Josie Quinn. Śpij, laleczko - Lisa Regan - ebook + audiobook

Josie Quinn. Śpij, laleczko ebook i audiobook

Regan Lisa

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dla Josie Quinn to miał być wyjątkowy dzień. Ostatecznie w sukni ślubnej pójdzie nie przed ołtarz, lecz na miejsce zbrodni.

Dwunastoletnia Holly Mitchell leży przed wejściem do niedużego kościoła na obrzeżach Denton. Jest martwa. W rękach trzyma laleczkę z szyszek.

Do śledztwa włącza się Josie Quinn, która rozpoznaje dziewczynkę. Jej matka, Lorelei Mitchell, jakiś czas temu wyciągnęła detektywkę z tarapatów podczas drogowej kraksy.

Przeszukanie domu Lorelei przynosi kolejne wstrząsające odkrycia. Kobieta nie żyje, a młodsza z jej córek zniknęła. Czego tak bardzo bali się mieszkańcy tego odciętego od świata budynku, że nie było tu żadnych ostrych przedmiotów, a w drzwiach pokoi zamontowano zamki?

Gdy policjantka jest bliska zdemaskowania mordercy, dochodzi do kolejnej tragedii, a na przedniej szybie samochodu Josie ktoś zostawia szyszkową lalkę. Ten makabryczny prezent nie zwiastuje niczego dobrego…

***

"Nie przegap tej książki, to najlepsza historia w całej serii. Bardzo emocjonalna opowieść, która wciąga od pierwszej strony".

Donna, NetGalley

"To bez dwóch zdań jedna z moich ulubionych serii. Świeża, oryginalna, ekscytująca i zapierająca dech w piersiach!"

Debra C., NetGalley

***

Seria z Josie Quinn:

  1. Znikające dziewczyny
  2. Bezimienna
  3. Grób matki
  4. Ostatnie wyznanie
  5. Kości niezgody
  6. Cichy płacz
  7. Zimne serce
  8. Śmiertelna układanka
  9. Zmowa milczenia
  10. Bez tchu
  11. Śpij, laleczko

Kolejny tom w przygotowaniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 385

Data ważności licencji: 2/14/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 57 min

Lektor: Andrzej Hausner

Data ważności licencji: 2/14/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuHush Little Girl

Projekt okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ

Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA

Opieka redakcyjnaANNA HEINE

RedakcjaURSZULA ŚMIETANA

KorektaALEKSANDRA WIĘK-RUTKOWSKA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Copyright © Lisa Regan, 2021 First published in Great Britain in 2021 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-7015-6

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Pamięci doktora Chrisa Justofina, który uratował mi życie,

oraz dla doktor Katherine Dahlsgaard,

która uratowała życie komuś, kogo kocham

PROLOG

Josie i Noah nie zdążyli przygotować się na zderzenie. Jeleń wyskoczył spomiędzy drzew po lewej stronie, rozmazana plama płowego brązu. Jego ciało trafiło w przód nowego chevroleta Noaha z idealnie nieidealnym wyczuciem czasu. Maska samochodu wgniotła się niczym zmiażdżona aluminiowa puszka. Noah nie miał czasu zahamować. Oboje polecieli w stronę deski rozdzielczej. Pas napiął się gwałtownie w poprzek piersi Josie, jej głową szarpnęło mocno. Zamrugała zdezorientowana, chcąc oczyścić zasnuty mgłą umysł, a potem spojrzała naprzód i zobaczyła smugi dymu unoszące się znad wgniecionej maski. Z fotela kierowcy dobiegł ją głos Noaha:

– Josie? Nic ci nie jest? Josie?

Odwróciła ku niemu głowę, krzywiąc się, gdy poczuła ból spływający od podstawy czaszki w dół szyi. Z niedużego rozcięcia na czole Noaha sączyła się krew. Quinn dotknęła go i powiedziała:

– Krwawisz.

Fraley otarł czoło rękawem kurtki.

– Nic mi nie jest – zapewnił. – A ty jak?

Umysł Josie znów zaczął działać, doganiając ciało. Nie bolało ją nic poza szyją.

– Wysiadam – oznajmiła.

Rozpięła pas i spróbowała otworzyć drzwi, ale się zacięły.

– Framuga się wygięła. Spróbuj z mojej strony – poinformował Noah.

Rozpiął pas i wysiadł, a potem podał Josie rękę, żeby pomóc jej się wydostać. Pod koniec stycznia pogoda była beznadziejna. Ciężkie szare chmury wisiały nisko nad Denton, z rzadka prósząc lekko śniegiem. Josie stanęła na poboczu i zaciągnęła ciaśniej poły płaszcza. Spojrzała na krętą górską drogę – tylko drzewa i wstążka asfaltu ciągnąca się przez wiele mil w obu kierunkach.

– Jesteśmy już co najmniej trzy mile od Harper’s Peak – stwierdził Noah.

– Raczej pięć – uznała Josie. Wyciągnęła rękę w kierunku, w którym jechali: z powrotem do centrum. – Do miasta zostały jeszcze dwie mile.

Denton leżało w dolinie w środkowej Pensylwanii, wzdłuż brzegów rzeki Susquehanny. Większość spośród trzydziestu tysięcy mieszkańców zamieszkiwała jego centralną część, złożoną ze ściśle przylegających do siebie osiedli. Jednak miejscowość obejmowała obszar dwudziestu pięciu mil kwadratowych, a w jej granicach leżały również okoliczne podmiejskie tereny. Samotne, kręte drogi jak ta, na której właśnie się znajdowali, prowadziły serpentynami z głównej części miasta we wszystkich kierunkach w głąb gór.

Policjanci przeszli na przód samochodu, przed którym na boku leżał nieruchomy jeleń. Nie miał widocznych obrażeń, ale Josie wiedziała, że zwierzę najprawdopodobniej zginęło na skutek siły zderzenia. Zrobiła kilka kroków w jego stronę, zauważając brak poroża i nabrzmiały brzuch.

– Dobry Boże – odezwała się. – Mam nadzieję, że to nie jest ciężarna samica.

Noah stanął tuż za nią i położył jej dłoń na ramieniu.

– Nie podchodź za blisko – ostrzegł. – Jeśli jeszcze żyje i się poderwie, może zrobić ci krzywdę.

Josie nie ruszyła się jednak z miejsca. Zamiast tego patrzyła na łanię, czując, że ogarnia ją smutek budzący stare emocje, które najlepiej było zostawić uśpione.

– Josie – odezwał się Noah. – To był wypadek.

– Wiem. – Nie pierwszy raz któreś z nich potrąciło jelenia. W środkowej Pensylwanii tego typu zdarzenia były na porządku dziennym. Josie nie rozumiała, dlaczego tym razem tak bardzo się przejęła.

– Myślisz, że to przyniesie nam pecha? – wypaliła, gdy niebo zaczęło pluć lodowatym deszczem.

– W jakim sensie? – nie zrozumiał Noah.

Odwróciła się do niego. Krew zebrała się w dużą kroplę przy ranie na jego czole i spłynęła w kierunku prawego oka. Znów otarł ją rękawem.

Quinn wyciągnęła z kieszeni dżinsów pomiętą chusteczkę higieniczną. Położyła wolną rękę z tyłu głowy Noaha, wsuwając palce w jego gęste brązowe włosy, a drugą dłonią przycisnęła mocno chusteczkę do jego czoła. Wydychiwane przez niego powietrze utworzyło wyraźną chmurkę.

– Załatwialiśmy sprawy związane ze ślubem i w drodze powrotnej potrąciliśmy jelenia. Być może ciężarną łanię – wyjaśniła.

Noah położył jej ręce na ramionach i uśmiechnął się do niej.

– Nie sądzisz, że już wyczerpaliśmy nasz limit pecha?

Odsunęła chusteczkę i stwierdziła, że udało jej się zatamować krwawienie. Opuściła ręce i spojrzała w orzechowe oczy narzeczonego. Znali się od siedmiu lat, byli parą od trzech i w tym czasie w ich życiu wielokrotnie rozpętało się piekło. Może miał rację.

Wyciągnął chusteczkę z jej dłoni i pocałował ją w czoło.

– Nie bądź przesądna. W ciągu ostatnich trzech miesięcy tyle razy jeździliśmy do Harper’s Peak, że byłoby wręcz dziwne, gdybyśmy przez ten czas niczego nie potrącili. – Noah rozejrzał się znów po pustej szosie. – Nie zauważyłem po drodze żadnych zabudowań. Nie ma kogo poprosić o pomoc.

Josie wyciągnęła z kieszeni komórkę i spróbowała zadzwonić do kogoś z zespołu. Oboje pracowali w wydziale policji w Denton, gdzie on był porucznikiem, a ona detektywką. Josie wiedziała, że dwójka pozostałych detektywów, Gretchen Palmer i Finn Mettner, natychmiast pospieszyłaby im z pomocą.

– Nie mam zasięgu – oznajmiła. – Pokaż swój telefon.

Noah podał jej aparat.

– Spróbuj utworzyć hotspot.

Josie usiłowała to zrobić przy użyciu obu komórek, ale bez powodzenia. Nie było dostępu do internetu. Zaczęła chodzić wzdłuż drogi, unosząc aparaty jak najwyżej, aby znaleźć zasięg, jednak najwyraźniej znajdowali się w martwej strefie. Noah wyciągnął rękę po swój telefon, więc mu go oddała.

– Zostań przy samochodzie. Pójdę w stronę miasta i spróbuję złapać zasięg. Jeśli mi się uda, zadzwonię do Gretchen albo Mettnera. Jeśli nie, zapukam do drzwi pierwszego napotkanego domu i spytam, czy mogę skorzystać z telefonu stacjonarnego – oświadczył.

– Pójdę z tobą.

– Jest zimno. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem. Zostań w samochodzie, gdzie jest sucho i w miarę ciepło. Pokonanie dwóch mil pieszo nie potrwa długo.

Josie poczuła, że trzęsie się pod płaszczem. Lodowaty deszcz przybrał na sile. Po każdej spadającej kropli jej czarne włosy coraz bardziej kleiły się do twarzy. Obejrzała się na samochód, bardzo chcąc się w nim schować.

– Kręci ci się w głowie? – zapytała. – Masz mdłości?

Noah parsknął cicho.

– Nie mam wstrząśnienia mózgu, jeśli o to się martwisz. Wsiadaj do auta. Postaram się wrócić jak najszybciej.

Pocałowała go, a potem wsiadła na miejsce kierowcy. Przy zgaszonym silniku w skasowanym samochodzie nie było wcale dużo cieplej niż na zewnątrz, ale za to cudownie sucho. Odprowadzała wzrokiem Noaha, który ruszył truchtem wzdłuż drogi, dopóki marznący na szybie deszcz nie zamienił go w ciemną plamę. Potem Noah zniknął z pola widzenia. Jeszcze raz spróbowała złapać zasięg, ale bez skutku. Kilka minut po tym, jak straciła narzeczonego z oczu, dobiegł ją odgłos, od którego aż zadrżała w środku. Wysiadła z samochodu i podeszła do łani. Zwierzę podniosło łeb z ziemi i zabeczało piskliwie, ten dźwięk przeniknął Josie do szpiku kości.

Dźwięk agonii.

– Niech to cholera – zaklęła, rozglądając się wokół. Całą sobą pragnęła odpowiedzieć działaniem na ten zwierzęcy okrzyk cierpienia. Gdyby chodziło o człowieka, klęczałaby już na ziemi, udzielając pierwszej pomocy lub przynajmniej niosąc pociechę, ale w tym przypadku nie było to możliwe. Nie miała wyboru: mogła tylko stać i słuchać agonalnych odgłosów wydawanych przez nieszczęsną łanię. Obie były bezradne: samica jelenia i kobieta. Josie ogarnęło najbardziej znienawidzone przez nią uczucie.

Kiedy usłyszała warkot nadjeżdżającego samochodu, ledwie zdołała przełknąć gulę, która uformowała się w jej gardle. Odwróciła się i zobaczyła starego białego pikapa, który zatrzymał się za samochodem Noaha. Silnik mruczał głośno na jałowym biegu. Z tyłu szoferki, zabezpieczona na uchwycie, wisiała strzelba. Siedząca za kierownicą osoba włączyła światła awaryjne i wysiadła, zostawiając broń w środku. Do Josie podeszła kobieta, na oko po pięćdziesiątce. Była od niej wyższa i bardziej krągła, ubrana w spłowiałe dżinsy, ciepłe buty i grubą nieprzemakalną kurtkę. Jej długie kręcone włosy poprzeplatały pasma siwizny.

– Nic pani nie jest? – zapytała ze zmarszczonym czołem.

Josie wskazała na łanię i wyjaśniła, co się stało.

Nieznajoma podała jej rękę.

– Lorelei Mitchell – przedstawiła się.

– Josie Quinn.

Policjantka czekała na przebłysk rozpoznania. Można powiedzieć, że cieszyła się w Denton niejaką sławą, bo prowadziła z sukcesem śledztwa tak wstrząsające opinią publiczną, że trafiały do ogólnokrajowych mediów. Poza tym jej siostra bliźniaczka była znaną dziennikarką. Ale Lorelei Mitchell zapytała tylko:

– Jak dawno temu oddalił się pani narzeczony?

Quinn wyciągnęła komórkę, żeby sprawdzić godzinę, ale uświadomiła sobie, że tak bardzo przejęła się jeleniem, że nie potrafi stwierdzić, ile upłynęło czasu. Miała wrażenie, że stała na drodze przy zawodzącym zwierzęciu od wielu godzin, choć pewnie trwało to mniej niż pięć minut.

– Nie jestem pewna – przyznała. – Może dziesięć, piętnaście minut temu?

Lorelei wskazała na swój samochód.

– Może pojedzie pani ze mną? Mój dom znajduje się niecałe pół mili stąd pod górę. Mam tam zasięg komórkowy, choć może trudno w to uwierzyć. Działa też telefon stacjonarny. Może pani z niego skorzystać i wezwać pomoc.

– Nie zauważyliśmy po drodze żadnych domów.

Lorelei się uśmiechnęła.

– Wiem. Podjazd jest dobrze ukryty. Cenię sobie prywatność.

– Dziękuję – odparła detektywka. – Ale jeśli nie ma pani nic przeciwko, wolałabym zaczekać na narzeczonego.

– Zwykle nie pochwalam sytuacji, kiedy kobieta wsiada z kimś obcym do samochodu, ale zapewniam, że jest pani ze mną bezpieczna.

Josie uśmiechnęła się niewyraźnie.

– Doceniam to, ale mogę zaczekać.

Zapadło między nimi długie milczenie, przerywane tylko beczeniem łani. Lorelei cofnęła się do samochodu. Quinn znów zerknęła w stronę strzelby, choć sama nie wiedziała dlaczego. Ale Mitchell nawet nie spojrzała na broń. Zamiast tego wróciła z fotografią w dłoni. Prawdziwym zdjęciem na błyszczącym papierze. Podała je policjantce.

– To moje córki. Jedna ma osiem lat, a druga dwanaście. Czekają na mnie w domu. Mieszkamy same, dlatego tak bardzo dbam o prywatność. Ze względów bezpieczeństwa. Niech pani ze mną pojedzie. Pozna je pani, zadzwoni, gdzie trzeba, i zaczeka w ciepłym, suchym miejscu na pomoc. Nawet panią nakarmię.

Łania ryczała już coraz rzadziej, ale w dalszym ciągu głośno i przenikliwie. Josie odwróciła wzrok od jej udręczonych oczu, chcąc patrzeć na cokolwiek, byle nie na konające zwierzę. Spojrzała na fotografię. Obie dziewczynki miały sięgające ramion brązowe włosy. Włosy młodszej były proste, ale starsza miała kręcone, jak matka.

– Młodsza ma na imię Emily – poinformowała Lorelei. – A starsza Holly.

Na zdjęciu Holly zaplatała opiekuńczo rękę wokół ramion Emily, która uśmiechała się szeroko, odsłaniając zęby. Holly zaciskała usta w uśmiechu, który był jednak równie zaraźliwy co uśmiech siostry. Dziewczynki miały na sobie identyczne t-shirty z wizerunkiem leniwca i napisem: „Moje duchowe zwierzę”. Josie parsknęła cicho.

– Słodkie, prawda? – odezwała się Lorelei z uśmiechem.

Detektywka chciała już oddać zdjęcie, kiedy zauważyła rzęsy Holly. Były zupełnie białe.

Lorelei podeszła krok bliżej i wskazała na twarz córki.

– Patrzy pani na jej rzęsy, prawda? Nie szkodzi. Wszyscy zwracają na nie uwagę. Cierpi na poliosis.

Josie ledwie ją słyszała wśród porykiwań jelenia. Podniosła na nią wzrok.

– Co takiego?

– Poliosis. To genetyczna przypadłość. Niegroźna. Oznacza jedynie brak melaniny we włosach albo rzęsach. Ona tego nie znosi, ale moim zdaniem wygląda dzięki temu wyjątkowo pięknie.

Policjantka zwróciła zdjęcie.

– Przepraszam. Nie mogę... nie mogę się skupić. Tak, pojedźmy do pani.

– Proszę wsiadać – zaordynowała Lorelei.

Quinn wdrapała się do pikapa i zapięła pas. Mitchell wskoczyła za kierownicę i zawróciła na trzy na środku drogi. Nadal dobiegały ich odgłosy cierpiącego jelenia. Zamiast odjechać, kobieta znów zaciągnęła hamulec i oznajmiła:

– Proszę chwilę zaczekać.

Wykręciła ciało i sięgnęła po coś do tyłu. Zanim Josie zdążyła o cokolwiek zapytać, Lorelei wysiadła z wozu ze strzelbą w ręce. Policjantka okręciła się na fotelu i zauważyła na podłodze z tyłu dwa pudełka z amunicją. Nacisnęła przycisk zwalniający sprzączkę pasa, chcąc wysiąść i powstrzymać kobietę.

Rozległ się huk wystrzału, niosąc się echem po okolicy. Zawodzenie zwierzęcia ucichło. Josie siedziała na fotelu kompletnie zmartwiała. Sekundę później Lorelei wsiadła do środka. Odwiesiła strzelbę za ich głowami i posłała detektywce uśmiech.

– Po powrocie do domu zadzwonię do leśniczego.

– Zastrzeliła ją pani – wydukała Quinn.

– Cierpiała i nie dało się jej uratować. Była bez szans.

Josie wpatrywała się w nią z rozdziawionymi ustami.

Lorelei wrzuciła bieg i wyjechała na drogę.

– Pewnych rzeczy nie da się powstrzymać, wie pani.

– Cierpienia? – zapytała Josie.

Lorelei się roześmiała.

– Tego też, ale chodziło mi o śmierć. Nie da się powstrzymać śmierci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki