Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mia i Ettore Fiero są małżeństwem od kilku miesięcy. Spodziewają się dziecka. Obiecują mówić sobie prawdę - ale nadal kłamią. Przysięgają miłość - jednak muszą się rozstać.
Młoda kobieta, która nauczyła się być żoną mafioza. Dojrzały mężczyzna, który na nowo uczy się miłości. Małżeństwo wymyka im się z rąk…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
–Niewiem,dlaczego byłem na ciebie taki wściekły.
– Nawinęłam się. I nie jestem twoją rodziną. Tak było łatwiej.
– Jesteś.
– Nie.
– Mia?
– Nie jestem twoją rodziną, Ettore. Jestem informatorką.
W naszym związku były chwile, w których się zatraciłem. Przeplatały je godziny niezręczności i poczucie, że jesteśmy sobie obcy.
– Skoro zaczęłaś, mów dalej.
Mia zerka na pistolet, rzucony na podszewkę marynarki. Zazwyczaj nie podchodzę tak niefrasobliwie do broni, ale ten dzień był zdecydowanie chujowy.
– Chcesz mnie zastrzelić? Jednak to potrafisz? – pytam.
– Nie tak, żeby poradzić sobie z kimś takim jak ty.
Przełykam gorycz zawartą w prostej prawdzie.
– Rozumiem. Nigdy nie byłaś bezbronna. Ratował cię twój spryt. I ten tajny plan, który z niewiadomego powodu właśnie przede mną odkryłaś.
Mia prostuje się. Nasze twarze są tuż obok siebie, usta niemal się dotykają.
– I tak się ze mną ożeniłeś. Mogę być najgorszą żoną na świecie.
– Mia… – mówię ostrzegawczo.
– Nie liczę się dla ciebie jako osoba, przestańmy się w końcu oszukiwać.
Z trudem powstrzymuję wybuch. Jak może być tak ślepa?
– Skoro zostało mi kilkanaście tygodni względnego bezpieczeństwa… bo myślę, że nie zabijesz mnie, dopóki jestem w ciąży… nie mogę dłużej żyć w kłamstwie. To na pewno negatywnie wpływa na naszą córkę i bardzo źle działa na mnie.
Odgarniam włosy z jej czoła.
– Dlaczego zatrzymałaś to dziecko? – pytam. – Przecież poczęcie Perli to był czysty przypadek.
– To nie był przypadek – szepcze Mia. – To była… Okazja.
Z trudem nad sobą panuję. Jednak zdaję sobie sprawę, że ona powinna… mówić. Przede wszystkim mówić.
– Perla sprawiła, że poczułam się szczęśliwa.
Przeczesuję jej włosy palcami. Czuję zapach szamponu, perfum, kremu do twarzy, którego użyła przed pójściem do łóżka.
Mia znowu stara się coś we mnie wyczytać. W końcu rezygnuje.
– Co miałaś zrobić? – pytam półgłosem. – Jakie dostałaś zadanie?
Przełyka ślinę.
– Przecież wiesz.
– Zbierałaś informacje. Rozumiem. Musi być coś więcej.
Targają nią wątpliwości.
– To jest naprawdę okropne, Ettore – szepcze.
Gładzę jej kark i ramiona.
– Wiem. Powiedz.
Cierpliwie czekam.
– Jesteś bardzo ostrożny…
To tylko wstęp.
– Ale jak zacznie się poród, staniesz się łatwym celem.
Usłyszenie tych słów jest jak uderzenie.
– Stracisz koncentrację, odsuniesz na bok własne bezpieczeństwo. I będziesz przy mnie. Bez ochroniarzy. Nie dopuścisz ich do tak intymnej sytuacji.
Teraz pojmuję, dlaczego ta ciąża stała się okazją.
Nie dopuszczę do tego, żeby moje kolejne dziecko nie przeżyło porodu. Nie będę potrafił odpuścić kontroli.
Mia błagalnie zagląda mi w oczy.
– Ettore, proszę. Mówię ci o tym dlatego, żebyś zadbał o siebie. Obiecuję, że… – Brakuje jej słów. – Poradzę sobie sama. To tylko poród, a ja przecież jestem w dobrej formie.
Lekko się kołyszemy, jakbyśmy byli dziećmi, które potrzebują uspokojenia.
– Mia – mówię cicho. – Chcę, żebyś wstała i poszukała pewnej rzeczy.
Wzdryga się. Niewiele dzieliło ją od zapadnięcia w sen. Rozpoznaję to już po oddechu, rozluźnieniu ciała, potrzebie, żeby się przytulić.
– O co chodzi? – pyta.
– Zobaczysz. Zrób to, o co cię proszę.
Mia przygląda mi się z nowo wzbudzoną uwagą.
– Dlaczego sam nie poszukasz tej rzeczy?
– Zależy mi, żebyś ty to zrobiła.
Mia schodzi z moich kolan. Nie tak zwinnie, jak kiedyś.
Ale i tak jestem w nią beznadziejnie zapatrzony.
– W szafce nocnej jest nowe pudełko na biżuterię – mówię.
Mia marszczy brwi.
– To jakiś rebus do rozwiązania? – pyta.
– Nie. Wyciągnij półeczkę ze środka.
– Wiesz, że to brzmi dziwnie?
Żona orientuje się, że poprosiłem ją o to z całkowitą powagą. Wyciąga przedmiot, o którym wcześniej powiedziałem. Otwiera pudełko i wysypuje biżuterię na swoje kolana.
– Obróć szufladkę.
Pod spodem przykleiłem kopertę. Mia podważa ją paznokciem i odkleja od gładkiej powierzchni.
– Otwórz.
– Ale przecież… jak miałabym na to trafić?
Zbliżam się do łóżka. Kładę palec na jej ustach.
– Ani słowa więcej – mówię szeptem. – Zacznij słuchać, co mówię. Chociaż dziś.
Nie chciałem zostawić śladu na laptopie, tablecie ani innym sprzęcie. Napisałem ten list ręcznie.
„Mia cara,
Dziś zostałaś moją żoną. Zapadła noc, teraz śpisz, a ja Ci się przyglądam.
Mam pewność, że nie znalazłaś się tu przypadkowo. W moim łóżku, w moim domu ani w moim życiu.
Kilka miesięcy temu dostałem ostrzeżenie. Czekałem, aż pojawi się osoba, której celem będzie upadek rodziny Fiero.
Nie żałuję, że się z Tobą ożeniłem. Jestem przekonany, że to Ty. Wiedziałaś, że ktoś pojawi się na naszym ślubie. Spanikowałaś, bo na ceremonii pojawiły się dzieci.
Nie mogłem dopuścić do Twojego związku z moim synem.
Dawno nie czułem się tak żywy, tak wściekły i tak zauroczony. Dlatego chcę opisać to, co czuję w tej chwili. Może któreś z nas umrze, może stracisz to dziecko, a może ta historia potoczy się w sposób, którego nie przewidziałem.
Jesteś piękna, gdy tak spokojnie śpisz. Nie mogę się doczekać, kiedy się obudzisz.
Ettore.”
Sercezarazwyskoczymi z piersi, a wtedy nie doczekam urodzin Perli. Trzeba będzie ją wydobyć z mojego ciała, bo w międzyczasie umrę.
Ettore czeka, aż przestanę czytać. Wyciąga zapalniczkę z szuflady i podpala list.
Chcę krzyknąć, żeby tego nie robił… ale to bez sensu. Kartka znika na moich oczach.
Mąż dmucha na papier. List staje się małym skrawkiem w jego palcach. Chowa nadpalony trójkącik do koperty. Składa ją na pół i jeszcze raz na pół, a potem chowa do kieszeni.
– Wiedziałeś.
– Nie jesteś zaskoczona?
Zastanawiam się, chcąc odpowiedzieć uczciwie.
– Jestem. Jednocześnie lepiej rozumiem swoje poczucie dezorientacji.
Mąż kładzie dłonie na swoim karku, porusza ramionami, jakby chciał pokonać ból. Ma znużoną twarz.
– Jeśli czułaś się zdezorientowana, punkt dla ciebie.
Zaciskam pięści, żeby ukryć drżenie. Po kilku miesiącach spędzonych z tym człowiekiem i jego rodziną jestem strzępkiem nerwów.
Ettore pochłania mnie wzrokiem. Jak można mieć tak szorstki sposób bycia, a jednocześnie tak magnetyczne oczy?
– Co? – pytam.
– Lubisz się ze mną pieprzyć, czy też udawałaś?
Tracę oddech.
– Mówiłam ci. Jestem fatalna w udawaniu kogoś innego.
Mąż uśmiecha się zuchwale.
– Ani trochę w to nie wierzę – mówi i całuje mnie bez uprzedzenia.
Pamięta, że przeszkodą w niektórych pozycjach stał się mój brzuch. Kładzie mnie na boku, trzyma mnie w ramionach i całuje jak oszalały. Choćbym tego nie chciała, tracę opamiętanie tak samo jak on.
– Dlaczego mnie ostrzegłaś? Gdyby mnie złapano, byłabyś wolna – szepcze Ettore. – Spójrz na mnie, Mia.
Patrzenie w jego oczy kiedyś mnie wykończy. Słabnę w jakimkolwiek postanowieniu. Ettore przesuwa ustami po moim policzku i skroni. Całuje we włosy.
– Będziesz ze mną całkowicie szczera, od teraz? Będziesz mi mówiła o wszystkim?
– Nie dajesz żadnych gwarancji – szepczę. – Traktujesz mnie wciąż tak samo, jak za pierwszym razem. Jak ładny przedmiot do ubierania i ciało do pieprzenia.
– Absurd.
Ale ja wiem swoje.
– Mia, powiedz, dlaczego mnie uprzedziłaś – naciska Ettore.
– Nie zniosłabym tego, gdyby narodziny Perli stały się dniem, w którym cię zdradziłam.
– Hmm… – Nadal mnie całuje. – Dziękuję, że się o mnie troszczysz.
Każde dotknięcie wargami każe mieć się na baczności. To byłoby takie łatwe. Oddać się pod jego kuratelę w świetle nowych faktów.
Ale nie mogę tego zrobić. Ettore niczego mi nie zadeklarował ani nie obiecał. Co więcej, wcale nie musi.
– Tiziano był gotowy poświęcić za mnie życie. Nie mogę żyć z tą świadomością i nadal kłamać.
Mąż patrzy na mnie w milczeniu.
– Chciałam pojechać z tobą, żeby mu podziękować. Szkoda, że mi nie pozwoliłeś.
Nie dzieli się swoimi wątpliwościami, chociaż wyraźnie je widzę. Odpowiada tylko:
– Miał dosyć wrażeń na dzisiaj. Ale pytał o ciebie.
– To dobrze – szepczę.
– Jakie informacje przekazałaś agentom, Mia cara?
Poruszam się niespokojnie, mąż gładzi mnie po plecach.
– Niewiele było do przekazania. Skoro mnie podejrzewałeś, pilnowałeś też, co przy mnie mówisz.
Ettore muska moje ucho wargami.
– Po pierwsze, na pewno wiesz, co to jest Ustawa RICO…
– Nie byłam świadkiem niczego konkretnego, poza zastrzeleniem kogoś w obronie koniecznej. Dwa razy w mojej obronie. – Wsuwam palce za kołnierzyk jego koszuli. – Wiem, że można cię skazać za wydanie rozkazu, ale im dłużej byliśmy razem, tym mniej starałam się…
– Przekazywać? Jak dałaś radę w ogóle to robić? Zabrałem ci telefon. Odciąłem od znajomych. Jak?
Milczę, a Ettore cierpliwie czeka. Obraca w palcach guzik mojej piżamy.
– Podczas wizyt w klinice doktora Orsetto.
Ettore ciągnie za piżamę, odsuwam jego dłoń.
– Rzadko zostawiam was samych.
– Proszę, nie rób jej krzywdy – szepczę.
– Jej – powtarza mój mąż. – Masz na myśli pielęgniarkę.
Przytakuję ruchem głowy.
– Wchodziłam bez ciebie do łazienki. Musiałam się przebrać i przygotować do badania. Pielęgniarka zostawiała na wierzchu książeczki o ciąży i zdrowiu niemowląt. Zabierałam je ze sobą. Przed kolejną wizytą wkładałam tam swoje notatki. Rzeczy, które uznałam za wartościowe.
Ettore zamyka oczy. Zaciska i rozluźnia pięść. W innej sytuacji uderzyłby w zagłówek, ścianę albo chociaż poduszkę.
– Zawsze ta sama pielęgniarka uczestniczy w wizycie? Pieprzony doktorek. Kurwa! – Stopniowo dociera do niego prawda. – Badał ciebie, prowadzi twoją ciążę. Przyjął na świat moich synów i moje wnuki!
Chwytam jego policzek.
– Ettore. – Próbuję zdobyć się na stanowczość. – Orsetto nie jest winny, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
– Jest. Zatrudnia u siebie kretynkę, która donosi federalnym. Ja pierdolę!
Mąż zrywa się z łóżka. Obchodzi je tam i z powrotem. Zatrzymuje się tuż przed komodą, na której stoją nasze porcelanowe psy. Chwyta dłońmi brzeg mebla.
Pochylona sylwetka, napięte ramiona. Widzę walkę, którą toczy ze sobą.
– Coś im jednak przekazywałaś – mówi złowieszczo spokojnym głosem.
– Z naciskiem na „coś” – mówię. – Jesteś bardzo skryty.
– Pokaż mi te książeczki dla matek – rzuca Ettore.
Niezgrabnie podnoszę się z łóżka. Ettore podchodzi, żeby mnie objąć i sprowadzić na dół. Wciąż wierzy, że bez jego ramienia stoczę się w dół. A więc… zależy mu na mnie.
Wchodzimy do łazienki. Wyciągam książeczki z szuflady z lekami dla ciężarnych.
– Widzę, że i ty masz pomysły na kryjówki – zauważa Ettore.
Odpuszczam sobie komentarz.
– Następna wizyta będzie w przyszłym tygodniu. Jeszcze nic nie napisałam.
– Na pewno?
– Sprawdź – mówię. – Może wtedy będziesz w stanie dostrzec coś więcej niż czubek własnego nosa.
Ettore marszczy brwi.
– O co ci chodzi, Mia? Nagle ja jestem tu głównym winowajcą?
– Nie przyszło ci do głowy, ile ryzykuję? – szepczę. – Nie usłyszałam od ciebie nic, co mogło mnie utwierdzić, że ten krok jest słuszny.
Kartkuje książeczki. Jest skonsternowany.
Chowa je do kieszeni.
Unosi ramiona, łapie się za kark. Jestem w pełni świadoma jego fizycznej przewagi.
– Co o mnie wiedzą? – pyta.
Miastoiskulona,jakby było jej zimno. Albo po prostu źle.
– Opisałam wasze relacje rodzinne. Twoje zwyczaje. Codzienną rutynę. Sam wiesz, że stawiasz mnie na uboczu swojej działalności. – Ostatnie słowo wypowiada z ironią. – Póki co, nie było odpowiedniego pretekstu, żeby mogli uderzyć.
– Aż do wczoraj – zauważam.
Mia zerka z ciekawością.
– W restauracji nie było policji – mówi.
– Zgadza się – potwierdzam.
– Ciebie także nie było.
Kiwam głową.
– Dobrze wiesz, że jeśli był tam ktokolwiek z rodziny, to tak samo, jakbym ja się tam znalazł. Dla twojej wiadomości, policja przyjechała później. – Chrząkam z irytacją. Pierdolony Giacomo i jego nieodrodny syn Guido. Zrobili syf na cudzym terenie, a potem czmychnęli jak pieprzone zające.
– Na szczęście nie zginął nikt z gości restauracji – mówi półgłosem Mia. – To nie znaczy, że śmierć twoich ludzi nie jest ważna…
Przerywam jej:
– Członek mafii wie, na co się pisze.
Przyglądam się jej figurze, drobnej, gdyby pominąć ciążowy brzuszek.
– Na pewno chcesz mi coś jeszcze powiedzieć – mówię.
Mia mruży oczy. Gaszę górne światło. Zostają tylko rządki ledowych lampek wzdłuż szafek.
– Jestem zmęczona.
Omija mnie. Nalewam sobie drinka. Nie będę udawał, że go nie potrzebuję. Chodzi o chwilę oddechu. Orzeźwiający smak.
Mia leży na lewym boku. Porządkuje kolczyki i bransoletki. Rzuca okiem na szklankę z bourbonem. Siadam obok. Nozdrza jej małego nosa poruszają się i wąchają zapach alkoholu.
– A więc? – pytam.
Moja żona wypuszcza niespokojny wydech.
– Wcale nie byłeś moim pierwszym celem.
– Aha. – Unoszę brew.
– Kazali mi wniknąć w rodzinę Fiero, ale zanim zdobyłam informacje, Michelangelo ze mną zerwał. – Podnosi wzrok. – Oczywiście dostałam sugestię, żeby ten związek odbudować, jednak twój syn był ci absolutnie posłuszny. A potem odkryłam, że jestem w ciąży. – Waha się. – Byłam pewna, że Michelangelo jest ojcem.
Uważnie słucham każdego zdania.
– Potem po mnie przyjechałeś i powiedziałeś, że weźmiemy ślub. Oczywiście to oznaczało nie sto procent efektu, tylko co najmniej dwieście. – Uśmiecha się gorzko. – A kiedy wyniki DNA potwierdziły ojcostwo… Całkowicie się w tym zagubiłam, Ettore.
Mam ochotę powiedzieć jej tyle rzeczy.
Że czekałem, aż się przyzna, nie mając pewności, czy to kiedykolwiek nastąpi.
Że wiele razy mnie zwiodła, zachowując się jak trzpiotka, ale wciąż miałem wrażenie, że pod spodem ukrywa się ktoś inny.
Że powinienem ją zabić od razu, kiedy tylko pojawił się cień podejrzenia. Uratowała ją uroda. Potem dziecko.
Mia Olsson okazała się przynajmniej znanym złem. Gdyby nie mogła zrealizować swojej misji, pojawiłby się ktoś inny.
– Nikt nie może się dowiedzieć – mówię. – Moi synowie, Cesare, ojciec… Zabiliby cię bez wahania.
Mia unosi się na łokciu.
– Doprawdy?
– Myślisz, że ja byłbym w stanie to zrobić?
– Byłbyś?
Pamiętam,coczułem,kiedy pierwszy raz spojrzałem w jej oczy.
– Ettore?
Nadal patrzę.
Jej spojrzenie. Jej głos. Jest jak śpiew syren, który odbierał żeglarzom rozum.
Mia rozpina moją koszulę i odsłania tatuaż. Kładzie dłoń na napisie.
– Denerwujesz się? – szepcze.
Całuję jej palce. Zdejmuję górną część jej piżamy. Pochylam głowę i przyciskam usta tam, gdzie bije jej serce.
Robię ślad z pocałunków między piersiami Mii, wracam na jej szyję i na koniec całujemy się w usta.
Rozbieram ją, a ona pomaga mi zdjąć koszulę. Pozostałych ubrań pozbywam się sam. Przykrywam nas kołdrą. Leżymy na boku, zwróceni do siebie twarzami. Kładę kolano Mii na swoim biodrze i wnikam w jej wnętrze. Przytrzymuję jej łopatki. Oddziela nas od siebie jej brzuch.
Łapiemy ten sam rytm.
Rozmawiamy bez słów, patrząc w oczy. Nie chcę wiedzieć, co powiedziałaby naprawdę. Nie chcę się rozczarować.
Biorę do ust jej sutek. Mia jęczy, przytulając się mocniej. Na chwilę przerywam ruch bioder. Wsuwam kolano między jej uda. Pieszczę i gładzę środkiem dłoni wzgórek łonowy, tak delikatnie, jak może nigdy wcześniej.
– Chcę to zobaczyć – mówię szeptem.
Moja żona dochodzi do orgazmu i zamyka oczy. Widzę wilgotne usta i drżące rzęsy. Przyjemność pozwala nam uciec od brzydkiej prawdy, która właśnie się odsłoniła.
Czujęsięrozleniwionai bezpieczna. Ettore przytula mnie do piersi. Wtulam twarz w jego szyję.
– Podałaś im ten adres? – pyta półgłosem.
– Nie.
Unosi moją twarz ku sobie. Sprawdza.
– Mia, to ważne.
– Rozumiem. Nie.
– Bez znaczenia. Pewnie za tobą jeżdżą.
Obejmuje dłonią mój kark. Gest pełen zaborczej troski.
– Rób dokładnie to, co do tej pory.
– Wiesz, że mam dużo więcej informacji, niż uzyskałam od ciebie?
Ettore mruży oczy.
– Celestina i Cecilia rozmawiają z twoimi synami. Otwarcie, tak, jak żony ze swoimi mężami. Nie wiedzą, że my dwoje nie wchodzimy w takie szczegóły, więc nie pilnują się przy mnie, zwłaszcza Celestina. Macie bazę w dawnej fabryce przetwórstwa owoców. Tam torturujecie ludzi. Martwe ciała są porzucane na pustyni. Dwa razy w tygodniu twoi synowie kontrolują szlaki przemytowe i na zmianę jeżdżą tam Leandro albo Virgilio, żeby Achille miał wsparcie braci. Pod kaplicą jest podziemny korytarz, który prowadzi do magazynów z bronią. Znam każdą najmniejszą plotkę. Nawet o tym, że Achille pobił ojca Paoli.
Ostatnie zdanie przyprawia Ettore o największą irytację.
– Achille doprowadzi mnie kiedyś do szału – mówi. – Musiałem stanąć na głowie, żeby Cesare się nie dowiedział.
– Paola nie powinna wychodzić za Cesare, bo Achille najwyraźniej…
Mąż kładzie palec na moich ustach.
– Achille ma narzeczoną. A Cesare to szansa dla Paoli na zdobycie pozycji i szacunku.
Otwieram usta, żeby zaprzeczyć. To bez sensu. Ja i Ettore mamy własne problemy. Poza tym Achille nie dopuści do ślubu Paoli z kimś innym. Dla mnie to oczywiste.
Ettore kładzie rękę na moim brzuchu.
– Kopie.
– Tak.
Uśmiecha się, ale szybko też pochmurnieje.
– Dlaczego nigdy nie dopadli mnie podczas wizyt lekarskich? Pomysł, żeby czekać do twojego porodu, jest nieracjonalny.
– Nie wiem. Czasami jechaliśmy na wizytę dwa dni wcześniej, a czasami dzień później, niż byliśmy umówieni. Może dlatego.
Mąż kręci głową.
Ogarnia mnie senność.
– Mia, od tej chwili musisz mi się całkowicie powierzyć. Będziesz w stanie to zrobić?
– Hmm…
Pocałunek znów mnie rozbudza.
– Czego chcesz w zamian za swoją lojalność? – pyta.
Całuje obie powieki.
– Chcę… chcę wychowywać Perlę. Być jej mamą.
Ettore bierze tekturowe pudełko z chusteczkami i sięga między moje uda. Wyciera mnie gestem, który dowodzi naszego zżycia się ze sobą.
– Zejdę na dół – mówi. – Muszę zadzwonić do…
– Oczywiście – odpowiadam od razu. – Pozdrów Tiziano. Naprawdę nie chciałam, żeby coś mu się stało.
W następnej chwili zapadam w sen. Słyszę pogłos rozmowy telefonicznej po włosku.
Coraz lepiej rozumiem język jego poufnych ustaleń… Ale i tak nie będę chciała tego wykorzystać.
Ktoś z federalnych podobno bez przerwy nade mną czuwał. Pomimo to Guido niemal mnie zastrzelił. Nie czuję się zobowiązana do lojalności.
Już nie.
RanoodwiedzamTizianow szpitalu. Gra w gierkę na telefonie, jakby nie pamiętał już o poważnej operacji. Chwilę rozmawiamy.
– Nie musisz przychodzić drugi raz, tato. Achille ma wpaść.
Dziwne. Zaplanowałem to inaczej.
– Achille miał spędzić z tobą noc – zauważam.
Tiziano zaprzecza ruchem głowy.
– Zamienili się z Michelangelo. – Syn spogląda na mnie spod oka. – Zajmij się Mią. Ten kutas Guido ją uderzył.
Chce sięgnąć po wodę. Przeszkadza mu świeża rana po operacji. Podaję mu butelkę, wypija od razu połowę.
– Jestem ci bardzo wdzięczny, że ją obroniłeś.
Tiziano porusza się niecierpliwie. Łapie zabandażowany bok. Klnie pod nosem.
– Mówiłeś wczoraj, tato. Każdy by tak zrobił.
Jego sposób na obronę przed ckliwą sceną.
– Zapytaj lekarza, czy będę mógł wrócić do domu na Boże Narodzenie. Okej? – pyta.
Uśmiecham się pod nosem.
– Potrzebujesz czegoś? – pytam.
Tiziano drapie się po głowie. Powinien przyciąć włosy. Chyba że będzie chciał je zapuścić ze względu na uszkodzone ucho.
– Eeee… nie. Achille się tym zajmie – odpowiada.
Wolę nie dopytywać, co przyniesie mu brat. Pewnie coś, czego ja bym raczej nie dostarczył.
Do szpitalnej sali zagląda pielęgniarka. Klepię Tiziano w ramię, oczywiście dużo lżej niż zazwyczaj. Kobieta i tak rzuca mi niezadowolone spojrzenie. Wychodzę, żeby porozmawiać z lekarzem prowadzącym.
– Mogę wypisać Tiziano w ciągu najbliższych dni. Nie jest to co prawda standard po tego typu operacji, ale nie byłby to też pierwszy raz – mówi chirurg ze zrozumieniem.
Spoglądam na syna przez transparentną ścianę. Żartuje z pielęgniarką. Boli mnie, że tak swobodnie czuje się z kobietą w wieku Rosy, gdyby nadal żyła.
– Tiziano miał sporo szczęścia – dodaje lekarz.
W tym samym szpitalu umarł syn Cesare.
– Wiem – odpowiadam. – Mam u pana dług, doktorze.
Muszę się przewietrzyć. Dzwonię do Leandro. Mam ochotę go opieprzyć za to, że omawia z Cecilią sprawy mafii. Z drugiej strony, to już nic nie zmieni.
Właśnie wybaczyłem drugiej żonie coś o wiele gorszego.
– Jak się ma Celestina? Pewnie nie spała zbyt dobrze – zagaduję.
– Nie wiem – odpowiada Leandro. Ziewa po nieprzespanej nocy spędzonej w szpitalu. – Mogę zapytać Virgilio.
– Nie musisz. To sprawa twojego brata. Powinien zająć się żoną.
Przemawia przeze mnie własne poczucie winy. Ja nie zaopiekowałem się Mią. Słusznie mi to wypomniała.
– Dziwna sprawa – zauważa Leandro. – Wuj Giacomo nigdy nie był naszym sojusznikiem, ale to kolejny atak w ciągu ostatnich miesięcy.
– Tiziano twierdzi, że Guido naprawdę chciał zastrzelić Mię. – Chcę zweryfikować ten fakt, korzystając z chłodnej oceny mojego pierworodnego.
– Dowodzą tego kule, które przyjął na siebie – odpowiada Leandro.
Rozłączam się i dzwonię do Michelangelo. Telefon nie odpowiada. Po chwili dostaję wiadomość: „śpię”. Odbieram połączenie od Virgilio.
– Celestina powiedziała, że zakupy to był bardziej jej pomysł – mówi. – Nie tylko Mia chciała tam pojechać.
Zakładam, że moja żona powiedziała prawdę i że pomysł w całości należał do mojej synowej. Prawdopodobnie Celestina szuka sposobu, który pozwoli jej zachować twarz.
– Przekaż jej, że w najbliższym czasie nie będzie robiła takich wypraw. Na razie nie wracam do domu. Zajmijcie się wszystkim.
Luigi eskortuje mnie aż do apartamentu w mieście. Wjeżdża do garażu i zajmuje jedyne wolne miejsce. Samochód z czwórką innych żołnierzy zatrzymuje się przed budynkiem; oni tutaj zostaną, Luigiego odsyłam do domu.
Odbieram od concierge’a śniadanie z pobliskiego bistro.
Wykładam na tacę tosty z jajkiem i awokado, tortillę nadziewaną chorizo z warzywami, świeże owoce pokrojone na kawałki. Wącham lawendowe latte połączone z zieloną matchą. Pasuje do Mii. Mam nadzieję, że będzie jej także smakować. Dla siebie przyrządzam espresso.
Zanoszę śniadanie do sypialni. Mia ciągle śpi. Jej rzęsy rzucają cień. Lewy policzek jest jeszcze bardziej opuchnięty.
Żona trzyma coś w dłoni. Przykucam obok łóżka. Najpierw całuję ją w usta, potem rozluźniam zaciśniętą pięść. Wyciągam wisiorek z łańcuszkiem. Ten, który zawiera pierwszą literę jej imienia i skrót nazwiska.
– Ettore? – szepcze.
– Przyniosłem śniadanie.
Mia przeciąga się. Pokazuję jej naszyjnik.
– Trzymałaś go przez całą noc?
Na jej czole pojawia się zmarszczka, która szybko znika.
– Znalazłam w pościeli. – Wyciąga biżuterię spomiędzy moich palców. Spogląda na posiłek. – Zrobiłeś to sam?
– Sam zamówiłem.
Mia ostrożnie podciąga się do pozycji siedzącej.
– Wszystko w porządku? – pyta.
Potwierdzam tylko gestem.
– Tak. Zjedz.
– Wyglądasz tak, jakbyś zapomniał, do czego się wczoraj przyznałam.
Podaję jej lawendowe latte.
– Napij się tego czegoś – mówię. – Nie. Nie zapomniałem.
Mia bierze pierwszy łyk. Patrzy znad brzegu kubka. Wypijam espresso. Sięgam po tortillę pokrojoną w trójkąty.
– Sytuacja z kliniki doktora Orsetto to przede wszystkim mój błąd – odzywam się. – Ta wpadka nie powinna była się zdarzyć.
W jej oczach pojawia się zrozumienie, ale i smutek.
– Napisz w kolejnym raporcie, że udało mi się ciebie całkowicie odizolować i że kontroluję cię lepiej, niż do tej pory.
Żona okręca pierścionek zaręczynowy dookoła palca.
– Brzmi koszmarnie.
– Nic na to nie poradzę.
Przypomina zagubioną dziewczynkę, przez co ja czuję się jak potwór.
– Co dokładnie powiedział do ciebie Guido podczas napaści?
Zmiana tematu wywołuje napięcie w jej rysach.
– Co masz zamiar zrobić? – pyta.
– Wepchnąć mu te słowa z powrotem do gardła. Między innymi.
Mia opiera podbródek na podkurczonych kolanach.
– Boże – mówi niewyraźnie. – Dlaczego to musi tak wyglądać?
– Chciał cię zranić, postrzelił Tiziano. Mam go pogłaskać po głowie?
Wstaję, a wtedy żona łapie mnie za rękę.
– Nie pojedziesz do nich sam, prawda?
– Dlaczego nie?
– Wyślesz kogoś innego, Ettore?
Pomagam jej wstać.
– Jeśli coś mi się stanie, możemy mieć pewność, że moi synowie cię ochronią.
Ta świadomość napełnia mnie ulgą.
– A kto będzie mnie wspierał w zajmowaniu się dzieckiem? – pyta Mia. – Michelangelo?
Zanim zdążę odpowiedzieć, ona mówi dalej.
– Nie możesz się narażać, Ettore. Nie oczekuję, że odpowiesz ciosem za cios. I porozmawiaj z Tiziano. Zapytaj, co by wolał. Może wcale mu się nie podoba agresywny rewanż.
Schodzimy na dolny poziom mieszkania.
– Nie myśl, że nie słyszałem, jak powiedziałaś, że mógłby mnie zastąpić Michelangelo. – Zrównuję się z nią.
– Twój syn przypuszcza, że podmieniłeś wasze wyniki badań DNA.
– Zawsze był wrzodem na tyłku. Uwierzyłaś?
Mia przystaje przed drzwiami do łazienki.
– Gdybym mu uwierzyła, nie byłoby mnie tutaj.
Wybuchają między nami emocje, które rozpętały się od momentu jej szczerego wyznania. Musimy się uspokoić.
– Pojedźmy na spacer – mówię. – Chcę spędzić z tobą czas.
– Hmm – odpowiada podejrzliwie. – Dobrze. Pojedźmy.
Może powinienem odpędzić jej lęki. Powiedzieć, że może czuć się bezpieczna.
Na razie nie potrafię.
Zdrajczyni.
Czy właśnie takie słowo jest wypisane na mojej twarzy?
Tiziano wychodzi ze szpitala, żeby spędzić święta Bożego Narodzenia z rodziną. Stara się udowodnić, że „nic mu nie jest”. Na świątecznym obiedzie pojawia się nawet mój teść. Nie widzieliśmy się od pamiętnej chwili, kiedy wyjawił mi tajemnicę śmierci Rosy i Antonelli.
Przygląda się mojej figurze, po czym wyraża życzenie, żebym usiadła obok niego. Spoglądam na Ettore. Wykrzywia usta, ale nie protestuje. Przystawia mi krzesło i zajmuje miejsce dokładnie naprzeciwko.
Senior Federico zagaduje mnie tak często, że w końcu konwersujemy głównie ze sobą. Pyta o to, jak smakują mi tradycyjne potrawy, czy podobają mi się prezenty. Opowiada o świętach, które obchodzono w tej samej rezydencji kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt lat temu.
– To twoje pierwsze Boże Narodzenie w rodzinie – zauważa, kiedy służba podaje desery.
– Tak, zgadza się.
– Jakie włoskie tradycje obchodzi się w twoim domu?
Staję się ostrożniejsza.
– Moi rodzice nie są pełnej krwi Włochami. Nie są też „tradycyjni”. Ani wierzący. – Zastanawiam się, jak zręcznie ująć w słowa ich dziwactwa. – Nie przywiązują się do miejsc ani zwyczajów. Prowadzą życie nomadów.
Senior Federico pochyla się w moją stronę, jakby nie dosłyszał.
– Jakie życie?
– Nomadów – odpowiada za mnie Ettore. – To oznacza, że nie mają stałego domu.
– Nie odpowiadaj zamiast niej. – Teść zwraca uwagę mojemu mężowi.
Bawi mnie to starcie, ale Ettore nie jest ani trochę rozweselony.
– Teraz mój syn stworzył ci dom? – Starszy pan podsuwa mi nie tylko kolejne pytanie-pułapkę, ale też półmisek struffolli.
Uśmiecham się.
– Przepraszam, zjadłam już dość. Tak, Ettore dał mi… – Czuję wpatrzone we mnie oczy męża. – Dom i poczucie bezpieczeństwa. Jestem za to bardzo wdzięczna.
Dokładnie w tej chwili Michelangelo milknie. Rzuca mi niechętne spojrzenie. Być może powiedziałby coś napastliwego, jednak powstrzymuje go obecność Ettore.
– Twoi rodzice nie mają własnego domu, nie przestrzegają obyczajów? – pyta signor Federico. – To jak cię wychowali?
– Moja matka nie wierzy w Boga ani w fundamentalne zasady. W autorytety i w edukację również nie. Sama się wychowałam.
– Też coś! – reaguje zbulwersowany teść. – Co to za brednie?
Mrugam kilka razy, trzepocząc rzęsami. Spoglądam na niego spod oka. Signor Federico szybko się reflektuje.
– Cóż, to nie twoja wina. Nie, żebym był z tego zadowolony – uzupełnia. – Ale Ettore nigdy nie słuchał dobrych rad. Nowoczesna dziewczyna, hę?
Spogląda na mój brzuch. Prawdopodobnie ma ochotę wygłosić komentarz na temat zajścia w ciążę przed ślubem.
Wzdycham po cichu. Poprawiam się na krześle. Ettore podnosi się znad stołu. Staje za mną, kładzie dłonie na moim karku, pod wysoko spiętym kokiem. Rozmasowuje napięte mięśnie.
Starszy pan rzuca ciekawskie spojrzenie. Michelangelo znowu ma minę, jakby chciało mu się wymiotować. Dolewa sobie wina.
Mąż szepcze mi do ucha:
– Chcesz się położyć?
– Jest wcześnie – odpowiadam i spoglądam na niego przekornie. – Nawet maluchy siedzą jeszcze przy stole. Chcesz dać mi coś do zrozumienia?
Ettore jeszcze bardziej ścisza głos.
– To, że poszedłbym z tobą.
Wpatruję się w filiżankę z ziołową herbatą. Leciutko się uśmiecham.
– Powinniśmy zostać. Świąteczna kolacja zdarza się tylko kilka razy w roku.
Ettore kładzie dłoń na ramieniu Achille, zajmującego krzesło obok mnie.
– Przesiądź się – mówi do syna.
Achille od razu wstaje, chociaż ociąga się z tym, żeby zająć poprzednie miejsce Ettore.
– Podobno jutro na obiedzie będzie sporo gości – napomyka.
– Jak zawsze w drugi dzień świąt – odpowiada mój mąż.
– Zaprosiłeś Cesare razem z Paolą? – pyta półgłosem Achille. Z wysiłkiem powstrzymuje gniew.
– Tak. Pojawi się też twoja wybranka i jej rodzice.
– Wiem, tato. Zdaję sobie sprawę, kim jest dla ciebie ojciec Lucrezii.
Ettore i Achille na pozór rozmawiają zupełnie zwyczajnie, ale wibruje między nimi napięcie.
– Rok temu skład gości był taki sam – dodaje Ettore. – Zresztą nie ty o tym decydujesz.
– Nie ja. Niestety – odparowuje Achille. – Rok temu nie zapraszaliśmy Paoli.
Staję obok męża, który obejmuje mnie w pasie.
– Achille, ja ją zaprosiłam. Skoro rodziny Cecilii i Celestiny przychodzą, Paola musiałaby zostać w domu całkiem sama. Nie chodziło o to, że jest zaręczona z Cesare.
– Wolałbym, żebyś nie wtrącała – odpowiada Achille. – Tutaj nie chodzi o ciebie.
Podnoszę brwi, bo pomimo nietaktu, doceniam też szczerość. Jest mniej męcząca niż fochy Michelangelo.
– Chodzi o to, że nie masz świadomości, co tak naprawdę zrobiłaś – dodaje Achille. Ukrywa rezygnację pod pozorami grubiańskiego zachowania.
– Synu – mówi niskim i cichym, a przez to groźnym głosem, mój mąż. – To nie jest odpowiedni czas ani miejsce.
Przypominam sobie ostrożną radość Paoli, kiedy zadzwoniłam z zaproszeniem. Cieszyła się, że go zobaczy, nawet jeśli będzie musiała się skonfrontować z obecnością jego przyszłej żony.
Poprawiam wiszący kolczyk. Pomiędzy łańcuszki zaplątał się kosmyk włosów.
– Porozmawiamy później – dodaje Ettore. – Usiądziesz?
– Nie – rzuca Achille. – Jeśli możesz mi udzielić swojego pozwolenia, pójdę zapalić.
– Nie udzielam ci pozwolenia – cytuje go mój mąż. – Spędź jeszcze kwadrans przy stole. Sądzę, że wytrzymasz.
Odprowadzam wzrokiem Achille. Niedbale okrąża stół i zasiada po prawej ręce Federico. Wymienia znaczące spojrzenie z dziadkiem.
W końcu samiec alfa w rodzinie Fiero może być tylko jeden i jest to obecnie mój mąż, nikt inny.
Ettore odsuwa dla mnie krzesło. Kładzie rękę na moim ramieniu. Rozumiem, że nie chce przy tylu świadkach dotykać brzucha. Ale chce dotknąć mnie.
– W porządku?
– Jak najlepszym – odpowiadam.
Sięgam po pączka struffolli. Przekrajam go na pół. Ettore kradnie kawałek.
– Czemu masz taką zmartwioną minę? – pyta.
– Myślałam o… – Nie wiem, jak dobrać słowa. Możemy być usłyszani. – O moich rodzicach. Powinnam ci coś jeszcze…
Ettore zaczepia palcami o kolczyk i pozornie od niechcenia zasłania mi usta.
– Później.
Obracam się bokiem do stołu, żeby lepiej go widzieć.
– To ważne.
– Rozmowa nie ucieknie.
Na pierwszy rzut oka nie zmieniło się nic. Ale pod powierzchnią wibruje nieufność. Tylko nasze noce są tak samo namiętne. Czuję gorycz. Strach. Co będzie, kiedy pożądanie przeminie?
Przez moje myśli przebija się dziecięcy lament. Virgilio wstaje z krzesła i podnosi swojego synka. Podchodzą do szopki bożonarodzeniowej. Michelangelo żartuje z Cecilią. Bierze od niej małego Ettore.
– Pasuje ci – mówi Tiziano.
Pozostali członkowie rodziny powstrzymują się od reakcji. Grunt jest grząski.
– Zróbcie mi zdjęcie – prosi Michelangelo.
– Nie będzie takie dobre, jak twoje. – Celestina stara się rozluźnić napięcie.
– Przeżyję.
Mój mąż jako pierwszy wyciąga telefon. Robi to zdjęcie. Po chwili oba maluchy lądują na dywanie. Raczkują dookoła szopki. Chroni ją płotek.
Ettore pomaga mi usiąść na kanapie. Trzęsie się nade mną, jakbym miała za chwilę urodzić.
Wpatruję się w figurę Marii Panny, kołyszącej Jezusa.
Achille znika. Po chwili zagląda do pokoju i wywołuje Michelangelo.
Mój mąż dyskutuje po włosku z najstarszymi synami. Teść przymyka oczy, chociaż nic nie traci z poruszanych wątków. Bawię się koronką obszywającą pasek mojej sukienki. Słucham tej samej rozmowy.
Oczywiście Ettore nawet w pierwszy dzień Bożego Narodzenia analizuje opcje zaatakowania swojego szwagra.
Tiziano siada obok mnie.
– Dzięki za prezent – mówi. – Ojciec wie?
Gładzę miejsce, gdzie wyczuwam ruchy Perli.
– Wspomniałam mu.
– Nigdy mi na takie rzeczy nie pozwalał.
Spoglądam na Ettore. Nie przerywa rozmowy.
– Marzysz o skoku ze spadochronem i powinieneś to marzenie zrealizować – odpowiadam. – Jeśli będziesz uważał podczas szkolenia, nic się nie stanie.
