Jesień w Brukseli - Katarzyna Targosz - ebook
Opis

Jesień w powieści ma wiele odsłon. To pora roku i przełom w życiu pewnej dziewczyny, która nie ma już nic do stracenia. To opowieść o samotności, cenie popełnianych błędów, wybieraniu własnej drogi, sile przyjaźni i miłości. Pełno w niej niespodzianek – tu osiedlowy blokers może zaprzyjaźnić się z dystyngowanym staruszkiem, ateistka odnaleźć Boga, tajemniczy zboczeniec zaatakować znienacka, a internetowy byt stać się realnym w najmniej spodziewanym momencie. To przede wszystkim historia przemiany, doprawiona szczyptą sensacji i sporą porcją słodko-gorzkich emocji.

Bez męsko-damskich uciech i zapasów trudno sobie wyobrazić tzw. literaturę kobiecą, do której powieść należy. I w „Jesieni...” ich nie brakuje, wyrazistych typów męskich jest tu nawet więcej niż kobiecych, ale na plan pierwszy wysuwa się relacja siostra – brat, nader przekonująco przedstawiona. Co ciekawe, obydwoje zagubieni, odnajdują się dzięki nieco szorstkiej, ale wytrzymującej próbę miłości i przyjaźni, a stwarzając postać i Przemka, i jego barwny język, Targosz dowodzi, że literatura to praca ze słowem, a nie tylko opowiadanie zajmujących historyjek.

Wdzięk bez taniej kokieterii, uczciwość bez moralizatorstwa, odwaga bez wulgarności. Katarzyna Targosz nie musi pisać po męsku, żeby przyciągnąć  czytelników. Wystarczy, że pisze po swojemu: z humorem, czułością dla bohaterów, wbrew obowiązującym trendom. Polecam!

Izabela Sowa

 

Katarzyna Targosz – pisarka, blogerka, fotograf. Absolwentka hotelarstwa w SHMS w Caux-sur-Mountreux oraz geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z pochodzenia Ślązaczka (ur. w Tarnowskich Górach w 1982 roku), zakochana w Wiedniu i Krakowie, przystań odnalazła w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie obecnie mieszka z mężem i synem. Zadebiutowała w 2014 „Wiosną po wiedeńsku” (JanKa).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Katarzyna Targosz

Jesień w Brukseli

Książkę tę dedykuję tym wszystkim, których drogi życiowe skrzyżowały się z moją, wyznaczając jej przebieg. Jestem wam głęboko wdzięczna, bo to właśnie te relacje, nie zawsze dobre, nie zawsze godne pochwały, doprowadziły mnie do tego wspaniałego momentu życia, w którym jestem.

Część pierwsza

Nie widzę powodu, by tłumaczyć swoje postępowanie…

Czwartek, 19 września

Podświetlany plafon z numerem budynku migotał niespokojnie. Robiło to nieco upiorne wrażenie, szczególnie kiedy przez ostatnią godzinę wysłuchiwało się opowieści przyjaciółki o nawiedzającym jej mieszkanie duchu poprzedniej lokatorki. Świadomość bliskości cmentarza na Czerwonych Makach, gdzie spoczywali pensjonariusze dawnego zakładu psychiatrycznego, też nie dodawała otuchy.

Nie lubiłam samotnych powrotów do Brukseli i bez tego powiewu grozy. Budynek dopiero zaczynał zapełniać się lokatorami. Większość mieszkań stała jeszcze pusta. Okna były czarne i wyglądały nieprzyjaźnie. Oświetlonym niewysokimi lampkami wewnętrznym dziedzińcem z rzadka tylko ktoś przemykał.

Wstukując kod do drzwi wejściowych, niespokojnie rozglądałam się na boki. Na szczęście kabina windy stała na parterze i nie musiałam na nią czekać. Drzwi rozchyliły się przede mną i powitał mnie mrok. Wzdrygnęłam się nerwowo, ale światło rozbłysło po kilku sekundach. Zbeształam się w myślach za tę reakcję. Osiedle Europejskie było ładne, nowoczesne i komfortowe, a Bruksela stanowiła jego najnowszy, świeżo ukończony etap. W klatce naprzeciwko czuwał ochroniarz. Spokoju i bezpieczeństwa strzegły wszechobecne kamery. Mój niepokój był spowodowany jedynie sytuacją, w której się znalazłam. Mieszkałam tu od kilku dni, jeszcze nie zdążyłam się rozpakować i zadomowić. Mieszkałam sama, po raz pierwszy w życiu, i z pewnością to ta świadomość budziła moje wieczorne lęki.

Wysiadając z windy na drugim piętrze, znów się rozejrzałam. Klucz miałam przygotowany, w dłoni. Szybkie przekręcenie go w zamku. Skok do środka. Zamknięcie za sobą drzwi. Byłam w domu.

Mimo późnej pory zabrałam się do rozpakowywania rzeczy. Pomyślałam, że jak tylko urządzę mieszkanie w ulubionym stylu retro i zapełnię półki przedmiotami, poczuję się w Brukseli bardziej komfortowo.

Siedząc nad kolejnym kartonem, zastanawiałam się nad poniedziałkowym spotkaniem. Oby wypaliło. Bo jeśli nie wypali, raczej nie będę mogła tu zostać.

A wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Jeszcze niedawno miałam dobrą pracę i sympatycznego narzeczonego, z którym postanowiliśmy zmienić mieszkanie na większe, by żyło się nam wygodniej. Ale w życiu nie ma nic pewnego. Firma, dla której pracowałam, z dnia na dzień ogłosiła upadłość, a sympatyczny narzeczony w tym samym czasie oznajmił, że został buddystą i wyjeżdża do Tybetu malować mandale i poszukiwać wewnętrznej harmonii.

Zostałam bez roboty i bez faceta, za to z kredytem do spłacenia.

Co zrozumiałe, jakiś czas pogrążona byłam w czarnej rozpaczy, ale dosyć szybko pojawiło się światełko rozpraszające jej mroki: odezwała się do mnie inna firma z branży. Pracowali właśnie nad nową serią gier komputerowych i potrzebowali dobrego grafika. Byłam dobrym grafikiem. Stworzyłam w końcu wyuzdaną Blaze, bohaterkę „Mrocznych katakumb”. Opracowywałam od strony graficznej także inne gry, ale to „Mroczne katakumby” były niekwestionowanym hitem, ośmielałam się więc sądzić, że ten punkt w moim portfolio będzie wystarczającym atutem. Ale czy na pewno?

Zniechęcona podniosłam się znad pudeł. Jaki miało sens się rozpakowywać, kiedy nie wiedziałam, czy będzie mnie stać na pozostanie tutaj? Mieszkanie wykończone zostało już po tym, jak odszedł ode mnie sympatyczny narzeczony. To, że nie mieliśmy szansy zamieszkać w nim razem, stwarzało możliwość, by rozpocząć tu całkiem nowe życie. Tylko czy będzie mi to dane?

Poszłam do połączonej z dużym salonem kuchni i wyjęłam piwo z lodówki. Dźwięk otwieranej puszki rozszedł się głośnym echem w pustym pomieszczeniu. Nie zapalałam świateł, bo nie miałam jeszcze zawieszonych zasłon, a zachodnia ściana niemal w całości składała się z okien. Wyjrzałam przez nie na pusty dziedziniec. Czułam, że nocny smutek nieuchronnie nadciąga nad Brukselę. To na pewno przez ten cmentarz, okłamałam się. Chciałam zadzwonić do Elizy, by nie czuć się tak samotnie, ale godzina wydała mi się zbyt późna nawet jak na telefon do przyjaciółki. Najlepszej przyjaciółki. I jedynej, innych nie miałam.

Z Elizą łączyło mnie wiele, wśród tego niechęć do własnego imienia i żal do byłego faceta. Takie czynniki potrafią mocno scementować znajomość.

Chcąc uciec przed nocnym smutkiem, dokończyłam piwo i poszłam spać. Na podłodze, ponieważ łóżko oddałam potrzebującym. Nie mogłam zaczynać nowego życia na tym samym łóżku, na którym sypiałam przez kilka lat z mężczyzną obecnie malującym mandale gdzieś w Himalajach.

Tylko czy w ogóle można zaczynać nowe życie, mając trzydzieści lat, karton porcelanowych szczurów i trzy kołdry?

Piątek, 20 września

Spanie pod trzema kołdrami wymagało wprawy. Z moich doświadczeń wynikało, że mało kto to wytrzymywał. Ja nie wytrzymałabym spania pod jedną. Musiałam mieć trzy. Takie dziwactwo. Tak samo jak kolekcjonowanie szczurzych figurek.

Zaraz z rana wybrałam się po kajzerki i żółty ser. Te nieskomplikowane produkty stały się podstawą mojego żywienia, odkąd zostałam singielką.

Wracając, zobaczyłam zgarbioną postać, majstrującą kluczem w drzwiach do mieszkania obok. Usłyszawszy moje kroki, postać odwróciła się. Był to starszy mężczyzna o niezbyt przyjemnej fiz­jonomii, ubrany w obszerny długi płaszcz; przestraszyłam się, czy przypadkiem nie jest ekshibicjonistą.

– Witam panią, jestem nowym sąsiadem. – Wyciągnął do mnie dłoń. – Zenon Kropidlak, kłaniam się.

Niechętnie podałam mu rękę i też się przedstawiłam. Moja podejrzliwa natura nie pozwalała mi zapomnieć o skojarzeniu z ekshibicjonistą. Mógł być zresztą jakimś innym zboczeńcem, nigdy nie wiadomo.

Po przywitaniu się z Kropidlakiem prędko zamknęłam się we własnym mieszkaniu. Zaraz jednak rozległ się dźwięk dzwonka u drzwi. Uchyliłam je nieznacznie i ujrzałam nowego sąsiada, już bez płaszcza, za to z jakąś torebką w ręku. Znowu się wystraszyłam. Zaraz wróciły do mnie myśli o najróżniejszej maści dewiantach, którzy w papierowych torebkach przenoszą narzędzia tortur lub kawałki ciał swoich ofiar. Albo jedno i drugie.

– Winogronka – oznajmił sąsiad.

– Słucham?!

– Dla pani, tak na rozpoczęcie sąsiedzkiej znajomości. Winogrona z mojej działki.

– Aha… No… Dziękuję – odrzekłam skonsternowana, z pewnym lękiem biorąc od niego pakunek. Ponieważ nie próbował się na mnie rzucić ani siłą wedrzeć do mieszkania, ośmieliłam się dodać: – To miło z pana strony.

– Jeśli ma pani ochotę, to zapraszam na herbatkę z lipy, właśnie zaparzyłem.

– Nie, teraz nie mogę, może innym razem… − odparłam pośpiesznie.

– No tak, młodzi ludzie są ciągle tacy zaganiani…

– Właśnie, właśnie…

– Gdyby pani miała kiedyś chęć…

– Tak, może kiedyś – zapewniłam. – Dziękuję za winogrona.

– Już pani dziękowała – zauważył. – Mam nadzieję, że będą smakować.

– Na pewno. – Zmusiłam się do uśmiechu. – Do widzenia.

Nie zamierzałam jeść tych winogron. Kto wie, czy nie były naszpikowane jakąś trucizną. Może i robiłam się przewrażliwiona, ale wystarczyło włączyć telewizor i posłuchać wiadomości, by moje przewrażliwienie zyskało pełne uzasadnienie. Nie takie rzeczy się działy! I nie zamierzałam zaprzyjaźniać się z Kropidlakiem. Nawet jeśli był tylko starszym panem o niekorzystnym wyglądzie. Ja po prostu nie należałam do zbyt przyjacielskich osób.

Kiedy po krótkiej chwili znów rozbrzęczał się dzwonek, postanowiłam udawać, że mnie nie ma, pewna, że to znowu nadaktywny sąsiad. Zaraz jednak usłyszałam zza drzwi nawoływania, których autorem był mój rodzony brat.

– Co jest? Dzwonię i dzwonię – oznajmił na powitanie.

– Udawałam, że mnie nie ma.

– Przecież wiem, że jesteś, auto stoi.

– Mogłam wyjść do sklepu.

– Ale nie wyszłaś.

Tak właśnie rozmawiało się z Przemkiem.

– O, winogrona. Mogę? – spytał, pakując sobie całą kiść do ust.

– Możliwe, że są zatrute.

– Nie szkodzi. – Wziął owoce i usadowił się na wielkim czerwonym pufie, na razie jedynym meblu stojącym w salonie.

– Mnie by przeszkadzało… – zauważyłam, siadając po turecku na podłodze.

– Skręcę sobie, okej? – spytał, a właściwie oznajmił, gdy już się nasycił plonami z ogrodu mojego sąsiada.

Wzruszyłam ramionami, świadoma, że i tak to zrobi.

– No i co tam, Kasandra? Jak się mieszka? – zainteresował się, zaciągając substancją prawnie zakazaną.

– Chyba nie ma sensu prosić, żebyś mnie tak nie nazywał, co? Z dwojga złego wolę już swoje prawdziwe imię.

– Twoim prawdziwym imieniem mogę cię nazywać dopiero jak skończysz sześćdziesiątkę. Wtedy będzie pasowało.

– No co ja poradzę…? – burknęłam bezradnie.

– Ciesz się, że nie nazwali cię po tej drugiej prababce, tej… no, jak jej tam było? Tuberkuloza?

– Eee, chyba Tuberoza… Coś z „roza” w każdym razie.

– Może Psychoza?

– Co ty wygadujesz? I czemu w ogóle zawracasz mi tym głowę?

– Ej, siostra, ty zawsze taka zestresowana jesteś. Chcesz przyjarać?

– Dzięki, wystarczy, że ty wpadasz do mnie spalić sobie skręta.

– No przecież nie będę jarał przy matce, nie? A tak w ogóle, to właśnie miałem cię pytać…

– O co? – przerwałam mu, pełna najgorszych przeczuć.

– Może mógłbym z tobą zamieszkać, co? Masz taką fajną chatę.

– Zapomnij!

– Ale matka mi ciągle truje, wiesz, jak jest… Poza tym jak długo można łazić z łatką blokersa? Ty masz tu high life.

– Możesz wpadać, kiedy chcesz. – Poszłam na kompromis, bo argument o matce podziałał. – Ale nie wytrzymałabym mieszkania z tobą. Zaraz pojawiliby się kumple, panienki, dużo zioła i browaru.

– Z panienek ewentualnie mógłbym zrezygnować. No zgódź się, masz w końcu trzy pokoje.

– Właśnie: ja mam. I wszystkie zajęte: w jednym pracuję, w drugim sypiam, a w trzecim trzymam buty. Nie ma dla ciebie miejsca.

W tym momencie w mieszkaniu rozległ się dźwięk sygnalizujący, że ktoś kolejny pragnie się do niego dostać. Co za ranek! Ja przecież chciałam tylko w spokoju zjeść bułkę z serem. Przemek rzucił się otwierać.

– To pewnie Duldo – wyjaśnił. – Powiedziałem, żeby wpadł.

– Już zapraszasz kumpli do mojego mieszkania?! Widzisz, właśnie o tym mówiłam!

– Ej, Kasandra, wyluzuj. Ja mam dziś wolne, ty jesteś bezrobotna, możemy sobie posiedzieć. Zadzwoń jeszcze po Lizkę i zrobimy mały chillout.

Właściwie czemu nie?

– Ale pod jednym warunkiem: nie sprowadzisz tu Lucyny.

– Oj, ty masz z nią jakiś problem. To spoko laska.

– Nie mam z nią problemu, ale nie mam też płaszczyzny porozumienia, bo nie oglądam w kółko Vivy i nie śledzę plotek z życia gwiazd. Nie wiem, co ty w ogóle w niej widzisz.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Chyba jednak nie – odpowiedziałam, widząc jego minę. – Ale nie sądzisz, że istnieją kobiety, które są dobre w łóżku, a przy tym inteligentne?

– Pewnie tak – zgodził się. – Tylko że chyba nie chciałbym z taką być. Trułaby mi jak ty: nie słuchaj techno, czytaj książki…

– Na początek wystarczyłoby zmienić dres na coś bardziej eleganckiego i wybrać się na przykład do kina zamiast na ustawkę.

– Dobrze już, dobrze – burknął na odczepnego i poszedł wpuścić dobijającego się coraz gwałtowniej kolegę.

Pół godziny później siedzieliśmy we czwórkę na moim świeżo położonym parkiecie. Tyle że Duldo prędko wprowadził się w odmienny stan świadomości i obecny był tylko ciałem. Usadowił się w kącie docelowo przeznaczonym pod jadalnię i w zamyśleniu głaskał moją futrzaną torebkę, myśląc chyba, że ma do czynienia z puchatym kotkiem.

– Denerwujesz się przed tą rozmową? – zapytała Eliza.

– Cała dygoczę. Lizka, a jak się nie uda?

– Co się ma nie udać? Przecież jesteś najlepsza! – powiedziała dokładnie to, co przyjaciółka powiedzieć powinna.

– Dzięki, ale wiesz, różnie bywa… Mogą woleć kogoś innego, może im nie pasować mój styl…

– Gdyby im nie pasował twój styl, toby cię nie zapraszali na spot­kanie! Przestań się zamartwiać!

– Ona się wiecznie zamartwia – zniesmaczył się Przemek. – Siostra, czy ty się kiedyś zmienisz? Trzeba myśleć pozytywnie.

– Pozytywne myślenie to jedna wielka pierdoła dla naiwnych! Jak ci przyjdzie spłacać kredyty, to pogadamy o pozytywnym myśleniu.

– Albo jak cię facet zostawi – włączyła się Eliza.

– Lizuś, proszę cię, jaki facet?

– No to laska.

– To znajdę następną.

– Teraz tak mówisz – nie odpuszczała. – A ciekawe, co byś zrobił, jakby ci z dnia na dzień oznajmiła, że pragnie żyć życiem.

– Co robić?!

– Żyć życiem. Jej były tak powiedział – wyjaśniłam bratu. – Co, moim skromnym zdaniem, i tak ma więcej sensu niż nagłe pragnienie osiągnięcia nirwany.

– Rany, jakie wy macie zryte banie przez tych debili!

– No niestety… Życie bez facetów byłoby o wiele prostsze.

– O wiele! – zawtórowała mi przyjaciółka.

– Tak? To dlaczego ciągle za nimi latacie?

No właśnie, dlaczego?

Myślałam o tym również, gdy później tego dnia poszłyśmy z Elizką poszlajać się po mieście, jak nazywałyśmy nasze wieczorne wyjścia. Obie skrycie liczyłyśmy, że podczas którejś z tych eskapad poznamy każda po księciu z bajki, co pomoże nam skutecznie zapomnieć o naszych popieprzonych byłych.

Może to i naiwne, że mimo trzydziestu wiosen na karkach wciąż żywiłyśmy takie romantyczne nadzieje, ale obie miałyśmy za sobą długoletnie związki i nie czułyśmy się dobrze jako singielki. Pewnie większość psychologów poradziłaby, żeby najpierw oswoić się z życiem w pojedynkę, zagoić rany i tak dalej, a dopiero potem zająć się poszukiwaniem nowych partnerów. Jednak z moich doświadczeń wynikało, że większość psychologów to popaprani frustraci, więc pieprzyć ich teorie.

Mojego wysłużonego błękitnego nissana zaparkowałam jak zwykle na Braci Jabłonowskich. Idąc na Rynek, zawsze zostawiałam auto właśnie tam. Wspomniani psychologowie określiliby to terminem „sztywność poznawcza” i pewnie mieliby tym razem rację. Przemek moje rozmaite przyzwyczajenia określał krótszym terminem: zdziwaczenie.

Ten wrześniowy wieczór był zachwycający. Jeszcze bardzo ciepły, ale czuło się już tchnienie nadchodzącej jesieni, mojej ulubionej pory roku. To mógł być ostatni wieczór o tak letnim posmaku. Było w nim coś schyłkowego, coś jednocześnie melancholijnego i ekscytującego. Jakby każdy chciał go pochwycić i wycisnąć z niego, ile się da, przewidując rychłe nadejście zimnych i ponurych dni.

– To gdzie idziemy? – spytała Eliza, kiedy stanęłyśmy na zatłoczonym krakowskim Rynku Głównym, pełnym studentów i turystów pragnących, tak jak my, rozerwać się w jakimś klubie.

– Sama nie wiem – odparłam jak zawsze. – Masz jakiś pomysł?

– Do Pięknego Psa? Tam przychodzą fajni kolesie.

– Eee, mam złe skojarzenia.

– Racja, zapomniałam. To gdzie?

– Do Jazz Rocka? Przynajmniej grają fajną muzykę.

– Chcemy poznać facetów z klasą – przypomniała mi przyjaciółka – a tam bawią się same wytatuowane obwiechy.

– Zapominasz, że ja też jestem wytatuowanym obwiechem.

– Ty to co innego, twój smok jest arcydziełem!

– To może Błędne Koło? – wysiliłam się.

– No co ty, przecież tam chodzi Maćku ze swoją nową niunią!

– Kurde, czy w tym mieście jest jakieś miejsce, które nie ma nic wspólnego z naszymi eks?

– Nie narzekaj, ty masz prościej. Twój pomyka z kadzidełkiem po Tybecie i nie musisz się obawiać, że nagle wpadniesz na niego na ulicy.

– Fakt. Ciekawe, swoją drogą, jak mu się tam mieszka?

– A jak się ma mieszkać? To jakieś górzyste zadupie pełne mnichów. Zresztą, nic nas to nie obchodzi, pamiętasz? Bo jak ty zaczniesz rozpamiętywać, to ja nie wytrzymam, pęknę i znowu będę beczeć całymi dniami.

– No dobra, kij im w oko – zgodziłam się. – Ale dalej nie wiemy, gdzie idziemy.

Ostatecznie poszłyśmy do Gorączki na Szewskiej, co było oczywiście pomysłem Elizy, bo ja w każdej dziedzinie życia oprócz grafiki komputerowej wykazywałam się całkowitym brakiem kreatywności.

Siedziałyśmy na schodach zatłoczonej knajpy, sącząc drinki i obserwując otoczenie.

– My jesteśmy na to za stare – zauważyła gorzko przyjaciółka. – Popatrz, same małolaty.

– My jesteśmy młode duchem – pocieszyłam ją nieudolnie.

– No i to jest chyba nasz problem. Ciągle czujemy się jak nastolatki i tak zachowujemy. Może pora dorosnąć.

– Ale cię wzięło… – Skrzywiłam się. – Że niby mam wyrzucić figurki szczurów?

– Na początek. A ja skończę z różowym.

– Co?! – Wytrzeszczyłam na nią oczy, ponieważ do tej pory była wręcz zakochana w tym kolorze.

– I pozbędę się sztucznych włosów.

– Lizka, przerażasz mnie.

– Popatrz, faceci boją się takich wyfiołkowanych lal, wszyscy nas omijają, chociaż fajne z nas laski.

Coś było w tym, co mówiła. Obiektywnie rzecz biorąc, obie byłyśmy atrakcyjne, choć prezentowałyśmy zupełnie odmienne typy urody. Eliza była drobną długowłosą blondynką, a wzrok facetów przyciągał niezmiennie jej imponujących rozmiarów biust. U mnie z biustem było znacznie gorzej, za to nigdzie nie pozostałam niezauważona dzięki smukłej figurze i kolorowi włosów. W dzieciństwie uważałam go za przekleństwo, ale obecnie byłam z niego niezwykle dumna. Mimo że wyróżniałyśmy się w tłumie, w knajpach przeważnie przesiadywałyśmy samotnie, zachodząc w głowę, w czym tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy.

– Może chodźmy lepiej na kebab – zaproponowała przyjaciółka, kiedy skończyłyśmy drinki. Gdy się podnosiłyśmy, podeszło do nas kilku rozbawionych facetów.

– A co to, dziewczyny, już idziecie?

Eliza znacząco pomachała im przed nosem pustą szklanką. Wychodziła z założenia, że darmowy drink jest lepszy niż nic i zawsze trzeba korzystać, gdy nadarza się okazja.

Zareagowali prawidłowo.

– Czego się napijecie?

Kiedy miałyśmy już w rękach kolejne porcje alkoholu, przyszła pora na przedstawianie.

– Eliza? – upewnił się jeden z facetów.

– Tylko proszę… Znam już wszystkie te teksty – odparła.

– Jakie teksty?

– „Eliza, chodź na liza” i tak dalej…

Spowodowała radosny wybuch śmiechu u naszych nowych znajomych, po czym niestety przyszła moja kolej.

– Sisi – przedstawiłam się nadanym przez Lizkę dawno temu przezwiskiem.

– A od czego to skrót?

– Od superseksi! – przyszła mi z pomocą przyjaciółka. – Nie widać?

Po poznaniu ich imion, które były całkowicie zwyczajne, nastąpiły kolejne kłopotliwe pytania.

– Czym się zajmujecie?

– Jestem kosmetyczką – odparłam, bo z moich doświadczeń wynikało, że grafik komputerowy podany na dzień dobry działał odstraszająco na facetów. Jakby to była profesja zarezerwowana wyłącznie dla wychudzonych i zamkniętych w sobie chłopaczków w drucianych okularkach.

– Pracuję w solarium – skłamała Lizka, bo jej doświadczenia pokazywały, że bezrobotny paleontolog działał jeszcze gorzej.

Pogadaliśmy chwilę, wśród zgiełku i głośniej muzyki słysząc tylko część z naszej nieskładnej konwersacji. Szybko stało się jasne, że żaden z tych facetów nie jest księciem z bajki, więc po wypiciu zafundowanych przez nich drinków wymknęłyśmy się na kebaby.

Sobota, 21 września

Noc spędziłam w różowej pościeli Elizy, pod baldachimem ozdobionym fosforyzującymi gwiazdkami. Po wieczorach na mieście zawsze spałam u przyjaciółki, bo jej mieszkanie miało jeden ogromny plus – dystans dzielący je od Rynku dało się przebyć nawet na szpilkach.

Coś strasznie śmierdziało. Poranki u Lizki nigdy nie były łatwe, przeważnie dokuczały nam kac i melancholia, będące skutkami poprzedniego wieczoru. Tym razem dokuczliwy był też nieziemski fetor.

– Co jest?

Rozejrzałam się nieprzytomnie, podnosząc ciężką głowę. Po chwili zlokalizowałam źródło obrzydliwej woni. Zlokalizowałam, lecz nie byłam pewna, co właściwie widzę.

– To Inkusia – wyjaśniła przyjaciółka, stając nade mną. Była już ubrana, a obok niej kręcił się niespokojnie wielki pies. Pewnie wybierali się na spacer.

Nigdy nie byłam miłośniczką zwierząt. Były brudne, cuchnęły, niszczyły meble, hałasowały i zabierały czas. Ale Inkuś był psem Elizy. Kochałam Elizę, musiałam więc kochać również jej psa.

– Inkusia?

– To jego kurczaczek.

– Wygląda, jakby zmarł dawno temu.

– Wędzony.

– Wędzony. A czemu leży na mojej poduszce?

– Inkuś pewnie chciał zrobić cioci prezent.

No pięknie, teraz byłam ciocią tego futrzaka. Jak już wspomniałam, poranki u Elizy zawsze były trudne.

Jakiś czas później przez słoneczne Aleje dotarłam do mojego samochodu. Spacer pomógł pozbyć się kaca, lecz nadal nie czułam się esencją świeżości. Marzyłam o długim prysznicu i porządnej kawie we własnym kubku. I może jeszcze o kajzerce z serem.

Kiedy wsiadłam do auta, dotarło do mnie, że czegoś dotkliwie mi brakuje. Nie zamierzałam się oszukiwać, że nie wiem czego. Ale przecież dopiero co zaczęłam Nowe Życie i to, czego mi brakowało, nie mieściło się w jego ramach.

Nowe Życie… Marnie na razie ono wyglądało. Może by jednak… Nie, nie zamierzałam się złamać. Wszystko będzie wspaniale! W poniedziałek dostanę nową pracę, kupię nowe meble i nowe ciuchy. Znajdę też nowego faceta. Tak, będzie cudownie!

Zaśmiałam się sama z siebie i odpaliłam silnik.

Sobotnie przedpołudnie płynęło leniwie i spokojnie. Światło było lekko rozproszone, przefiltrowane przez delikatną mgiełkę, nostalgiczne i złociste. Typowe dla Krakowa. To miasto jest melancholijne, może nawet z lekką skłonnością do depresji, na pewno nieodpowiednie dla osób niestabilnych emocjonalnie. Takich jak ja.

Przejechałam przez Rynek Dębnicki i Tyniecką. Zarośla na Zakrzówku traciły zieleń na rzecz ciepłej żółci. Drzewa zrzucały pierwsze liście. W jesiennym przybraniu wyglądały zachwycająco, jak o żadnej innej porze roku. Wyjechałam z zakątka natury wprost na blokowiska Starego Ruczaju. Minęłam kampus UJ i biurowce Motoroli. Jeszcze chwila i byłam na moim osiedlu.

Rozważałam przez moment, czy nie zatrzymać się pod Carrefou­rem i nie wpaść po bułeczki, ale uznałam, że bardziej pragnę jednak gorącego prysznica.

Kiedy przekręcałam klucz w zamku, na korytarz wychynął mój nowy sąsiad.

– Usłyszałem, że pani wróciła – oznajmił, co ponownie nasunęło mi podejrzenie, że jest nieobliczalnym psychopatą, czyhającym na niewinne sąsiadki.

– To dla pani. Astry z mojej działki. – Wręczył mi wielki pęk fioletowych kwiatów. – Wstawi pani sobie do wazonu i będą cieszyć oczy.

– Nie trzeba było… − burknęłam.

– Rozkwitło ich tyle, że nic, tylko rozdawać.

Wzięłam astry z ponurą refleksją, że jedyny bukiet kwiatów, jaki dostałam od mężczyzny w ostatnim czasie, pochodził od wiekowego staruszka o odpychającym obliczu.

– Wygląda pani na zmęczoną! – powiedział; chyba nawet z autentyczną troską. – Proszę chwilę poczekać, przyniosę słoik miodu. Miód wspaniale regeneruje siły.

– Też z pana działki?

– Zgadza się, mam malutką pasiekę.

– Ma pan mnóstwo rzeczy na tej działce, jak widzę.

– To już moja jedyna radość… − zauważył smutno; zrobiło mi się go niemal żal.

Po chwili byłam już posiadaczką nie tylko kwiatów, lecz również miodu, ciasteczek i kolejnej porcji winogron. Zakładałam, że Przemek i tym razem pochłonie te specjały.

Dalszą część soboty spędziłam na leniwym polegiwaniu w pościeli, próbując na zmianę czytać książkę i oglądać film. Niestety, myśli wciąż płynęły mi w stronę poniedziałkowego spotkania, mającego rozstrzygnąć, jakie będą moje dalsze losy.

Niedziela, 22 września

Miałam ochotę spędzić ten słoneczny dzień w szlafroku, snując się po domu i denerwując przed zbliżającą się rozmową o pracę, jednak Eliza mi na to nie pozwoliła. Zadzwoniła koło południa.

– Jedziemy na hamburgera?

– No dobra…

– To zbieraj się, nie musisz się laszczyć.

– Nie zamierzam, nie miałabym na to siły.

Wciągnęłam pierwszą lepszą koszulkę i nie najczystsze już dżinsy, nieułożone włosy związałam w koński ogon i byłam gotowa. W warunkach niedzielnego rozmemłania nie chciało mi się dbać o wygląd.

McDonald na Rondzie Matecznym, nasza ulubiona miejscówka. Byłyśmy prostymi dziewczynami o prostych upodobaniach. No i lubiłyśmy jeść.

Nie poznałam Elizy. A jak już poznałam, szczęka opadła mi poniżej biustu. Jak zapowiadała, pozbyła się sztucznych włosów. Nie sądziłam, że naprawdę to zrobi. Tak długo je nosiła, że nie pamiętałam już, jak wyglądała wcześniej. Teraz zamiast loków do pasa miała krótkiego pazia. Ale to nie wszystko. Z platynowej blondynki stała się brunetką o czekoladowym odcieniu. Ciuchy włożyła też inne niż zazwyczaj. Czarne spodnie na szelkach i czerwoną koszulę zamiast ulubionych różowości.

– I jak? – Wyszczerzyła zęby. – Teraz będę intelektualistką.

Nie od razu wyraziłam swoją opinię, zbyt mnie zaskoczyła, bym mogła coś wykrztusić. Wyglądała świetnie! Mimowolnie pomyślałam o swoich brudnych spodniach i niedbale spiętych włosach i poczułam się jak siostra Kopciuszka. Natychmiast postanowiłam, że muszę bardziej o siebie dbać. A co by było, gdyby to właśnie teraz napatoczył się tak przez nas oczekiwany książę z bajki? Jestem pewna, że Lizka ze swoim nowym image’em raz-dwa sprzątnęłaby mi go sprzed nosa.

– Twoja mina mówi sama za siebie – ucieszyła się. – O to właśnie chodziło. O totalną zmianę!

– Już nie jesteś słodką niunią – zapewniłam ją.

– Właśnie, teraz jestem mądra, przebiegła i wyrafinowana.

– Twarda suka….

– …to ja!

– A czy przypadkiem faceci nie boją się twardych suk bardziej niż wyfiołkowanych lal? – zastanowiłam się.

– Będziemy to sprawdzać! – oznajmiła radośnie.

– My? Ja nadal jestem tym samym zeschizowanym rudzielcem.

– Pięknym zeschizowanym rudzielcem. Ty nie musisz nic robić, wyglądasz jak modelka o buzi porcelanowej laleczki.

– Jesteś kochana, więc musisz tak mówić.

– Jestem kochana, a mówię, co widzę. Zobaczysz, świat należy do nas!

– Lizka, ja się zaczynam ciebie bać. Lepiej coś zjedzmy, bo tracę grunt pod nogami.

Siadłyśmy na zewnątrz, korzystając z pięknej pogody, i zaczęłyśmy się opychać wysoce niezdrowym żarciem.

– Kurde, brakuje mi… − zwierzyłam się po zakończonym posiłku, gestem dopowiadając, co mam na myśli.

– Pięknie dajesz sobie radę. Ile to już dni?

– Nie wiem, dużo. Za dużo.

– To przez ten stres, nie przejmuj się. Może zjemy jeszcze lody?

Zjadłyśmy. Potem przez dwie godziny narzekałyśmy na życie, facetów, brak facetów, znanych nam facetów i ceny niektórych kosmetyków. Dzięki Elizie, która specjalnie omijała ten temat, prawie zapomniałam o czekającym mnie poniedziałkowym spotkaniu.

Przypomniałam sobie natychmiast po pożegnaniu z przyjaciółką i ponownie poddałam się ogarniającej mnie nerwicy. Stres jednak nie zdążył pochłonąć mnie całkowicie, ponieważ na parkingu przed blokiem spotkałam brata. Czekał oparty o lśniące niebieskie subaru ze złotymi felgami i szpanerskim spojlerem.

– I co myślisz? – spytał zamiast przywitania.

– Czemu te auta zawsze są w tym kolorze? – odpowiedziałam pytaniem.

– Nigdy nie widziałaś w innym?

– Nie przypominam sobie.

– Ja raz widziałem czarne.

– Raz się nie liczy. Czyje to?

– No, siostra, moje!

– Twoje?! Przemek…

– Zrobiłem jeden deal z Docentem – potwierdził moje niewypowiedziane obawy.

– Z tym Docentem? – spytałam głupio, bo nie było przecież innego. – Przemek, ja nie chcę cię odwiedzać w więzieniu!

– Spokojnie, Kasandra. Wszystko jest czyste.

– Skoro wszystko jest czyste, to dlaczego ściga go Cebeeś?

– Facet zrobił kiedyś parę błędów, nie ma o co się czepiać. Ale psy się zawsze przyczepią. Tak jak ty.

– Nie bądź głupi, przecież ja się o ciebie martwię!

– Oj, siostra… – Przemek wziął mnie w objęcia i mocno przytulił. – Mówię ci: skończ z tym zamartwianiem, wszystko jest wspaniale!

– Średnio wspaniale – wymruczałam w jego dresową bluzę.

– Chodź, zobaczymy koniki.

– Co?!

– Koniki, ihaaaa! Wiedziałaś, że masz tu obok stadninę?

– Odkąd to jesteś miłośnikiem koni?

– Nie chcesz zobaczyć koników? I obalić browarka? – nie dawał za wygraną.

– Czy to przypadkiem nie jest jakiś wasz chytry plan?

– Nasz?

– Twój i Elizy. Żeby mnie dzisiaj czymś zająć.

– A koniki? – Znowu zarżał kilkakrotnie. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Cokolwiek o nim mówić, był kochanym bratem.

– No dobra, niech będą koniki. Ale jak nie mają tam zimnych browarów, to ci nie wybaczę.

Okazało się, że browary mają. I ogródek z parasolami, i, co oczywiste, biegające po padoku konie. Te ostatnie najmniej mnie interesowały.

Muszę przyznać, że miło czasem pogadać z Przemkiem. Jeśli tylko nie był akurat upalony i nie miał przy sobie swoich dziwnych przyjaciół. W tych rzadkich chwilach był naprawdę fajnym facetem.

Raczej nikt z przypadkowych obserwatorów nie posądziłby nas o pokrewieństwo. Różniły nas nie tylko charaktery, lecz również zupełnie odmienne cechy wyglądu. Mój brat wdał się w matkę. Był niski i krępy, miał okrągłą głowę i intensywnie niebieskie oczy. U mnie wszystko na odwrót: smukłe ręce, nogi i twarz, do tego wysoki wzrost i brązowe oczy. Cieszyłam się, że cechy zewnętrzne odziedziczyłam po ojcu. Przynajmniej tyle mu zawdzięczałam.

Przesiedzieliśmy w stadninie, przyglądając się trenującym jeźdźcom i gadając o różnych nieistotnych rzeczach, całe popołudnie.

– Jadę jeszcze do Ostrza – oznajmił Przemek, gdy wróciliśmy pod blok. – Może chcesz się przejechać ze mną?

– A kto to? Nowy kumpel o idiotycznej ksywce?

– A zdziwiłabyś się, siostra. Ostrze to zupełnie inna bajka. Myślę, że to niezły facet dla ciebie. Koszulka, fryzurka. Wymuskany, wyperfumowany. W sumie sztywniak. Tak jak lubisz.

– Skoro taki sztywniak, to czemu się z nim zadajesz?

– Kolo jest niesamowity. Ma takie gadane, że głowa mała. Strasznie mądry typ – wyjaśnił. – To co, podskoczymy?

– Dzięki, ale raczej odpuszczę sobie poznawanie twoich kolegów. Nawet tych wyperfumowanych.

– Wolisz siedzieć sama i się zamartwiać?

– Właśnie.

– Jak chcesz, ale w takim razie posłuchaj mojej rady: walnij jeszcze jednego browarka i idź spać.

– Trochę za wcześnie.

– No to jedź jednak ze mną.

– To idę spać. Przemek?

Odwrócił się od samochodu.

– Dzięki za dzisiaj. Fajny z ciebie brat.

– No ba! Trzymaj się, księżniczko.

Pogoda sprawiła, że nieliczni na razie mieszkańcy Brukseli wyszli na dziedziniec. Przy placyku zabaw siedziała znana mi już z widzenia starsza pani, opiekująca się kopiącym w piaskownicy wnukiem. Skinęłam jej głową na powitanie, a ona w odpowiedzi przesłała mi ciepły uśmiech. Obok jakiś nastolatek spacerował z niewielkim psem.

Wyjął z uszu słuchawki, gdy się mijaliśmy.

– Dzień dobry. To pani, prawda?

– To ja – odparłam, bo była to dla mnie rzecz raczej oczywista. Okazało się, że miał jednak na myśli coś więcej.

– Tak myślałem. Widziałem pani zdjęcie w „Świecie Gier”. Wygląda pani zupełnie jak Blaze.

To stwierdzenie lekko mnie wmurowało. Blaze, bohaterka „Mrocznych katakumb”, była wyuzdaną cycatą lalą o talii osy, paradującą w ekstremalnie skąpym stroju. W zasadzie pasowała bardziej do filmu porno niż do gry komputerowej. Niekoniecznie chciałam ją taką stworzyć, lecz takie były wymogi rynku. Jedyne, co mnie z nią łączyło, to długie, niezwykle gęste włosy o płomiennorudym kolorze.

– To moja ulubiona gra – dodał chłopak, odbierając widocznie moje milczenie jako zachętę do dalszej rozmowy.

– To miło – zbyłam go i poszłam dalej. Miałam wrażenie, że stoi nadal w tym samym miejscu i gapi się, jak odchodzę, ale nie zamierzałam oglądać się, by to sprawdzić.

Poniedziałek, 23 września

Ten dzień przypominał poprzedni. Tylko światło było jeszcze bardziej rozproszone, jakby delikatnie mleczne. Było też nieco chłodniej. Ale tak naprawdę tego dnia pogoda nie miała dla mnie najmniejszego znaczenia. Ubrana w czarną spódnicę, ciut krótszą, niż dyktował biznesowy kodeks, czarny dopasowany żakiet i fioletową koszulę, opuściłam mieszkanie. Uzbrojona byłam w swoje portfolio − w wersjach elektronicznej i papierowej – bardzo wysokie szpilki i czerwone paznokcie.

Czekała mnie przeprawa przez zakorkowane ulice Krakowa, lecz wyszłam na tyle wcześnie, że nie musiałam obawiać się spóźnienia. Mimo to denerwowałam się. Niestety, tak już miałam. Eliza i Przemek przysłali mi pokrzepiające esemesy, ale nie dodały mi one pewności siebie.

W okolice Ronda Grzegórzeckiego, gdzie mieściła się siedziba firmy, dotarłam, jak zakładałam, przed czasem. I znowu to poczucie braku. Wolałam tak to określać. Sformułowanie „brakuje mi” było łatwiejsze do zniesienia niż „chce mi się”. Przecież świat nauczał, że każdą zachciankę należy zaspokajać natychmiast, inaczej nie jest się trendy.

Trzeba było iść. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Lizka pisała, że na pewno ich zawojuję; Przemek, że dam radę. Pomyślałam, że będzie, co ma być, i przekroczyłam próg biurowca.

W recepcji siedziała młoda, średniourodziwa sekretarka, która nabzdyczyła się na mój widok. Nic nowego – niektóre kobiety tak właśnie na mnie reagowały.

Niestety, musiałam się przedstawić. W kontaktach służbowych nie dawało się uniknąć podawania imienia.

– Pan Marek Zlewik czeka – oznajmiła wyniośle średniourodziwa i wskazała mi drzwi gabinetu szefa.

Zapukałam, weszłam i kolana się pode mną ugięły. Musiało mi się to przydarzyć? Sytuacja była i tak wystarczająco trudna, a tu jeszcze okazuje się, że pan Marek o niepoważnym nazwisku wygląda jak żywcem wyjęty z moich erotycznych fantazji. I jak teraz miałam zachować chłodny racjonalizm i zaprezentować się jako profesjonalistka?

Chyba miałam chwilę przestoju psychoruchowego, bo Zlewik patrzył na mnie wyczekująco. Coś mówił? Nie słyszałam. Kurde, Sisi, ogarnij się, do cholery!

– Urocza i utalentowana Konstancja Igłowska. – Uśmiechnął się, widząc moją konsternację.

– Niestety, rodzice mnie skrzywdzili.

– Imieniem?

Przytaknęłam.

– Uważam, że jest piękne. Oznacza stałość. Powinnaś czerpać z niego siłę.

Czy to początek służbowej rozmowy?

– Przepraszam, nie powinienem… – zreflektował się. – Ale u nas w firmie wszyscy jesteśmy na ty, już się przyzwyczaiłem. Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza?

– Ależ oczywiście, że nie – zapewniłam. – A co, w takim razie, oznacza twoje imię? – spytałam, również ignorując normy.

– A wiesz, że nie mam pojęcia. – Uśmiechnął się znowu.

Co on taki radosny? I czemu tak cholernie przystojny? Pewnie ma dziewczynę. Całe tabuny dziewczyn. I przebiera w nich jak w ulęgałkach. Tak jak się obawiałam, zaczynałam tracić grunt pod nogami i zapominać, po co właściwie przyszłam.

By przywołać samą siebie do porządku i sprowadzić rozmowę na właściwe tory, wyciągnęłam portfolio i zaproponowałam Zlewikowi jego przejrzenie.

– Nie muszę – oznajmił. – Znam twoje osiągnięcia. Jesteś jednym z najzdolniejszych znanych mi grafików. A przy tym zdecydowanie najpiękniejszym.

– Czy to jest argument za przyjęciem mnie? – spytałam zaczepnie.

– Oczywiście. Zawsze to milej pracować z kimś, na kogo patrzenie sprawia przyjemność.

Chyba się zarumieniłam. Czy on mnie podrywa?

– Mówiąc krótko, jestem zdecydowany na współpracę, tylko że to nie takie proste.

Czemu nigdy nic nie jest takie proste…?

– Muszę skonsultować tę decyzję z moim wspólnikiem – kontynuował Zlewik. – On zwykle nie ingeruje w kwestie związane z grami, lecz tym razem jest inaczej.

– Akurat tym razem…

– Ta gra to taka jego misja. Straszny z niego dziwak.

– Misja?

– Ma ambicje stworzyć grę na poziomie – wyjaśnił mój seksowny rozmówca. – Żadnego bezmyślnego mordowania. Raczej gra edukacyjna, opakowana w zabójczo ciekawe efekty i wymyślną grafikę, żeby przyciągnąć dzieciaki. Misja.

– Czy to nie pomysł na sprzedażową klapę?

– Powiedziałbym to samo, gdybym nie znał więcej szczegółów. Ale gra będzie zrobiona tak, by ambitny przekaz był przemycony pod atrakcyjnym płaszczykiem chodliwej tandety.

– Ciekawe…

– Ja jestem w stu procentach zdecydowany na ciebie, ale on nie jest do końca przekonany. Ocenia cię przez pryzmat „Mrocznych katakumb”.

A co to, zabawa w złego i dobrego policjanta?

– „Mroczne katakumby” są hitem – przypomniałam.

– Jasne. Tyle że mój wspólnik to naprawdę dziwak z misją. Nie podobają mu się takie rzeczy. Zabijanie. Wyuzdanie. Dlatego chce stworzyć grę inną od wszystkich.

– Wiem, ambitną.

– Właśnie. Ale pomijając tę kwestię, gra ma być podobna do pozostałych. Akcja toczyć się będzie w średniowieczu.

Jęknęłam w duchu.

– Wiem, co myślisz: to mało rozrywkowa epoka, w której palili się na stosach i padali z brudu jak muchy – kontynuował Zlewik, widząc chyba moją niezbyt zadowoloną minę. – Szczerze, mnie też nie do końca to leży, ale już tak ustaliliśmy.

– Uroczo… − mruknęłam.

Dlaczego musiało to być akurat średniowiecze? Do tej pory udawało mi się jakoś go unikać, choć miłośnicy i twórcy gier wyjątkowo się w nim lubowali. Czemu nie kosmici, Śródziemie lub podziemne grobowce? Czemu, kurwa mać, średniowiecze?! Praca nad taką grą wymagała wiedzy, której nie miałam. Wymagała znajomości najróżniejszych bzdurnych detali, broni, ubiorów… Wymagała wierności prawdzie historycznej zamiast puszczania wodzów fantazji.

– Nie ma jednak tego złego… Może dzięki temu uda nam się wrzucić więcej krwi i trupów – rzucił wesoło. – Co sądzisz?

– Jasne, mogą być trupy – zgodziłam się bez przekonania.

Zlewik zamilkł, wpatrując się we mnie z namysłem. A może wcale nie z namysłem? Było coś niepokojącego w jego spojrzeniu. Ja również wpatrywałam się w niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Był cholernie w moim typie. Właściwie był kwintesencją mojego typu, jeśli można tak to określić. Ciekawe, czy…

– Zrobimy tak – przerwał moje rozmyślania, które szły w zdecydowanie mało profesjonalnym kierunku. – Poproszę cię o wykonanie próbnego projektu. Wzorca twoich możliwości.

– Nie znam żadnych szczegółów – zaprotestowałam. – Jak mam pracować bez design doca? Bez konsultacji z zespołem?

– Niepotrzebny ci design doc, to nie musi być związane konkretnie z naszą grą. Zaraz dam ci poglądowe materiały, ale chcę, żeby to była raczej twoja wizja. Wiesz, średniowiecze, rycerze, te sprawy. I twój pomysł na to. Mogą być obrazy, animacje, prezentacja, co ci pasuje. Chodzi o to, żebyś pokazała, że potrafisz wyjść poza Blaze i inne rozwiązłe panienki.

– Jakie?!

– Oj, Konstancjo, wiesz, co mam na myśli.

– Mam prośbę. Mógłbyś nazywać mnie Sisi?

Po wyjściu ze spotkania wiedziałam już, że jakąś część mojego Nowego Życia właśnie trafił szlag. Średniowiecze i atrakcyjny Zlewik to było za dużo naraz. Rozejrzałam się w poszukiwaniu kiosku. Był nieopodal, więc udałam się w tamtym kierunku. Po chwili siedziałam znów w samochodzie z opuszczoną szybą. Już nie towarzyszyło mi dotkliwe poczucie braku. Paliłam mentolowego slima.

Następną rzeczą, jaką musiałam zrobić, był telefon do Lizki.

– Jesteś po? – spytała natychmiast. – I jak?!

– Musimy się spotkać! Gdzie jesteś?

– W Rossmanie na Starowiślnej. Właśnie wybieram lakier do paznokci, który będzie pasował do mojego nowego, drapieżnego stylu.

– Olej lakier i przyjedź do Galerii Kazimierz, ja zaraz tam będę.

– Sisi, czy ja słyszę, jak się zaciągasz?

– Słyszysz.

– No nie! Już jadę! Gdzie się spotkamy?