami, dzięki którym rozpoznasz dezinformację i będziesz sobie lepiej radzić problemami związanymi ze zdrowiem psychicznym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 263
Data ważności licencji: 7/11/2030
Tytuł oryginału: Psychobabble: Viral Mental Health Myths & The Truths To Set You Free
Przekład: Renata Czernik Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redaktorka prowadząca: Dominika Kowalska Redakcja: Aleksandra Mikinka Korekta: Michał Pytlik Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska/KATAKANASTA Ilustracja na okładce: Freepik
Copyright © 2025 by Joseph Nucci Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-20-1 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tę książkę napisałem z miłością, ku pamięci mojego taty Josepha Anthony’ego Nucciego (1964–2005).
Dedykuję ją wszystkim, którzy noszą w sercu żałobę lub zmagają się z nieuniknionymi trudnościami życia. Nie jesteście sami.
Wstęp
Wieża psychobełkotu
To niezwykłe, jak prężnie rozwinęło się podejście do zdrowia psychicznego na przestrzeni ostatnich lat. Przestało być dla nas tematem tabu, przez co zaczęliśmy traktować je jako naturalny element ludzkiego życia, a rozmowy o nim stały się czymś zupełnie zwyczajnym. Jeszcze kilka dekad temu przyznanie się do zmagań z depresją, lękiem, zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi (OCD) czy jakimikolwiek innymi problemami psychicznymi mogło wiązać się ze znaczącymi społecznymi konsekwencjami. Osoby szukające pomocy terapeutycznej ryzykowały, że zostanie im przyklejona łatka „wariata” lub „psychola”; mogły być postrzegane jako „nienormalne”, a nawet jako niebezpieczne. Dziś natomiast dzielenie się własnymi zmaganiami psychicznymi postrzegane jest jako wyraz autentyczności i wewnętrznej siły.
W przeciwieństwie do wielu innych kontrowersyjnych tematów podejmowanych przez dzisiejsze społeczeństwo, zdrowie psychiczne wydaje się całkowicie wymykać wszelkim zakazom i ograniczeniom. Otwarcie dyskutuje się o nim przy stole, w biurach, na ekranach kin i w audycjach internetowych. W mediach społecznościowych celebryci, politycy, zawodowi sportowcy, a także rzesze zwykłych ludzi swobodnie dzielą się szczegółami dotyczącymi swojego zdrowia psychicznego i robią to publicznie, bez lęku przed społeczną oceną. Co więcej, zdarza się, że zyskują na tym wizerunkowo, bo dziś mówienie szczerze o psychice się opłaca. Influencerzy zdrowia psychicznego mają olbrzymie grono obserwatorów, zarabiają, podpisują kontrakty wydawnicze i dzielą się swoją wiedzą z milionami ludzi. Jeff Guenther, znany w mediach społecznościowych jako @therapyjeff, przyznał w jednym z wywiadów, że w ciągu roku zarobił prawie milion dolarów dzięki sprzedaży produktów, współpracy z markami i subskrypcjom1. Powiedział: „Jeśli mam być szczery, to propozycję wydania swojej książki otrzymałem częściowo dzięki zasięgom w mediach społecznościowych”.
Wciąż jednak istnieją kultury i subkultury, w których rozmowy o zdrowiu psychicznym w zasadzie nie mają miejsca albo temat ten traktowany jest jako sprawa zbyt osobista, by poruszać go publicznie. Tymczasem w krajach zachodnich mówi się o zdrowiu psychicznym tak często i tak otwarcie, że można już mówić wręcz o „kulturze zdrowia psychicznego”. Najprościej ujmując, kulturę zdrowia psychicznego tworzą ci, którzy publicznie zabierają głos na jego temat, wpływając na to, w co wierzy społeczeństwo, jakie wyznaje wartości, jak postępuje i jak mówi o psychice.
Choć o zdrowiu psychicznym mówi dziś niemal każdy, nie wszyscy mają do tego odpowiednie przygotowanie. Zdarza się, że twórcami takich treści są osoby z właściwymi kwalifikacjami: wykładowcy, terapeuci czy specjaliści z doświadczeniem klinicznym, do których sam należę; jak wielu twórców prowadzę terapię i wspieram osoby zmagające się z trudnościami psychicznymi. Coraz częściej jednak największą popularność w internecie zyskują treści tworzone przez entuzjastów zdrowia psychicznego, czyli osoby, które z pasją mówią o terapii, dzielą się własnymi przeżyciami, trudnościami i refleksjami związanymi z psychiką, ale nie mają formalnych kwalifikacji, wykształcenia ani praktyki klinicznej. I w tym właśnie tkwi poważny problem.
Wielu specjalistów w dziedzinie psychologii pracowało niestrudzenie przez lata, by zetrzeć z tematu zdrowia psychicznego piętno tabu. Dziś już nie tylko zniknęła stygmatyzacja, ale temat ten stał się wszechobecny w przestrzeni publicznej. Choć ta zmiana niewątpliwie przyniosła pewne korzyści, ma też swoje negatywne konsekwencje. Upowszechnienie języka terapeutycznego doprowadziło do tego, że zabiera głos coraz więcej samozwańczych ekspertów, często bez wiedzy i doświadczenia, nierzadko błędnie używając psychologicznej terminologii, świadomie lub nie. W rezultacie szerzą oni dezinformację i, co gorsza, często wyrządzają ludziom krzywdę.
W obliczu gwałtownego, zaskakującego i potencjalnie niebezpiecznego wzrostu popularności kultury zdrowia psychicznego nadszedł czas, aby zastanowić się, jak kształtujemy narrację wokół tego tematu. Musimy oddzielić fakty od mitów i obiegowych historyjek, ale problem nie sprowadza się tylko do błędnych przekonań i niedomówień, ale również do tego, jak mówimy o zdrowiu psychicznym i jak upraszczamy zjawiska, które są bardzo złożone. Dlatego też istotne jest przyjrzenie się pojęciom, które nagle zaczęły pojawiać się w debacie publicznej i jasne określenie, co one naprawdę znaczą. Należy również omówić potencjalnie szkodliwe skutki nadużywanych pojęć i innych form psychologicznej dezinformacji. Niezaprzeczalnym faktem jest, że to, co dziś próbujemy uporządkować i zrozumieć, już dawno temu powinno zostać jasno nazwane i omówione.
Znaczna część najpopularniejszych treści o zdrowiu psychicznym krążących dziś po internecie, szczególnie mediach społecznościowych, wpisuje się w zjawisko znane jako „psychobełkot” (ang. psychobabble). To efektowne określenie odnosi się do wypowiedzi osób, które posługują się językiem psychologicznym, by stworzyć pozory autorytetu, prawdomówności i wiarygodności. Człon psycho- wywodzi się z łacińskiego psyche, oznaczającego „ducha” lub „umysł”. Z kolei babble, czyli bełkot, pochodzi od średniowiecznego słowa babeln, które oznaczało „mamrotać, mówić niewyraźnie, jak dziecko”. Psychobełkot to zazwyczaj efekt działalności influencerów bez odpowiednich kwalifikacji, którzy (nad)używają języka terapeutycznego i terminologii ze świata zdrowia psychicznego.
Słowo babble to również gra słów nawiązująca do biblijnej opowieści o wieży Babel, chociaż między tymi dwoma terminami nie ma formalnego powiązania. Historia ta jest najbardziej znana z Księgi Rodzaju w Biblii hebrajskiej, ale jej echa odnaleźć można w mitologiach i tradycjach wielu innych kultur: sumeryjskiej, asyryjskiej, greckiej, rzymskiej, afrykańskiej czy meksykańskiej. Można więc uznać ją za mit uniwersalny, czyli opowieść kulturową, która przekracza granice epok i cywilizacji.
Chociaż istnieje wiele wersji i interpretacji tej historii, najczęściej przyjmuje ona następującą treść:
Mieszkańcy całej ziemi mówili tym samym językiem, używali tych samych słów i doskonale się rozumieli. Wtedy ludzie, kierowani pychą, postanowili wznieść wieżę sięgającą nieba. Bóg, widząc ich zamiary, sprawił, że zaczęli mówić różnymi językami, przez co nie mogli się porozumieć ani kontynuować budowy. Niedokończona konstrukcja stała się znana jako Wieża Babel.
Choć mity i przypowieści nie zawsze są zgodne z faktami historycznymi, często wartość poznawczą, uczą czegoś istotnego o rzeczywistości. Zatem jaką lekcję niesie dla nas przypowieść o Wieży Babel? Przede wszystkim przestrzega przed pychą; przypomina, że jako ludzie nigdy nie sięgniemy nieba, bo jesteśmy – i zawsze będziemy – tylko śmiertelnikami.
Ta lekcja szczególnie trafia do tych z nas, którzy pracują w obszarze zdrowia psychicznego. Nie istnieje żadna forma terapii, która mogłaby całkowicie usunąć bolesne doświadczenia z życia, bo każda ma swoje ograniczenia. Żaden terapeuta, żadne leki, żadne pojęcie ani modne hasło nie zdołają całkowicie uśmierzyć ludzkiego cierpienia czy w pełni wyjaśnić złożoności ludzkiego losu. Choć niektóre tradycyjne interpretacje przypowieści o Wieży Babel zakładają, że Bóg przerwał budowę wieży, by ukarać ludzi za ich pychę, nie jestem tego taki pewien. Być może jego motywacją była miłość. W końcu mówi się, że dobrymi chęciami piekło wybrukowane; czasem trzeba powstrzymać ludzi, nawet jeśli kierują się dobrymi intencjami, by nie zrobili krzywdy sobie ani innym. Być może w tej opowieści Bóg próbował uchronić ludzi przed cierpieniem, którego jeszcze nie byli świadomi.
Mit Wieży Babel uczy również, jak istotne jest wspólne zrozumienie i jasna komunikacja, kiedy stajemy przed poważnym zadaniem. Niezależnie od tego, czy budujemy wieżę do nieba, czy kulturę zdrowia psychicznego, warto mówić wspólnym językiem. Potrzebujemy spójnego słownictwa, opartego na ogólnie przyjętych definicjach, oraz pojęć, których znaczenie jest jasno rozumiane przez ogół społeczeństwa. Jeśli na przykład słowo „trauma” zaczyna być używane zbyt często na opisanie bardzo różnych doświadczeń (co dziś zdarza się nagminnie), ta nieprecyzyjność wpływa w konsekwencji na inne zjawiska, od terapii indywidualnej po sposób prowadzenia i interpretowania badań nad traumą. Kiedy definicja zaburzeń psychicznych zostaje rozszerzona do tego stopnia, że obejmuje niemal każdy trudny aspekt ludzkiego istnienia, jak ma to miejsce obecnie, samo pojęcie zdrowia psychicznego zaczyna tracić sens. Bo jeśli wszystko jest problemem psychicznym, to nic nim nie jest. Słowa są ważne, bo ich znaczenie ma realne konsekwencje.
Kultura zdrowia psychicznego to konstrukcja, którą naprawdę warto budować wspólnie. Na terapię powinno uczęszczać więcej osób niż obecnie. Problemy natury psychicznej szkodzą nie tylko jednostkom, ale i całemu społeczeństwu. Zaniedbane leczenie zaburzeń psychicznych kosztuje amerykańską gospodarkę ponad 280 miliardów dolarów rocznie2. Według Departamentu Sprawiedliwości USA, około 50% osadzonych w więzieniach i aresztach cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne3. Wciąż jesteśmy dalecy od rzeczywistości, w której każda potrzebująca tego osoba otrzymałaby właściwe wsparcie psychiczne.
Moim zdaniem wszelki postęp zaczyna się od zmiany kultury. Każdy systemowy rozwój w obszarze zdrowia psychicznego zależy od tego, jak o nim mówimy. Jeśli terapeuci, badacze, pisarze, twórcy internetowi i wszyscy ci, którzy współtworzą kulturę zdrowia psychicznego, nie zaczną mówić jednym językiem, nigdy nie uda nam się stworzyć spójnego i skutecznego systemu. Brak wspólnego języka sprawi, że podobnie jak ludzie, którzy próbowali zbudować Wieżę Babel, utkniemy w połowie drogi i nie ukończymy tego, co wspólnie zaczęliśmy. Co gorsza, wiele osób nadal będzie trafiać w internecie na mity i kłamstwa, co może prowadzić do podejmowania błędnych, a nawet szkodliwych decyzji dotyczących zdrowia i życia.
Napisałem Psychobełkot, aby pomóc rozpoznawać najczęstsze mity na temat zdrowia psychicznego, które krążą w internecie i mediach społecznościowych, oraz by zastąpić je rzetelną wiedzą, która pozwoli czytelnikowi podejmować świadome decyzje dotyczące zdrowia psychicznego i komfortu życia. Zamiast ograniczać się do przytaczania faktów, opowiem o problemach psychicznych, z jakimi spotkałem się w swojej praktyce terapeutycznej, by na ich przykładzie przedstawić najistotniejsze kwestie dotyczące psychologii i leczenia zaburzeń psychicznych. Choć każda z tych historii oparta jest na prawdziwym doświadczeniu, celowo zmieniłem szczegóły pozwalające zidentyfikować pacjentów, by chronić ich prywatność. Ukrywając te dane, starałem się jednocześnie zachować sedno ich przeżyć – to, co w nich najbardziej istotne i prawdziwe w kontekście terapii i zdrowia psychicznego. Jak powiedział Albert Camus: „Fikcja to kłamstwo, za pomocą którego mówimy prawdę”. Jeśli odnajdziesz w tych historiach coś znajomego – coś, co przypomina ci twoje własne doświadczenia, wiedz, że rozumiem twoje emocje i że nie jesteś jedyną osobą o podobnych zmaganiach. Chcę cię zapewnić, że twoje przeżycia są bardzo ludzkie, wspólne dla nas wszystkich. Właśnie ta wspólnota doświadczenia sprawia, że czujemy się połączeni ze światem i innymi ludźmi. W gruncie rzeczy na tym polega sens kultury zdrowia psychicznego: dawać poczucie, że nie jesteśmy sami. Zdrowie psychiczne to większa świadomość siebie, lepsze zrozumienie swojego życia, relacji i świata wewnętrznego. Gdy jednak nadużywa się języka terapii lub rozpowszechnia się błędne informacje, efekt może być odwrotny: możemy czuć się jeszcze bardziej zagubieni, wyalienowani i niezrozumiani.
Celem tej książki nie jest stworzenie świata, w którym wszyscy – terapeuci i pacjenci – zgadzają się co do każdego zagadnienia związanego ze zdrowiem psychicznym. Taka jednomyślność jest po prostu niemożliwa. Nawet doświadczeni specjaliści, tacy jak ja, nie zawsze są zgodni co do tego, jak naprawdę powinna wyglądać rzetelna i skuteczna pomoc psychologiczna. W dziedzinie zdrowia psychicznego, podczas nieustannych rozmów między specjalistami, cały czas uczymy się czegoś nowego; to oczywiste, że pojawiają się między nami filozoficzne rozbieżności. To właśnie one napędzają dyskusje, które zbliżają nas do prawdy. Moje cele są bardziej przyziemne – zależy mi na tym, by rozprawić się z popularnymi mitami, wskazać najgroźniejsze formy dezinformacji i doprecyzować, jak właściwie należy rozumieć pewne nadużywane pojęcia. Tam, gdzie możliwe są różne podejścia filozoficzne, postaram się je przedstawić, pokazując zarówno ich zalety, jak i ograniczenia. Dzięki temu, niezależnie od twojego doświadczenia czy wiedzy, łatwiej odnajdziesz się w gąszczu psychobełkotu, na który możesz się natknąć na twojej drodze do zdrowia psychicznego.
Cieszę się, że żyjemy w czasach, w których zdrowie psychiczne przestaje być tematem tabu. Mam nadzieję, że uda nam się wspólnie stworzyć świat, w którym zaburzenia psychiczne, jak choćby zespół stresu pourazowego, będą postrzegane na równi z innymi problemami zdrowotnymi, na przykład cukrzycą; świat, w którym umiejętność regulowania emocji będzie ceniona tak samo jak zastrzyk z insuliną. Jednak proces normalizacji zdrowia psychicznego nie może się odbywać bez edukacji i odpowiedzialności. A ten wysiłek zaczyna się właśnie tutaj, właśnie teraz, od refleksji nad tym, w jaki sposób wszyscy rozmawiamy o zdrowiu psychicznym.
Część I
Freudowskie fantazje – mity o zdrowiu psychicznym i psychologii
W swojej książce I Like You Just the Way I Am (Lubię cię takim, jakim jestem) Jenny Mollen pisze: „Są dwa typy ludzi na świecie: ci, którzy uważają, że każdy potrzebuje terapii, i ci, którzy nigdy na niej nie byli”4. Nawet pobieżny przegląd internetu i mediów społecznościowych wystarczy, by zauważyć, że Mollen może mieć rację.
Przekonanie, że każdy powinien mieć terapeutę, z którym regularnie się spotyka, zwykle wynika z dobrych intencji. Jako licencjonowany psychoterapeuta często pracuję z osobami, które trafiają na terapię po raz pierwszy. Mam wtedy okazję zobaczyć w ich spojrzeniu błysk ekscytacji na myśl o nowym poziomie samoświadomości, który odkrywają dzięki pracy nad sobą. Nic dziwnego, że potem chcą tego samego dla wszystkich. Niestety, przekonanie, że dosłownie każdy potrzebuje psychoterapii, przy głębszej analizie okazuje się zbytnim uproszczeniem. To nie jest takie proste. Oczywiście niemal każdy może odnieść korzyść z terapii, o ile prowadzi ją kompetentny i etyczny specjalista, ale prawdą jest także to, że nie każdy naprawdę tego potrzebuje.
Do takiego wniosku doszedłem już pierwszego dnia mojego stażu podczas studiów przygotowujących do zawodu psychoterapeuty. Na początku pracy z pacjentami pod nadzorem klinicznym zazwyczaj powierza się praktykantowi jednego lub dwóch podopiecznych, aby mógł spokojnie nabrać doświadczenia i pewności siebie. Moja pierwsza pacjentka, Abby, nie wykazywała żadnych wyraźnych oznak problemów psychicznych. Zgłosiła się na terapię z ciekawości. Zastanawiała się, czy jej niepokój nie ma podłoża lękowego. Pracowaliśmy razem przez około rok i był to naprawdę owocny czas. Pod koniec terapii Abby była bardziej samoświadoma, mniej spięta i lepiej odnajdowała się w swoim życiu. Warto jednak podkreślić coś istotnego: Abby poradziłaby sobie doskonale nawet bez terapii. Była bystra oraz emocjonalnie dojrzała i jestem pewien, że potrafiłaby uporać się ze swoimi trudnościami bez mojej pomocy. Nasza wspólna praca prawdopodobnie przyspieszyła ten proces, ale warto pamiętać, że czym innym jest potrzeba, a czym innym korzyść.
Dla kontrastu Bill, mój drugi pacjent, zjawił się z całą listą diagnoz wpisanych w formularzu przyjęcia. Spóźnił się na pierwszą sesję o całą godzinę, a spotkania trwały tylko 45 minut, więc jego wizyta przepadła. A jednak wyraźnie było widać, że rozpaczliwie potrzebował wsparcia. Na kolejne spotkanie przyszedł na czas, ale był roztrzęsiony i rozregulowany emocjonalnie, więc trudno mu było ująć swoje przeżycia w słowa. Pracowałem z nim ponad rok. Przez ten czas odkryliśmy, że wcześniejsza diagnoza choroby afektywnej dwubiegunowej (postawiona przez innego specjalistę) prawdopodobnie była błędna. W rzeczywistości miał poważne ADHD oraz doświadczenie traumy. Skierowałem go do psychiatry, który dostosował leczenie farmakologiczne. Bill przeszedł także terapię traumy, dzięki czemu jego objawy wyraźnie osłabły. Gdy mój staż dobiegł końca, przekazałem go innemu terapeucie, by mógł kontynuować leczenie. Nie sądzę, by Bill mógł poradzić sobie bez profesjonalnej pomocy, w przeciwieństwie do Abby. Te dwie krótkie historie pacjentów ukazują istotny fakt dotyczący zawodu psychoterapeuty: właśnie przez takie niuanse trudno jest odróżnić rzetelne informacje o zdrowiu psychicznym od tych wprowadzających w błąd. Bill i Abby oboje skorzystali z terapii, ale moim zdaniem tylko jedno z nich naprawdę jej potrzebowało.
Niektórzy terapeuci mogą się ze mną nie zgodzić i twierdzić, że terapia jest potrzebna każdemu. Warto pamiętać, że to przekonanie bywa wzmacniane przez czynniki finansowe – w końcu terapeuci utrzymują się właśnie z oferowania swoich usług. Mimo to wielu innych specjalistów myśli podobnie jak ja, choć część z nich nie mówi o tym głośno, obawiając się, że mogliby zniechęcić kogoś, kto naprawdę potrzebuje wsparcia. Sam, pisząc te słowa, odczuwam podobny niepokój.
Dyskusja wykracza jednak daleko poza samą kwestię zachęcania ludzi do szukania pomocy. Niektórzy psychoterapeuci uważają, że problemy psychiczne najlepiej opisywać w kategoriach choroby. Jest to podejście, które wyrasta z medykalizacji codziennego życia, czyli skłonności do traktowania trudnych emocji i doświadczeń jak objawów wymagających diagnozy i leczenia. Inni specjaliści twierdzą z kolei, że problemy natury psychicznej są zbyt powszechne i zbyt zróżnicowane, by uznawać je za jednostki chorobowe. Część terapeutów jest zdania, że „prawdziwe” zaburzenia psychiczne zdarzają się rzadko, dlatego unikają stawiania diagnoz, kiedy tylko mogą. Dla tych klinicystów ludzie nie potrzebują „leczenia choroby”, lecz wsparcia w radzeniu sobie ze zwykłymi trudami życia. Ich zdaniem za wieloma diagnozami kryją się tak naprawdę nie zaburzenia czy choroby, lecz normalne reakcje na życiowe wyzwania, a terapia może przynieść korzyść wszystkim, także tym, którzy nie spełniają żadnych kryteriów diagnostycznych. Wielu ludzi może skłaniać się ku jednej lub drugiej stronie tej debaty, ale to nie znaczy, że któraś z nich ma całkowitą rację.
Uważam, że obie te perspektywy mają sens. Choroby psychiczne naprawdę istnieją – wiem to, bo leczyłem z nich wielu pacjentów. Z drugiej strony rozumiem też, że lęk, depresja, OCD, zespół stresu pourazowego (PTSD) i inne zaburzenia psychiczne często bywają naturalną reakcją na życiowe trudności, które prędzej czy później dotykają każdego z nas. Innymi słowy: układ nerwowy każdego człowieka może reagować w sposób spełniający kryteria diagnozy. Jeśli tracisz pracę i bankrutujesz, to całkiem zrozumiałe, że możesz czuć głęboki smutek albo lęk. To, czy w danym momencie potrzebujesz terapii, zależy od wielu czynników, między innymi od intensywności objawów i długości czasu, w którym występują.
Historie Abby i Billa pokazują, że nie ma jednego, uniwersalnego podejścia – każdy pacjent wymaga innego rodzaju wsparcia. Wahałem się, czy zdiagnozować u Abby zaburzenia lękowe, ponieważ – mimo że wydawała się nerwowa i niepewna siebie – jej wewnętrzne przeżycia nie wskazywały na zakłócenia w codziennym funkcjonowaniu. Innymi słowy, nie spełniała kryteriów diagnozy. Jej terapia nie wymagała więc medykalizowania tych przeżyć. Z kolei w przypadku Billa posługiwanie się językiem diagnozy było konieczne, ponieważ przyjmował już leki przepisane na podstawie wcześniejszego rozpoznania. Duża część pracy terapeutycznej polegała na ponownej ocenie tych etykiet i odnalezieniu właściwych. (Do tematu diagnozowania wrócę jeszcze w dalszej części książki. Dobrze postawiona diagnoza potrafi być źródłem ogromnej ulgi).
Kiedy słyszę, że terapia rzekomo jest potrzebna każdemu, obawiam się, że takie przekonanie odciąga ograniczone zasoby opieki psychicznej od osób naprawdę potrzebujących, takich jak Bill, na rzecz tych, których po prostu stać na drogiego terapeutę. Nie ma w tym nic niemoralnego ani nieetycznego, że ktoś korzysta z terapii, nawet jeśli nie ma wyraźnej potrzeby. Problem w tym, że być może nie mamy wystarczającej liczby specjalistów, by zapewnić pomoc wszystkim, a to sprawia, że opieka psychiczna staje się coraz mniej dostępna dla tych, którzy najbardziej jej potrzebują. Jeśli dostępność jest ograniczona, to czy zasoby powinny trafiać do najbogatszych? Jak to świadczy o naszej kulturze i o naszym podejściu do życia, skoro jedyną uznawaną metodą rozwiązywania codziennych trudności ma być rozmowa z psychoterapeutą? Czy nie możemy sięgać po inne formy wsparcia, jak na przykład coaching, w radzeniu sobie z wieloma problemami? Czy nie powinniśmy móc liczyć na pewien poziom wsparcia ze strony bliskich?
Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę potrzebujesz terapii, najlepiej porozmawiaj z wykwalifikowanym specjalistą. Możesz zapytać go, jak definiuje zaburzenia psychiczne i co jego zdaniem oznacza, że ktoś nie potrzebuje terapii. Nie pozwól, by samo przypuszczenie, że być może nie musisz iść na terapię, powstrzymało cię przed skorzystaniem z niej. Warto też pamiętać, że wiele osób, które naprawdę potrzebują terapii, unika jej z obawy przed tym, czego mogliby się dowiedzieć o sobie.
Mit 1: „Każdy powinien chodzić na terapię” – trzy fakty do zapamiętania
Choć każdy może odnieśćkorzyści z terapii, nie każdy jej potrzebuje.Terapia może pomóc w codziennych trudnościach tak samo jak w zmaganiach z zaburzeniami psychicznymi.Pamiętaj, że istnieją również inne sposoby radzenia sobie z życiowymi problemami.Już podczas pierwszej sesji z Carą dało się zauważyć, że ma za sobą wcześniejsze doświadczenia terapeutyczne, gdyż swobodnie posługiwała się żargonem psychologicznym i z dużą łatwością nazywała swoje emocje. Potrafiła jasno wyjaśnić, jak jej dzieciństwo wpłynęło na to, kim się stała jako osoba dorosła. Przez dwadzieścia minut mogła bez przerwy opowiadać o swoim świecie wewnętrznym, chyba że wtrąciłem coś od siebie. Mimo tak dużej samoświadomości wciąż miała trudności z codziennym funkcjonowaniem. Nie potrafiła utrzymać pracy. Mieszkała z rodziną, od której była zależna. Często płakała i miała kłopoty w relacjach z przyjaciółmi, współpracownikami, partnerami i innymi ludźmi. Przed spotkaniem ze mną już przez wiele lat chodziła na terapię. Z tego, co zrozumiałem, jej poprzedni terapeuta stosował głównie podejście analityczne. Pomógł jej wydobyć na światło dzienne kilka wypartych wspomnień dotyczących dziecięcych traum – wydarzeń, których wcześniej nie była świadoma.
Cara znacznie różniła się od innego pacjenta, Daniela. Kiedy przyszedł na terapię, był powściągliwy i niechętny, by odsłonić, co naprawdę się dzieje w jego wnętrzu. Już na pierwszym spotkaniu zapytał, w jakich dokładnie sytuacjach terapeuta ma obowiązek złamać zasadę poufności, którą zazwyczaj łamie się wtedy, gdy istnieje ryzyko, że ktoś skrzywdzi siebie albo innych. To wzbudziło moje podejrzenia, że Daniel może mieć myśli samobójcze. Po kilku sesjach zaczął się przede mną otwierać. Dorastał w rodzinie kucharzy, a choć sam nie poszedł tą drogą zawodową, gotowanie było dla niego naturalnym sposobem okazywania bliskim miłości. Ostatnio zmagał się jednak z niepokojącymi myślami. Opowiedział mi o wieczorze, gdy kroił warzywa i nagle pojawiła się w jego głowie przerażająca myśl: „A co, jeśli użyję tego noża, żeby pociąć nim któreś z moich dzieci?”. Daniel był zszokowany. Gdy zapytałem, jak się czuł, mając takie myśli, i czy rozważał, by wcielić je w czyn, zapewnił mnie wielokrotnie, że nigdy nikogo by nie skrzywdził, a tym bardziej własnych dzieci. Mimo to było mu niedobrze na samą myśl, że coś takiego pojawiło się w jego głowie.
Pogląd, że myśli mają ukryte znaczenie, pochodzi z teorii Freuda. Sigmund Freud, znany jako ojciec psychoanalizy, postrzegał umysł jako dynamiczne współdziałanie świadomości i podświadomości. Mówiąc najprościej: świadomość to wszystkie części nas, z których zdajemy sobie sprawę, natomiast podświadomość obejmuje wszystkie te części, z których sobie sprawy nie zdajemy. Umysł tworzy mechanizmy obronne (czasem nazywane procesami obronnymi), aby uchronić świadomość przed bolesnymi przeżyciami, myślami i wspomnieniami, ukrytymi w podświadomości. Mogą to być emocje, przekonania, wspomnienia, popędy lub inne treści, które wolimy trzymać poza świadomym doświadczeniem. W tradycyjnej psychoanalizie rolą terapeuty jest pomóc pacjentowi uświadomić sobie to, co zostało zepchnięte do podświadomości. Często przynosi to ulgę w doświadczanych objawach.
W przypadku Cary okazało się, że mimo przejścia przez wiele etapów psychoanalizy nie odczuwała poprawy. Co więcej, wydawało się, że jej „odzyskane wspomnienia” pogłębiają jej cierpienie. Przyjrzyjmy się teraz przypadkowi Daniela. Czy gdybyś był jego terapeutą, sprawdziłbyś, czy jego myśli o kuchennym nożu mogą mieć związek z jakimiś treściami ukrytymi w podświadomości? Czy twoim zdaniem m skorzystałby na tym terapeutycznie, gdyby dopuścił do siebie myśl, że gdzieś głęboko nosi w sobie nieuświadomione pragnienie skrzywdzenia własnych dzieci, nawet jeśli sam ten pomysł budzi w nim wstyd i odrazę? Warto zaznaczyć, że temat wypartych wspomnień budzi kontrowersje. Niektórzy uważają je za oczywisty fakt, podczas gdy inni twierdzą, że dowody na ich istnienie są dalece niewystarczające.
Nie istnieje tylko jeden sposób rozumienia umysłu. Freudowska perspektywa to tylko jedna z wielu. W latach 60. XX wieku inny psychoterapeuta Aaron Beck zauważył, że tradycyjna psychoanaliza nie pomaga jego pacjentom. Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście każda myśl wypływa z nieświadomości. Coraz bardziej skłaniał się ku przekonaniu, że zamiast analizować myśli w poszukiwaniu ukrytych treści, lepiej uczyć pacjentów, jak patrzeć na nie z dystansem i poddawać je krytycznej ocenie. Beck wprowadził pojęcie „myśli automatycznych”, z których niektóre są zupełnie przypadkowe, inne natomiast uporczywe, negatywne i wynikające z nieracjonalnych przekonań. Beck uważał, że refleksja nad własnymi myślami może przynieść ulgę w objawach, jeśli pacjenci nauczą się je świadomie rozpoznawać i lepiej rozumieć.
W przypadku Daniela skonsultowałem się z kilkoma kolegami po fachu i wspólnie uznaliśmy, że nie stanowi on zagrożenia ani dla swoich dzieci, ani dla nikogo innego. Postanowiłem więc wyjaśnić mu, że niektóre myśli, nawet te najbardziej niepokojące, mogą pojawiać się zupełnie przypadkowo i wcale nie muszą mieć głębszego znaczenia. W języku psychoterapii określa się je mianem „natrętnych”. Do najczęściej występujących natrętnych myśli należy irracjonalny lęk, że ktoś mógłby mieć skłonności pedofilskie. Sama obecność takiej obawy nie oznacza, że dana osoba rzeczywiście odczuwa pociąg do nieletnich. Każdemu zdarzają się przypadkowe myśli, od negatywnych po zabawne, od dziwacznych po zupełnie zwyczajne. To nie znaczy, że wywołany przez nie emocjonalny dyskomfort zawsze wymaga wsparcia specjalisty. Istotą skutecznego podejścia terapeutycznego jest odróżnienie myśli, które warto zgłębić, od tych, które nie wymagają większej uwagi. Gdybym w pracy z Danielem obrał bardziej analityczne podejście, nie jestem pewien, czy przyniosłoby to pozytywny efekt.
Mimo że Cara przez wiele godzin analizowała własne myśli i szukała rozwiązań w podświadomości, wcale nie czuła się lepiej. Co więcej, z jej relacji wynikało, że objawy nasiliły się w trakcie wcześniejszej terapii. Zamiast więc kontynuować kolejne analizy, zasugerowałem, byśmy przestali wracać do przeszłości. Powiedziałem, że dzięki dotychczasowej pracy zyskała już świadomość, jak przeszłość wpływa na jej obecne życie, i że teraz możemy skupić się na tym, co pomoże jej iść dalej. Zaczęliśmy więc ćwiczyć nowe umiejętności i rozważać inne sposoby radzenia sobie z codziennością niż te, które praktykowała przez ostatnie lata. Ustaliliśmy wspólnie, co ma dla niej sens, polegając na jasno określonych celach terapeutycznych. Z czasem, korzystając z narzędzi zaczerpniętych z terapii behawioralnej, Cara zaczęła wykształcać nowe wzorce reagowania.
Behawioryści patrzą na psychikę przez zupełnie inny pryzmat niż analitycy czy teoretycy poznawczy. Interesuje ich nie to, co myślisz lub czujesz, ale to, jak się zachowujesz i jak można to zachowanie przeprogramować. Carę często paraliżował lęk przed robieniem nowych rzeczy. Miała świadomość, skąd bierze się jej lęk: dorastając, była złośliwie krytykowana – nie tyle za pomyłki, co za sukcesy. To szczególnie podstępna forma przemocy emocjonalnej. Gdy ktoś karze cię za błąd, przynajmniej wiesz, o co chodzi. Jednak Cara była karana nie tylko za to, że coś jej się nie udawało, lecz również wtedy, gdy już za pierwszym razem zrobiła coś dobrze. Ta nieprzewidywalność reakcji otoczenia budziła w niej ogromny lęk, a nawet panikę, zwłaszcza gdy próbowała czegoś nowego. Potrzebny był czas, aby nauczyć ją ignorowania tych przytłaczających emocji. Za każdym razem, gdy miała spróbować czegoś po raz pierwszy, towarzyszyło jej napięcie. Z biegiem czasu zaczęła się z tym oswajać. Zdarzało się jednak, że stare mechanizmy wracały, zwłaszcza w obliczu nowych sytuacji, ale razem pracowaliśmy nad tym, by pomóc jej lepiej sobie radzić z uczuciem przytłoczenia.
Dla jasności: nie twierdzę, że psychoanaliza nigdy nie jest pomocna. Sam mam przygotowanie analityczne i przez lata praktykowałem tzw. psychoterapię psychodynamiczną (czyli w gruncie rzeczy współczesną psychoanalizę). Nie trzymam się jednak sztywno jednej metody. Zawsze dobieram podejście do potrzeb konkretnej osoby. Czasem trzeba coś przeanalizować, czasem warto przyjrzeć się własnym myślom, a innym razem zmienić sposób reagowania. Co najważniejsze, nie istnieje jedno rozwiązanie dobre dla wszystkich. Warto być ostrożnym wobec porad, które sugerują, że każda myśl ma głębokie znaczenie. To nieprawda! I całe szczęście.
Mit 2: „Analizowanie własnych myśli zawsze ma sens” – trzy fakty do zapamiętania
Czasami warto przyjrzeć się głębszemu znaczeniu i temu, co kryje się w podświadomości, ale innym razem lepiej po prostu zatrzymać się na tym, co myślisz.Zdarza się, że dana metoda terapeutyczna przestaje działać. Jeśli masz poczucie, że utknąłeś w procesie terapii, zapytaj swojego terapeutę, czy nie warto spróbować innego podejścia, albo zastanów się, czy nie nadszedł moment, by poszukać innego specjalisty.Nie wierz we wszystko, co pomyślisz.Powie ci to prawie każdy terapeuta. Zgadzam się z tym, ale trzeba zaznaczyć, że słowo „słuszne” często bywa źle rozumiane i wyrwane z kontekstu, co z kolei prowadzi do wielu nieporozumień, zarówno wśród specjalistów, jak i samych pacjentów. Pojawia się więc pytanie: co to znaczy, że wyrażanie emocji jest „słuszne”? Czy chodzi o to, że to, co czujemy, ma logiczne podstawy? Że jest rozsądne i przekonujące? Każdy, kto doświadczył trudnej emocjonalnie sytuacji, wie, że taka definicja nijak ma się do rzeczywistości. Emocje, nawet te społecznie akceptowane i przyjemne, rzadko są logiczne i uporządkowane.
Terapeuci często podkreślają wielką wagę emocji, których doświadczają ich pacjenci. Co to oznacza w praktyce? Terapeuta daje pacjentowi sygnał: „To, co czujesz, ma sens i zasługuje na to, by się temu przyjrzeć. Masz prawo to czuć, a w kontekście zdrowia psychicznego czasem wręcz musisz sobie na to pozwolić”. To jednak nie jest to samo, co stwierdzenie, że wszystkie emocje są logiczne czy pomocne albo że należy się nimi kierować. Mimo to, jak wielu innych terapeutów, sam także uznaję emocje pacjentów za ważne – bo wiele objawów ma swoje źródło w tłumieniu uczuć.
Zawsze gdy myślę o tłumieniu emocji, przypomina mi się moja pacjentka Elizabeth. Była szczęśliwą mężatką i miała troje dzieci. Nie przepadała za swoją pracą, ale twierdziła, że „da się ją znieść”. Jej małżeństwo nie było idealne, ale kochała swojego partnera. Wychowywanie dzieci sprawiało jej różne trudności, ale mimo wszystko naprawdę lubiła być mamą. Dlaczego więc nieustannie dręczyły ją stres i niepokój? Już podczas naszej pierwszej sesji zauważyłem, że Elizabeth zużywa ogromną ilość energii na analizowanie tego, co się dzieje w jej głowie. Była osobą bardzo racjonalną, a jej zachowanie stanowiło wręcz podręcznikowy przykład intelektualizowania, czyli wykorzystywania racjonalnej analizy do odseparowania się od emocji. Można być osobą refleksyjną, rozumną czy logiczną bez uciekania się do intelektualizowania. W przypadku Elizabeth było jednak widać, że ten sposób myślenia wynikał z jej lęku. Zamiast powiedzieć, że złości ją pyskowanie nastoletniej córki, zaczynała długotrwałe, nieskładne rozważania na temat sytuacji, ale ani razu nie nazwała swojej irytacji. Gdy szef prosił ją, by została dłużej w pracy, nie mówiła, że coś z tego powodu czuje – zamiast tego szczegółowo analizowała, dlaczego jej zdaniem szef polega na niej bardziej niż na innych pracownikach.
W pewnym sensie terapia Elizabeth była całkiem prosta. Dużo czasu poświęcałem na przyglądanie się jej emocjom i dawanie jej poczucia, że są ważne. Pomagałem jej ćwiczyć wyjście z głowy i osadzanie emocji w ciele. Skupienie się na fizycznym odczuwaniu emocji to jedna z metod, którą terapeuci stosują, by pomóc pacjentom naprawdę przeżyć to, co czują. W miarę jak Elizabeth ćwiczyła tę umiejętność, jej lęk się zmniejszał. Warto zaznaczyć, że objawy lękowe mogą mieć różne źródła – nie zawsze chodzi o tłumienie emocji. Często pierwsza interwencja terapeutyczna nie daje spektakularnego efektu. W tym przypadku udało się jednak już za pierwszym razem. Nasza współpraca nie trwała długo; Elizabeth szybko opanowała narzędzia, które pozwoliły jej samodzielnie ruszyć dalej.
Dla pacjentki takiej, jak Elizabeth, zauważanie i akceptowanie swoich emocji było kluczowym elementem procesu terapeutycznego. Jednym ze sposobów, w jaki rozmawiam z pacjentami o emocjach, jest porównanie ich do danych, a ciała i mózgu do systemu, który te dane przetwarza. Dane można interpretować na różne sposoby. Elizabeth nauczyła się, że ma prawo mówić o swoich emocjach, na przykład o frustracji czy złości, gdy rodzina stawia wobec niej zbyt wygórowane oczekiwania. Potrafiła wyrażać to w sposób spokojny, odpowiedzialny i z szacunkiem dla innych. Bywały jednak sytuacje, w których wolała nie pokazywać, co czuje. Pewnego dnia jeden z jej współpracowników popełnił błąd, przez co Elizabeth musiała wykonać dodatkową pracę. Poczuła złość, ale wiedziała, że wyładowanie jej, choć mogłoby przynieść chwilową ulgę, nie rozwiąże problemu. Zamiast działać pod wpływem emocji, pozwoliła sobie ją poczuć, świadomie zdecydowała, że nie będzie jej okazywać, i postąpiła inaczej.
Nie każdy pacjent musi dogłębnie przeżywać swoje emocje, żeby terapia przyniosła efekty. Frankie, jeden z moich pacjentów, przyszedł na pierwsze spotkanie roztrzęsiony i ze łzami w oczach. Opowiedział, że przez pomyłkę trafił nie do tego gabinetu co trzeba i poczuł się bardzo odrzucony, kiedy recepcjonistka nie znalazła go w systemie. Czy to normalne, że w takiej sytuacji czujemy trudne emocje? Oczywiście. Ale czy zdrowo byłoby wyładować złość na recepcjonistce w gabinecie stomatologicznym, gdy szuka się poradni zdrowia psychicznego? Zdecydowanie nie. Terapia Frankiego nie polegała na długim przeżywaniu emocji czy osadzaniu się w ciele. Mimo to mężczyzna przestał działać pod wpływem emocji, nauczył się z nimi funkcjonować i świadomie wybierać, jak chce reagować. Dzięki temu mniej przeżywał, a więcej rozumiał.
Na tym właśnie polegają mechanizmy obronne takie jak intelektualizacja. Z perspektywy psychoanalizy pomagają one unikać nieprzyjemnych, nieuświadomionych treści, w tym trudnych emocji. Same mechanizmy obronne nie są ani dobre, ani złe, podobnie jak emocje, które wolę określać jako przyjemne lub nieprzyjemne, a nie pozytywne czy negatywne. Niezależnie od tego, czy mówimy o emocjach, czy o mechanizmach obronnych, wszystko zależy od tego, co z nimi zrobimy.
Pamiętam pewną sytuację z własnego doświadczenia. Kiedyś spotykałem się z kimś, z kim od początku doskonale się rozumieliśmy. Pewnego dnia zauważyłem, że ta osoba ma w telefonie włączoną funkcję, która pozwala zobaczyć, czy odczytała wiadomość. Jedna z moich wiadomości została przeczytana, ale pozostała bez odpowiedzi. Nie ukrywam, poruszyło mnie to, ale nie wyraziłem swoich emocji ani też ich nie stłumiłem. Nietrudno zrozumieć, że kiedy ktoś cię ignoruje, możesz poczuć się odtrącony. W mojej głowie pojawiły się podejrzenia: „Czy ona pisze z kimś innym? Czy już się mną znudziła? A może chciała, żebym to zobaczył, bo ze mną pogrywa?”. (Nawiązuję tu do wcześniejszego rozdziału o tym, że nie warto wierzyć każdej swojej myśli). Trochę czasu zajęło mi uspokojenie wewnętrznego dialogu i spojrzenie na sytuację z innej perspektywy.
Ostatecznie poruszyłem ten temat przy kolejnym spotkaniu. Okazało się, że ta osoba właśnie tego dnia odebrała nowego iPhone’a i nawet nie zauważyła, że wspomniana funkcja była w nim domyślnie włączona. Gdybym wcześniej dał się ponieść emocjom albo pozwolił swoim natrętnym myślom przejąć kontrolę, moglibyśmy uwikłać się w rozmowę, która zupełnie nie prowadziłaby do porozumienia. Jasne, mogłem napisać w tej sprawie wiadomość, ale wtedy inaczej zinterpretowałem swoje emocje i postanowiłem zareagować odmiennie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
R. Jennings, When TikTok Therapy Is More Lucrative than Seeing Clients, The Cut, 17 maja 2024, https://www.thecut.com/article/tiktok -therapy-money.html. [wróć]
J. Sperling, Mental Health Is Costing the US Economy Billions— Increasing Access Could Be the Solution, Business & Society, 28 maja 2024, https://leading.business.columbia.edu/main-pillar-business-society/business -society/mental-health-cost. [wróć]
J. Bronson, M. Berzofsky, Special Report: Indicators of Mental Health Problems Reported by Prisoners and Jail Inmates, 2011–12, US Department of Justice, Office of Justice Programs, czerwiec 2017, https://bjs.ojp.gov/content/pub/pdf/imhprpji1112.pdf. [wróć]
J. Mollen, I Like You Just the Way I Am: Stories About Me and Some Other People, St. Martin’s Griffin, New York 2015. [wróć]
