Każdy powinien chodzić na terapię oraz inne kłamstwa psychologii - Joe Nucci - ebook

Każdy powinien chodzić na terapię oraz inne kłamstwa psychologii ebook

Joe Nucci

0,0
48,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Popularność treści dotyczących zdrowia psychicznego w mediach społecznościowych doprowadziła do prawdziwej epidemii dezinformacji na ten temat.

Influencerzy i coache tworzą viralowe filmy, w których namawiają ludzi do zerwania kontaktów z problematycznymi rodzicami, osoby po rozwodzie z dumą ogłaszają na Instagramie, że w końcu uwolniły się od „narcystycznego” partnera, choć można odnieść wrażenie, że nie wiedzą, co to słowo znaczy, a nastolatki masowo dzielą się trudnościami wynikającymi z neuroróżnorodności zdiagnozowanej na podstawie trzydziestosekundowych rolek.

PsychoDEZinformacja powoduje, że zbyt często podejmujemy decyzje, które wywracają nasze życie do góry nogami, nadmiernie eksponujemy błahe problemy, a także trywializujemy poważne sprawy, kierując się fałszywymi przekonaniami, półprawdami i radami samozwańczych ekspertów.

W tej książce licencjonowany psychoterapeuta Joe Nucci rozprawia się z czterdziestoma najpopularniejszymi mitami na temat zdrowia psychicznego. Oto niektóre z nich:

• każdy doświadczył traumy i potrzebuje terapii,

• praktyka mindfulness jest dobra dla każdego,

• osoba, której trudno się skoncentrować, na pewno ma ADHD,

• ktoś, kto wyraża inne zdanie, stosuje gaslighting,

• trzeba zawsze polegać na swoich uczuciach.

Nucci, dzieląc się rzetelną wiedzą, doświadczeniem i inspirującymi historiami swoich klientów, zastępuje mity wyzwalającymi prawdami, dzięki którym rozpoznasz dezinformację i będziesz sobie lepiej radzić problemami związanymi ze zdrowiem psychicznym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 263

Data ważności licencji: 7/11/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Psy­cho­bab­ble: Viral Men­tal Health Myths & The Tru­ths To Set You Free

Prze­kład: Renata Czer­nik Redak­torka ini­cju­jąca: Maria Zalasa Redak­torka pro­wa­dząca: Domi­nika Kowal­ska Redak­cja: Alek­san­dra Mikinka Korekta: Michał Pytlik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA Ilu­stra­cja na okładce: Fre­epik

Copy­ri­ght © 2025 by Joseph Nucci Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-20-1 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tę książkę napi­sa­łem z miło­ścią, ku pamięci mojego taty Jose­pha Anthony’ego Nuc­ciego (1964–2005).

Dedy­kuję ją wszyst­kim, któ­rzy noszą w sercu żałobę lub zma­gają się z nie­unik­nio­nymi trud­no­ściami życia. Nie jeste­ście sami.

Wstęp. Wieża psychobełkotu

Wstęp

Wieża psy­cho­beł­kotu

To nie­zwy­kłe, jak pręż­nie roz­wi­nęło się podej­ście do zdro­wia psy­chicz­nego na prze­strzeni ostat­nich lat. Prze­stało być dla nas tema­tem tabu, przez co zaczę­li­śmy trak­to­wać je jako natu­ralny ele­ment ludz­kiego życia, a roz­mowy o nim stały się czymś zupeł­nie zwy­czaj­nym. Jesz­cze kilka dekad temu przy­zna­nie się do zma­gań z depre­sją, lękiem, zabu­rze­niami obse­syjno-kom­pul­syj­nymi (OCD) czy jaki­mi­kol­wiek innymi pro­ble­mami psy­chicz­nymi mogło wią­zać się ze zna­czą­cymi spo­łecz­nymi kon­se­kwen­cjami. Osoby szu­ka­jące pomocy tera­peu­tycz­nej ryzy­ko­wały, że zosta­nie im przy­kle­jona łatka „wariata” lub „psy­chola”; mogły być postrze­gane jako „nie­nor­malne”, a nawet jako nie­bez­pieczne. Dziś nato­miast dzie­le­nie się wła­snymi zma­ga­niami psy­chicz­nymi postrze­gane jest jako wyraz auten­tycz­no­ści i wewnętrz­nej siły.

W prze­ci­wień­stwie do wielu innych kon­tro­wer­syj­nych tema­tów podej­mo­wa­nych przez dzi­siej­sze spo­łe­czeń­stwo, zdro­wie psy­chiczne wydaje się cał­ko­wi­cie wymy­kać wszel­kim zaka­zom i ogra­ni­cze­niom. Otwar­cie dys­ku­tuje się o nim przy stole, w biu­rach, na ekra­nach kin i w audy­cjach inter­ne­to­wych. W mediach spo­łecz­no­ścio­wych cele­bryci, poli­tycy, zawo­dowi spor­towcy, a także rze­sze zwy­kłych ludzi swo­bod­nie dzielą się szcze­gó­łami doty­czą­cymi swo­jego zdro­wia psy­chicznego i robią to publicz­nie, bez lęku przed spo­łeczną oceną. Co wię­cej, zda­rza się, że zyskują na tym wize­run­kowo, bo dziś mówie­nie szcze­rze o psy­chice się opłaca. Influ­en­ce­rzy zdro­wia psy­chicznego mają olbrzy­mie grono obser­wa­to­rów, zara­biają, pod­pi­sują kon­trakty wydaw­ni­cze i dzielą się swoją wie­dzą z milio­nami ludzi. Jeff Guen­ther, znany w mediach spo­łecz­no­ścio­wych jako @the­ra­py­jeff, przy­znał w jed­nym z wywia­dów, że w ciągu roku zaro­bił pra­wie milion dola­rów dzięki sprze­daży pro­duk­tów, współ­pracy z mar­kami i sub­skryp­cjom1. Powie­dział: „Jeśli mam być szczery, to pro­po­zy­cję wyda­nia swo­jej książki otrzy­ma­łem czę­ściowo dzięki zasię­gom w mediach spo­łecz­no­ścio­wych”.

Wciąż jed­nak ist­nieją kul­tury i subkul­tury, w któ­rych roz­mowy o zdro­wiu psy­chicz­nym w zasa­dzie nie mają miej­sca albo temat ten trak­to­wany jest jako sprawa zbyt oso­bi­sta, by poru­szać go publicz­nie. Tym­cza­sem w kra­jach zachod­nich mówi się o zdro­wiu psy­chicz­nym tak czę­sto i tak otwar­cie, że można już mówić wręcz o „kul­tu­rze zdro­wia psy­chicz­nego”. Naj­pro­ściej ujmu­jąc, kul­turę zdro­wia psy­chicz­nego two­rzą ci, któ­rzy publicz­nie zabie­rają głos na jego temat, wpły­wa­jąc na to, w co wie­rzy spo­łe­czeń­stwo, jakie wyznaje war­to­ści, jak postę­puje i jak mówi o psy­chice.

Choć o zdro­wiu psy­chicz­nym mówi dziś nie­mal każdy, nie wszy­scy mają do tego odpo­wied­nie przy­go­to­wa­nie. Zda­rza się, że twór­cami takich tre­ści są osoby z wła­ści­wymi kwa­li­fi­ka­cjami: wykła­dowcy, tera­peuci czy spe­cja­li­ści z doświad­cze­niem kli­nicz­nym, do któ­rych sam należę; jak wielu twór­ców pro­wa­dzę tera­pię i wspie­ram osoby zma­ga­jące się z trud­no­ściami psy­chicz­nymi. Coraz czę­ściej jed­nak naj­więk­szą popu­lar­ność w inter­ne­cie zyskują tre­ści two­rzone przez entu­zja­stów zdro­wia psy­chicz­nego, czyli osoby, które z pasją mówią o tera­pii, dzielą się wła­snymi prze­ży­ciami, trud­no­ściami i reflek­sjami zwią­za­nymi z psy­chiką, ale nie mają for­mal­nych kwa­li­fi­ka­cji, wykształ­ce­nia ani prak­tyki kli­nicz­nej. I w tym wła­śnie tkwi poważny pro­blem.

Wielu spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii pra­co­wało nie­stru­dze­nie przez lata, by zetrzeć z tematu zdro­wia psy­chicz­nego piętno tabu. Dziś już nie tylko znik­nęła styg­ma­ty­za­cja, ale temat ten stał się wszech­obecny w prze­strzeni publicz­nej. Choć ta zmiana nie­wąt­pli­wie przy­nio­sła pewne korzy­ści, ma też swoje nega­tywne kon­se­kwen­cje. Upo­wszech­nie­nie języka tera­peu­tycz­nego dopro­wa­dziło do tego, że zabiera głos coraz wię­cej samo­zwań­czych eks­per­tów, czę­sto bez wie­dzy i doświad­cze­nia, nie­rzadko błęd­nie uży­wa­jąc psy­cho­lo­gicz­nej ter­mi­no­lo­gii, świa­do­mie lub nie. W rezul­ta­cie sze­rzą oni dez­in­for­ma­cję i, co gor­sza, czę­sto wyrzą­dzają ludziom krzywdę.

W obli­czu gwał­tow­nego, zaska­ku­ją­cego i poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nego wzro­stu popu­lar­no­ści kul­tury zdro­wia psy­chicz­nego nad­szedł czas, aby zasta­no­wić się, jak kształ­tu­jemy nar­ra­cję wokół tego tematu. Musimy oddzie­lić fakty od mitów i obie­go­wych histo­ry­jek, ale pro­blem nie spro­wa­dza się tylko do błęd­nych prze­ko­nań i nie­do­mó­wień, ale rów­nież do tego, jak mówimy o zdro­wiu psy­chicz­nym i jak uprasz­czamy zja­wi­ska, które są bar­dzo zło­żone. Dla­tego też istotne jest przyj­rze­nie się poję­ciom, które nagle zaczęły poja­wiać się w deba­cie publicz­nej i jasne okre­śle­nie, co one naprawdę zna­czą. Należy rów­nież omó­wić poten­cjal­nie szko­dliwe skutki nad­uży­wa­nych pojęć i innych form psy­cho­lo­gicz­nej dez­in­for­ma­cji. Nie­za­prze­czal­nym fak­tem jest, że to, co dziś pró­bu­jemy upo­rząd­ko­wać i zro­zu­mieć, już dawno temu powinno zostać jasno nazwane i omó­wione.

Znaczna część naj­po­pu­lar­niej­szych tre­ści o zdro­wiu psy­chicz­nym krą­żą­cych dziś po inter­ne­cie, szcze­gól­nie mediach spo­łecz­no­ścio­wych, wpi­suje się w zja­wi­sko znane jako „psy­cho­beł­kot” (ang. psy­cho­bab­ble). To efek­towne okre­śle­nie odnosi się do wypo­wie­dzi osób, które posłu­gują się języ­kiem psy­cho­lo­gicz­nym, by stwo­rzyć pozory auto­ry­tetu, praw­do­mów­no­ści i wia­ry­god­no­ści. Człon psy­cho- wywo­dzi się z łaciń­skiego psy­che, ozna­cza­ją­cego „ducha” lub „umysł”. Z kolei bab­ble, czyli beł­kot, pocho­dzi od śre­dnio­wiecz­nego słowa babeln, które ozna­czało „mam­ro­tać, mówić nie­wy­raź­nie, jak dziecko”. Psy­cho­beł­kot to zazwy­czaj efekt dzia­łal­no­ści influ­en­ce­rów bez odpo­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji, któ­rzy (nad)uży­wają języka tera­peu­tycz­nego i ter­mi­no­lo­gii ze świata zdro­wia psy­chicz­nego.

Słowo bab­ble to rów­nież gra słów nawią­zu­jąca do biblij­nej opo­wie­ści o wieży Babel, cho­ciaż mię­dzy tymi dwoma ter­mi­nami nie ma for­mal­nego powią­za­nia. Histo­ria ta jest naj­bar­dziej znana z Księgi Rodzaju w Biblii hebraj­skiej, ale jej echa odna­leźć można w mito­lo­giach i tra­dy­cjach wielu innych kul­tur: sume­ryj­skiej, asy­ryj­skiej, grec­kiej, rzym­skiej, afry­kań­skiej czy mek­sy­kań­skiej. Można więc uznać ją za mit uni­wer­salny, czyli opo­wieść kul­turową, która prze­kra­cza gra­nice epok i cywi­li­za­cji.

Cho­ciaż ist­nieje wiele wer­sji i inter­pre­ta­cji tej histo­rii, naj­czę­ściej przyj­muje ona nastę­pu­jącą treść:

Miesz­kańcy całej ziemi mówili tym samym języ­kiem, uży­wali tych samych słów i dosko­nale się rozu­mieli. Wtedy ludzie, kie­ro­wani pychą, posta­no­wili wznieść wieżę się­ga­jącą nieba. Bóg, widząc ich zamiary, spra­wił, że zaczęli mówić róż­nymi języ­kami, przez co nie mogli się poro­zu­mieć ani kon­ty­nu­ować budowy. Nie­do­koń­czona kon­struk­cja stała się znana jako Wieża Babel.

Choć mity i przy­po­wie­ści nie zawsze są zgodne z fak­tami histo­rycz­nymi, czę­sto war­tość poznaw­czą, uczą cze­goś istot­nego o rze­czy­wi­sto­ści. Zatem jaką lek­cję nie­sie dla nas przy­po­wieść o Wieży Babel? Przede wszyst­kim prze­strzega przed pychą; przy­po­mina, że jako ludzie ni­gdy nie się­gniemy nieba, bo jeste­śmy – i zawsze będziemy – tylko śmier­tel­ni­kami.

Ta lek­cja szcze­gól­nie tra­fia do tych z nas, któ­rzy pra­cują w obsza­rze zdro­wia psy­chicz­nego. Nie ist­nieje żadna forma tera­pii, która mogłaby cał­ko­wi­cie usu­nąć bole­sne doświad­cze­nia z życia, bo każda ma swoje ogra­ni­cze­nia. Żaden tera­peuta, żadne leki, żadne poję­cie ani modne hasło nie zdo­łają cał­ko­wi­cie uśmie­rzyć ludz­kiego cier­pie­nia czy w pełni wyja­śnić zło­żo­no­ści ludz­kiego losu. Choć nie­które tra­dy­cyjne inter­pre­ta­cje przy­po­wie­ści o Wieży Babel zakła­dają, że Bóg prze­rwał budowę wieży, by uka­rać ludzi za ich pychę, nie jestem tego taki pewien. Być może jego moty­wa­cją była miłość. W końcu mówi się, że dobrymi chę­ciami pie­kło wybru­ko­wane; cza­sem trzeba powstrzy­mać ludzi, nawet jeśli kie­rują się dobrymi inten­cjami, by nie zro­bili krzywdy sobie ani innym. Być może w tej opo­wie­ści Bóg pró­bo­wał uchro­nić ludzi przed cier­pie­niem, któ­rego jesz­cze nie byli świa­domi.

Mit Wieży Babel uczy rów­nież, jak istotne jest wspólne zro­zu­mie­nie i jasna komu­ni­ka­cja, kiedy sta­jemy przed poważ­nym zada­niem. Nie­za­leż­nie od tego, czy budu­jemy wieżę do nieba, czy kul­turę zdro­wia psy­chicz­nego, warto mówić wspól­nym języ­kiem. Potrze­bu­jemy spój­nego słow­nic­twa, opar­tego na ogól­nie przy­ję­tych defi­ni­cjach, oraz pojęć, któ­rych zna­cze­nie jest jasno rozu­miane przez ogół spo­łe­czeń­stwa. Jeśli na przy­kład słowo „trauma” zaczyna być uży­wane zbyt czę­sto na opi­sa­nie bar­dzo róż­nych doświad­czeń (co dziś zda­rza się nagmin­nie), ta nie­pre­cy­zyj­ność wpływa w kon­se­kwen­cji na inne zja­wi­ska, od tera­pii indy­wi­du­al­nej po spo­sób pro­wa­dze­nia i inter­pre­to­wa­nia badań nad traumą. Kiedy defi­ni­cja zabu­rzeń psy­chicz­nych zostaje roz­sze­rzona do tego stop­nia, że obej­muje nie­mal każdy trudny aspekt ludz­kiego ist­nie­nia, jak ma to miej­sce obec­nie, samo poję­cie zdro­wia psy­chicz­nego zaczyna tra­cić sens. Bo jeśli wszystko jest pro­ble­mem psy­chicz­nym, to nic nim nie jest. Słowa są ważne, bo ich zna­cze­nie ma realne kon­se­kwen­cje.

Kul­tura zdro­wia psy­chicz­nego to kon­struk­cja, którą naprawdę warto budo­wać wspól­nie. Na tera­pię powinno uczęsz­czać wię­cej osób niż obec­nie. Pro­blemy natury psy­chicz­nej szko­dzą nie tylko jed­nost­kom, ale i całemu spo­łe­czeń­stwu. Zanie­dbane lecze­nie zabu­rzeń psy­chicz­nych kosz­tuje ame­ry­kań­ską gospo­darkę ponad 280 miliar­dów dola­rów rocz­nie2. Według Depar­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści USA, około 50% osa­dzo­nych w wię­zie­niach i aresz­tach cierpi na jakieś zabu­rze­nie psy­chiczne3. Wciąż jeste­śmy dalecy od rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej każda potrze­bu­jąca tego osoba otrzy­ma­łaby wła­ściwe wspar­cie psy­chiczne.

Moim zda­niem wszelki postęp zaczyna się od zmiany kul­tury. Każdy sys­te­mowy roz­wój w obsza­rze zdro­wia psy­chicz­nego zależy od tego, jak o nim mówimy. Jeśli tera­peuci, bada­cze, pisa­rze, twórcy inter­ne­towi i wszy­scy ci, któ­rzy współ­two­rzą kul­turę zdro­wia psy­chicz­nego, nie zaczną mówić jed­nym języ­kiem, ni­gdy nie uda nam się stwo­rzyć spój­nego i sku­tecz­nego sys­temu. Brak wspól­nego języka sprawi, że podob­nie jak ludzie, któ­rzy pró­bo­wali zbu­do­wać Wieżę Babel, utkniemy w poło­wie drogi i nie ukoń­czymy tego, co wspól­nie zaczę­li­śmy. Co gor­sza, wiele osób na­dal będzie tra­fiać w inter­ne­cie na mity i kłam­stwa, co może pro­wa­dzić do podej­mo­wa­nia błęd­nych, a nawet szko­dli­wych decy­zji doty­czą­cych zdro­wia i życia.

Napi­sa­łem Psy­cho­beł­kot, aby pomóc roz­po­zna­wać naj­częst­sze mity na temat zdro­wia psy­chicz­nego, które krążą w inter­ne­cie i mediach spo­łecz­no­ścio­wych, oraz by zastą­pić je rze­telną wie­dzą, która pozwoli czy­tel­ni­kowi podej­mo­wać świa­dome decy­zje doty­czące zdro­wia psy­chicz­nego i kom­fortu życia. Zamiast ogra­ni­czać się do przy­ta­cza­nia fak­tów, opo­wiem o pro­ble­mach psy­chicz­nych, z jakimi spo­tka­łem się w swo­jej prak­tyce tera­peu­tycz­nej, by na ich przy­kła­dzie przed­sta­wić naj­istot­niej­sze kwe­stie doty­czące psy­cho­lo­gii i lecze­nia zabu­rzeń psy­chicz­nych. Choć każda z tych histo­rii oparta jest na praw­dzi­wym doświad­cze­niu, celowo zmie­ni­łem szcze­góły pozwa­la­jące ziden­ty­fi­ko­wać pacjen­tów, by chro­nić ich pry­wat­ność. Ukry­wa­jąc te dane, sta­ra­łem się jed­no­cze­śnie zacho­wać sedno ich prze­żyć – to, co w nich naj­bar­dziej istotne i praw­dziwe w kon­tek­ście tera­pii i zdro­wia psy­chicz­nego. Jak powie­dział Albert Camus: „Fik­cja to kłam­stwo, za pomocą któ­rego mówimy prawdę”. Jeśli odnaj­dziesz w tych histo­riach coś zna­jo­mego – coś, co przy­po­mina ci twoje wła­sne doświad­cze­nia, wiedz, że rozu­miem twoje emo­cje i że nie jesteś jedyną osobą o podob­nych zma­ga­niach. Chcę cię zapew­nić, że twoje prze­ży­cia są bar­dzo ludz­kie, wspólne dla nas wszyst­kich. Wła­śnie ta wspól­nota doświad­cze­nia spra­wia, że czu­jemy się połą­czeni ze świa­tem i innymi ludźmi. W grun­cie rze­czy na tym polega sens kul­tury zdro­wia psy­chicz­nego: dawać poczu­cie, że nie jeste­śmy sami. Zdro­wie psy­chiczne to więk­sza świa­do­mość sie­bie, lep­sze zro­zu­mie­nie swo­jego życia, rela­cji i świata wewnętrz­nego. Gdy jed­nak nad­używa się języka tera­pii lub roz­po­wszech­nia się błędne infor­ma­cje, efekt może być odwrotny: możemy czuć się jesz­cze bar­dziej zagu­bieni, wyalie­no­wani i nie­zro­zu­miani.

Celem tej książki nie jest stwo­rze­nie świata, w któ­rym wszy­scy – tera­peuci i pacjenci – zga­dzają się co do każ­dego zagad­nie­nia zwią­za­nego ze zdro­wiem psy­chicz­nym. Taka jed­no­myśl­ność jest po pro­stu nie­moż­liwa. Nawet doświad­czeni spe­cja­li­ści, tacy jak ja, nie zawsze są zgodni co do tego, jak naprawdę powinna wyglą­dać rze­telna i sku­teczna pomoc psy­cho­lo­giczna. W dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego, pod­czas nie­ustan­nych roz­mów mię­dzy spe­cja­li­stami, cały czas uczymy się cze­goś nowego; to oczy­wi­ste, że poja­wiają się mię­dzy nami filo­zo­ficzne roz­bież­no­ści. To wła­śnie one napę­dzają dys­ku­sje, które zbli­żają nas do prawdy. Moje cele są bar­dziej przy­ziemne – zależy mi na tym, by roz­pra­wić się z popu­lar­nymi mitami, wska­zać naj­groź­niej­sze formy dez­in­for­ma­cji i dopre­cy­zo­wać, jak wła­ści­wie należy rozu­mieć pewne nad­uży­wane poję­cia. Tam, gdzie moż­liwe są różne podej­ścia filo­zo­ficzne, posta­ram się je przed­sta­wić, poka­zu­jąc zarówno ich zalety, jak i ogra­ni­cze­nia. Dzięki temu, nie­za­leż­nie od two­jego doświad­czenia czy wie­dzy, łatwiej odnaj­dziesz się w gąsz­czu psy­cho­beł­kotu, na który możesz się natknąć na two­jej dro­dze do zdro­wia psy­chicz­nego.

Cie­szę się, że żyjemy w cza­sach, w któ­rych zdro­wie psy­chiczne prze­staje być tema­tem tabu. Mam nadzieję, że uda nam się wspól­nie stwo­rzyć świat, w któ­rym zabu­rze­nia psy­chiczne, jak choćby zespół stresu poura­zo­wego, będą postrze­gane na równi z innymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi, na przy­kład cukrzycą; świat, w któ­rym umie­jęt­ność regu­lo­wa­nia emo­cji będzie ceniona tak samo jak zastrzyk z insu­liną. Jed­nak pro­ces nor­ma­li­za­cji zdro­wia psy­chicznego nie może się odby­wać bez edu­ka­cji i odpo­wie­dzial­no­ści. A ten wysi­łek zaczyna się wła­śnie tutaj, wła­śnie teraz, od reflek­sji nad tym, w jaki spo­sób wszy­scy roz­ma­wiamy o zdro­wiu psy­chicz­nym.

Część I. Freudowskie fantazje – mity o zdrowiu psychicznym i psychologii

Część I

Freu­dow­skie fan­ta­zje – mity o zdro­wiu psy­chicz­nym i psy­cho­lo­gii

Mit 1: Każdy powinien chodzić na terapię

W swo­jej książce I Like You Just the Way I Am (Lubię cię takim, jakim jestem) Jenny Mol­len pisze: „Są dwa typy ludzi na świe­cie: ci, któ­rzy uwa­żają, że każdy potrze­buje tera­pii, i ci, któ­rzy ni­gdy na niej nie byli”4. Nawet pobieżny prze­gląd inter­netu i mediów spo­łecz­no­ścio­wych wystar­czy, by zauwa­żyć, że Mol­len może mieć rację.

Prze­ko­na­nie, że każdy powi­nien mieć tera­peutę, z któ­rym regu­lar­nie się spo­tyka, zwy­kle wynika z dobrych inten­cji. Jako licen­cjo­no­wany psy­cho­te­ra­peuta czę­sto pra­cuję z oso­bami, które tra­fiają na tera­pię po raz pierw­szy. Mam wtedy oka­zję zoba­czyć w ich spoj­rze­niu błysk eks­cy­ta­cji na myśl o nowym pozio­mie samo­świa­do­mo­ści, który odkry­wają dzięki pracy nad sobą. Nic dziw­nego, że potem chcą tego samego dla wszyst­kich. Nie­stety, prze­ko­na­nie, że dosłow­nie każdy potrze­buje psy­cho­te­ra­pii, przy głęb­szej ana­li­zie oka­zuje się zbyt­nim uprosz­cze­niem. To nie jest takie pro­ste. Oczy­wi­ście nie­mal każdy może odnieść korzyść z tera­pii, o ile pro­wa­dzi ją kom­pe­tentny i etyczny spe­cja­li­sta, ale prawdą jest także to, że nie każdy naprawdę tego potrze­buje.

Do takiego wnio­sku dosze­dłem już pierw­szego dnia mojego stażu pod­czas stu­diów przy­go­to­wu­ją­cych do zawodu psy­cho­te­ra­peuty. Na początku pracy z pacjen­tami pod nad­zo­rem kli­nicz­nym zazwy­czaj powie­rza się prak­ty­kan­towi jed­nego lub dwóch pod­opiecz­nych, aby mógł spo­koj­nie nabrać doświad­cze­nia i pew­no­ści sie­bie. Moja pierw­sza pacjentka, Abby, nie wyka­zy­wała żad­nych wyraź­nych oznak pro­ble­mów psy­chicz­nych. Zgło­siła się na tera­pię z cie­ka­wo­ści. Zasta­na­wiała się, czy jej nie­po­kój nie ma pod­łoża lęko­wego. Pra­co­wa­li­śmy razem przez około rok i był to naprawdę owocny czas. Pod koniec tera­pii Abby była bar­dziej samo­świa­doma, mniej spięta i lepiej odnaj­do­wała się w swoim życiu. Warto jed­nak pod­kre­ślić coś istot­nego: Abby pora­dzi­łaby sobie dosko­nale nawet bez tera­pii. Była bystra oraz emo­cjo­nal­nie doj­rzała i jestem pewien, że potra­fi­łaby upo­rać się ze swo­imi trud­no­ściami bez mojej pomocy. Nasza wspólna praca praw­do­po­dob­nie przy­spie­szyła ten pro­ces, ale warto pamię­tać, że czym innym jest potrzeba, a czym innym korzyść.

Dla kon­tra­stu Bill, mój drugi pacjent, zja­wił się z całą listą dia­gnoz wpi­sa­nych w for­mu­la­rzu przy­ję­cia. Spóź­nił się na pierw­szą sesję o całą godzinę, a spo­tka­nia trwały tylko 45 minut, więc jego wizyta prze­pa­dła. A jed­nak wyraź­nie było widać, że roz­pacz­li­wie potrze­bo­wał wspar­cia. Na kolejne spo­tka­nie przy­szedł na czas, ale był roz­trzę­siony i roz­re­gu­lo­wany emo­cjo­nal­nie, więc trudno mu było ująć swoje prze­ży­cia w słowa. Pra­co­wa­łem z nim ponad rok. Przez ten czas odkry­li­śmy, że wcze­śniej­sza dia­gnoza cho­roby afek­tyw­nej dwu­bie­gu­no­wej (posta­wiona przez innego spe­cja­li­stę) praw­do­po­dob­nie była błędna. W rze­czy­wi­sto­ści miał poważne ADHD oraz doświad­cze­nie traumy. Skie­ro­wa­łem go do psy­chia­try, który dosto­so­wał lecze­nie far­ma­ko­lo­giczne. Bill prze­szedł także tera­pię traumy, dzięki czemu jego objawy wyraź­nie osła­bły. Gdy mój staż dobiegł końca, prze­ka­za­łem go innemu tera­peu­cie, by mógł kon­ty­nu­ować lecze­nie. Nie sądzę, by Bill mógł pora­dzić sobie bez pro­fe­sjo­nal­nej pomocy, w prze­ci­wień­stwie do Abby. Te dwie krót­kie histo­rie pacjen­tów uka­zują istotny fakt doty­czący zawodu psy­cho­te­ra­peuty: wła­śnie przez takie niu­anse trudno jest odróż­nić rze­telne infor­ma­cje o zdro­wiu psy­chicz­nym od tych wpro­wa­dza­ją­cych w błąd. Bill i Abby oboje sko­rzy­stali z tera­pii, ale moim zda­niem tylko jedno z nich naprawdę jej potrze­bo­wało.

Nie­któ­rzy tera­peuci mogą się ze mną nie zgo­dzić i twier­dzić, że tera­pia jest potrzebna każ­demu. Warto pamię­tać, że to prze­ko­na­nie bywa wzmac­niane przez czyn­niki finan­sowe – w końcu tera­peuci utrzy­mują się wła­śnie z ofe­ro­wa­nia swo­ich usług. Mimo to wielu innych spe­cja­li­stów myśli podob­nie jak ja, choć część z nich nie mówi o tym gło­śno, oba­wia­jąc się, że mogliby znie­chę­cić kogoś, kto naprawdę potrze­buje wspar­cia. Sam, pisząc te słowa, odczu­wam podobny nie­po­kój.

Dys­ku­sja wykra­cza jed­nak daleko poza samą kwe­stię zachę­ca­nia ludzi do szu­ka­nia pomocy. Nie­któ­rzy psy­cho­te­ra­peuci uwa­żają, że pro­blemy psy­chiczne naj­le­piej opi­sy­wać w kate­go­riach cho­roby. Jest to podej­ście, które wyra­sta z medy­ka­li­za­cji codzien­nego życia, czyli skłon­no­ści do trak­to­wa­nia trud­nych emo­cji i doświad­czeń jak obja­wów wyma­ga­ją­cych dia­gnozy i lecze­nia. Inni spe­cja­li­ści twier­dzą z kolei, że pro­blemy natury psy­chicznej są zbyt powszechne i zbyt zróż­ni­co­wane, by uzna­wać je za jed­nostki cho­ro­bowe. Część tera­peu­tów jest zda­nia, że „praw­dziwe” zabu­rze­nia psy­chiczne zda­rzają się rzadko, dla­tego uni­kają sta­wia­nia dia­gnoz, kiedy tylko mogą. Dla tych kli­ni­cy­stów ludzie nie potrze­bują „lecze­nia cho­roby”, lecz wspar­cia w radze­niu sobie ze zwy­kłymi tru­dami życia. Ich zda­niem za wie­loma dia­gnozami kryją się tak naprawdę nie zabu­rze­nia czy cho­roby, lecz nor­malne reak­cje na życiowe wyzwa­nia, a tera­pia może przy­nieść korzyść wszyst­kim, także tym, któ­rzy nie speł­niają żad­nych kry­te­riów dia­gno­stycz­nych. Wielu ludzi może skła­niać się ku jed­nej lub dru­giej stro­nie tej debaty, ale to nie zna­czy, że któ­raś z nich ma cał­ko­witą rację.

Uwa­żam, że obie te per­spek­tywy mają sens. Cho­roby psy­chiczne naprawdę ist­nieją – wiem to, bo leczy­łem z nich wielu pacjen­tów. Z dru­giej strony rozu­miem też, że lęk, depre­sja, OCD, zespół stresu poura­zo­wego (PTSD) i inne zabu­rze­nia psy­chiczne czę­sto bywają natu­ralną reak­cją na życiowe trud­no­ści, które prę­dzej czy póź­niej doty­kają każ­dego z nas. Innymi słowy: układ ner­wowy każ­dego czło­wieka może reago­wać w spo­sób speł­nia­jący kry­te­ria dia­gnozy. Jeśli tra­cisz pracę i ban­kru­tu­jesz, to cał­kiem zro­zu­miałe, że możesz czuć głę­boki smu­tek albo lęk. To, czy w danym momen­cie potrze­bu­jesz tera­pii, zależy od wielu czyn­ni­ków, mię­dzy innymi od inten­syw­no­ści obja­wów i dłu­go­ści czasu, w któ­rym wystę­pują.

Histo­rie Abby i Billa poka­zują, że nie ma jed­nego, uni­wer­sal­nego podej­ścia – każdy pacjent wymaga innego rodzaju wspar­cia. Waha­łem się, czy zdia­gno­zo­wać u Abby zabu­rze­nia lękowe, ponie­waż – mimo że wyda­wała się ner­wowa i nie­pewna sie­bie – jej wewnętrzne prze­ży­cia nie wska­zy­wały na zakłó­ce­nia w codzien­nym funk­cjo­no­wa­niu. Innymi słowy, nie speł­niała kry­te­riów dia­gnozy. Jej tera­pia nie wyma­gała więc medy­ka­li­zo­wa­nia tych prze­żyć. Z kolei w przy­padku Billa posłu­gi­wa­nie się języ­kiem dia­gnozy było konieczne, ponie­waż przyj­mo­wał już leki prze­pi­sane na pod­sta­wie wcze­śniej­szego roz­po­zna­nia. Duża część pracy tera­peu­tycz­nej pole­gała na ponow­nej oce­nie tych ety­kiet i odna­le­zie­niu wła­ści­wych. (Do tematu dia­gno­zo­wa­nia wrócę jesz­cze w dal­szej czę­ści książki. Dobrze posta­wiona dia­gnoza potrafi być źró­dłem ogrom­nej ulgi).

Kiedy sły­szę, że tera­pia rze­komo jest potrzebna każ­demu, oba­wiam się, że takie prze­ko­na­nie odciąga ogra­ni­czone zasoby opieki psy­chicz­nej od osób naprawdę potrze­bu­ją­cych, takich jak Bill, na rzecz tych, któ­rych po pro­stu stać na dro­giego tera­peutę. Nie ma w tym nic nie­mo­ral­nego ani nie­etycz­nego, że ktoś korzy­sta z tera­pii, nawet jeśli nie ma wyraź­nej potrzeby. Pro­blem w tym, że być może nie mamy wystar­cza­ją­cej liczby spe­cja­li­stów, by zapew­nić pomoc wszyst­kim, a to spra­wia, że opieka psy­chiczna staje się coraz mniej dostępna dla tych, któ­rzy naj­bar­dziej jej potrze­bują. Jeśli dostęp­ność jest ogra­ni­czona, to czy zasoby powinny tra­fiać do naj­bo­gat­szych? Jak to świad­czy o naszej kul­tu­rze i o naszym podej­ściu do życia, skoro jedyną uzna­waną metodą roz­wią­zy­wa­nia codzien­nych trud­no­ści ma być roz­mowa z psy­cho­te­ra­peutą? Czy nie możemy się­gać po inne formy wspar­cia, jak na przy­kład coaching, w radze­niu sobie z wie­loma pro­ble­mami? Czy nie powin­ni­śmy móc liczyć na pewien poziom wspar­cia ze strony bli­skich?

Jeśli zasta­na­wiasz się, czy naprawdę potrze­bu­jesz tera­pii, naj­le­piej poroz­ma­wiaj z wykwa­li­fi­ko­wa­nym spe­cja­li­stą. Możesz zapy­tać go, jak defi­niuje zabu­rze­nia psy­chiczne i co jego zda­niem ozna­cza, że ktoś nie potrze­buje tera­pii. Nie pozwól, by samo przy­pusz­cze­nie, że być może nie musisz iść na tera­pię, powstrzy­mało cię przed sko­rzy­sta­niem z niej. Warto też pamię­tać, że wiele osób, które naprawdę potrze­bują tera­pii, unika jej z obawy przed tym, czego mogliby się dowie­dzieć o sobie.

Mit 1: „Każdy powi­nien cho­dzić na tera­pię” – trzy fakty do zapa­mię­ta­nia

Choć każdy może odnieśćkorzy­ści z tera­pii, nie każdy jej potrze­buje.Tera­pia może pomóc w codzien­nych trud­no­ściach tak samo jak w zma­ga­niach z zabu­rze­niami psy­chicz­nymi.Pamię­taj, że ist­nieją rów­nież inne spo­soby radze­nia sobie z życio­wymi pro­ble­mami.

Mit 2: Analizowanie własnych myśli zawsze ma sens

Już pod­czas pierw­szej sesji z Carą dało się zauwa­żyć, że ma za sobą wcze­śniej­sze doświad­cze­nia tera­peu­tyczne, gdyż swo­bod­nie posłu­gi­wała się żar­go­nem psy­cho­lo­gicz­nym i z dużą łatwo­ścią nazy­wała swoje emo­cje. Potra­fiła jasno wyja­śnić, jak jej dzie­ciń­stwo wpły­nęło na to, kim się stała jako osoba doro­sła. Przez dwa­dzie­ścia minut mogła bez prze­rwy opo­wia­dać o swoim świe­cie wewnętrz­nym, chyba że wtrą­ci­łem coś od sie­bie. Mimo tak dużej samo­świa­do­mo­ści wciąż miała trud­no­ści z codzien­nym funk­cjo­no­wa­niem. Nie potra­fiła utrzy­mać pracy. Miesz­kała z rodziną, od któ­rej była zależna. Czę­sto pła­kała i miała kło­poty w rela­cjach z przy­ja­ciółmi, współ­pra­cow­ni­kami, part­ne­rami i innymi ludźmi. Przed spo­tka­niem ze mną już przez wiele lat cho­dziła na tera­pię. Z tego, co zro­zu­mia­łem, jej poprzedni tera­peuta sto­so­wał głów­nie podej­ście ana­li­tyczne. Pomógł jej wydo­być na świa­tło dzienne kilka wypar­tych wspo­mnień doty­czą­cych dzie­cię­cych traum – wyda­rzeń, któ­rych wcze­śniej nie była świa­doma.

Cara znacz­nie róż­niła się od innego pacjenta, Daniela. Kiedy przy­szedł na tera­pię, był powścią­gliwy i nie­chętny, by odsło­nić, co naprawdę się dzieje w jego wnę­trzu. Już na pierw­szym spo­tka­niu zapy­tał, w jakich dokład­nie sytu­acjach tera­peuta ma obo­wią­zek zła­mać zasadę pouf­no­ści, którą zazwy­czaj łamie się wtedy, gdy ist­nieje ryzyko, że ktoś skrzyw­dzi sie­bie albo innych. To wzbu­dziło moje podej­rze­nia, że Daniel może mieć myśli samo­bój­cze. Po kilku sesjach zaczął się przede mną otwie­rać. Dora­stał w rodzi­nie kucha­rzy, a choć sam nie poszedł tą drogą zawo­dową, goto­wa­nie było dla niego natu­ral­nym spo­so­bem oka­zy­wa­nia bli­skim miło­ści. Ostat­nio zma­gał się jed­nak z nie­po­ko­ją­cymi myślami. Opo­wie­dział mi o wie­czo­rze, gdy kroił warzywa i nagle poja­wiła się w jego gło­wie prze­ra­ża­jąca myśl: „A co, jeśli użyję tego noża, żeby pociąć nim któ­reś z moich dzieci?”. Daniel był zszo­ko­wany. Gdy zapy­tałem, jak się czuł, mając takie myśli, i czy roz­wa­żał, by wcie­lić je w czyn, zapew­nił mnie wie­lo­krot­nie, że ni­gdy nikogo by nie skrzyw­dził, a tym bar­dziej wła­snych dzieci. Mimo to było mu nie­do­brze na samą myśl, że coś takiego poja­wiło się w jego gło­wie.

Pogląd, że myśli mają ukryte zna­cze­nie, pocho­dzi z teo­rii Freuda. Sig­mund Freud, znany jako ojciec psy­cho­ana­lizy, postrze­gał umysł jako dyna­miczne współ­dzia­ła­nie świa­do­mo­ści i podświa­do­mo­ści. Mówiąc naj­pro­ściej: świa­do­mość to wszyst­kie czę­ści nas, z któ­rych zda­jemy sobie sprawę, nato­miast podświa­do­mość obej­muje wszyst­kie te czę­ści, z któ­rych sobie sprawy nie zda­jemy. Umysł two­rzy mecha­ni­zmy obronne (cza­sem nazy­wane pro­ce­sami obron­nymi), aby uchro­nić świa­do­mość przed bole­snymi prze­ży­ciami, myślami i wspo­mnie­niami, ukry­tymi w podświa­do­mo­ści. Mogą to być emo­cje, prze­ko­na­nia, wspo­mnie­nia, popędy lub inne tre­ści, które wolimy trzy­mać poza świa­do­mym doświad­cze­niem. W tra­dy­cyj­nej psy­cho­ana­li­zie rolą tera­peuty jest pomóc pacjen­towi uświa­do­mić sobie to, co zostało zepchnięte do podświa­do­mo­ści. Czę­sto przy­nosi to ulgę w doświad­cza­nych obja­wach.

W przy­padku Cary oka­zało się, że mimo przej­ścia przez wiele eta­pów psy­cho­ana­lizy nie odczu­wała poprawy. Co wię­cej, wyda­wało się, że jej „odzy­skane wspo­mnie­nia” pogłę­biają jej cier­pie­nie. Przyj­rzyjmy się teraz przy­pad­kowi Daniela. Czy gdy­byś był jego tera­peutą, spraw­dził­byś, czy jego myśli o kuchen­nym nożu mogą mieć zwią­zek z jaki­miś tre­ściami ukry­tymi w pod­świa­do­mo­ści? Czy twoim zda­niem m sko­rzy­stałby na tym tera­peu­tycz­nie, gdyby dopu­ścił do sie­bie myśl, że gdzieś głę­boko nosi w sobie nie­uświa­do­mione pra­gnie­nie skrzyw­dze­nia wła­snych dzieci, nawet jeśli sam ten pomysł budzi w nim wstyd i odrazę? Warto zazna­czyć, że temat wypar­tych wspo­mnień budzi kon­tro­wer­sje. Nie­któ­rzy uwa­żają je za oczy­wi­sty fakt, pod­czas gdy inni twier­dzą, że dowody na ich ist­nie­nie są dalece nie­wy­star­cza­jące.

Nie ist­nieje tylko jeden spo­sób rozu­mie­nia umy­słu. Freu­dow­ska per­spek­tywa to tylko jedna z wielu. W latach 60. XX wieku inny psy­cho­te­ra­peuta Aaron Beck zauwa­żył, że tra­dy­cyjna psy­cho­ana­liza nie pomaga jego pacjen­tom. Zaczął się zasta­na­wiać, czy rze­czy­wi­ście każda myśl wypływa z nie­świa­do­mo­ści. Coraz bar­dziej skła­niał się ku prze­ko­na­niu, że zamiast ana­li­zo­wać myśli w poszu­ki­wa­niu ukry­tych tre­ści, lepiej uczyć pacjen­tów, jak patrzeć na nie z dystan­sem i pod­da­wać je kry­tycz­nej oce­nie. Beck wpro­wa­dził poję­cie „myśli auto­ma­tycz­nych”, z któ­rych nie­które są zupeł­nie przy­pad­kowe, inne nato­miast upo­rczywe, nega­tywne i wyni­ka­jące z nie­ra­cjo­nal­nych prze­ko­nań. Beck uwa­żał, że reflek­sja nad wła­snymi myślami może przy­nieść ulgę w obja­wach, jeśli pacjenci nauczą się je świa­do­mie roz­po­zna­wać i lepiej rozu­mieć.

W przy­padku Daniela skon­sul­to­wa­łem się z kil­koma kole­gami po fachu i wspól­nie uzna­li­śmy, że nie sta­nowi on zagro­że­nia ani dla swo­ich dzieci, ani dla nikogo innego. Posta­nowiłem więc wyja­śnić mu, że nie­które myśli, nawet te naj­bar­dziej nie­po­ko­jące, mogą poja­wiać się zupeł­nie przy­pad­kowo i wcale nie muszą mieć głęb­szego zna­cze­nia. W języku psy­cho­te­ra­pii okre­śla się je mia­nem „natręt­nych”. Do naj­czę­ściej wystę­pu­ją­cych natręt­nych myśli należy irra­cjo­nalny lęk, że ktoś mógłby mieć skłon­no­ści pedo­fil­skie. Sama obec­ność takiej obawy nie ozna­cza, że dana osoba rze­czy­wi­ście odczuwa pociąg do nie­let­nich. Każ­demu zda­rzają się przy­pad­kowe myśli, od nega­tyw­nych po zabawne, od dzi­wacz­nych po zupeł­nie zwy­czajne. To nie zna­czy, że wywo­łany przez nie emo­cjo­nalny dys­kom­fort zawsze wymaga wspar­cia spe­cja­li­sty. Istotą sku­tecz­nego podej­ścia tera­peu­tycz­nego jest odróż­nie­nie myśli, które warto zgłę­bić, od tych, które nie wyma­gają więk­szej uwagi. Gdy­bym w pracy z Danie­lem obrał bar­dziej ana­li­tyczne podej­ście, nie jestem pewien, czy przy­nio­słoby to pozy­tywny efekt.

Mimo że Cara przez wiele godzin ana­li­zo­wała wła­sne myśli i szu­kała roz­wią­zań w pod­świa­do­mo­ści, wcale nie czuła się lepiej. Co wię­cej, z jej rela­cji wyni­kało, że objawy nasi­liły się w trak­cie wcze­śniej­szej tera­pii. Zamiast więc kon­ty­nu­ować kolejne ana­lizy, zasu­ge­ro­wa­łem, byśmy prze­stali wra­cać do prze­szło­ści. Powie­dzia­łem, że dzięki dotych­cza­so­wej pracy zyskała już świa­do­mość, jak prze­szłość wpływa na jej obecne życie, i że teraz możemy sku­pić się na tym, co pomoże jej iść dalej. Zaczę­li­śmy więc ćwi­czyć nowe umie­jęt­no­ści i roz­wa­żać inne spo­soby radze­nia sobie z codzien­no­ścią niż te, które prak­ty­ko­wała przez ostat­nie lata. Usta­li­li­śmy wspól­nie, co ma dla niej sens, pole­ga­jąc na jasno okre­ślo­nych celach tera­peu­tycz­nych. Z cza­sem, korzy­sta­jąc z narzę­dzi zaczerp­nię­tych z tera­pii beha­wio­ral­nej, Cara zaczęła wykształ­cać nowe wzorce reago­wa­nia.

Beha­wio­ry­ści patrzą na psy­chikę przez zupeł­nie inny pry­zmat niż ana­li­tycy czy teo­re­tycy poznaw­czy. Inte­re­suje ich nie to, co myślisz lub czu­jesz, ale to, jak się zacho­wu­jesz i jak można to zacho­wa­nie prze­pro­gra­mo­wać. Carę czę­sto para­li­żo­wał lęk przed robie­niem nowych rze­czy. Miała świa­do­mość, skąd bie­rze się jej lęk: dora­sta­jąc, była zło­śli­wie kry­ty­ko­wana – nie tyle za pomyłki, co za suk­cesy. To szcze­gól­nie pod­stępna forma prze­mocy emo­cjo­nal­nej. Gdy ktoś karze cię za błąd, przy­naj­mniej wiesz, o co cho­dzi. Jed­nak Cara była karana nie tylko za to, że coś jej się nie uda­wało, lecz rów­nież wtedy, gdy już za pierw­szym razem zro­biła coś dobrze. Ta nie­prze­wi­dy­wal­ność reak­cji oto­cze­nia budziła w niej ogromny lęk, a nawet panikę, zwłasz­cza gdy pró­bo­wała cze­goś nowego. Potrzebny był czas, aby nauczyć ją igno­ro­wa­nia tych przy­tła­cza­ją­cych emo­cji. Za każ­dym razem, gdy miała spró­bo­wać cze­goś po raz pierw­szy, towa­rzy­szyło jej napię­cie. Z bie­giem czasu zaczęła się z tym oswa­jać. Zda­rzało się jed­nak, że stare mecha­ni­zmy wra­cały, zwłasz­cza w obli­czu nowych sytu­acji, ale razem pra­co­wa­li­śmy nad tym, by pomóc jej lepiej sobie radzić z uczu­ciem przy­tło­cze­nia.

Dla jasno­ści: nie twier­dzę, że psy­cho­ana­liza ni­gdy nie jest pomocna. Sam mam przy­go­to­wa­nie ana­li­tyczne i przez lata prak­ty­ko­wa­łem tzw. psy­cho­te­ra­pię psy­cho­dy­na­miczną (czyli w grun­cie rze­czy współ­cze­sną psy­cho­ana­lizę). Nie trzy­mam się jed­nak sztywno jed­nej metody. Zawsze dobie­ram podej­ście do potrzeb kon­kret­nej osoby. Cza­sem trzeba coś prze­ana­li­zo­wać, cza­sem warto przyj­rzeć się wła­snym myślom, a innym razem zmie­nić spo­sób reago­wa­nia. Co naj­waż­niej­sze, nie ist­nieje jedno roz­wią­za­nie dobre dla wszyst­kich. Warto być ostroż­nym wobec porad, które suge­rują, że każda myśl ma głę­bo­kie zna­cze­nie. To nie­prawda! I całe szczę­ście.

Mit 2: „Ana­li­zo­wa­nie wła­snych myśli zawsze ma sens” – trzy fakty do zapa­mię­ta­nia

Cza­sami warto przyj­rzeć się głęb­szemu zna­cze­niu i temu, co kryje się w pod­świa­do­mo­ści, ale innym razem lepiej po pro­stu zatrzy­mać się na tym, co myślisz.Zda­rza się, że dana metoda tera­peu­tyczna prze­staje dzia­łać. Jeśli masz poczu­cie, że utkną­łeś w pro­ce­sie tera­pii, zapy­taj swo­jego tera­peutę, czy nie warto spró­bo­wać innego podej­ścia, albo zasta­nów się, czy nie nad­szedł moment, by poszu­kać innego spe­cja­li­sty.Nie wierz we wszystko, co pomy­ślisz.

Mit 3: Wyrażanie emocji jest zawsze słuszne

Powie ci to pra­wie każdy tera­peuta. Zga­dzam się z tym, ale trzeba zazna­czyć, że słowo „słuszne” czę­sto bywa źle rozu­miane i wyrwane z kon­tek­stu, co z kolei pro­wa­dzi do wielu nie­po­ro­zu­mień, zarówno wśród spe­cja­li­stów, jak i samych pacjen­tów. Poja­wia się więc pyta­nie: co to zna­czy, że wyra­ża­nie emo­cji jest „słuszne”? Czy cho­dzi o to, że to, co czu­jemy, ma logiczne pod­stawy? Że jest roz­sądne i prze­ko­nu­jące? Każdy, kto doświad­czył trud­nej emo­cjo­nal­nie sytu­acji, wie, że taka defi­ni­cja nijak ma się do rze­czy­wi­sto­ści. Emo­cje, nawet te spo­łecz­nie akcep­to­wane i przy­jemne, rzadko są logiczne i upo­rząd­ko­wane.

Tera­peuci czę­sto pod­kre­ślają wielką wagę emo­cji, któ­rych doświad­czają ich pacjenci. Co to ozna­cza w prak­tyce? Tera­peuta daje pacjen­towi sygnał: „To, co czu­jesz, ma sens i zasłu­guje na to, by się temu przyj­rzeć. Masz prawo to czuć, a w kon­tek­ście zdro­wia psy­chicz­nego cza­sem wręcz musisz sobie na to pozwo­lić”. To jed­nak nie jest to samo, co stwier­dze­nie, że wszyst­kie emo­cje są logiczne czy pomocne albo że należy się nimi kie­ro­wać. Mimo to, jak wielu innych tera­peu­tów, sam także uznaję emo­cje pacjen­tów za ważne – bo wiele obja­wów ma swoje źró­dło w tłu­mie­niu uczuć.

Zawsze gdy myślę o tłu­mie­niu emo­cji, przy­po­mina mi się moja pacjentka Eli­za­beth. Była szczę­śliwą mężatką i miała troje dzieci. Nie prze­pa­dała za swoją pracą, ale twier­dziła, że „da się ją znieść”. Jej mał­żeń­stwo nie było ide­alne, ale kochała swo­jego part­nera. Wycho­wy­wa­nie dzieci spra­wiało jej różne trud­no­ści, ale mimo wszystko naprawdę lubiła być mamą. Dla­czego więc nie­ustan­nie drę­czyły ją stres i nie­po­kój? Już pod­czas naszej pierw­szej sesji zauwa­ży­łem, że Eli­za­beth zużywa ogromną ilość ener­gii na ana­li­zo­wa­nie tego, co się dzieje w jej gło­wie. Była osobą bar­dzo racjo­nalną, a jej zacho­wa­nie sta­no­wiło wręcz pod­ręcz­ni­kowy przy­kład inte­lek­tu­ali­zo­wa­nia, czyli wyko­rzy­sty­wa­nia racjo­nal­nej ana­lizy do odse­pa­ro­wa­nia się od emo­cji. Można być osobą reflek­syjną, rozumną czy logiczną bez ucie­ka­nia się do inte­lek­tu­ali­zo­wa­nia. W przy­padku Eli­za­beth było jed­nak widać, że ten spo­sób myśle­nia wyni­kał z jej lęku. Zamiast powie­dzieć, że zło­ści ją pysko­wa­nie nasto­let­niej córki, zaczy­nała dłu­go­trwałe, nie­składne roz­wa­ża­nia na temat sytu­acji, ale ani razu nie nazwała swo­jej iry­ta­cji. Gdy szef pro­sił ją, by została dłu­żej w pracy, nie mówiła, że coś z tego powodu czuje – zamiast tego szcze­gó­łowo ana­li­zo­wała, dla­czego jej zda­niem szef polega na niej bar­dziej niż na innych pra­cow­ni­kach.

W pew­nym sen­sie tera­pia Eli­za­beth była cał­kiem pro­sta. Dużo czasu poświę­ca­łem na przy­glą­da­nie się jej emo­cjom i dawa­nie jej poczu­cia, że są ważne. Poma­ga­łem jej ćwi­czyć wyj­ście z głowy i osa­dza­nie emo­cji w ciele. Sku­pie­nie się na fizycz­nym odczu­wa­niu emo­cji to jedna z metod, którą tera­peuci sto­sują, by pomóc pacjen­tom naprawdę prze­żyć to, co czują. W miarę jak Eli­za­beth ćwi­czyła tę umie­jęt­ność, jej lęk się zmniej­szał. Warto zazna­czyć, że objawy lękowe mogą mieć różne źró­dła – nie zawsze cho­dzi o tłu­mie­nie emo­cji. Czę­sto pierw­sza inter­wen­cja tera­peu­tyczna nie daje spek­ta­ku­lar­nego efektu. W tym przy­padku udało się jed­nak już za pierw­szym razem. Nasza współ­praca nie trwała długo; Eli­za­beth szybko opa­no­wała narzę­dzia, które pozwo­liły jej samo­dziel­nie ruszyć dalej.

Dla pacjentki takiej, jak Eli­za­beth, zauwa­ża­nie i akcep­to­wa­nie swo­ich emo­cji było klu­czo­wym ele­men­tem pro­cesu tera­peu­tycz­nego. Jed­nym ze spo­so­bów, w jaki roz­ma­wiam z pacjen­tami o emo­cjach, jest porów­na­nie ich do danych, a ciała i mózgu do sys­temu, który te dane prze­twa­rza. Dane można inter­pre­to­wać na różne spo­soby. Eli­za­beth nauczyła się, że ma prawo mówić o swo­ich emo­cjach, na przy­kład o fru­stra­cji czy zło­ści, gdy rodzina sta­wia wobec niej zbyt wygó­ro­wane ocze­ki­wa­nia. Potra­fiła wyra­żać to w spo­sób spo­kojny, odpo­wie­dzialny i z sza­cun­kiem dla innych. Bywały jed­nak sytu­acje, w któ­rych wolała nie poka­zy­wać, co czuje. Pew­nego dnia jeden z jej współ­pra­cow­ni­ków popeł­nił błąd, przez co Eli­za­beth musiała wyko­nać dodat­kową pracę. Poczuła złość, ale wie­działa, że wyła­do­wa­nie jej, choć mogłoby przy­nieść chwi­lową ulgę, nie roz­wiąże pro­blemu. Zamiast dzia­łać pod wpły­wem emo­cji, pozwo­liła sobie ją poczuć, świa­do­mie zde­cy­do­wała, że nie będzie jej oka­zy­wać, i postą­piła ina­czej.

Nie każdy pacjent musi dogłęb­nie prze­ży­wać swoje emo­cje, żeby tera­pia przy­nio­sła efekty. Fran­kie, jeden z moich pacjen­tów, przy­szedł na pierw­sze spo­tka­nie roz­trzę­siony i ze łzami w oczach. Opo­wie­dział, że przez pomyłkę tra­fił nie do tego gabi­netu co trzeba i poczuł się bar­dzo odrzu­cony, kiedy recep­cjo­nistka nie zna­la­zła go w sys­te­mie. Czy to nor­malne, że w takiej sytu­acji czu­jemy trudne emo­cje? Oczy­wi­ście. Ale czy zdrowo byłoby wyła­do­wać złość na recep­cjo­ni­stce w gabi­ne­cie sto­ma­to­lo­gicz­nym, gdy szuka się poradni zdro­wia psy­chicz­nego? Zde­cy­do­wa­nie nie. Tera­pia Fran­kiego nie pole­gała na dłu­gim prze­ży­wa­niu emo­cji czy osa­dza­niu się w ciele. Mimo to męż­czy­zna prze­stał dzia­łać pod wpły­wem emo­cji, nauczył się z nimi funk­cjo­no­wać i świa­do­mie wybie­rać, jak chce reago­wać. Dzięki temu mniej prze­ży­wał, a wię­cej rozu­miał.

Na tym wła­śnie pole­gają mecha­ni­zmy obronne takie jak inte­lek­tu­ali­za­cja. Z per­spek­tywy psy­cho­ana­lizy poma­gają one uni­kać nie­przy­jem­nych, nie­uświa­do­mio­nych tre­ści, w tym trud­nych emo­cji. Same mecha­ni­zmy obronne nie są ani dobre, ani złe, podob­nie jak emo­cje, które wolę okre­ślać jako przy­jemne lub nieprzy­jemne, a nie pozy­tywne czy nega­tywne. Nie­za­leż­nie od tego, czy mówimy o emo­cjach, czy o mecha­ni­zmach obron­nych, wszystko zależy od tego, co z nimi zro­bimy.

Pamię­tam pewną sytu­ację z wła­snego doświad­cze­nia. Kie­dyś spo­ty­ka­łem się z kimś, z kim od początku dosko­nale się rozu­mie­li­śmy. Pew­nego dnia zauwa­ży­łem, że ta osoba ma w tele­fo­nie włą­czoną funk­cję, która pozwala zoba­czyć, czy odczy­tała wia­do­mość. Jedna z moich wia­do­mo­ści została prze­czy­tana, ale pozo­stała bez odpo­wie­dzi. Nie ukry­wam, poru­szyło mnie to, ale nie wyra­zi­łem swo­ich emo­cji ani też ich nie stłu­mi­łem. Nie­trudno zro­zu­mieć, że kiedy ktoś cię igno­ruje, możesz poczuć się odtrą­cony. W mojej gło­wie poja­wiły się podej­rze­nia: „Czy ona pisze z kimś innym? Czy już się mną znu­dziła? A może chciała, żebym to zoba­czył, bo ze mną pogrywa?”. (Nawią­zuję tu do wcze­śniej­szego roz­działu o tym, że nie warto wie­rzyć każ­dej swo­jej myśli). Tro­chę czasu zajęło mi uspo­ko­je­nie wewnętrz­nego dia­logu i spoj­rze­nie na sytu­ację z innej per­spek­tywy.

Osta­tecz­nie poru­szy­łem ten temat przy kolej­nym spo­tka­niu. Oka­zało się, że ta osoba wła­śnie tego dnia ode­brała nowego iPhone’a i nawet nie zauwa­żyła, że wspo­mniana funk­cja była w nim domyśl­nie włą­czona. Gdy­bym wcze­śniej dał się ponieść emo­cjom albo pozwo­lił swoim natręt­nym myślom prze­jąć kon­trolę, mogli­by­śmy uwi­kłać się w roz­mowę, która zupeł­nie nie pro­wa­dzi­łaby do poro­zu­mie­nia. Jasne, mogłem napi­sać w tej spra­wie wia­do­mość, ale wtedy ina­czej zin­ter­pre­to­wa­łem swoje emo­cje i posta­no­wi­łem zare­ago­wać odmien­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

R. Jen­nings, When Tik­Tok The­rapy Is More Lucra­tive than Seeing Clients, The Cut, 17 maja 2024, https://www.the­cut.com/article/tik­tok -the­rapy-money.html. [wróć]

J. Sper­ling, Men­tal Health Is Costing the US Eco­nomy Bil­lions— Incre­asing Access Could Be the Solu­tion, Busi­ness & Society, 28 maja 2024, https://leading.busi­ness.colum­bia.edu/main-pil­lar-busi­ness-society/busi­ness -society/men­tal-health-cost. [wróć]

J. Bron­son, M. Berzo­fsky, Spe­cial Report: Indi­ca­tors of Men­tal Health Pro­blems Repor­ted by Pri­so­ners and Jail Inma­tes, 2011–12, US Depart­ment of Justice, Office of Justice Pro­grams, czer­wiec 2017, https://bjs.ojp.gov/con­tent/pub/pdf/imhprpji1112.pdf. [wróć]

J. Mol­len, I Like You Just the Way I Am: Sto­ries About Me and Some Other People, St. Mar­tin’s Grif­fin, New York 2015. [wróć]