Kabała - Piotr Gajdziński - ebook + audiobook + książka

Kabała ebook

Piotr Gajdziński

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść o dziedziczonym złu, wypartej historii i współczesnej Polsce, w której stare grzechy wracają w nowej, znacznie groźniejszej formie.

Rok 2023. Marek Wirst, ceniony prawnik dużej grupy finansowej, odmawia podpisania fałszywego komunikatu giełdowego. Kilka dni później traci pracę. W tym samym czasie dowiaduje się, że jego matka, z którą od lat prawie nie utrzymywał kontaktu, leży w szpitalu po ciężkim zawale.

Powrót do rodzinnego miasteczka w południowej Wielkopolsce staje się początkiem lawiny. Po śmierci matki Marek odkrywa, że była niewyobrażalnie bogata. Źródło majątku prowadzi wprost do mrocznych lat okupacji i czasów komunistycznego aparatu represji - do grabieży pożydowskiego mienia, cynicznego wykorzystywania antysemityzmu i układów, które przetrwały zmianę ustroju.

Im głębiej Wirst sięga w przeszłość, tym wyraźniej widzi, że fortuna jego rodziny nie jest tylko historią sprzed dekad. To kapitał, który dziś finansuje wpływową nacjonalistyczną partię i realnie kształtuje politykę kraju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 404

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lena Brzeźniak (Lingventa)

© by Piotr Gajdziński

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

Przedmiot umieszczony na okładce:

Jad (hebr. ręka) w judaizmie rytualny wskaźnik używany przez lektora do śledzenia tekstu Tory podczas publicznego czytania w synagodze. Ma postać wydłużonej pałeczki zakończonej dłonią z wyciągniętym palcem wskazującym. Chroni pergaminowy zwój przed dotykiem, bo zgodnie z tradycją nie wolno dotykać go ręką, ma także ułatwić czytanie.

ISBN 978-83-287-4129-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Przeszłość nigdy nie umiera, właściwie nawet nie jest przeszłością

William Faulkner, Requiem dla zakonnicy

Rozdział 1

MAJ 2023

Asystent prezesa nie patrzył mu w oczy i nerwowo obracał w dłoni długopis. Gdy Marek skończył czytać dokument, mężczyzna wreszcie skierował na niego wzrok.

– Podpiszesz? – zapytał stłumionym głosem, a później odchrząknął, ściskając niebieskiego Bica tak mocno, że ten się złamał.

Marek przecząco pokręcił głową i wzrok jego interlokutora znowu spoczął na blacie stołu.

– Nie mogę poświadczyć nieprawdy. Nie tego oczekuje się od prawnika. Doceniam wprowadzone zmiany, ale one są niewystarczające. Co oznacza, że to nadal kłamstwo – powiedział, odsuwając od siebie wydruk.

– Przesadzasz. To tylko podkoloryzowanie rzeczywistości. Wszyscy tak robią.

Marek Wirst, szef Działu Prawnego i Compliance dużej giełdowej spółki finansowej, wzruszył ramionami. Nie zamierzał się spierać. Zdawał sobie sprawę z konsekwencji swojego uporu, ale postanowił, że nie zmieni zdania. Leżący przed nim raport, który jutro miał zostać wysłany na giełdę, był w jego ocenie kłamliwy i wprowadzał inwestorów w błąd. Gdyby go podpisał, sam wbiłby sobie sztylet w brzuch. Nie zamierzał popełniać zawodowego harakiri.

– Szef będzie niezadowolony. Sam wiesz – usłyszał.

Spojrzał na asystenta. Nie widział rysów jego twarzy, przeszkadzało mu światło wspinającego się tutaj o poranku słońca. Przeszklony budynek, byli na dwudziestym pierwszym piętrze warszawskiego wieżowca, sięgał nieba, ale Marek pomyślał, że on nie wdrapie się już na jego szczyt. Jeszcze pół roku temu miał na to nadzieję, gabinety członków zarządu giełdowej spółki znajdowały się zaledwie trzy piętra wyżej – kilkusekundowa podróż szybką windą – ale już nie chciał. Miał dość.

Zastanawiał się, jak długo ta sama winda zjeżdża na dół. Kilkadziesiąt sekund? Właściwie nigdy tego nie sprawdził.

Pracował w tej spółce od piętnastu lat. Zaczął, mając niewiele ponad dwadzieścia sześć lat, gdy doszedł do wniosku, że mimo dobrej opinii, którą cieszył się u przełożonych, praca w sądzie nie jest tym, co chciałby w życiu robić. Przeczytał w gazecie, wówczas takie rzeczy ukazywały się jeszcze w gazetach, że Profit Group poszukuje prawników i następnego dnia rano złożył w sekretariacie podanie o pracę. Nie miał wielkich nadziei, ale udało się. Tydzień później wręczył w sądzie wypowiedzenie, za pożyczone od babci pieniądze kupił garnitur i stawił się w nowym miejscu pracy, które wtedy jeszcze znajdowało się w dość obskurnej kamienicy przy ulicy Paderewskiego w Poznaniu. Pamiętał hałas kursujących na tej trasie starych tramwajów zwanych helmutami.

Powoli piął się w górę. Gdy patrzył na to z dzisiejszej perspektywy, uznał, że awansował bardzo szybko, ale wtedy wydawało mu się to mozolnym pięciem się w korporacyjnej hierarchii. Nie lubił się do tego przyznawać, ale pomógł mu przypadek. Jego kolega ze studiów, właściciel biura nieruchomości, miał do sprzedania kamienicę w centrum Poznania. Marek wspomniał o tym podczas jakiegoś firmowego przyjęcia przy grillu, a dwa dni później został zaproszony na rozmowę do nowego wiceprezesa, Szkota, którego korporacja pół roku wcześniej stała się większościowym akcjonariuszem spółki. Pomógł mu kupić kamienicę, znacząco zbijając pierwotną cenę, i nagle wszystko zaczęło się zmieniać.

Najpierw jego biurko zostało przeniesione do mniejszej sali, później zaczął zarządzać czteroosobowym zespołem, potem dostał służbowy samochód, granatowego Opla Astrę, którą wkrótce zmienił na nowiutkiego Passata kombi. Kilka lat później ukończył aplikację radcowską i zaraz potem awansował na stanowisko szefa departamentu. Nie przeszkodziło temu nawet to, że Szkot był już wówczas na emeryturze.

– Zamelduję szefowi i dam znać – powiedział asystent, wrzucając resztki długopisu do stojącego przy biurku kosza, a później przysunął sobie laptopa, dając tym znak, że uważa spotkanie za zakończone.

Marek wstał z krzesła i skierował się do drzwi. Zanim położył rękę na klamce, odwrócił się i spojrzał za okno. Od tej strony wieżowca widok na Warszawę był imponujący i chciał nacieszyć nim oczy, ale trwało to ledwie kilka sekund. Otworzył drzwi i poszedł do swojego ulokowanego dwa piętra niżej gabinetu. Przechodząc przez open space, napotkał wzrok kilku swoich podwładnych, którzy starali się odczytać z jego twarzy przebieg wydarzeń. Domyślał się, że większość z nich jest zmartwiona – zmiana dyrektora zawsze oznaczała ruchy tektoniczne w całym departamencie – ale Marek nie miał złudzeń, że jego zastępca skacze z radości, wierząc, że dzięki dzisiejszej rozmowie awansuje i przeniesie się z otwartej biurowej przestrzeni do dużego, wygodnego gabinetu, a później zamieni służbową Toyotę na Audi lub BMW. Asystent prezesa już wcześniej o tym wspomniał, traktując to zapewne jako formę nacisku.

– Ten skurwiel podpisze wszystko. Prawnik z niego jak z koziej dupy trąba, ale ma to, co tygryski z samej góry lubią najbardziej na świecie: jest posłuszny niczym sierżant w armii kajzera. No i jest wymoczkiem – ostrzegła go jedna z prawniczek, z którą rozpoczęli pracę w tym samym czasie i później się zaprzyjaźnili.

Kilka minut po siedemnastej Wirst zjechał do podziemnego garażu, wrzucił torbę do bagażnika, starannie ułożył marynarkę na tylnym siedzeniu i usiadł za kierownicą. Gdy tylko wyjechał na ulicę, wybrał na konsoli numer żony.

– Wolny. Jestem wolny jak ptak – powiedział.

Nie odpowiedziała i jej reakcja go nie zaskoczyła. Gdy wczoraj wieczorem zadzwonił do niej z hotelowego pokoju i zasygnalizował, że zapewne straci pracę, była wystraszona i prosiła, aby przemyślał swoją decyzję. Cóż, przyzwyczaiła się do wysokiej pensji, corocznych wakacji we Francji, Portugalii lub Włoszech, zimowych wypadów w Alpy i nie chciała z tego rezygnować. Ale powiedziała, że decyzja należy do niego.

– Nie mogę narzekać. Mimo wszystko zachowali się przyzwoicie. Dostanę dwuletnią pensję, odprawę i część premii za ten rok oraz ekwiwalent za zaległy urlop. Trochę się tego uzbiera – uspokajał ją, starając się, aby jego głos brzmiał optymistycznie.

Gdy skończyli rozmawiać, mocniej nacisnął pedał gazu. Audi A6 wystrzeliło do przodu, niebezpiecznie blisko wyprzedzając zdezelowaną taksówkę.

Godzinę później w telefonie wyświetlił się nieznany Markowi numer. Zmarszczył czoło, po trzecim dzwonku odrzucił połączenie, ale zaraz potem tego pożałował.

Może to jakiś headhunter? Byłoby miło. Jako bezrobotny nie powinienem ignorować telefonów z nieznanych numerów, pomyślał z ironią i przez chwilę zastanawiał się, czy oddzwonić. Dał sobie kilka minut, a później wybrał numer. Gdy usłyszał w głośniku cichy głos, najwyraźniej należący do starszej kobiety, pożałował swojej decyzji.

– Nazywam się Marek Wirst. Ktoś dzwonił do mnie z tego numeru, ale nie mogłem odebrać – powiedział ostrzej, niż zamierzał.

Usłyszał, że kobieta głośno łapie powietrze, i pomyślał, że musi mieć trudności z oddychaniem.

– Oj, jak dobrze, że pan dzwoni. Bałam się, że to nieprawidłowy numer, a sprawa jest pilna. Przepraszam, że z taką wiadomością i tak późno, ale Bóg nie wybiera. Nazywam się Barbara Górska – usłyszał.

Zmarszczył czoło. Nic z tego nie rozumiał, nazwisko rozmówczyni nic mu nie mówiło.

– Dobrze, ale o co właściwie chodzi? Czy my się znamy? – zapytał.

– Nie, właściwie nie. To znaczy, ja pana znam z opowieści pana mamy, ale nie mieliśmy okazji się poznać. Jestem sąsiadką Elżbiety, mieszkam obok, w takim małym, białym domku po prawej stronie. Pan pewnie nie kojarzy, bo dawno tu pana nie było. Znamy się z Elżbietą od wielu lat, pewnie będzie już jakieś pół wieku, może nawet więcej – mówiła kobieta cichym głosem, łapczywie wciągając powietrze, i jej słowa z trudem do niego docierały. Nacisnął przycisk na kierownicy, aby podgłośnić rozmowę, i zwolnił, wciskając się między dwa jadące prawym pasem tiry.

Rozmowa z nieznaną staruszką coraz bardziej go irytowała. Zastanawiał się, czego właściwie kobieta od niego chce. Z jej słów wywnioskował, że matce coś się stało, może się rozchorowała, ale dlaczego powinno go to interesować? Miał wystarczająco dużo własnych zmartwień.

Westchnął głęboko i zapytał, o co właściwie chodzi.

– No tak, plotę trzy po trzy zamiast przejść do sedna. Zadzwoniłam do pana, bo pana brat, wiem, że ma na imię Jurek, jest przecież w Stanach Zjednoczonych. Bałam się, że telefon tam dużo kosztuje, a moja emerytura nie jest zbyt wysoka. Pewnie jest pan zajęty, mama mówiła, że pan dużo pracuje, zrobił pan tak piękną karierę, ona jest z pana bardzo dumna…

Chciała jeszcze coś dodać, ale Wirst jej przerwał. Był coraz bardziej zniecierpliwiony tą paplaniną.

– Pani Barbaro, proszę powiedzieć, o co właściwie chodzi?

– W południe poszłam do sklepu, tu u nas, będzie z sześćset metrów od naszych domów, mojego i Elżbiety. Musiałam kupić coś na obiad. Pana mama też tam była, szukała czegoś między półkami, gdy nagle straciła równowagę. Po prostu runęła na podłogę. Słyszałam huk, gdy uderzyła głową o deski. Niedawno położyli tam drewnianą podłogę zamiast starych betonowych płyt, jeszcze z czasów komuny. I całe szczęście, bo gdyby upadła na beton, to mogłoby być jeszcze gorzej. Kierowniczka wezwała karetkę. Dzwonię do pana, bo pański brat mieszka…

– Tak, już to pani mówiła. Jak ona się czuje? – zapytał.

Zdawał sobie sprawę, że powinien był zapytać „jak mama się czuje”, ale to słowo nie chciało mu przejść przez gardło.

Elżbieta porzuciła ich, gdy miał dziesięć lat, a Jurek siedem. Ojciec wziął ich obu i wrócił do swoich mieszkających w Poznaniu rodziców. Przez kilka miesięcy gnieździli się w niewielkim mieszkaniu na poznańskich Jeżycach, ale później ojciec dostał pracę na kolei i wynajęli własne lokum na Ratajach. Jurek nigdy już nie widział się z matką. Po studiach na Politechnice Poznańskiej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i teraz pracował na kierowniczym stanowisku w jednej z globalnych korporacji w Dolinie Krzemowej. Gdy kilka miesięcy temu rozmawiali przez internet, Jerzy pochwalił się, że trafił do zespołu zajmującego się rozwojem sztucznej inteligencji.

– To przyszłość brachu. Wy tam w Polsce pewnie jeszcze nie macie o tym pojęcia, ale to rewolucja. Ona wkrótce zapuka również do was – powiedział, śmiejąc się z wyższością.

W głośniku panowała cisza i Marek zdał sobie sprawę, że połączenie zostało przerwane. Oparł się pokusie, żeby definitywnie zakończyć rozmowę, i ponownie wybrał numer.

– Przepraszam, jestem na autostradzie, chyba była jakaś dziura – powiedział, gdy kobieta odebrała.

– Albo obywatel kapitan zmieniał taśmę. Oni w tych służbach chyba nadal są dramatycznie niedofinansowani – zażartowała Barbara Górska, przywołując żart często opowiadany w stanie wojennym. Znowu go zaskoczyła.

– Więc jak ona się czuje? – ponowił pytanie i usłyszał, że Elżbieta Wirst, jego matka, leży teraz na oddziale intensywnej terapii miejscowego szpitala i walczy o życie.

– Przyjedzie pan? Myślę, że powinien pan przyjechać. Ona potrzebuje pana teraz bardziej niż tych wszystkich kroplówek, elektrod i respiratorów. Nigdy tego nie powiedziała, ale ja to wiem. Proszę przyjechać. Pies Elżbiety jest u mnie i na razie będę się nim opiekowała. – Głos Górskiej brzmiał teraz nieco pewniej.

Marek Wirst nie odpowiedział. Pożegnał staruszkę i zaczął się zastanawiać. Miał jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji, właśnie zbliżał się do zjazdu na Wrześnię, od domu dzieliło go jeszcze blisko sześćdziesiąt kilometrów. Otworzył okno, żeby choć przez moment poczuć pęd powietrza na twarzy i ochłonąć, ale szybko zrezygnował.

Przypomniał sobie za to ostatnią rozmowę z ojcem, który był już wtedy chory i zdawał sobie sprawę – obaj to wiedzieli – że jego życie dobiega końca. Odwiedził ojca w szpitalu, a on kazał mu usiąść na łóżku, chwycił go za rękę i coś zaczął do niego mówić. Jego słowa nie docierały do Marka, więc przysunął się bliżej.

– To nie jest, w każdym razie nie była, zła kobieta. Kochała was, ciebie i Jurka. On tego nie zrozumie, jest bardzo zapiekły, ale ty powinieneś. To wszystko przez jej ojca, strasznego człowieka. Chciałbym, abyś się do niej odezwał. Obiecaj mi to. Spotkaj się z Elżbietą. Mimo wszystko to twoja matka – wyszeptał, a Marek niechętnie pokiwał głową. Nie miał zamiaru nawiązywać kontaktu z kobietą, która go urodziła, ale nie zamierzał też się z ojcem kłócić. Nie na kilka dni przed jego śmiercią.

Trzy dni później ojciec zmarł. Matka była na jego pogrzebie. Stała w pewnym oddaleniu, wyniosła, elegancko ubrana i Marek miał wrażenie, że całą swoją uwagę poświęca nie zmarłemu mężowi – nigdy nie przeprowadzili formalnego rozwodu – ale jemu i Jurkowi. Nie podszedł wtedy do niej, a jego brat nawet na nią nie spojrzał.

Trzy lata później pojechał do Miastka. Wcześniej zadzwonił i choć zapraszała go do siebie, to wymógł, aby spotkali się w kawiarni przy rynku. Oboje byli spięci, a gdy zapytała, czy kiedyś będzie mogła się spotkać z wnuczką, on długo milczał.

– Może. Kiedyś – odpowiedział w końcu.

Nie nalegała. Zapomniał zapytać, skąd wie, że Marek ma córkę i nawet zna jej imię.

Później spotkali się jeszcze dwa razy, a w końcu dowiedział się, że sprzedała świetnie prosperującą firmę budowlaną – z internetowych doniesień wynikało, że była potentatem na lokalnym rynku – i przeszła na emeryturę. Od czterech, może pięciu lat nie miał z nią żadnego kontaktu.

Dlaczego miałby teraz pojechać do Miastka? Co go to wszystko obchodziło?

Rozdział 2

Patrzył na leżącą na łóżku kobietę bez większych emocji. Miała zabandażowaną głowę i maskę tlenową na twarzy, więc z trudem ją poznawał. Pamiętał Elżbietę Wirst elegancką, wyniosłą, pełną energii, patrzącą na wszystkich z góry. Teraz leżała tu bezbronna i wymizerowana, z zapadniętymi policzkami, ubrana w zmiętą szpitalną koszulę. Miała siedemdziesiąt jeden lat, ale teraz wyglądała znacznie starzej. Wydawało mu się, że matka balansuje na granicy życia i śmierci.

Spojrzał na stojące przy łóżku ekrany, ale zniechęcony odwrócił głowę. I tak nie potrafił niczego z nich wyczytać.

Zapytał pielęgniarkę, młodą dziewczynę, która wyglądała, jakby wczoraj zdała maturę, czy może zobaczyć się z lekarzem dyżurnym, ale odpowiedziała, że ten został pilnie wezwany na salę operacyjną.

– Dwadzieścia minut temu przywieziono motocyklistę, podobno uderzył w stojącą na poboczu nieoświetloną przyczepę do traktora. To będzie dla niego długa noc – powiedziała, a Marek zastanawiał się, czy ma na myśli ofiarę wypadku, czy lekarza. Gdy wyszli na korytarz, kazała mu przyjść jutro, po dziesiątej, kiedy skończy się obchód.

Wirst pokiwał głową i ruszył do wyjścia, ale nagle się zatrzymał.

– Ona, to znaczy moja matka, przeżyje? Sądzi pani, że z tego wyjdzie? – zapytał cicho.

Dziewczyna spojrzała na niego ze współczuciem, a później powiedziała, że wszystkiego dowie się rano od lekarza prowadzącego.

– Nazywa się Woyciszke, przez „y”. Doktor Rafał Woyciszke. Proszę być dobrej myśli, to bardzo dobry kardiolog – dodała i poszła w kierunku dyżurki.

Wirst zastanawiał się intensywnie, co ma teraz zrobić. Było już po dwudziestej trzeciej, a on miał za sobą wyczerpujący, nerwowy dzień. Powinien znaleźć jakiś hotel i po prostu położyć się do łóżka, ale zdecydował się najpierw pojechać do domu Elżbiety i sprawdzić, czy wszystko tam w porządku. Ze słów sąsiadki wynikało, że zawał serca dopadł matkę w pobliskim sklepie, a to mogło oznaczać, że wyszła tylko na chwilę, zostawiając otwartą bramę, a nawet okna.

Kontrolka paliwa w Audi zapaliła się wiele kilometrów przed Miastkiem, a teraz komputer wskazywał, że paliwa w baku wystarczy już tylko na przejechanie trzydziestu ośmiu kilometrów, więc wstąpił na stację benzynową, a gdy regulował rachunek, jego wzrok padł na bogato zaopatrzony regał z alkoholem. Poprosił o butelkę Chivas Regal i lód, ale okazało się, że lód właśnie się skończył.

Brama prowadząca do posesji była zamknięta, podobnie jak furtka. Mógłby obejść cały teren, tak przynajmniej mu się wydawało, ale zajęłoby to zbyt wiele czasu, bo działka była duża, więc wspiął się na ogrodzenie, mając nadzieję, że system alarmowy nie jest włączony. Ładnie by wyglądał, gdyby nagle zjawili się ochroniarze lub patrol policji. Bezrobotny radca prawny włamujący się na posesję umierającej kobiety!

Dom wydał mu się ogromny. Z ulicy nie prezentował się tak okazale, ale był naprawdę duży. Dostrzegł otwarte okno na pierwszym piętrze i uchylone drzwi tarasowe. Jego żona też nigdy nie zamykała tarasu, gdy wychodziła do osiedlowego sklepiku, a on od lat nie potrafił jej tego oduczyć.

– Zawsze mówiłeś, że powinniśmy prowadzić dom otwarty – broniła się, gdy zwracał jej uwagę.

– Miałem na myśli coś innego i świetnie o tym wiesz!

– Mareczku, ty tetryczejesz. Musisz nabrać trochę luzu, bo zaczynasz zrzędzić – odpowiadała z niewinną miną, całując go w policzek.

Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, i w końcu zaczął się rozglądać za jakąś drabiną, przyświecając sobie latarką w smartfonie. Bez rezultatu, więc wcisnął rękę przez szparę pionowo uchylonych drzwi tarasowych i po dłuższej chwili udało mu się sięgnąć do klamki sąsiedniego okna. Zdarł sobie skórę z dłoni, ale przynajmniej miał gdzie spać.

Przyświecając sobie latarką, znalazł wyłącznik światła i rozejrzał się po salonie. Miał zapewne ponad czterdzieści metrów kwadratowych i urządzony był naprawdę luksusowo. Meble, może nienajbardziej trendy, na pewno zostały wykonane z materiałów wyjątkowej jakości.

– Nieźle – mruknął pod nosem.

Klucze do domu i pilota do bramy znalazł w kolorowym wiklinowym koszyku przy drzwiach, więc wprowadził samochód na posesję i z walizką w ręku wybrał się na poszukiwanie sypialni. Było ich kilka, ale zdecydował się na najmniejszą, choć stojące pod oknem łóżko nie wydawało się zbyt wygodne. Nim poszedł pod prysznic, spuścił żaluzje we wszystkich oknach, korzystając z panelu na ścianie w salonie.

Kąpiel go rozbudziła, więc zszedł do dużej kuchni wyposażonej nawet – niczym w amerykańskich filmach – w wyspę. Dwudrzwiowa lodówka była wypełniona jedzeniem i Marek zastanawiał się, po co starszej kobiecie tyle najróżniejszych wiktuałów. Patrząc na starannie ułożone na półkach sery, wędliny i warzywa, próbował sobie przypomnieć, co najczęściej jadali jeszcze przed rozstaniem rodziców, jakie potrawy matka gotowała, ale nic nie przychodziło mu do głowy, chociaż zwykle większość ludzi pamięta takie rzeczy.

Lodówka była wyposażona w kostkarkę, więc wrzucił trochę lodu do szklanki, a później otworzył kupioną wcześniej butelkę, nalał whisky i usiadł w specjalnym fotelu do masażu ustawionym w salonie. Pachniało świeżością i Marek pomyślał, że Elżbieta musi zatrudniać jakąś pomoc do sprzątania, bo sama nie byłaby w stanie utrzymać porządku w tak dużym domu.

Sięgnął po szklankę, ale nagle zmienił decyzję. Włożył obszerną bluzę i pojechał do centrum. Nie był w Miastku od wielu lat i chciał zobaczyć, jak zmieniła się miejscowość, w której dorastał.

Próbował sobie przypomnieć dawnych kolegów, ale nikt nie przychodził mu do głowy. Wydało mu się to dziwne, ale uświadomił sobie, że po przeprowadzce do Poznania nigdy już nie wracał pamięcią do Miastka.

Zdumiewające, że wszystko wyparowało mi z głowy. Przecież musiałem z kimś grać w piłkę, jeździć na rowerze, z kimś się kłócić, pomyślał, wpatrując się w oświetloną wieżę neobarokowego kościoła.

Ulice były puste, tylko od czasu do czasu widział jakichś spieszących do domu przechodniów. Teraz obserwował starszego mężczyznę wlokącego się za obwąchującym wszystko psem.

Marek spojrzał na zegar wyświetlający się na samochodowym panelu. Zbliżała się północ, mimo to wybrał numer komórki żony. Odebrała natychmiast.

– Mam nadzieję, że cię nie obudziłem – powiedział, a Grażyna zaprzeczyła, mówiąc, że ślęczy nad pracami studentów.

– Ujawnił ci się jakiś brylant, który oszlifujesz, a on później dostanie literackiego Nobla i w pięknym przemówieniu, które wygłosi w Sztokholmie, powie, jak wiele zawdzięcza swojej nauczycielce?

– Marzenie! Żaden z nich nie ma najmniejszych szans na jakąkolwiek nagrodę, a tylko nieliczni na zaliczenie semestru. Co u ciebie? Znalazłeś jakiś hotel?

Zaprzeczył i powiedział, że właściwie włamał się do mieszkania Elżbiety, ale nie sądzi, aby miała o to do niego pretensję.

– To jest właściwie pałac. Dziwny. Wszystko w nim lśni, jakby mieszkała tu Królowa Śniegu. Zupełnie jak w tej bajce, którą niedawno oglądałem z Anią.

– Uważaj, żebyś czegoś nie stłukł albo nie zepsuł, to może obudzić złe moce albo otworzyć jakieś tajemne przejścia. W pałacach królowych śniegu muszą być jakieś podziemia, lochy dla niepokornych poddanych albo skarby. A jak ona się czuje?

– Właściwie nie wiem. Byłem w szpitalu, ale przywieźli rannego z wypadku. Lekarz operował i nie mogłem z nim porozmawiać. Pielęgniarka mi kazała przyjść rano.

– Ale coś chyba jednak powiedziała? Matka wyjdzie z tego?

– Nic nie mówiła, wszystkiego dowiem się jutro. Nie dlatego dzwonię. Nie chciało mi się spać, więc wybrałem się do miasta, aby trochę powspominać. Ale jeżdżę po tych ulicach i nic mi one nie mówią. Kompletnie nic. Tabula rasa.

– Minęło ponad trzydzieści lat. Miastko musiało się w tym czasie mocno zmienić – powiedziała dość przytomnie, ale jej głos brzmiał tak, jakby właśnie zasypiała.

– Nie o to chodzi. Nie wyświetla mi się żaden film z przeszłości. Żadni koledzy, nauczyciele, jakieś spacery z rodzicami, mecze piłkarskie. Kompletnie nic. To bardzo dziwne, nie sądzisz?

Grażyna milczała dłuższą chwilę. Gdy sobie to uświadomił, pomyślał, że mogła nagle zasnąć, bo miała niezwykłą umiejętność błyskawicznego zapadania w sen. Kiedyś go to denerwowało, ale teraz jej tego zazdrościł.

– To rzeczywiście dziwne. Ja dużo pamiętam z dzieciństwa, nawet rzeczy, które wolałabym zapomnieć, w tym jedną wredną przyjaciółkę, która opowiadała o mnie niestworzone rzeczy i niszczyła mi lalki. Teraz sobie uświadomiłam, że ty właściwie nigdy nie opowiadałeś mi o swoim dzieciństwie. Dokładnie znam twoje licealne przygody, ale nic nie wiem o wcześniejszych latach – powiedziała. Marek usłyszał, że ziewa.

– Miałem nadzieję, że gdy tu będę, zobaczę te ulice, to coś mi się w głowie odblokuje, ale nie…

Grażyna ziewnęła jeszcze raz.

– Moglibyśmy wrócić do tego jutro? Wybacz, ale oczy już mi się kleją. Nie wiem, czy zdołam dowlec się do łóżka – powiedziała sennym głosem, więc kazał jej iść spać, a sam przejechał wokół rynku i zawrócił do domu Elżbiety.

Lód w szklance już się roztopił. Wypił odrobinę whisky i pomyślał, że powinien jeszcze raz przeczytać umowę, którą podpisał dzisiaj z prezesem Profit Group, ale odłożył to na jutro. Po raz pierwszy w życiu był teraz bezrobotny i postanowił z tego skorzystać.

Zwolnienie z pracy nie było dla Marka Wirsta zaskoczeniem, ciemne chmury zbierały się nad nim już od pewnego czasu. Wiedział o tym – jego zastępca rył pod nim od dawna i robił to, trzeba było mu to oddać, bardzo inteligentnie – ale on już wcześniej zdał sobie sprawę, że praca przestała mu przynosić satysfakcję. Nudziła go. Potrzebował jakichś nowych wyzwań, bo bał się, że inaczej skapcanieje. Rok temu przekroczył magiczną granicę czterdziestu lat i uznał, że przyszedł czas na zmiany. Przez kolejne miesiące płynął na fali – wysoka pensja, luksusowy samochód, służbowa karta z bardzo dużym limitem powodowały, że trudno mu było podjąć decyzję – ale frustracja cały czas narastała. W końcu uznał, że jeszcze rok lub dwa i utopi się w swoim konformizmie. Niezgoda na podpisanie giełdowego raportu stała się wygodnym pretekstem, aby zerwać złote kajdanki.

Pierdol się, pomyślał, wznosząc szklankę. Kierował te słowa pod adresem swojego zastępcy. Jak nazwała go koleżanka? Kajzerowski podoficer. Trafnie.

Opróżnił szklankę, ale nadal nie chciało mu się spać. Nalał sobie następną porcję i dopiero teraz dostrzegł plastikową miskę stojącą przy lodówce. Przypomniał sobie telefoniczną rozmowę z sąsiadką – nie pamiętał teraz jej nazwiska – która powiedziała, że zaopiekowała się psem Elżbiety. Zdziwił się, że matka trzyma w domu zwierzę, bo gdy byli dziećmi, mimo wielu próśb nie zgadzała się na psa. Doczekali się go dopiero po latach, gdy zamieszkali z ojcem na poznańskich Ratajach. Dokładnie pamiętał dzień, w którym tata przyniósł w kartonie małego, czarno-białego kundelka. Nazwali go Szczurek. Nie był przesadnie urodziwy, ale okazał się nadzwyczajnie mądry i zabawny.

Usiadł w fotelu, ale przyszło mu do głowy, że powinien obejrzeć dom. Postawił szklankę na niskim stoliku i zaczął zaglądać do pokoi. Nie było w nich niczego ciekawego, ale nagle trafił na zamknięte drzwi. Klucz tkwił w zamku, więc przekręcił go i wszedł do pomieszczenia przypominającego wystrojem prezesowski gabinet. Pomyślał, że wielki skórzany fotel i ogromne, nowoczesne biurko zrobiłyby wrażenie nawet na szefie Profit Group.

– To tak zarabia się na firmie budowlanej pracującej na lokalnym rynku? – zdziwił się na głos, a później rozsiadł się w fotelu. Z przyjemnością przejechał dłonią po siedzisku i pomyślał, że zostało wykonane z cielęcej skóry. Nie znał się na tym, ale gdzieś z zakamarków pamięci wydobył informację, że cielęca słynie z delikatności.

Pochylił się i otworzył jedną z szuflad, a później kolejną. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale ciekawość zwyciężyła. Znalazł teczkę z nadrukiem kancelarii notarialnej, zaczął ją otwierać, ale zaraz zamknął i odłożył na swoje miejsce. Czuł, że nie wypada mu do niej zaglądać.

Wrócił do salonu i tym razem wypił spory łyk alkoholu. Chciał włączyć ogromny, wiszący na ścianie telewizor, ale nigdzie nie dostrzegł pilota. Przez chwilę wpatrywał się w ścianę, a później zerwał się z fotela i zdecydowanym krokiem wrócił do gabinetu. W teczce był sporządzony kilka miesięcy temu testament, z którego dowiedział się, że Elżbieta Wirst zapisała cały swój majątek – nieruchomości, pieniądze zgromadzone na rachunkach bankowych i prywatny, zamknięty fundusz inwestycyjny – jemu, jego bratu oraz fundacji Niemy Krzyk. Ta nazwa nic mu nie mówiła.

Gdy unosił szklankę, poczuł, że ręka mu drży. Łapczywie wypił kolejny łyk alkoholu i oczy zaszły mu łzami.

Przejrzał następną teczkę, była zatytułowana „banki”, a potem odchylił się na fotelu wpatrzony w wiszący na ścianie obraz.

– Kurwa, to przecież miliony. I to grube! – powiedział tak głośno, że aż sam się wystraszył.

Ułożył teczki w szufladzie i wrócił do salonu. Spojrzał na zegarek – jego Frederique Constant Classics Heart Beat Moonphase Automatic, który dostał od współpracowników na czterdzieste urodziny, wydał mu się teraz żałośnie skromny – i wybrał numer Jerzego. W San Diego w Kalifornii zbliżała się szesnasta i Marek miał nadzieję, że młodszy brat odbierze telefon.

Jurek odrzucił połączenie, ale przysłał wiadomość, że oddzwoni w ciągu pół godziny. Marek czekał niecierpliwie, chodząc po salonie. Wiedział, że nie powinien już pić, ale był tak podekscytowany, że nie wypuszczał szklanki z rąk. Chciał wyjść na taras, nagle poczuł, że w wielkim salonie jest zbyt ciasno, ale obawiał się, że na zewnątrz ktoś może usłyszeć jego rozmowę z Jurkiem. A to, co chciał mu przekazać, nie mogło trafić do uszu postronnych osób.

Pieniądze, które wywalczył dzisiaj w Profit Group, wydały mu się teraz śmiesznie małe. Pożałował, że zobowiązał się do milczenia i nieujawniania kłamstw zawartych w raporcie spółki. Uważał, że takie skurwysyństwo powinno ujrzeć światło dzienne i zostać ukarane. Teraz, mając w perspektywie przejęcie wielkiego spadku, chętnie zgodziłby się na proces z dawnym pracodawcą.

Minęło czterdzieści minut i brat wreszcie zadzwonił.

– Przepraszam, negocjowałem umowę. Ale dobrze, że dzwonisz. Usiądź, bo mam ci coś do powiedzenia. I dobrze się trzymaj, bo gdy to usłyszysz, spadniesz z krzesła – powiedział Jurek. Był podekscytowany.

– Najpierw ty posłuchaj, a wcześniej znajdź sobie wygodne miejsce. Mam nadzieję, że nie wisisz teraz na linie w Wielkim Kanionie, bo za chwilę możesz runąć w dół – odparł, nawiązując do najnowszej pasji brata.

Język trochę mu się plątał.

Opowiedział Jerzemu o zawale Elżbiety – ani razu nie użył słowa matka – a później o testamencie, na który trafił przed chwilą w szufladzie jej biurka.

– Nie wiem, o jakie nieruchomości chodzi, ale już same wydruki z kont bankowych robią wrażenie. Tak na szybko, to jakieś dziesięć milionów złotych, może dwanaście – oznajmił z triumfem.

Jurek chciał coś powiedzieć, ale Marek mu przerwał.

– Milcz, gówniarzu, gdy starszy brat mówi! Jest jeszcze fundusz inwestycyjny zamknięty. O ile się orientuję, a wiesz, że się na tym znam, musi tam być mniej więcej sto milionów złotych – wykrzyczał.

Jurek milczał, więc Marek zapytał, czy odebrało mu mowę, ale nie uzyskał odpowiedzi. Pomyślał, że rozmowa została przerwana, ale usłyszał jakieś odgłosy w tle i spojrzał na ekran.

– Zastanowiłeś się, skąd ona ma taki majątek? W jaki sposób ta zdzira zgromadziła takie pieniądze? Nie chcę z tego ani grosza. Nic. Nie wezmę od niej ani złotówki. Nie po tym, co zrobiła – powiedział i przerwał połączenie.

Marek ciężko opadł na fotel. Szumiało mu w głowie i zastanawiał się, czy to efekt wypitego alkoholu, zakończonej właśnie rozmowy, czy wstydu, że wcześniej sam nie zadał sobie pytania, które tak dobitnie wyartykułował jego młodszy brat. Pomyślał, że odpowiedź znajduje się w gabinecie. Próbował wstać z fotela, ale zachwiał się i opadł na siedzenie. Kilka kropel whisky spadło na starannie wypolerowany parkiet.

No, wreszcie trochę życia w tym lodowym pałacu, pomyślał.

Oparty o framugę lustrował wzrokiem gabinet. Na regale stały równo ułożone teczki i Marek doszedł do wniosku, że to w nich znajduje się odpowiedź na zadane przez Jurka pytanie. Wiedział, że powinien je przejrzeć, ale był na to zbyt zmęczony i zbyt pijany, więc zgasił światło i zamknął drzwi, przekręcając klucz. Doszedł już do schodów prowadzących na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się wybrana przez niego sypialnia, gdy nagle coś sobie uświadomił. Wrócił do gabinetu i stanął przed obrazem, w który wpatrywał się wcześniej niewidzącym wzrokiem.

Nie znał się na malarstwie i nie był na nie przesadnie wrażliwy, choć regularnie odwiedzał muzea i najgłośniejsze wystawy, potrafił też dość trafnie odgadnąć, które dzieła wyszły spod pędzla poszczególnych malarzy, ale tylko tych najbardziej znanych. Autora obrazu wiszącego w gabinecie Elżbiety nie rozpoznał, nawet nie próbował, ale był pewien, że był to ktoś bardzo znany.

Marek oparł się o biurko i skupił wzrok na obrazie. Przedstawiał grupę Żydów stojących przed wiejską karczmą. Byli roześmiani i robili wrażenie szczęśliwych, a on czuł płynącą od nich energię.

Był pewien, że gdzieś już ten obraz widział. Przymknął oczy, ale nic nie potrafił sobie przypomnieć. Dopiero gdy położył się w łóżku i powoli zapadał w sen, coś przyszło mu do głowy. Tak, gdzieś widział nie sam obraz, raczej jego reprodukcję…

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji