Ja swinia - Nawratek Kasia - ebook

Ja swinia ebook

Nawratek Kasia

0,0
34,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Tego lata Alicja w pełni dostrzega swoje ciało i mierzy się z jego fizycznością. Czuje się mocna, silna, ale też dostrzega, że nie wpisuje się w kanon piękna. Gorące lato w mieście będzie dla niej czasem przewartościowań: w przyjaźni, w relacji z ojcem i babcią zastępującą matkę, w budzącym się pierwszym uczuciu. Przede wszystkim jednak będzie odkrywaniem prawdziwej siebie i budowania podwalin własnej wartości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 126

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1

Dżun­gla

Lu­dzie mają ró­żne rze­czy w gło­wach i na przy­kład ja mam dżun­glę. Tam dużo zwie­rząt sie­dzi, są te w pa­ski i te w cęt­ki, ta­kie z łu­ska­mi i w pió­rach. Tyl­ko ich nie wi­dać, bo do­brze się kry­ją, cza­sem tyl­ko łyp­nie uwa­żne oko spo­mi­ędzy li­ści. Ja­kieś za­gi­nio­ne mia­sto też gdzieś w tej dżun­gli na pew­no mam i są to śla­dy in­te­li­gent­nej cy­wi­li­za­cji, któ­ra mia­ła na kon­cie ró­żne za­awan­so­wa­ne od­kry­cia i wy­na­laz­ki, ale nie­wie­le po niej zo­sta­ło. Tak twier­dzi Bąku, ale aku­rat jemu wol­no. Te zwie­rzęta mają spo­so­by, żeby wy­jść z mo­jej gło­wy na wol­no­ść. Mam całe pu­de­łko zwie­rzątek z mo­de­li­ny, któ­re trzy­mam na sza­fie. Ro­bi­li­śmy je w przed­szko­lu ta­śmo­wo, małą zwie­rząt­ko­wą ma­nu­fak­tu­rę że­śmy z Bąkiem za­ło­ży­li i do dzi­siaj mo­żna zna­le­źć w moim po­ko­ju ka­wa­łki mo­de­li­ny wdep­ta­ne w dy­wan. Po­tem tata za­pi­sał mnie na za­jęcia pla­stycz­ne w bi­blio­te­ce i tam na­uczy­łam się ro­bić ku­kie­łki z pa­pier mâché. Od po­cząt­ku naj­le­piej wy­cho­dzi­ły mi zwie­rzęta i do dzi­siaj je ro­bię. W su­mie nie wiem dla­cze­go, bo od daw­na już nie cho­dzę na te za­jęcia i nie wy­sta­wiam sztuk w moim te­atrzy­ku, któ­ry tata po­mó­gł mi zro­bić z tek­tu­ro­wych pu­de­łek. Ale od cza­su do cza­su lu­bię usi­ąść wie­czo­rem, pu­ścić so­bie mu­zy­kę i zro­bić nową ku­kie­łkę. Ja­kie­goś no­so­ro­żca, sło­nia albo ca­łkiem ostat­nio – ty­gry­sa z wadą zgry­zu. Bar­dzo faj­ny mi wy­sze­dł, je­stem z nie­go na­praw­dę za­do­wo­lo­na, bo oprócz krzy­wych zębów ma cha­rak­ter, a to u ku­kie­łki jest bar­dzo wa­żne.

Może szko­da tych te­atrzy­ków, ale ze zwie­rzątek i ku­kie­łek to się chy­ba wy­ra­sta, żeby zro­bić miej­sce na ró­żne do­ro­słe spra­wy. Poza tym jest szko­ła i taki je­den Fi­lip, któ­ry cho­dzi ze mną do kla­sy i ma ne­ga­tyw­ny wpływ na moje sa­mo­po­czu­cie oraz ogól­ny kom­fort psy­chicz­ny. Bo pro­blem po­le­ga na tym, że ten Fi­lip nosi ko­szu­le do szko­ły, a nie blu­zy jak ka­żdy nor­mal­ny czło­wiek, i do tego często uśmie­cha się pod no­sem, jak­by coś go ba­wi­ło, na przy­kład ja.

Na szczęście nie mu­sia­łam go oglądać, bo było lato. Wszy­scy wy­je­cha­li na wa­ka­cje, na­wet Bąku. Tata ci­ągle pra­co­wał, więc sie­dzia­łam sama w domu. Cza­sem cho­dzi­łam do bab­ci na dzia­łkę po­czy­tać w ha­ma­ku, ale tam to do­pie­ro pa­no­wał go­rąc! Był ide­al­ny kli­mat do tego, żeby nam ja­kieś man­gro­wia albo tro­pi­kal­ny las wy­ro­sły w ła­zien­ce. A sko­ro las, to od razu ze zwie­rzęta­mi. Taki na przy­kład ty­grys na dzień do­bry za­jąłby wan­nę, bo wia­do­mo, że ty­gry­sy ta­kie są. Zno­wu le­mu­ry za­ło­ży­ły­by ko­lo­nię na pó­łce pod lu­strem. Tak, wi­dzia­łam to i bar­dzo mi się po­do­ba­ło. Już od ja­kie­goś cza­su na­ma­wia­łam tatę, że­by­śmy po­ma­lo­wa­li ła­zien­kę na taki ciem­no­zie­lo­ny, jak­by dżun­gli­sty ko­lor, dzi­ęki temu by­ło­by w niej ca­łkiem jak w le­sie tro­pi­kal­nym, szcze­gól­nie gdy za­pa­ru­je lu­stro. Tu mia­łam kon­flikt z tatą, bo on nie chciał sły­szeć o re­mon­cie. Mó­wił, że za­miast wy­da­wać na nie­go kasę, le­piej zro­bić so­bie ja­kieś faj­ne wa­ka­cje. I oczy­wi­ście miał ra­cję. Tyl­ko że osta­tecz­nie i tak sie­dzia­łam w domu, bo do le­śni­czów­ki i na ka­ja­ki mie­li­śmy je­chać do­pie­ro pod ko­niec sierp­nia. To jest naj­lep­sze miej­sce na wa­ka­cje, ca­łko­wi­cie się zga­dzam, ale chcia­ła­bym też kie­dyś wy­brać się na przy­kład do Pa­ry­ża albo nad mo­rze.

Na­wet Bąku po­je­chał na wa­ka­cje, a on rzad­ko gdzieś je­ździ. Niby wy­sy­łał mi wia­do­mo­ści i zdjęcia z pla­ży, ale wia­do­mo, że to nie to samo. Bra­ko­wa­ło mi go. Z Bąkiem zna­my się od za­wsze albo na­wet wcze­śniej, czy­li jesz­cze za­nim się uro­dzi­li­śmy. Mama Bąka i moja mama wpro­wa­dzi­ły się do na­szej ka­mie­ni­cy w tym sa­mym cza­sie, a nie­dłu­go po­tem uro­dził się Bąku i nie­wie­le pó­źniej ja. Od razu się za­przy­ja­źni­ły, więc my też mu­sie­li­śmy. Ra­zem cho­dzi­li­śmy do przed­szko­la, a po­tem do szko­ły. Tak do­brze się zna­my, że wiem, gdzie u nie­go w domu trzy­ma­ją lep­sze ciast­ka w szaf­ce w kuch­ni, a Bąku upi­ęk­szył nasz su­fit tłu­stą pla­mą, gdy uczył się pod­rzu­cać na­le­śni­ki na pa­tel­ni.

Przez te upa­ły mia­sto cier­pia­ło na bez­sen­no­ść. We wszyst­kich miesz­ka­niach w na­szej ka­mie­ni­cy okna były po­otwie­ra­ne dzień i noc, a na po­dwór­ku le­ciał pod­kład dźwi­ęko­wy do ży­cia sąsia­dów. Że też lu­dzie po­tra­fią pro­du­ko­wać ta­kie dźwi­ęki, to jest jed­nak za­ska­ku­jące.

* * *

Tam­te­go dnia obu­dzi­ło mnie war­cze­nie młyn­ka do kawy. Jak dla mnie było za wcze­śnie, ale w su­mie ucie­szy­łam się z tej po­bud­ki, bo po­ra­nek za­cho­wy­wał jesz­cze jako taką świe­żo­ść i wbrew pro­gno­zom mia­łam na­dzie­ję na chłod­niej­szy dzień.

– Oj, obu­dzi­łem cię, praw­da? Prze­pra­szam, nie chcia­łem. – Tata zro­bił minę smut­ne­go szcze­niacz­ka. Miał na so­bie nie­bie­ską ko­szu­lę, któ­ra ład­nie pod­kre­śla­ła ko­lor jego oczu.

– Nie szko­dzi, i tak ci­ągle śpię – Prze­ci­ągnęłam się.

– Ja­kie masz dzi­siaj pla­ny?

– Nie wiem. – Ziew­nęłam. – Może pój­dę do bab­ci na dzia­łkę albo nie pój­dę, zo­ba­czę jesz­cze…

– Idź, idź. Bab­cia się ucie­szy. Zro­bi­łem ci ka­nap­kę na pó­źniej. Jest w lo­dów­ce.

– Dzi­ęki, tato. Ale nie mu­sia­łeś, prze­cież nie idę do szko­ły.

– Z roz­pędu zro­bi­łem. – Tata się uśmiech­nął i do­pił kawę. – To ja się będę zbie­rał, bo mu­szę być dzi­siaj wcze­śniej w pra­cy. – Wy­ra­źnie się spie­szył. Za­dźwi­ęczał mu te­le­fon w ręce, zer­k­nął na wy­świe­tlacz, skrzy­wił się i wło­żył go do tyl­nej kie­sze­ni spodni.

– Kto to tak wcze­śnie? – Zno­wu ziew­nęłam.

– Z ubez­pie­cze­nia. Ści­ga­ją mnie od ty­go­dnia, że­bym się w ko­ńcu z nimi spo­tkał i pod­pi­sał te pa­pie­ry.

– To się spo­tkaj i pod­pisz. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Do­bra, do­bra, od­pi­szę im z biu­ra i się umó­wię. A ty baw się do­brze, prze­cież masz wa­ka­cje i nie mu­sisz się ni­czym mar­twić, też bym tak chciał. I kup so­bie coś na obiad, bo wró­cę dziś pó­źniej. Kasę zo­sta­wi­łem ci tam, gdzie zwy­kle. – Tata do­pił kawę i wsta­wił ku­be­czek do zle­wu.

– Zno­wu masz ja­kieś ze­bra­nie?

– Nie… – Rzu­cił mi spło­szo­ne spoj­rze­nie znad oku­la­rów. – Idę na kawę z ko­le­żan­ką – do­dał od­wa­żnie.

Za­ma­rłam z ręka­mi wy­ci­ągni­ęty­mi po­nad gło­wą. Tata nie cho­dził „na kawę” z żad­ny­mi „ko­le­żan­ka­mi”. Nie to, że­bym mu nie mó­wi­ła, że po­wi­nien, ale ni­g­dy wcze­śniej nie wspo­mi­nał o żad­nych ko­le­żan­kach. Poza tym nie wie­dzia­łam, co o tym my­śleć i od razu za­częłam się mar­twić. Bo na­gle to, co mo­gło się wy­da­rzyć i mieć mi­lion ró­żnych wer­sji, skur­czy­ło się do jed­ne­go roz­wi­ąza­nia.

Tata się spło­szył i po­bie­gł do ła­zien­ki umyć zęby. Po­tem krzyk­nął jesz­cze z przed­po­ko­ju, że wy­cho­dzi, i za­raz trza­snęły drzwi we­jścio­we, a w miesz­ka­niu za­pa­dła ci­sza. Nie mi­nęła na­wet mi­nu­ta od jego wy­jścia, a ja już wy­obra­zi­łam so­bie, jak bie­rze ślub i jego ko­le­żan­ka-żona wpro­wa­dza się do nas ze swo­imi dzie­ćmi. Ko­le­żan­ka żona mia­ła dłu­gie pa­znok­cie wy­pi­ło­wa­ne w szpic, dzie­ci były brud­ne, gło­śne i szczer­ba­te a ja mu­sia­łam za­miesz­kać w kuch­ni i co­dzien­nie obie­rać ziem­nia­ki

Wy­pi­łam dusz­kiem szklan­kę wody i od razu po­czu­łam się le­piej. Jesz­cze raz się prze­ci­ągnęłam, tym ra­zem po­rząd­nie, aż mi chrup­nęło w kręgo­słu­pie. To do­pie­ro było luk­su­so­we uczu­cie, taki cu­dow­ny śro­dek lata. Bez bu­dzi­ka, za­dań do­mo­wych, kla­só­wek, kart­kó­wek, spraw­dzia­nów, od­py­ty­wa­nia, bez ni­cze­go. Aż się chcia­ło od­dy­chać! Za­po­wia­dał się na­stęp­ny go­rący dzień, a czas pły­nął po­wo­li, jak za­nu­rzo­ny w mio­dzie. Był ko­niec lip­ca i mia­łam przed sobą jesz­cze ca­łkiem duży ka­wa­łek lata.

W te­le­wi­zji prze­strze­ga­li przed upa­ła­mi, mó­wi­li, żeby nie wy­cho­dzić bez na­kry­cia gło­wy i pić dużo wody. Mie­li ra­cję, bo kie­dy pó­źniej wy­nu­rzy­łam się z ciem­nej i chłod­nej sie­ni pro­sto w roz­grza­ne po­wie­trze na ze­wnątrz, sło­ńce za­ata­ko­wa­ło mnie bez li­to­ści. Nie było jesz­cze po­łud­nia, a chod­nik tak się już na­grzał, że pa­lił mnie przez po­de­szwy kla­pek. Pró­bo­wa­łam iść w cie­niu, bo ka­żde wy­sta­wie­nie się na sło­ńce przy­po­mi­na­ło we­jście na te­ry­to­rium wro­ga. Je­śli tak ma wy­glądać przy­szło­ść świa­ta, to ja dzi­ęku­ję. Wszy­scy mó­wią, że kli­mat się zmie­nił, jest glo­bal­ne ocie­ple­nie i że kie­dyś nie było tak go­rąco, w do­dat­ku za­miast czte­rech pór roku mamy tyl­ko dwie: upal­ne lato i desz­czo­wą zimę. Tro­chę żal, ale bar­dziej strach. Ja nie je­stem jak nie­któ­rzy, na przy­kład Bąku, cie­pło­lub­ni. Wolę sie­dzieć w cie­niu, a jak się nie po­sma­ru­ję kre­mem z fil­trem, to od razu ro­bię się ró­żo­wa. Za to Bąku jest jak jasz­czur­ka: chu­dy, dłu­gi, uwiel­bia wy­le­gi­wać się na sło­ńcu i nic mu to nie szko­dzi. Ja mu­szę się sma­ro­wać kre­mem z fil­trem pi­ęćdzie­si­ąt, od sło­ńca boli mnie gło­wa, błysz­czy mi się twarz i pocę się jak szklan­ka z zim­ną colą na pla­ży.

Sta­nęłam przy prze­jściu dla pie­szych, bo czer­wo­ne, i z nie­chęcią pa­trzy­łam na prze­je­żdża­jące sa­mo­cho­dy. Jadą, jadą, a ka­żdy my­śli tyl­ko o so­bie. Z twa­rzy, to zna­czy z przo­du, sa­mo­cho­dy przy­po­mi­na­ją mi chra­bąsz­cze o złych, zmru­żo­nych oczach. Co re­kla­ma w ki­nie, to się za­chwy­ca­ją, ja­kie ład­ne i zgrab­ne auta, a ja pa­trzę na te złe mor­dy i pier­dzące ty­łki i na­praw­dę nie wiem, skąd ta fa­scy­na­cja. Po­każ im żuka, to od razu krzyk, że pa­skudz­two. A sa­mo­cho­dy ko­cha­ją.

Prze­je­cha­ła ci­ęża­rów­ka z gru­zem, za­wy­ła z wy­si­łku, bo mia­ła pod gór­kę, a kie­dy znik­nęła za za­krętem, w po­wie­trzu na­dal uno­sił się obłok pyłu. Zdąży­łam się spo­cić od wy­jścia z domu i czu­łam, że ten pył całą mnie ob­le­pia. Dzień się jesz­cze do­brze nie za­czął, a ja już chcia­łam wle­źć pod prysz­nic… …albo wsu­nąć się pod ta­flę chłod­nej wody w je­zio­rze i po­czuć, jak od zim­na na chwi­lę sta­je mi ser­ce, roz­grza­na skó­ra po­kry­wa się łu­ską gęsiej skór­ki, a wło­sy roz­sy­pu­ją się w fa­lu­jącą au­re­olę… …albo wy­jść na próg le­śni­czów­ki w desz­czu i po­czuć, jak wiel­kie kro­ple roz­pry­sku­ją mi się na twa­rzy i ra­mio­nach… …albo dać się po­de­jść fali, po­zwo­lić ob­myć so­bie sto­py, a po­tem rzu­cić się w spie­nio­ną wodę, zmie­rzyć się z mo­rzem, i wró­cić na brzeg zmęczo­na, po­ko­na­na, ale szczęśli­wa.

Wes­tchnęłam, bo na dzia­łce mo­głam co naj­wy­żej ob­lać się wodą z węża. Za­pa­li­ło się zie­lo­ne i po­szłam da­lej, pod gór­kę, ale przy­naj­mniej w cie­niu. Po ja­ki­mś cza­sie ka­mie­ni­ce zo­sta­ły za mną, a bu­dyn­ki zro­bi­ły się ni­ższe, mniej­sze i wsty­dli­wie wy­co­fa­ne w głąb ogro­dów. Szłam da­lej ci­chy­mi uli­ca­mi o kwia­to­wych na­zwach i czu­łam, jak pot gro­ma­dzi mi się pod czap­ką z dasz­kiem.

By­łam już nie­da­le­ko wąskiej dro­gi pro­wa­dzącej na ogród­ki dzia­łko­we, prze­cho­dzi­łam wła­śnie przez uli­cę, kie­dy przed no­sem śmi­gnął mi ja­kiś chło­pak na ro­we­rze. Prze­je­chał tak, że zmu­sił mnie, że­bym się za­trzy­ma­ła. Tuż za nim prze­mknęli jego ko­le­dzy, a ka­żdy na tyle bli­sko, że mu­sia­łam się cof­nąć. Śmia­li się przy tym tak ja­koś pa­skud­nie i od razu wie­dzia­łam, że to nie wró­ży ni­cze­go do­bre­go. Ostat­ni z nich za­sko­czył mnie i prze­je­chał tuż za mną. W pędzie zła­pał mnie za po­śla­dek, od­wró­cił się, żeby zo­ba­czyć moją twarz, sta­nął na pe­da­łach, do­go­nił swo­ich ziom­ków i krzyk­nął:

– Na­stęp­na, za­li­czo­na!

– Ło­ooo! Za­li­czo­na! Za­li­czo­na! – po­wtó­rzy­li za nim z ucie­chą i po­dzi­wem.

Za­nim znik­nęli za za­krętem, ten, któ­ry mnie obła­pił, wrza­snął jesz­cze na całą uli­cę:

– Ale świ­nia!

Świ­nia, czy­li ja.

2

Punkt nie­mo­żli­wy

Na­gle roz­bły­sło mi przed ocza­mi na bia­ło. Moje cia­ło, a naj­bar­dziej ten po­śla­dek i po­licz­ki, roz­grza­ło się do ta­kie­go sta­nu, że pa­li­ło mnie ży­wym ogniem. Było mi wstyd i czu­łam wście­kło­ść, że jest mi wstyd, a wszyst­ko to ra­zem roz­pa­li­ło mnie do bia­ło­ści.

Upo­ko­rze­nie było nie do znie­sie­nia. Za­chwia­łam się, zro­bi­łam się mi­ęk­ka, za­miast brzu­cha mia­łam ga­la­re­tę i mu­sia­łam przy­kuc­nąć, żeby utrzy­mać rów­no­wa­gę. Jed­no­cze­śnie chcia­łam biec za tymi chło­pa­ka­mi, nie­wie­le ode mnie młod­szy­mi, któ­rych śmiech wci­ąż dźwi­ęczał mi w uszach. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak ko­pię w koła ich ro­we­rów, a oni prze­wra­ca­ją się i wyją z bólu, a po­ła­ma­ne ka­wa­łki ko­ści wy­sta­ją im przez prze­bi­tą skó­rę.

– Na­stęp­na, za­li­czo­na! – Wci­ąż brzmia­ło mi w uszach. Dla­te­go w pierw­szej chwi­li nie usły­sza­łam, że ktoś coś do mnie mówi. Pod­nio­słam gło­wę i ośle­pi­ło mnie sło­ńce.

– Nic ci się nie sta­ło? – Ktoś wy­ci­ągnął do mnie rękę, ale wsta­łam bez po­mo­cy. Po chwi­li roz­po­zna­łam Fi­li­pa, tego, któ­ry wszędzie lu­bił być pierw­szy i ogól­nie dzia­łał mi na ner­wy.

– A ty co tu ro­bisz? – za­py­ta­łam prze­ra­żo­na, że wi­dział całe za­jście.

– Ja… – za­czął nie­pew­nie. – Ja tu miesz­kam. Zo­ba­czy­łem tych ko­le­si na ro­we­rach i my­śla­łem, że cię po­trąci­li albo coś.

– Nie, nie po­trąci­li. – Gło­smi za­drżał. Za­mru­ga­łam i dwie wiel­kie łzy spły­nęły mi po po­licz­kach, a po­tem skap­nęły na bluz­kę. Spu­ści­łam gło­wę i ukrad­kiem wy­ta­rłam oczy.

– Je­dziesz gdzieś na wa­ka­cje? – za­py­tał po chwi­li Fi­lip, po­zor­nie obo­jęt­nie. Omi­jał wzro­kiem moją twarz i by­łam mu za to bar­dzo wdzi­ęcz­na.

– Tak, w sierp­niu. A ty? – Uda­ło mi się wy­du­sić.

– Ja też pó­źniej, do Chor­wa­cji.

– Faj­nie masz – po­wie­dzia­łam z za­zdro­ścią.

Ski­nął gło­wą, ja­koś mało pod­eks­cy­to­wa­ny. Miał ja­sne wło­sy, któ­re do szko­ły za­cze­sy­wał w taką idio­tycz­ną falę, ale te­raz grzyw­ka opa­da­ła mu na oczy i w ogó­le wy­glądał jak Fi­lip w opcji wa­ka­cyj­nej, w szor­tach, w ko­szul­ce z pal­mą i oku­la­ra­mi sło­necz­ny­mi w ręce.

– Wszy­scy je­żdżą do Chor­wa­cji, a ja wo­la­łbym w góry – po­wie­dział ze znu­dze­niem. Z ja­kie­goś po­wo­du to mnie roz­gnie­wa­ło i wy­pa­li­łam mu pro­sto w twarz:

– Może w Chor­wa­cji znaj­dziesz so­bie ja­ki­chś ko­le­gów, bo w kla­sie i tak nikt cię nie lubi!

To było nie­spra­wie­dli­we i w ogó­le nie­praw­da, ale przez uła­mek se­kun­dy po­czu­łam ulgę i na je­den krót­ki mo­ment uda­ło mi się ostu­dzić tę pa­lącą, roz­grza­ną bia­ło­ść, któ­rą czu­łam tuż pod że­bra­mi. Ale po­tem zo­ba­czy­łam twarz Fi­li­pa, któ­ra zmi­ęła się jak ma­te­riał ści­ska­ny w dło­ni. Coś po­wie­dział, ale nic do mnie nie do­ta­rło, od­wró­cił się i po­sze­dł. Pa­trzy­łam, jak od­cho­dzi. Po kil­ku­na­stu kro­kach przy­sta­nął i spoj­rzał w moją stro­nę. Wy­ci­ągnął z kie­sze­ni klucz, otwo­rzył furt­kę i znik­nął w ży­wo­pło­cie z tui.

Zo­sta­łam na uli­cy sama. Nie mia­łam gdzie się ukryć w pe­łnym sło­ńcu, nie z tą wy­pa­lo­ną dziu­rą o osma­lo­nych brze­gach, któ­rą czu­łam do­oko­ła most­ka. Wy­ta­rłam twarz i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­łam w górę uli­cy. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej zo­sta­wić za sobą to miej­sce i wszyst­ko, co mi się tam przy­da­rzy­ło. Ci­ągle trzęsły mi się ręce i pa­li­ły po­licz­ki. W ten głu­pi spo­sób uda­ło mi się po­gor­szyć całą sy­tu­ację. Zro­bi­łam coś, przed czym za­wsze ostrze­gał mnie tata: spra­wi­łam ko­muś przy­kro­ść, bo ktoś inny pa­skud­nie mnie po­trak­to­wał. Do­ta­rłam do bra­my pro­wa­dzącej na ogród­ki i z ulgą we­szłam na żwi­ro­wą ście­żkę, na któ­rej moje kro­ki przy­jem­nie za­chru­pa­ły.

Za bra­mą za­czy­nał się inny świat. Tu wszyst­ko kur­czy­ło się do wer­sji mini, za­miast do­mów w ogród­kach sta­ły nie­wiel­kie al­tan­ki, ko­lo­ro­we jak dom­ki kra­sno­lud­ków. Drze­wa owo­co­we nie wy­ra­sta­ły wy­so­ko, ich ga­łęzie przy­po­mi­na­ły dło­nie sta­rusz­ków, po­marsz­czo­ne i na­brzmia­łe ży­ła­mi, o wy­ra­źnie za­zna­czo­nych ści­ęgnach. Wie­lu star­szych lu­dzi dba o te ogród­ki i ta­ki­mi wła­śnie ręka­mi zbie­ra ja­błka, grusz­ki i cze­re­śnie.

– Na­resz­cie je­steś! – Bab­cia ucie­szy­ła się na mój wi­dok. – Ale cze­mu ty masz taką czer­wo­ną bu­zię?

– Ja? Nie wiem, zgrza­łam się, jak szłam, to jest prze­cież pod gór­kę…

– Cho­dź no tu. – Po­de­szła i chwy­ci­ła mnie pod bro­dę. – Co się wy­ry­wasz, prze­cież tyl­ko chcę zo­ba­czyć, czy się przy­pad­kiem na sło­ńcu nie przy­pa­li­łaś. A co ty masz ta­kie czer­wo­ne oczy, zno­wu aler­gia?

– Nie, chy­ba nie aler­gia. Jest coś do pi­cia? Pić mi się chce. – Pró­bo­wa­łam się wy­śli­znąć z uchwy­tu bab­ci, ale trzy­ma­ła mnie moc­no. Nie lu­bi­łam tego, ale nic so­bie nie ro­bi­ła z mo­ich pro­te­stów.

– Jest, jest, oczy­wi­ście, że jest. – Przy­gląda­ła mi się po­dejrz­li­wie. – Ale coś mi się nie po­do­basz, te po­licz­ki ta­kie roz­grza­ne… Może masz go­rącz­kę? Po­każ no się jesz­cze…

– Nie mam go­rącz­ki, na­praw­dę! – W ko­ńcu uda­ło mi się uciec. Na ba­lu­stra­dzie wo­kół we­ran­dy sta­ła jak zwy­kle bu­tel­ka z wodą. Na­la­łam so­bie wody na dłoń i prze­my­łam twarz. Po­chy­li­łam się, od­gar­nęłam wło­sy z szyi i ob­la­łam kark wodą. Na chwi­lę przy­nio­sło mi to ulgę.

Nie­ste­ty, wie­dzia­łam, że bab­cia nie pod­da się ła­two. Cza­sa­mi chcia­łam, żeby nie przej­mo­wa­ła się aż tak bar­dzo moim zdro­wiem, tyl­ko za­py­ta­ła, jak się w ogó­le czu­ję. Ale dla bab­ci li­czą się tyl­ko trzy te­ma­ty – czy je­stem zdro­wa, czy coś ja­dłam i co w szko­le.

Do­bra, to nie jest cała praw­da. Jest jesz­cze je­den te­mat – moja mama. Za­zwy­czaj lu­bię, kie­dy ktoś o niej opo­wia­da, ale kie­dy robi to bab­cia, zwy­kle ko­ńczy się tym, że za­czy­na pła­kać, przy­tu­la mnie i mówi ja­kie to ze mnie bied­ne dziec­ko, czym ona so­bie na to za­słu­ży­ła, czym ja so­bie na to za­słu­ży­łam, i tak da­lej.

Bied­ne dziec­ko. Taka tra­ge­dia. Tak mło­do. Znam to na pa­mi­ęć, te opo­wie­ści, jak ja to mam w ży­ciu pod gór­kę i jak musi być mi ci­ężko. Za­ska­ku­jąco dużo lu­dzi uwa­ża, że na pew­no jesz­cze nikt mi tego nie uświa­do­mił i w ta­kim ra­zie jest to ich obo­wi­ązek. Cza­sem mam wra­że­nie, szcze­gól­nie kie­dy coś mi się uda­je, że są nie­przy­jem­nie zdzi­wie­ni i roz­cza­ro­wa­ni. Bo to bied­ne dziec­ko ra­dzi so­bie le­piej niż prze­wi­dzie­li. Z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­ka, że lu­dziom często ła­twiej jest wspó­łczuć, niż ki­bi­co­wać.

Dla­te­go Bąku jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, bo on mi nie wspó­łczu­je i ogól­nie uwa­ża, że mam w ży­ciu jak ksi­ężnicz­ka, a wszy­scy nie­po­trzeb­nie się nade mną trzęsą.

– Ty po pro­stu masz zło­ty kar­net na wszyst­ko, taką le­git­kę klu­bu wy­gry­wów, i ka­żdy by chciał być jak ty.

A zno­wu bab­cia na to: