Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kathryn ma dar przenoszenia się w czasie pomiędzy wiktoriańskim Londynem a Waszyngtonem tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. W 1938 roku otrzymuje zaproszenie z London Museum, by jako kurator włączyć się w organizację przełomowej wystawy na temat Kuby Rozpruwacza, który siał postrach w stolicy pięćdziesiąt lat wcześniej. W trakcie ponurych badań Kathryn odkrywa coś wstrząsającego – ostatnią ofiarą Rozpruwacza prawdopodobnie została jej siostra.
W 1888 Kathryn ściga się z przeznaczeniem i razem z przyjacielem z dzieciństwa poluje na najbardziej nieuchwytnego mordercę w dziejach. Rozwiązując tajemnicze wątki wplecione w dawne czasy, musi zdecydować, czy zdemaskuje przestępcę i porzuci życie z ukochanym mężczyzną, aby uratować swoją siostrę.
Gabrielle Meyer przedstawia kolejną ekscytującą powieść o podróżach w czasie, miłości i decyzjach, które mogą odmienić bieg historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 494
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojej młodszej siostrze,
Andrei Skoglund,
która jako pierwsza była gotowa
towarzyszyć mi w wyimaginowanych podróżach.
Łączą mnie z Tobą najlepsze wspomnienia.
Kocham Cię!
Wszystko ma swój czas.
Koh 3,1
Rozdział 1
Londyn, Anglia
31 października 1887
Zimny wiatr uderzający w okna mojej sypialni w domu pod numerem 11 przy Wilton Crescent był tak silny, że końce gałęzi pobliskiego drzewa dotykały szyby. Wsunęłam się głębiej pod ciepłą kołdrę. Nie mogłam oderwać się od lektury Doktora Jekylla i pana Hyde’a. Książka ta, autorstwa Roberta Louisa Stevensona, została wydana w zeszłym roku, ale dopiero teraz miałam okazję się z nią zaznajomić i czułam jednocześnie fascynację i przerażenie. Musiałam sobie niejednokrotnie przypominać, że to tylko fikcja i nie mam się czego bać. Przecież nie istniał żaden szaleniec, który zagrażałby Londynowi.
Płomień świecy zamigotał i zgasł. Teraz jedyne światło w pokoju pochodziło od głowni tlących się w kominku. Czytałam tak długo, że knot całkiem się wypalił.
Wycie wiatru nie ustawało. Leżałam przez chwilę po ciemku, zastanawiając się, czy powinnam odłożyć książkę i iść spać, czy wstać i poszukać nowej świecy. Było po północy, więc gdybym zasnęła, zbudziłabym się w moim drugim życiu w 1937 roku i musiałabym czekać cały kolejny dzień, by wrócić do 1887 i móc dokończyć lekturę. Zajmowałam się tam przygotowaniem ważnej wystawy w Smithsonian Institute prezentującej osobiste przedmioty należące do Jerzego Waszyngtona, ale nawet to nie byłoby w stanie przykuć mojej uwagi, gdybym dziś nie dokończyła historii doktora Jekylla i pana Hyde’a.
Taka to już moja dziwna rzeczywistość – wiodłam równolegle dwa życia. Kiedy dziś zasnę tu, w 1887 roku, zbudzę się jutro w 1937. Po całym dniu tam, gdy położę się spać, zbudzę się ponownie w 1887, a czas jakby się zatrzyma podczas mojej nieobecności. Miałam dwa identyczne ciała, ale jedną świadomość, która przemieszczała się pomiędzy nimi. Działo się tak od urodzenia i miało to trwać do moich dwudziestych piątych urodzin, do których zostały mi niecałe trzy lata. Tego dnia, czyli 20 maja 1890 roku, będę musiała wybrać, które życie chcę zachować, a które porzucę na zawsze.
Teraz jednak nie zastanawiałam się nad tym wyborem. Moje myśli zajmowało tylko to, jak się skończy książka.
Westchnąwszy, odkryłam kołdrę i postawiłam bose stopy na gęstym dywanie.
Wiatr nagle ustał i w momencie tej niespodziewanej ciszy dotarł do mnie inny dźwięk.
Podeszłam do drzwi i przysunęłam ucho. Przerażające opowiadanie o doktorze Jekyllu i panu Hydzie wciąż jeszcze było zbyt świeże w pamięci, bym tak odważnie wyszła bez świecy na korytarz.
Zaraz jednak uświadomiłam sobie, że ktoś płacze.
Pokój mojej siostry mieścił się obok mojego, podczas gdy pomieszczenia rodziców znajdowały się piętro niżej. Nie powinno być żadnych odgłosów koło mojej sypialni… a mimo to ponownie to usłyszałam.
Powoli otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.
– Mary? – wyszeptałam w przestrzeń przed sobą. – Czy to ty?
Drzwi pokoju mojej młodszej siostry były uchylone.
– Dokąd panienka pójdzie, panno Mary? – zapytała rozpaczliwym tonem Sarah Danbury, pokojówka Mary. – Zwłaszcza w taką noc jak dziś?
Zaniepokojona tym, co usłyszałam, otworzyłam szerzej drzwi i weszłam do sypialni siostry. Pomieszczenie oświetlała pojedyncza świeca, a Mary, ubrana w ciemny strój podróżny, wkładała do otwartej torby swoje ubrania. Otarła ramieniem mokry policzek, ale nie przestała się pakować.
Młoda pokojówka stała obok, z bezradności załamując ręce. Gdy tylko zobaczyła mnie w drzwiach, na jej twarzy odmalowała się nieznaczna ulga.
– Co ty robisz? – zapytałam Mary.
Siostra natychmiast podniosła wzrok, wyraźnie zaskoczona moim widokiem. Niedawno skończyła dziewiętnasty rok życia, ale była delikatna i wyglądała na młodszą, szczególnie gdy płakała. Ciemnorude włosy, o tym samym odcieniu co moje, miała spięte w niski kok i kilka pojedynczych pasemek opadało wokół jej pięknej twarzy. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, w jej zielonych oczach błysnął strach.
– Co robisz? – zapytałam ponownie, wchodząc głębiej do pokoju. – Dlaczego się pakujesz?
Mary spojrzała na pokojówkę i odprawiła ją skinieniem głowy.
Danbury przygryzła dolną wargę i miałam wrażenie, że zaprotestuje, ale znała swoje miejsce i wiedziała, że nie powinna kwestionować decyzji swojej pani. Dygnąwszy, spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem, a potem wyszła i zamknęła za sobą drzwi.
– Teraz mi powiesz? – zapytałam.
Siostra otarła łzy, po czym podeszła do komody, wyjęła kilka par pończoch i wróciła z nimi do torby, żeby je tam upchnąć.
– Przykro mi, Kathryn. Nie mogę ci powiedzieć, dokąd idę.
– To jakiś absurd! – odparłam, przyglądając się torbie, by sprawdzić, co spakowała. – Dokąd się wybierasz?
Pociągnęła nosem i przełknęła ślinę.
– To bez znaczenia.
Zmarszczyłam czoło. Nie wiedziałam, co myśleć. Nasz ojciec, sir Bernard Kelly, był słynnym medykiem i szanowanym autorem. Nasza matka, Agatha Kelly – ważną postacią wiktoriańskiej socjety i mecenasem sztuki. Rzadko kiedy mogłyśmy z Mary opuszczać dom bez właściwej opieki w ciągu dnia, a tym bardziej samotnie nocą. Nie było to ani bezpieczne, ani rozsądne. A moja siostra nigdy nie zachowywała się nierozważnie albo lekkomyślnie. Była grzeczna i lubiła się przypodobać rodzicom.
Chwyciłam ją za ramiona, zmuszając, by przestała się pakować i spojrzała na mnie. Jej oczy tonęły we łzach, a udręka widoczna na twarzy sprawiała, że serce mi się krajało.
– Co się stało, Mary? – zapytałam łagodnie, starając się zachować spokój. – Cały tydzień zachowywałaś się dziwnie.
Siostra załkała cicho i rzuciła mi się w ramiona.
– Och, Kathryn – zapłakała gorzko. – Już po mnie.
Otworzyłam usta i kiedy tak ją do siebie tuliłam, serce ścisnęło mi się na nową myśl.
– Czy ty… czy masz kłopoty? Jesteś przy nadziei?
– Nie. – Pokręciła głową i odsunęła się, po czym usiadła na łóżku. – Chciałabym, żeby to było takie proste.
Dosiadłam się obok i ujęłam jej spoconą dłoń. Teraz martwiłam się jeszcze bardziej. Mary była piękną, wykształconą i lubianą w towarzystwie młodą damą. Jej pogodne, radosne usposobienie potrafiło rozwiać wszelkie ciemne chmury i niosło pociechę wszystkim, którzy ją znali. Nie umiałam sobie wyobrazić ani jednej osoby czy sytuacji, która mogłaby sprowadzić na nią taką rozpacz.
– Co, u licha, mogło ci się przytrafić?
– Chciałabym móc ci powiedzieć, ale gdybym to uczyniła, popadłabyś w takie same tarapaty, a ja nie chcę cię skrzywdzić. Muszę stąd zniknąć. Gdybym została… – Przerwała i pokręciła głową. – Nie, nie ma innej możliwości.
– Nic nie rozumiem – odrzekłam, delikatnie odgarniając kosmyk włosów, który przykleił się do jej mokrego policzka. Podejrzewałam, że może zbytnio dramatyzuje. Na pewno, jeśli cokolwiek było nie tak, da się to z łatwością naprawić. – Zbudźmy ojca i matkę…
Cała nagle zesztywniała.
– Nie mam ani chwili do stracenia. – Wstała i ponownie otarła policzki drżącymi dłońmi.
Patrzyłam, jak zamknęła torbę, sięgnęła po ciemny szal, po czym otworzyła drzwi sypialni i wyszła na korytarz. Przejął mnie ogromny niepokój, bo nagle dotarło do mnie, że ona nie żartuje. Wyszłam za nią i złapałam ją za rękę.
– Skończ z tymi bzdurami, Mary. To nie jest bezpieczne, żeby samotna kobieta wychodziła, zwłaszcza nocą.
Powróciło wspomnienie o historii doktora Jekylla i pana Hyde’a, choć książka to nic w porównaniu z realiami życia na ulicach Londynu. Otoczenie Wilton Crescent było bezpieczne, ale niewiele dalej znajdował się Hyde Park i już od dzieciństwa przestrzegano nas przed zapuszczaniem się w te okolice, szczególnie po ciemku.
Mary sprawiała wrażenie takiej drobnej i przerażonej, a jednak zdecydowanej. Wysunęła dłoń z mojego uścisku i zeszła po schodach. Nawet nie przystanęła na piętrze, gdzie mieściły się pokoje naszych rodziców. Nie starała się jednak zachowywać ciszej. Zatrzymałam się, licząc, że może ojciec albo matka usłyszą coś i wyjdą, żeby ją powstrzymać. Ale nie uczynili tego i Mary wkrótce znalazła się przy drzwiach wejściowych.
Zbiegłam za nią po schodach.
– To jakieś szaleństwo, Mary! Musisz mi powiedzieć, co się dzieje.
Przystanęła i przytuliła mnie jeszcze raz, po czym rzekła:
– Do widzenia, Kathryn. Nie zapomnij, że cię kocham.
Ponownie ujęłam ją za rękę, ale cofnęła ją, a potem bezradnie patrzyłam, jak wychodzi. Sama.
Serce waliło mi jak oszalałe. Musiałam zdecydować, czy iść za nią, czy do rodziców.
Szybko dokonałam wyboru. Wbiegłam na górę pod drzwi sypialni ojca i zapukałam głośno. Gdyby nie ta sytuacja, nigdy nie ośmieliłabym się posunąć do czegoś takiego.
Weszłam do pokoju nieproszona.
Ojciec stał koło okna. Wciąż miał na sobie wieczorowy strój i patrzył teraz na ulicę.
– Ojcze – odezwałam się, podchodząc do niego. – Mary właśnie…
– Mary jest dla nas martwa. – Odwrócił się od okna, a jego spięte ramiona zdradzały determinację. – Nigdy więcej nie chcę słyszeć jej imienia.
Cofnęłam się o krok, jakby rażona piorunem. Co tu się, na Boga, dzieje?
– Ale…
– Nigdy więcej, Kathryn – powiedział głośno i przeciął dłonią powietrze, podkreślając tym gestem nieodwołalność swojej decyzji. Nie wiedziałam dokładnie, czy był wściekły, czy przerażony, ale na jego twarzy rysował się zacięty wyraz. – Jeśli nie chcesz skończyć tak jak ona, radzę ci o niej zapomnieć. Nie chcę, żeby ktokolwiek więcej wymawiał w tym domu jej imię.
– Zapomnieć? – Poczułam w oczach piekące łzy. Wyciągnęłam rękę w stronę jego ramienia. – Jak mam zapomnieć o mojej młodszej siostrze? Ojcze, ona jest gdzieś teraz na ulicy. Musisz ją przywołać, bo stanie się jej krzywda.
Wysunął ramię spod mojej dłoni i podszedł do drzwi, po czym je otworzył. Spojrzał na mnie surowo.
– To moje ostatnie ostrzeżenie, Kathryn. Nie zadawaj więcej pytań.
Nogi się pode mną ugięły i żołądek ścisnęła mi groza. Wyszłam z jego pokoju. Zbiegłam po schodach i znów znalazłam się w holu. Tak bardzo chciałam dogonić siostrę i przemówić jej do rozsądku.
Ale kiedy otworzyłam drzwi i wyszłam na ulicę, otoczyły mnie tylko ciemność i kłębiąca się mgła.
Mary już zniknęła.
Rozdział 2
Londyn, Anglia
30 sierpnia 1938
Dziwnie było stać przed domem przy 44 Berkeley Square w ten upalny, sierpniowy dzień 1938 roku. Wiele miesięcy planowania, wymiany korespondencji i zmartwień – przynajmniej ze strony mamy – w końcu doprowadziło mnie do miejsca, które najbardziej kocham. I nawet widmo wojny nie było w stanie przyćmić mojego entuzjazmu.
– Dużo się zmieniło od tysiąc osiemset osiemdziesiątego ósmego, Kathryn? – zapytała mama.
Tata w tym czasie wkładał klucz w drzwi wejściowe prowadzące do wynajętej kamienicy.
Zrobiłam głęboki wdech, chociaż zdawałam sobie sprawę ze spalin samochodowych i gęstej atmosfery, jaka przywitała nas w Southampton. Inwazja Hitlera na Austrię na początku tego roku i świadomość jego rosnącej siły militarnej sprawiały, że sytuacja była napięta – szczególnie w Anglii, gdzie ludzie wciąż dochodzili do siebie po Wielkiej Wojnie i kryzysie gospodarczym.
– Zmieniło się – przyznałam – ale nie jest aż tak inaczej, jakby się można było spodziewać.
– Znasz Berkeley Square?
– Troszkę – odparłam wymijająco.
Nie wspomniałam jednak, że dzień wcześniej w 1888 roku byłam na podwieczorku w domu po drugiej stronie placu. Mama już i tak się martwiła, że mogłabym wpaść na kogoś, kogo znam z mojej drugiej epoki. To jedna z wielu rzeczy, które musiałam jej obiecać, by przekonać ją, że ten wyjazd to dobry pomysł. Miałam unikać wszystkich, których mogłabym znać z 1888, choć przecież i tak nie uwierzyliby, że ja to ja.
Dar przenoszenia się w czasie odziedziczyłam po mojej mamie z 1938 roku, Grace Voland. Ona porzuciła życie w 1692, żeby wyjść za mojego tatę, generała brygady Lucasa Volanda. Uwielbiałam to, że rozumiała, jak to jest przenosić się w czasie, choć jej obie epoki dzieliły wieki. W moim przypadku różnica wynosiła tylko pięćdziesiąt lat. Możliwe, że ta sama dama, u której wczoraj byłam na podwieczorku w 1888 roku, lady Woodsmith, nadal mieszkała w domu po drugiej stronie placu.
Właśnie z tego powodu przyjęłam propozycję, by tu przybyć. Przez wiele miesięcy w 1888 roku poszukiwałam Mary i nie udało mi się jej znaleźć. Czy wciąż mieszkała w Londynie w 1938? To jedno z wielu pytań, które prześladowały mnie dniem i nocą, a ponieważ tu miałam większą swobodę i możliwości, żeby jej szukać, stwierdziłam, że zrobię to w ten sposób.
Tata otworzył drzwi do domu przy 44 Berkeley Square i wpuścił nas do środka.
Gdy znaleźliśmy się w holu, byłam pod wrażeniem wystroju wnętrza. Marmurową podłogę w biało-czarną kratkę wypolerowano na wysoki połysk. Pod sufitem wisiał błyszczący żyrandol. Hol wieńczyły wspaniałe schody, zaś po obu jego stronach ciągnęły się rzędy drzwi.
– Wciąż jestem pod wrażeniem, że lady Astor zaproponowała nam swój własny dom – powiedziała mama. Postawiła walizkę na podłodze i podniosła wzrok na żyrandol. – Tu jest tak wytwornie.
Lord i lady Astor byli żyjącymi na obczyźnie Amerykanami, którzy dobrze odnaleźli się w angielskim społeczeństwie. Lady Astor prawie dwadzieścia lat temu została pierwszą kobietą zasiadającą w Izbie Gmin. Była też oddaną fanką lotnictwa i przyjaźniła się z moimi rodzicami. Kiedy Astorowie dowiedzieli się, że przyjeżdżamy do Londynu, zaproponowali, że wynajmą nam jedną ze swoich wielu posiadłości. Zarówno Astorowie, jak i moi rodzice z niecierpliwością oczekiwali już na ponowne spotkanie.
W czasie gdy z mamą oglądałyśmy pokoje na parterze, tata wniósł nasze bagaże do holu.
Wzięłam jedną ze swoich walizek i wspięłam się po łukowych schodach na pierwsze piętro. Mieścił się tam salon i gabinet, zaś sypialnie znajdowały się na drugim piętrze. Z dwóch sypialni wybrałam tę mniejszą, po czym odłożywszy walizkę na łóżko, zajrzałam do pokoju rodziców.
– Wychodzę – rzuciłam.
Nie mogłam się już doczekać, żeby zabrać się za to, po co tu przyjechałam.
Mama właśnie zdejmowała buty na obcasie. Widziałam w jej spojrzeniu zmęczenie i troskę. Popatrzyła na mnie spod zmarszczonych brwi.
– Tak prędko, Kathryn?
W obu epokach miałam na imię Kathryn, ale nosiłam różne nazwiska. W 1938 nazywałam się Kathryn Voland, zaś w 1888 byłam Kathryn Kelly. Mama mówiła, że też w obu epokach miała to samo imię i że dzieje się tak, ponieważ to Bóg nam je daje. To ona mnie prowadziła i uczyła zasad związanych z darem przenoszenia się w czasie. Moi rodzice w 1888 roku nie mieli pojęcia, że wiodę taki podwójny żywot. Żadne z nich nie przenosiło się w czasie, więc mama przestrzegała mnie przed mówieniem im o tym. Nie wiedzieli, że promieniste znamię na karku to znak, który mnie wyróżniał i świadczył o tym, że przenoszę się w czasie i mam dwadzieścia pięć lat na dokonanie wyboru, którą epokę zachowam, a którą porzucę. Myśl o tym nigdy mnie nie opuszczała.
– Nie mam czasu do stracenia – odpowiedziałam. Musiałam się powstrzymać, by nie mówić z angielskim akcentem, do którego byłam przyzwyczajona w 1888 roku. Nie mówiłam tak w 1938 w Waszyngtonie, gdzie wychowałam się u boku mamy i taty oraz starszej siostry Lydii. Ona z kolei przebywała teraz w Kalifornii u naszej babci Tacy. – Mam tylko dwa miesiące na przygotowanie wystawy, a to naprawdę niewiele.
– Weźmiesz taksówkę? – zapytała mama.
– Zamierzałam się przejść, bo do Lancaster House jest tylko niecały kilometr. Dobrze mi zrobi, jeśli rozprostuję nogi po podróży.
– I tak w końcu będziesz musiała ją puścić – zauważył tata, zwracając się do mamy. Mówił ze swoim francuskim akcentem. Stanął za nią i pogładził ją po ramionach. – Da sobie radę, Grace. Zna to miasto lepiej niż my.
– Nie boję się, że się zgubi – odparła mama. – Ja tylko… i jeszcze ta wojna wisząca na włosku… – Nie dokończyła i jedynie pokręciła głową. – Kiedy możemy się ciebie spodziewać z powrotem?
– Zamierzam się spotkać z sir Rothschildem i zapoznać się z muzeum – powiedziałam. – Wrócę na kolację przed siódmą. Możecie do mnie zadzwonić do muzeum, jeśli będziecie czegoś ode mnie potrzebować.
Mama zgarbiła ramiona i pokiwała głową.
– Bądź ostrożna, Kathryn.
Uśmiechnęłam się i puściłam oko do taty.
– Do zobaczenia.
Ledwie byłam w stanie powstrzymać ekscytację, gdy schodziłam łukowymi schodami na parter, a potem wyszłam na słońce, w kierunku mojego celu.
London Museum mieściło się w budynku Lancaster House, nieopodal Pałacu Świętego Jakuba i alei The Mall. Przyjechałam na zaproszenie kustosza muzeum, sir Bryanta Rothschilda, aby jako kurator gościnny pomóc przy organizacji nowej wystawy. Poznałam go rok temu w Waszyngtonie, gdy odwiedzał Smithsonian Arts and Industries w ramach wymiany międzymuzealnej. Ponieważ byłam pomocniczą kuratorką wystawy, pełniłam funkcję jego przewodniczki przez większą część wizyty. Opowiedziałam mu wtedy o swoim zamiłowaniu do historii Wielkiej Brytanii, choć nie wiedział, że przenoszę się w czasie i z okresem wiktoriańskiej Anglii wiąże mnie coś więcej. Kiedy kilka miesięcy później otrzymałam od niego zaproszenie do Londynu w ramach wymiany, było to dla mnie zaskoczeniem, ale równocześnie ogromną pokusą.
Wciąż byłam w szoku, że to właśnie mnie zaprosił. Było tyle innych osób o wyższych kwalifikacjach. Może sir Rothschild wybrał mnie, bo dobrze się dogadywaliśmy i moja wiedza na temat brytyjskiej historii zrobiła na nim wrażenie.
Nie miało to dla mnie większego znaczenia, mimo że stawiało mnie teraz w niebezpiecznej sytuacji. W każdej chwili mogłam natknąć się na kogoś, kogo znałam z poprzedniej epoki – choć ci ludzie byliby starsi o pięćdziesiąt lat, a ja nadal miałam dwadzieścia trzy. Tylko że nawet jeśli mnie zobaczą, to pewnie pomyślą, że przypominam im kogoś, kogo kiedyś znali. Przynajmniej tak to tłumaczyłam mamie. Gdy zapytała mnie, co będzie, jeśli natknę się na samą siebie, odpowiedziałam po prostu: „Nie zamierzam zostawać w 1888 roku po dwudziestych piątych urodzinach, a zatem nie ma takiej możliwości, żebym spotkała samą siebie będącą w wieku siedemdziesięciu trzech lat”.
Mama tylko pokręciła głową i westchnęła. Postanowiłam, że przyjmę zaproszenie sir Rothschilda, i nic mnie nie mogło powstrzymać. Nawet zagrożenie związane z Adolfem Hitlerem.
A być może nadarzy się okazja i uda mi się odnaleźć moją siostrę Mary. Minęło dziesięć miesięcy od tamtej zimnej, jesiennej nocy w 1887, kiedy zniknęła. Kilka tygodni później przesłała mi krótki zaszyfrowany liścik, wyjaśniając, że żyje w dzielnicy Whitechapel. Znalazła pracę jako sprzątaczka i doglądała prac domowych u żydowskich rodzin, które stać było na taką pomoc. Trudno mi było pojąć, że moja słodka, delikatna siostrzyczka wykonuje ciężkie prace fizyczne. Ale jeszcze gorsze było wspomnienie tego, jak przerażona i samotna się wydawała tamtej nocy, gdy odeszła, i jak bardzo nadal musi się bać.
Nigdy się nie poddam i nie przestanę jej szukać – czy to w 1888, czy w 1938.
Lancaster House znajdował się na skraju Green Parku, niedaleko Pałacu Buckingham. Zanim Mary odeszła, byłyśmy tam na balu w 1887 roku, choć wtedy ta posiadłość nazywała się Stafford House. Obecnie w rezydencji mieściło się London Museum i byłam ciekawa jego wnętrza oraz tego, jak ten elegancki budynek się zmienił, by pomieścić muzealne kolekcje.
Gorące, sierpniowe słońce paliło moje ramiona, gdy w końcu dotarłam do wyróżniającej się korynckim stylem rezydencji. Prosta elewacja wcale nie zapowiadała kryjącego się wewnątrz przepychu. Wysokie drzewa okalające posiadłość zapewniały trochę cienia i prywatności, jednak mijający mnie przechodnie i samochody nie pozwalały zapomnieć, że jesteśmy w sercu Londynu.
Otworzyłam ciężkie drzwi i weszłam do głównego holu w Lancaster House. W środku panował miły chłód. Słychać było tylko stukot moich obcasów na marmurowej podłodze. Mój wzrok powędrował ku górze tego trzykondygnacyjnego budynku zwieńczonego szklaną kopułą, przez którą widać było błękitne niebo. Przede mną wznosiły się wyłożone czerwonym dywanem schody, rozchodzące się na dwie strony ku galeriom na wyższych piętrach. Złote zdobienia, błękitne marmury kolumn, czerwone obicia i olbrzymie malowidła ścienne nadawały temu wnętrzu szczególnego charakteru.
W holu na dole znajdowało się parę osób. Jedni podziwiali malowidła, inni w recepcji kupowali bilety, a jeszcze inni przechadzali się po galeriach na górze, przemieszczając się z jednej sali do drugiej.
– Czy chciała pani zobaczyć wystawę? – zapytała jakaś kobieta, podchodząc do mnie. Miała na sobie niebieski garnitur i białe bawełniane rękawiczki.
– Przyszłam zobaczyć się z sir Rothschildem – odparłam. – Jestem Kathryn Voland, ze Smithsonian Institute.
Zobaczyłam w jej oczach błysk zrozumienia.
– Sir Rothschild oczekuje na panią – odrzekła. – Jest u siebie w biurze. Zechce pani pójść za mną?
Ruszyłyśmy przez rozbrzmiewający echem hol do schodów, a potem na górę. Na pierwszym piętrze przeszłyśmy przez galerię i kolejnymi schodami na drugie piętro.
– Ekspozycje mieszczą się w suterenach, na parterze i na pierwszym piętrze – wyjaśniła moja przewodniczka, wiodąc mnie w górę schodów oznaczonych tabliczką „Tylko dla personelu”. – Na najwyższym piętrze znajduje się pokój socjalny i biuro sir Rothschilda.
Kobieta poprowadziła mnie przez labirynt korytarzy, aż do zamkniętych drzwi. Zapukała, a gdy rozległ się męski głos zapraszający nas do środka, otworzyła drzwi i przepuściła mnie przodem.
Sir Bryant Rothschild siedział za ogromnym biurkiem. Po jednej stronie pokoju znajdował się wygasły kominek, zaś po drugiej wysokie okna prezentowały wspaniały widok na Pałac Buckingham. Pomieszczenie to służyło pewnie kiedyś jako sypialnia, ale teraz zostało przerobione na biuro kustosza muzeum.
– Panna Voland – rzekł z szerokim uśmiechem i wstał, by mnie powitać. – Wspaniale panią znów widzieć. Czekaliśmy na panią.
– Przepraszam za opóźnienie.
– Proszę się tym nie przejmować – odparł elokwentnie. – Nasz drugi kurator gościnny ze Szkocji jeszcze nie dotarł, zatem nic panią nie ominęło. – Skinął głową w kierunku mojej przewodniczki i powiedział: – Dziękuję, pani Turner.
Kobieta pożegnała się i sir Rothschild wskazał mi krzesło.
Był dobrze zbudowanym mężczyzną o jasnych włosach i niebieskich oczach. Jeśli miałabym zgadywać, powiedziałabym, że ma około trzydziestu pięciu lat. Już w Waszyngtonie dał się poznać jako czarujący i inteligentny oraz chętny, by dzielić się swoją wiedzą i zbierać wiadomości od ludzi w Smithsonian. Czułam się zarówno podekscytowana, jak i trochę zdenerwowana tym, że w końcu będziemy mieli okazję współpracować. A co, jeśli się okaże, że nie mam kompetencji, by wykonać tę pracę dobrze? Za żadne skarby nie chciałabym się skompromitować albo go zawieść.
– Dobrze… – zaczął, zajmując z powrotem swoje miejsce. – Mamy wiele kwestii do omówienia, ale podejrzewam, że jest pani ciekawa projektu, przy którym będzie pani pomagać podczas najbliższych dwóch miesięcy.
Przesunęłam się na skraj krzesła i przytaknęłam ruchem głowy. Miałam pomagać drugiemu kuratorowi gościnnemu, który nazywał się Calan McCaffrey i pracował w Royal Museum of Scotland, choć jeszcze go nie poznałam.
– Nie mogę się wręcz doczekać.
Uśmiechnął się, odsłaniając rząd lekko pożółkłych zębów, zapewne od kawy, która również teraz znajdowała się na jego biurku.
– I dlatego właśnie tu panią zaprosiłem, panno Voland. Pani energia i pasja do historii nie mają sobie równych… choć muszę przyznać, że pan McCaffrey i ja plasujemy się tuż za panią. – Sir Rothschild nachylił się i oparł złożone dłonie na biurku. Jego spojrzenie zdradzało ekscytację. – London Museum jako pierwsze otrzymało dostęp do zbiorów Metropolitan Police Crime Museum. To prywatna kolekcja dowodów, które policja gromadziła na przestrzeni ponad stu lat i co jakiś czas udostępnia ich część do publicznego wglądu. – Przerwał, jakby już dłużej nie mógł powstrzymać radości. – Dokładnie jutro mija pięćdziesiąt lat od wydarzeń związanych z Kubą Rozpruwaczem i policja po raz pierwszy umożliwi nam dostęp do akt tej sprawy. Będziemy mogli przejrzeć wszystko, co zgromadzono, i stworzyć z tego wystawę do muzeum.
Aż otworzyłam usta na tę wiadomość. Wielokrotnie słyszałam o Kubie Rozpruwaczu. Morderstwa, których dopuścił się w wiktoriańskiej Anglii, stanowiły do 1938 roku część światowej historii… ale jakoś do tej pory nie zwracałam uwagi na konkretne daty.
– Kiedy dokonano tych morderstw? – zapytałam sir Rothschilda.
– Sam na razie tylko pobieżnie zapoznałem się z tym tematem – powiedział – więc jeszcze nie znam wszystkich szczegółów. Jednak wiem, że pierwsze wydarzyło się trzydziestego pierwszego sierpnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego ósmego, a ostatnie dziewiątego listopada tego samego roku.
– Trzydziestego pierwszego sierpnia?
– Tak. Dokładnie jutro minie pięćdziesiąt lat.
Przeszył mnie dreszcz. To oznaczało, że jutro, kiedy zbudzę się w 1888 roku, w mojej drugiej epoce dojdzie do pierwszego morderstwa.
– A gdzie ich dokonano? – zapytałam, czując, jak serce bije mi coraz szybciej.
– Wszystkie pięć morderstw przypisywanych Kubie wydarzyło się w promieniu półtora kilometra, w dzielnicy Whitechapel.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, gdy powtórzyłam szeptem:
– Whitechapel?
– Tak. – Zmarszczył brwi, najwyraźniej zaskoczony moją reakcją. – W tamtych czasach to była najbiedniejsza dzielnica miasta, zamieszkiwana przez tysiące osób z klasy robotniczej, którym się w życiu nie powiodło. Wszystkie pięć ofiar to były kobiety, które uważano za… – przerwał, jakby nie chciał wypowiedzieć tego słowa, ale w końcu wydusił je z siebie: – …prostytutki.
– W Whitechapel – powtórzyłam znów, ale to już nie było pytanie.
– Tak. W Whitechapel. – Odchylił się na oparciu, wyraźnie zaniepokojony moim zachowaniem. – Czy to dla pani problem, żeby zaangażować się w pracę nad tą wystawą, panno Voland?
Przełknęłam ślinę, starając się opanować niepokój, i pokręciłam głową. Jedną z zasad przenoszenia się w czasie było to, że nie wolno świadomie zmieniać biegu historii. Gdybym to uczyniła, porzuciłabym tę epokę, którą chciałam zmienić. Zatem nawet gdybym chciała powstrzymać te straszliwe zbrodnie, których dokonał Kuba Rozpruwacz w 1888 roku, nie mogłam. Porzuciłabym tamto życie, a nie byłam na to jeszcze gotowa.
Jednak to wcale mnie nie pocieszało. Nie teraz.
– Czy zna pan nazwiska ofiar? – zapytałam, wręcz bojąc się usłyszeć prawdę.
Sprawiał wrażenie, jakby się przez chwilę zastanawiał, po czym pokręcił głową.
– Przykro mi. Nie zgłębiłem tego tematu na tyle, żeby znać takie szczegóły. Jutro, kiedy odwiedzimy Crime Museum, dowiemy się więcej i czekając na przybycie pana McCaffreya, będziemy mogli porozmawiać o tym, w jaki sposób zorganizujemy tę wystawę. – Wstał z fotela. – Pokażę pani teraz biuro, a potem oprowadzę panią po pozostałej części budynku.
Przeszłam za sir Rothschildem przez jeden z pokoi do kolejnego, z którego rozciągał się jeszcze lepszy widok na Pałac Buckingham. Bez wątpienia to pomieszczenie również było wcześniej sypialnią, ale teraz ustawiono w nim ogromne biurko, stolik, kilka zdobionych krzeseł i szafę na dokumenty. Ściany pomalowano na delikatną zieleń, którą zdobiły złocenia i kryształowe kinkiety.
– To będzie pani i pana McCaffreya biuro przez najbliższe dwa miesiące – oświadczył sir Rothschild. – Mam nadzieję, że pani odpowiada.
– Oczywiście – odparłam machinalnie, bo w myślach wciąż trawiłam te wszystkie informacje, którymi się ze mną podzielił. – Jest piękne.
Wskazał gestem na drzwi.
– Możemy zacząć zwiedzanie?
Zmusiłam się do uśmiechu. Skinęłam głową i wyszłam za nim ze swojego biura, by zobaczyć resztę muzeum. Nie umiałam się jednak pozbyć tego złowrogiego uczucia ani niepokojącego pytania, które rozdzierało mi serce.
Musiałam poznać imiona i nazwiska ofiar z Whitechapel, bo w 1888 roku jedna z najbliższych mi osób na świecie żyła gdzieś tam w tej zaniedbanej dzielnicy.
Mary.
Rozdział 3
Londyn, Anglia
31 sierpnia 1888
Kolejnego dnia rano obudziłam się znów w swoim pokoju w domu pod numerem 11 przy Wilton Crescent, nie tak daleko od drugiego krańca Green Parku i Lancaster House. W tej epoce to był mój jedyny dom, choć uległ znacznej zmianie, odkąd Mary odeszła.
– Dzień dobry, panno Kathryn – powiedziała moja pokojówka, Lucy Duffy, odsuwając na bok ciężkie zasłony, by wpuścić trochę słońca do sypialni. – Przygotowałam panience na dzisiaj ciemnoniebieską suknię z tafty. Panienki matka mówiła, że ma panienka wcześniej wrócić do domu, żeby się przebrać przed balem.
Jęknęłam, już czując zmęczenie na myśl o kolejnym balu.
Jako dwudziestotrzylatka debiut na salonach miałam dawno za sobą i teraz coraz szybciej zbliżałam się do staropanieństwa, a moja matka w 1888 roku była równie zdeterminowana, by wydać mnie za mąż, jak ja, by do tego nie dopuścić. Nie mogłam i nie chciałam ryzykować życia w tej epoce przez branie ślubu, bo nie zamierzałam tu zostawać. Moja kariera w Smithsonian w 1938 roku była spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Kochałam tę pracę. I chociaż uwielbiałam historię, nie mogłam zaprzeczyć, że nad wyraz doceniam udogodnienia dwudziestego wieku. Nie wspominając już o swobodzie, jaką tam miałam, i relacji z moją przenoszącą się w czasie mamą. Nie chciałam, żeby jakiekolwiek komplikacje – takie jak na przykład mąż w 1888 – pokrzyżowały moje plany.
– Panienki ojciec zszedł już na śniadanie – mówiła dalej Duffy, która najwyraźniej dostała listę rzeczy, jakie ma mi przekazać rano – ale ma się wkrótce stawić w szpitalu i przyśle z powrotem karetę, żeby zabrała panienkę do Toynbee Hall.
Nie miałam zamiaru dołączać do ojca na śniadanie. Mimo że minęło już dziesięć miesięcy od tamtej nocy, gdy Mary odeszła, wciąż trudno mi było przebywać z nim w jednym pomieszczeniu i nie czuć wobec niego gniewu. Już nigdy więcej nie wywołałam imienia Mary, choć często o niej myślałam. Nie mogłam pojąć, jak ojciec może odwrócić się od własnej córki. A obawa, że mógłby uczynić to samo wobec mnie, kazała mi zachować milczenie.
– Dziękuję – odrzekłam, wtulając się mocniej w poduszkę.
Nie byłam jeszcze gotowa stawić czoła temu dniowi. Jeździłam do Toynbee od wielu miesięcy, ale nie znalazłam do tej pory swojej siostry – nie zamierzałam się jednak poddawać. Szczególnie teraz, gdy pojawiły się wiadomości na temat Kuby Rozpruwacza. Na samą myśl o tym, że ktoś taki istniał i zaczął siać postrach w mieście, w którym żyłam, przeszył mnie dreszcz.
– Wczoraj w nocy było straszne morderstwo w Whitechapel – powiedziała Duffy, kończąc odsłaniać okna. Jakby czytała mi w myślach. Jej akcent z Yorkshire wybrzmiał wyraźniej, gdy opowiadała z niepokojem: – Okropna sprawa. Mówią, że ktoś zamordował kobietę w wyjątkowo makabryczny sposób.
– Wiadomo, jak się nazywała? – zapytałam, siadając na łóżku. Serce biło mi szybko.
– Jeszcze nie podano tego do wiadomości. Morderstwo wydarzyło się wcześnie nad ranem, nieopodal miejsca, które zwie się Buck’s Row. Mówią, że była po czterdziestce.
Zalała mnie fala ulgi na wieść o wieku ofiary, choć w sercu czułam żal, że to się w ogóle stało. Mary w przyszłym miesiącu skończy dwadzieścia lat.
Gdy wychodziłam z łóżka, myślałam tylko o tym, by dowiedzieć się, jak się nazywały ofiary. Do morderstw w Whitechapel dochodziło często, ale dopiero wczoraj w rozmowie z sir Rothschildem odkryłam, że ofiary Kuby Rozpruwacza ściągnęły uwagę opinii publicznej ze względu na straszny sposób, w jaki sprawca okaleczał zwłoki.
I jeszcze to, że odkrywano te zbrodnie tuż po ich dokonaniu, a jednak nigdy go nie złapano.
Wczoraj podczas kolacji w 1938 roku pytałam mamę i tatę, czy znają szczegóły tej sprawy, ale żadne z nich nie wiedziało nic więcej. Musiałam czekać, aż udamy się do Crime Museum z sir Rothschildem, gdzie poznam nazwiska. Tłumaczyłam sobie, że nie mam się czym martwić, bo przecież w Whitechapel żyły tysiące ludzi i prawdopodobieństwo, że coś grozi mojej siostrze, jest nikłe. Ale wiedziałam, że nie zaznam spokoju, dopóki nie będę miała pewności.
– Na dole krążą plotki – rzekła Duffy, przerywając moje rozmyślania.
Podeszła do mojej toaletki, by przygotować rzeczy, których będę potrzebowała do porannej toalety.
– Wiesz, że nie lubię plotek.
– Ale te się panience spodobają. – Uśmiechnęła się szeroko. – Stajenny kręci z pomywaczką z sąsiedztwa.
– Już mi to kiedyś mówiłaś.
– Ale to nie o to chodzi – odparła Duffy. W jej szeroko otwartych zielonych oczach widziałam ekscytację. – Pomywaczka powiedziała stajennemu, że pan Baird w końcu wrócił.
Zatrzymałam się w pół ruchu, gdy rozciągałam ramiona nad głową.
– Austen wrócił?
– Tak, wczoraj wieczorem.
Austen wrócił do domu i pewnie właśnie teraz się budzi w sypialni po drugiej stronie ściany łączącej nasze kamienice. Gdy byliśmy młodsi i odkryliśmy, że nasze pokoje mają wspólną ścianę, to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. A jednak ten mur czternaście lat temu stał się symbolem wielkiego podziału – podziału, którego nie udało mi się pokonać, niezależnie od tego, jak bardzo próbowałam albo chciałam.
– Niektórzy mówią, że był w Indiach – ciągnęła Duffy, wyjmując kolejne przedmioty z szuflady. – Inni, że w Rosji albo Japonii. Ale ja myślę, że pojechał do Ameryki, by znaleźć sobie bogatą żonę.
– Austen? – zapytałam drwiąco. – On nie potrzebuje bogatej żony… a przynajmniej nie takiej z Ameryki.
– Pan Baird to doskonała partia, jeśli mogę tak rzec. – Jej policzki pokryły się purpurą i spuściła zawstydzony wzrok na toaletkę.
Ja również poczułam ciepło na twarzy na myśl o Austenie i wcale mnie nie dziwiło, że podobał się mojej pokojówce.
– Chciałabym się ubrać najszybciej, jak to możliwe. Mam być w Toynbee Hall na dziesiątą.
– Oczywiście, panienko.
A jeśli miałam zamiar przed wyjazdem złożyć wizytę mojemu enigmatycznemu sąsiadowi, to nie mogłam zwlekać. Pewnie mnie odeśle, jak już to wiele razy czynił, ale musiałam jeszcze raz spróbować.
Duffy pomogła mi założyć piękną suknię z tafty z obfitą turniurą i dopasowanym stanikiem, która idealnie podkreślała moje kształty. Gorset był niewygodny, ale dodawał mi więcej uroku niż suknie, które nosiłam w 1938 roku. Następnie pokojówka upięła moje ciemnorude włosy i podała mi parę złotych kolczyków w kształcie kropli, które lekko wychodziły poza płatek ucha.
– I co panienka sądzi? – zapytała.
Przyglądałam się z podziwem swojemu odbiciu w lustrze. Byłam zadowolona. Odziedziczyłam po mamie z 1938 roku brązowe oczy, a po tej z 1888 gęste rude włosy. Mama twierdzi, że dołeczki w policzkach po jej mamie, Maggie, zaś żelazną determinację po ojcu, sir Bernardzie Kellym. A po tacie, Lucasie Volandzie, miałam nieustraszony charakter. Stanowiłam połączenie i jednych, i drugich rodziców, co składało się na moją wyjątkowość. Dziwne to było życie, ale mama sprawiła, że czułam się z tym normalnie. Co jeszcze ciekawsze, moje oba ciała były takie same, ale niezależne. Jeśli zachorowałabym albo odniosła jakąś ranę w 1888 roku, nie cierpiałabym na tę samą przypadłość w 1938. Już dawno temu zaakceptowałam, że jestem trochę inna, i nie traciłam czasu na zamartwianie się tą sytuacją. Były ważniejsze rzeczy niż zadręczanie się czymś, czego nie mogę zmienić.
Zostawiłam Duffy w pokoju i zbiegłam tylnymi schodami, po czym wyszłam na podwórko, gdzie w żywopłocie znajdowało się tajne przejście, łączące nasze podwórko z podwórkiem Austena. Wielokrotnie jako dzieci korzystaliśmy z niego i podejrzewałam, że teraz stajenny używa go, by spotykać się z pomywaczką z domu Austena.
Już tak wcześnie panował nieznośny upał. Kiedy przechodziłam przez podwórko w pamięci i sercu powróciły wspomnienia Austena. Był dwa lata starszy ode mnie, ale odkąd pamiętam, zawsze byliśmy najbliższymi przyjaciółmi. Przynajmniej do czasu, gdy usłyszał wieści, które zmieniły nasze życie na dobre. Do dnia, gdy dowiedział się, że jego rodzice zginęli podczas wakacji z moimi rodzicami.
Dla Austena to był druzgocący cios, bo niedługo przed śmiercią rodziców stracił też dziadków i młodszego brata.
Od tamtego dnia widziałam go tylko na pogrzebie, a potem wysłano go do Eton, gdzie przebywał przez cały okres nauki w szkole. Do jego domu wprowadziła się ciotka, która przyjechała aż z Ameryki, a kiedy Austen odwiedzał ją podczas wakacji, był oziębły. Zdystansowany. Powściągliwy.
Gdy teraz przechodziłam przez przejście do jego ogrodu, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego myślałam, że tym razem będzie inaczej, ale nadzieja umiera ostatnia. Tata często powtarzał mi, że jestem największą optymistką, jaką zna. Jednak to nie zawsze optymizm popychał mnie do działania. To było niezachwiane przekonanie, że jestem w stanie naprawić coś, co się popsuło. A w tym przypadku chodziło o serce Austena. Pragnęłam jego szczęścia – bardzo go pragnęłam – ponieważ w głębi duszy odczuwałam cierpienie od tamtego dnia, gdy ono zgasło.
Nie zwracałam uwagi na to, że służba będzie między sobą szeptać o tym, jak to się wymknęłam wczesnym rankiem do ogrodu Bairdów. Byłam już przy tylnych drzwiach. Wielu z tych ludzi znało mnie przez całe życie i już przestałam ich zaskakiwać.
Choć nie wiedzieć czemu, wciąż zaskakiwałam swoją matkę.
Zapukałam. Drzwi się otworzyły i jedna z pokojówek wpuściła mnie do środka.
– Czy zastałam pana Bairda? – zapytałam.
– Tak, panienko. Jest w pokoju porannym i je śniadanie.
– Dziękuję – odrzekłam, po czym minęłam ją w przedpokoju i ruszyłam korytarzem.
Dom był identyczny z naszym, tylko stanowił odbicie lustrzane. Wszystkie kamienice przy Wilton Crescent zbudowano na tym samym planie. Tworzyły zakrzywiony rząd prostych białych fasad i bogatych wnętrz.
Nie widziałam się z Austenem od ponad roku i niecierpliwie wyczekiwałam tego dnia. Nie pozwalałam sobie na zbędne rozmyślania. Wkroczyłam do pokoju porannego, jakbym mieszkała w jego domu i po prostu przyszła na śniadanie.
– Dzień dobry – powiedziałam, podchodząc do kredensu, po czym uniosłam klosz z półmisków, by sprawdzić, co służba podała na śniadanie. – Kiełbaski pachną kusząco.
Austen westchnął, a ja uśmiechnęłam się do siebie. Udawał, że go denerwowałam, ale dobrze wiedziałam, jak jest naprawdę. Wciąż należałam do grona jego ulubionych osób. Opuściłam klosz i obróciłam się, by przywitać starego przyjaciela.
Siedział u szczytu stołu, z gazetą w dłoni, a jego talerz był nietknięty. Znad gazety skrzyżował ze mną spojrzenie niebieskich oczu. Czułam jednocześnie radość i smutek na widok tej najdroższej twarzy. Radość, bo przez chwilę dostrzegłam zadowolenie z mojego przybycia, a potem smutek, bo zadowolenie szybko zastąpił żal, który Austen nosił w sobie przez minione czternaście lat. Żal, który chyba w jakiś sposób był ze mną związany.
– Witaj, Austenie.
Przyglądał mi się, jakby chciał odgadnąć, jaki jest prawdziwy cel mojej wizyty.
– Dzień dobry.
Zerknęłam szybko na Brinleya, jego lokaja, a potem rzekłam:
– Możemy porozmawiać na osobności?
– I wystawiać na ryzyko twoją reputację? – zapytał Austen, unosząc jedną brew.
Opuściłam głowę i spojrzałam na niego.
– A czy ja kiedykolwiek przejmowałam się swoją reputacją?
Usta Brinleya drgnęły w przelotnym uśmiechu, ale i tak to dostrzegłam. Zawsze go lubiłam.
Austen odprawił go gestem.
Usiadłam przy stole i posłałam w stronę Austena kolejny uśmiech, bo wiedziałam, że – przynajmniej kiedyś – lubił moje dołeczki.
– Tęskniłam za tobą – oświadczyłam, kładąc dłoń na jego przedramieniu.
Mój dotyk sprawił, że mężczyzna się spiął i odsunął, marszcząc czoło.
– Czego chcesz, Kathryn?
Rozczarowanie oblało mi policzki ciepłem. Złożyłam dłonie na kolanach. Liczyłam, że to, co się stało między nami, już zniknęło. W naszej relacji najbardziej ceniłam sobie, że nie udawaliśmy. Jednak czasem, szczególnie gdy Austen był taki do bólu szczery, wolałabym zachować formalność.
– Nie było cię rok – rzekłam, starając się, by nie słychać było w tym poczucia krzywdy. – Przyszłam zobaczyć, jak się masz. Nie jesteś ciekawy, co u mnie?
Patrzył na mnie badawczo i przez krótką chwilę widziałam w jego spojrzeniu bezbronność. Miał ciemne, nieco dłuższe włosy, których końce nieznacznie się zawijały przy kołnierzyku. Nosił też brodę, która dodawała mu lat, i nie wyglądał na swoje dwadzieścia pięć. Zniknął radosny chłopiec, który kiedyś zabawiał mnie opowieściami o walecznych rycerzach, pięknych damach i ogromnych zamkach.
– Ciekaw jestem twojej drugiej epoki – odparł. – Nadal planujesz ją wybrać za dwa lata?
Jego pytanie mnie zaskoczyło i teraz to ja z kolei zmarszczyłam brwi. Opowiedziałam Austenowi o moim drugim życiu, gdy byliśmy dziećmi. Początkowo mi nie uwierzył, więc poszukałam informacji z tamtego czasu i dowiedziałam się, że 14 kwietnia 1874 roku w Cheshire wydarzy się wypadek w kopalni i zginą pięćdziesiąt cztery osoby. Gdy to się stało, Austen był zaskoczony i dopiero wtedy mi uwierzył. Tylko jemu w tej epoce o tym powiedziałam i był jedyną osobą, z którą mogłam na ten temat rozmawiać.
Jednak gdy jego rodzice zmarli, straciłam powiernika i przyjaciela.
Teraz widziałam, że moja odpowiedź ma dla niego ogromne znaczenie.
– Właśnie tego chcesz się dowiedzieć?
– To proste pytanie, Kathryn.
To było proste pytanie i znałam odpowiedź, ale jakaś część mnie wcale nie chciała mu odpowiadać i sama nie rozumiałam czemu.
– Zamierzasz odejść – powiedział lekko poruszony.
– Dlaczego to takie dla ciebie ważne? – zapytałam, czując, jak narasta we mnie ból odrzucenia, którego doświadczałam przez te ostatnie czternaście lat. – Znikasz na wiele miesięcy, nawet nie wiem dokąd. Nie każę ci się tłumaczyć. Bo i czemu miałabym?
Nic nie odpowiedział.
– Dlaczego to takie ważne, czy odejdę z tej epoki? – Nie chciałam odpuścić.
Podniósł wzrok i dostrzegłam ból, który tak bardzo starał się ukryć.
– Pewnie nie jest ważne.
Cały mój wybuch zgasł nagle wobec tego, co zobaczyłam w jego spojrzeniu.
Przez chwilę oboje milczeliśmy, a potem Austen zapytał:
– Po co tak naprawdę przyszłaś?
Drżałam, ale musiałam się wziąć w garść, żeby opowiedzieć mu o mojej siostrze. Teraz liczyło się tylko bezpieczeństwo Mary.
– Ojciec wyrzucił Mary z domu dziesięć miesięcy temu – odparłam. – A z ostatnich wieści, jakie miałam, wynika, że teraz mieszka w Whitechapel.
Austen zareagował tak, jak się spodziewałam. Niezrozumienie i szok odmalowały się na jego twarzy.
– Co takiego? Czemu?
– Nie wiem. Ojciec nie pozwala nawet wspomnieć jej imienia i nie wiedziałabym, że żyje w Whitechapel, gdyby nie posłała mi krótkiego listu.
– Czy pisała coś, co mogłoby pomóc?
– Tylko tyle, żebym się nie martwiła. Wynajmuje pokój i pracuje jako sprzątaczka. Nic więcej. A ja się oczywiście martwię.
– Twoja siostra… – Przerwał, jakby zabrakło mu słów. – Jest wykształcona, pochodzi z jednej z najlepszych rodzin w Londynie. Mogłaby co najmniej pracować jako guwernantka albo dama do towarzystwa. Co opętało twojego ojca, żeby ją wyrzucić na ulicę?
– Nie wiem – odparłam, bo było to równie niepojęte dla mnie, jak dla niego.
Mary miała już za sobą drugi sezon bywania na salonach i matka była blisko znalezienia dla niej idealnej partii. Partii, której Mary pragnęła. Czekała ją świetlana przyszłość.
– A co mówią inni? – dopytał. – Przecież na pewno inni też się o nią martwią.
Zacisnęłam usta, czując, jak narasta we mnie gniew.
– Ludzie myślą, że Mary ma kłopoty… z mężczyzną… i że odeszła do niego. A moi rodzice nie dementują tych plotek. Życie Mary się skończyło i ona o tym wiedziała, a ludzie współczują moim biednym rodzicom, jakby to oni cierpieli. Nawet gdyby chciała wrócić do domu, nie mogłaby. Nikt by jej nie przyjął.
– To może lepiej, że nie wraca.
– Ona nie może zostać w Whitechapel. Zgłosiłam się jako wolontariuszka w Toynbee Hall i przy okazji pracy wypytuję każdego, kto się tam zjawia, czy ją zna, ale nikt o niej nic nie słyszał. Sama ruszyłabym na ulice, żeby jej szukać, ale to zbyt niebezpieczne, a poza tym tam mieszkają dziesiątki tysięcy ludzi. To chyba niemożliwe.
– A co to ma wspólnego ze mną? – zapytał.
– Nie wiem, jak znaleźć Mary.
– I myślisz, że ja będę umiał?
– Nie powinnam się przemieszczać po ulicach Whitechapel samotnie. Gdybym mogła liczyć na twoją pomoc…
– Nie. – Podniósł gazetę, dając mi tym samym znak, że rozmowa dobiegła końca.
– Austen, to moja siostra… twoja przyjaciółka.
– Ja nie mam przyjaciół.
Wstałam. Miałam ochotę nim potrząsnąć, ale tylko jęknęłam:
– Dlaczego ty musisz być taki trudny?
– To moja jedyna radość w życiu.
Zacisnęłam dłonie w pięści.
– Jesteś nie do wytrzymania!
Spojrzał na mnie z powagą.
– To czemu tu przychodzisz?
– Bo… – Rozluźniłam pięści i ze wszystkich sił starałam się uspokoić. Wzięłam głęboki wdech i zmierzyłam go takim wzrokiem, który, miałam nadzieję, wyrażał, jak głęboko byłam zmartwiona. – Odkryłam, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy dojdzie do kilku przerażających morderstw w Whitechapel, i obawiam się, że Mary może grozić niebezpieczeństwo.
Opuścił gazetę.
– Dowiedziałaś się tego ze swojej drugiej epoki?
Pokiwałam głową i odpowiedziałam cicho, na wypadek gdyby Brinley podsłuchiwał:
– Zaproszono mnie gościnnie jako kuratora do London Museum w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym i otrzymałam dostęp do archiwów Crime Museum. Nie udało się rozwiązać tej sprawy do tamtego czasu, a pierwsze morderstwo wydarzyło się dziś rano.
– A co ja niby mógłbym zrobić, żeby pomóc?
– Jedź ze mną do Whitechap…
– Nie.
– Austenie, proszę. Mary mnie potrzebuje.
– To nie moja sprawa. – Ponownie podniósł gazetę, odcinając się od mojego spojrzenia. – Brinley! – zawołał na lokaja. – Panna Kelly właśnie wychodzi.
– Wrócę – zapowiedziałam.
– Z pewnością.
Brinley zjawił się od strony wejścia dla służby i przeszedł przez pokój do głównych drzwi. Otworzył je i stanął wyprostowany, czekając na mnie.
Nawet nie siliłam się na pożegnanie, tylko pomaszerowałam do wyjścia.
– I dopilnuj, by służba pamiętała, żeby nie wpuszczać panny Kelly – stwierdził Austen. – Żeby ta sytuacja się więcej nie powtórzyła. Postaw straż przy drzwiach, jeśli to będzie konieczne.
Sapnęłam i uniosłam wyżej głowę, jednak odwróciłam się w samą porę, żeby dostrzec, jak Austen obserwuje mnie znad gazety.
