Każde kolejne jutro - Gabrielle Meyer - ebook
NOWOŚĆ

Każde kolejne jutro ebook

Gabrielle Meyer

0,0

Opis

 

Charles jest w 1883 roku ubogim farmerem, rozpaczliwie starającym się zapewnić stabilność finansową matce i siostrze. I wcale nie jest jeszcze pewien, którą epokę wybierze w dniu dwudziestych piątych urodzin. Podając się za hrabiego Norfolk, wkracza w kręgi elit przebywających na wakacjach w Newport, by pomóc Drew, swojemu przyjacielowi, również przenoszącemu się w czasie. Jednak wśród wyższych sfer rodzą się podejrzenia co do jego tożsamości, a spotkanie z intrygującą siostrą Drew dodatkowo komplikuje podjęcie decyzji.

Żyjąca w 1563 roku lady Cecily jest dwórką królowej Elżbiety i nie porzuca nadziei, że jej przyrodni brat Charles pozostanie z nią w tej epoce. Jako prawowity hrabia Norfolk, Charles jest uwikłany w niebezpieczną politykę dworską. Kiedy na zamek w Windsorze sprowadza Drew – studiującego medycynę w swojej drugiej epoce – aby ten pomógł królowej, w sercu Cecily budzą się dawne uczucia. Jednak miłość napotyka przeszkody nie do pokonania.

Charles i Cecily ruszają w pogoń z czasem, by nie dopuścić do ujawnienia licznych sekretów i nie wpaść w sidła nieuchronnie czekającego ich przeznaczenia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 533

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: 
Through Each Tomorrow (Timeless #6)
Autor: 
Gabrielle Meyer
Tłumaczenie z języka angielskiego: 
Anna Pliś
Redakcja: 
Izabela Dawidowicz
Korekta: 
Dominika Wilk
Skład i opracowanie graficzne:
Anna Brodziak
ISBN 978-83-68304-37-4
Projekt okładki: Jennifer Parker
Zdjęcia na okładce: Adobe Stock, Shutterstock
Wektory: myriammira, tohamina / magnific.com
© 2025 by Gabrielle Meyer by Bethany House Publishers,
a division of Baker Publishing Group, Grand Rapids, Michigan, 49516, U.S.A.
© 2026 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo
Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak
ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-016 Rzeszów
www.dreamswydawnictwo.pl
Rzeszów 2026, wydanie I
Druk: Drukarnia Abedik
Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty pochodzą z Biblii Tysiąclecia.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, 
przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, 
elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Mojej grupie krytyków i najlepszych przyjaciółek:

Lindsay Harrel, Alenie Auguste i Melissie Tagg.

Dziękuję za Wasze nieustające wsparcie,

nieocenioną mądrość i wierną przyjaźń.

Tak się cieszę, że Bóg powołał nas razem

na tę pisarską drogę.

Rozdział 1

‧ Charles ‧

Fredericksburg, Wirginia

1 czerwca 1883

Trudy życia najwyraźniej były moim nieodłącznym towarzyszem. Jedyna różnica polegała na tym, że w 1563 miałem pieniądze i tytuł, pomagające pokonać przeszkody, które życie rzucało mi pod nogi. Tutaj zaś, w 1883, po wojnie nic nie było proste. Coś jednak musiało się zmienić, bo mój czas się kończył.

Ostatnie promienie słońca przecinały nisko zwieszające się chmury, zalewając niebo żywymi kolorami. Oparłem się o otwarte drzwi stajni i podziwiałem Boże dzieło stworzenia. Po chwili przeniosłem wzrok na podupadającą stadninę koni, którą odziedziczyłem po ojcu.

– Nie pozwól, żeby mama zobaczyła u ciebie taką ponurą minę.

Moja siostra Ada wyłoniła się z szarego podniszczonego pomieszczenia gospodarskiego i szła teraz w moim kierunku, jedną ręką podpierając się w krzyżu, a w drugiej trzymając kopertę.

Uśmiechnąłem się i wyprostowałem. Nie chciałem dokładać jej kolejnych zmartwień na i tak już obciążone barki. Owdowiała niecałe pół roku temu i przeżywała żałobę po mężu, który był jej pierwszą miłością. Wróciła na gospodarstwo – bez środków do życia i w ciąży. Dziecko miało się urodzić dopiero za dwa miesiące, ale ona była już mocno zmęczona.

– Nie chcę sprawiać ponurego wrażenia – odparłem, po czym ucałowałem ją w oba policzki. – Czasem tylko tak się zamyślę. – Przyjrzałem się jej uważniej. – A jak się dziś miewa mama?

Ada westchnęła.

– Miałam nadzieję, że dzidziuś sprawi, że będzie miała na co czekać. – Położyła dłoń na zaokrąglonym brzuchu, a w jej niebieskich oczach jawił się smutek. – Nic nie je od trzech dni, Charlesie. Nie wiem, co my zrobimy.

Jeszcze nigdy nie przeżywała tak głębokiej melancholii. Mama cierpiała na nią od czasu do czasu po śmierci taty, ale po raz pierwszy położyło ją to do łóżka. Brzemię jej smutku ciążyło na nas, gdy byliśmy dziećmi, i chociaż powtarzałem sobie, że to nie moja wina, zawsze się zastanawiałem, czy wszystko nie wyglądałoby inaczej, gdybym był w stanie zrobić coś z gospodarstwem.

Miałem pewien pomysł, ale to będzie cud, jeśli uda się go zrealizować.

– Zajrzę do niej przed kolacją i spróbuję ją przekonać, żeby do nas dołączyła – obiecałem.

Na twarzy siostry odmalowała się ciekawość, gdy wyciągnęła w moją stronę przesyłkę.

– O mało co bym zapomniała. Przyszło dzisiaj, kiedy byłeś w polu. Nie zawracałabym ci tym głowy, bo wiem, że klacze mają wrócić lada moment, ale to z Nowego Jorku. – Zmarszczyła czoło. – Dlaczego ktoś z Whitney Shipping w Nowym Jorku wysyła ci list? Czy to jakiś kolejny rachunek?

Puls mi gwałtownie przyspieszył. Wziąłem od niej kopertę. Dobrze wiedziałem, co może zawierać.

Cud.

Na razie nie mogłem się tym podzielić z Adą.

– Mówiłem ci, żebyś się nie martwiła o rachunki. – Próbowałem ją ofuknąć, odwracając uwagę od listu. – Poradzimy sobie.

Położyła dłoń na mojej potylicy, w miejscu, gdzie tuż nad linią włosów znajdowało się znamię oznaczające, że przenoszę się w czasie. Miała poważną minę.

– Nie masz już zbyt wiele czasu, a Cecily potrzebuje ciebie bardziej niż my.

– I ona, i wy mnie potrzebujecie. – Odsunąłem się od jej dłoni. Nie chciałem się dziś martwić o Cecily. Miałem wystarczająco kłopotów tutaj. List, który trzymałem w dłoni, mógł być odpowiedzią na najbardziej palący problem, choć wiązał się z ogromnym ryzykiem.

Westchnąwszy po raz kolejny, Ada spojrzała w stronę drogi, z której właśnie w nasz podjazd skręcała przyczepa do przewozu koni.

– Wygląda na to, że dziewczyny wróciły.

Moja uwaga została brutalnie oderwana od ważnego listu, mimo że miałem ochotę natychmiast poznać odpowiedź Drew. Poprosiłem go o dwie rzeczy – jedna mogła mieć konsekwencje w 1563, a druga mogła zmienić bieg naszego życia w 1883. Jednak od kilku miesięcy czekałem na swoje dwie klacze hodowlane wracające ze stadniny ogierów. Wydałem na to prawie całą resztę oszczędności. Stella i Faye były jedynymi klaczami czystej krwi, które zostawiłem z nagradzanego medalami stada ojca. Los naszego gospodarstwa opierał się teraz na ich możliwościach rozrodczych. Będzie musiało upłynąć jeszcze kilka miesięcy, zanim się dowiem, czy nam się powiodło, a jeszcze więcej, zanim się oźrebią i będzie można sprzedać młode. Na razie żyliśmy z pieniędzy, które Ada przynosiła za sprzedaż masła i jajek, oraz z dobrej woli banku.

Zawahałem się przez chwilę, jednak potem oddałem list Adzie.

– Zanieś mi go do biura. Przeczytam później.

Jej piękne oczy były kiedyś tak pełne życia. Teraz kryły się w nich nijakość i rozczarowanie. Miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, jednak żałoba sprawiała, że wyglądała na dużo starszą.

– Zostawię ci kolację na kuchni, żeby nie wystygła.

– Dziękuję.

Niczego bardziej w tej chwili nie pragnąłem niż przeczytać ten list od Drew, ale trzeba było się zająć klaczami i nikt inny nie mógł mnie w tym zastąpić.

Czekałem, aż woźnica wjedzie na podwórko, próbując nie myśleć ze wstydem o obecnym stanie gospodarstwa. Nasza farma, tętniąca życiem przed wojną secesyjną, teraz była obrazem nędzy i rozpaczy. Tata świetnie sobie radził jako hodowca koni. Ale potem wybuchła wojna i zginął w walce, a gospodarstwo stało się szpitalem polowym dla żołnierzy Unii podczas drugiej bitwy pod Fredericksburgiem. Jedyne, co zostało, to dom i stajnia. Starałem się odbudować farmę, odkąd dorosłem na tyle, że mogłem utrzymać młotek w dłoni, ale bez pieniędzy cała moja praca szła na marne i ledwo wiązaliśmy koniec z końcem.

Rozładowanie klaczy i przeprowadzenie ich do stajni chwilę trwało. Kiedy woźnica odjechał, zabrałem się za wyczesanie koni, cały czas mówiąc do nich cicho i oceniając ich stan zdrowia.

Gdy tylko uniosłem tylną nogę Stelli, żeby oczyścić jej kopyto, natychmiast moją uwagę zwróciła nieprzyjemna woń i zauważyłem gnijącą strzałkę kopytową. Zaraz sprawdziłem pozostałe nogi oraz kopyta Faye i już wiedziałem, że w stadninie ogierów nie zajmowano się nimi odpowiednio. Faye też miała infekcję. Klacz zarżała cicho z bólu, gdy próbowałem oczyścić jej kopyta.

Musiałem wziąć kilka głębszych oddechów, żeby uspokoić gniew. W głowie obliczałem już, ile mnie będzie kosztować wizyta weterynarza. Nie przewidywałem wcześniej takiego wydatku, a ponieważ nie mieliśmy już perspektyw na kolejną pożyczkę z banku, nie byłem wcale pewien, czy nas na to stać.

A jednak to wcale nie rachunek od weterynarza czy inne zadłużenia zaprzątały teraz moje myśli najbardziej.

Godzinę później wyszedłem ze stajni, umyłem dłonie przy pompie, po czym wróciłem do domu. Kiedy wchodziłem do biura, nie potrafiłem myśleć o niczym innym poza przesyłką z Nowego Jorku. Leżała na biurku.

Nie czekając ani chwili, rozerwałem kopertę i wyjąłem ze środka list. Usiadłem w fotelu, żeby go przeczytać.

Whitney Shipping

Nowy Jork

Charlesie,

zacznę od stwierdzenia, że obie Twoje prośby wiążą się z ogromnym ryzykiem i sam nie wiem, czy chcę się go podjąć. Byłoby dla mnie zaszczytem móc służyć naszej królowej, ale jeśli ktokolwiek odkryje prawdę, czeka nas obu więzienie w Tower albo jeszcze coś gorszego. A co, jeśli przez przypadek zmienię bieg historii? Mógłbym stracić życie w 1563 przed czasem. Miałem Ci odmówić. Jednakże pojawiły się nowe okoliczności i uświadomiłem sobie, że być może moglibyśmy sobie wzajemnie pomóc.

Ty potrzebujesz medyka, któremu królowa mogłaby zaufać w 1563 roku, a ja nagle znalazłem się w pilnej potrzebie znalezienia w 1883 jakiegoś angielskiego arystokraty. Wiem, że to dziwnie brzmi. Pozwól zatem, że wyjaśnię. Moja matka toczy od lat zażartą rywalizację z moją ciotką. Być może czytałeś o tym w gazetach. To już legendarny bój, w którym każda stara się udowodnić, że to ona jest tą właściwą panią Whitney, królową nowobogackich. Obie wybudowały ogromne domy w Newport i opływające absurdalnym przepychem rezydencje w Nowym Jorku. Obie organizują wystawne przyjęcia, które kosztują setki tysięcy dolarów, i kupują coraz to bardziej ekstrawaganckie rzeczy, byleby przebić tę drugą. Ich głównym celem jest teraz znalezienie się na liście pani Astor, czyli liście 400 najważniejszych ludzi w amerykańskiej społeczności, oczywiście według pani Astor. Ponieważ fortuna Whitneyów to „nowe pieniądze”, pani Astor przez lata pomijała obie rodziny, ale to wcale ich nie zniechęcało. Ta, która dostanie zaproszenie jako pierwsza, zwycięży. A moja matka niczego bardziej nie pragnie.

Największym problemem, i jedynym, który mnie tak naprawdę trapi, jest fakt, że obie korzystają z tego samego źródła finansowania – Whitney Shipping. Szczerze mówiąc, ten ich rozrzutny konflikt zaczyna zagrażać stabilności naszej firmy. Jedna z nich musi wkrótce zwyciężyć, w przeciwnym razie obawiam się, że dojdzie do nieodwracalnych szkód.

Gdy moja ciotka poinformowała „New York World”, że wraca właśnie z Paryża z wicehrabią Deville i będzie go podejmować w Newport przez całe lato, matka uparła się, że muszę znaleźć jakiegoś arystokratę o wyższej pozycji, żeby mogła przebić ciotkę. Matka wierzy, że jeśli ściągnę do Newport jakiegoś hrabiego albo księcia, pani Astor nie będzie mogła już dłużej jej ignorować.

Jest rzeczą oczywistą, że – dla dobra Whitney Shipping – ten spór musi się skończyć.

Wiem, że w 1883 roku nie jesteś hrabią, ale jesteś nim w 1563 i masz wszelką potrzebną wiedzę i zwyczaje hrabiego, by to się mogło udać na parę tygodni. Możesz nawet podać matce swoje prawdziwe nazwisko z 1563, Charles Pembrooke, hrabia Norfolk, żeby Ci się nie mieszało.

Chodzi mi tylko o to, żebyś pokazał się na kilku przyjęciach i zrobił wrażenie na paru znajomych matki, co, mam nadzieję, ściągnie uwagę pani Astor.

Charlesie, jeśli Ty zgodzisz się przyjechać do Newport, to ja zgodzę się zbadać królową. A jeśli chodzi o Twoją drugą prośbę, zobaczę, co uda mi się zrobić. Wydaje mi się, że byłbym w stanie przekonać ojca, by zainwestował w Twoją stadninę, jeśli tylko się to odpowiednio przedstawi. Zawsze był zapalonym koniarzem, choć sprawy związane z biznesem przewozowym zajmowały go na tyle, że nie miał kiedy oddać się innej swojej pasji. Teraz przebywa w Europie i wróci do Nowego Jorku dopiero we wrześniu. Nie planuje zjeżdżać do Newport, ponieważ on i matka nie rozmawiają ze sobą.

Proponuję, byś przyjechał do Newport na lipiec i sierpień jako hrabia Norfolk, a potem pojedziemy do Nowego Jorku, gdy ojciec wróci we wrześniu, i będziesz mógł się z nim spotkać jako Charles Hollingsworth, właściciel Stadniny Koni Hollingsworth.

Życie towarzyskie mojej matki i biznesowe mojego ojca nie przecinają się ze sobą, więc nikt się nie dowie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Twoja stadnina osiągnie stabilność finansową początkiem przyszłego roku, przed Twoimi dwudziestymi piątymi urodzinami, kiedy będziesz musiał dokonać ostatecznej decyzji. Jeśli zdecydujesz się zostać w 1563, będziesz mógł wyznaczyć kogoś do zarządzania stadniną, żeby Twoja matka i siostra miały zapewnione dochody. A jeśli wybierzesz 1883 rok, skorzystasz z potrzebnego Ci zaplecza finansowego.

Jeżeli zgodzisz się przyjechać, prześlę Ci pieniądze na podróż do Nowego Jorku i jeszcze tyle, by zapewnić byt Twojej matce i siostrze do czasu Twojego powrotu pod koniec wakacji. Spotkamy się w Nowym Jorku, żeby zrobić zakupy i ubrać Cię, jak przystało na hrabiego Norfolk, a potem pojedziemy do Newport.

W oczekiwaniu na Twoją odpowiedź

Drew

Złożyłem list i przesunąłem dłonią po krótkim zaroście, którego nie zgoliłem tego dnia rano. W 1563 roku rzeczywiście byłem hrabią Norfolk, cenionym i szanowanym członkiem rady przybocznej królowej Elżbiety oraz spadkobiercą zamku Arundel. To właśnie tam poznałem Andrew Bromleya, syna cieśli. Szybko dostrzegłem na jego potylicy znamię charakterystyczne dla osób przenoszących się w czasie i odkryliśmy, że obaj żyjemy w tych samych epokach, z tą różnicą, że on w 1883 roku był spadkobiercą ogromnej fortuny w firmie przewozowej, a ja – żyjącym w nędzy synem wdowy. Nasze życia stanowiły zupełne przeciwieństwa, a jednak znamiona połączyły nas niesłabnącą przyjaźnią, choć nigdy go osobiście nie spotkałem w XIX wieku.

– Musisz coś zjeść, mamo. – Głos Ady dobiegał z sypialni matki po drugiej stronie korytarza. – Nie tknęłaś nic od wielu dni.

Odłożyłem list na biurko i wyszedłem z biura. Prośba przyjaciela ciążyła mi na sercu. Czy mógłbym udawać hrabiego w tej epoce? Oznaczałoby to konieczność opuszczenia siostry i matki na kilka miesięcy, ale z pomocą finansową Drew mógłbym wynająć parobka na czas mojej nieobecności.

– Mamo – powiedziałem, wchodząc do jej pokoju. Ada siedziała obok jej łóżka z miską parującej zupy. – Ada ma rację. Musisz coś zjeść.

Mama zwróciła swoją wymizerowaną twarz w moją stronę, a w jej oczach widać było rozpacz.

– Charlesie! Czy konie wróciły? Jak się mają?

Usiadłem po drugiej stronie łóżka i ująłem jej dłoń. Uśmiechnąłem się. Chciałem, by to, co powiem, brzmiało optymistycznie.

– Wróciły i wyglądają dobrze.

W jej błękitnych oczach mignęła iskierka nadziei.

– Myślisz, że będą z tego źrebaki? Wiesz, że największym marzeniem twojego ojca było, aby stadnina się rozwijała i odnosiła sukcesy. Gdyby wiedział… – Przerwała, a jej wargi drżały. – Byłby strasznie mną rozczarowany, gdyby się dowiedział, że dopuściłam do takiego stanu. Nigdy nie chciałam zawieść jego pamięci.

– Będą źrebaki, mamo. – Próbowałem ją pocieszyć, bo dobrze wiedziałem, że porażka stadniny była wyłącznie moją winą. Spadały na nas nieszczęście za nieszczęściem. Gdy tylko wydawało się nam, że już wychodzimy na prostą, dotykała nas kolejna klęska. – Woźnica przywiózł list od zarządcy stadniny, w którym ten zapewnia, że klacze są źrebne. Stella i Faye są zdrowe i młode, więc wszystko powinno być dobrze. Sytuacja się poprawi, mamo. Bóg się o nas zatroszczy, tak jak to zawsze czynił. – Sam nie wiedziałem, czy w to wierzę, ale to zapewnienie najwyraźniej jej pomogło.

Przyglądała mi się uważnie, a głębokie zmarszczki wokół jej oczu zdradzały zatroskanie.

– Obiecujesz, Charlesie? Przecież wcześniej też już miało być lepiej.

Prośba Drew znów wróciła mi w pamięci i pomyślałem o możliwych konsekwencjach. Nie był to najlepszy czas na opuszczenie gospodarstwa, ale nic nie mogłem na to poradzić. A jeśli takie rozwiązanie doprowadziłoby do spotkania z jego ojcem i uzyskania wsparcia finansowego na rozwój stadniny, to nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego wyniku. Byłbym w stanie przez parę miesięcy udawać, że jestem hrabią.

W zamian Drew zbada królową. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, uda mu się zdiagnozować, co jej dolega, i pomoże w jej powrocie do zdrowia. Wtedy w 1563 roku będę mógł skupić się na mojej młodszej przyrodniej siostrze, Cecily. Nie tylko mama i Ada były na mojej głowie. Czułem się odpowiedzialny również za Cecily. Musiałem dopilnować, by miała odpowiednią opiekę, kiedy ja odejdę.

Nieodłączną częścią daru przenoszenia się w czasie była konieczność wybrania jednego życia i musiałem to zrobić w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin, w marcu przyszłego roku. Drugą zaś epokę miałem porzucić na zawsze. Jeśli uda mi się znaleźć męża dla Cecily, to zostanę z mamą i Adą. A jeśli gospodarstwo będzie miało odpowiednie zabezpieczenie finansowe, to zostanę z Cecily.

Tak czy inaczej, miałem dużo do zrobienia i niezbyt wiele czasu.

Uśmiechnąłem się i uścisnąłem dłoń mamy.

– Obiecuję, że zrobię, co w mojej mocy, żeby zapewnić stadninie powodzenie. Masz na to moje słowo! – Może to właśnie była Boża odpowiedź na moje liczne modlitwy.

W jej oczach roznieciła się nadzieja i mama odpowiedziała mi uściskiem dłoni, a potem wzięła miskę zupy od Ady.

Nie wiedziałem jeszcze, jak dotrzymam słowa, ale nie mog­łem ich zawieść.

Rozdział 2

‧ Charles ‧

27 czerwca 1883

Newport, Rhode Island

Midcliff było rezydencją w stylu Tudorów, dumnie wznoszącą się w Ochre Point, najmodniejszej dzielnicy w Newport. Mżący deszcz dodawał budowli aury eteryczności, gdy tak górowała nad spienionymi falami Oceanu Atlantyckiego. Burza podążała za nami przez całą drogę z Nowego Jorku i nie wyglądało na to, żeby w najbliższym czasie miało się rozpogodzić. Ciemne chmury zwieszały się nisko nad naszymi głowami, a chłodny wiatr kołysał zdobioną karetą, którą pani Whitney po nas wysłała.

Zrobiłem głębszy wdech, modląc się z nadzieją, żebym nie musiał żałować swojego przyjazdu do Newport.

– O czym myślisz, Charlesie? – zapytał siedzący naprzeciw mnie Drew, gdy wjeżdżaliśmy na kolisty podjazd. Miał skrzyżowane na piersi ręce i opierał się wygodnie na siedzeniu. – To nie zamek Arundel, ale jest wygodniejszy niż to pełne przeciągów okropieństwo.

Uśmiechnąłem się na taki opis mojego rodzinnego domu z 1563 roku. Jako drugi hrabia Norfolk byłem bardzo dumny z zamku Arundel, nawet jeśli rzeczywiście panowały w nim przeciągi.

– Ujdzie to twoje Midcliff – odparłem, przybierając swój elegancki brytyjski akcent, którego potrzebowałem do roli, jaką miałem w najbliższym czasie odgrywać. – Przynajmniej na jakiś czas.

Drew wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Choć mój głos brzmiał pewnie, wcale się tak nie czułem.

– Mam nadzieję, że to się uda – powiedziałem do niego, kiedy kareta zwolniła przed głównym wejściem i właśnie miała zacząć się cała ta nasza farsa.

– Dużo od tego zależy – zgodził się Drew, a jego wcześniejszy dobry humor nagle zniknął i przyjaciel spoważniał. – Albo to będzie wspaniałe zwycięstwo mojej matki w walce o pozycję społeczną i ostateczny koniec jej kosztownej rywalizacji z ciotką, albo okaże się to totalną porażką, niweczącą wszelkie jej szanse na to, by jeszcze kiedykolwiek pokazać się w towarzystwie. Nie ma zbyt wiele opcji pomiędzy.

Parsknąłem.

– Dzięki za uspokojenie nerwów.

Przyjazny uśmiech Drew powrócił i mężczyzna opuścił ramiona.

– Będzie dobrze… lepiej niż dobrze. Pomyśl o tym po prostu jak o wakacjach. Dopóki nikt nie odkryje prawdy o twojej tożsamości, nie musisz się niczym martwić. A jak tu skończymy, spotkamy się z ojcem w Nowym Jorku i zobaczymy, czy uda nam się go przekonać, żeby wsparł finansowo stadninę.

– Nie zapominaj o twojej części naszej umowy. Zdrowie królowej wciąż się pogarsza. Jeśli coś jej się stanie, w Anglii może wybuchnąć kolejna wojna i zginą tysiące ludzi.

Uśmiech Drew zbladł.

– Dzięki za uspokojenie moich nerwów.

Gdy tylko kareta się zatrzymała, lokaj otworzył drzwi i uderzył nas powiew wiatru, niosący krople deszczu.

Miałem nadzieję, że nie będę żałował swojej decyzji o przyjeździe do Midcliff jako hrabia Norfolk… ani tego, że poprosiłem Drew o posługiwanie królowej Elżbiecie w roli królewskiego medyka. Nie był lekarzem w 1563, ale w 1883 studiował medycynę i wiedział więcej niż jakikolwiek nadworny medyk czy cyrulik, którzy wcześniej badali królową.

Ale to problem nie na dziś.

Wysiedliśmy z karety i od razu otworzyły się frontowe drzwi Midcliff, w których stanęła elegancka kobieta. Była z pewnością po czterdziestce. Siwe włosy miała wysoko upięte i ubrana była w jasną suknię. Z jej uszu zwisały kolczyki z ogromnymi diamentami.

– Drew! – Wyciągnęła dłoń w jego stronę, a jej oczy błyszczały. – W końcu jesteś!

– Matko. – Podszedł do kobiety i uściskał ją. – Dobrze cię znów widzieć.

Kamerdyner stał w drzwiach gotowy na wezwanie, ze wzrokiem skierowanym na przeciwległą ścianę. Czekał.

Wszedłem za Drew do holu, by schronić się przed deszczem.

Pani Whitney odsunęła się i uśmiechnęła do swojego jedynego syna, po czym zwróciła się do mnie.

– Lord Norfolk. – Dygnęła w wyuczony sposób. – To dla nas zaszczyt gościć pana w naszych skromnych progach.

Rzeczone progi nie były w żadnej mierze skromne, ale stanowiły to, co w wyższych sferach nazywano „domkiem letniskowym” w Newport.

Nie musiałem się silić na dystyngowane zachowanie, bo dobrze wiedziałem, co robić. Skłoniłem się i ucałowałem jej dłoń. Dworskie maniery, które wpajano mi od dziecka w XVI wieku, przychodziły mi naturalnie także w 1883 roku. Niezależnie od tego, czy miałem przywitać królową Elżbietę, czy przedstawicielkę amerykańskiej śmietanki towarzyskiej, wiedziałem, jak postępować.

– Cała przyjemność po mojej stronie, pani Whitney – odparłem z brytyjskim akcentem. – Dziękuję za zaproszenie.

Jej policzki spąsowiały z zachwytu i tylko lekko zaoponowała:

– Ależ to my jesteśmy wdzięczni, lordzie. Nawet pan nie wie, jaka to dla mnie radość przyjmować u siebie hrabiego jako gościa honorowego. Moja szwagierka, ta druga pani Whitney, gości u siebie tylko jakiegoś pomniejszego wicehrabię z Francji. – Roześmiała się perliście, ale wiedziałem, że rywalizacja jest zacięta. – Na pewno jest pan zmęczony i głodny po podróży – podjęła, gdy kamerdyner zamykał za nami drzwi. – Zorganizowałam drobny poczęstunek na werandzie.

Ujęła Drew pod ramię i skierowała go w stronę tylnej części domu.

– Prescott – zawołała na kamerdynera – dopilnuj, żeby bagaż gości wniesiono do ich pokoi.

Prescott skinął głową, a my opuściliśmy jasny hol i przeszliśmy przez przestronny salon.

Dom wykończono w różnych odcieniach bieli. Tapety na ścianach były kremowe z białymi kwiatuszkami, listwy wykończeniowe kremowe, tak jak i zasłony, zaś meble obite białym brokatem. Tylko podłogi miały kolor naturalnego drewna. Całość była jasna i przestronna… i czułem się niezręcznie. Pałac Whitehall, w którym przez większą część roku rezydowała królowa Elżbieta, oraz zamek Arundel były większe, ale bardziej surowe od tego, co zastałem tutaj. Z kolei gospodarstwo w Wirginii, w porównaniu z tym domkiem letniskowym, było małe i skąpo umeblowane, a ponadto prawie zawsze pokryte warstwą kurzu.

Do salonu z któregoś z pokoi w oddali dobiegł odgłos śmiechu i rozmowy. Drew zwolnił kroku.

– Czyżbyś urządziła przyjęcie, matko?

– Och, tylko kilku bliskich znajomych – odrzekła, machnąwszy ręką. – I oczywiście Evelyn.

Serce zabiło mi szybciej na słowa „kilku bliskich znajomych” i wymieniłem spojrzenie z Drew.

– Matko – powiedział Drew poważnym głosem i zatrzymał się w miejscu. – Mówiłem ci, że Charles nie chce zbyt wiele zamieszania.

– To nie jest żadne zamieszanie. – Poklepała go po ramieniu. – Tylko kilku sąsiadów. Naprawdę. Bardzo chcieli poznać naszego gościa.

Poprawiłem krawat pod szyją, bo nagle poczułem, jakbym się dusił. Niepewność była dla mnie czymś nowym. Nie miałem powodów do niepokoju, gdy byłem hrabią w 1563 albo Charlesem Hollingsworthem w 1883. Ale bycie hrabią w 1883 to zupełnie inna sprawa.

Pani Whitney wyprowadziła nas na werandę. Łuki, spod których rozciągał się widok na ocean, przykryto tkaniną w zielone pasy, a w pomieszczeniu panował miły chłód. Weranda miała półkolisty kształt i otaczała zaokrąglony wykusz z oknami salonu.

Wypełniało ją grono zamożnych dam. Przynajmniej dwa tuziny. Młode, stare i takie pomiędzy, całe w biżuterii i drogich strojach.

Przez zgromadzenie przebiegł szmer, gdy wszyscy przyglądali mi się, jakbym był cennym koniem na sprzedaż.

– Drogie panie – zawołała pani Whitney i klasnęła w dłonie, najpewniej po to, by je uciszyć, choć i tak już prawie wszystkie rozmowy ustały. – Mam ogromny zaszczyt przedstawić wam Charlesa Pembrooke’a, hrabiego Norfolk! – Jej głos brzmiał nieco piskliwie z ekscytacji. Zwróciła się w moją stronę, a jej oczy błyszczały. – Lordzie, oto moje najdroższe i najbliższe mi przyjaciółki.

Zaczęła się gra.

Posłałem w stronę zgromadzonych dam czarujący uśmiech i skłoniłem się nisko.

– To zaszczyt znaleźć się w towarzystwie pań.

Wszystkie zaczęły między sobą świergotać i trajkotać, a te starsze dyskretnie trącały swoje córki z entuzjazmem i nadzieją.

– Lordzie – odezwała się znów pani Whitney, wskazując dłonią na stół z przodu, najbliżej salonowych okien. – Zechce pan tutaj usiąść.

Przy stole siedziały już trzy młodsze i dwie starsze damy. Jedna z młodszych kobiet była blondynką o niebieskich oczach, a dwie pozostałe miały ciemne włosy. Wszystkie zmierzyły mnie wzrokiem. Ta jasnowłosa nie wyglądała na zbyt zachwyconą, ale pozostałe uśmiechały się do mnie serdecznie.

– Evelyn, moja droga – powiedziała pani Whitney, skinąwszy na tę obojętną damę. – Wstań i przywitaj naszego gościa honorowego.

Evelyn podniosła się z miejsca i wymieniła ze mną spojrzenie. Nie było w nim wrogości, ale nie dostrzegałem też serdeczności. Włosy miała upięte w kok, a obcisły, sztywny gorset jasnej sukni zdobiły marszczenia. Była piękna, jednak nie w taki klasyczny sposób. Jej wyjątkowe rysy wyróżniały ją w pomieszczeniu pełnym innych urodziwych dziewcząt.

– Lordzie Norfolk – zwróciła się do mnie pani Whitney. Rzekła to z jeszcze większym entuzjazmem niż poprzednio. – Pozwoli pan, że przedstawię swoją córkę, młodszą siostrę Drew, pannę Evelyn Whitney.

Evelyn dygnęła lekko, a ja się skłoniłem.

– Miło mi panią poznać, panno Whitney.

– Cała przyjemność po mojej stronie, lordzie Norfolk.

Zerknąłem w stronę Drew i uniosłem brwi. Nic mi nie mówił, że ma siostrę. Przyjaciel tylko wzruszył ramionami.

– A to jest pani Reinhold i panna Isabel Reinhold – przedstawiała dalej pani Whitney. – Rodzina kongresmana Reinholda.

Ponownie się ukłoniłem.

– Miło mi, lordzie Norfolk – odezwała się Isabel, wstając i dygając uprzejmie.

Skłoniłem się, ujęty jej delikatnym głosem i słodkim usposobieniem.

– Dalej… – Pani Whitney uniosła podbródek, a jej głos stał się nagle oziębły, choć nadal sprawiała wrażenie zadowolonej z siebie. – Pani Clarence’owa Whitney, moja szwagierka.

A więc to była ta kobieta, która próbowała prześcignąć matkę Drew, gdy tylko pojawiała się ku temu okazja.

Pani Clarence’owa Whitney zacisnęła usta i wyciągnęła w moją stronę dłoń.

– Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności, że Drew miał akurat szlachetnie urodzonego przyjaciela pod ręką, gotowego na zawołanie, by przybyć z wizytą na lato.

– To ja miałem szczęście, że mogłem przyjąć zaproszenie – odparłem, skłoniwszy się. Starałem się wykorzystać cały swój arystokratyczny urok na rzecz tej wersji wydarzeń, którą wspólnie uzgodniliśmy. – Poznaliśmy się w Londynie, kiedy przebywał na kontynencie zeszłego lata, i musiałem mu obiecać, że odwiedzę go przy okazji pobytu w Nowym Jorku. Kiedy tylko się tam zjawiłem, zaprosił mnie, bym towarzyszył mu w podróży do Newport.

Nie znosiłem kłamstwa, ale nikt by nie uwierzył w prawdę.

– Pozwoli pan, że przedstawię moją córkę – odrzekła pani Clarence’owa Whitney, wskazując dłonią na młodą damę. – Panna Marianna Whitney.

Dziewczyna wstała, dygnęła, a ja się skłoniłem.

Zaraz też pojawił się lokaj i wysunął dla mnie krzesło pomiędzy Evelyn i Isabel – nieprzypadkowo, o czym mógł świadczyć skryty uśmiech pani Whitney.

Gdy tylko rozmowa skupiła się na Drew, Evelyn zwróciła się w moją stronę.

– Jeśli wydaje się panu, że przybył pan tu, by ożenić się z jakąś dziedziczką – powiedziała cichym, beznamiętnym głosem – to obawiam się, że się pan rozczaruje, lordzie Norfolk. Nie jestem na sprzedaż.

Moje brwi powędrowały do góry wobec takiej śmiałości.

Ale wcale mnie to nie zaniepokoiło. Nie zamierzałem się do niej zalecać, ani do żadnej innej kobiety, dopóki nie podejmę ostatecznej decyzji w marcu przyszłego roku, kiedy skończę dwadzieścia pięć lat. Nawet gdybym szukał żony w tej epoce, nie nastawiałbym się na bogatą dziedziczkę, która nie przeżyłaby ani dnia na mojej farmie w Wirginii.

– Jeśli wydaje się pani, że kupi sobie tytuł – odparłem równie szczerze, sięgając po szklankę ponczu – to raczej się pani rozczaruje, panno Whitney. Mój hrabiowski tytuł nie jest na sprzedaż.

Teraz to ona spojrzała na mnie z zaskoczeniem, a ja przenios­łem uwagę na pannę Reinhold.

– Jak mija pani lato, panno Reinhold?

Rozciągnęła usta w uroczym uśmiechu, po czym zerknęła na pannę Whitney, a następnie znów na mnie i odparła:

– Cudownie, lordzie, ale coś mi się zdaje, że teraz zrobi się jeszcze bardziej interesująco.

Nie mogłem się nie zgodzić.

Trzy godziny później stałem przy oknach w swojej przestronnej sypialni, wpatrując się we wzburzony Atlantyk. Pokój miał półkolisty kształt i znajdował się nad salonem w wykuszu, do którego przylegała weranda, widziałem więc z góry jej dach. Zapewne była to najbardziej reprezentacyjna sypialnia w domu, z panoramicznym widokiem na ocean oraz inne rezydencje rozmieszczone wzdłuż skalistego wybrzeża.

Żałowałem, że nie jestem w stanie się tym w pełni cieszyć, ale prześladowała mnie świadomość, że mama i Ada zostały same na gospodarstwie i mają tylko tyle, by ledwie przeżyć lato. Miałem wrażenie, że jest w tym jakieś okrucieństwo – ja pławię się tu w największych luksusach, a one pracują w pocie czoła. Wiedziały, że wyjechałem do Nowego Jorku w poszukiwaniu inwestora. Nie miały jednak pojęcia, w jaki sposób zamierzam go pozyskać.

Od czasu, gdy wyjechałem z domu, nie ustawałem w modlitwach. To była moja ostatnia nadzieja.

Nagle pukanie do drzwi odwróciło moją uwagę od własnych myśli i oceanu.

– Proszę! – zawołałem.

Drew wkroczył do olbrzymiej sypialni i opadł swobodnie na jedno z pluszowych siedzisk koło okna.

– Stary, przepraszam cię za to. Nie wiedziałem, że matka planowała taki poczęstunek.

– Nie mówiłeś mi, że masz siostrę. – Założyłem ramiona na piersi i oparłem się o framugę okna. – Czy twoja matka sądzi, że przyjechałem tu szukać zamożnej narzeczonej? – W gazetach zawsze ze szczegółami opisywano przypadki, gdy amerykańska dziedziczka, albo ktoś w tym stylu, wchodziła poprzez małżeństwo do brytyjskiej arystokracji. Wiele zamożnych, nowobogackich rodzin, które nie były przyjmowane w kręgach pani Astor, zabierało swoje córki do Europy, by znaleźć im tam utytułowanego kandydata na męża. W zamian zubożeli arystokraci wchodzili w posiadanie pokaźnych posagów, które mogły uratować ich rodzinne posiadłości.

– Nawet jeśli… – Drew ziewnął. – Nie masz się czym martwić. Evelyn nie zamierza łapać dla siebie jakiegoś hrabiego. – Przerwał. – Szczerze mówiąc, to sam nie wiem, czego Evelyn chce. Bardzo się zmieniła w ciągu ostatniego półtora roku. Możliwe, że ona też sama nie wie. – Uśmiechnął się szeroko. – Ale panna Reinhold jest bardzo miła. Matka chciałaby, żebym zaopiekował się nią tego lata. Ojciec skorzystałby, gdyby miał kongresmana w rodzinie.

– A skoro mowa o twoim ojcu, miałeś od niego jakieś wieści? Czy nadal planuje powrót we wrześniu?

Drew oparł stopy o podłogę.

– Zapomniałem ci powiedzieć, że plany uległy zmianie. Napisał, że wróci do domu wcześniej. Zostawiłem mu wiadomość w biurze, nakreślając perspektywę inwestycji w twoją stadninę. – Pokręcił głową. – Pewnie będzie bardzo zaskoczony, że interesuje mnie zaangażowanie w rodzinny biznes, więc skontaktuje się ze mną zaraz po powrocie.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz. Dobrze byłoby wiedzieć jeszcze przed wrześniem, czy w ogóle będzie zainteresowany. – I może wtedy ja mógłbym szybciej zniknąć z tej farsy. Zaraz jednak się zreflektowałem. – Jesteś pewien, że nie przyjedzie do Newport?

– On nie znosi tego miejsca. Nic nie mogłoby przekonać go do przyjazdu tutaj.

– To dobrze.

– Na razie jednak – podjął Drew – skupmy się na tym, co mamy tu zrobić. Chyba nie zaszkodzi, jak trochę poflirtujesz z Evelyn. Wszelkie plotki o tym, że moja matka mogłaby mieć hrabiego za zięcia, tylko by podkręciły jej notowania na towarzyskiej skali i może ona i ciotka dałyby sobie spokój z tymi waśniami.

Odwróciłem się od okna. Rozważałem przez chwilę to, co powiedział wcześniej.

– Co miałeś na myśli, mówiąc, że twoja siostra się zmieniła?

– Kiedyś była taka jak panna Reinhold. Żartobliwa, roześmiana. Teraz jest bardziej powściągliwa i poważna, niemalże przygnębiona i pruderyjna. Musiało się coś wydarzyć, kiedy przebywałem w Yale. Pytałem matkę, ale ona też nic nie wie. To dla nas wszystkich bardzo tajemnicze.

– A pytałeś Evelyn?

– Oczywiście, że tak. Ale ona mówi, że wszystko jest dobrze. – Złożył dłonie i pochylił się do przodu, opierając się łokciami o kolana. – A skoro mowa o siostrach. Czy wymyśliłeś już, jak przekonamy Cecily, że jestem medykiem?

Westchnąłem i znów zwróciłem wzrok na ocean. Wielkie fale przesuwały się w stronę klifu, po czym rozbijały się o brzeg, wzbijając chmury kropelek. Cecily, moja przyrodnia siostra, była tak naprawdę jedyną prawdziwą przeszkodą, jaką musiałem pokonać przy wprowadzeniu Drew na zamek w Windsorze, gdzie królowa przeniosła się z całym dworem miesiąc temu, ponieważ w Londynie szalała zaraza. Cecily znała Drew od czasów naszego dzieciństwa spędzonego na zamku Arundel. Wiedziała, że jest cieślą.

– Kiedy ostatni raz ją widziałeś? – zapytałem.

Ściągnął brwi i wpatrywał się w zaciśnięte dłonie.

– Pięć lat temu – odparł cicho. – Zanim przeniosła się na dwór.

– Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem będzie powiedzieć jej prawdę.

Podniósł na mnie wzrok.

– Myślisz, że to dobry pomysł?

– Zaczyna się robić coraz większa gmatwanina intryg. Wydaje mi się, że powinniśmy zachować szczerość, gdzie tylko się da. Cecily wie, że przenosisz się w czasie, a kiedy wyjaśnię, że studiujesz medycynę, to mam nadzieję, że to zrozumie.

– Czy to rozsądne? Jeśli królowa odkryje prawdę, i ciebie, i mnie może spotkać surowa kara. Nie chcę, żeby Cecily była w to również zamieszana.

– Cecily wie, jak dochować tajemnicy. Nie powiem jej nic ponad to, co konieczne.

– Ufam, że masz rację. – Przyglądał mi się przez chwilę. – A jak się ona miewa?

Odsunąłem się od framugi.

– Nie było z nią zbyt dobrze ostatnim razem, gdy ją widziałem. Minęło kilka tygodni od jej przeniesienia na zamek w Windsorze.

– Ja też bym sobie nie radził dobrze, gdybym nieoczekiwanie stracił którąś z moich epok.

Cecily opłakiwała stratę swojego drugiego życia w 1913 roku, ale w końcu dojdzie do siebie. Już ja o to zadbam.

– Wszystko się ułoży w życiu każdego z nas. – Starałem się go pocieszyć, choć sam bardziej potrzebowałem takiej otuchy. – Kiedy tylko zdiagnozujesz, co dolega królowej, ustalimy sposób jej leczenia i będziesz mógł wrócić do Arundel. I tak porzucasz tę epokę w grudniu, więc nawet gdyby cię przyłapano…

– To spędzę tylko pół roku w Tower – dokończył sucho. – A jeśli ciebie przyłapią na tym, że podajesz się tutaj za hrabiego Norfolk, to czeka cię tylko skandal. Coś mi się wydaje, że i tak lepiej wychodzisz na tej naszej umowie.

– Zapominasz, że ja też mogę wylądować z tobą w Tower. Poza tym ja również mam dużo do stracenia w tysiąc osiemset osiemdziesiątym trzecim.

Jeszcze wiele mogło się wydarzyć do marca przyszłego roku, kiedy skończę dwadzieścia pięć lat. Od dziecka wiedziałem, że będę musiał zdecydować, czy chcę zostać w XVI czy XIX wieku. To było częścią zasad, jakimi rządził się dar przenoszenia się w czasie… o ile w ogóle można to było nazywać darem. Odkąd się urodziłem, przenosiłem się pomiędzy dwoma życiami. Kiedy dziś wieczorem położę się spać w 1883 roku, zbudzę się w 1563. Gdy po całym dniu w 1563 pójdę spać, zbudzę się znów w 1883. Czas zatrzymywał się podczas mojej nieobecności. Miałem dwa identyczne ciała i jedną świadomość, wędrującą pomiędzy nimi. Tak samo działo się z Drew i z Cecily. Odziedziczyłem znamię, które oznaczało, że przenoszę się w czasie, od mojego taty w 1883 roku. A to wiązało się z faktem, że w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin wybiorę epokę, w której zostanę już na zawsze. Stanie się tak, gdy w jednej z epok nie położę się spać przed północą. Wtedy w tej drugiej epoce moje ciało umrze i to będzie koniec mojego życia tam.

Drew i ja przenosiliśmy się pomiędzy tymi samymi epokami, ale Cecily nie. Ona żyła w XVI i w XX wieku. Od zawsze planowała wybrać wiek XX… a ja miałem wybrać XIX, żeby zająć się mamą i Adą. Jednak w styczniu wszystko się zmieniło. Cecily zmarła w XX wieku na polio, więc jej świadomość została tylko w 1563 i moja siostra nie miała już wyboru.

To z kolei oznaczało, że moje wybory również uległy zmianie.

– Skupmy się najpierw na tym, co obaj planujemy – stwierdziłem. – Jutro rano w tysiąc pięćset sześćdziesiątym trzecim przedstawię cię królowej. Zbadasz ją i dowiesz się, co jej dolega. Jeśli nam się poszczęści, to będzie coś nieskomplikowanego.

Drew nadal marszczył brwi.

– A co powiedzą jej pozostali medycy?

– Królowa odmawia, by ją badali.

Przyjaciel wyprostował się i zdjął łokcie z kolan.

– Dlaczego uważasz, że zgodzi się, bym ja to zrobił?

– Ufa mi. I będzie jej się podobało, że nie należysz do dworu. Nie wierzy innym medykom, którzy bardziej szukają dla siebie politycznych zysków, niż pragną jej służyć. Jeśli się do ciebie przekona, pozwoli ci się zbadać.

– Ale ja jestem tylko studentem – przypomniał mi.

– Jesteś inteligentny. Wiem, że możesz jej pomóc.

Podniósł dłonie i odchylił się na oparcie krzesła.

– Zrobię, co w mojej mocy.

– Nie proszę o nic innego.

– I nie zapomnij trochę poflirtować z Evelyn – dorzucił Drew, wstając z miejsca. – Ciotka by się wściekła, gdyby zaczęła podejrzewać, że Evelyn zostanie hrabiną.

– Nie chcę żadnych komplikacji podczas tego lata. I nie chcę nikomu złamać serca.

Drew mruknął, kierując się w stronę drzwi.

– Wiem, że przywykłeś do tego, że kobiety padają ci do nóg, lordzie Norfolk, ale Evelyn nie jest taka jak inne. Matka przedstawiała ją dziesiątkom europejskich lordów i książąt oraz najzamożniejszym kawalerom w Ameryce i żaden z nich nie zdołał zawrócić jej w głowie. Wątpię, czy w ogóle będziesz musiał się martwić jej złamanym sercem.

– Może jej serce już zostało złamane.

Drew przystanął z ręką na klamce.

– Może tak, jednak nie mam pojęcia, kto mógł to zrobić. Żadna z jej relacji po wejściu w towarzystwo nie była na tyle poważna. – Miał już wyjść z pokoju, ale dodał jeszcze: – Mam nadzieję, że nie masz za złe mojej matce, że robi wokół ciebie tyle szumu.

Wzruszyłem ramionami. Przynajmniej miałem czym zająć myśli i nie musiałem się martwić jutrem. Bo chociaż starałem się brzmieć pewnie, bardzo się denerwowałem jutrzejszym spotkaniem królowej z Drew oraz tym, co się stanie, gdy Cecily dowie się o naszych planach. Jeśli królowa zacznie podejrzewać, że Drew nie jest medykiem, albo ktokolwiek pomyśli, że chcę ją skrzywdzić, może się to skończyć egzekucją.

Drew musiał postępować ostrożnie.

A ja mądrze.

Zaś Cecily musi zachować milczenie.