Jak wymówić knife - Souvankham Thammavongsa - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Jak wymówić knife ebook i audiobook

Souvankham Thammavongsa

3,9

18 osób interesuje się tą książką

Opis

"Jak wymówić knife" to czternaście krótkich opowiadań o uchodźcach z Laosu, spisanych oszczędną, intymną prozą, nasyconą ładunkiem emocjonalnym i błyskotliwym dowcipem. Mamy tu przegranego boksera, który maluje paznokcie w lokalnym salonie. Kobietę oskubującą pióra w przetwórni kurczaków. Matkę uczącą córkę sztuki łapania robaków. To opowieści o ludziach, którzy muszą zaczynać wszystko od nowa, jakby życie, które mieli, nie miało znaczenia. To ludzie, którzy chcą jedynie znaleźć pracę, kochać, nazwać jakieś miejsce swoim, przetrwać. I właśnie to robią w niniejszych historiach - pogodnie, zaciekle, niezapomnianie.

 

Miłka Raulin o książce:

 

"Jak wymówić knife" to zbiór z pozoru niepowiązanych ze sobą historii, które łączy jeden element – Laos – ojczyzna bohaterów. Jak wymówić knfie opowiada o losach uchodźców, ich zmaganiach w nowej rzeczywistości, poczuciu wyobcowania i nieprzynależności. To historie o walce z nieprzechylnością, stereotypami, a czasem ich łamaniem. To losy ludzi wrzuconych w nową rolę – rolę uchodźcy. To opowieść o próbach przystosowania się i tęsknocie za domem – za miejscem, w którym ważne są nie tylko bezpieczne cztery ściany i laotańska kuchnia, ale przede wszystkim ojczysty język słyszany na ulicy. 

 

 

Miłka Raulinzdobywczni Korony Ziemi oraz trzecia i najmłodsza Polka z Trawersem Grenlandii. Laureatka licznych nagród m.in. Forbes „Leader of future”, RedBull, nagrody Magellana. Nominowana do Telekamer 2022. Autorka książek, pomysłodawczyni rajdu Południe-Północ, czyli rowerowej lekcji historii z okazji odzyskania przez Polskę niepodległości. 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 139

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 28 min

Lektor: Anna Ryźlak

Oceny
3,9 (122 oceny)
39
44
31
7
1
Sortuj według:
Unwantedxhost

Nie oderwiesz się od lektury

Ten zbiór opowiadań jest świetny. Za prostymi czynnościami wykonywaniu przez bohaterów, kryje się próba wpasowania w nową codzienność, otoczenie. To opowiadania o tym jak na nowo odbudować życie - w nowym miejscu, innej kulturze i w otoczeniu nowego języka. A wszystko w sposób prosty, przyjazny w odbiorze, momentami zabawny.
40
AStrach

Dobrze spędzony czas

Wciągają i pouczają, polecam !
10
Mosley
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

„Jak wymówić knife” to piękna i ujmująca kolekcja krótkich opowiadań o życiu laotańskich uchodźców, i ich dzieci, odbudowujących swoje życie w Ameryce Północnej z dala od wojny i śmierci, ale w zupełnie nowej rzeczywistości ze wszystkimi elementami wyobcowania, poczucia nieprzynależności, traumy i tęsknoty za dawnym życiem. Mamy tu małą dziewczynkę, która nauczona przez ojca źle wymawia słowo knife, przez co dochodzi do nieprzyjemnej dla niej sytuacji w szkole, starszą kobietę wplątującą się w romans z młodszym mężczyzną, zdradzanego męża pragnącego miłości, byłego boksera malującego paznokcie w salonie kosmetycznym, dziewczynę marzącą o urodzie, ojca „niszczącego” ślub córki, matkę i żonę zakochaną w muzyku country (moje ulubione), ale także wiele więcej. I niby każda z tych historii jest inna, ale wszystkie niosą ze sobą podobną prawdę o życiu, rodzinie, bólu, braku nadziei, tęsknocie, pragnieniach i miłości. Chwilami przygnębiającą, choć niezwykle piękną w swej prostocie. „Jak w...
10
Yanadis

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna rzecz. Krótkie i zaskakująco zróżnicowane opowiadania o samotności, niedostosowaniu i konfrontacji z obcą kulturą. To też bardzo "emigrancka" proza. Cieszę się, że trafiłam na ten zbiór. Autorka ma wyrazisty styl, prosty, ale emocjonalny. Liczę na większą reprezentację literatury z Azji Południowo-Wschodniej w polskiej ofercie wydawniczej.
00
maobmaze

Całkiem niezła

Zanim sięgnęłam po "Jak wymówić knife?" wiedziałam o tej książce jedynie tyle, że jest to zbiór opowiadań o uchodźcach z Laosu. Byłam ciekawa, jak z perspektywy emigrantki odbiorę tę pozycję. Fakt faktem, nie wyjechałam ze swojej ojczyzny z obawy o życie, ale byłam pewna, że odczucia emigrantów i uchodźców na pewno choć trochę się pokrywają. Miałam mieszane odczucia po przeczytaniu tej książki. Dałam więc sobie czas, aby przetrawić każde opowiadanie. "Jak wymówić knife" to zbiór czternastu historii, które przedstawiają losy laotańskich uchodźców. Losy ludzi, którzy zmuszeni byli opuścić swój kraj, by móc zapewnić sobie i swojej rodzinie bezpieczeństwo. Musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości czasem wrogiej i nieprzyjemnej. Rzeczywistości, w której nie znali języka, a różnice kulturowe były widoczne gołym okiem. Rzeczywistości, która choć bezpieczna, to momentami smutna i przytłaczająca. Wiem, jaki miałam problem z tą książką. Chciałam ją ocenić jako całokształt, ...
00

Popularność




Mamie,taciei Johnowizato,żesą.

JAK WYMÓWIĆ KNIFE

Liścik został napisany na maszynie, złożony dwa razy i przypięty do piersi dziewczynki. Nie dało się go przeoczyć. Ale tak jak w przypadku wszystkich innych listów, które wracały z dziećmi do domu, matka wyjęła szpilkę i wyrzuciła kartkę do kosza. „Gdyby to było ważne, ktoś by zadzwonił. A nikt tego nie zrobił”, pomyślała.

Rodzina żyła w małym dwupokojowym mieszkaniu. Na ścianie salonu wisiał niewielki obrazek z brązowym łukiem na środku. Ów łuk miał być mostem, a pomarańczowe i czerwone plamy wokół niego przypominać drzewa. Kiedyś namalował go ojciec; teraz już się tym nie zajmował. Po powrocie z pracy do domu najpierw ściągał buty. A potem dawał gazetę córce, która rozkładała kartki na podłodze, tak by tworzyły kwadrat. Wokół tego kwadratu siadano do kolacji.

Zawsze jedli kapustę i flaczki wieprzowe, które rzeźnik albo wyrzucał, albo sprzedawał za bezcen, więc matka dziewczynki kupowała worek za workiem i wkładała do lodówki. Przyrządzała je na wiele sposobów: w bulionie z imbirem i makaronem, grillowane na węglu drzewnym, duszone ze świeżym koperkiem lub tak, jak córka lubiła najbardziej – pieczone w piekarniku z trawą cytrynową i solą. Kiedy dziewczynka zabierała takie jedzenie do szkoły, inne dzieci dokuczały jej z powodu przykrego zapachu. Zawsze odpowiadała gniewnie: „Nie poznalibyście, że coś jest dobre, nawet gdyby dwieście kilo tego usiadło wam na łbach!”.

Kiedy rodzina zasiadła już do kolacji, dziewczynka pomyślała o kartkach, które wyrzucała matka. W zeszłym tygodniu było ich bardzo dużo, więc może to coś ważnego. Słuchała, jak ojciec martwił się o wypłatę, przyjaciół i o to, jak udaje im się utrzymać w tym nowym kraju. Powiedział, że jego przyjaciele, którzy w Laosie byli wykształceni i mieli świetną pracę, teraz zajmują się zbieraniem dżdżownic lub muszą słuchać poleceń pryszczatych nastolatków. Jednak nie mieli wyboru, zaczynali wszystko od nowa, tak jakby życie, jakie wiedli wcześniej, było bez znaczenia.

Dziewczynka chciała jedną z tych karteczek pokazać ojcu. Wstała, wyjęła jakąś ze śmieci i przyniosła ojcu. Machnął tylko ręką i powiedział po laotańsku:

– Później. – A po chwili, jakby przypomniał sobie o czymś ważnym, dodał: – Joy, nie rozmawiaj po laotańsku i nie mów nikomu, że jesteś Laotanką. Ludzie nie mogą wiedzieć, skąd pochodzisz.

Dziewczynka spojrzała na klatkę piersiową ojca i zobaczyła na koszulce rząd czterech liter: LAOS.

Kilka dni później w klasie panowało zamieszanie. Wszystkie dziewczynki miały na sobie ubranka w różnych odcieniach różu, a chłopcy ciemne garnitury i krótkie krawaty. Pani Choi, nauczycielka pierwszej klasy, włożyła fioletową sukienkę w drobne białe kwiatki i buty na niskim obcasie. Dziewczynka spojrzała na swój zielony sportowy strój w odcieniu ciemnych brokułów. Materiał był zniszczony i wypchany na łokciach i kolanach. Widziała, że w tej pełnej różu scenerii, błyskotek, modnych torebek, czarnych muszek, krawatów i wyprasowanych kołnierzyków bardzo odstaje od innych.

Pani Choi, zawsze wyczulona na to, co nieodpowiednie w klasie, zauważyła zieleń, którą miała na sobie dziewczynka, i otworzyła szerzej oczy. Podbiegła do niej i powiedziała:

– Joy, czy dałaś rodzicom liścik, który przekazaliśmy do domu razem z tobą?

– Nie –skłamała,wpatrującsięw podłogę,w swojeniebieskiebutywpasowanew przestrzeńmałejkwadratowejpłytki. Nie chciała kłamać, ale nie było sensu zawstydzać rodziców.

Dzień w szkole przebiegł zgodnie z planem. Wykonano klasowe zdjęcie, na którym dziewczynka siedzi z boku. Zasłania ją nieco tabliczka z numerem klasy i rokiem. Do tej pory tabliczkę zawsze ustawiano na samym środku takich zdjęć, ale fotograf chciał w ten sposób ukryć brudne buty dziewczynki. Nad tabliczką widać było jej uśmiechniętą twarz.

Kiedy po lekcjach przyszła po nią mama, zapytała:

– Dlaczegowszystkiedziecisątakodświętnieubrane? Córka skłamała w języku laotańskim:

– Niewiem.Zwyczajnydzieńw szkole.

Joy wróciła do domu z książką, aby ćwiczyć samodzielne czytanie. Były w niej obrazki i kilka słów. Obrazki miały wyjaśniać, o co chodzi w słowach. Kartkowała i czytała. W końcu otworzyła na stronie, na której było tylko jedno słowo, ale nie miało swojego obrazka. Dziewczynka czytała każdą literę z osobna, jednak nie zrozumiała, co to słowo może oznaczać. Nawet nie potrafiła go dobrze wymówić.

Po kolacji cała trójka usiadła obok siebie na gołej podłodze i zaczęła oglądać telewizję. Dziewczynka wiedziała, że kiedy ktoś patrzy na nią z tyłu, może pomylić ją z ojcem. Miała włosy ścięte na krótko jak od garnka. Jej ramiona opadały, a kręgosłup wyginał się, jakby nosiła jakiś ciężar, jakby wiedziała, na czym polega ciężka praca. Wkrótce obrazy w telewizorze zamieniły się w pionowe tęczowe paski, a rodzice zaczęli szykować się do snu. Dziewczynka kładła się zazwyczaj razem z nimi, jednak dziś w jej głowie kołatało się coś. czego nie wiedziała, a chciała to wiedzieć. Otworzyła książkę i zaczęła szukać tego słowa. Tego, które brzmiało inaczej, niż do tej pory poznała. Znalazła i z książką pobiegła do ojca. To była jej ostatnia szansa, zanim ojciec pójdzie spać. W ich rodzinie tylko on umiał czytać. Wskazała słowo i zapytała:

– Coono oznacza?

Pochylił się nad kartką i powiedział:

– Kah–nnn–eye–fff. To jest kahneyff. – Tak to właśnie brzmiało, tak mu się wydawało.

Następnego dnia pani Choi poprosiła wszystkich uczniów o zajęcie miejsc na zielonym dywanie z przodu klasy. Zawsze tak robiła, gdy chciała, by ktoś zaczął czytać na głos. Czasami jakiś uczeń zgłaszał się na ochotnika, czasami ona kogoś wskazywała. Tego dnia pani Choi rozejrzała się i utkwiła wzrok w dziewczynce.

– Joy,tyjeszczenieczytałaś.Weźswojąksiążkęi spróbuj.

Dziewczynka zaczęła czytać i wszystko szło dobrze, dopóki nie dotarła do t e g o słowa. Tylko pięć liter, ale równie dobrze mogło ich być i dwadzieścia. Wymówiła je tak, jak kazał jej ojciec, ale wiedziała, że popełniła jakiś błąd, bo pani Choi nie kazała jej przewrócić kartki. Zamiast tego wskazała słowo i zaczęła pukać palcem w stronę, jakby w ten sposób miała wydobyć właściwy dźwięk. Jednak Joy nadal nie wiedziała, jak to wymówić.

Puk. Puk. Puk.

Wreszcie żółtowłosa koleżanka z klasy zawołała:

– To knife! K jest nieme – i przewróciła oczami, tak jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Koleżanka miała niebieskie oczy i nos usiany piegami. Po lekcjach jej matkę zawsze widywano na parkingu w dużym, błyszczącym, czarnym samochodzie z połączonymi literami Vi W, umieszczonymi jedna za drugą wewnątrz koła. Matka miała na sobie czarne futro i codziennie chodziła w szpilkach, tak jakby codziennie był Dzień Zdjęć. A córka, tak jak wszyscy w klasie, czytała głośno i wyraźnie. I zdobywała nagrody. Joy była jedynym uczniem, które nie dostało jeszcze żadnej.

Tego właśnie dnia pani Choi dodała do worka czerwone jo-jo. Gdyby dziewczynka znała to trudne słowo, dostałaby to czerwone jo-jo, a tak zostało zamknięte w górnej szufladzie biurka pani Choi.

Wieczorem, podczas kolacji, Joy patrzyła na ojca, jak pałeczkami podnosi każde ziarenko ryżu, nie upuszczając ani jednego. Wydawał się taki mały i skurczony.

Dziewczynka nie powiedziała mu, że k w słowie knife jest nieme. Ani o tym, że była w gabinecie dyrektora, gdzie mówiono jej o zasadach i o tym, że wszystko jest, jak jest. Powiedziano jej, że to tylko kartka, ale to właśnie ta jedna kartka, przypięta na wierzchu, była powodem, dla którego w ogóle znalazła się u dyrektora. Nie powiedziała ojcu, że się upierała, że k wcale nie jest nieme.

– To niemożliwe, przecież stoi z przodu! Na pierwszym miejscu! Musi mieć jakiś dźwięk! – przekonywała dyrektora. A potem zaczęła krzyczeć, tak jakby odebrano jej coś bardzo ważnego.

Nigdy nie zrezygnowała z tego, co powiedział jej ojciec, z tego pierwszego dźwięku. I żaden z dorosłych, mimo że przez całe życie czytali i byli dobrze wykształceni, nie potrafił jej tego wyjaśnić.

Patrzyła, jak ojciec je obiad, i myślała o tym, czego jeszcze nie wie. Czego będzie musiała dowiedzieć się sama. Miała ochotę powiedzieć ojcu, że niektórych liter się nie wymawia, ale doszła do wniosku, że nie jest to właściwy czas. Zamiast tego powiedziała ojcu, że zdobyła nagrodę.

Kiedy Joy wyszła z gabinetu dyrektora, przy drzwiach czekała na nią pani Choi. Poprosiła dziewczynkę, aby poszła za nią do biurka, a potem otworzyła jego górną szufladę i wyjęła czerwony aksamitny worek.

– Wybierzjedenprzedmiot –powiedziała.

Joy włożyła rękę do środka i złapała pierwszą rzecz, jakiej dotknęły jej palce. Była to układanka przedstawiająca samolot na niebie.

Kiedy pokazała nagrodę ojcu, był zachwycony. Pomyślał, że przecież to również jego zasługa. Razem otworzyli pudełko, wysypali wszystkie elementy i zaczęli układać ramkę, błękitne niebo, dodawali elementy w środku... Cały obrazek wypełnią później.

PARYŻ

Niebo było czarne jak środek źrenicy. Czerwona włączyła silnik ciężarówki, zniecierpliwiona, że musi czekać, aż się rozgrzeje. Nigdy nie spóźniała się na poranną zmianę. Pojazd był stary. Zobaczyła go na czyimś trawniku z przyklejoną do przedniej szyby kartką z nabazgranym odręcznie czarnym markerem napisem: „Na sprzedaż”. Zwyczajna marka. Samochód niby ma pakę, ale do tej pory ona woziła w nim tylko siebie. Być może to jego kolor zwrócił jej uwagę. I myśl o tym wielkim czerwonym samochodzie stojącym na parkingu przed zakładem produkcyjnym. Byłaby to najładniejsza rzecz w tym miejscu, i do tego należąca do niej. Zapragnęła tego pojazdu.

Jak większość mieszkańców miasta, pracowała w fabryce. Do jej obowiązków należało skubanie piór, pilnowanie, by kurczaki były idealnie gładkie. Kiedy do niej trafiały, już nie żyły i miały zamknięte oczy, jakby spały. Prawie tak, jakby to, co działo się w pomieszczeniu obok, w ogóle się nie wydarzyło. Czasami mogłaby przysiąc, że je słyszała – ten nagły, rozpaczliwy trzepot skrzydeł, tak jakby rzeczywiście odbywały się tam jakieś loty.

Zanim wyjechała na drogę, spojrzała na siebie we wstecznym lusterku. Nie było widać całej twarzy, tylko oczy. Podniosła się z fotela kierowcy, odwróciła głowę w prawo, przyjrzała się zarysowi swojego profilu i spróbowała wyobrazić sobie siebiez innymnosem.Możegdybymiałainnynos,sytuacja w fabryceteżbyłabyinna.Zwłaszczaz Tommym.Tojejszef, przełożony, żonaty mężczyzna z dwójką małych synów. Był dlaniejmiły.Dawałjejwięcejzmianniżpozostaliszefowie i komplementował jej pracę.

– Świetnie się spisałaś, Czerwona. Tak trzymaj. Mamy co do ciebie plany.

Nigdy nie dowiedziała się, co to za plany. Tylko tyle, że je mieli. Czasami Tommy kupował jej colę z automatu lub siadał przy jej stoliku podczas przerwy na lunch. Nie zachowywał się tak w stosunku do innych dziewczyn, które u niego pracowały. Ale nie interesował się jej ciałem. Nie zwracał na nie uwagi, nie pochylał się nad nią ani nic nie szeptał. Rozmawiali. Głównie o jego synach i o tym, że na walentynki planowali z żoną wycieczkę do Paryża.

Czerwona chciałaby mieć taki nos jak żona Tommy’ego, Nicole. Był wąski i zadarty, odstawał od jej twarzy. Taki nos miał każdy, kto pracował w głównym biurze.

Na doroczne przyjęcie świąteczne w zakładzie Nicole zawsze przychodziła w jakimś modnym stroju, z materiału, z którego nie szyto ubrań innych pracownic. Materiał ściśle przylegał do jej krągłości, był gładki i wyprasowany, bez ani jednego zagniecenia. Na tych przyjęciach Nicole zawsze stała w grupce z pozostałymi żonami, których mężowie prowadzili firmę lub byli jej właścicielami. Przy tej jedynej w roku okazji pracownicy mogli zobaczyć ich wystawione na pokaz żony.

Czasami któraś podchodziła, aby przywitać się z kilkoma osobami pracującymi w fabryce, przedstawiała się, ściskała im dłonie, a potem wracała do kąta, w którym siedziały inne żony. Wyglądało to tak, jakby na chwilę odrywała się od swojego grona, by wykonać jakąś doniosłą pracę charytatywną. Ale Nicole nigdy do nich nie podeszła.

Co roku na przyjęciu podawano smażonego kurczaka. Czerwonej nigdy nie przeszkadzało to, że kawałki, które jadła, mogły pochodzić od jednego z tych martwych, oskubywanych przez nią kurczaków. Pokrojone na kawałki mięso nie miało żadnego łba, nie było o czym myśleć. Zawsze z niecierpliwością czekała na to przyjęcie, wkładała na nie swoje najlepsze ubrania: dżinsy, koszulę w niebiesko-białą kratę i grube czarne buty z Canadian Tire. Jej stroje nie były wymyślne, jak u innych dziewcząt, i nie odsłaniały zbyt wiele, ale też nie chciała zbyt wiele odsłaniać.

Kilka lat temu jedna z dziewczyn pracujących na linii poddała się operacji plastycznej nosa. Nie musiała już podtrzymywać okularów za pomocą spiętej z tyłu głowy gumki. Potem zaczęła co tydzień chodzić do fryzjera. Do tego miała szczupłe ciało.

– Urocza –określiłjeTommy.

Wkrótce zaczęła dostawać więcej zmian, aż wreszcie otrzymała pracę w biurze. W biurze! W tym mieście dziewczyny pracowały albo w fabryce drobiu, albo w Boobie Bungalow. W Boobie Bungalow można było przynajmniej zarobić trochę szybkiej gotówki, wyjechać z miasta i nigdy się za siebie nie oglądać. Albo znaleźć kogoś, kto pokocha dziewczynę na tyle długo, że ją stąd zabierze. Każdy mężczyzna, którego siętamspotkało,byłsamotnylubnadobrejdrodzedosamotności. Większość mężczyzn w fabryce miała żony, a jeśli nie, to w końcu i tak się żeniła, ale z kimś, kto tu nie pracował.

Czerwona wiedziała, że jej przyszłością jest fabryka drobiu. Nie miała zbyt dużo ciała na żebrach i nie potrafiła tańczyć do muzyki, nawet jeśli miała rytm. Mężczyźni nigdy nie patrzyli na Czerwoną w określony sposób, dlatego nabrała przekonania, że Boobie Bungalow nie wchodzi dla niej w rachubę. W zakładzie zarabiało się tyle, że starczało na wszystko, co potrzebne. Nigdy nie dało się jednak zarobić tyle, by wystarczyło na wielkie rzeczy w życiu, takie, które mogły cię uszczęśliwić.

Jakieś dwa lata temu dziewczyna, która pracowała w biurze, stała z żoną Tommy’ego i innymi żonami na firmowym przyjęciu bożonarodzeniowym, tak jakby była teraz jedną z nich. Wszystkie miały takie same wystające nosy. Żony nie gawędziły z dziewczyną ani nie wciągały jej do swoich rozmów. Gdy one wybuchały śmiechem, jej śmiech następował z kilkusekundowym opóźnieniem.

Ale tej dziewczyny nie ma już w biurze. Nicole i innym żonom chyba się nie spodobało, że pracowała z ich mężami. Poproszono ją o ponowne objęcie dawnego stanowiska na linii produkcyjnej. Po tym wszystkim odeszła z pracy, bo wiedziała już, jak to jest w lepszym miejscu.

Gdy zwolniło się stanowisko w biurze, kobiety, które pracowały na linii, robiły wszystko, co w ich mocy, aby tam trafić. Niektóre zaczęły od operacji plastycznej nosa. Czerwona nie wiedziała, skąd wzięły chirurga. W okolicy nie było żadnego ośrodka, w którym świadczono by takie usługi. Może właśnie dlatego nos każdej z nich wyglądał inaczej: jedne były lekko skrzywione, inne nie goiły się prawidłowo lub miały brzydkie blizny. Kiedy jedna z tych dziewczyn zaczynała mówić, jej nos poruszał się w tę samą stronę co jej górna warga. Wyglądało to tak, jakby nos był do niej przyczepiony. Większość dziewcząt w fabryce zaczęła przychodzić do pracy z kręconymi lub wyprostowanymi włosami, w szpilkach i ubraniach do biura. W pracy wkładały strój roboczy, plastikowy czepek pod prysznic i pasujący do niego biały plastikowy fartuch, a po zakończeniu zmiany ponownie się przebierały. Wyglądały olśniewająco. Ale ich starania nic nie dały. Żadna z nich nie dostała tej pracy. Otrzymała ją dziewczyna, która dopiero co skończyła szkołę średnią. Jej ojciec pracował w biurze.

Czerwona wjechała swoją ciężarówką na parking przed fabryką i zaparkowała niedaleko wejścia. Miejsce tuż przy nim było zarezerwowane dla pracowników biura. Nie podobało jej się to i wyobrażała sobie dzień, w którym zobaczy swój czerwony pojazd tuż przy drzwiach. Wyłączyła zapłon, wysiadła i podeszła do budynku.

Na zewnątrz stał Somboun i palił w samotności papierosa. Na jej widok rzucił go na ziemię i zgasił butem. Następnie chuchnął w dłoń, aby sprawdzić swój oddech, i krzyknął:

– Hej,Dang!

Tak nazywali ją ludzie, którzy ją znali. W języku laotańskim oznacza to „czerwony”. Nie było to jej prawdziwe imię, tylko przezwisko, które otrzymała, ponieważ jej nos był zawsze czerwony od zimna. Wściekła się, że tak ją nazwał. Przez to zrobiło się między nimi intymnie w sposób, którego nie chciała. Wypowiedział „Dang” takim tonem, jakby zapaliło się w nim światło, i teraz to ona miała być odpowiedzialna za to, co on mógł w sobie zobaczyć.

W fabryce zawsze szedł w jej stronę, przejęty i pełen nadziei, że coś się między nimi wydarzy. Był przy niej, gdy rano odbijała kartę pracowniczą, był przy niej pod koniec dnia, kiedy wychodziła. Łaził za nią, jakby nosiła paszę. Zastanawiała się, jak to możliwe, że to ciągłe uśmiechanie się nigdy go nie męczy. Odwracała od niego wzrok, nie była nim zainteresowana, ale on podążał za jej spojrzeniem. Widział jej zainteresowanie dziewczynami, które zrobiły sobie operacje plastyczne nosa, widział, jak się przejmuje tym, że inni pracownicy też zwracają na to uwagę.

– Nie rozumiem, o co to halo – powiedział. – Po co robić sobie z twarzą coś takiego?

– Jestpiękna.

– Aletennosniejestprawdziwy.

– Dlaniej jest.

– Niekumamtego.Niei już.

– Wiesz,jateżchcęsobietakisprawić –wyznałaCzerwona,zanimzdałasobiesprawę,żeniepowinnabyłategomówić Sombounowi. Teraz, kiedy wiedział, że ona chce czegoś dla siebie,mógłpomyśleć,żejestdlaniejkimśw rodzajuprzyjaciela.

– Nie.Niety.Niety.Niemaszans.

– Dlaczegonieja?Myślisz,żeniechcębyć piękna?

– Dlaczego,docholery,miałabyśtosobiezrobić?Przecież jużjesteśpiękna. –Sombounpowiedziałtoz takąszczerością i przekonaniem, że zrobiło jej się za niego wstyd. Jakże nagie i obnażone stało się jego pragnienie.

– A tyskądwiesz?Nieznaszsięnadziewczynach. Somboun spuścił głowę i powiedział cicho:

– Nie muszę znać się na dziewczynach, żeby wiedzieć, co jestpiękne. –Byłtakidumny,i comuz tegoprzyszło.Pracowałw fabrycenajdłużej.Zacząłjużw szkoleśredniej,bomyślał,żedziękitemudostaniesięnastudia.Dziesięćlatpóźniej nadal pracował w zakładzie i wykonywał te same czynności. To on podrzynał gardła w pomieszczeniu obok, zanim kurczakidocierałydoCzerwonej.Widziałje,gdyjeszczeżyły.Na myślo robieniuczegokolwiekz Sombounemprzechodziłyją dreszcze. Czy człowiek, który zarabia na życie w taki sposób, w ogóle może być łagodny?

Po tej rozmowie operacje plastyczne nosa były jedynym tematem, jaki mógł sprawić, że w ogóle gadała z Sombounem. Kto i kiedy miał operację i czy była ona udana. Powiedziała mu, że jak zaoszczędzi dostatecznie dużo pieniędzy, też sobie zrobi nos. Zawsze powtarzała:

– Tobędzienapewnow przyszłymroku.Napewno.

Kiedy tego ranka Czerwona zobaczyła Sombouna przy wejściu, wciąż palącego, mimo że często mówił o rzuceniu fajek, w tym samym burym ubraniu roboczym i w tej samej fryzurze od lat, przypomniały jej się wszystkie rzeczy, których pragnęła, ale których nadal nie miała. Codzienny widok mężczyzny w tym samym miejscu i w tym samym ubraniu, wypowiadającego te same pozdrowienia każdego ranka świadczył o tym, że nic się dla nich nie zmieniło. Nic się nie wydarzyło.

– Niezrobiłamsobienosa! –krzyczałananiego.

– Wyglądaszdobrzetak,jakwyglądasz –powiedział,jakby właśnie wrócili do tej dyskusji. Tak jakby liczył się dla niego tylko czas, który spędzali na rozmowie.

Przeszła szybko obok niego i rzuciła:

– Dzięki, Sam. – Wiedziała, że nie lubi, gdy używa się angielskiej wersji jego imienia.

– NieSam –upierałsię. –Somboun –wymawiającwszystkie samogłoski tak, jak Laotańczycy. Nie chciał nikomu ułatwiaćzadania.Terazjednakuznał,żeonasięz nimdroczy, i uśmiechnął się szeroko. Jeśli wiesz, że ktoś czegoś nie lubi, to znaczy, że jesteś z nim blisko.

– Ej, Dang? – krzyknął za nią, starając się utrzymać jej uwagę i dotrzymać jej kroku, gdy wchodziła do fabryki.

– Co? – odparła z irytacją,bo nie chciała już gozachęcać.

– Słyszałaś o Khet? To był rak. Zachorowała kilka miesięcypooperacjiplastycznejnosa.Możetomiećcośwspólnego z materiałem, który do niego włożono. – Somboun zawsze wymyślał powody, dla których operacja nosa to zły pomysł. – Kwestia do przemyślenia – powiedział z uśmiechem, tak jakby nowotwór był szczęściem w nieszczęściu, dającym mu możliwość porozmawiania z Czerwoną.

Zaczęła iść szybciej i wkrótce został w tyle.

Nadszedł czas na przerwę na lunch. Mieli tylko dwadzieścia minut. Wystarczająco dużo na skorzystanie z toalety i zjedzenie czegoś. Czerwona często wykorzystywała te minuty, aby pobyć sama. Zapach surowego mięsa z kurczaka, oderwanych wnętrzności i całego tego zabijania i pakowania sprawiał, iż czasami zapominała, że żyje i to na otaczającym ją świecie. Właśnie wstawała ze swojego stanowiska, gdy zobaczyła, jak przechodzący obok Tommy klepie po ramieniu jedną z dziewczyn, które u niego pracowały. Często tak robił. Tego dnia wybrał właśnie ją. Czerwona wyszła na zewnątrz. Chwilę później pojawili się Tommy i dziewczyna i ruszyli w stronę jego samochodu, gdzie wszystko się rozgrywało. Czerwona zastanawiała się, jakie to uczucie być zauważoną, czuć na sobie usta kogoś, kto cię pragnie. To, co robił Tommy, nie było na zawsze, ale to nie miało znaczenia. Skoro to robił, to przez chwilę musiałaś być dla niego kimś ważnym.

Gdy wsiadali do samochodu, na parking wjechała jego żona. Nawet nie próbowała zaparkować prosto.

Tego dnia Nicole włożyła białe futro, jej blond loki świeżo po wizycie w salonie fryzjerskim powiewały na wietrze. Miała jaskrawoczerwoną szminkę na ustach i róż na policzkach. Wyglądała olśniewająco!

Krzyczała na niego. Wściekła.

Potem złapała go za rękę. Wyrwał się i ją odepchnął. Nie upadła. Uczepiła się kurczowo jego rękawa, Tommy ciągnął ją po śniegu, białe obcasy zostawiały ślady. To, czego ona chciała, nie miało dla niego znaczenia. Zatrzasnął drzwi i odjechał z dziewczyną w samochodzie. Dół białego futra kobiety był zabłocony. Gdyby Czerwona nie widziała całej sytuacji, mogłabypomyśleć,żezamiastbłotabyłogówno.Mogłabyzapytać, jak to się stało, że tak ubrudziła się gównem.

Z miejsca, w którym stała, widziała rozmazany tusz pod oczami Nicole, jej drżące usta przybrały teraz błazeński odcień. To właśnie dla kobiet takich jak Nicole kręcono romantyczne filmy. Zawsze są gwiazdami swojego życia i na końcu zawsze mają swojego mężczyznę. Jednak przy tym wszystkim, co może dać ci piękno, i przy tym całym zamieszaniu, jakiego potrzeba, aby je zdobyć, wydaje się ono strasznym ciężarem, który trzeba nosić i utrzymywać. Było tak wiele do stracenia. Czerwona poczuła wdzięczność za to, jaka była dla innych – brzydka. Być brzydkim i o tym nie wiedzieć – to jedno. Inną sprawą jest mieć tego świadomość.

Czerwona wiedziała, że publiczne wyznanie miłości przed rodziną i przyjaciółmi, jak to miało miejsce w przypadku Nicole i Tommy’ego, nigdy jej się nie przydarzy. To, co w rzeczywistości robił szef, nie miało znaczenia. Obietnica została złożona i zawsze, prędzej czy później, będzie wracał do żony. Jedyną miłością, jaką znała Czerwona, była ta prosta, nieskomplikowana, samotna miłość, którą czuje się do siebie samej w cichych chwilach dnia. Uczucie to było z nią, stałe i pewne, w śmiechu i rozmowach w telewizorze, a także w weekendy w alejkach w sklepie spożywczym. Było też każdej nocy, w ciemności i ciszy, imponujące i rozciągnięte.

I wszystko to należało do niej.

Nicole zauważyła Czerwoną i do niej podbiegła. Złapała ją i objęła, jakby były najbliższymi przyjaciółkami, wbiła swój szpiczasty nos w szyję pracownicy. Czerwona poczuła szturchnięcie. Nicole prawdopodobnie podbiegłaby do każdej osoby, która akurat znajdowała się na parkingu. Prawdopodobnie. Stały tak razem i się obejmowały. To był pierwszy raz, kiedy ktoś był tak blisko Czerwonej, kiedy ją dotykał. Obie kobiety płakały, ale z różnych powodów.

PROCA

Poznałam Richarda, gdy miałam siedemdziesiąt lat, a on trzydzieści dwa. Powiedział mi, że jest młodym mężczyzną, a ja nic na to nie odpowiedziałam, bo naprawdę nie wiedziałam, co to znaczy być młodym człowiekiem i czy to dobrze, czy źle. W styczniu wprowadził się obok nas, mnie i Rose, mojej wnuczki. Tego lata praktycznie nie bywała w domu. Spotykała się z nowym chłopakiem i przeważnie siedziała u niego, po drugiej stronie miasta.

W każdą sobotę Richard urządzał przyjęcia. Najpierw parapetówkę, potem inne imprezy. Drzwi jego mieszkania były zawsze otwarte, ludzie wchodzili i wychodzili o każdej porze dnia i nocy. Czasami przychodziły do niego dzieci, maluchy, które bawiły się lampkami choinkowymi, formowały z nich małe rzeźby i zostawiały na podłodze plątaninę kabli i żarówek. Innym razem ludzie w średnim wieku czołgali się przez jakiś zbudowany z pudeł labirynt. Pewnej soboty zorganizował rowerową wycieczkę po mieście. Chciałam w niej uczestniczyć, ale nie miałam roweru, więc Richard pozwolił mi pojechać ze sobą. Siedziałam na ramie, a on pedałował.

Podczas wycieczki rowerowej opowiadał nam osobiste historie z czasów, kiedy tu mieszkał. Mówił o kobiecie, którą kiedyś kochał. Pokazał nam, gdzie jedli, gdzie nie zapłacili, gdzie się całowali. W sposobie, w jaki opowiadał tę historię, było coś wyjątkowego. Miasto stało się jego własnością. Później, gdy przechodziłam obok tego budynku, wyczuwałam obecność jego opowieści. Ponury głos Richarda rozbrzmiewał w mojej głowie jak stara płyta.

– Nie ma czegoś takiego jak miłość. To twór myśli – powiedział mi pewnego dnia, kiedy poszłam do jego mieszkania, by zanieść mu paczkę, którą w mojej skrzynce zostawił listonosz. – Znasz kogoś, kto jest zakochany?

Wtedy przyszła mi do głowy Rose. Kiedy poznała jakiegoś nowego chłopaka, zawsze mówiła, że jest zakochana, a potem całymi dniami siedziała zapłakana przy telefonie. Pomyślałam również o moich przyjaciółkach i własnych doświadczeniach. Wszystkie znałyśmy miłość, ale to było dawno temu. Żadna z nas głębiej się nad nią nie zastanawiała. Gdy to uczucie się pojawiało, to się pojawiało, nie było potrzeby zbytnio tego analizować.

Odpowiedziałam więc Richardowi:

– Możemiałeśzamałoczasu,bypoznaćróżnychludzi.

– Znamwieluludzi,wręcztysiące.

Chciałam mu powiedzieć, że mówimy o różnych kwestiach, ale nie byłam pewna, czy mnie zrozumie.

Po kilku minutach milczenia odezwał się:

– Ludzie ciągle mówią, że są zakochani, ale tak nie jest. Niewierzęim.Uważają,żepowinnitakmówić,bopoprostu tak się mówi. Nie oznacza to jednak, że naprawdę wiedzą, co to oznacza.

Rozejrzałam się po jego mieszkaniu. Nie było w nim zbyt wielu mebli. Kilka krzeseł, kanapa, którą przytaszczył z czyjegoś trawnika, stół i niewielki model budowy anatomicznej człowieka z plastikowymi elementami w środku. Włożyłam rękę do jego wnętrza i wyjęłam mały brązowy przedmiot wielkości gumki do ścierania. Nie wiedziałam, co to, więc odłożyłam na miejsce.

Richard lubił opowiadać o kobietach, z którymi spał. Najczęściej wspominał dwie. Pierwsza to jego była współlokatorka, o której mówił podczas wycieczki rowerowej. Drugą była kobieta o imieniu Eve. Mieszkała teraz w Nowym Jorku, ale od czasu do czasu przyjeżdżała w odwiedziny. Powiedział, że nie jest w niej zakochany, po prostu są najlepszymi przyjaciółmi. Przez siedem lat byli parą, ale to się skończyło. Chemia zniknęła. Gdy nie odpowiadała na jego e-maile i nie odbierała telefonów, sprawdzał ją w Google’u.

Zapytałam go:

– A możenadaljąkochasz?Jak myślisz?

Powiedział, że aby być zakochanym, trzeba chcieć uprawiać z tą osobą seks, a on wcale nie chciał z nią tego robić. Zapytał mnie, czy uprawiałam ostatnio z kimś seks. Nie spieszyłam się z odpowiedzią. Wiedziałam, że gardzi każdym, kto nie uprawia seksu. Próbowałam przypomnieć sobie ostatni raz. Nie byłam z nikim poza moim mężem. Zmarł trzydzieści lat temu. Zawał. Nagły. Dla niektórych osób trzydzieści lat to całe życie. Jeśli chodzi o mnie, to nie uprawiałam seksu od tak dawna, że mogłam uważać się za dziewicę. Nie pamiętałam już, jak to się robi.

Ale Richard pamiętał. Zawsze opowiadał o swoim życiu erotycznym. Kochał się z setkami kobiet.

– To proste. Wystarczy zapytać. Nigdy nic nie wiadomo. Jeśli któraś mi odmówi, wcale się tym nie przejmuję. To po prostu znaczy, że mi odmówiła. Jasna sprawa. Ale zawsze znajdą się takie, które będą chciały. A czasami po prostu fajnie to zrobić. I to nie musi niczego oznaczać. – Richard nie był zbyt przystojny, ale zachowywał się, jakby taki był. – Nie wyglądam źle. Zresztą wygląd nie ma tu nic do rzeczy. Czasamiprzystojni