Jeden moment - Muraszka Aleksandra - ebook + audiobook + książka

Jeden moment audiobook

Muraszka Aleksandra

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czasami wystarczy jeden moment, by wszystko zniszczyć.

Talia pogodziła się z myślą, że Johansonowie zawsze będą w jej życiu. Gdy jej siostra Ronnie zaręczyła się z Torinem Johansonem, bratem jej byłego chłopaka, Talia założyła, że to ona zajmie się planowaniem ceremonii. W końcu jest najlepszą konsultantką ślubną w mieście. Jednak siostra zaserwowała jej koszmarną nowinę: Talia ma pracować z Haelem, swoim eks, który również zajmuje się organizacją wesel.

Hael nie spodziewał się, że przyjęcie tego zlecenia okaże się największym wyzwaniem w jego karierze. Rozstanie z Talią było zbyt gwałtowne, nieoczekiwane i bolesne. Jednak nie bez powodu w branży ślubnej nazywają go Rekinem – jest profesjonalny i bezkonkurencyjny. Tylko czy uda mu się zapomnieć o przeszłości? A jeśli ponowne spotkanie przyniesie jemu i Talii tylko więcej cierpienia?

Rozdrapywanie starych ran może nie być dobrym pomysłem…

Przeczytaj pierwszą powieść z nowej serii autorki bestsellerowej trylogii „Swallow”. Więcej historii o mieszkańcach Ann Arbor już wkrótce!

___________________________________________________________________________

Aleksandra Muraszka – autorka powieści romantycznych i młodzieżowych, które poruszają najczulsze struny dusz czytelników. Znana jest z emocjonalnego stylu i historii zapadających w pamięć. W swojej twórczości skupia się na miłości, relacjach międzyludzkich, nadziei oraz zmaganiach z trudnymi doświadczeniami, dzięki czemu ze stworzonymi przez nią bohaterami łatwo się utożsamić. Jej książki wyróżniają się autentycznością. Uwielbia karmelowe latte i muzykę latino.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 3 min

Lektor: Aleksandra Muraszka

Data ważności licencji: 5/6/2031

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
11Nikaaa22

Dobrze spędzony czas

W ogólnym rozrachunku książka się broni chociaż miejscami było trochę nudno
00
zaczytanawsrodroslin

Nie oderwiesz się od lektury

Aleksandra Muraszka „Jeden moment”🌸🕊️ [RECENZJA]✍🏻 [współpraca reklamowa] 💬Najlepsze enemies to lovers przeczytane w tym roku to?🩷 CO TO BYŁA ZA HISTORIA!!!🤯 Chyba lepiej nie mogłam zacząć tego miesiąca, bo uff! Hit totalny hit🤩 Wspaniale skończyłam kwiecień a jeszcze lepiej zaczęłam maj - przysięgam!💛 @aleksandra.muraszka pozamiatałaś!🔥 Ta historia miała w sobie wszystko! DOSŁOWNIE WSZYSTKO! Zajebisty enemies to lovers, motyw drugiej szansy, wybaczenie, trudna przeszłość, a cała otoczka organizacji wesel - sztos💛 Talia i Hael rozstali się w burzliwych relacjach i od pięciu lat udało im się wzajemnie unikać, choć to trudne wyzwanie, bo mieszkają w tym samym mieście oraz pracują w tej samej branży - wedding planerów. Ich drogi krzyżują się kiedy ich rodzeństwo prosi o pomoc przy organizacji ślubu i wesela🕊️ Jak się można domyślić ani Talii ani Haelowi nie podoba się ta wizja, ale dla dobra własnego rodzeństwa, są w stanie zakopać topór wojenny i współpracować. Oczywi...
01



Copyright © by Aleksandra Muraszka

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Julita Gębska

Redakcja tekstu: Anna Suchańska

Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz

Adiustacja, korekta: Atelier 2

Promocja i marketing: Gaja Grochocka

Projekt okładki: Agnieszka Gontarz

Ilustracje na okładce i ozdobniki rozdziałów: Aleksandra Monasterska, @_moonstarskyart_

ISBN 978-83-8399-562-5

www.uniesienia.pl

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków

Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Dla tych, którzy uważają, że w ich życiu nic się nie zmieni. Czasami wystarczy tylko jeden moment.I dla wszystkich, którym odebrano głos. Daję go Wam. Działajcie.

OD AUTORKI

Drodzy Czytelnicy,

nim rozpoczniecie lekturę trzymanej w rękach powieści, powinniście wiedzieć, że książka porusza niekiedy trudne tematy oraz że przedstawione są w niej opisy przemocy zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Jeśli jesteście gotowi, życzę Wam przyjemnego czytania i do zobaczenia na ostatniej stronie. 

Playlista

ROZDZIAŁ 1

Talia

TERAZ

Nie wierzę. To przecież nie może dziać się naprawdę. Co takiego złego zrobiłam, że życie mnie tak karze? Chodzi o tego robaka, którego zdeptałam w drodze do pracy?

To. Był. Wypadek.

Nie zrobiłam tego z premedytacją. Kocham zwierzęta – z wyjątkiem kotów, tych wrednych sierściuchów nie znoszę – ale tego robaczka nawet nie zauważyłam, dopóki nie zachrzęścił pod moim butem. A może to karma za wczorajszego faka wystawionego w stronę kierowcy, który wymusił pierwszeństwo i cudem nie zatrzymał się na moim zderzaku? Chociaż ej! Powiedzmy sobie szczerze, że miałam prawo wyjść z siebie. Każdy zachowałby się tak samo, prawda? Ten, kto zawsze jest opanowany i wyrozumiały na drodze, niech pierwszy rzuci kamieniem.

– Przestań błądzić myślami, bo wyglądasz bardzo niekorzystnie z tą miną. – Głos Ronnie wyrwał mnie z zamyślenia. – No i jeśli tak często będziesz marszczyć nos i brwi, dorobisz się zmarszczek jeszcze przed trzydziestką – dodała, a ja uśmiechnęłam się przebiegle.

– Wtedy pożyczysz mi ten magiczny krem, którego używasz, z tego, co widzę, działa cuda – odgryzłam się, na co siostra pokazała mi język.

– Po kim ty jesteś taka wredna?

– Po tobie – odparłam z satysfakcją, jednak szybko przypomniałam sobie, po co się spotkałyśmy. – Nie mydl mi oczu zmarszczkami, tylko lepiej tłumacz się z tej pomyłki, bo domyś­lam się, że tym właśnie jest: pomyłką – zaakcentowałam ostatnie słowo, lecz wyraz twarzy mojej starszej siostry nie wskazywał na to, bym miała rację.

– No wieeeeesz…

– Nie, nie wieeeeeem – przeciągnęłam w taki sam sposób.

Veronica westchnęła i teatralnie przewróciła oczami. Po chwili obróciła głowę w bok, przez co ostatnio rozjaśniane końcówki jej włosów zamoczyły się w piance z latte. Z profilu wyglądała jak nasza mama – ładny, zadarty nos, szczupła twarz z widocznymi kośćmi policzkowymi obsypanymi kilkoma piegami, a także długie, czarne rzęsy oraz błękitne oczy. Zazdrościłam jej tego, że miała coś po niej. Czułam, jakby przez to była bliżej mamy, a ja… cóż, odziedziczyłam wszystkie cechy zewnętrzne po naszym ojcu – i żeby nie było, nie narzekam – choć też chciałabym wyglądać jak mama.

Wreszcie po długiej, głębokiej ciszy siostra postanowiła uraczyć mnie wyjaśnieniem.

– Słuchaj, Tali, to nieporozumienie, a raczej niedogadanie się. – Zwróciła twarz w moją stronę, a w jej jasnych oczach zalśniło poczucie winy.

Prychnęłam zirytowana i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.

– No ewidentnie komunikacja w waszym związku leży i kwiczy – stwierdziłam, za co Ronnie obrzuciła mnie jednoznacznym spojrzeniem. W okresie nastoletnim nazywałam je spojrzeniem zołzy. Używała go zawsze, kiedy uważała, że pieprzę głupoty, a ona nie chciała tego komentować.

– Hael jest bratem Torina.

Hael Johanson, którego szczerze nienawidzę. Wyjaśnijmy to sobie już na wstępie.

– A ja jestem twoją siostrą – wtrąciłam. – Przebolałam fakt, że spośród ponad ośmiu miliardów ludzi ty musiałaś wybrać akurat brata mojego byłego i się zakochać. Ale, cholera, Ronnie, stawiasz mnie w popapranej sytuacji, w której nie chcę się znaleźć.

Veronica i Torin poznali się dzięki mnie i Haelowi w czasach studiów, kiedy jeszcze byliśmy parą. Między tą dwójką nie od razu zaiskrzyło, właściwie to zaczęli się spotykać już po moim rozstaniu z Haelem. Przez trzy miesiące siostra ukrywała ten fakt przede mną, bo bała się mojej reakcji. Nie byłam na nią zła, gdy wreszcie mi powiedziała, co się dzieje. W końcu zabujała się w bracie mojego byłego, nie w nim samym. Torin był inny niż jego młodszy o trzy lata brat. Nie tylko z wyglądu, ale w szczególności z charakteru. Podczas gdy Hael ociekał niebezpieczną aurą, budził w ludziach postrach i jeździł motocyklem – czym doprowadzał swoją matkę do przedwczesnego siwienia – Torin siedział z nosem w książkach, emanował stoickim spokojem i nigdy nie przeklinał. Naprawdę, odkąd go poznałam, nie usłyszałam ani jednej „kurwy” padającej z jego ust.

Pogodziłam się z myślą, że Johansonowie pozostaną częścią mojego życia, w dniu, w którym Ronnie zaświeciła mi przed nosem wielgachnym pierścionkiem z pięciokaratowym diamentem. Wtedy również założyłam, że to właśnie ja zajmę się przygotowaniem ich wesela. W końcu byłam najlepszą wedding plannerką w tym mieście. Tymczasem dwa tygodnie później siostra zaprasza mnie do naszej ulubionej kawiarni i serwuje nowinę rodem z najgorszego koszmaru.

Mam pracować z moim byłym, który notabene również jest wedding plannerem – niektórzy uważają, że nie ma sobie równych, ale to oczywiście zwykła plotka, zapewne wymyślona przez niego samego, by podbudować własne ego – a moja siostra nie widzi w tym żadnego problemu.

Boże, to naprawdę kiepski żart. Nie rób mi tego. Będę grzeczna, obiecuję. Zacznę częściej się modlić i zawitam do kościoła… kiedyś. Tylko błagam, nie wystawiaj mnie na takie próby.

Veronica wypuściła z siebie melodramatyczne westchnienie, na które nie miałam zamiaru się nabrać. Nie tym razem.

– Wiem, że nie jesteś zadowolona, i chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę starałam się to odkręcić, ale zrozum też mnie. – Położyła dłoń w okolicy serca, na wyeksponowanej piersi, i nawet nie mrugnęła, gdy wypowiadała kolejne słowa: – Musiałam pójść na kompromis.

– Współpracę z wrogiem nazywasz kompromisem?

– Ach, i po co ten dramatyzm?

Czy ona mówi poważnie?

Zatkało mnie na kilka sekund, co Veronica zgrabnie wykorzystała. Pochyliła się nad stolikiem, mrugając szybciej, niż to było konieczne.

– Torin poprosił Haela o przygotowanie naszego ślubu w tym samym czasie, w którym ja poprosiłam ciebie. Oboje uznaliśmy, że to najlepsze wyjście z tej sytuacji, bo nie chcieliśmy odmówić żadnemu z was.

Przewróciłam oczami, irytując się coraz bardziej.

– Najlepsze wyjście?! Prosić nas o współpracę?

– Minęło wiele lat, nie mogłabyś choć na ten jeden rok zapomnieć o przeszłości i sprawić, by twoja jedyna siostra była szczęśliwa?

Spojrzałam na nią spod byka. Nienawidziłam, gdy wykorzystywała własne szczęście jako argument w sprawie, którą przegrywała. Za każdym razem najeżdżała moją empatię z całą swoją amunicją, bo doskonale wiedziała, że wtedy nie będę w stanie niczego jej odmówić. Tak, moja siostra była cholerną manipulatorką, ale i tak ją kochałam, bo poza tym dbała o mnie, odkąd pamiętam, i była blisko zawsze, gdy tego potrzebowałam. Obie wskoczyłybyśmy za sobą w ogień i właśnie to stale sobie przypominałam podczas wciąż trwającej debaty.

Odgarnęłam ciemny kosmyk włosów, bo zasraniec już czwarty raz tego dnia wysunął się z upięcia, którego wykonanie tak swoją drogą zajęło mi znaczną część poranka – tak, głównie dlatego spóźniłam się do pracy – i również się pochyliłam. Nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie.

– Po tych słowach powinnam stąd wyjść i zablokować twój numer – odparłam i nim Ronnie zdążyła choćby rozchylić wargi, z uniesionym palcem dodałam: – Jednak… za bardzo cię kocham, no i jestem pieprzoną altruistką, dlatego rozważę tę opcję. – Zrobiłam najbardziej męczeńską minę, na jaką było mnie stać, i opadłam na oparcie krzesła.

– Tak! Dziękuję, dziękuję, dziękuję. – Podniosła się, podeszła i objęła moje policzki, po czym cmoknęła mnie szybko w usta i wróciła na swoje miejsce.

– Nie powiedziałam, że się zgodzę. Powiedziałam tylko, że to przemyślę – podkreśliłam.

– Czyli się zgadzasz – podsumowała usatysfakcjonowana i upiła łyk dyniowej latte, której ja nienawidziłam z całego serca. Tak samo, a może i mocniej, nienawidziłam Haela Johansona, dlatego współpraca z nim przy planowaniu ślubu mojej siostry to scenariusz, jakiego się nie spodziewałam.

W tej samej sekundzie, w której ta myśl we mnie uderzyła, otworzyłam szerzej oczy i przeniosłam spojrzenie na siostrę.

– Czy on już wie? – spytałam nieco zbyt przejętym tonem.

Veronica uniosła pytająco brew i odstawiła kawę na stolik.

– Hael?

– Czy… – Przymknęłam na moment powieki i wzięłam uspokajający wdech, nim ponownie popatrzyłam na siostrę. – Mogłabyś nie wypowiadać jego imienia w mojej obecności, proszę? – Użyłam słodkiego tonu i pomachałam szybko rzęsami, choć nie były one tak długie i gęste jak te Ronnie.

Siostra parsknęła, usiłując to zatuszować zakryciem ust dłonią.

– Wybacz, ale to trochę… – urwała, wpatrując się we mnie niepewnie.

Wypuściłam powietrze z płuc, by zaakcentować moje poirytowanie.

– No jakie? Dokończ.

– Gówniarskie.

Pokiwałam głową i usiadłam prosto, wręcz nienaturalnie. Nic nie mogłam poradzić na to, że całe moje ciało się spinało na samo wspomnienie tego faceta, bo mężczyzną nie mogłam go nazwać. Żeby nim być, trzeba wyhodować jaja, a tych mu brakowało. Co on w ogóle jeszcze robił w moich myślach?

Wypad, tam są drzwi.

– Tak, zgodził się. – Ronnie odpowiedziała na moje wcześniejsze pytanie, co, muszę przyznać, lekko mnie skonfundowało. – Torin rozmawiał z nim dziś rano i powiedział, że Ha… – Zamilkła, w porę się reflektując, choć jeśli mam być szczera, sądziłam, że wypowie jego imię dla zasady, żeby mnie tym bardziej wpienić. – Że Rekin zgodził się bez zająknięcia.

Rekin. Tak nazywali go w naszej branży, bo pożerał zlecenia sprzed nosa każdej wedding plannerce prócz mnie. Ja byłam od niego lepsza. Miałam na koncie więcej doświadczenia, więcej skończonych kursów, więcej praktyk i więcej zadowolonych klientów. A przynajmniej tak sobie wmawiałam. Nigdy nie odważyłam się porównać ocen, jakie wystawiano nam w internecie, i chyba nie chciałam tego robić. Dla mnie ten facet nie istniał od pięciu lat.

– No w to na pewno nie uwierzę – skomentowałam jej ostatnie stwierdzenie i dopiłam kawę, by zamknąć sobie w ten sposób usta. Miałam ochotę dodać jeszcze kilka słów, za które Ronnie z pewnością by mnie zbeształa.

– Widzisz, niektórzy potrafią ruszyć naprzód – powiedziała, trafiając w czułą strunę.

Może gdyby moja siostra wiedziała, co tak naprawdę wydarzyło się między mną a Panem, Którego Imienia Nie Zamierzam Już Nigdy Więcej Wypowiadać (nawet w myślach, a może w szczególności?), nie powiedziałaby tego.

Musiałam zagryźć zęby, by nie dać po sobie poznać, że jej uwaga uraziła mnie do żywego.

– On niewątpliwie ruszył naprzód i to bardzo szybko – odparłam tak cicho, że nie byłam pewna, czy Ronnie w ogóle mnie usłyszała. Doskonale pamiętałam widok jakiejś tlenionej blondyny u jego boku, stali przed jego biurem ledwie dwa miesiące po naszym rozstaniu. Odepchnęłam te obrazy i skupiłam się na siostrze. – Dobrze, zatem podsumujmy nasze dzisiejsze spotkanie. – Przysunęłam się do stolika i splotłam dłonie na blacie, unosząc wzrok niczym prawdziwa bizneswoman. Moje spojrzenie spotkało się z ciepłym błękitem oczu siostry. Starałam się z całych sił utrzymać powagę na twarzy, choć stawało się to coraz trudniejsze, kiedy patrzyła na mnie w ten sposób. – Jestem mentalną gówniarą, szukającą problemów tam, gdzie ich nie ma, i niewdzięczną siostrą, bo przecież proponowanie mi współpracy z wrogiem ma być dla mnie zbawieniem, a nie koszmarem.

– Boże drogi, Tali, naprawdę jesteś królową dramatów. – Wzniosła oczy ku górze i ucisnęła nasadę nosa palcami, ewident­nie w próbie powstrzymania się przed potrząśnięciem mną na oczach innych klientów kawiarni.

– Bij pokłony – odparłam bez namysłu, a siostra pokręciła głową, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.

– Czyli się nie zgadzasz? Odmówisz mi?

Franca.

Doskonale wiedziała, że tego nie zrobię.

– Choć wątpię w to, by on poszedł na ten układ bez żadnego „ale”, nie mogę być gorsza i powiedzieć „nie”.

Usta Ronnie rozciągnęły się w pięknym uśmiechu.

– Jednak zanim będę zmuszona się z nim spotkać, chcę się do tego przygotować. – A najlepiej otumanić umysł jakimiś mocnymi proszkami, pomyślałam. – Daj mi chociaż kilka dni – zaznaczyłam, a siostra energicznie przytaknęła i sięgnęła ponad stołem do moich złączonych dłoni.

– Oczywiście, podam ci jego mejla. Umówicie się, kiedy będzie ci pasować, choć jeśli o mnie chodzi, możecie wszystko załatwić online.

Niestety nie możemy. Niektóre rzeczy będą wymagać od nas wspólnej wizyty w wielu miejscach, bo w żadnym wymiarze nie pozwoliłabym mu na samodzielny wybór czegokolwiek z listy rzeczy niezbędnych do przygotowania ślubu i wesela.

– Okej. – Tylko tyle zdołałam powiedzieć, bo w mojej głowie już szalała burza.

– Nie wiem, jak ci się za to odwdzięczę – szepnęła Ronnie. W jej oczach zalśniły łzy wzruszenia. – Gdyby mama cię teraz widziała, byłaby z ciebie dumna.

Serce na moment mi się zatrzymało.

– To ty bierzesz ślub marzeń z miłością swojego życia. – Zamknęłam jej dłonie w swoich. – To z ciebie byłaby dumna.

– Nie mówmy sobie takich rzeczy, bo będę płakać. – Starła z policzka łzę, która zdążyła się wymknąć z jej oka, i uśmiechnęła się ciepło. – Kocham cię.

– Ja ciebie też. – Posłałam w jej stronę całusa, na co zareagowała cichym śmiechem, a moje serce nareszcie zaczęło normalnie pracować.

Musiałam pamiętać, dla kogo to wszystko robię.

Dla Ronnie. Dla jej szczęścia.

Dla niej mogłabym nawet pójść do piekła, choć ono czyhało na mnie w postaci Haela Johansona.

Którego miałam nie wspominać nawet w myślach.

Cholera.

ROZDZIAŁ 2

Hael

TERAZ

– Chyba sobie jaja robisz. – Spojrzałem na brata, jakby wyrosła mu druga głowa.

Posadził dupsko na moim biurku, a ręką przykrył papiery przede mną, przez co nie mogłem skupić się na pracy, choć o skupieniu nie było mowy od momentu, w którym z jego ust padło: „Zorganizujesz mój ślub i wesele razem z Talią”. W pierwszej sekundzie uznałem, że zwyczajnie się przesłyszałem. W następnej, że Torin wywinął mi mało śmieszy żart. Jednak po trzeciej sekundzie jego mina nie uległa zmianie – nie uśmiechnął się, a zza drzewka owocowego ustawionego zaraz przy wejściu nie wyskoczył operator z kamerą i głośnym okrzykiem: „Dałeś się nabrać!”.

– Ja uznam, że tego nie powiedziałeś, a ty wstań, wyjdź i wejdź jeszcze raz – poleciłem mu, wymachując długopisem.

– Tyle że ja właśnie to powiedziałem. – Skrzywił się nieznacznie i zmienił pozycję tak, że teraz zgniatał wydruki próbnego planu organizacji najbliższego wesela, którym miałem się zająć.

Zmarszczyłem nos i zamknąłem oczy, by wziąć dwa głębokie wdechy. Stale przypominałem sobie, że nie wypada zabić własnego brata.

– Możesz zejść z mojego biurka? Za chwilę zniszczysz wszystko, nad czym pracuję od zeszłego wieczora. – Wypowiedziałem te słowa możliwie spokojnie i dopiero po chwili unios­łem powieki.

– Wybacz. – Posłał mi przepraszający uśmiech, odsuwając się. – To jak będzie? – Potarł dłońmi jedną o drugą, wpatrując się we mnie wyczekująco, z nadzieją. – Zgadzasz się? Mogę przekazać Ronnie pozytywne wieści?

– Nie – zaprzeczyłem od razu. – Nie ma na tym świecie siły, która zmusiłaby mnie do współpracy z tą kobietą.

Specjalnie nie wypowiedziałem jej imienia, bo od kilku lat dość skrupulatnie zmywałem je ze swojego języka. Starałem się również wykurzyć je z mojej głowy i serca, lecz to okazało się znacznie trudniejsze przez to, że doskonale pamiętałem czasy, w których czciłem jej imię, jakby było bóstwem. Jakby ona była bóstwem.

Zamrugałem kilkukrotnie, otrząsając się z letargu.

– Zresztą nie wydaje mi się, żeby siostra twojej narzeczonej się na to zgodziła – dopowiedziałem i musiałem odchrząknąć, ponieważ mój głos dziwnie ochrypł.

Torin z uśmiechem prawdziwego sadysty nachylił się nad biurkiem i spojrzał mi w oczy – dłonie oparł pomiędzy wydrukami, za co byłem mu w duchu wdzięczny.

– To cię zaskoczę, braciszku, bo rozmawiałem z Ronnie i wyobraź sobie, że Talia nie miała żadnych obiekcji.

Prychnąłem i rozsiadłem się wygodniej w fotelu, nie spuszczając Torina z oczu.

– Nie wierzę – odparłem.

Zważywszy na sposób, w jaki nasz związek dobiegł końca i w jakich stosunkach się rozstaliśmy, szczerze wątpiłem, by siostra Veroniki przystała na propozycję współpracy ze mną. Ona nie chciała mnie widzieć, tak samo jak ja jej. Mimo iż pracujemy w tej samej branży, dotąd nie spotkaliśmy się w trakcie żadnego zlecenia, teraz jednak miało się to zmienić. W końcu mój brat i jej siostra planowali ślub, więc siłą rzeczy i tak byliśmy ze sobą związani. Na szczęście każde z nas założyło własną działalność, co czyniło nas konkurentami, ale to tylko dodatkowy plus. Wiedziałem, że Talia (i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje postanowienie niewypowiadania jej imienia nawet w myślach) jest naprawdę dobra w swoim zawodzie. Już na studiach dużo się uczyła, zaliczała masę kursów, praktyk i nabierała znacznie więcej doświadczenia niż ja, a to dlatego, że nie od zawsze chciałem zostać wedding plannerem. Poszedłem na studia biznesowe z zupełnie innych powodów. Moje priorytety się jednak zmieniły, podobnie jak kierunek kariery.

I właśnie to doprowadziło mnie do takiej oto sytuacji. Mój brat, który jakiś czas temu oświadczył się Veronice, od razu zapytał, czy nie zająłbym się organizacją ich ślubu oraz wesela. Z miejsca się zgodziłem. Nie przypuszczałem jednak, że niedługo potem zawita do mojego biura z taką bombą. Nie zamierzałem współpracować z Talią. Nie dlatego, że byłem nieprofesjonalny, bo z tym nigdy nie miałem problemu, lecz z dość oczywistego powodu: ona mnie nienawidziła, zresztą ze wzajemnością.

– Musiałeś się przesłyszeć, stary. – Pokręciłem głową, by wrócić do rzeczywistości, i przeniosłem wzrok na brata, który zdążył się cofnąć i stanąć przed moim biurkiem.

Nadzieja wciąż nie uleciała z jego oczu, co z kolei wzbudziło we mnie oburzenie. Wiedziałem, że nie da mi spokoju, dopóki się nie zgodzę. Nie chciałem mu odmawiać, ale… kurwa, to było trudniejsze, niż przypuszczałem. Torin słynął ze spokoju i podchodzenia do każdej sprawy na chłodno. Zazdrościłem mu tego, bo sam bywałem dość porywczy i często najpierw działałem, a dopiero później myślałem, przez co popełniałem masę błędów. Byłem również bardzo niecierpliwy, jednak z tym walczyłem w pracy, która wymagała ode mnie sporo cierpliwości.

– Mam teraz do niej zadzwonić, żebyś uwierzył? – Torin już sięgał po telefon, ale powstrzymałem go ruchem ręki. Nie potrzebowałem zapewnienia jego narzeczonej, tylko jej siostry.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – odpowiedziałem pytaniem. – Poważnie. Myślisz, że podzielimy się pracą czy będziemy działać wspólnie?

– To już zależy od was. Ronnie przekazała jej twojego mejla, na pewno lada dzień się z tobą skontaktuje w tej sprawie. Zróbcie tak, żeby wam było dobrze.

– Dobrze to byłoby wtedy, gdybym mógł działać sam – burknąłem i potarłem czoło, po czym głęboko westchnąłem. Odkąd Torin pojawił się w moim gabinecie i oznajmił mi, że mam współpracować z byłą, zaczęła mnie łapać migrena.

– Och, już nie dramatyzuj. – Machnął ręką, jakby to było nic takiego. – Jesteś dorosły, nie zachowuj się jak dziecko. Minęło pięć lat, ona ruszyła dalej, ty też byś mógł.

Zmarszczyłem brwi na jego słowa.

– Przecież ruszyłem, o co ci chodzi?

Torin westchnął zniecierpliwiony i przestąpił z nogi na nogę. Przybrał poważny wyraz twarzy, a to upodobniło go do naszego ojca. W takich chwilach stawał się jego kopią, dosłownie. Sam odziedziczyłem po nim tylko dwie cechy: kolor włosów i piwne oczy, z tą różnicą, że ja urodziłem się z heterochromią centralną w jednym oku i wokół źrenicy rozchodziły się złote plamki, które rozjaśniały moje spojrzenie.

Talia je uwielbiała.

Chwila… skąd we mnie nagle taka myśl?

Musiałem w trybie natychmiastowym zająć głowę czymś innym. Rozmyślanie o byłej nie znajdowało się na mojej liście rzeczy do zrobienia.

– Znam cię zbyt długo, by łyknąć te brednie – skwitował.

– Łyknąć to ty zapomniałeś swoich leków po przebudzeniu – odpowiedziałem kąśliwie. – Poza tym weź ze mnie zejdź. Przecież wiesz, że w pracy zachowuję profesjonalizm. Nie wycofam się, żeby siostra Veroniki miała satysfakcję. – Rozciągnąłem usta w uśmiechu i usiadłem wygodniej, zbliżając się do biurka. – Powiedz narzeczonej, że się zgadzam. – No proszę, gdy tylko wypowiedziałem to na głos, od razu pożałowałem, że zawczasu nie ugryzłem się w język.

Przecież to będzie katastrofa. I to przez wielgachne K.

Torin mruknął coś pod nosem, podszedł do mnie, objął moją głowę dłońmi i ucałował we włosy.

– Kocham cię, bracie, wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. – Skierował się do wyjścia, jak gdyby się obawiał, że zdążę się jeszcze rozmyślić. – Do później! – zawołał, a potem zamknął za sobą drzwi. Ponieważ te były przeszklone, tak jak całe moje biuro, śledziłem każdy jego krok, aż dotarł do wind i zniknął we wnętrzu jednej z nich.

W co ja się, do cholery, wpakowałem?

W południe zawsze chodziłem na drugą kawę – ten nawyk został ze mną od początku studiów, kiedy miałem masę nauki i mało snu – niedaleko mojego biura. Zmieniła się natomiast osoba, z którą to robiłem.

– Nad czym tak intensywnie myślisz?

Spojrzałem na siedzącą naprzeciwko Chloe. Blond włosy upięła w wysoki kucyk, eksponując szczupłą szyję oraz złote kolczyki w kształcie dużego koła. Jej szeroki uśmiech, wieczny optymizm i bijąca od niej dobra energia nieraz stawiały mnie na nogi. Zawsze, kiedy miałem zły humor, potrzebowałem spędzić z nią pięć minut. Wystarczyło popatrzeć w zieleń jej oczu i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki życie stawało się piękniejsze.

Tym razem gryzła mnie poranna rozmowa z bratem, której – nie wiedzieć czemu – nie potrafiłem wyrzucić z głowy. Zastanawiałem się, czy Talia rzeczywiście nie widziała problemu w naszej współpracy. Nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, że tak po prostu przyjmuje propozycję z uśmiechem na ustach. Zdążyłem przerobić w głowie z tysiąc scenariuszy naszego ponownego spotkania po latach. Nie potrafiłem też skupić się na pracy, bo moje myśli mknęły jak rozpędzony pociąg, a ja stałem na torach niezdolny do wykonania najmniejszego ruchu.

– Ziemia do Haela. – Chloe pomachała mi dłonią przed twarzą, skutecznie wyrywając mnie z zamyślenia.

Już miałem ogromny problem z koncentracją, a nawet nie zacząłem pracować z Talią. Zapowiadał się ciekawy rok, z tym że określenie „ciekawy” wcale nie oznaczało czegoś pozytywnego, i obawiałem się, że to odbije się na mojej rzetelności.

– Przepraszam, co mówiłaś?

Chloe patrzyła na mnie z widocznym zmartwieniem.

– Co się dzieje? Jesteś nieobecny.

Chwyciłem kubek z kawą i przysunąłem go do ust. Tak naprawdę napój nie nadawał się jeszcze do picia, przez co poparzyłem sobie język, ale jedynie w ten sposób mogłem dać sobie cenne sekundy na przemyślenie odpowiedzi.

– Torin wpadł rano do mojego biura – zacząłem neutralnym tonem. Za nic w świecie nie chciałem pokazać Chloe, jak bardzo przejąłem się tym spotkaniem. – Wspominałem ci, że oświadczył się Veronice.

– Tak, czy coś się między nimi…?

Szybko pokręciłem głową.

– Nie, wszystko gra, tyle że jednak nie będę planował ich ślubu i wesela… sam. – Zawahałem się przy ostatnim słowie.

Brwi dziewczyny zbiegły się ze sobą, gdy ponaglająco machnęła ręką, dając mi znać, bym kontynuował.

Wziąłem głęboki wdech i po prostu to powiedziałem:

– Okazało się, że Veronica poprosiła swoją siostrę o zorganizowanie ceremonii bez konsultacji z moim bratem. On zresztą też nie powiedział narzeczonej, że dogadał się ze mną w tej sprawie. Dopiero kilka dni temu postanowili o tym porozmawiać i żeby nie odmawiać żadnemu z nas, wymyślili cudowne rozwiązanie. Mamy współpracować i zająć się tym razem.

Dziewczyna w pierwszej chwili nie zareagowała. Nie poznała Talii, słyszała o niej jedynie z moich opowieści. Znała Torina i Veronicę, ale nie utrzymywała z nimi bliskich stosunków. Jednak jej zdanie na temat siostry narzeczonej mojego brata było narzucone przeze mnie. Nieraz jej się żaliłem i możliwe, że powiedziałem kilka słów za dużo, przez co Chloe z zasady nienawidziła Talii.

– I co ty na to? – odezwała się po chwili mocno skonsternowana.

– Wszystko mi jedno. – Wzruszyłem ramionami, by nadać mojej wypowiedzi obojętny wyraz.

Chloe jednak nie łyknęła tej próby zamaskowania prawdziwych emocji.

– Kogo próbujesz oszukać? Bo ja tego nie kupuję. – Objęła dłońmi swój kubek z kawą i wpatrywała się we mnie z intensywnością godną pozazdroszczenia. Była zawzięta i nigdy nie odpuszczała. Właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy.

– Co mam ci powiedzieć? Że cholernie się boję naszego spotkania?

– No, to już dobry początek – odparła. – Czego konkretnie się boisz?

Uciekłem spojrzeniem w bok. Rozmowa o uczuciach i emocjach to zdecydowanie nie moja bajka.

„Gdybyś tylko potrafił mówić o tym, co tak naprawdę czujesz, twoje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, a my nie bylibyśmy teraz w tej sytuacji”.

Potrząsnąłem głową, by wyrzucić z niej niechciane słowa Talii. Ciągle mi wypominała, że nie potrafiłem się przed nią otworzyć, że nie rozmawiałem o swoich uczuciach i przez to nasz związek zaczął się sypać. Fakt, nie należałem do wylewnych osób, dusiłem w sobie więcej, niż powinienem, ale nie uważałem, by nasze rozstanie było jedynie moją winą. To ona ze mną zerwała.

– Hael?

Mrugnąłem, jakbym robił to pierwszy raz od bardzo dawna, i odnalazłem spojrzenie Chloe.

– Ty nadal sobie z tym nie poradziłeś, prawda?

– Oczywiście, że sobie poradziłem – zaprotestowałem. – Po prostu rozstaliśmy się w mało przyjemnej atmosferze, a później unikaliśmy siebie nawzajem przez pięć lat, przez co teraz może być niezręcznie. – Upiłem kilka łyków kawy, skupiając się na przyjemnie gorzkim smaku.

– Chcesz z nią pracować?

Czy tego chciałem? Oczywiście, że nie. Czy miałem jakiś wybór? Owszem. Nie zamierzałem jednak zawieść brata i tylko dlatego przystałem na ten pokręcony pomysł. Wiedziałem, jak bardzo zależy mu na tym, bym przygotował jego ślub i wesele. Rozumiałem też, że Veronica pragnęła tego samego względem swojej siostry. Mogłem dać nam szansę. Jedną. Jeśli coś pójdzie nie tak, Torin sam zobaczy, że się mylił. Wtedy on i Veronica będą zmuszeni wybrać między mną a Talią.

– Nieważne, czego chcę – odparłem po zbyt długiej chwili milczenia. – Jeśli to ma uszczęśliwić mojego brata, to się przemęczę.

– Przede wszystkim musisz patrzeć na siebie i swoje uczucia, Hael.

O nie, znowu te uczucia.

– Nie rób tego, skoro to wprawia cię w dyskomfort. Wiem, w jakich okolicznościach rozstałeś się z tą suką, i nie popieram tego durnego pomysłu.

Skrzywiłem się na określenie Talii „suką”, choć było ono jak najbardziej trafne.

Chloe głęboko westchnęła i zacisnęła palce na papierowym kubku.

– Jestem profesjonalistą. – Wyprostowałem się i spojrzałem jej w oczy. – To trochę tak, jakby przyszła do mnie para, której kiedyś nie lubiłem. Wynajęliby mnie, żebym zajął się organizacją najważniejszego dnia w ich życiu. Zapłaciliby mi. Nie odmówiłbym im, bo to świadczyłoby tylko o tym, że nie potrafię oddzielać pracy od spraw prywatnych.

– Ale przyjęcie zlecenia od kogoś, kogo prywatnie nie lubisz, a współpraca z innym wedding plannerem, którego nienawidzisz, to dwie różne rzeczy. Będziesz zmuszony spędzić z nią przynajmniej kilka godzin na ustalaniu planu, nie wspominając o samej ceremonii – dodała.

Dokładnie w tej chwili uświadomiłem sobie, że same przygotowania będą niczym w porównaniu z dniem ślubu Torina i Veroniki. Wtedy nie będziemy w pracy. Czy zdołamy zachować się względem siebie przyzwoicie?

– Jesteśmy dorośli, poza tym minęło pięć lat. Ona może być teraz zupełnie innym człowiekiem.

– Sam nie wierzysz w to, co mówisz – skomentowała i dopiła kawę. – Pamiętaj, że zawsze możesz się wycofać. Torin na pewno nie będzie miał ci tego za złe.

– Wiem, dzięki, Chloe.

Dotknęła mojej dłoni i lekko ją ścisnęła.

– Gdybyś chciał ją wygryźć z tego projektu, służę pomocą. – Puściła do mnie oczko, co skwitowałem cichym śmiechem.

– Jesteś niemożliwa.

Wzruszyła ramionami i wskazała palcem mój do połowy pełny kubek. Opróżniłem go w dwie sekundy. Następnie kiwnąłem głową w stronę wyjścia z kawiarni.

– Idziemy? Przerwa kończy się nam za… – zerknąłem na zegarek na nadgarstku, a później ponownie na przyjaciółkę – … cztery minuty.

Dziewczyna przytaknęła i wstała, więc sam również się podniosłem, po czym oboje wyszliśmy na zewnątrz.

Chloe pracowała jako moja recepcjonistka. Zatrudniłem ją od razu po otwarciu własnej firmy. Potrzebowałem kogoś do pomocy, więc wystawiłem ogłoszenie, a ona zgłosiła się do mnie już następnego dnia. Kojarzyłem ją ze studiów, ale nigdy wcześniej się nie poznaliśmy. Chloe zajęła się całą papierologią, umawiała wizyty z potencjalnymi klientami, rezerwowała terminy w kwiaciarniach i ogarniała całą resztę logistyczną. O moje social media dbała jej młodsza siostra Naya. Studiowała na tej samej uczelni, którą ukończyliśmy ja i Chloe. Dziewczyna znała się na rzeczy, no i była młodsza, a co za tym idzie – bardziej ogarnięta w świecie obecnie panujących trendów.

Zanim wróciłem do swojego biura, które wynajmowałem w jednym z wieżowców w Ann Arbor, obróciłem się jeszcze do Chloe.

– Dzięki za rozmowę.

– Do usług. – Ukłoniła się teatralnie i posłała w moją stronę czarujący uśmiech.

Nie mogłem się powstrzymać i również się uśmiechnąłem. Wszedłem do biura, rozejrzałem się dookoła i podparłem pod boki. Przez poranne rozkojarzenie byłem do tyłu z robotą o jakieś trzy godziny. Szykowało się siedzenie do wieczora nad projektem, który powinien być gotowy na dzisiejsze popołudnie.

Jednak nawet przy maksymalnym skupieniu łapałem się na tym, że zerkam w stronę monitora z włączoną pocztą elektroniczną stanowczo zbyt często. Torin powiedział, że jego narzeczona przekazała Talii mój adres mejlowy i że ta ma się do mnie odezwać w sprawie ustalenia szczegółów współpracy. Czekałem na tę wiadomość jak skończony kretyn. A gdy nastał wieczór, zrozumiałem, że nie dostanę jej tak szybko, jak się tego spodziewałem.

ROZDZIAŁ 3

Talia

9 LAT WCZEŚNIEJ

Już szósty raz sprawdziłam, czy aby na pewno zabrałam ze sobą wszystko, co było mi potrzebne, po czym wsiadłam do autokaru, który miał zawieźć mnie aż pod University of Michigan. Wciąż nie dowierzałam, że naprawdę się dostałam na tę uczelnię. Okres oczekiwania na list potwierdzający przyjęcie był najbardziej stresującym czasem w moim życiu. Nigdy wcześniej nie wypadło mi tyle włosów, co wtedy. A dziś jestem w drodze do jednego z najlepszych uniwersytetów w całych Stanach Zjednoczonych.

To jakiś kosmos.

Rodzice odkładali pieniądze na studia dla mnie i Ronnie od naszych narodzin. Gdyby nie oni, ani ja, ani moja siostra nie miałybyśmy szansy, by w ogóle wziąć tę uczelnię pod uwagę. Po katastrofie lotniczej, w której zginęła nasza mama, tata został z nami zupełnie sam. Ronnie miała wtedy siedem lat, ja cztery. Nie pamiętam mamy – zostało mi jedynie kilka przebłysków wspomnień związanych z nią. Od małego pragnęłam mieć ją z powrotem. Naiwne marzenie małego dziecka. Mama niestety nie wróciła z zaświatów i wreszcie zrozumiałam, że zostaliśmy już tylko we troje.

Veronica właśnie rozpoczynała czwarty rok studiów, a ja już za moment miałam do niej dołączyć. Byłam tak podekscytowana, że nawet moje myśli nie wiedziały, w którą stronę powinny iść. Ronnie mieszkała w jednym z osiemnastu dostępnych akademików i dzieliła pokój z potworną Maggie (tylko cytuję słowa siostry, nie znam tej dziewczyny – podobno ubiera się jak żywy trup, a jej część pokoju wygląda jak cmentarz). Wyobrażałam sobie, że Maggie musi spać w trumnie, ale wątpiłam, by ktokolwiek zgodził się na wniesienie jej do pokoju zamiast łóżka. Sama zaczęłam obawiać się swojej współlokatorki. Już sam fakt, że za kilka chwil zamieszkam z zupełnie obcą osobą, w zupełnie obcym miejscu, napawał mnie lekkim przerażeniem.

Zarówno ja, jak i moja siostra mogłyśmy zostać w domu rodzinnym wraz z tatą, ale każda z nas chciała zaznać prawdziwego życia studenckiego (wliczając w to głównie imprezy).

Wysiadłam z autokaru, odebrałam swój bagaż i na miękkich nogach ruszyłam w stronę dziedzińca. Byłam już tutaj podczas dni otwartych kilka miesięcy temu, jednak emocje towarzyszące mi podczas tamtej wizyty okazały się nieporównywalne do tych, które ogarniały mnie w tym momencie. Teraz również jestem studentką UOM, a to nadal brzmi abstrakcyjnie, nawet w mojej głowie.

Poprawiłam chwyt i pociągnęłam za sobą wielgachną walizkę, wypełnioną po brzegi zupełnie zbędnymi rzeczami. Chciałam zabrać większą część domu, bo czułam, że za kilka dni zacznę za nim tęsknić. Oprócz mnie do wejścia zmierzało sporo innych studentów, przez co w pewnej chwili trudno było swobodnie się poruszać. Gdy przystanęłam przed głównym wejściem, uniosłam głowę i po raz drugi zaparło mi dech w piersiach. Widok uniwersytetu zwalał z nóg. W dodatku był piękny dzień, a ciepłe barwy budynku w promieniach słońca jeszcze podbiły efekt.

– Jest zniewalający, co? – usłyszałam po swojej prawej stronie, dlatego gwałtownie obróciłam głowę. – Cześć, jestem Briar Farrel z komitetu powitalnego. Drugi rok biznesu – oznajmiła, wyciągając do mnie rękę.

Spuściłam na nią wzrok, po czym znów spojrzałam na dziewczynę. Miała przepiękne jasnoniebieskie oczy, szeroki uśmiech, onyksowe włosy sięgające jej do obojczyków, a do tego niesamowicie jasną karnację, przez co wyglądała jak Królewna Śnieżka.

Uścisnęłam jej dłoń i odwzajemniłam uśmiech.

– Cześć, miło mi, nazywam się Talia. To naturalny kolor włosów? – wypaliłam bez namysłu i już miałam ją przeprosić za to pytanie, ale ona energicznie przytaknęła.

– Tak, z całego mojego rodzeństwa tylko ja miałam ten zaszczyt odziedziczenia go po tacie. – Rozciągnęła usta w jeszcze szerszym uśmiechu, choć wydawało mi się to niemożliwe, i wzięła mnie pod ramię jak dobrą koleżankę. – Odprowadzę ciebie i resztę dziewczyn do waszych pokojów, a po drodze chętnie odpowiem na wszystkie pytania – zakomunikowała nagle, a ja dopiero teraz zauważyłam, że wokół nas utworzyła się niewielka grupka płci żeńskiej.

Ruszyłyśmy, przeciskając się przez tłum ludzi, którzy nadal stali przed wejściem.

– Ja mam pytanie. – Niska brunetka uniosła dłoń i zbliżyła się do nas.

Briar, nie przerywając marszu, skierowała na nią spojrzenie.

– Tak?

– Czy udział w imprezie powitalnej jest obowiązkowy? Nie przepadam za takimi wydarzeniami.

Impreza powitalna? Czy ja o czymś nie wiem?

Od razu się spięłam, co Briar zauważyła i ścisnęła mnie nieco mocniej.

– Nie, oczywiście, że nie jest obowiązkowy. Jeśli któraś z was nie ma ochoty, nie musicie przychodzić. Ale będzie nam bardzo miło, jeżeli zechcecie się pojawić. – Powiodła wzrokiem po pozostałych dziewczynach i zatrzymała się przed akademikiem. – To już nasza tradycja. Co roku starsze roczniki organizują imprezy powitalne dla nowych studentów. Nie będzie żadnych nieprzyjemnych sytuacji, nie bawimy się w takie rzeczy.

– Mój brat się tutaj uczy i opowiadał mi, jak po tej imprezie obudził się z rana bez ubrań na środku dziedzińca. Podobno to taki rytuał przejścia – dodała nieznajoma stojąca tuż za mną.

Dookoła rozległy się zaskoczone westchnienia.

Briar wyraźnie się zmieszała, ale szybko zamaskowała to szerokim uśmiechem. Puściła moje ramię i stanęła przed wszystkimi dziewczynami, ściskając w dłoniach teczkę.

– Nie odpowiadamy za to, co robią chłopcy. My nie popieramy takiego zachowania – odparła, po czym wzruszyła ramionami i obrzuciła nas spojrzeniem. – Organizujemy imprezę w naszym akademiku, nie będzie na niej chłopaków.

– A gdybym chciała kogoś zaprosić? – zapytała jakaś dziewczyna.

– Oczywiście możesz to zrobić. Muszę was jednak ostrzec, pani Stassie siedząca na portierni jest wyczulona na chłopców i nie wpuści żadnego po godzinie siódmej. Nie próbujcie przemycać ich po cichu, ta kobieta ma oczy dookoła głowy – zaśmiała się Briar, a kilka dziewczyn jej zawtórowało. – Jeszcze jakieś pytania?

Wszystkie pokręciłyśmy głowami, więc ruszyła przed siebie, prowadząc nas schodami w górę.

Mnie i nieśmiałą blondynkę odprowadziła jako ostatnie do pokoju na samym końcu korytarza. Wyglądało na to, że właśnie ona będzie moją współlokatorką. Wydawała się miła i sympatyczna. Była niższa ode mnie o kilka centymetrów, miała długie włosy kręcące się przy końcach, zielone oczy i bardzo ładny styl. Z miejsca pozazdrościłam jej figury, bo szerokie dżinsy leżały na niej aż zbyt dobrze, a krótki biały top eksponował nie tylko płaski brzuch (którego również jej zazdrościłam), ale i niewielki biust. Była filigranowa i urocza. Nie dało się patrzeć na nią bez chociażby lekkiego uśmiechu.

– To tutaj. – Briar wskazała drzwi i podała nam klucze, po czym przyjrzała się uważnie najpierw mnie, później mojej nowej współlokatorce. – Zostawię wam mój numer, gdybyście czegoś potrzebowały, możecie śmiało dzwonić o każdej porze dnia i nocy. – Po tych słowach z przyciśniętej do piersi teczki wyciągnęła dwie karteczki oraz długopis. Zapisała na nich szereg cyfr i podała nam je z szerokim uśmiechem. – Do zobaczenia na imprezie, jeśli planujecie się pojawić. – Nie miałyśmy szan­­sy odpowiedzieć, bo czmychnęła w głąb korytarza i zniknęła nam z oczu.

Spojrzałam niepewnie na nieznajomą i wskazałam ruchem głowy drzwi za naszymi plecami.

– Wchodzimy? – spytałam, a ona potaknęła i przekręciła zamek, po czym weszła pierwsza.

Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulnie urządzone. Po obu stronach stały identyczne łóżka z białą pościelą, obok nich biurka i fotele, a przy oknie jedna duża szafa, którą najwyraźniej musiałyśmy dzielić. To nigdy nie było dla mnie problemem, w końcu do niedawna mieszkałam ze starszą siostrą i choć miałyśmy oddzielne komody, często pożyczałyśmy sobie ubrania.

– Mogę zająć to po lewej? – odezwała się moja współlokatorka, a ja uznałam, że to najwyższy czas, by się przedstawić.

– Jasne. – Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się przyjaźnie, wystawiając do niej rękę. – Nazywam się Talia Heisenberg.

Dziewczyna odłożyła torbę na podłogę, a następnie podeszła do mnie i uścisnęła moją dłoń, odwzajemniając uśmiech.

– Juliette Berkshire.

– Jesteś Francuzką? – spytałam szczerze ciekawa.

– Moja mama pochodzi z Francji, tata jest pół-Amerykaninem, pół-Norwegiem. – Na tę ostatnią informację otworzyłam szeroko oczy, a dziewczyna cicho się zaśmiała. – Niezła kompilacja genów, co nie?

– I to jak! – Zlustrowałam ją spojrzeniem. Była piękna i, jak się szybko okazało, również niesamowicie sympatyczna.

– A ty skąd przyjechałaś? – Zaczęła się rozpakowywać, więc poszłam w jej ślady, by nie stać w miejscu jak kołek.

– Jestem stąd – odparłam, pochylając się nad walizką. Chwilę szarpałam się z zamkiem, jednak szybko wygrałam tę walkę. Udało mi się go nie zepsuć, a za to należała mi się nagroda. – Urodziłam się w Ann Arbor, tak jak moi rodzice – powiedziałam z nostalgicznym uśmiechem. – Moja siostra też tu studiuje. Zaczyna czwarty rok na kierunku medycznym.

Juliette zagwizdała z uznaniem.

– Rodzina musi być z was cholernie dumna.

– Tata bardzo nas wspiera – powiedziałam, wyciągając naszą fotografię spomiędzy ubrań: ojciec trzyma mnie na niej na barana, a Ronnie uczepiła się jego nogi. Miałam wtedy dwa lata, ona pięć.

Przeniosłam wzrok na kobietę uchwyconą na zdjęciu: mamę. Stała tuż za moją siostrą, jedną dłoń oparła na przedramieniu męża, a drugą uniosła do ust, chcąc ukryć uśmiech. Wszyscy byliśmy roześmiani i zwyczajnie szczęśliwi.

Kątem oka dostrzegłam zbliżającą się do mnie Juliette. Zajrzała mi przez ramię z cichym westchnieniem.

– Jakie urocze zdjęcie, to ty? – Wskazała młodszą dziewczynkę z burzą ciemnych, rozczochranych włosów na głowie.

– Tak.

– Ale byłaś słodka – zaszczebiotała niczym sroczka przed świecidełkami i zaraz po tym przeniosła na mnie spojrzenie, poważniejąc w sekundę. – To znaczy, nadal jesteś, nie chodziło mi o to, że nie… – Zaczęła się bronić, a ja wybuchłam śmiechem, odłożyłam ramkę z fotografią na szafkę przy moim łóżku i uspokoiłam współlokatorkę:

– Spoko, rozumiem. – Ostatni raz zerknęłam w stronę zdjęcia i postanowiłam się więcej nie rozczulać. Koniec ze wspominaniem na dziś. – Masz rodzeństwo? – zagaiłam, by zmienić temat, i jednocześnie wróciłam do rozpakowywania się.

Juliette kiwnęła głową, ale jej uśmiech nie sięgnął oczu.

– Starszego o cztery lata brata Oliviera, którego pieszczotliwie nazywamy Ollie’em, i młodszą siostrę Manon, właśnie rozpoczyna ostatnią klasę szkoły średniej – odpowiedziała, odblokowując telefon.

Po chwili przed oczami miałam wspomnianą dwójkę i uznałam, że wszyscy wygrali na loterii genów.

– Przyznaj się, wzięłaś to zdjęcie z Pinteresta. – Szturchnęłam ją zaczepnie.

Juliette rzuciła komórkę na materac i spojrzała na mnie spod byka.

– Oni tylko wyglądają na idealnych, w rzeczywistości oboje mają wiele za uszami. Jestem środkowym dzieckiem i chyba jedynie to uchroniło mnie przed totalną katastrofą.

Zmarszczyłam brwi, przerywając układanie ciuchów.

– To znaczy?

– No wiesz, pierwsze dziecko to trochę taki eksperyment, zazwyczaj nieudany. Przy nim popełnia się najwięcej błędów i to na nim rodzice wszystkiego się uczą. Z drugim jest prościej, bo już masz pojęcie, co z nim zrobić. – Zachichotała, jakby opowiadała mi niezły żart. – No i na więcej mu pozwalasz. Każdy następny bąbelek to pewniak, którego zazwyczaj wychowują nie tylko rodzice, ale i starsze rodzeństwo. Uwierz, stanowimy idealny dowód na to, że ta teza jest prawdziwa. Ollie jest okropnie rozpieszczony, wredny i samolubny. Uważa się za pieprzonego pana tego świata i co tydzień przywozi mamie górę prania, bo melepeta nie potrafi obsługiwać pralki. – Juliette przewróciła oczami w taki sposób, że nie byłam w stanie powstrzymać parsknięcia. – Ja umiem o siebie zadbać, bo musiałam z nim konkurować o względy rodziców oraz o zabawki, dopóki na świecie nie pojawiła się Manon, a wtedy zaczęły się prawdziwe igrzyska. Ona to dziecko z przypadku, wychowywana bez jakichkolwiek reguł. Jest przekochana, ale momentami okropnie irytująca. Totalna introwertyczka.

– A ty?

Dziewczyna obróciła się do mnie, trzymając w dłoniach naręcze sukienek, które zamierzała powiesić w szafie. Zrobiłam jej miejsce, bo wyłożyłam już swoje ubrania.

– Czy jestem irytująca?

Pokręciłam głową.

– Czy jesteś introwertyczką. Choć po całej tej przemowie powinnam już znać odpowiedź.

– Lubię towarzystwo ciekawych ludzi, ale nie przepadam zbytnio za imprezami w zatłoczonych miejscach. Wolę bardziej kameralne spotkania – odpowiedziała, siadając na łóżku z głośnym westchnieniem. – À propos imprez, wybierasz się?

Zapewne miała na myśli imprezę powitalną, o której mówiła nam Briar. Zastanawiałam się tylko chwilę.

– Jasne, że tak, a ty?

– Idę z tobą – odparła z szerokim uśmiechem. – Nie zamierzam siedzieć sama w pokoju pierwszego dnia na studiach – dodała.

– W takim razie chyba powinnyśmy zacząć się przygotowywać. Mamy jedną łazienkę, jedno większe lustro i mnóstwo tematów, które mogą znacznie spowolnić wykonanie zadania – zauważyłam, na co Juliette kiwnęła głową i wstała, zamaszystym ruchem zgarniając z biurka kosmetyczkę.

– Słuszna uwaga, zajmuję łazienkę pierwsza! – rzuciła i pobiegła we wskazanym przez siebie kierunku, nim zdążyłam jakkolwiek zareagować.

Już ją polubiłam. Czułam, że będziemy się świetnie dogadywać i z czasem staniemy się najlepszymi przyjaciółkami.

Briar miała rację, na imprezie powitalnej w naszym akademiku nie było żadnych facetów – przynajmniej do momentu, aż niespodziewanie ich zgraja wparowała przez główne wejście z butelkami piwa w rękach i głośnymi okrzykami. Odszukałam Juliette wzrokiem, bo zniknęła mi z oczu, gdy chwilę wcześniej ruszyła po drinki dla nas. Próbowała właśnie przepchnąć się przez nieproszonych gości i nie rozlać przy tym alkoholu.

– Co za trzoda – skomentowała, kiedy wreszcie do mnie podeszła.

Okupowałyśmy niewielki kąt obok schodów, idealny, by skryć się przed pijanymi studentami szukającymi atrakcji.

Odebrałam swój kubek i upiłam kilka łyków, co okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Drinki z wódką i sokiem miały to do siebie, że pijąc je, nie czuło się alkoholu, co po jakimś czasie okazywało się bardzo zdradliwe.

– Muszę skorzystać z toalety! – powiedziałam donośnie, by przekrzyczeć muzykę, pochylając się nad Juliette.

Uniosła kciuk i zapytała, czy iść ze mną, ale w tym momencie dołączyła do nas Briar. Postanowiłam pójść sama – dziewczyny zaczęły gawędzić, a ja nie chciałam im przerywać. Usiłowałam zgrabnie je wyminąć, przez co się zachwiałam, lecz na szczęście szybko odzyskałam równowagę.

Łazienka była oczywiście zajęta, a przed wejściem oblegał ją z tuzin dziewczyn. Nie byłam w stanie dłużej wytrzymać, gdyż mój pęcherz przypominał napełniony wodą balon, który lada moment może pęknąć. Na schodach tłoczyło się kolejne stado upojonych alkoholem dziewczyn i chłopaków. Nie miałam więc też szans dostać się do łazienki w moim pokoju. Zerknęłam w stronę wyjścia na tyły akademika i przez kilka sekund biłam się z myślami.

Nie powinnam sikać na zewnątrz, to nieodpowiednie.

Chce ci się siku, tak?

Owszem, ale to miejsce publiczne.

Jest ciemno, nikt cię nie zauważy, jeśli schowasz się za jakimś krzakiem.

Nie mogę, upierałam się w myślach, ale moja druga ja była o wiele bardziej zawzięta.

Gdyby to faceta przyłapano na laniu pod drzewem, nikogo by to nie zszokowało. Dlaczego my, dziewczyny, nie możemy zrobić tego samego w awaryjnej sytuacji?

To co innego.

Serio? Jeśli tam nie pójdziesz, to rozkażę pęcherzowi opróżnić się tu i teraz.

Nie odważysz się.

Jesteś pewna?

Prowadzenie kłótni z samą sobą to dopiero szczyt idiotyzmu. Przestąpiłam z nogi na nogę, starając się myśleć o czymkolwiek innym, byle nie o sikaniu, wodzie czy płynących strumieniach.

Cholera.

Jeszcze chwila, a chodziłabym jak Simsy z krwistoczerwonym paskiem potrzeb toaletowych nad głową.

Rzuciłam okiem w stronę niekończącej się kolejki dziewczyn i klnąc pod nosem, ruszyłam w stronę wyjścia. Przemknęłam niezauważona obok ławek i podbiegłam za róg, gdzie rosło sporej wielkości drzewo. Za nim znalazłam idealne miejsce – między ścianą budynku a skwerkiem z równo przystrzyżoną trawą. Za tym krzakiem nikt mnie nie zobaczy, przekonując samą siebie, kucnęłam. Odsunęłam majtki na bok, a jednocześnie stale wpatrywałam się przed siebie, by upewnić się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Nie było.

Bóg mnie jednak kocha.

Albo nie, bo w tej samej chwili usłyszałam głośne chrząknięcie po prawej, przez co aż zesztywniałam.

– Toaleta zajęta? – Od niskiego głosu przeszyły mnie dreszcze.

Podskoczyłam, o mały włos nie obsikując sobie rąk.

To się, kurwa, nie dzieje naprawdę.

Poprawiłam bieliznę i wstałam, czując, jak zażenowanie gwałtownie zalewa moje ciało. Zalewa, czaicie? Odejście bez konfrontacji nie wchodziło w grę, nie należałam do tego typu osób. Postanowiłam stawić czoła nieznajomemu, z którym dzieliłam kryjówkę. Obróciłam głowę, a moim oczom ukazał się widok sikającego jakieś dwa metry dalej mężczyzny. Niesamowicie przystojnego mężczyzny, muszę dodać. O mocno zarysowanej szczęce, delikatnym zaroście, ciemnych oczach i równie ciemnych włosach w totalnym nieładzie, czyli takich, jakie my, dziewczyny, lubimy najbardziej. Widziałam to, ponieważ snop światła latarni ustawionej kawałek dalej padał na jego sylwetkę. Może i drzewo oraz krzaki chroniły go przed wzrokiem studentów przechadzających się drogą, ale z miejsca, w którym stałam, był aż zbyt dobrze widoczny. Nie dane mi było dłużej podziwiać jego twarzy, bo mój wzrok automatycznie powędrował niżej, wprost na…

– Penis! – pisnęłam błyskotliwie, unosząc dłonie do oczu. Wykonałam obrót i o mało się nie zabiłam na śliskiej trawie, bo oczywiście wdepnęłam we własne siki.

Co za upokorzenie.

Wracając do obsikującego drzewo golden retrievera (nazwałam go w ten sposób w swojej głowie, bo na pierwszy rzut oka tak mi się skojarzyło, choć wcale tak nie wyglądał) – nie wiem, dlaczego spojrzałam na jego krocze. Mogłabym zwalić to na instynkt, ale byłam zwyczajnie podpita i oszołomiona.

Nieznajomy perliście się zaśmiał, a ja poczułam, jak się rumienię. Nie, wróć, dosłownie płonęłam z zażenowania.

– W rzeczy samej – odparł, po czym chyba zasunął zamek w spodniach, nie byłam pewna. – Spodziewałaś się czegoś innego?

– Ja… ja… – jąkałam się jak dziecko.

Cała ta sytuacja była mega dziwna i okropnie kompromitująca.

Jak po czymś takim mam tak po prostu wrócić na imprezę? Jak mam spojrzeć temu kolesiowi w twarz?

Najpierw zacznij oddychać, bo padniesz trupem, syknął głos w mojej głowie. Wdech, wydech, a potem jakoś to naprostujesz.

– Przepraszam, za… – zatoczyłam łuk ręką, kiedy odważyłam się stanąć przodem do niego – … tę akcję. Myślałam, że nikogo tu nie ma – wyjaśniłam.

Facet zmniejszył dzielący nas dystans, a ja uniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy. Pomimo że nie znajdował się już w oświetlonym miejscu, tylko wkroczył w moją zacienioną przestrzeń, i tak widziałam sporo szczegółów. Miał naprawdę piękne oczy, a z bliska mogłam dostrzec pojedyncze jaśniejsze plamki na tęczówkach i…

– Masz heterochromię? – wypaliłam, jakby akurat to było teraz najważniejsze. Mniejsza z tym, że przed chwilą dosłownie patrzyłam na niego, gdy sikał.

Kąciki jego ust zadrżały w powstrzymywanym uśmiechu.

– Tak, centralną, w lewym oku – sprecyzował. – Na mojego penisa nie patrzyłaś z taką fascynacją, coś ci się w nim nie podobało? – zapytał, ale dotarło to do mnie z opóźnieniem.

W jednej chwili stałam przed nim zahipnotyzowana jego spojrzeniem, by w kolejnej utopić się w morzu wstydu. Nie mógł znaleźć bardziej nieprzyzwoitego sposobu na przywrócenie mnie do rzeczywistości.

– N-nie będę rozmawiać z tobą o twoich genitaliach – zaoponowałam, ledwie łapiąc oddech. Istniała szansa, że dzięki panującemu w zaułku półmrokowi nie dostrzegł moich purpurowych policzków, bo ja je czułam, i to aż za bardzo.

Miałam dość tego wieczoru. Chciałam stamtąd zniknąć, ale nie potrafiłam się ruszyć.

– Jesteś lesbijką?

– Nie – zaprzeczyłam natychmiast. Nie wiedziałam dlaczego, ale chciałam, by wiedział, że lubię mężczyzn. Choć w tej chwili najbardziej lubiłam ciemny kąt w moim nowym pokoju i zapragnęłam jak najszybciej się tam znaleźć.

– Przepraszam, jeśli cię zawstydziłem.

Parsknęłam. Krótko i niekontrolowanie.

– Nie no, co ty, codziennie spotykam mężczyzn pod drzewem i urządzam sobie z nimi wspólne opróżnianie pęcherzy. – Machnęłam ręką, ale zamiast wywołać u niego śmiech, sprowokowałam jego prawą brew do uniesienia się, a to natychmiast przyciągnęło mój wzrok.

Miał całkiem ładne brwi. W sumie im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej byłam skłonna się zgodzić, że wszystko miał ładne, nawet penisa, ale nigdy nie przyznałabym tego na głos. Już same te myśli doprowadzały moje ciało do wrzenia. Zaczynałam poważnie się obawiać o swoje życie.

Mężczyzna w końcu się zaśmiał i przysięgam na moje zapasy Nutelli, że ten dźwięk był zdecydowanie najpiękniejszym dźwiękiem, jaki w życiu słyszałam. Dotknął mojej skóry i przetoczył się po niej, stawiając po drodze wszystkie włoski na baczność. Nawet moje sutki zasalutowały, co pewnie doskonale dało się dostrzec przez tę głupią sukienkę, którą z miejsca znienawidziłam. Była czarna, rozkloszowana od pasa w dół, sięgała połowy ud i miała cienkie ramiączka, przez co nie mogłam założyć stanika.

No to teraz masz za swoje.

Och, zamknij się,próbowałam uciszyć natrętny głos w głowie, który powinien mnie wspierać, a nie mi dokuczać.

Otrząsnęłam się z letargu w momencie, w którym nieznajomy wystawił w moją stronę dłoń. Od razu skierowałam na nią wzrok.

– Jestem Hael Johanson.

Na powrót na niego spojrzałam ze zmarszczonymi brwiami.

– Nie podam ci ręki, przed chwilą trzymałeś w niej… – Nie dokończyłam. Liczyłam, że będzie na tyle inteligentny i doskonale zrozumie, co miałam na myśli.

Brwi Haela zbiegły się ze sobą, ale nie zabrał dłoni.

– Nigdy nie trzymałaś czyjegoś penisa?

Ja pierniczę. To musi być kiepski żart. Jakaś ukryta kamera czy coś. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. To nie mogło mi się przytrafić.

Wiedziałam, że tym razem czerwone plamy wstydu wpełzły nie tylko na moje policzki, ale oblały również szyję i dekolt, który swoją drogą, dzięki wyciętej sukience, był aż nazbyt widoczny. W tej samej chwili poczułam się naga.

– Nawet jeśli, nie był to obcy penis. – Wypowiedziałam to słowo już drugi raz w ciągu ostatnich kilku minut i sama nie wiedziałam, jak się z tym czuję. Nigdy nie lubiłam rozmawiać o takich rzeczach, intymne tematy wywoływały we mnie dys­komfort.

Ten facet musiał jednak albo tego nie czaić, albo robił mi na złość i specjalnie mnie zawstydzał.

– Nie jestem obcy – odparł i szerzej się uśmiechnął, na co moje serce zabiło nieco szybciej.

Co się z tobą dzieje?

– Przedstawiłem się. – Wyszczerzył zęby, a ja przeklęłam w duchu.

Jak mam z nim rozmawiać?

– Słuchaj. – Uniosłam dłoń i zrobiłam krok w tył. – Nie znam cię – obstawałam przy swoim, choć tak właściwie po prostu stwierdzałam fakty. W końcu ledwie pięć minut temu nie wiedziałam nawet o jego istnieniu.

– To mnie poznaj – mruknął.

Chwila, czy on naprawdę mruknął? Zrobił to jak perski kociak Whiskers mojej ciotki Colette. Zbliżył się, kolejny raz zmniejszając dzielący nas dystans, w efekcie czego mój żołądek zrobił salto i zabrakło mi powietrza. Pochylił się, łaskocząc włosami moje czoło i nos. Dotarł do mnie jego piżmowy zapach i o mało nie jęknęłam z zachwytu.

Jeśli nie przeżywałam właśnie drugiego zawału, to nie wiedziałam, jak wytłumaczyć to, co dzieje się z moim sercem.

– Moje imię już znasz – powiedział, przechylając głowę w bok. – Mogę poznać twoje?

Pozostałam poważna, a raczej zniesmaczona, bo jak by nie patrzeć, sikałam obok niego, kiedy on również sikał i… O Boże, to było naprawdę popaprane! Już widzę minę Ronnie, kiedy jej to opowiem. Bez dwóch zdań będzie się śmiać, głośno i długo. Po jakimś czasie może sama też się uśmiechnę na to wspomnienie, lecz w tym momencie pragnęłam rozpłynąć się w powietrzu.

– Talia – wydukałam, ale ponieważ brzmiałam tak, jakby ktoś potraktował moje struny papierem ściernym, odchrząknęłam i głośniej powtórzyłam: – Talia Heisenberg.

Hael posłał mi czarujący uśmiech.

– Miło mi cię poznać, Talio.

Patrzył na mnie w taki sposób… Nie potrafiłam tego do końca opisać. Jakby naprawdę było mu miło.

– Jeszcze raz przepraszam – dodałam.

Zamierzałam się odwrócić, by jak najszybciej wrócić do dziewczyn, które zapewne już mnie szukały (a może zdążyły zapomnieć o moim istnieniu?), lecz Hael złapał mnie za przegub i zatrzymał w pół kroku.

– Poczekaj, masz może ochotę na drinka?

Zaproponował mi drinka zaraz po tym, jak wspólnie zadbaliśmy o dobre nawodnienie gleby za akademikiem. Rany, jeśli miałam zaliczyć w tym roku płomienny romans z jakimś studentem, ten facet mógł być do tego idealny.

– Czemu nie, chyba potrzebuję wyłączyć myślenie – odparłam.

Hael wydawał się w porządku, a błysk w jego oczach sprawiał, że robiło mi się ciepło.

Wróciłam do dziewczyn z chłopakiem depczącym mi po piętach i przedstawiłam ich sobie. Już po kilku minutach dowiedziałam się, że właśnie rozpoczyna studia na kierunku biznesowym, tak samo jak ja. A to oznaczało, że będziemy mieli wspólnie zajęcia. Jego starszy brat też się tu uczył, ale akurat nie było go na dzisiejszej imprezie. Za to kumpel Haela, Kian Mayfield, oczarował moją współlokatorkę, a wciąż towarzysząca nam Briar flirtowała z jakimś niewiele wyższym od siebie chłopakiem, którego imienia nie zapamiętałam. Ani ja, ani Hael nie powiedzieliśmy znajomym, w jakich okolicznościach się poznaliśmy, choć zamierzałam przyznać się Juliette, gdy tylko wrócimy do pokoju.

ROZDZIAŁ 4

Hael

TERAZ

Napisała. Zrobiła to dopiero po weekendzie. Czternaście razy się upewniałem, czy dobrze widzę. Tak. To ona. Mój palec zawisł nad myszką, a ja wkurzałem się na samego siebie za to zawahanie.

Przecież to tylko głupia wiadomość, którą muszę otworzyć.

Zrób to, idioto, i nie upokarzaj się.

Kliknąłem.

Od: Talia Heisenberg <[email protected]>

Do: Hael Johanson <[email protected]>

Data: Poniedziałek, 8 czerwca 2026, 9:01 a.m.

Temat: Organizacja ślubu R&T

Dzień dobry, Haelu, zostałam poinformowana, że wkrótce zaczniemy wspólną organizację ślubu Veroniki i Torina. Niezmiernie się cieszę na tę współpracę. Wierzę, że razem stworzymy najpiękniejszy dzień w ich życiu. Proponuję zacząć od jutra, mamy jedynie dwanaście miesięcy i mnóstwo rzeczy do ustalenia. Napisz mi, proszę, w których godzinach jesteś dostępny. Dostosuję się.

Z wyrazami szacunku Talia Heisenberg Właścicielka Heisenberg Weddings

Co to miało być? Ktoś musiał wywinąć mi mało śmieszny żart. „Dzień dobry, Haelu”? Haelu? Ona nigdy się tak do mnie nie zwracała. I jeszcze ten formalny ton. „Niezmiernie się cieszę na tę współpracę”. No, na pewno. Już w to wierzę. Chciałaby się dostosować do mojego grafiku? To w stu procentach psikus. Może Torin założył fałszywego mejla, żeby się ze mnie nabijać? Otworzyłem przeglądarkę i wpisałem nazwisko Talii w Google, a zaraz potem wszedłem na jej stronę. Przesunąłem kursor na sam dół, gdzie widniały dane kontaktowe. Mejl się zgadzał. Więc to naprawdę była ona. Tylko dlaczego ta wiadomość wywołała we mnie tyle nieprzyjemnych emocji?

Minęło pięć lat, ona ruszyła dalej,przypomniały mi się sło­wa brata.

Przełknąłem dumę, bo początkowo zamierzałem odpisać jej w dość kpiący sposób i wyśmiać tę sztywną wiadomość, ale później doszedłem do wniosku, że zachowam się profesjonalnie, skoro ona tak potrafi.

Od: Hael Johanson <[email protected]>

Do: Talia Heisenberg <[email protected]>

Data: Poniedziałek, 8 czerwca 2026, 9:10 a.m.

Re: Organizacja ślubu R&T

Dzień dobry, Talio, bardzo się cieszę, że do mnie napisałaś. Ja również nie mogę się doczekać naszej współpracy. Mam jutro wolną godzinę przed południem, może wspólny lunch? Ustalimy harmonogram pracy.

Pozdrawiam H. Johanson Właściciel Dream Day Planner

Wcale nie miałem wolnej godziny przed południem, a od tonu tego mejla robiło mi się niewygodnie. Poprawiłem krawat, który nagle zaczął mnie przyduszać, i wstałem z fotela, by rozchodzić to dziwne uczucie. Musiałem się z nią spotkać, żeby mieć to za sobą i móc się zająć przygotowaniami. Na pewno podzielimy zadania i przy dobrych wiatrach będę zmuszony do ponownego kontaktu z nią maksymalnie dwa razy: podczas domknięcia organizacji oraz na weselu. Dam radę. Skoro ona potrafiła oddzielić naszą przeszłość od pracy, jak wynikało ze słów Torina i treści mejla, ja też musiałem wziąć się w garść. Firmowa strona Talii pozostała otwarta na moim laptopie i atakowała mnie za każdym razem, gdy tylko na niego spojrzałem. Nigdy wcześniej jej nie sprawdzałem. Nie szukałem informacji o Talii i nie przeglądałem jej witryny czy opinii klientów. Ale teraz powinienem poznać konkurencję, nim rozpocznę z Talią współpracę, prawda?

Wróciłem na miejsce, odrzucając krawat na bok. Nie wiem, po jaką cholerę w ogóle zakładałem go do pracy w biurze.

Głupie przyzwyczajenie.

Ojciec tak długo tłukł mi do głowy, że zawsze powinienem dobrze wyglądać, aż w końcu po jakimś czasie nie potrafiłem już wyplenić z siebie jego słów. Dlatego każdego dnia sięgałem po trzyczęściowy garnitur i przeklęty krawat, układałem włosy, czyściłem buty. Wszystko po to, by w razie inwazji kosmitów nie wyjść na człowieka bez klasy.

Prychnąłem pod nosem i skupiłem się na tym, co miałem przed oczami. A była to starannie opracowana strona internetowa, utrzymana w jasnych, pastelowych barwach – pogrupowane informacje, czytelna czcionka oraz folder ze zdjęciami. Otworzyłem go wbrew sobie. Ujrzałem mnóstwo fotografii z przygotowań ślubnych oraz tych zrobionych w dniu ceremonii. Musiałem przyznać, że ta kobieta znała się na swojej pracy, zresztą wiedziałem to nie od dziś. Talia Heisenberg była utalentowana i miała smykałkę do organizacji. Poza tym jej artystyczna dusza potrafiła tworzyć cuda, do których ja nigdy nie będę miał podjazdu.

Jedna fotografia szczególnie przykuła moją uwagę. Kiedy przewijałem stronę, mignęła mi ciemna znajoma czupryna. Cofnąłem się i dokładnie jej przyjrzałem. To musiała być ona. Twarz zasłaniał wielki bukiet kwiatów, ale wszędzie rozpoznałbym tę sylwetkę. Wcięcie w talii, szerokie biodra, długie, szczupłe nogi, na widok których moje serce pędziło jak rozpędzony koń. Talia była piekielnie seksowna.

Ciekawe, jak wygląda teraz, pomyślałem i nim zdążyłem się zastanowić, chwyciłem iPhone’a, po czym otworzyłem Instagram. Znalezienie jej prywatnego profilu nie było trudne, jednak nie wstawiła nowego zdjęcia od ponad trzech lat. Wcześniejsze przedstawiały jedynie krajobrazy i od czasu do czasu kawę ze Starbucksa trzymaną w dłoni. Wszystkie nasze wspólne fotografie zniknęły, zresztą nie zaskoczyło mnie to – ja również takie zarchiwizowałem u siebie zaraz po rozstaniu. Byłem na tyle zdeterminowany, że zacząłem wyszukiwać zdjęcia, używając hasztagu z jej imieniem i nazwiskiem, bo taki – o dziwo – istniał. Głównie oznaczali ją klienci zadowoleni z jej pracy, ale po kilku minutach wgapiania się w ekran wreszcie natrafiłem na profil najlepszej przyjaciółki Talii – Juliette Berkshire.

Konto prywatne.

Świetnie. Nie zamierzałem się upokorzyć i jej zaobserwować, bo na pewno od razu przekazałaby tę informację mojej byłej, a ona wyśmiałaby mnie na jutrzejszym spotkaniu. Bez wątpienia uznałaby, że zacząłem ją stalkować. Właściwie właśnie to robiłem, ale tylko przez chwilę i jeden raz.

Odpuściłem i odłożyłem telefon na biurko.

– Ogarnij się, stary – wymamrotałem do siebie, rozmasowując skroń, i w tej samej chwili dostałem nowego mejla.

Od: Talia Heisenberg <[email protected]>

Do: Hael Johanson <[email protected]>

Data: Poniedziałek, 8 czerwca 2026, 9:23 a.m.

Re: Re: Organizacja ślubu R&T

Drogi Haelu, w takim razie spotkajmy się o 12 w kawiarni Socotra Coffee House, niedaleko County Farm Park. Wysłać ci pinezkę?

Od: Hael Johanson <[email protected]>

Do: Talia Heisenberg <[email protected]>

Data: Poniedziałek, 8 czerwca 2026, 9:24 a.m.

Re: Re: Re: Organizacja ślubu R&T

Nie trzeba, wiem, gdzie to jest, 12 mi pasuje.

Od: Talia Heisenberg <[email protected]>

Do: Hael Johanson <[email protected]>

Data: Poniedziałek, 8 czerwca 2026, 9:25 a.m.

Re: Re: Re: Re: Organizacja ślubu R&T

Wspaniale, zatem do zobaczenia.

Talia Heisenberg

Przez resztę dnia nie byłem w stanie się skupić. Nie wychodziły mi nawet najprostsze rzeczy i łapałem się na tym, że zbyt często zerkam na monitor laptopa. Nie oczekiwałem kolejnej wiadomości od Talii (a może jednak?). Boże, byłem chodzącą kupą gówna. Zawaliłem dwa projekty, które miałem skończyć do następnego dnia, przez co wszystko mi się poprzesuwało. Grafik na cały tydzień szlag trafił, bo w mojej głowie rozgościła się panna Talia Heisenberg i, nie wiedzieć czemu, urządziła rozpierduchę w moich myślach. Miałem dość tej współpracy, choć nawet jeszcze się nie zaczęła.

Nabrałem ochoty, by zadzwonić do Kiana, on z pewnością pomógłby mi ogarnąć ten bajzel, ale był na zasłużonych wakacjach i nie zamierzałem mu przeszkadzać swoim biadoleniem. Postanowiłem, że opowiem przyjacielowi o wszystkim, kiedy wróci do miasta.

– Puk, puk. – Chloe zapukała do drzwi i nie czekając, aż ją zaproszę, przekroczyła próg mojego biura z dwoma kubkami w dłoniach. – Żyjesz jeszcze czy zaczął się już proces rozkładu? – Podeszła do mnie i podała mi kawę, a ja przyjąłem ją z leniwym uśmiechem. – Daj znać, muszę wybrać odpowiednią sukienkę na twój pogrzeb – dodała, na co zaśmiałem się pod nosem.

– Dzięki – mruknąłem, po czym zamoczyłem wargi w ciep­łym płynie.

Już sam zapach kawy pobudził moje komórki do pracy. Przymknąłem powieki z rozkoszy i upajałem się chwilowym błogim stanem. Co z tego, że było późno, a ja piłem kawę. Potrzebowałem jej, by przetrwać.

– Mówiłeś, że masz ciężki dzień, ale nie sądziłam, że aż tak – odezwała się dziewczyna, przerywając przyjemną ciszę.

Otworzyłem jedno oko, by na nią spojrzeć. Oparła się biodrem o bok biurka i zaczęła się wpatrywać w moje notatki, teczki i trzy świecące monitory.

– Co poszło nie tak?

– Wszystko – odburknąłem, po czym upiłem kolejny łyk napoju bogów.

Mam nadzieję, że pasterz Kaldi spoczywa w spokoju. Według etiopskiej legendy to właśnie on odkrył pobudzające działanie owoców kawowca. Jeśli spotkam go kiedyś w zaświatach, ucałuję mu stopy.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytała Chloe.

– Jeśli potrafisz usuwać wspomnienia albo ludzi tak, by nikt nie zauważył ich zniknięcia, to owszem.

Skrzywiła się na moje słowa i odsunęła kubek od ust.

– Kto ci nasrał na wycieraczkę?

Talia Heisenberg i jej wkurzający profesjonalizm