Jak zabiłam swoją rodzinę - Bella Mackie - ebook + audiobook + książka

Jak zabiłam swoją rodzinę ebook i audiobook

Mackie Bella

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Podobno rodziny się nie wybiera. Ale zawsze można ją zabić…

Poznajcie Grace Bernard. Córkę, siostrę, przyjaciółkę i… seryjną morderczynię. Kiedy Grace odkrywa, że jej nieobecny (i obrzydliwie bogaty) ojciec odrzucił prośby o pomoc jej umierającej matki, poprzysięga zemstę. To wtedy postanawia zabić wszystkich członków swojej rodziny. Szczegółowy plan realizuje ze spokojem i kreatywnością, godną psychopatycznej zabójczyni. Rezultat jest nie tylko makabryczny, ale też… komiczny. Jednak zabawa kończy się w momencie, kiedy Grace trafia do więzienia za przestępstwo, którego akurat nie popełniła…

"Jak zabiłam swoją rodzinę" to zaskakująca i porywająca powieść o podziałach klasowych, rodzinie, miłości i... zbrodni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 59 min

Oceny
3,9 (308 ocen)
97
115
61
25
10
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tiga81

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja!! Raczej nie napisałabym, że to kryminał raczej pamiętnik. Bohaterkę da się lubić i nawet jej kibicować 😉 Książka chwilami trochę przegadana, ale końcówka - petarda (mimo, że trochę rozczarowująca) 😂 Gorąco polecam.
20
pdefiance

Całkiem niezła

ta książka jest trochę zbyt rozwleczona, przez co te całkiem bystre przemyślenia (chociaż nie aż tak nowatorskie, jak się wydaje) trochę giną w natłoku zbędnych szczegółów. bohaterkę trudno polubić, co jest plusem, a jeszcze trudniej jej kibicować. czuć brytyjski sarkazm, a krytyka klasowości, snobizmu i nowobogactwa zawsze dobrze wchodzi. nie do końca kupuję tę determinację do zabicia tylu osób i geniusz organizacji, ale w tej konwencji można na to przymknąć oko. audiobook czytany jest w dosyć irytujący sposób - to intonowanie wydaje mi się przesadzone i aż karykaturalne.
20
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] Debiut beletrystyczny Belli Mackie „Jak zabiłam swoją rodzinę” to powieść kryminalna przesiąknięta czarnym humorem. Jest to historia Grace Bernard, która po tym jak całe dzieciństwo spędziła w biedzie z matką, zemstę na rodzinie ojca, który się jej wyrzekł. Obrzydliwie bogatej, egoistycznej rodzinie. Książka jest jej zapisem, swego rodzaju pamiętnikiem pisanym w narracji pierwszoosobowej opisującym jej skrupulatnie planowane i realizowanie morderstwa. Historię tę spisuje siedząc w więzieniu, czekając na wynik apelacji do wyroku w sprawie morderstwa, którego akurat przewrotnie nie popełniła. Intryga zatem jest prosta, ale realizacja planu Grace już nie całkiem – inteligentna, sprytna, pomysłowa i zabawna wprowadza mocny aspekt komediowy powieści. Jednak pod tym kryje się coś poważniejszego – satyra naszej rzeczywistej współczesności, stylu życia i podejmowanych decyzji. Uwagi są przenikliwe, momentami bezlitosne, ale bardzo trafne. Narratorka to kobieta inteligentn...
20
Yivrett

Dobrze spędzony czas

"Jak zabiłam swoją rodzinę" autorstwa Bella Mackie wydane przez Wydawnictwo Dolnośląskie. #współpracabarterowa Grace Bernard okazała się bękartem bogatej szychy korporacyjnej - Simona Artemis. Jednak ten nie przyznaje się do córki z nieprawego łoza. Grace po śmierci matki postanawia więc zabić całą rodzinę Artemis w zemście. Dość łatwa do opisania fabuła budzi ciekawość. Zawsze jest coś pociągającego w inteligentnych socjopatach, którzy są ewidentnie inni od nas samych i starannie satysfakcjonująco planują każdą swoją zbrodnie z najmniejszymi szczegółami. Grace trochę brakuje, popełnia błędy i ma chyba trochę więcej szczęścia co początkowo mnie odrzucało. Pierwsze 50-100 stron książki nie mogłem się wciągnąć, czytało mi się ciężko i mimo świetnego przekroju fabuły nie mogłem się w tym odnaleźć.... ALE! Mamy do czynienia z czymś w rodzaju monologu, albo pamiętnika gdzie bohaterka opisuje co zrobiła w przeszłości. Forma czytana nie mogła do mnie trafić i kupiłem audiobooka czytanego ...
20
magdala36

Całkiem niezła

Niezła jest Grace Bernard ze swoim planem zbrodni doskonałych. Zabić ojca i jego najbliższą rodzinę, potwierdzić pokrewieństwo i zostać jedyną spadkobierczynią. Uważa, że kasa się jej należy. No fakt, tatuś to cyniczny gość, bezwzględny biznesmen, który nie uznał nieślubnej córki. Pal sześć nazwisko, ale nie czuł żadnej potrzeby wsparcia Grace i jej matki. Cała rodzinka to bogata klasa próżniacza. Antypatyczna przyrodnia siostra, relacjonująca swoje życie na Instagramie. Macocha, która przeniosła się Monaco. Kuzynek co prawda odciął się od rodziny, ale według Grace to czasowe. I jeszcze stryj systematycznie bywający w klubach bdsm. Tak, pozbycie się ich to także okazja do zrobienia czegoś dobrego dla społeczeństwa. Całą historię poznajemy z pamiętnika bohaterki, więc jest trochę przegadana. No ale pamiętnikom powierza się też swoje przemyślenia, nie tylko czyny. Jednak warto dotrwać do końca, bo zakończenie nagradza za momenty, w których chce się odłożyć książkę.
20

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuHow to Kill Your Fa­mily
Pro­jekt okładkiCa­ro­line Young © Har­per­Col­lin­sPu­bli­shers Ltd 2021
Ilu­stra­cja na okładce© Anna Isa­bella Schmidt
Pol­ska wer­sja okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaIWONA GAW­RYŚ
Ko­rektaUR­SZULA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght © 2021 by Bella Mac­kie Po­lish edi­tion © Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6414-8
Frag­ment Hra­biego Monte Chri­sto Alek­san­dra Du­masa w prze­kła­dzie Kle­mensa Łu­ka­sze­wi­cza.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

Ta­cie, który prze­czy­tał mi sto krwa­wych ba­jek.

Ma­mie, która prze­czy­tała mi sto po­krze­pia­ją­cych.

Ni­gdy Was nie za­biję, słowo.

Du­chy, mor­der­czych to­wa­rzy­sze my­śli,

Do mnie tu! du­szę moją od­nie­wieść­cie,

A naj­czar­niej­szym ja­dem okru­cień­stwa

Od stóp do głowy na­pełń­cie mnie całą!

Krew moją zgęść­cie (...).

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Mak­bet, tłum. Leon Ulrich

PRO­LOG

Ła­two so­bie wy­obra­zić, jak okrop­nym miej­scem jest za­kład karny w Li­me­ho­use. A może wcale nie tak ła­two? To, że nie ma tu kon­soli do gier ani te­le­wi­zo­rów z pła­skim ekra­nem, wie­cie na pewno z ga­zet. Nie ma też at­mos­fery wspól­noty ani sio­strzeń­stwa, tylko ha­łas, chaos i cią­głe wra­że­nie, że lada chwila wy­buch­nie bi­ja­tyka. Od po­czątku sta­ram się nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Mię­dzy po­sił­kami, które od biedy można by na­zwać straw­nymi, choć i to nie za­wsze, pra­wie nie opusz­czam celi. Ro­bię też, co mogę, by uni­kać mo­jej współ­lo­ka­torki, jak – ku mo­jej ro­sną­cej iry­ta­cji – ona sama lubi o so­bie mó­wić.

Kelly to jedna z tych ko­biet, które „lu­bią po­ga­dać”. W pierw­szym dniu mo­jej od­siadki, czter­na­ście dłu­gich mie­sięcy temu, klap­nęła na moje łóżko, chwy­ciła mnie dłu­ga­śnymi pa­znok­ciami za ko­lano, a po­tem po­wie­działa, że wie, co zro­bi­łam, i jest pełna po­dziwu. Przy­znam, że było to dla mnie miłą nie­spo­dzianką, bo prze­kra­cza­jąc bramy tego ob­skur­nego wię­zie­nia, spo­dzie­wa­łam się, że po­wita mnie tu bru­talna prze­moc. Ach, jacy nie­winni są lu­dzie, któ­rzy wie­dzę o wię­zien­nych re­aliach czer­pią z jed­nego ni­sko­bu­dże­to­wego se­rialu. Kelly szybko po­sta­no­wiła uczy­nić mnie swoją przy­ja­ciółką i, co gor­sza, czymś w ro­dzaju tro­feum. Przy śnia­da­niu brała mnie pod rękę i zni­żała głos, jak­by­śmy na­ra­dzały się w ja­kichś po­uf­nych spra­wach. Sły­sza­łam, jak roz­ma­wia z in­nymi więź­niar­kami, wy­zna­jąc im sce­nicz­nym szep­tem, że opo­wie­dzia­łam jej o swoim wy­stępku w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Chce mieć pre­stiż i sza­cu­nek wśród po­zo­sta­łych dziew­czyn, a kto może jej to za­pew­nić, je­śli nie mor­der­czyni córki Mor­to­nów? Strasz­nie to mę­czące.

Swoją drogą, słowo „wy­stę­pek” chyba nie do końca od­daje mi spra­wie­dli­wość. Jest ta­kie okle­pane, po­spo­lite. Wy­stęp­kiem jest kra­dzież w mar­ke­cie. Wy­stę­pek po­peł­nia ten, kto w stre­fie Tempo 30 je­dzie pięć­dzie­siąt na go­dzinę, by na­pić się cie­płej latte, za­nim roz­pocz­nie ko­lejny nudny dzień pracy w biu­rze. Ja by­łam znacz­nie bar­dziej am­bitna. Ob­my­śli­łam i zre­ali­zo­wa­łam skom­pli­ko­wany plan, któ­rego przy­czyny się­gały cza­sów na długo przed moim uro­dze­niem. A po­nie­waż nie mam w tej brzyd­kiej celi nic in­nego do ro­boty (jedna mało roz­gar­nięta te­ra­peutka po­le­ciła mi kółko po­ezji mó­wio­nej, na co za­re­ago­wa­łam taką miną, że po­tem już ani razu nie wró­ciła do tego po­my­słu), po­sta­no­wi­łam, że opo­wiem swoją hi­sto­rię. Nie jest to ła­twe za­da­nie, bio­rąc pod uwagę, że nie mam no­wo­cze­snego lap­topa, ja­kiego zwy­kle uży­wa­łam. Kiedy ostat­nio mój praw­nik wska­zał mi świa­tełko na końcu tu­nelu, po­my­śla­łam, że trzeba ja­koś spo­żyt­ko­wać spę­dzony tu­taj czas i opi­sać nie­które swoje pe­ry­pe­tie. W kan­ty­nie za­opa­trzy­łam się w cienki no­tes i smętny dłu­go­pis – kosz­to­wały mnie pięć fun­tów, czyli jedną trze­cią mo­jego ty­go­dnio­wego przy­działu. Za­po­mnij­cie o tych ga­ze­to­wych po­ra­dach, jak oszczę­dzić pie­nią­dze, sa­mo­dziel­nie przy­rzą­dza­jąc so­bie kawę na wy­nos; je­żeli na­prawdę chce­cie się na­uczyć, jak przy­ta­nić, po­miesz­kaj­cie tro­chę w za­kła­dzie kar­nym w Li­me­ho­use. Może i cała ta pi­sa­nina nie ma więk­szego sensu, ale mu­szę ja­koś za­bić otę­pia­jącą nudę, a poza tym li­czę na to, że je­śli będę spra­wiała wra­że­nie mocno za­ję­tej, Kelly i jej la­ski, jak upar­cie na­zywa swoje ko­le­żanki, prze­staną mnie nę­kać py­ta­niami, czy chcę po­oglą­dać z nimi re­ality show w sali te­le­wi­zyj­nej. „Prze­pra­szam, Kelly” – będę mo­gła od­po­wie­dzieć. „Pi­szę coś waż­nego do ape­la­cji, po­ga­damy póź­niej”. Coś mi mówi, że gdy tylko zwie­trzy szansę na zła­pa­nie ko­lej­nego sma­ko­wi­tego ką­ska na te­mat mo­jej zbrodni, po­puka się w nos ni­czym ko­miczna po­stać z książki Dicka Fran­cisa i da mi święty spo­kój.

Oczy­wi­ście nie pi­szę tej opo­wie­ści z my­ślą o Kelly. Śmiem wąt­pić, czy by­łaby w sta­nie po­jąć, co mną kie­ro­wało. Moja hi­sto­ria jest moja i tylko moja. Wiem, że gdy­bym ją opu­bli­ko­wała, czy­tel­nicy by się na nią rzu­cili, ale to oczy­wi­ście nie­moż­liwe. Co nie zmie­nia faktu, że miło jest po­my­śleć, iż lu­dzie nie mo­gliby się od niej ode­rwać. Sta­łaby się be­st­sel­le­rem, tłumy wa­li­łyby do księ­garń, by zro­zu­mieć tra­ge­dię mło­dej ko­biety, która do­pu­ściła się okrut­nej zbrodni. Bru­kowce od mie­sięcy dru­kują tek­sty na mój te­mat, a opi­nia pu­bliczna wciąż nie ma dość psy­cho­lo­gów od sied­miu bo­le­ści, któ­rzy na­mięt­nie dia­gno­zują mnie na od­le­głość, ani twit­te­ro­wych non­kon­for­mi­stów, na prze­kór wszyst­kim bro­nią­cych mo­ich uczyn­ków. To, co zro­bi­łam, fa­scy­nuje lu­dzi do tego stop­nia, że są na­wet go­towi obej­rzeć na Chan­nel 5 na­prędce skle­cony do­ku­ment o mnie, w któ­rym gruby astro­log stwier­dza, że wszystko prze­po­wie­dział mój znak zo­diaku.

Jed­nym sło­wem, wiem na pewno, że książka zro­bi­łaby fu­rorę. Moja sprawa i tak zy­skała już ogromny roz­głos, a prze­cież na­wet nie zdą­ży­łam ni­czego po­rząd­nie wy­ja­śnić. Cały pa­ra­doks sy­tu­acji po­lega na tym, że nikt nie wie o mo­ich praw­dzi­wych zbrod­niach. Wy­miar spra­wie­dli­wo­ści w tym kraju to żart, a naj­lep­szą tego ilu­stra­cją jest na­stę­pu­jące zda­nie: za­bi­łam kilka osób (jedne bru­tal­nie, inne ze spo­ko­jem), lecz gniję w pier­dlu za mor­der­stwo, któ­rego nie po­peł­ni­łam.

Gdyby zbrod­nie, które mam na su­mie­niu, wy­szły na jaw, okry­łyby moje imię sławą na de­kady albo i całe wieki – to zna­czy, o ile ludz­kość zdoła tyle prze­trwać. Dok­tor Crip­pen, Fred West, Ted Bundy, Liz­zie Bor­den i ja, Grace Ber­nard. Choć szcze­rze mó­wiąc, nie do końca mi się to uśmie­cha. Nie je­stem ama­torką ani im­be­cylką. Gdy­by­ście zo­ba­czyli mnie na ulicy, pa­trzy­li­by­ście na mnie z po­dzi­wem. Może wła­śnie dla­tego Kelly trzyma ze mną sztamę, za­miast – tak jak się spo­dzie­wa­łam – stłuc mnie na kwa­śne jabłko. Na­wet tu, za kra­tami, udaje mi się za­cho­wać pe­wien wy­tworny chłód, przez który słab­sze ode mnie roz­pacz­li­wie pra­gną się prze­bić. Mimo po­peł­nio­nych zbrodni do­staję po­dobno całe worki li­stów – lu­dzie wy­znają mi mi­łość i uwiel­bie­nie albo py­tają, gdzie ku­pi­łam su­kienkę, którą mia­łam na so­bie w pierw­szym dniu pro­cesu. (To była Rok­sanda, je­śli was to in­te­re­suje. Nie­stety, za­le­d­wie mie­siąc póź­niej żona pre­miera, niech ją pie­kło po­chło­nie, po­ka­zała się w czymś bar­dzo po­dob­nym). Nie bra­kuje też li­stów prze­peł­nio­nych nie­na­wi­ścią. Cza­sem pi­szą je na­prawdę chore typy, któ­rym się wy­daje, że prze­sy­łam im wia­do­mo­ści drogą te­le­pa­tyczną. Trudno się oprzeć wra­że­niu, że lu­dzie rze­czy­wi­ście chcie­liby mnie po­znać, za­im­po­no­wać mi, na­śla­do­wać mnie – je­śli nie w uczyn­kach, to przy­naj­mniej w sty­li­za­cjach. Ale to nie­ważne, bo i tak tego nie czy­tam. Wszystko tra­fia do mo­jego ad­wo­kata. Nie­zbyt mnie ob­cho­dzi, kim je­stem dla ob­cych, któ­rzy nie mają do ro­boty nic lep­szego niż pi­sa­nie do mor­der­czyni.

Może je­stem zbyt wy­ro­zu­miała dla opi­nii pu­blicz­nej, nie­po­trzeb­nie do­szu­ku­jąc się w tych lu­dziach zło­żo­nych emo­cji. Może całe to upo­rczywe i go­rącz­kowe za­in­te­re­so­wa­nie moją sprawą naj­ła­twiej wy­tłu­ma­czyć za po­mocą brzy­twy Ockhama, czyli twier­dze­nia, iż naj­prost­sza od­po­wiedź jest za­zwy­czaj wła­ściwa. In­nymi słowy, moje imię i na­zwi­sko przej­dzie do hi­sto­rii z cał­kiem pro­za­icz­nego po­wodu, a mia­no­wi­cie dla­tego, że mi­ło­sne trój­kąty roz­pa­lają ludzką wy­obraź­nię jak nic in­nego. Kiedy jed­nak po­my­ślę so­bie, co na­prawdę zro­bi­łam, tro­chę mi żal, że nikt się nie do­wie o tam­tym mi­ster­nym przed­się­wzię­ciu. Pew­nie, że wolę, aby uszło mi to na su­cho, ale może kie­dyś, wiele lat po mo­jej śmierci, ktoś otwo­rzy starą ka­setkę i znaj­dzie w niej to wy­zna­nie? Opi­nia pu­bliczna bę­dzie wstrzą­śnięta. W końcu mało kto na tym świe­cie zdoła zro­zu­mieć, jak można przed dwu­dzie­stym ósmym ro­kiem ży­cia za­bić z zimną krwią sze­ścioro człon­ków wła­snej ro­dziny, po czym jak gdyby ni­gdy nic żyć so­bie da­lej bez cie­nia skru­chy.

ROZ­DZIAŁ 1

Wy­sia­dam z sa­mo­lotu i ude­rza we mnie ten wspa­niały po­dmuch go­rą­cego po­wie­trza, który Bry­tyj­czycy po­dró­żu­jący do cie­płych kra­jów nie­zmien­nie wi­tają dra­ma­tycz­nym okrzy­kiem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że więk­szość miesz­kań­ców Ziemi nie jest ska­zana na kli­mat oscy­lu­jący mię­dzy chło­dem a sza­rugą. Po lot­ni­skach po­ru­szam się spraw­nie, a dziś na­wet bar­dziej niż zwy­kle, bo chcę unik­nąć męż­czy­zny, obok któ­rego mia­łam pe­cha sie­dzieć przez cały lot. Amir przed­sta­wił mi się, gdy tylko za­pię­łam pas bez­pie­czeń­stwa. Wy­glą­dał na trzy­dzie­ści kilka lat, a do ko­szuli, która na­pi­nała mu się roz­pacz­li­wie na ko­micz­nie wręcz wy­rzeź­bio­nej klatce pier­sio­wej, wło­żył z so­bie tylko zna­nego po­wodu błysz­czące spodnie dre­sowe. Na sto­pach, o zgrozo, miał klapki ba­se­nowe Gucci i skar­petki pod ko­lor. Po­waż­nie się za­sta­na­wia­łam, czy nie po­pro­sić ste­war­desy o inne miej­sce, ale stra­ci­łam ją z oczu i kiedy sa­mo­lot za­czął ko­ło­wać po pły­cie lot­ni­ska, by­łam już uwię­ziona mię­dzy oknem a tym stroj­nym sam­cem o po­stu­rze drwala.

Amir je­chał do Pu­erto Ba­nús – ja też, ale za­cho­wa­łam ten fakt dla sie­bie. Miał trzy­dzie­ści osiem lat, zaj­mo­wał się czymś, co miało zwią­zek z klu­bami noc­nymi, i kilka razy po­wta­rzał, że „lubi za­sza­leć”. Za­mknę­łam oczy, kiedy naj­pierw przy­nu­dzał o ży­ciu w Mar­belli, a po­tem roz­wo­dził się nad pro­ble­mami, z któ­rymi mie­rzy się co roku, gdy spro­wa­dza na se­zon letni swoje ulu­bione sa­mo­chody. W ogóle się nie zra­żał moją nie­za­chę­ca­jącą mową ciała i w końcu by­łam zmu­szona po­wie­dzieć coś o so­bie. Lecę od­wie­dzić przy­ja­ciółkę, wy­ja­śni­łam. Nie, nie w Pu­erto Ba­nús, ka­wa­łek od wy­brzeża. Ra­czej nie wy­pra­wimy się do mia­sta, by za­kosz­to­wać roz­ko­szy klubu noc­nego Glit­ter.

– Po­trze­bu­je­cie sa­mo­chodu? – spy­tał ten wy­rwi­dąb. – Mogę wam dać za­je­bi­stą brykę, po­wiedz tylko słowo, a za­ła­twię wam faj­nego merca na cały po­byt.

Od­mó­wi­łam, jak umia­łam naj­grzecz­niej, po czym oznaj­mi­łam sta­now­czo, że mam tro­chę pil­nej pracy.

Gdy za­czę­li­śmy scho­dzić do lą­do­wa­nia, Amir wy­czuł szansę i przy­po­mniał mi, że trzeba za­mknąć lap­topa. Znów, chcąc nie chcąc, da­łam się wcią­gnąć w roz­mowę, pil­no­wa­łam się jed­nak, by nie po­wie­dzieć mu, jak się na­zy­wam, ani nie zdra­dzić żad­nych in­nych in­for­ma­cji na swój te­mat. Strasz­nie mnie wku­rzał tą swoją aten­cją – spe­cjal­nie ubra­łam się w czarne spodnie, ko­szulę i mia­łam zero ma­ki­jażu, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Żad­nej bi­żu­te­rii ani cha­rak­te­ry­stycz­nych ozdób – ni­czego, co przy­pad­kowo po­znana osoba mo­głaby so­bie póź­niej przy­po­mnieć na prze­słu­cha­niu. Czy­sto hi­po­te­tycz­nym, bo prze­cież je­stem zwy­kłą dziew­czyną, jedną z ty­sięcy, które po­sta­no­wiły tego lata wy­je­chać na urlop do Mar­belli.

Czas spę­dzony ze mną w trak­cie lotu bę­dzie mu­siał Ami­rowi wy­star­czyć, zresztą jak dla mnie to i tak było o wiele za długo. Prze­dzie­ram się te­raz do wyj­ścia, z uśmie­chem na ustach wpy­cham się na przód ko­lejki do od­prawy pasz­por­to­wej, a po­tem ru­szam pro­sto do hali od­bioru ba­gażu. Gdy za­czyna tam przy­by­wać lu­dzi, staję za jed­nym ze słu­pów i wle­piam wzrok w te­le­fon. Parę mi­nut póź­niej wy­ła­nia się moja wa­lizka. Chwy­tam ją prędko, ob­ra­cam się na pię­cie i ru­szam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do wyj­ścia. Po­tem jed­nak świta mi w gło­wie pewna myśl.

Kiedy Amir wy­cho­dzi z bu­dynku lot­ni­ska, stoję na wprost drzwi oparta o ba­rierkę. Na mój wi­dok twarz mu się roz­ja­śnia; wciąga brzuch i wy­pina pierś.

– Roz­glą­da­łem się za tobą! – woła, ge­sty­ku­lu­jąc ręką, na któ­rej błysz­czy złoty ze­ga­rek.

– No tak, prze­pra­szam. Bar­dzo się spie­szę, bo je­stem umó­wiona z przy­ja­ciółką na lunch i nie chcę się spóź­nić. Ale nie mo­głam tak uciec bez po­że­gna­nia.

– No to umówmy się na któ­ryś wie­czór. Daj mi swój nu­mer i się spik­niemy.

Ni­gdy w ży­ciu, ale je­śli mam do­stać od niego to, czego chcę, to nie mogę go do sie­bie znie­chę­cić.

– Wiesz co, Amir, mam nowy te­le­fon i za cho­lerę nie po­tra­fię za­pa­mię­tać nu­meru. Ty daj mi swój i się ode­zwę. – Uśmie­cham się i do­ty­kam lekko jego ra­mie­nia.

Za­pi­suję nu­mer w te­le­fo­nie, grzecz­nie od­ma­wiam, gdy Amir pro­po­nuje mi pod­wózkę, i ma­cham ręką na do wi­dze­nia.

– Amir! – wo­łam za nim po chwili. – Z tym sa­mo­cho­dem to na­dal ak­tu­alne?

*

Po­dróż wy­po­ży­czo­nym au­tem z lot­ni­ska do wy­na­ję­tego miesz­ka­nia prze­biega dość gładko i trwa nie­całe dwie go­dziny. Zna­la­złam to miesz­ka­nie na Airbnb i umó­wi­łam się z wła­ści­cielką na płat­ność go­tówką, żeby po trans­ak­cji nie było śladu. Zgo­dziła się od razu, bo za­pro­po­no­wa­łam po­dwójną stawkę. Kupa forsy, zwłasz­cza w se­zo­nie, ale to mój je­dyny ty­dzień urlopu i za­leży mi na pchnię­ciu spraw na­przód, więc nie ża­łuję pie­nię­dzy. Miesz­kanko jest cia­sne, wy­stro­jem przy­po­mina kli­nikę ko­sme­tyczną z lat osiem­dzie­sią­tych (tyle że plus por­ce­la­nowe lalki). Mam wielką ochotę roz­pro­sto­wać ko­ści i zo­ba­czyć mo­rze, ale czas mnie goni.

Zro­bi­łam roz­po­zna­nie – na tyle, na ile to moż­liwe w przy­padku dwojga sta­rych dzia­der­sów, któ­rzy jak na złość pra­wie nie udzie­lają się w in­ter­ne­cie. Na tej pod­sta­wie do­my­ślam się, gdzie mogę ich za­stać dziś wie­czo­rem. Z pro­filu fa­ce­bo­oko­wego Ka­th­leen (który na szczę­ście jest pu­bliczny; chwała Bogu, że lu­dzie w tym wieku nie ogar­niają usta­wień pry­wat­no­ści) wy­de­du­ko­wa­łam, że Ar­te­mis se­nior i jego mał­żonka – w chwi­lach wol­nych od psio­cze­nia na wszech­obec­ność Hisz­pa­nów w Hisz­pa­nii – naj­czę­ściej kur­sują mię­dzy re­stau­ra­cją Villa Bianca przy sa­mej plaży a ka­sy­nem Di­nero na przed­mie­ściach. W re­stau­ra­cji za­re­zer­wo­wa­łam sto­lik na wie­czór.

Żeby była ja­sność: sama nie do końca wiem, co ro­bię. Mam dwa­dzie­ścia cztery lata i od wielu lat za­sta­na­wiam się, jak naj­le­piej po­mścić swoją matkę, ale ni­gdy przed­tem nie zde­cy­do­wa­łam się na tak śmiały krok. Do tej pory sku­pia­łam się głów­nie na ka­rie­rze, od­kła­da­niu pie­nię­dzy, zbie­ra­niu in­for­ma­cji na te­mat człon­ków ro­dziny i pró­bach zbli­że­nia się do nich. Była to praca ty­leż nie­zbędna, co bar­dzo żmudna. Oczy­wi­ście je­stem go­towa do po­świę­ceń, bo przy­bli­żają mnie one do celu, ale jak Boga ko­cham, nie jest ła­two uda­wać, że in­te­re­sują mnie ba­da­nia opi­nii klien­tów, tu­dzież brać udział w do­bro­wol­nych (czy­taj: obo­wiąz­ko­wych) piąt­ko­wych wyj­ściach in­te­gra­cyj­nych. Gdy­bym wie­działa, że przyj­dzie mi pić Ja­ger­bomby z ludźmi, któ­rzy z wła­snej woli ro­bią w mar­ke­tingu, da­ła­bym so­bie naj­pierw tro­chę czasu, żeby zre­se­ar­cho­wać tre­pa­na­cję czaszki. Może zresztą wła­śnie dla­tego tak mi się spie­szy, by zro­bić ten pierw­szy duży krok – chcę udo­wod­nić sama so­bie, że po­su­wam się na­przód i że je­stem w sta­nie do­ko­nać tego, o czym prze­my­śli­wam od je­de­na­stu lat. Cho­ciaż trzeba spoj­rzeć praw­dzie w oczy: nie je­stem ja­koś su­per przy­go­to­wana. Za­mie­rza­łam mieć w chwili przy­jazdu do Mar­belli go­towy plan, per­fek­cyjny ka­mu­flaż i wszystko do­kład­nie ob­li­czone. Tym­cza­sem sie­dzę w miesz­ka­niu, które śmier­dzi tak, jakby cho­mik zdechł pod szafą, a ktoś, nie wie­dząc, skąd ten smród się bie­rze, przez pół roku trak­to­wał wszyst­kie za­ka­marki ja­kimś moc­nym środ­kiem. Mam w gło­wie pe­wien plan, ale nie wiem, czy uda mi się go zre­ali­zo­wać. Przy­wio­złam ze sobą pe­rukę ku­pioną w skle­pie ko­sme­tycz­nym w Fins­bury Park, która w bla­sku skle­po­wych świe­tló­wek spra­wiała cał­kiem prze­ko­nu­jące wra­że­nie, na­to­miast w hisz­pań­skim słońcu wy­gląda, jakby w każ­dej chwili mo­gła się za­pa­lić. Mimo tego lęku zwią­za­nego z nie­przy­go­to­wa­niem ogar­nia mnie te­raz dresz­czyk emo­cji. Za­kła­da­jąc pe­rukę, a po­tem ro­biąc so­bie ma­ki­jaż, czuję się tak, jak­bym wcale nie za­mie­rzała za­mor­do­wać wła­snych dziad­ków, tylko szy­ko­wała się na cu­downą randkę.

*

Ostat­nie zda­nie to oczy­wi­ście prze­sada. Nie chcę ich za­bić dziś wie­czo­rem, nie je­stem taka głu­pia. Mu­szę naj­pierw im się przyj­rzeć, po­słu­chać, o czym będą roz­ma­wiali, zo­rien­to­wać się, ja­kie mają plany na ten ty­dzień, kilka razy ob­ró­cić au­tem do miej­sca, gdzie miesz­kają, no i jesz­cze – bar­dzo ważne – ode­brać od Amira obie­cany wóz. Sama nie wiem, czy ten sa­mo­chód to do­wód na to, że je­stem nie­ogar­nięta i po­win­nam odło­żyć swój plan w cza­sie, czy jed­nak pre­zent od bli­żej nie­okre­ślo­nego bó­stwa. Prze­ko­najmy się!

Dawno już po­sta­no­wi­łam, że Ka­th­leen i Je­remy Ar­te­mi­so­wie pierwsi opusz­czą ten świat. Z kilku po­wo­dów; rów­nież dla­tego, że i tak są już sta­rzy, więc co za róż­nica. Starcy, któ­rzy nic nie ro­bią, tylko wy­dają swoje eme­ry­tury i ja­ło­wieją w ulu­bio­nych fo­te­lach, to kiep­ska re­klama ludz­ko­ści, tak uwa­żam. Faj­nie, że dzięki po­stę­powi me­dy­cyny i pro­mo­cji zdro­wego trybu ży­cia udało nam się spra­wić, że lu­dzie żyją dłu­żej; szkoda tylko, że ci sami lu­dzie zaj­mują po­tem cenne łóżka i stają się co­raz wred­niejsi, aż w końcu zmie­niają się w ha­mulce po­stępu zaj­mu­jące po­kój, w któ­rym czło­wiek urzą­dziłby so­bie pra­cow­nię.

Nie rób­cie ta­kich min, do­brze wiem, że ma­cie po­dobne prze­my­śle­nia. Niech lu­dzie cie­szą się ży­ciem, a koło sie­dem­dzie­siątki zmia­tają z tego pa­dołu. Ja­kim trzeba być nu­dzia­rzem, żeby pra­gnąć do­żyć setki? Po co to wszystko – dla jed­nego zdaw­ko­wego li­stu od kró­lo­wej? Tak na­prawdę wy­rzą­dzam wszyst­kim wielką przy­sługę. Mó­wimy prze­cież o sta­rych, nie­po­trzeb­nych lu­dziach, o cho­dzą­cych de­fi­ni­cjach dar­mo­zjada. Kie­li­szek wina do lun­chu, po­obied­nia drzemka, spa­ce­rek po skle­pach z ob­cia­chową bi­żu­te­rią i szpa­ner­skimi ze­gar­kami. On gra w golfa, ona cią­gle wstrzy­kuje coś so­bie pod skórę, przez co z twa­rzy przy­po­mina bar­dzo stare dziecko. Nie są warci po­wie­trza, któ­rym od­dy­chają, a jesz­cze na­wet nie zdą­ży­łam wam opo­wie­dzieć, jacy z nich ra­si­ści.

Oczy­wi­ście mam w tej grze swój in­te­res. Nie je­stem Ha­rol­dem Ship­ma­nem, bez­tro­sko mor­du­ją­cym sta­rusz­ków w ilo­ściach hur­to­wych. Ja chcę za­bić tylko dwoje, reszta niech so­bie da­lej ogląda Em­mer­dale i ku­puje chu­jowe pre­zenty dla wnu­ków, któ­rzy zie­wają na samo wspo­mnie­nie ich wi­zyty. Ści­śle rzecz bio­rąc, są to moi dziad­ko­wie, ale ni­gdy ich nie po­zna­łam i przez całe ży­cie nie do­sta­łam od nich na­wet to­ble­rone. Wie­dzą jed­nak o moim ist­nie­niu.

Już wy­ja­śniam. Sama przez wiele lat nie by­łam tego świa­doma; wy­da­wało mi się, że Si­mon, mój oj­ciec, zdo­łał utrzy­mać wia­do­mość o tym, że ist­nieję, w ta­jem­nicy, ale przy­ja­ciółka mo­jej matki He­lene od­wie­dziła mnie nie­dawno w Lon­dy­nie i przy bu­telce wina wy­znała, że spo­tkała się z nimi przed laty, na krótko przed wy­jaz­dem do Pa­ryża. Miała po­czu­cie, że po­rzu­ca­jąc mnie, spra­wia za­wód mo­jej pięk­nej matce. Biedna Ma­rie, Boże świeć nad jej du­szą. He­lene przy­szedł wtedy do głowy tylko je­den spo­sób, aby ukoić drę­czące ją wy­rzuty su­mie­nia. Na­mie­rzyła mo­ich dziad­ków w sieci, a po­tem zna­la­zła ich lon­dyń­ski ad­res w re­je­strze przed­się­bior­ców. Na­chy­li­łam się ku niej przez stół, tak bar­dzo chcia­łam wie­dzieć, co jej po­wie­dzieli, za­pi­sać tę nową in­for­ma­cję w swo­jej pa­mięci. Oczy­wi­ście sama wiele razy jeź­dzi­łam pod ich dom, za­nim jesz­cze prze­nie­śli się na stałe do Hisz­pa­nii. Go­dzi­nami cza­to­wa­łam po dru­giej stro­nie ulicy, cza­sem też po­dą­ża­łam za ich pro­wa­dzo­nym przez szo­fera sa­mo­cho­dem, je­śli aku­rat zda­rzyło im się do­kądś wyjść. Do głowy mi jed­nak nie przy­szło, żeby z nimi po­roz­ma­wiać. Tro­chę po­dzi­wia­łam He­lene, a tro­chę by­łam na nią wście­kła, że ni­gdy wcze­śniej mi nie po­wie­działa o tam­tym spo­tka­niu.

Opo­wia­da­nie o tym, jak nie­udana była to wi­zyta, przy­cho­dziło jej z wy­raź­nym tru­dem; ani razu nie spoj­rzała mi w oczy, kiedy mó­wiła, że naj­pierw, jak tylko usły­szeli, kim jest, za­trza­snęli jej drzwi przed no­sem. Nie dała jed­nak za wy­graną i w końcu wpu­ścili ją do środka, choć tylko po to, by lo­do­wa­tym to­nem oznaj­mić, że wie­dzą wszystko o mnie i mo­jej „po­twor­nej” matce. Gdy tego słu­cha­łam, za­częło mi szu­mieć w uszach; dra­pa­łam się po szyi i tylko cze­ka­łam, aż zrobi mi się gula w gar­dle. He­lene wy­ja­śniła, że dziad­ko­wie wie­dzieli o mnie od sa­mego po­czątku, od­kąd ich „biedny” syn zja­wił się u nich nie­spo­dzie­wa­nie póź­nym wie­czo­rem i cho­dząc od ściany do ściany, wy­znał, że wpa­ko­wał się w kło­poty. We­dług Je­remy’ego, który wziął na sie­bie cię­żar roz­mowy, bo Ka­th­leen przez cały czas sie­działa sztywno na ka­na­pie i są­czyła gin z to­ni­kiem, Si­mon spy­tał go, jak ma o tym po­wie­dzieć swo­jej żo­nie Ja­nine. Stwier­dził też, że trzeba bę­dzie ło­żyć na moje utrzy­ma­nie.

– Czyli w pew­nym sen­sie chciał do­brze – za­uwa­żyła nie­śmiało He­lene, od­sta­wia­jąc kie­li­szek i ba­wiąc się wło­sami.

Pu­ści­łam ten ko­men­tarz mimo uszu i po­pro­si­łam, żeby mó­wiła da­lej. Nie ob­cho­dziły mnie ani tro­chę jego ża­ło­sne próby ra­to­wa­nia wła­snego su­mie­nia.

Je­remy z dumą oznaj­mił He­lene, że w parę go­dzin wy­bili mu ten po­mysł z głowy. Prze­ko­nali go, że Ma­rie zro­biła to spe­cjal­nie, dla pie­nię­dzy, i ostrze­gli, że Ja­nine ni­gdy się po tym nie otrzą­śnie. „Si­mon po­peł­nił głup­stwo, ja­kie przy­da­rza się wielu mło­dym męż­czy­znom” – po­wie­dział. „Przy­kro mi, że ta dziew­czyna wy­cho­wuje się bez ro­dzi­ców, ale wielu miało w ży­ciu jesz­cze go­rzej niż ona. Ja stra­ci­łem matkę w mło­dym wieku, a nie cho­dzę że­brać po ob­cych lu­dziach”. He­lene wdała się z nim w kłót­nię, krzyk­nęła, że to nie­prawda, że Ma­rie pró­bo­wała zła­pać Si­mona w si­dła. Moja matka w ogóle nie miała po­ję­cia, że on po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny ani że jest żo­naty, do­wie­działa się o tym znacz­nie póź­niej. Ale oni nie chcieli o tym sły­szeć. Ka­th­leen znie­nacka wstała z ka­napy i wrza­snęła: „Ta dzie­wu­cha chciała osku­bać mo­jego syna! Je­śli pani się zdaje, że córka pani przy­ja­ciółki co­kol­wiek wskóra, pró­bu­jąc to roz­grze­bać, to jest pani tak samo na­iwna jak ona!”. I na tym się skoń­czyło. We­dług re­la­cji He­lene, która do­piła wino i ge­sty­ku­lo­wała co­raz ener­gicz­niej, Ka­th­leen za­częła na­gle pła­kać i bić męża w piersi. Chwy­cił ją za ręce i siłą po­sa­dził na ka­na­pie. Po­tem zwró­cił się do He­lene, która stała w drzwiach lekko oszo­ło­miona: „Zde­ner­wo­wała pani moją żonę i po­psuła nam wie­czór. Pro­szę na­tych­miast opu­ścić mój dom i niech pani przy­pad­kiem nie pró­buje tego sa­mego z moim sy­nem. Za­dzwo­nimy do na­szych praw­ni­ków i prę­dzej zo­sta­nie pani bez da­chu nad głową, niż spo­tka się z nami w są­dzie”.

– Aż się wtedy trzę­słam – przy­znała He­lene – bo w tego czło­wieka jakby coś wstą­piło. Oczy miał wy­trzesz­czone, a siwe włosy ster­czały mu te­raz na wszyst­kie strony. A chyba naj­dziw­niej­sze było to, że kom­plet­nie zmie­nił mu się ak­cent. Na po­czątku roz­mowy mó­wił jak ty­powy an­giel­ski dżen­tel­men, a kiedy wy­cho­dzi­łam, przy­po­mi­nał mi bar­dziej ulicz­nych han­dla­rzy z mo­jego ro­dzin­nego mia­steczka. Prze­pra­szam. Zro­bi­łam, co mo­głam, li­czy­łam po ci­chu, że jego ro­dzice są milsi, bar­dziej współ­czu­jący. Że będą chcieli po­znać swoją piękną wnuczkę, na li­tość bo­ską! Ale nie. Może i po­wio­dło im się w ży­ciu, Grace, ale tak na­prawdę to zwy­kłe ła­chu­dry.

A więc są sta­rzy, wredni i zaj­mują cenną prze­strzeń. Samo to już wy­star­czy­łoby za po­wód, żeby po­móc im się roz­stać ze świa­tem w mniej przy­jem­nych oko­licz­no­ściach, niż były im pi­sane. Je­śli jed­nak mam być zu­peł­nie szczera, cho­dzi przede wszyst­kim o to, że wie­dzieli. Wie­dzieli o mo­jej matce. Wie­dzieli o mnie. Pół biedy, gdyby tylko mach­nęli ręką i nie zro­bili nic. Ale oni na­sta­wili Si­mona prze­ciwko Ma­rie, zwa­lili wszystko na nią, na He­lene, na kluby, na ko­le­gów, któ­rzy spro­wa­dzili go na złą drogę. Mieli pre­ten­sje do wszyst­kich poza Si­mo­nem. Wy­kpił się od oj­cow­skich obo­wiąz­ków przy wy­dat­nej po­mocy swo­jej ro­dziny. Wcze­śniej my­śla­łam, że żyli w bło­giej nie­świa­do­mo­ści, nie mieli po­ję­cia, że ich syn wy­parł się wła­snej córki, a jej matkę zo­sta­wił bez środ­ków do ży­cia. Tym­cza­sem oni wła­śnie tego chcieli. I to za­wa­żyło. Dla­tego umrą pierwsi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki