Isztar - Jarosław Prusiński - ebook + audiobook
Opis

Powieść Isztar jest ciekawym połączeniem SF i książki historycznej. Są to dwie opowieści zbiegające się w jednym punkcie. Każda jest inna, każda pisana w innym stylu i innej narracji. Historia przedstawiona jest z punktu widzenia współczesnego mężczyzny i kobiety urodzonej kilka tysięcy lat p.n.e. To powieść momentami zabawna, momentami refleksyjna, pokazująca wiele ciekawostek ze starożytnego, wymarłego świata. Z pewnością nietuzinkowa i oryginalna. Długo można o niej pisać, ale można też krótko – to jest po prostu świetna książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

Isztar

Sumer, rok 2624 p.n.e.

Copyright © by Jarosław Prusiński, 2018

Grafika na okładce: Pixabay

Projekt okładki: Jarosław Prusiński

ISBN druk: 978-83-7859-941-8

ISBN e-book 978-83-7859-969-2

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody autora zabronione

Wydanie I, 2018

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Cudownym, zwiewnym istotom,

które nazywamy kobietami.

Anu – bóg, ojciec Isztar

Araszkigal – siostra Isztar, bogini zaświatów

Tammuz – mąż (kochanek), pół–bóg, patron rolników

Enkidu – przyjaciel Gilgamesza

ANKH – klucze życia i zdrowia

Me – boska broń

Enki (Ea) – bóg mądrości

KUR – kraina zmarłych

Ninszubur – służąca Isztar

Szukaletuda – ogrodnik Isztar

Enkimdu – rywal Tammuza, patron pasterzy

Nanaja – przyjaciółka Isztar

Addu – bóg burzy, który dał moce Gilgameszowi

Aja – żona Szmasza, boga słońca

Antu – matka Isztar

Aruru – matka Ziemia

Asakku – demon choroby

Beleturi – trzyma tablice losu

Enlil – bóg wiatru

Humbaba – władca królestwa cedrów

Irkalla – bogini świata zmarłych

Lilit – kobieta – demon

Tytuły świątynne:

kedeshah – święta kobieta, prostytutka

zonach – pospolita prostytutka

kedeshah – ogólna nazwa świętych prostytutek. Dzieliły się one na:

entu – arcykapłanka, przełożona kapłanek, prawa ręka bogini Isztar

qadishtu – święta kobieta, kapłanka, prostytutka

naditu – kapłanka, którą obowiązywała wstrzemięźliwość seksualna. Zajmowała się finansami, zarządzaniem posiadłościami należącymi do bogini i handlem

Ta opowieść przyszła do mnie właśnie w takiej postaci, w jakiej trzymacie ją teraz w rękach. I chociaż bardzo chciałem ją uładzić, odrzeć z perwersji, uczynić ją grzeczniejszą, to moc Isztar - bogini miłości fizycznej i wojny okazała się większa. Nie dałem rady się jej przeciwstawić. Wybaczcie.

URUK, Rok 2624 p.n.e.

Był chłodny poranek, słońce nie wzeszło jeszcze nad dachy miasta i ulice wciąż spowijały długie cienie.

Mężczyźni powlekli za sobą kobietę z osłoniętą twarzą. Była poobijana, jęczała przy każdym kroku. Luźne szaty przesiąkły krwią. W oczach miała cierpienie i strach. Na ulicy, niedaleko świątyni Inanny, mężczyźni przewiesili sznur przez jedną z belek, na których wspierał się dach domu miejscowego kupca i zawiązali pętlę. Widać było, że robili to już nieraz. Pętle starannie nasmarowali tłuszczem, żeby bez trudu się zaciskała. Nie patrzyli na siebie pracując, nie patrzyli na kobietę u swoich stóp. Chcieli skończyć jak najszybciej i wrócić do domów, do żon, do swojego życia. Postawili skrzynię, na którą bez namysłu weszła kobieta. Ona też chyba chciała mieć to już za sobą. Nałożono jej pętle na szyję i wtedy mężczyźni po raz pierwszy się zawahali. Wtedy, gdy robota była już skończona. Pozostało tylko ją zepchnąć.

Kobieta uchyliła nihab i splunęła na nich. Ślina była lepka i gęsta, trzymała się ust, więc skazana niewiele osiągnęła. Jedynie plunęła sobie na brodę. Los nie był dla niej łaskawy nawet w ostatnich chwilach życia. Westchnęła ciężko i zeskoczyła ze skrzyni. Pętla zacisnęła się gładko. Kobieta rzucała się przez chwilę szaleńczo, tak bardzo, że belka do której była przywiązana zaczęła trzeszczeć, aż w końcu znieruchomiała. Spomiędzy sztywnych jak kołki nóg spłynęła strużka ciemno - żółtego moczu.

Mężczyźni zabrali skrzynię i odeszli pośpiesznie. Gapie, którzy przystanęli na chwilę, żeby się przyjrzeć ruszyli w swoją stronę, uważając, żeby nie wdepnąć w żółtą kałużę. Kramarze nieopodal rozstawiali swoje stoiska, urzędnicy spieszyli się do pracy. Uruk zaczynało budzić się do życia.

Isztar (Inanna) - bogini miłości i wojny, ponoć zaproponowała małżeństwo Gilgameszowi, ale ten jej odmówił, a następnie wraz ze swoim przyjacielem zabili nasłanego przez niąz zemsty bykołaka.

Kilka miesięcy wcześniej

Najpierw zobaczyli ptaki. Wielkie stada lecące z północy na południe. Było ich tak dużo, że przykryły całe niebo, zasłoniły słońce. Potem przez wieś przebiegły zwierzęta. Lwy biegły obok kozic, pantery obok antylop. Jednak zwierzęta nie zwracały na siebie uwagi ani na ludzi z wioski. Uciekały przed czymś, co przerażało je bardziej niż drapieżniki albo ludzie. A kiedy wszystkie już popędziły na południe także kilku maruderów – zwierzęta zbyt stare albo chore, żeby dotrzymać reszcie kroku – zapadła cisza. Cisza straszna, mrożąca krew w żyłach, okrutna.

W nocy usłyszeli bębny. Miarowe dudnienie, które co chwila gwałtownie się urywało, żeby dać pole do wybrzmienia dźwięku jeszcze bardziej przerażającego – gromkiego, rozrywającego ciszę: Huuu. Okrzyku wyrwanego z tysięcy gardeł. Wrogowie szli na Uruk. Wrogowie szli na Uruk!

Pojawili się następnej nocy tuż po zmierzchu. Zapłonęły chaty, zapłonęli ludzie jak żywe pochodnie. Rozbrzmiały krzyki gwałconych kobiet. Wojowie, nie mogąc doczekać się swojej kolejki, gwałcili je po trzech, czterech naraz. Wtykali swoje przyrodzenia we wszystkie otwory jakie kobietom dała natura. Wyrzynano mężczyzn, niemowlęta chwytano za nóżki i rozrywano albo wrzucano do ognia. Krew spłynęła po wysuszonej, spalonej słońcem ziemi.

Wyszła z bitewnego dymu naga, przyozdobiona klejnotami. Odpędziła wojów od jednej z gwałconych dziewcząt i kazała jej wstać.

– Nie chcesz być gwałcona, to wytnij sobie kobiecość – powiedziała.

– Błagam…

– Wytnij ją sobie! – rozkazała, podając jej sztylet.

Dziewczyna wolałaby zginąć, przebić się tym ostrzem niż okaleczyć w taki sposób, ale Jej nie mogła się przeciwstawić. Każdemu tylko nie Jej. Zrobiła to, wyjąc w niebogłosy. Krew spływała po jej nagich udach. Bogini odebrała jej kawałek ciała, który już do niej nie należał i włożyła sobie do ust.

Matka dziewczyny chciała podbiec do córki, ale bogini jej nie pozwoliła. Zaklęciem powaliła ją na kolana, a potem zwróciła się do niej, żując w ustach ciało jej dziecka.

– Wezmę twoją córkę – powiedziała bogini. – Szamchad należy do mnie. Wypraw ją do Uruk albo spalę wszystko i zabiję każdego, kto stanie mi na drodze. Jej dusza należy do mnie.

Z kącików ust bogini wypływała krew, skapując na jej nagie piersi.

* * *

Kobieta przerwała pracę i zerknęła z niepokojem na niebo. Zanosiło się na burzę piaskową. Drugi raz na przestrzeni zaledwie kilku dni. Bogowie musieli być mocno rozgniewani. Westchnęła i wróciła do swoich zajęć. Nie na długo. Na tle ciemnogranatowego nieba zamajaczyła okutana w długie szaty postać. Biegła. Potknęła się i upadła, na chwilę niknąc w szarym pyle, ale po chwili się podniosła i ponownie puściła biegiem. Kobieta odłożyła motyczkę i zmrużyła oczy. Musiało stać się coś złego. Patrzyła na biegnącą postać z rosnącym niepokojem. Narodził się w dole brzucha i z każdą chwilą przybierał na sile. Lodowaty, kłujący niepokój czekający tylko na to, żeby przerodzić się w prawdziwy strach. Zwłaszcza, że rozpoznała biegnącą postać.

– Dziś w nocy przyszła do mnie Isztar – wysapała jej młodsza siostra, gdy wreszcie dotarła na miejsce i chwyciła ją za rękaw, żeby utrzymać ciało na drżących ze zmęczenia nogach. – Była całkiem naga, w ręku trzymała włócznię, a jej oczy… Były czerwone i gorejące jak rozżarzone węgle z ogniska.

Ludzie Sumeru często mylili sny z jawą, przykładając do nich zbyt dużą miarę, traktując majaki jako boskie objawienia.

– To tylko sen, siostro – powiedziała kobieta uspokajająco. – Nie przejmuj się tak bardzo zwykłym snem.

– To nie byle sen. Nie tym razem. To przepowiednia. Popatrz tylko na niebo!

Kobieta zrobiła to niechętnie. Niebo zrobiło się już całkiem czarne. Po plecach przebiegły jej dreszcze. A kiedy siostra opowiedziała swój sen ze wszystkimi szczegółami, zimne dreszcze na jej ciele jeszcze się wzmogły. Chciała powiedzieć, żeby wróciła do domu i przestała się tym przejmować, chciała ją pocieszyć, jak robiła to wielokrotnie, ale zanim otworzyła usta zerwał się wiatr, porywając ze sobą piasek pustyni i uderzył prosto w stojące kobiety, jakby specjalnie celując, chcąc zrobić im krzywdę.

– Odpraw ją! – wrzasnęła ustami pełnymi piasku. – Wypraw ją do Uruk!

Ciekawe jest to, że kobieta nigdy nie przyznała się do tego, że wypowiedziała właśnie te słowa. Twierdziła, że z całych sił odradzała siostrze oddanie córki królowej nierządnic. Morderczej bogini seksualnej rozwiązłości, nagiej bogini wojny pijącej krew pokonanych wojowników. Nigdy nie pozwoliłaby siostrze powierzyć własnej córki komuś takiemu. Przenigdy!

CZĘŚĆ 1/1, SZAMCHAD

Dziewczyna dopiero co wyrosła z wieku dziecięcego. Jeszcze niedawno bawiła się w gotowanie, dogadzanie mężowi na wszelkie sposoby, co ona rozumiała jako pochlebstwa i częste ukłony, oraz opiekę nad dziećmi. Gotowała wykonanym z patyków lalkom zupki z piasku i poiła wodą, często je przy tym uspokajając lub śpiewając kołysanki. A teraz stała u wrót Uruk z małym węzełkiem na plecach, w którym miała jedną dodatkową tunikę, bukłak z wodą i dwa kawałki suszonego mięsa. Było go więcej, ale po drodze większość zjadła. Bukłak też już był prawie pusty.

Stojąc pod bramą ani przez chwilę nie zwątpiła, że wezwała ją sama bogini Isztar. W jej sercu kołatał strach, ale też tliła w nim mała iskierka nadziei na lepsze jutro, na pełny brzuch, na ciekawe życie. Czekała. Strażnicy już wiedzieli do kogo przyszła i gorączkowo naradzali się, co mają z tym faktem począć. Niepokojenie bogini mogło się skończyć dla nich szybką, albo wręcz przeciwnie: długą i bolesną, śmiercią. Ale gdyby się jednak okazało, że Nieśmiertelna, ta która żyje tysiąc lat, oczekiwała tej małej, a oni by jej nie wpuścili, ich przyszłość nie zapowiadałaby się wcale lepiej. Szamchad dopiła resztę wody i czekała cierpliwie.

* * *

– Mówisz, że wezwała cię moja pani – kapłanka bogini wydęła pogardliwie wargi – we śnie, który przyśnił się twojej matce?

– Tak, pani.

Twierdzenie było tak absurdalne, że po prostu musiało być prawdziwe. Kapłanka zgasiła uśmiech na twarzy i zgarbiła się, jakby dostała w brzuch. Bała się nie mniej niż strażnicy, którzy do niej przyprowadzili tę małą. I tak jak mężczyźni udawała, że się nie boi.

– Wskaż mi miejsce spoczynku, pani – odezwała się dziewczyna. – Bogini sama po mnie przyjdzie, gdy uzna to za stosowne. Z pewnością już wie, że jestem.

W końcu to bogini! Prostota tego rozwiązania wydała jej się wprost genialna. Wskazała dziewczynie dom kapłanek, przygotowała siennik i kazała czekać. Szmachad czekała. Do zimy.

* * *

Służąca i zarazem przyjaciółka bogini Isztar była wesołą, wiecznie roześmianą dziewczyną. Gdy dowiedziała się o pewnej upartej, wiejskiej dziewczynie, która od tygodni oczekuje na widzenie z jej panią, natychmiast poszła do jej celi. Dziewczyna mieszkała w małej komórce bez okna, śpiąc na kamiennej podłodze. Nie miała pozwolenia na jej opuszczanie, więc praktycznie była więźniem. Jadła dwa razy dziennie to, co przynosiły jej niewolnice i załatwiała do drewnianego wiadra. A mimo to ani na chwilę nie straciła nadziei.

– Tutaj cię trzymają? – Ninszubur nie kryła rozczarowania. – Psy traktuje się lepiej.

Szamchad obserwowała przybyłą w milczeniu.

– Chcesz być kadeshah? – służąca bogini usiadła naprzeciwko dziewczyny, patrząc jej głęboko w oczy. – Chcesz oddawać się mężczyznom? Należeć do wszystkich, a nie tylko do jednego? Chcesz być kapłanką mojej pani?

– Nieważne, co ja chcę – odparła. – Iszar mnie wezwała i jestem gotowa spełnić jej wolę.

– Tak, wiem. We śnie, który przyśnił się twojej matce.

– Czekam, aż bogini powie mi, co mam robić.

– Możliwe, że się nie doczekasz – roześmiała się Ninszubur. – Pani nie odzywa się do każdego. Tego zaszczytu mogą dostąpić wyłącznie bogowie i niektóre jej kapłanki. No i oczywiście król Uruk, Gilgamesz, ale on też jest w połowie bogiem. Sam Addu obdarzył go swoją mocą. Jakiż on jest piękny! Widziałaś go już? Widziałaś króla? Wiele bym dała, żeby móc znaleźć się w jego ramionach. Połowa kobiet z Uruk, a nawet z Larsy czy Nippuru oddałaby wszystkie swoje kosztowności, żeby doświadczyć jego oddechu na swojej twarzy. Ech…

Dziewczyna rozmarzyła się, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Szmachad to rozbawiło. Ta jej tęsknota za niemożliwym.

– Moje pragnienia są chyba mniej nierealne niż twoje – powiedziała. – Ja marzę tylko o tym, żeby bogini obdarzyła mnie swoim głosem. I żeby wskazała mi moje miejsce.

– Więcej jest kobiet, które trzymały między udami męskość Gilgamesza niż tych, co słyszały boską Inannę – odparowała Ninszubur. – Ja bym się nie zakładała!

Rozmawiały długo. Gdyby cela Szamchad posiadała okno, zauważyłyby, że nad miastem już dawno zapadła noc.

Tego dnia obie młode kobiety połączyła cienka, ale mocna i solidna nić przyjaźni.

* * *

Wymknęła się o świcie. Pierwszy raz złamała wolę kapłanek i opuściła swoją celę, mrużąc oczy przed światłem Szamasza. W świątyni nie było nikogo. Wszystkie kapłanki wyruszyły ulicami Uruk. Rozpoczęło się święto.

Szamchad wspięła się na dach świątyni. Była lekka i zwinna jak kotka, choć zastałe od długiego pobytu w małej celi mięśnie trochę drżały przy wysiłku. Położyła się na brzuchu, obserwując kondukt. Pierwsza szła entu z dwoma kapłankami, torując drogę dla lektyki bogini niesionej przez sześciu silnych mężczyzn. Za nią szły pozostałe kapłanki, dostojnicy, kupcy, na końcu zwykli ludzie. Pochód zamykali niewolnicy z wszystkimi tymi tobołkami i kuframi, zawierającymi tuniki na zmianę dla dam, wachlarzami, kosztownościami i setką innych drobiazgów. Żadna szanująca się kobieta nie spędzi przecież całego święta w jednym ubraniu! To odróżniało je od tłumu gapiów, składającego się z biedoty i ludzi niskiego stanu.

Dziewczyna chłonęła wszystko, jakby chciała się nasycić widokiem. Tyle piękna! Cudownych kobiet, strojnych mężczyzn. A najważniejsza z nich siedziała w lektyce niesiona przez szóstkę najznamienitszych wojowników Uruk. Inanna. Nie miała zakrytej twarzy. Była całkiem naga aż do pasa. Jedynym jej ubiorem była biżuteria zwieszająca się serpentynami na jej jędrne piersi. Piękno Isztar ją zachwyciło i poraziło. Kondukt przepływał lekko wśród tłumu gapiów, a bogini górowała nad wszystkimi swoim szykiem i dostojeństwem. Jej nagość nie raziła, nie szokowała. Jej nagość była bardziej dystyngowana niż strojne szaty wielmożów. Gdy pochód znalazł się w pobliżu świątyni, Isztar spojrzała w górę i na mgnienie oka ich spojrzenia się spotkały. Bogini i wiejskiej dziewuchy. Szmachad poczuła wielką, gorącą falę miłości do tej kobiety. I nie zmienił tego nawet widok boskiego Gilgamesza, który okazał się dokładnie tak przystojny jak mówiła Ninszubur. Służąca wcale nie przesadziła. A jednak serce Szamchad należało już do Isztar i wiedziała, że zrobi dla niej wszystko. Skoczy ze skały, wejdzie do ognia, pójdzie do świata zmarłych. Zrobi dla niej wszystko. A nawet więcej niż wszystko! Poczuła podniecenie. Ogromne, sprośne podniecenie. Drzwi do miłości poprowadziły ją do sali cielesnej żądzy. Wielkiej, pachnącej kwaśno i słono komnaty. Pachnącej potem i ludzkimi wydzielinami. Jej dłoń zaczęła się przesuwać po ciele, jakby była niezależną istotą. Dotknęła pośladków i piersi, przesunęła się po szyi. Końce palców dotarły do jej ust. Przygryzła je do krwi, jęcząc. Ale nie był to jęk bólu.

BÓG

Bóg zjawił się o zmierzchu. Przeszedł przez bramę Uruk i kazał się prowadzić prosto do Isztar. Był wzrostu trzech mężczyzn, a z jego kija bił oślepiający blask. Ludziom nie wypada mieszać się w sprawy bogów toteż polecenie natychmiast wykonano. Kiedy przed nią stanął, przybrał ludzką postać i ukłonił się uprzejmie. Eunuchowie i kapłanki oddalili się, zostawiając Isztar sam na sam z bogiem, który ją odwiedził.

– Czego sobie życzysz, panie? – spytała drżącym głosem. – Cóż ja, puch marny, mogę uczynić dla bogów?

– Nie za dużo tej skromności? – zaśmiał się bóg. – W końcu przybyłem do nieśmiertelnej bogini Isztar. Czy dar wiecznego życia nie przynależy wyłącznie bogom?

Kobieta zacisnęła usta. Przez jej twarz przebiegła czarna chmura, wyginając śliczne brwi ku dołowi.

– Jak masz na imię, panie? – spytała. – Zdradź je, abyśmy mogli je czcić – drżenie jej głosu jeszcze się nasiliło.

– Na początku wszystko pokrywała woda i żadna rzecz nie została jeszcze nazwana ani na ziemi, ani w niebiosach. Wtedy wypowiedziano imiona bogów i pojawili się bogowie. A gdy bogowie wypowiedzieli imiona rzeczy, pojawiły się rzeczy. Z wody wyłoniły się pola i pustynie. Następnie z ust stwórców wydobyły się nazwy ludzi i zwierząt. To co ma imię - istnieje, a ten, kto je zna ma nad tym czymś władzę – przybyły patrzył jej prosto w oczy, uśmiechając się lekko. – A więc pytasz mnie o imię, Isztar?

Bóg drwił sobie z niej i nawet tego nie ukrywał. Widocznie miał w sobie tyle siły, żeby nie obawiać się gniewu Nieśmiertelnej. Za to ona wyraźnie obawiała się jego.

– Wybacz, panie – bogini pochyliła głowę. – Może dasz się zaprosić na kolację? O ile służy ci ludzka strawa…

– Może być strawa i… piwo – zgodził się bóg.

Na kolację zaproszono wszystkich, którzy liczyli się w Uruk z królem Gilgameszem na czele, ale nikt nie śmiał zasiąść przy jednym stole z bogiem. Nawet Gilgamesz wymówił się bólem głowy. Obawiając się, że będzie z bogiem sama, Isztar zezwoliła przyjść swoim kapłankom. Zrobiła to tylko jedna, bardzo młoda i z pewnością bardzo głupia dziewczyna. Usiadła naprzeciw boga i przyglądała mu się z zaciekawieniem.

– Numer bogini Isztar to piętnaście – odezwała się z pełnymi jedzenia ustami. – A jaki jest twój, panie?

Inanna zamarła. To dziecko nie tylko odezwało się niepytane w obecności bogów, ale samo zadawało pytania. Bogom!

– Czterdzieści.

Bogini zbladła. Wiedziała co oznacza ta liczba. Ciężar wiedzy spadł na nią jak wielki głaz. Z trudem przełknęła ślinę i dwukrotnie otwierała usta, zanim zdołała wydobyć z siebie słowa.

– Wybacz mi, że pozwoliłam tej głupiej gęsi usiąść z nami do stołu, boski – wyszeptała. – Jutro każę ją za to powiesić.

Mężczyzna machnął niecierpliwie ręką, sięgając po kawałek pieczeni. Bogini zamilkła.

– Jak ci na imię, dziewczyno? – zainteresował się bóg niepomny tyrady jaką niedawno zaserwował Nieśmiertelnej.

– Szamchad.

– Ach, więc to ty? Ty jesteś pierwszą świętą nierządnicą Isztar, jej prawą ręką?

Bogini kiwnęła potakująco głową, choć widziała to dziecko pierwszy raz na oczy. Skoro bóg tak powiedział, to tak musi być. Tym sposobem prosta, wiejska dziewczyna o imieniu Szamchad dostąpiła zaszczytu, o którym inne dziewczęta mogły tylko marzyć.

* * *

Entu weszła do celi i prześwidrowała ją wzrokiem. Od bosych stóp po czubek głowy.

– Szlachetnie urodzeni z pięciu królestw niczego nie pragną bardziej, niż poświęcenia swoich córek bogini Isztar – powiedziała, nie spuszczając z niej wzroku. – Myślisz, że Nieśmiertelna weźmie ciało i duszę kogoś tak marnego jak ty?

– Jestem tego pewna – odparła Szamchad. – Siedziałam przy stole z samym Enkim. Ktoś taki jak ty nie powinien mnie obrażać.

Najstarsza z kapłanek znieruchomiała. Cisza, która zapadła wokół obu kobiet była gęsta i lepka. Młoda kandydatka wciąż patrzyła wyniośle, ale na plecach poczuła zimne mrowienie. Inanna spoglądała na nią oczami entu. Szamchad zaczęła się bać, ale było już za późno, żeby wycofać raz wypowiedziane słowa.

– Skąd znasz jego imię, dziewucho? Kto ci je zdradził? – kapłanka zachrypiała, jakby nagle jej gardło wyschło, jakby stało się piaszczystą pustynią.

– Wystarczyło z nim porozmawiać, żeby to odgadnąć – głos jej lekko drżał, ale starała się zachować pewność siebie. – Jego liczba wynosi czterdzieści. Sama byś na to wpadła, gdybyś nie bała się tak bardzo stanąć przed bogiem. Obawiałaś się, że on odczyta twoje myśli, zobaczy twoje grzechy? A może bałaś się, że odkryje twoją przyszłość?

Zamilkła. Nie miała pojęcia skąd wzięło się w niej tyle buty, tyle pewności siebie. Rzuciła wyzwanie najwyższej funkcją kapłance. Tej, której ustami przemawiała sama bogini. Pochyliła głowę. Sądziła, że dostanie w twarz, więc odruchowo schowała ją w ramionach. Przez długą chwilę entu się nie odzywała. W końcu westchnęła ciężko i spytała:

– Masz do dodania coś równie obelżywego?

Szamchad pokręciła przecząco głową, patrząc na swoje stopy.

– A więc od dziś zacznie się twój nowicjat – powiedziała najstarsza kadeshah. – Przyślę tu jedną z moich dziewcząt. Ona cię przygotuje. Będziesz usługiwać kapłankom i spełniać ich wszystkie zachcianki. Kiedy ten czas minie, zostaniesz związana i każda z nich wymierzy ci karę mokrym rzemieniem. Staraj się być uległa, nie odzywaj się niepytana i pohamuj swój jadowity język, bo w przeciwnym wypadku one cię zatłuką, gdy przyjdzie dzień kary. Niejedna tak skończyła, a ty jak mi się wydaje jesteś nie mniej butna od panienek, które do nas przysyłają wielmoże. Na koniec, jeśli przeżyjesz, bogini rozporządzi twoim ciałem wedle własnego uznania. Od tego dnia twoje łono będzie należało do niej i do wszystkich, którzy zechcą zapłacić za twoje wdzięki.

Szamchad zrobiło się słabo.

Enki

Bóg chodził ulicami Uruk, przyglądając się ludziom z troską i zaciekawieniem. Przechodnie zerkali na niego przelotnie, ale unikali jego wzroku. Wiedzieli, że nie wolno patrzeć bogom w oczy.

Na głównym placu miasta zebrał się tłum, choć nie to przyciągnęło uwagę Enkiego, ale przeraźliwy krzyk jakiejś kobiety. Poszedł tam, a tłum rozstępował się przed nim, jakby ktoś rozcinał skórę zwierzęcia ostrym nożem. Kilku ludzi wiązało dwóch chłopców za ręce i nogi do onagrów. Mieli w przybliżeniu po osiem lub dziesięć lat. Jeden z nich krzyczał, drugi tylko płakał. Krzyczała też kobieta, najpewniej matka.

– Co tu się dzieje? – spytał bóg.

Nikt nie ośmielił się udzielić mu odpowiedzi. Ludzie pochylali głowy i klękali przed nim. Podszedł więc do kobiety trzymanej przez wojownika, tej która krzyczała i zadał to samo pytanie.

– Ci chłopcy ukradli owoce ze straganu – odparł wojownik. – I z rozkazu króla zostaną za chwilę ukarani.

– W jaki sposób?

– Poniosą śmierć przez rozerwanie onagrami.

Matka, która na chwilę zamilkła, nagle się ocknęła.

– To moi synowie, święty Ea – w jej głosie zadźwięczała nadzieja. – Ratuj ich!

– Zapłacę za te owoce – powiedział bóg. – Puśćcie chłopców wolno!

Mężczyźni, którzy właśnie kończyli wiązać skazanych popatrzyli po sobie niepewnie.

– To rozkaz króla – odparł jeden z nich. – Nie wolno nam…

– Gilgamesz własnymi ustami nakazał wam zabić te dzieci?

– Rozkaz wydał wielki sędzia królewski…

– Przyprowadźcie go do mnie – nakazał bóg.

Tłum rozszemrał się głosami i szemrał aż do przybycia sędziego. Człowiek był niski, otyły i przestraszony, choć widać było, że nie nawykł do strachu innego niż ten, którego doświadczali ludzie skazywani przez niego na śmierć. Pot spływał mu po trzech podbródkach, mocząc bogato zdobioną tunikę.

– Nie cofnę rozkazu! – powiedział po wysłuchaniu boga. – Jeszcze nigdy nie okazałem słabości! I nie okażę go nawet przed bogiem.

Tłum ucichł. Enki wyciągnął zza paska ME i skierował ją na sędziego. Rozległ się pisk, a potem stłumiony trzask i grubas padł na plecy, jak uderzony niewidzialną pięścią. Z ust popłynęła mu gęsta, ciemna, prawie brązowa krew. Umarł w jednej chwili z wytrzeszczonymi oczami skierowanymi w niebo.

– Czy teraz wypuścicie chłopców? – spytał bóg.

Mężczyźni padli na kolana, bijąc pokłony i jednocześnie rozwiązując więzy. Tłum ukląkł także – w jednej chwili, jak podcięta przez ogrodnika kępa chwastów.

* * *

Kobieta rozebrała ją i założyła na szyję skórzaną obrożę z przytwierdzonym z przodu dużym, ciężkim kółkiem z brązu. Na brzuchu i plecach narysowała węglem znak ladacznicy. Potem, zadowolona ze swojego dzieła, poprowadziła ją do pomieszczenia kapłanek. Szamchad zobaczyła w ich oczach swoją własną śmierć. Nienawidziły ją za jej niską pozycję i za to, że śmiała sądzić, że jest im równa. Dziewczynom z najlepszych domów Uruk, Larsy, Nippuru i pozostałych królestw Sumeru. Kiedy przyjdzie dzień kary one na pewną ją zatłuką niezależnie od tego, jak bardzo będzie uległa podczas nowicjatu.

Kapłanki śmiały się z niej, komentowały detale jej ciała, rozchylały uda oraz jej delikatne płatki, jakby była surowym mięsem na obiad. Zaglądały wszędzie. Zajrzały też w zęby, brutalnie wkładając palce w jej usta. Szmachad poddawała się temu biernie. Jej ciało nie należało już do niej. Musiała to tylko zrozumieć. Najgorsza z nich była Oszur. Nienawiść w jej oczach graniczyła z szaleństwem. To ona pokazała Szamchad do czego służy kółko na jej szyi. Przywiązała ją rzemieniem do drewnianego pala stojącego na środku sali jadalnej, krępując również ręce, a potem dostarczyła jej pierwszych czerwonych pasków na pupie i udach. Zostawiła ją tam, płaczącą, na całą noc.

* * *

Kobieta zobaczyła ich z daleka. Odłożyła dzban z wodą i uciekła do domu. Nie na wiele jednak to się zdało. Jej dom nie miał drzwi, jak posiadłości możnych, był przesłonięty od ulicy jedynie wiklinową matą. Zasłona odchyliła się i mężczyźni weszli do środka. Najniższy z nich miał zmiażdżone uszy i płaski nos. Widać, że zajmował się zapasami.

– Gdzie jest twój mąż? – spytał Zapaśnik.

Nie odpowiedziała. Zaplotła dłonie, żeby przestały jej drżeć i starała się nie patrzeć w jego zwierzęce, nienawistne oczy.

– Podobno jesteście niezadowoleni z wynagrodzenia? – mężczyzna chodził po izbie, zaciskając dłonie w pięści, jakby chciał kogoś uderzyć. – Słyszałem, że dwie miary jęczmienia to dla was za mało. Lubicie dużo jeść, co?

– Dwie miary na tydzień – powiedziała kobieta cicho. – Wcześniej było sześć. Mój mąż pracuje dla pana Damuziego od lat i nigdy nie było tak mało. Nawet niewolnicy dostają więcej.

– No, właśnie! – zaśmiał się Zapaśnik. – Tak sądziłem, że lubicie jeść. I właśnie przyszliśmy was nakarmić.

Jeden z jego ludzi chwycił kobietę od tyłu, unieruchamiając głowę, a on zmusił ją do otwarcia ust.

– Mam coś dla ciebie – powiedział, gdy podano mu zawiniątko. – Nakarmię cię.

A potem się śmiał, wpychając jej w usta psie odchody.

Mąż znalazł ją wieczorem nagą i zakrwawioną. Twarz miała tak zmasakrowaną, że poznał ją jedynie po głosie. Jęczała głosem jego żony.

NIERZĄDNICA

Tego dnia qadishtu Oszur obsłużyła sześciu mężczyzn. Kazała patrzeć tej nowej, jak oddaje się prawdziwa kobieta. Mała patrzyła ze zgrozą, jak mężczyźni wchodzą w nią pojedynczo lub po dwóch, używając przedniego i tylnego wejścia. Na koniec kazała jej obmyć swoje ciało z ich nasienia. Nowicjuszka zrobiła wszystko bez szemrania. Nic dziwnego, skoro była wieśniaczką nawykłą do wykonywania poleceń, a nie wydawania rozkazów jak ona i jej przyjaciółki. Stąd tak łatwo dawała się tresować. Zbyt łatwo. Qadishtu nie była zadowolona.

* * *

Stała pośrodku świątyni okryta prześwitującą tuniką. Bogini siedziała na zdobionym tronie z lekko kpiącym uśmiechem. Wydawała się niewiele starsza od Szamchad. Była smukła i delikatna, z czarnymi oczami i równie czarnymi włosami związanymi w warkocz przepleciony złotymi wstążkami. Miała jędrne piersi i krągłe, kobiece biodra. Była onieśmielająco piękna. Szamchad nie brakowało pewności siebie, ale nawet ona nie mogła wytrzymać spojrzenia bogini. Spuściła wzrok.

– Kobiety z Kaananu – odezwała się Isztar – boją się nagości. Boją się swojego łona, jakby to było gniazdo szerszeni. Boją się męskich członków, jakby były jadowitymi wężami. Obawiają się zbrukania, hańby i potępienia. A czego ty się boisz, Szamchad?

Dziewczyna milczała, wciąż wpatrując się w swoje sandały. Bogini westchnęła.

– Tutaj znajdziesz wszystko czego obawiają się Kanaanejki: fizyczną miłość i członki. Moja świątynia pachnie nierządem i męskim nasieniem. Ale nie znajdziesz tu hańby ani potępienia. Moje kapłanki są czczone i ubóstwiane, zasiadają z królami do stołu…

– Ja siedziałam przy stole z bogiem!

Szamchad zareagowała szybciej niż pomyślała. To była głupia, dziecięca przechwałka rzucona w obliczu bogini. Isztar się roześmiała. Czystym, dziewczęcym śmiechem. Młoda kandydatka na kapłankę podniosła zdziwiony wzrok, ale natychmiast ponownie pochyliła głowę. Ta krótka chwila wystarczyła, żeby napotkać palące spojrzenie Nieśmiertelnej. Wystarczyła, żeby ją przerazić.

– Rzeczywiście tak było – Inanna była wciąż rozbawiona. – Cóż w takim razie może ci dać zwykła bogini?

– Jesteś źródłem piękna i miłości, pani – powiedziała drżącym głosem. – Żyjesz tysiąc lat, pamiętasz naszych przodków, wielkich władców pięciu królestw. Nie godnam oddychać tym samym powietrzem co ty, pani.

Bogini skrzywiła się na wzmiankę o swoim wieku. Wesołość jej minęła.

– Rozbierz się – rozkazała. – Chcę zobaczyć jakimi atutami obdarzyli cię bogowie.

Bez słowa spełniła polecenie i stała z pochyloną głową, trzymając tunikę w ręku. Minęła długa chwila zanim bogini ponownie zaszczyciła ją swoim głosem.

– Stań w rozkroku. Muszę ci się dokładnie przyjrzeć.

Ten rozkaz także wykonała bez chwili namysłu. Choć nie miała odwagi unieść głowy czuła, że Isztar świdruje ją wzrokiem.

– Mam nadzieję, że entu dobrze cię wyszkoli – w głosie bogini słychać było znudzenie. Najwyraźniej zobaczyła już wszystko, co chciała zobaczyć. – Enki pokłada w tobie jakieś nadzieje, ale ja na razie nie widzę tu nic niezwykłego.

– Enki to bóg mądrości, pani – wypaliła Szamchad, zanim zdała sobie sprawę ze znaczenia własnych słów.

– Chcesz powiedzieć, że jestem głupia? – Isztar poderwała się z tronu i ruszyła w kierunku dziewczyny. – Śmiesz naśmiewać się z bogini?!

Była już nie więcej niż dwa kroki od Szamchad, gdy otworzyły się boczne drzwi i weszła najstarsza z kapłanek. Kobieta o zasłoniętej twarzy, ale mająca oczy takie same jak Inanna. Czarne i głębokie jak studnie.

– Wybacz, pani, że przeszkadzam – odezwała się przybyła. – Gilgamesz zaprasza cię do pałacu.

Isztar zamarła w pół kroku, a jej dłoń z zakrzywionymi jak szpony orła długimi palcami zawisła w powietrzu. Brakowało pół chwili, żeby ta dłoń odnalazła delikatne gardło dziewczyny.

– Teraz! – powiedziała starsza kapłanka tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Bogini zagryzła wargi, zmagając się ze sobą, ale posłuchała. Ta wewnętrzna walka trwała jedno mrugnięcie zaledwie, po nim Isztar znowu była sobą: dystyngowaną damą o kocich ruchach i niedbałym sposobie bycia.

– Nie musisz tu być – rzuciła w kierunku Szamchad. – Nierządnica Inanny to zaszczyt, nie obowiązek. Jutro nie chcę cię tu widzieć. Wracaj do swoich kóz!

I już jej nie było. Wciąż jednak była starsza kapłanka o oczach, w których mieszkał ogień.

– To dobra dziewczyna, ale jej nie denerwuj. Widzę, że macie podobne, niepokorne charaktery. Zaprzyjaźnicie się z pewnością.

– Nie słyszałaś? – wykrztusiła Szamchad, która cudem uniknęła śmierci. – Ona mnie wyrzuciła!

– Nie słyszałam nic takiego – odparła kobieta. – A teraz zmiataj do swojej celi zanim ona się zorientuje, że Gilgamesz wcale jej nie wzywał. Złość bogini wezmę na siebie.

Dziewczyna wybiegła ze łzami w oczach.

Wciąż była na środku świątyni. Naga. Wokoło stali wojownicy w kapturach. Uklękła na zimnej, kamiennej podłodze i podparła się rękami. Mężczyźni wchodzili w nią na zmianę od przodu i od tyłu. Czuła ból i obrzydzenie. Czuła ich w sobie, wypełniali ją, czuła słonawy smak w ustach, nozdrza wypełniał piżmowy zapach. Ból i zaciekawienie. Emocje zaczęły w niej wirować. Podniecenie zamieniło ból w przyjemność. Z początku było to zaledwie mrowienie rozlewające się po całym ciele, ale szybko zaczęło narastać. Czuła żądzę, która przepełniła ją całkowicie od palców u stóp po czubek głowy, po końcówki czarnych, gęstych włosów. Chciała krzyczeć, ale usta miała wypełnione. Krzyczało jej ciało, eksplodowało ekstazą. Czuła, że rozpada się na kawałki. Zdała sobie sprawę, że chce tego, chce tego więcej, chce tego ciągle! Chce zapachu i smaku ich nasienia. Chce być nierządnicą! Chuć wybuchła w niej z ogromną siłą. Wypełniła ją. Nie była już osobą. Była kielichem odkupienia, z którego każdy grzesznik może się napić, była narzędziem bogów, ich naczyniem. Wreszcie to zrozumiała! Ona jest tą, która gładzi grzechy świata, która łączy grzeszników z bogami. Ona jest wybraną, wyróżnioną, kapłanką. Ona jest tą, która patrzyła w oczy Isztar, która zasiadła z bogiem przy stole. Ona jest świętą prostytutką. Ona jest qadishtu! Pierwszą z ludzi, przewodniczką, ofiarą z własnego ciała i krwi. Wtedy to zrozumiała. Oddawała się mężczyznom, a czarne, głębokie jak studnie oczy wpatrywały się w nią intensywnie. Oczy Inanny, oczy najstarszej kapłanki.

Obudziła się z krzykiem! A potem poszła do entu i poprosiła o wstawiennictwo u Isztar. Chciała zostać. Po raz pierwszy odkąd przybyła do Uruk naprawdę chciała zostać.

* * *

Bóg nie opuszczał Uruk. Kazał się karmić i zaspokajać chucie. O te ostatnie potrzeby dbała sama bogini Isztar, choć mógłby być jej ojcem, a może nawet dziadkiem. Oczywiście, licząc w latach doczesnego świata.

W dwie pełnie od jego przybycia u ciężkich, drewnianych wrót świątyni stanął sam Gilgamesz.

– Jestem Gilgamesz – zakomunikował. – Wielki wojownik i król Uruk. Nie boję się ciebie ani twoich mocy nieczystych. Stań ze mną do uczciwej walki!

– A po co? – spytał bóg.

Gilgamesz zbaraniał i wytrzeszczył oczy.

– Ja jestem królem Uruk! – wrzasnął. – Jeśli chcesz mi odebrać władzę, musisz stanąć do walki.

– Nie mam zamiaru nic ci odbierać, Gilgameszu. Jestem gościem mojej przyjaciółki Isztar. Tylko gościem.

– W takim razie jesteś również moim gościem! Zamieszkaj ze mną w pałacu.

Gilgamesz szybko zapalał się do czynu i równie łatwo z czynu rezygnował. Poza tym poprawne relacje z bogami zawsze były dobrze widziane przez poddanych.

Tego dnia bóg zamieszkał w pałacu, ale nadal każdej nocy odwiedzał Isztar.

INANNA

Leżała obok boga naga, okryta jedynie ciemnością. Czuła się pusta. Patrzyła jak On śpi i marzyła o jedynym mężczyźnie, którego naprawdę pragnęła. Oddawała się wielu mężom, ale tylko jednego kochała. Mężczyznę, który jej nie chciał. Płakała bezgłośnie. Łzy zmoczyły posłanie i bóg zaczął się kręcić niespokojnie. Po chwili znieruchomiał, jego oddech wciąż był równy.

– Widzę jak na niego patrzysz – powiedział śpiący bóg.

– Na kogo? – wystraszyła się jego głosu i odpowiedziała trochę zbyt piskliwie. O wiele zbyt piskliwie jak na boginię.

Bóg odwrócił się w jej stronę. Miał otwarte oczy.

– Na niego – wyjaśnił, nic nie wyjaśniając.

– On pieprzy wszystkie dziewczęta w całym Uruk! – zezłościła się bogini. – Ustanowił prawo, że każda nowo zaślubiona kobieta ma z nim spędzić pierwszą noc. To bydlę, nie człowiek!

– Wygląda na to, że jest lepszy od samej bogini miłości – zaśmiał się. – Cóż za finezyjny pomysł!

– To nie jest w porządku, żeby on brał oblubienice jako pierwszy. Ludzie się skarżą. Musisz coś z tym zrobić!

– Dlaczego ja?

– To sprawy bogów. W żyłach Gilgamesza płynie boska krew i nie ludziom nad nim sprawować sądy tylko bogom.

– Mam go zabić? – spytał bóg.

– Nie! – zaprzeczyła trochę zbyt gwałtownie. – Każ mu tylko przestać gwałcić niewiasty…

– Chcesz, żeby przychodził do twoich nierządnic? A może ma przychodzić do ciebie?

Szukała w jego głosie zazdrości. Wielu mężczyzn było o nią zazdrosnych, wielu kochało ją do szaleństwa, wielu błagało o to, żeby była im wierna. Obsypywali drogimi kamieniami i złotem, mamili obietnicami bez pokrycia. Umiała sobie z nimi radzić. To była niedogodność jej boskości i od zawsze się z tym spotykała. Nic wielkiego. Jednak nie wiedziała, jak ma postępować z bogiem.

– Porozmawiam z nim jutro – zdecydował bóg. – Jesteś zadowolona?

– Będę zadowolona, jeśli coś wskórasz – odparła. – Gilgamesz bywa uparty jak osioł.

– Zabawne! On powiedział to samo o tobie.

W oczach Isztar zapaliły się radosne iskierki.

– Naprawdę? Mówił o mnie?!

– Śpij już, dziecino.

W oczach boga nie było nic radosnego.

* * *

Szamchad czuła się złamana i upokorzona. Kapłanki biły ją codziennie, śmiały się z niej i poniżały. Jej twardy charakter i buta skruszały jak zeschnięta glina. Tylko miłość do Isztar trzymała ją w tym miejscu, trzymała przy życiu. Dla niej chciała wytrzymać wszystko, ale już nie miała siły.

Tego dnia zaprowadzono ją do celi arcykapłanki. Dwaj mężczyźni prowadzili ją nagą na rzemieniu przyczepionym do jej obroży. Nie obchodzili się z nią jak z kobietą, prowadzili ją jak sukę. Widziała pogardę w ich spojrzeniach.

– Czego się nauczyłaś, Szamchad? – spytała entu, gdy zostały same. – Czego się dowiedziałaś o sobie?

– Nikt mnie niczego nie uczy, pani – odpowiedziała cicho, patrząc w podłogę. – Niczego się nie nauczyłam.

– Ależ nauczyłaś się – zaprotestowała przełożona. – Miesiąc temu dziewczyna, którą wtedy byłaś, patrzyłaby mi hardo w oczy i rzucała obelgi. Nauczyłaś się czegoś, Szamchad. A dzisiaj nauczysz się więcej. Będę cię szkolić. Poznasz potęgę miłości i pożądania. Siłę, którą dostałaś od bogów. Moc, która leczy, która prowadzi do wewnętrznej harmonii i szczęścia. Stań w rozkroku i spójrz mi w oczy.

Wykonała polecenie.

– Żeby poznać miłość fizyczną musisz najpierw zostać upokorzona, zrzucić okowy wstydu, przekroczyć wewnętrzne bariery – kobieta dotknęła długimi palcami jej ud, a potem dłoń entu powędrowała wyżej. – Wstyd przeszkadza, nie pozwala skupić się na tym, co jest ważne. Patrz mi w oczy, Szamchad! Nie spuszczaj ze mnie wzroku, gdy ci to robię!

Czuła wstyd. Pieszczota arcykapłanki była nieprzyjemna, niemal bolesna. Po policzkach spłynęły jej łzy. Spuściła wzrok, nie mogąc wytrzymać spojrzenia entu.

– Przestań myśleć, zastanawiać się, wstydzić – warknęła arcykapłanka, chwytając ją za włosy i zmuszając do spojrzenia w jej twarz. – To jak picie wody nosem. Otwórz usta i napij się jak człowiek. Czym się przejmujesz? Jesteś zwykłą szmatą i tak nie pomyślę o tobie gorzej, bo gorzej już nie można. Jesteś śmierdzącą zdzirą.

Dziewczyna spojrzała w czarne, głębokie jak studnie oczy i poczuła jak rozlewa się po niej fala rozkoszy. Przyszła szybko i gwałtownie, zalewając całe ciało. Szamchad była bliska spełnienia, gdy dłoń entu cofnęła się nagle.

– Nie tak szybko, moja mała.

– Proszę…

– Bardzo dobrze – pochwaliła arcykapłanka. – Zaczynasz się poddawać tej sile, którą nosisz w sobie. Jutro zrobisz to przy mnie sama. Najpierw jednak będziesz mnie błagać o rozkosz. Jeśli będziesz posłuszna, to może ci pozwolę.

Szamchad upadla na kolana i przylgnęła policzkiem do dłoni entu.

– Dziękuję, pani.

Następnego dnia zrobiła to przy przełożonej sama. Jednak nie tylko entu patrzyła. Patrzyły też inne kapłanki oraz kilku mężczyzn. Chłostę, którą potem obdarzyła ją Oszur przyjęła jak akt oczyszczenia, jak zmycie win, grzechu, którego się dopuściła.

* * *

Czterech mężczyzn przybyło do świątyni o świcie. Niewolnice umyły ich i namaściły wonnymi olejkami, a później zaprowadziły przed główny ołtarz. Zaczął się czas modlitw trwający trzy dni. Czas oczyszczania ciała z grzechów, poświęcenia bogom. Mężczyźni nie rozmawiali ze sobą ani nie jedli. Jedynie pili wodę z glinianych miseczek, które przynosiły im kapłanki i modlili się o łaskę odkupienia.

Trzeciego dnia wieczorem wprowadzono Szmachad. Niewolnice rozebrały ją i odeszły, zostawiając nagą pośród czterech mężczyzn.

Isztar weszła do świątyni otoczona swoimi przybocznymi kapłankami. Mężczyźni i naga kobieta uklękli, pochylając głowy przed boginią. Kiedy zasiadła na tronie, przyboczne odeszły w poszumie długich szat. Została tylko jedna, najstarsza z nich. Ta, która zawsze miała zakrytą twarz i której imię nigdy nie było wymieniane.

W świątyni zapadła cisza.

– Zaczynajcie – poleciła entu. – Używajcie jedynie tylnego wejścia i ust. Główne wejście nie jest przeznaczone dla was.

Szmachad, wciąż klęcząc, wsparła się na łokciach, a potem jej piersi zetknęły się z zimnymi kamieniami, gdy wyciągnęła ręce do tyłu, żeby rozchylić pośladki i ułatwić zadanie mężczyznom. Brali ją po dwóch od przodu i od tyłu, zmieniając się co chwila i mamrocząc modlitwy. Święty rytuał się rozpoczął. Rytuał ofiarowania ciała bogini Isztar, a zarazem błogosławienia wszystkich ludzi za pomocą ofiary. Akt seksualny będący pomostem do krainy bogów. Szamchad budowała ten most dla grzeszników, dając im odkupienie. Jęczała z bólu, ale nie prosiła o to, żeby skończyli. Chciała tego. Rozumiała rangę swojego poświęcenia.

Isztar była zadowolona. Gdy mężczyźni skończą, obdarują małą Szamchad swoim nasieniem. Zostawią też datki na świątynię i kilka monet dla młodej kapłanki. Ona musi przyjąć zapłatę, żeby święty akt miłosny się dopełnił. Patrzyła jak dziewczyna cierpi i była zadowolona. Niedługo przyjdą święta letniego przesilenia. Wtedy Szmachad podaruje jej swoje główne wejście. Możliwe, że sam bóg zechce ją posiąść jako pierwszy.

Zasępiła się na tę myśl.

* * *

Entu obudziła się, jak zwykle przed świtem. Podreptała długim korytarzem do łaźni, stąpając bosymi stopami po kamiennej, zimnej po nocy posadzce. Na środku pomieszczenia wydrążono kilka dziur. Kobieta kucnęła przy najbliższej. Nie lubiła sikać razem z innymi, dlatego zwykle przychodziła, kiedy dziewczęta jeszcze spały. Gdy skończyła, rozebrała się i nachyliła nad miską. Niewolnice zdążyły już przynieść świeżej wody. Entu dbała o to, żeby miska była zawsze przygotowana dla kapłanek. Nabrała wodę w dłonie i zaczęła się myć: od szyi i dużych, wciąż jeszcze jędrnych piersi, poprzez płaski brzuch aż po stopy. Stopy miała małe, prawie dziecięce. Patrzyła przez chwilę na nie, przypominając sobie te same stopy należące do kogoś innego, do kogoś kim była wcześniej. Do kogoś znacznie młodszego. Stopy się nie zmieniły. Wciąż były młode. Ale reszta ciała, choć dalej chętnie korzystali z niego ofiarnicy, traciła swoją gibkość z miesiąca na miesiąc. Ona to wiedziała, miała porównanie. Wiedziały też stare kobiety, które tylko czekały, żeby wysłać ją w Zaświaty. Wtedy, gdy już nikomu nie będzie potrzebna, gdy będzie tylko zawadzać w świątyni. Wtedy ją odeślą. Tak jak odsyłały wszystkie jej poprzedniczki. Bez słowa pocieszenia, bez wyrzutów sumienia. Ostatnia ofiara złożona bogom. Ofiara z jej życia.

Starła dłońmi kropelki wody z brzucha, pośladków i nóg, włożyła tunikę i zawinęła nihab wokół twarzy. Świt zaczął się już przedzierać do pomieszczeń kapłanek. Za chwilę świątynia miała się przebudzić. Entu rozpoczęła swój zwykły, pełen obowiązków, dzień. Pośpiesznie udała się do kuchni, żeby jak każdego ranka dopilnować niewolnic robiących śniadanie. Potem spotkała się z mularzami w sprawie dobudówki do świątyni, przeznaczonej dla służących i niewolnic, bo stara, drewniana szopa, w której dotąd mieszkały zaczęła się już rozpadać. Jak zwykle musiała się z nimi targować i jak zwykle obiecała im jedno darmowe ofiarowanie. Było ich trzech, a jeden z nich był tak stary, że wątpiła w coś więcej niż jego dobre chęci.

Śniadanie ją ominęło, bo akurat wtedy targowała się z robotnikami, więc wpadła na chwilę do kuchni, żeby przegryźć coś na szybko. Nie zdążyła podnieść jedzenia do ust, gdy weszła naditu.

– Wybacz, entu, że przeszkadzam – odezwała się przybyła. – Chciałam chwilę porozmawiać. Ostatnio dochody świątyni wyraźnie spadły. Musimy zmniejszyć racje dla niewolników i służby, chyba że kadeshah zaczną w końcu przynosić dochody.

– Kadeshah nie są od tego, żeby przynosić dochody. Świątynia to nie burdel!

– To w takim razie zmniejszę racje.

– Mamy więcej ziemi niż król. Czy w tym roku była susza albo powódź? Coś stało się z plonami? Dzierżawcy nie płacą daniny? Wytłumacz mi to, naditu!

– To znaczy… Właściwie… – Dziewczyna wiła się jak nadepnięty robak. – Nie możemy zbytnio naciskać na obszarników. Oni też mają swoje problemy…

– Nie obchodzą mnie ich problemy! Jeśli nie będzie klęski żywiołowej, chcę mieć pełne spichlerze jęczmienia. A skarbiec świątyni ma być wypełniony srebrem i szlachetnymi kamieniami.

– To może ty z nimi porozmawiasz, entu? – Naditu pogardliwie wydęła wargi. – Może ciebie posłuchają szlachetnie urodzeni władcy Uruk i zgodzą się płacić większe daniny? A może przekonasz ich swoimi wdziękami?

– Skończyłyśmy rozmowę, naditu – głos Nanai był zimny jak lód. – Wyjdź stąd, zanim wyprowadzisz mnie z równowagi.

– Nie zawsze będziesz tym kim jesteś, entu – warknęła dziewczyna. – Może powinnam porozmawiać z Oszur?

– Może. Ale zanim ona zostanie arcykapłanką, przygotuj mi zestawienie przychodów i wydatków za ten rok. Chcę rzucić na nie okiem.

– Jak chcesz, entu. Przekażę je pisarzowi.

– Przekażesz je mnie!

Naditu skuliła się jak psiak. W jej oczach był strach.

Ledwie skończyła śniadanie, a już przyszedł służący od jednej ze znamienitych rodzin miasta prosić o wizytę. Do takich ludzi chodzi się osobiście, więc prośbę należało spełnić.

– Posłuchaj, gołąbeczko – powiedział Damuzi, gdy tylko przekroczyła próg jego domu. Mężczyzna był duży, zwalisty i ciągle mrużył oczy. – Ludzie skarżą się na Gilgamesza. Te jego prawa, które wprowadził…

– Z nim o tym porozmawiaj, panie – przerwała mu.

– Nie powinien gwałcić świeżo poślubionych żon – kontynuował, jakby jej nie usłyszał. – Ludzie w końcu się zbuntują. Nad miastem już zbierają się czarne chmury. Gilgamesz nie posłucha ludzi, to bogini powinna na niego wpłynąć. Powiedz jej o tym.

– Bogini wie o wszystkim.

– Niech więc się tym w końcu zajmie!

– Uważaj, żeby nie przesadzić – ostrzegła go. – To bogowie rozkazują ludziom, nie ludzie bogom.

Mężczyzna się skrzywił, ale nie stracił rezonu.

– Mam nadzieję, że zrozumiałaś co powiedziałem, zonah – na jego usta wypełzł kpiący uśmieszek. – Moje ofiary na świątynię mogą stać się mniejsze, jeśli taki będę miał kaprys. A mam też wpływ na swoich licznych przyjaciół. Ich kiesy też mogą zamknąć się dla bogów.

Użył obraźliwego słowa: „zonah” zamiast „kedeshah”. Kapłanka nie zareagowała.

– Udam, że tego nie powiedziałeś.

– Udawaj sobie co chcesz – uśmieszek na jego mięsistych wargach zrobił się obleśny. – Pamiętasz jak dobrze ci ze mną było na ostatnim ofiarowaniu? Wziąłem cię od tyłu, jak sukę. Pamiętasz? I myślę, że nabrałem ochoty na kolejną ofiarę. Dziś wieczorem.

– Nie pamiętam każdego cienkiego, sflaczałego przyrodzenia ani ich właścicieli, którzy nie potrafią dogodzić kobiecie – odparła, patrząc mu w oczy. – A dzisiejszy wieczór mam zajęty.

Siedząca w kącie żona Damuziego zaczęła chichotać. Grubas wrzasnął na nią, a ta natychmiast poderwała się na nogi i wyszła na ulicę. Zostali sami. Entu poczuła na plecach zimne dreszcze.

– Posłuchaj, dziwko – wycedził mężczyzna przez zęby. – Nie lubię takich gadek. Radzę ci, żebyś zmieniła ton!

Rolą kobiet było słuchanie mężczyzn, nawet jeśli były kapłankami bogini. Oboje to wiedzieli.

– I druga sprawa – powiedział to tak, jakby poprzednia była już załatwiona. – Niech twoja bogini ladacznic nie zapomina, że jest też boginią wojny. Uruk żyje z wojny! Wszyscy żyjemy z wojny!

Tym razem grubas przesadził. Kapłanka błyskawicznie sięgnęła po sztylet i przystawiła mu go do szyi.

– Mnie możesz obrażać, świnio, ale nie obrażaj Isztar, bo poderżnę ci gardło! – krzyknęła mu prosto w twarz.

Mężczyzna cofnął się o krok i wyszczerzył białe zęby w wymuszonym uśmiechu, który natychmiast zgasł, gdy zauważył, że kapłanka nie ma zamiaru spełnić swojej groźby.

– Wyjdź z mojego domu – powiedział spokojnym, ale pełnym napięcia głosem. – Idź i porozmawiaj z boginią. W przeciwnym przypadku sami się wszystkim zajmiemy.

– My?

– Ludzie, którzy mają wpływy i pieniądze, bez reszty oddani naszemu miastu. Tacy jak ja.

Do świątyni prawie biegła. Zmarnowała wiele czasu z tym człowiekiem, zbliżało się już południe i jak każdego dnia tłumy zaczynały gromadzić się pod bramą świątyni. Przybywali z prośbą o błogosławieństwo. Na szczęście nie tylko mężczyźni. W południe przychodziły najczęściej kobiety, które nie zaznały łaski bogini Isztar. Były oziębłe i miłość nie sprawiała im przyjemności albo po prostu nie mogły zajść w ciążę. Przychodziły w obu tych sprawach. Nie tylko z Uruk, przybywały z całego Sumeru.

Entu wmieszała się w tłum. Szukała kobiet z najwyższej kasty – takich, które nie powinny stać razem z innymi pod bramą. Zauważyła trzy takie niewiasty. Były strojnie ubrane, obwieszone drogą biżuterią, otoczone grupką niewolników i służących. Trzymały się razem, starając odgrodzić od napierającej, nagiej tłuszczy. Dwie były bardzo młode, widać, że niedawno zmieniły status z panienek na mężatki, trzecia z nich, korpulentna matrona, miała na twarzy wyraz zniechęcenia, może obrzydzenia. Ona pierwsza zobaczyła kapłankę i machnęła na nią jak na służącą.

– Prowadź nas do świątyni, kochanieńka! – krzyknęła do niej, zanim udało jej się przecisnąć pomiędzy niewolnikami. – Przybyłyśmy z samego Nippuru, jesteśmy zdrożone i głodne.

Jedna z młodych zauważyła coś na szyi kapłanki i wziąwszy pod łokieć tę grubą, szeptała jej do ucha. Z pewnością zauważyła medalion Isztar. Nie z brązu jakie nosiły zwykłe kapłanki, ale ze srebra. Matrona wydęła pogardliwie wargi, jakby starała się pokazać, że nic nie robi na niej wrażenia, ale zmieniła ton.

– Czy bogini nas przyjmie, czcigodna entu? – spytała prawie przymilnie.

– Bogini dzisiaj nikogo nie przyjmie – odparła. – Nigdy nie przyjmuje w dni powszednie. Chyba, że przybył z wami sam król Nippuru. Jednak nawet w takim przypadku nie liczyłabym na zbyt wiele.

– Zdziwisz się, ale mój mąż, władca Nippuru, jest tu z nami. Niestety nie miał, jego zdaniem, powodu, żeby niepokoić Inannę i poszedł prosto do Gilgamesza. Moim zdaniem miałby o co prosić boginię!

Dwie młode dziewczyny zachichotały, ale natychmiast zamilkły zganione wzrokiem posępnej matrony.

– Niestety – kapłanka ujęła ją pod łokieć i poprowadziła ze sobą. – Przybywa do nas wiele żon władców. Bogini udzieli wam błogosławieństwa za moim pośrednictwem. Zajmę się wami osobiście.

Wyraz twarzy przybyłej świadczył aż nadto dobrze, co o tym myśli.

Wysłuchała ich pojedynczo. Matrona miała problem z tym, że nie działała na męża tak jak kiedyś. Wolał młodsze, cudze żony albo niewolnice. Ona poszła w odstawkę. Jedna z młodych nie mogła zajść w ciążę, choć sypiała z mężem już dwa lata, a druga nie myślała w ogóle o ciąży, ale chciała prosić Isztar o to, żeby jej nie bolało w trakcie miłosnego aktu. Nie wymagała przyjemności, chciała tylko, żeby jej nie bolało. Ta była najmłodsza. Miała nie więcej niż czternaście lat. Entu pobłogosławiła wszystkim trzem, kładąc dłonie na ich głowach i szepcząc modlitwy. Najmłodszą przytuliła mocno do siebie. Pocałowała w czoło i starała się nie płakać. Obie się starały.

Przyszedł czas na obiad. Jak zwykle skromny, ale wystarczający, żeby nasycić głód. Jadła w towarzystwie swoich dziewcząt. Te komentowały ostatnie błogosławieństwa i ludzi, którzy o nie prosili. Śmiały się. Entu zwykle im matkowała, strofując za niewybredne żarty, ale tego dnia była zamyślona, jakby nieobecna. Wkładała pod nihab kolejne kęsy pożywienia, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Zareagowała dopiero wtedy, gdy dwie dziewczyny zaczęły się rzucać owocami. Krzyknęła. Rozmowy i śmiechy natychmiast umilkły. Reszta posiłku upłynęła w ciszy.

Damuzi przyszedł wieczorem. Nie chciał żadnej innej, dopominał się o entu.

– Powiedz, że jestem zajęta – zwróciła się do swojej następczyni. – Nie chcę widzieć tego wieprza.

– Płaci potrójnie – Oszur patrzyła na nią wyzywająco. – Mam powiedzieć Isztar, że odrzucasz takie datki na jej świątynię, bo ci się mężczyzna nie podoba? Kaprysimy jak nowicjuszka?

– Bogini – sprostowała. – Isztar, to ona jest dla bogów, nie dla takich jak ty.

– Powinnaś go przyjąć, entu. Po co niepokoić boginię? A gdyby tak stare kapłanki się o tym dowiedziały? Mogłyby uznać, że twój czas już nadszedł.

Oszur wyraźnie jej groziła.

– Jeśli zapłaci trzy razy po trzy datki. Nie mniej.

Zapłacił. A potem długo męczył entu, korzystając z jej obu wejść. Przypuszczenia o miękkim przyrodzeniu mężczyzny potwierdziły się. Grubas użył drewnianej pałki.

* * *

– To nie jest bóg! – wykrzyknął król Nippuru, patrząc wyzywająco na Gilgamesza. – To oszust!

– Skąd masz taką pewność? – król Uruk miał kamienną twarz. – Czy nie słyszałeś o tym, jak przybył tu w boskiej postaci, wyższy od murów Uruk? Nie słyszałeś o jego ME, którą zawsze nosi przy sobie? Czyż nie wie rzeczy, o jakich się ludziom nie śniło? Czy nie mówił o gwiazdach, słońcach i planetach? Nie słyszałeś o tym?

– To wszystko kłamstwa i magiczne sztuczki! Żaden to bóg! To zwykły szalbierz!

– Obrażanie boga, który jest moim gościem – Gilgamesz podniósł się zza stołu – w dodatku w mojej obecności, to objaw desperacji lub głupoty.

Enki przypatrywał się scenie z rosnącym osłupieniem.

– Wyznaczę sześciu swoich wojowników – powiedział przybysz z Nippuru. – Jeśli ich pokona w równej walce na pięści, uwierzę w jego boskość.

Gilgamesz spojrzał na Enkiego z nadzieją. Lubił takie przedstawienia.

– Jaką będę miał korzyść z tego, że uwierzy we mnie jeden głupiec? – spytał. – W tym celu miałbym zabić sześciu dzielnych ludzi?

Jeden z owych dzielnych ludzi znienacka wbił mu w plecy oszczep. Enki skrzywił się z bólu i zgiął w pół, jednocześnie sięgając po ME. Wojownik z Nippuru zdziwiony tym, że oszczep nie zdołał przebić boskiej skóry, pchnął po raz drugi, trafiając boga w brzuch. Enki upadł na posadzkę, ale oszczep wciąż nie zakosztował krwi. Zapiszczała, a potem szczeknęła ME. Błysnęło i napastnik przeleciał kilkanaście kroków, pchnięty niewidzialną siłą, uderzając o ścianę. Krew trysnęła z rozbitej głowy.

Gilgamesz dopadł władcę Nippuru jednym susem i uderzył pięścią w twarz. Gruchnęła szczęka, a zęby rozsypały się po podłodze, jak białe kamyki.

– Mówiłem, że nikt nie będzie obrażał bogów w mojej obecności – krzyknął do niego król Uruk. – Wynoś się z mojego miasta!

* * *

Nanaja obudziła jak zwykle przed świtem. Nie potrzebowała światła, żeby się ubrać. Wszystko miało swoje miejsce, dłonie sięgały po kolejne przedmioty prawie bez udziału świadomości. Tunika, biżuteria, sztylet. Sztylet! To na co natrafiła nie było zimnym metalem. Było czymś, co spowodowało, że po plecach przeszły jej zimne dreszcze. Krzyknęła. Chwyciła lampę oliwną i wybiegła z celi. W głównej sali świątyni, przy ołtarzu bogini, palił się wieczny ogień. Tam przypaliła swoją lampę i, uważając, żeby płomień nie zgasł, pobiegła z powrotem. Odczekała chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do światła. Przy posłaniu leżał jej sztylet. Raczej to, co z niego zostało. Ktoś złamał ostrze tuż przy rękojeści, broń nie nadawała się już do niczego. Ale najgorsze było to, co znajdowało się obok. Piaskowa żmija. Śmiertelnie jadowita. Entu trąciła ją kijem. Na początek delikatnie, potem już pewniej. Żmija była nieżywa. To była groźba, że następnym razem gad będzie żywy. Ktoś zostawił jej wiadomość.

W południe wciąż była jeszcze roztrzęsiona. Nawet nie zauważyła Enkiego idącego korytarzem. Prawie na niego wpadła.

– Słyszałem, że straciłaś sztylet – odezwał się bóg.

Arcykapłanka wytrzeszczyła oczy. Nikomu o tym nie powiedziała. Wiedziała tylko ona i…

– Gdybym zwątpiła w twoją wszechwiedzę, mogłabym pomyśleć, że miałeś z tym coś wspólnego – wypaliła.

– Ale nie zwątpiłaś?

Nie musiała zastanawiać się nad odpowiedzią. Pokręciła głową.

– To dobrze – Enki uśmiechnął się lekko. – Od dzisiaj musisz zamykać drzwi do swojej celi, gdy udajesz się na spoczynek. Demony jak widać nie śpią. Nie omijają nawet świątyni Inanny.

Odruchowo przytaknęła, choć przecież jej cela nie posiadała drzwi. Jak większość pomieszczeń przysłaniała ją jedynie wiklinowa mata.

– Weź to – bóg włożył w jej dłonie podłużny przedmiot. – Myślę, że będzie nie gorszy niż ten, który miałaś.

Spojrzała. Miała w rękach sztylet. Dużo lżejszy niż jej poprzedni, a ostrze nie było ciemnożółte tylko jasnoszare i błyszczało jak tafla wody w promieniach zachodzącego słońca. Chciała podziękować, ale gdy wreszcie oderwała zachwycone spojrzenie od metalu, Enkiego już nie było.

Kiedy wróciła wieczorem do siebie, okazało się, że jej cela ma solidne, drewniane drzwi z zamontowanym ciężkim ryglem. Były świeżo zrobione, wciąż pachnące żywicą.

DAMUZI